środa, 25 października 2023

MATEUSZ MIESES - POLACY-CHRZEŚCIJANIE POCHODZENIA ŻYDOWSKIEGO Tom I.


 

Prof. M. Mieses

POLACY-CHRZEŚCIJANIE POCHODZENIA ŻYDOWSKIEGO


Tom I


WYDAWNICTWO M. FRUCHTMANA

Warszawa 1938



PRZEDMOWA


Zoologiczny antysemityzm od niejakiego czasu szerzy się i w Polsce. Hasła sąsiada z zachodu znajdują w Polsce coraz bardziej echo i posłuch i rezonans. Zasiew nienawiści plemiennej wydaje obfity plon w głogach, chwastach zagłuszających, cier­niach, darniach i pokrzywie. W różnych stowarzyszeniach, związkach i akcjach rozlega się coraz częściej hasło „judenrein” w znaczeniu nie tylko wyznaniowym, ale i też antropologicznym.


Przed dwoma laty niejaki Stanisław Didier (nazwisko do­prawdy prasłowiańskie! rodowód od Lecha w prostej linii!) wy­dał pracę, zresztą głupią, ciemną, ignorancką i bałamutną p. t.

Rola neofitów w dziejach polski (Warszawa, 1935). Polakom religii rzymsko-katolickiej, w których żyłach płynie krew izrael­ska, krew proroków i apostołów, przypisuje wspomniany grafo­man, rolę bardzo ujemną, niszczycielską w dziejach Polski, a to szczególnie porozbiorowej. Wszystkie nieszczęścia Ojczyzny, według Didiera spowodowali ludzie, nie różniący się od ogółu Polaków ani językiem, ani wyznaniem, lecz tylko krwią, pochodzeniem, drzewem genealogicznym.


Oczywiście papier jest cierpliwy i pisać można co komu się żyw podoba, kwestią tylko, czy zgodnie z rzeczywistością, czy twierdzenia opierają się na granitowych podwalinach dowodów. Ale kto dziś w okresie powszechnego upadku i zdziczenia i kultu przemocy i adoracji wrażych mocy i gwałtu i deptania wszelkich zasad etyki i sprawiedliwości, dba o słoneczną prawdę? Kto za naszych czasów, gdy apokaliptyczna bestia jasnowłosa wszędzie swe potworne macki wyciąga, stara się liczyć ze swym sumie­niem, z głosem serca, kontroluje zgodność swych powiedzeń, swych oświadczeń i wynurzeń z istotnym stanem rzeczy?


Mam wrażenie, że głosiciele nienawiści globalnej do Żydów i do wszystkich, którzy od nich się wywodzą, sięgający swoją niechęcią do fizycznej istoty Izraela, nie mają pojęcia w jakiej mierze społeczeństwo polskie już dotychczas wchłonęło w siebie element semicki. We wszystkich czasach zachodziły mniej albo więcej liczne wypadki chrztu, akcesu Żydów do spo­łeczeństwa polsko-chrześcijańskiego.


Infiltracja ta trwająca już od wielu, wielu stuleci przedsta­wia się cyfrowo w sumie wcale poważnie. Kwestia to ponadto nie tylko ilościowa, ale też jakościowa. Jest zasadnicza różnica, czy pierwiastek obcy został zaabsorbowany przez doły, przez włościaństwo bierne, oddalone w ciężkim poddaństwie przez licz­ne wieki od wszelkiej współpracy duchowej, państwowej i poli­tycznej, czy też ów przybytek wszedł w skład warstw aktywnych, górnych, kierowniczych, prowadzących naród. Żydzi wychrzczeni nie pobierali się z córkami chłopskimi. Wchodziły w ra­chubę szlachta i wyższy patrycjat. Przy pokaźnej cyfrze konwertytów żydowskich w warstwach społecznych stosunkowo nie­wielkich, znaczenie takiej infiltracji wieluwiekowej, musi się przedstawić bardzo poważnie o wiele poważniej niżby się zda­wało pozornie.


Z uwagi na obecną sytuację w kraju, uważam, że jest wskazaną próba przeglądu neofitów i ich potomstwa w Polsce w ciągu dziejów.


Nie jest to rzecz łatwa. Pewne szczupłe, pobieżne materia­ły znajdują się zebrane u Kraushara (Frank i Frankiści), u Jeske-Choińskiego, (Neofici polscy) i u Reychmana (Szkice genealo­giczne). Badanie rodowe to wogóle dziedzina prawie w zupeł­ności zaniedbana w Polsce, poza arystokracją. Zresztą i u ro­dów herbowych, dużo pozostaje co do ścisłości i wszchstronności, do życzenia.


I moja praca bardzo daleka od zupełności, od totalnego ujęcia, od kompletnego ogarnięcia całokształtu. Zaledwie nie­wielki ułamek rzeczywistości daje się uchwycić. Badania metry­kalne i genealogiczne przeprowadzone systematycznie we wszy­stkich parafiach całej Polski na przestrzeni stuleci, poszukiwania po archiwach, starych pamiętnikach, rękopisach nie uprzystępnio­nych dotychczas szerszemu ogółowi czytelników w drodze dru­ku, gotowe tutaj przynieść jeszcze niejedną niespodziankę, o któ­rej rasowcom z nad Wisły nawet się nie śniło. Daję ułamek, próbną rewię, z której należy wnioskować przez wielokrotne pomnnożenie o całości.


Quod mihi Hecuba? Co nas Żydów wiernych przeszłości, którzy dźwigamy na naszych barkach, wśród mąk i bólu i bez­granicznych cierpień i ciężkich zmagań, tradycje dziejów czterytysiącletnich, od czasów klinu i hieroglifów, — interesować mogą rzesze odstępców, którzy opuścili naszą societas doloris, ponajwiększej części nie z przekonania, nie z wewnętrznego nawróce­nia, lecz dla wygody, z oportunizmu?


Nie bronić dezerterów narodowych i religijnych, moim zada­niem i wytyczną, lecz przedstawić naszą wartość, nasze biologiczno-duchowe i energetyczne walory.


Nasza symbioza z Polakami-chrześcijanami i bez mechesów, przedstawia się na każdym polu dodatnio i ożywczo. Wy­starczy wspomnieć wiernych synów Izraela: Szymona Askenazego, największego historyka Polski w ostatniej dobie, Juliana Tu­wima, największego współczesnego poetę polskiego, Ludwika Zamenhofa, twórcę najlepszego języka międzynarodowego, któ­remu nikt z urodzonych w Polsce nie jest w stanie dorównać co do znaczenia ogólno-europejskiego, Henryka Bergsona najwy­bitniejszego myśliciela europejskiego naszej doby, którego ojciec był rodem z Polski, wnukiem Samuela Zbytkowera. I jako czyn­nik gospodarczy w tworzeniu przemysłu i bankowości i wymianie towarów, Żydzi polscy przedstawiają element bardzo poważny i pozytywny, pierwiastek niezwykle czynny. Napiszemy o tym kiedyindziej obszernie. Są tu rzeczy niezwykle ciekawe, poucza­jące, zdumiewające. I militarnie byliśmy od wieków, my Żydzi męczennicy prawdy, wcale nie taką quantité negligable, jakby to wyglądało, opierając się na monografiach i podręcznikach po­spolitych, ignorujących nas, przemilczających nasze wyczyny celo­wo systematycznie. Mam o tym w rękopisie dużą pracę. W konkretnym wypadku rozchodzi mi się o wartość naszego wkładu w organizm fizyczny polsko-chrześcijański.


Magna est vis veritatis et praevalebit. Wielką jest siła prawdy i ona musi, na przekór wszystkim potęgom zła i sata­nizmowi politycznemu, zwyciężyć.




WSTĘP HISTORYCZNY


OGÓLNE UWAGI


DEZERCJA RELIGIJNA, JAKO OBJAW OGÓLNY MIĘDZYWYZNANIOWY



Dezercja religijna, przejście od wyznania grupy mniejszo­ściowej do wyznania grupy większościowej, to zjawisko nierzad­kie w krajach, gdzie pewne przywileje są związane z przynależ­nością do konfesji panującej. Neofityzm to zjawisko wcale nie specyficznie żydowskie. Wszędzie u wszystkich ludów i syste­mów religijnych zdarza się, że charaktery słabe zżyte ze sferą kulturalną innowierców, że jednostki ambitne spragnione karie­ry, ludzie wygodni, dla których przekonanie metafizyczne, wia­ra, tradycja, stałość wewnętrzna i ofiarna wytrwałość przedsta­wiają wartość drugorzędną, odpadają od grupy wyznaniowej mniejszościowej, odrywają się od swej własnej upośledzonej w szarej codzienności, społeczności historycznej, odłączają się tu i ówdzie od swego macierzystego pnia i dają się wszczepić, wrastają w obcy organizm zbiorowy. W wypadkach, gdzie wy­znanie łączy się z narodowością, taka dezercja religijna idzie często w parze ze zmianą narodowości.


Jak długo państwo ottomańskie było potęgą, dość często jednostki pochodzenia nietureckiego, wyznania chrześcijańskiego przechodziły dla swej wygody na islam i osiągały tam nierzad­ko wysokie pozycje w wojsku, w służbie dyplomatycznej, oraz też w nauce. Przez małżeństwa zdołały czasem chrześcijanki dojść nawet do najwyższych stanowisk władczych w państwie Osmanów.


Esterka Kazimierza Wielkiego ma swoją paralelę w Roksolanie, Słowiance zislamizowanej, byłej niewolnicy, któ­rą zaślubił sułtan Soliman II i zamianował nawet sułtanką. Syn jej

zasiadał na tronie Konstantynopola, jako Bajezyd II (1481—1513).


Synem Greka garncarza z Kastro na wyspie Mitylene, któ­ry przeszedł na wyznanie Mahometa był Horut Bababarosa (1473—1518) założyciel potęgi tureckiej w północnej Afryce; opanował on dla sułtana ottomańskiego Algierię. Brat tegoż Szaireddin był „Beglerbegiem morza”, admirałem naczelnym morskiej siły zbrojnej Turków, walczył z Karolem V na morzu, zniszczył też flotę chrześcijańską przy wyspie Krecie.


Djazzar basza prawie niezawisły władca Akkonu — Ga­lilei w latach 1775—1804 był Słowianinem bośniackim z po­chodzenia, który do końca życia chętnie posługiwał się języ­

kiem swym ojczystym. Jako fanatyk muzułmański wypędził on z miast portowych swego paszaliku, chrześcijan tam zamieszka­łych.


Omar Pasza, który w roku 1840 na czele armii tureckiej operował wraz z koalicją europejską przeciwko Egiptowi, był renegatem węgierskim. Otrzymał on później nominację na gu­bernatora Libanu, będącego w wielkiej mierze zamieszkałym przez chrześcijan różnych wyznań.


Amurat Pasza, który w roku 1850 komenderował wojsku tureckiemu, wysłanemu do uśmierzenia wybuchłego wówczas ro­koszu w Aleppo, nazywał się dawniej, jako chrześcijanin nie ina­czej, jak Józef Bem, znany jako generał polski z powstania listopadowego, głośny ze swego bohaterstwa; podlegała mu cała ar­tyleria polska podczas zmagań z potęgą moskiewską w roku 1831.


Mohamed Sadyk Pasza, który podczas wojny krymskiej formował pułki tureckich kozaków, był również neofitą muzuł­mańskim pochodzenia polskiego, głośnym w swej ojczyźnie. Znanym jest literaturze polskiej pod swym pierwotnym nazwis­kiem polsko-chrześcijańskim, jako Michał Czajkowski, autor Wemyhory, Stefana Czarnieckiego itd., powieści ongiś cieszą­cych się wielką sławą, tłumaczonych na różne języki. Stanis­ław Tarnowski w swej Historii literatury polskiej (Warszawa 1903 tom IV str. 206), robi o nim uwagę, mimo, że podnosi jego talent „smutno o nim mówić”. Wszak to konwertyta meches chrześcijański. Czajkowski zresztą przy islamie nie wytrwał, przeszedł później na prawosławie.


Mehemed Ali Pasza, który podczas wojny rosyjsko-tu­reckiej w r. 1877 był marszałkiem i głównodowodzącym całej armii tureckiej, a później na kongresie berlińskim był drugim peł­nomocnikiem padyszacha, był Niemcem z dawnej rodziny hugonocko-francuskiej, nawróconym na religię Koranu. Pierwot­ne jego nazwisko brzmiało: Karl Detroit, i pochodził z Mag­deburga.


Achmed Wefik Pasza w r. 1857 turecki minister sprawie­dliwości, w latach 1860—1861 ambasador ottomański w Pa­ryżu, w r. 1877 pierwszy prezydent tureckiej Izby Deputowanych, w r. 1878 premier, był synem Greka, który przeszedł na wyznanie Koranu żonatego w dodatku z Żydówką.


Abdullah Bey (1800—1874) profesor mineralogii i zoo­logii w Szkole Medycznej w Konstantynopolu, założyciel Mu­zeum przyrodniczego w starej stolicy cesarzy nad Bosforem, au­tor licznych prac z zakresu geologii i zoologii, piszący podręcz­niki naukowe w języku tureckim, — był Niemcem, który przy­jął już w starszym wieku religię Mahometa. Właściwie się na­zywał on Karl Hammerschmidt.


Murad Efendi dyplomata turecki, upełnomocniony mini­ster na różnych dworach europejskich, przedstawiał podobny typ jak Czajkowski, ale w literaturze niemieckiej. Pod nazwiskiem niemiecko-chrześcijańskim Franz von Werner (1836—1881) znany on w piśmiennictwie Germanii, jako autor licznych komedyj, zbiorków wierszy, napisał też książkę wartościową o tu­reckim sowidrżale „Nassreddin Chodja“ w języku niemieckim.


U Arabów również nierzadko spotykamy się na prononsowych stanowiskach z chrześcijanami zislamizowanymi. Osman Digna, który w r. 1882 prowadził szejków w wschodnim Su­danie, jako podpora Mahdiego, przeciwko wojskom angielsko-egipskim, był za młodu chrześcijaninem-Francuzem, nazywał się George Nisbet i pochodził z Rouen.


W Hiszpanii Maurów niewolnicy słowiańscy przywiezieni, gdzieś z Bałkanów, czy też z Rusi południowej, po zislamowaniu się niejednokrotnie dochodzili do najwyższych stanowisk. Znane są imiona pięciu Hadźibów, czyli wielkorządców peł­niących funkcje niby pierwszych ministrów w rzeczach pokoju i wojny w Kordobie za panowania Omajadów, którzy byli z ra­sy Słowianami. Po wygaśnięciu dynastii wspomnianej, gdy ka­lifat hiszpański rozpadł się na szereg królestw dzielnicowych, wi­dzimy w wielu z nich na tronie ludzi pochodzenia słowiańskie­go, którym udało się zlać językowo i religijnie z elementem arab­skim. Szajnocha stwierdza królów-Słowian u Maurów w AImerii, Denii, Murcji, Walencji (Karol Szajnocha, Szkice Histo­ryczne, Warszawa 1876 str. 285,307).


W okresie panowania Turków na Bałkanach znaczna część ludności szczególnie zamożniejszej przeszła na religię panującą, tak n.p. w Bośnii, w Bułgarii itd. Cała dawna szlachta bośniac­ka rasy słowiańskiej nawróciła się na islam jeszcze w 15 wieku i wyznaje twardo dotychczas wiarę Mahometa. Ci Słowianie-muzułmanie o świadomości narodowej tureckiej, korzystający w całej pełni z szerokich prerogatyw religii panującej, głosili, że nauki Koranu, szczególnie odpowiadają mentalności sło­wiańskiej. Ex post dla postępowania niegodnego, koniecznie pragnęli doczepić markę przyzwoitości, szkalowali oni swych współrasowców innego wyznania, jako ostałych w rozwoju.


Władysław Mickiewicz opowiada, że podczas swej po­dróży na Bałkanach w latach sześćdziesiątych 19 wieku, poznał pewnego baszę będącego z rodu słowiańskiego, tureckiego mu­zułmanina, który twierdził, „że Słowianie, którzy pozostali chrześcijanami są wyrzutkami społeczeństwa, jeśli gniją w nę­dzy, do siebie tylko samych powinni mieć urazę; gdyby tylko zo­stali muzułmanami, szybko doczekaliby się końca swych utrapień!” Znamienne przytym, że obecny podczas tej rozmowy Sadyk (Michał Czajkowski) „podtrzymuje jego zdanie”, jak donosi Władysław Mickiewicz, zauważający w związku z po­wiedzeniem Czajkowskiego, że to „go razi głęboko” (Pamiętni­ki I 445).


W 17 wieku, gdy jakiś czas Turcja sięgała na Ukra­inie i Podolu w głąb ziem słowiańskich, wielu tam Polaków i Ukraińców dla wygody i kariery, przyjmowało islam. Wiemy to odnośnie do Kamieńca podolskiego, który w latach 1672—1699 podlegał sułtanowi. Sturczeni Słowianie pogranicza pol­skiego, chcąc podkreślić swoją wierność dla islamu i narodu tu­reckiego częstokroć prześcigali się w swym antychrystianiźmie, i dawali się we znaki swym współplemieńcom i dawnym współwyznawcom. „Lipkowie byli to po większej części nasi Rusini, lub renegaci pomieszani z Czeremisami tatarskimi …Mieszkali pomiędzy górami ponad Smotryczem. Mieszkańcy ci stanowili jakieś przejście pomiędzy Mongołami a innymi plemionami. …W stroju, w mowie, ani byś ich poznał, że Tatarzy, nosili się albowiem po polsku. Stąd najbardziej pustoszyli nadgraniczne Podole, bo świadomi kraju napadali miasta i wsie w małej licz­bie pospolicie z nienacka i uprowadzali zdobycz”. (Julian Bar­to, Pogląd na stosunki polskie z Turcją i Tatarzami, Warszawa 1860 str. 75)


Odwrotnie znów w krajach chrześcijańskich przechodzili muzułmanie na chrześcijaństwo chcąc się pozbyć pozycji drugorzędnej w społeczeństwie. Setki osad powstałych z jeńców

tatarskich i tureckich na ziemiach polskich się rozpłynęło w na­rodzie polskim, białoruskim, czy ukraińskim. Setki rodzin szla­checkich polskich o ładnym brzmieniu rodowym pochodzi od Tatarów, którzy porzucili religię swych przodków i zlali się z sferą uprzywilejowaną narodu polsko-chrześcijańskiego (Stanisław Dziadulewicz, Herbarz rodzin tatarskich, Wilno 1929).


Za czasów panowania rosyjskiego, w okresie porozbiorowym, na Polaków wywierało siłę atrakcyjną nierzadko prawo­sławie. Nieraz najgorszymi rusyfikatorami i prześladow­cami, narodu polskiego, byli ci właśnie w których żyłach płynęła krew Polaków-katolików. Franciszek Karpinski wspomina w swych Pamiętnikach (Warszawa 1898) pe­wnego generała rosyjskiego Lewickiego, który się wsty­dził przyznać, że jest Polakiem „A rzecz dziwna, że jak on był najcięższym w stanowisku swoim na wiosce mo­jej, tak potem, każdy oficer z Polaka był jemu podobnym, uci­skając ludzi naszych, tony sobie nieszczęsne dając, a to że bę­dąc oficerem rosyjskim, już my bracia jego dawniejsi za niżsi od niego poczytani”. I Mickiewicz w Panu Tadeuszu, czyni wzmiankę o zrusyfikowanym majorze Polaku „ten przechrzcił się, łotr wielki, jak się zwykle dzieje z Polakiem, który w car­skiej służbie zmoskwiczeje” (IX, 106).


Dla ilustracji wystarczy fakt, iż generał gubernator war­szawski Gerstenzweig w r. 1861, którego powszechnie nienawi­dzono w Królestwie, był wnukiem onego wielkiego patrioty polskiego generała Madalińskiego, który pierwszy w czasie insu­rekcji Kościuszki rozwinął sztandar polski (Wład. Mickiewicz, Pamiętniki II 121).


Natura ludzka jest wszędzie ta sama i analogiczne warun­ki objektywne wywołują te same skutki.



ILOŚCIOWE UJĘCIE NEOFITÓW — ŻYDÓW W POLSCE


1) Okres przedfrankistowski.


O jakości duchowej i społecznej ludzi pochodzenia żydow­skiego, którzy zlali się z społeczeństwem polskim, informuje książka nasza, jednak, nie daje ona jeszcze poglądu na ilość.


Uchwycenie ilościowe bardzo trudne, z uwagi, że Żydzi mieszkali we wszystkich stronach Rzeczypospolitej, aczkolwiek nie we wszystkich miastach był im pobyt dozwolony. Byłaby

wymagana perlustracja wszystkich ksiąg parafialnych od jednego krańca Polski historycznej do drugiego, aby dojść do wyniku o jakiejś wartości rzeczowej, zresztą i w tym wypadku tylko bar­dzo względnej.


Do absolutnie wyczerpujących cyfr w tym kierunku nigdy nie dojdziemy, albowiem tylko częściowo zachowały się księgi parafialne z ubiegłych stuleci. Poza tym, nawet kiedy mamy przed sobą zapiski tyczące się neofitów, niezawsze podane jest owe nazwisko polskie, które odnośny nowochrzczeniec po chry­stianizacji przyjął. W dodatku musimy pamiętać, że w ogóle księgi metrykalne to instytucja, która nie istniała w śred­niowieczu. Zapiski metrykalne to innowacja, która w Polsce zaistniała dopiero w ostatnich dwóch stuleciach Rzeczypospoli­tej. Sobór trydencki dopiero nakazał w świecie chrześcijańskim prowadzenie metryk chrztu przez Urzędy parafialne. Najwcześ­niejsze metryki zaślubin w Krakowie datują się z lat 1548—1585 i nie odnoszą się wcale do aktów chrztu noworodków, czy innowierców. W polsce Synod Piotrkowski przyjął w r. 1577 w zasadzie ów nakaz tyczący się prowadzenia metryk chrztu, ale mu nie poświęcił uwagi bezpośredniej. Generalny nakaz wy­konawczy sporządzania metryk chrztu wydał w Polsce dopiero arcybiskup Bernard Maciejowski w liście pasterskim z roku 1607 (Kazimierz Dobrowolski, Znaczenie metryk, Rocznik Heraldyczny V 93).


Wypadki chrztu wśród Żydów zamieszkałych w krajach Słowian są bardzo dawne. Wiemy n.p., że na Rusi w r. 1035 neofita o charakterystycznym przydomku Żydiata był bisku­pem Kijowa. Znane, że przed rokiem 1087 na Morawach po­siadał neofita Podiva własny zamek, o czym donosi Cosmas (Fontes rerum Bohem, II 95).


Odnośnie do Polski pierwsza wzmianka o neofitach sięga 14 wieku, ma ona jednak tylko brzmienie ogólnikowe. W upomnieniu wizytacyjnym synodu wrocławskiego z wzmiankowanego stulecia czytamy, że Żydzi i poganie, którzy mimo ochrzczenia, wracają później do rytuału niewiernych, mają pod­legać inkwizycji (Exhortatio visitationis synodalis Vladislaviensis saec. XIV, Władysław Abraham w Archiwum Komisji Historycznej V, Scriptores rerum Polonicarum t. XIII, Cracoviae 1889 p. 226). Zestawienie Żydów z poganami, których ostatnich przecież była liczba bardzo duża, wskazuje na to, że rozchodzi się o jakieś większe ugrupowanie nawróconych Ży­dów. Możliwe, że to się tyczy jakichś poważniejszych rzesz Żydów, szukających ratunku w zmianie religii, przed straszliwymi rzeziami, które w połowie 14 wieku w związku z mor­ową śmiercią miały miejsce nie tylko w Niemczech, ale i w czę­ściach Polski, jak współczesne źródła zagraniczne donoszą. — Później, gdy się uspokoiło chcieli się pozbyć swego wymuszonego wyznania, a temu inkwizycja kościelna się przeciwstawiła.


Na przełomie 15 wieku dochodzą nas wiadomości o czte­rech wybitniejszych neofitach uszlachconych, trzech z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego (Abraham Ezofowicz 1495, Oszejko 1499, Abraham z Kijowa) oraz jeden z Korony: Ste­fan Powidzki (1507). To byli znakomici finansiści, dzierżawcy ceł, bankierzy, pierwszy z nich nawet uzyskał stanowisko pod­skarbiego litewskiego po chrzcie.


Przyczyną chrztu pierwszych trzech, była obawa przed utratą majątku, gdyż w myśl zarządzenia Aleksandra Jagiellończyka z r. 1495, wszyscy Żydzi, wierni religii swych przodków, mieli zostać wysiedleni z obszaru Wielkiego Księst­wa Litewskiego a ich majątki zabrane. Dla ludzi majętnych, którzy nie chcieli zubożyć i żyć w nędzy na obczyźnie i byli pozbawieni idealizmu, nie pozostała inna droga, jak szukać zbawienia w wodzie święconej. O tych trzech najwybitniejszych wiemy, a ilu było poza tym jeszcze?


W r. 1518/9 dowiadujemy się okazyjnie, że król Zygmunt III zamianował nadwornymi kuśnierzami i kupcami Żydów Ja­na Zajączkowskiego i Jakuba Bielskiego przeszłych na chrze­ścijaństwo (Bersohn, Matrykularz str. 124 nr. 218. Matryk. Kor. polsk. CLVIII 6). W Krakowie po r. 1537 ochrzciło się trzech braci drukarzy Paweł, Andrzej i Jan synowie Eliasza (a nie z Halicza, jak ogół historyków mylnie interpretuje naz­wisko patronymiczne Helic). Ci neofici wydali później w swej drukarni jakieś pisma mało zgodne z nauką kościoła katolickie­go, za co ich też król potępił (Matr. Kor. Polskiej LIX 321, Wierzbowski IV, 20065 z r. 1539, Decretum regium in cau­sa inter Paulum, Andream et Joannem fratres Heliarum neochristianos et perfidos Judaeos, occasione impressionis quorundam librorum blasphemorum per eos editorum). Wspomniany Paweł, syn Eliasza (Helic) zajmował się też, mimo zarzutu królew­skiego potępiających jego razem z braćmi, propagandą religijną chrześcijaństwa pośród Żydów. Nakłonił on w Poznaniu nie mniej, jak 14 Żydów do przyjęcia chrztu (Józef Lukasiewicz, Obraz historyczny i statystyczny miasta Poznania, Poznań 1838 II 876). W drukarni Heliców ukazał się też poraz pierwszy przekład Nowego Testamentu w języku jidysz (żydowsko- nie­mieckim) .


Propagatorzy chrześcijaństwa wśród Żydów starali się też zyskać wiernych przez kuszenie przestępców amnestią. Z koń­cem 16 wieku znajdujemy u R. Meira rabina miasta Lublina wiadomość, że jeśli Żyd popełnia jakąś zbrodnię stawiają go przed alternatywę, albo rygor ustawowy, albo chrzest i wolność (Responsa nr. XV). Wspomina on o wypadku, który miał miej­sce kilkadziesiąt lat przed tym, że taki Żyd-zbrodniarz zmieniw­szy wyznanie, ożenił się z katoliczką, a potomstwo jego przez całe życie dokuczało Żydom (nr. 138).


O analogicznej praktyce słyszymy jeszcze pół wieku póź­niej. W r. 1647 znajdujemy wiadomość, że księża namawiali ja­kiegoś Żyda zbrodniarza do przejścia na chrześcijaństwa, za przyrzeczeniem darowania przewinienia (R. Abraham Rapo­port—Szrencels, Responsa Ejthan Hamizrachi nr. 45). W Kamieńcu Podolskim notuje Jeske-Choiński, takie zdarzenia jeszcze z początkiem drugiej połowy 18 wieku.


O neofitach wspominają też ogólnie autorzy żydowscy onych czasów.


W pierwszej połowie 17 wieku wzmiankuje R. Joel Serkis, który w całym szeregu gmin (Lubomia, Brześć, Kraków) pełnił funkcje duszpasterstwa, w swych responsach, nie mniej jak ośmiu neofitów przypadkowo w związku z sprawą żon opuszczonych przez nich bez rozwodu, w okresie 1612—1637. Dla charakte­rystyki zawodu tych nowochrzczeńców, podajemy, że jeden z nich trudnił się muzyką, jako „cymbalista” i wstąpił do armii Wallensteina (Theszuwoth Beth Chadasz hajeszanoth nr. 103), a inny znów służył wśród czerwonych żołnierzy Potockiego (nr. 70). (por. też Mordechai Kosower w Historyszy Szryftn fun Jiwo, Wilno 1937, II 243).


Około połowy 17 wieku przynosi R. Dawid w swym ko­mentarzu Magen Dawid wzmiankę o jakimś neoficie, który był urzędnikiem w pewnej arendzie dzierżawionej przez Żyda (Orach Chaijm § 448).


Bałaban wynotował we Lwowie przypadkowo w latach 1592, 1605, 1641 trzy nazwiska neofitów (Kwartalnik Histo­ryczny XIX 299). W Krakowie w metrykach katedry na Wa­welu spotykamy w latach 1600, 1612, 1674, 1692, 1696, sie­dem osób przeszłych z judaizmu na chrześcijaństwo, przyczym podane są nazwiska Zygmuntowski i Łemkowski (Miesięcznik Heraldyczny, V, 101—102).


Jeske-Choiński (str. 15—18) stwierdził następujące cyfry z 17 wieku:


Księgi kościelne fary łęczyckiej notują trzech neofitów w latach 1669, 1673, 1675. Księgi fary włocławskiej wspomi­nają o sześciu neofitach w latach 1656, 1694. W księgach warszawskiego kościoła św. Krzyża w 17 wieku znajdujemy 24 neofitów, a w księgach kościoła św. Jana 20 neofitów. Przytym należy pamiętać, że to nie byli Żydzi stale osiadli w War­szawie, gdyż wówczas istniał zakaz pobytu stałego dla Żydów w stołecznym mieście Polski, tak samo, jak też protestantom nie było dozwolonym wówczas osiąść w tymże mieście. Byli to przejezdni, obcy Żydzi, którzy pragnęli uzyskać zezwolenie na stałe zamieszkanie. Z statystyki neofitów warszawskich nie można przeto wysnuć odnośnie do innych miast, żadnych wnios­ków ani in plus, ani in minus.


Masowym zjawiskiem w wielkim stylu, był chrzest u Żydów na Ukrainie w okresie Chmielnickiego. Nie wszyscy Ży­dzi ukraińscy mogli się zdobyć wówczas na palmę męczeństwa i dać się wyrżnąć w pień przez hordy kozackie. Bardzo wielu Żydów szukało wówczas zbawienia w wodzie święconej przed nożami hajdamaków rozjuszonych, pozatym też nieprzejrzane mnóstwo kobiet żydowskich, wziętych do niewoli przez kozaków, zostało przymusowo żonami mołojców. Opowiada o tym Jozue ben Dawid w Relacji swej o wypadkach ukraińskich p.t. Sefer Cok hadthim, drukowanej w Wenecji w r. 1656. Nie­mało neofitów przeszło wtedy nawet do pułków Chmielnickie­go i walczyło w tegoż armii (Ludwik Frąś, Obrona Zbaraża, Kraków 1932 str. 53, Regesty i nadpisi I 401). Ilość Żydów przechrzczonych w r. 1648 w Połonnem i Homlu, oraz też w różnych innych gminach Zadnieprza, na widok grożącej im zagłady, podaje Natan Nata Hanower w liczbie wieluset (Jewen Mecula). O tej masowej chrystianizacji Żydów wspomi­nają też współczesne źródła nieżydowskie: Letopis Samowiedza (Fr. Rawita Gawroński, Bohdan Chmielnicki, Lwów 1906 str. 235), oraz relacja kupca greckiego z onego roku 1648 (Regesty i nadpisi swod mater, dla historij jewreew w Rossij, Petersburg 1899, I, 403). Podczas gdy u dorosłych był jesz­cze wymagany jakiś akt woli, inaczej się miało odnośnie do dzieci. Kozacy je chrzcili masowo w okresie rzezi.


Gdy przycichła burza, oczywiście wielu z tych przymu­szonych nowochrzczeńców wróciło na łono żydostwa, czyni o tym wzmiankę w swych responsach Menachem Mendel z Nikolsburga (Cemach Cedek nr. 78), jednak nie wszyscy. Dzie­ci ochrzczone przepadły, chyba to był wyjątek, że Sara przy­szła żona Sabataja Cewi, która jako młoda dziewczynka sie­dmioletnia pozostawszy sierotą, została wychowana w klaszto­rze, później sobie przypomniała swoje pochodzenie i wróciła na łono żydostwa, jak o tym wspominają Sasportas i Emden. Trudną też była pozycja tych neofitów i neofitek, którzy w międzyczasie poślubiając osoby wyznania chrześcijańskiego, spłodzili dzieci; natenczas dom ich łączył, rodzina spajała, po­wrót do żydostwa niełatwy. Jednak wracali czasem i tacy po wielu latach, co dużo heroizmu wymagało. W r. 1688 znajdo­wało się w Słucku wiele Żydów i Żydówek, którzy znowu po chrzcie do żydostwa wrócili, przy tej sposobności zdołali in­nych nawet pozyskać. Zrobił wówczas archimandryta słucki Wasilewicz doniesienie do księcia Bogumiła Radziwiłła, jako do­piero z Moskwy jedna żydówka bywszy kilkanaście lat chrze­ścijanką i za mężem Moskalem i namówiszy go z Moskwy w te kraje, sama z siostrami i dziećmi tego Moskala i swymi w Słuckim do żydostwa reversa, gdzieś ze wszystkiem utajona (Sbornik archeograficzny, VII 142). A może ta Żydówka pocho­dziła nie od branek kozackich, tylko od moskiewskich z Smoleńska?


W Warszawie w 18 wieku nowróciło się według wyka­zów farnych 179 Żydów, w Nieszawie 2, w Kłodawie 5, w Wartkowicach 1, w Łęczycy 17, w Włocławku 11, w Ra­domiu 21, w Kamieńcu Podolskim (prócz frankistów) 6, w Łucku 1, w Winnicy 1 (Jeske-Choiński str. 34—38), w Piń­czowie 25 (Wiśniewski, Historyczny opis kościołów, miast i zabytków w Pińczowskim).


W r. 1710 przeszedł na chrześcijaństwo Serafinowicz ur. w r. 1686 rzekomo rabin brzeski, syn Jakuba Szawła, rabina grodzeńskiego (Gaudenty Pikulski, Złość żydowska, Lwów, 1760 str. 704). Czy to był wynik rozkładu w rabiniźmie, za­początkowanego przez mistykę sabatianizmu? Na Litwie w 18 wieku uprawiały Mariawitki bardzo gorliwie propagandę re­ligijną wśród Żydówek, a to z wielkim sukcesem. Miał im się udać połów w liczbie dwóch tysięcy nowych wyznawczyń religii chrześcijańskiej, urodzonych w judaizmie. Ksiądz Turczynowicz, który się poświęcił robocie misyjnej wśród Żydów na­wrócił pięćset osób z pośród nich na religię krzyża, jak o tym donosi Jeske-Choiński. Dezercja szerzyła się na peryferiach wiecznego narodu owego czasu wcale poważnie.


Ilość Żydów neofitów, którzy na Litwie uzyskali pozycję społeczną za Augustów była tak duża, że w r. 1764 Sejm Ko­ronacyjny uważał za konieczne nobilitować czterdziestu ośmiu, w roku 1765 dziewiętnastu neofitów, a w roku 1768 dalsze rzesze nowochrzczeńców, których cyfra nieokreślona, ale na wszelki wypadek daleko wyższa.


Konkluzja cyfrowa z powyższych danych sama się nasu­wa. Jeśli weźmiemy pod rachubę stosunki żydowskie w Wielkim Księstwie Litewskim wspomniane wyżej w połowie ośmnastego wieku na tle konwersji na chrześcijaństwo i przy tym uwzględnimy, że cyfry tyczące się neofitów wzmiankowane z 16 i 17 wieku należy uwielokrotnić przez liczbę wielu set, a mo­że i tysięcy miast i miasteczek, gdzie Żydzi wówczas mieszkali w Polsce i przytym pamiętać będziemy, że pobyt Żydów w Pol­sce datuje jeszcze o wiele wieków wstecz, co do których bardzo mało się zachowało aż po nasze czasy wiadomości, dojdziemy do końcowej sumarycznej liczby wielu, bardzo wielu dziesiątków tysięcy Żydów, którzy poprzez przyjęcie chrześcijaństwa zosta­li włączeni w skład polskiego społeczeństwa. Ewentualną suma­ryczną cyfrę, należałoby jeszcze spotęgować w swym znaczeniu względnym z uwagi na fakt, że Polska w owych czasach była słabo zaludnioną i ponadto, że repartycja neofitów ograniczała się tylko do pewnych warstw będących społecznie na wyżynie, ale cyfrowo w mniejszości. Znaczenie liczebne nowochrzczeńców w Polsce już przed okresem frankizmu przedstawia się wcale poważnie.



2) Liczba ochrzczonych Frankistów.



Frankiści uzyskali dla społeczeństwa polskiego znaczenie nie tylko ze względu na swoje walory kulturalne, na swoją twórczość i znaczenia różnych Wołowskich, Jasińskich, Krysiń­skich, Jeziorańskich itd., ale również ze względu na swą ilość.


Prymas Lubieński w relacji swojej złożonej w dniu 17 maja 1759 donosi, że w Polsce i innych krajach Frank ma piętnaście tysięcy zwolenników, którzy oświadczają gotowość przejścia na chrześcijaństwo. (Kraushar, I, 139).


Podczas, gdy Frank siedział w więzieniu częstochowskim, wysłannicy jego oświadczyli w Moskwie, że ich sekta liczy 20,000 osób. (ib. I, 275).


Według rejestru prezydenta Warszawy Withofa mieszka­ło 6,000 neofitów franksistowskich w r. 1780 w Warszawie. Pamflet ,,o Żydach i Neofitach” drukowany w r. 1791, któ­ry tę cyfrę przynosi przyjmuje w całym kraju 24,000 frankistów ochrzczonych. Nie była to jakaś liczba wyimaginowana, przesadna. Taki dobry znawca Żydów, jakim był Tadeusz Czacki, taką samą cyfrę statystyczną podaje.


Faktem jest, że razem z Frankiem osiedliło się w r. 1788 w Offenbachu z jakieś tysiąc osób, mężczyzn, kobiet, dzieci, którzy wszyscy żyli ze wspólnej kasy, bez żadnego innego za­jęcia zarobkowego (Peter Beer, II, 325). Gromada ta tysiącgłowa utrzymywała się kosztem zasiłków przysyłanych z Pol­ski od współwyznawców. Liczba ich w Polsce musiała przeto być wielokrotnie, przynajmniej paręnaście razy wyższa. Liczba tysiąca ludzi w otoczeniu Franka nie jest też żadną egzageracją. Wiemy znów skądinąd, że na pogrzebie Franka, było przypad­kowo w Offenbachu obecnych ośmiuset zwolenników.


Wielką ilość frankistów potwierdza też Calmanson Jacqu­es (Essai sur l‘Etat actuel des Juifs de Pologne et leur perfectibilité, Varsovie 1796) współczesny temu ruchowi ,,cette secte est tres nombreuse“ — sekta ta jest bardzo liczna. W ten spo­sób można się wyrazić tylko o zespole obejmującym chyba przynajmniej dziesiątki tysięcy zwolenników.


Z cyfrą dwudziestu czterech tysięcy frankistów w r. 1791, czy odpowiednio mniej o jedne pokolenie wcześniej, dajmy na to 12 000 w r. 1760, stoi w rażącej sprzeczności statystyka

wynikająca z ksiąg metrykalnych Lwowa, Kamieńca podolskie­go i Warszawy. Katalog neofitów, którzy we Lwowie przeszli na religię Chrystusa w okresie 12/IX 1759—5/IX 1760 zawie­ra zaledwie 508 nazwisk (Kraushar, I, 327—377). W Ka­mieńcu Podolskim wykazanych jest od r. 1755—17-o jeszcze 30 osób. W Warszawie księgi parafialne wykazują niewięcej, jak 14 wychrztów w okresie 1759—1760.


Z wykazem lwowskim kłócą się, zresztą niezgodne rów­nież pomiędzy sobą, cyfry podane przez współczesnych tyczące się chrztu frankistów we Lwowie. Wedle Awedyka oświadczyło po dyspucie znanej w katedrze lwowskiej, dwa tysią­ce Żydów gotowość przyjęcia chrześcijaństwa, a wedle Słowaczyńskiego nawet 7,000. Pikulski zaś pisze, że więcej jak około 1000 osób przyjęło chrzest we Lwowie, a do Warszawy poje­chało około 30 osób (str. 334, 496). W Bibliotece Warszaw­skiej (III, 325 r. 1844) przytacza Brincken-Borkowski trady­cję, że w chwili chrztu oświadczył Frank: „Dziś liczymy 1230 głów, lecz codzień zwiększa się liczba“.


Przyczyną znacznej rozbieżności pomiędzy stanem faktycznym wielkiej ilości frankistów, a wykazami parafialnymi za­chowanymi dotychczas, jest przypadek. Zdaje się, że nie zachowały się dotychczas wszystkie wykazy parafialne zawierają­ce spis nowochrzczeńców frankistowskich, tylko ułamek tych­że istnieje, który badacze myślnie uważali dotychczas za całość.

Jeśli przejrzymy z uwagą spis frankistów ochrzczonych we Lwowie, Kamieńcu Podolskim i Warszawie, przedrukowany u Kraushara, zrobimy z łatwością spostrzeżenie, że mamy tam

tylko fragment większej całości przed sobą.


Brak we wykazach znanych przede wszystkim dwóch naj­poważniejszych i najwcześniejszych przyjaciół i adherentów Franka, luminarzy i profesorów jego nauk: Franciszka Wołow­skiego i Andrzeja Dembowskiego, którzy już po śmierci Fran­ka, wraz z Michałem Wołowskim podpisali oficjalnie odezwę dworu frankistowskiego do ogółu Żydów w r. 1800. Dzieci tychże są wykazane.


Nie ma w spisie Jana Wołowskiego też jednego z najznamienistszych frankistów, który Franka jeszcze odwiedzał w Czę­stochowie (Kraushar I, 223), i przy nim wytrwał aż do śmierci tegoż. Ostatnie opowiadanie z ust Franka słuchał Jan Wołowski (ib. II, 389). W wykazie są wspomniane tylko dzie­ci Jana Wołowskiego.


Nie umieszczony wśród ochrzczonych również Henryk Wołowski, który tak samo jak powyższy udał się do Franka do Częstochowy.


Towarzysz Franka do Salonik, jeszcze w okresie przeddziejowym frankizmu, Nachman, który później się przezwał Ja­kubowski Łukasz Piotr (Kraushar, I, 57), nie figuruje wśród ochrzczonych chociaż dzieci jego zarejestrowane tam (por. Jeske-Choiński 77).


Poważną rolę w otoczeniu Franka grał Jaskier Korolewski. Był on u Franka w odwiedziny już w Częstochowie (Kraushar, I, 299), pojechał na Bukowinę do Czerniowic w r. 1763 z listem do tamtejszego starosty, aby wszystkich Ży­dów zmusił do chrztu (ib., I, 302). Wśród ochrzczonych tego nazwiska znajdujemy wprawdzie syna piętnastoletniego: Josephus Koralewski pater Jakier (ib. I, nr. 278), ale ojca brak.


Józef Bonawentura Łabęcki najwierniejszy towarzysz domu Franka, którego córka wytrwała przy Ewie Frankównie, aż do śmierci tejże (Jeske-Choiński str. 86), tak samo nie wykaza­ny pośród konwertytów frankistowskich. Znajduje się tam wzmianka tylko o Józefie Tomaszu Łabęckim.


W Busku wedle relacji współczesnego pamiętnika Thulliego trzy czwarte gminy żydowskiej opuściło judaizm „Żydzi ledwie w czwartej części przy swej wierze hebrajskiej pozostali” (Przewodnik literacki i historyczny XXIII, 372). We wyka­zie wychrztów frankistowskich we Lwowie i Warszawie znaj­duje się około 90 osób z Buska. Cyfra to zamała w stosunku do ¾ gminy.


Z Rohatyna zawierają wykazy 25 nazwisk. To mógł być zaledwie ułamek. W tym mieście rodzinnym Szorów-Wołow­skich chorążych frankizmu, wedle usłyszanej przeze mnie jeszcze przed wojną tradycji miejscowej, mieszkali ongiś frankiści w takiej liczbie, że posiadali odrębny oddział na cmenta­rzu katolickim. Aluzja do wielkiej ilości frankistów w Rohaty­nie, znajduje się również w jednym z powiedzeń Franka, wspo­minającym o większej ilości zabitych tamże wśród nich „Cóżeście zrobili z tym; żeście zrobili brata naszego kapłanem. Wszakże przeszło ośmnastu ludzi od was zabitych zostało na śmierć, a więcej trzydziestu rannych było" (Słowa Pańskie, Piąta Księga nr. 1631, rękopis, Muzeum Bersona). Nie wiemy, czy to była walka antytalmudystów frankistowskich z Żydami-tal-mudystami przy sposobności jakiejś ceremonji sabatiańskiej na­maszczenia kapłana, czy coś innego, ale w każdym razie ucier­piało przy tym łącznie 48 frankistów. A ponieważ przecież ca­ła gmina bez wyjątku nie ucierpiała tylko jakaś część tejże, musiała ilość frankistów w Rohatynie wynosić setki osób. Gdzie oni w spisie?


Wiemy skąd inąd, że największą gminą frankistowską po Warszawie, znajdowała się na przełomie 18 wieku w Krasnymstawie? Gdzie ci wykazani?


Mógłby wprawdzie ktoś kontra-argumentować odnośnie do nikłej cyfry frankistów wzmiankowanych miast, względnie zupeł­nego przemilczania, że przecież u bardzo wielu frankistów brak we wykazie, wzmianki o mieście pochodzenia, a może ci właśnie się rekrutowali z onych miejscowości, które wspominamy. Na to odpowiemy, że pozostała liczba neofitów, po potrąceniu jeszcze innych różnych miejscowości wykazanych, skąd pochodzi­li poszczególni frankiści, jest za małą, aby ją rozdzielić na czte­ry wspomniane miejscowości w cyfrze dostatecznej.


Poza powyższym materiałem dowodowym, posiadamy je­szcze jeden argument, zresztą bardzo ciekawy, nie spostrzeżony dotychczas przez nikogo, świadczący wyraźnie i jasno ze stu­procentową pewnością, że zachowany wykaz frankistów jest fragmentarycznym.


W spisie lwowskim, oraz też nawet i kamienieckim i war­szawskim znajdują się liczne wzmianki, mimochodem w związku z krewnymi, małżonkami, dziećmi itd., — o innych wychrztach frankistowskich, samodzielnie nigdzie nie wspomnianych.


W spisie lwowskim znajduje się pod numerem 418 wzmian­ka o Magdalenie, żonie Aleksandra Ignacego, której mąż to znaczy, ów Aleksander Ignacy przyjął chrzest w Warszawie (Kraushar, I, 368), gdzie w spisie frankistów, którzy przeszli na wiarę chrześcijańską w Warszawie, wspomniany ów Alek­sander Ignacy? (por. Kr. I, 214—220).


Pod numerem, 101, 102, 103, 104, 105 figurują ro­dzice drobnych dzieci, jako katechumeni, przygotowani do chrztu, którzy zresztą nigdzie więcej nie są wzmiankowani

(Trzymiesięczny Józef syn Majorka i Chaji katechumenów, czteromiesięczny Michał syn Berka i Ilki katechumenów, pięciotygodniowy Hiacent syn Herszki i Rochli katechumenów, jednoroczny Antoni, syn Moszka i Freydy katechumenów, je­dnoroczna Teresa, córka Heli i Sluvy Szymonowiczów katechu­menów), w przeciwieństwie do numeru 106, gdzie rodzice ka­techumeni Franciszek i Gitla są wspomniani pod 322/323. Nie­wątpliwie ci katechumeni, których niemowlęta zostały ochrzczo­ne, znajdowali się na jakiejś liście, na jakimś innym spisie, ale tego spisu dalszego brak. Pod nr. 30 wspomniana Ewa Jezierzańska, jako matka ochrzczonej, dawno neofitki. Kiedy ten chrzest nastąpił?


Pod numerem 158 wspomniany jest pięcioletni Mikołaj syn ochrzczonego Jana Mateusza, gdzie na liście neofitów, ów Jan Mateusz?


Ten sam stan rzeczy stwierdzamy pod dalszymi numerami: nr. 261 Feliks Kazimierz, syn Piotra Moszka ochrzczonego, (gdzie wzmianka o chrzcie Piotra-Moszka?), nr. 274 Tomasz

syn Franciszka Bracławskiego ochrzczonego ze źródła (kiedy i gdzie?), (to samo nr. 402, 494), nr. 242 Marcin Józef, syn Franciszka z Minkowiec (gdzie ten Franciszek uzyskał swe imię chrześcijańskie?), nr. 333 Leonora Teresa, córka Mateu­sza i Anny Adamowskich (kiedy się ochrzcili?), nr. 362 Jó­zef syn Antoniusza Frenka i Marianny (kiedy i gdzie Antoniusz i żona otrzymali swe chrześcijańskie imiona? w 18 wieku żaden Żyd nieochrzczony nie nazywał siebie imieniem przyję­tym u ludności chrześcijańskiej), nr. 364 Filip Jakub syn hon. Gaspara Jakubowskiego (w całym spisie nie ma żadnego Gaspara pozatym), nr. 383 Anna córka Jakuba i Marianny Zulkiewiczów z Korolki nie wspomnianych nigdzie, nr. 324 Doro­ta, córka Macieja Benedykta i Marianny (gdzie ci rodzice przezwali się po chrześcijańsku i przeszli na wiarę krzyża?). Nie wspomniani są również, jako biorący chrzest, tylko jako rodzice, albo małżonkowie ochrzczeni już wcześniej, którzy swe dzieci, albo żony prowadzą do chrztu: nr. 393 Franciszek Jeleniowski i żona Katarzyna, (por. jednak nr. 119), nr. 393B, Jan Hakiell, nr. 397 Piotr Łukasz Jakubowski, nr. 406, nr 504 Dominik Majewski, nr. 409, nr. 488 Jan Szymanowski, nr. 432, 451 Mikołaj Szymanowski, nr. 431, 442, 459 Jan Moszyński, nr. 444 Piotr Filisztadt i Marianna małżonkowie, nr. 446 Jan Krysiński, w 448 szlachcic Jan Matuszewski, nr 449, 450 Jan Wołowski, nr. 465 Jan Moszyński, nr. 500 El­iasz Wołowski, nr. 459-477, Józef Michałowski, nr. 465 Jan Maciej Górski, nr. 457 Karol Krystian Hadzi z Turcji, nr. 463 Michał Nusim, nr. 468, 482 Adam Borgosz, nr. 470 Elżbieta Piotrowska, nr. 478 Klara Zielińska wdowa, nr. 486 Marcin Zagórski, nr. 487 Józef Zuliński, nr. 489 Józef Wołowski, nr. 492 Jan Średnicki, nr. 500 Franciszek Wolański, nr. 503 szlach­cic Jakub Zilkiewicz, nr. 505 Józef Wierzchowski.


Nie ulega wątpliwości, że istniały kiedyś jeszcze inne dal­sze spisy neofitów frankistowskich, które zaginęły; najprawdo­podobniej działała tutaj ręka kierowana celowo z rozmysłem. Byli zainteresowani w tym, one rzesze tzw. rdzennych Polaków obawiających się, aby ich pochodzenie żydowskie nie wyszło na jaw.


Jest jednak rzeczą nie wykluczoną, że równocześnie ze Lwowem, Warszawą i Kamieńcem, jeszcze w wielu innych miastach, z racji pośpiechu odbywała się analogiczna akcja chrystianizacji katechumenów i odnośne akta wcale dotychczas nie zaginęły, tylko nikt nie dotarł do nich i czekają one jeszcze obecnie na swego odkrywcę w archiwach różnych urzędów pa­rafialnych wśród dokumentów 18 stulecia. Co za rewelacje drzemią tutaj pod zasłoną kurzu.


Dochodzimy do konkluzji, że cyfra 24,000 frankistów w r. 1791 możemy uważać za bliską prawdy. Od tego czasu upłynęło jakieś pięć pokoleń przynajmniej. W ciągu tego czasu liczba ludności w Polsce pomnożyła się z jakieś pięć razy. Musimy przeto przyjąć, że gdyby frankiści dotychczas żyli w izo­lacji liczba ich wynosiłaby ze 120,000 osób. Ale ponieważ fran­kiści mniej więcej od połowy 19 wieku pobierają się z rdzenny­mi chrześcijanami-Polakami, to należy przyjąć po 3—4 gene­racjach krzyżowań, licząc promieniowanie od pokolenia do po­kolenia zawsze w stosunku podwójnym, że krew frankistów płynie w żyłach ośm razy liczniejszej ludności, aniżeliby wyno­siła liczba frankistów, gdyby się byli trzymali izolacji. To zna­czy, że milion ludności chrześcijańskiej w Polsce wyłącznie ludności miejskiej burżuazyjnej, albo szlachty, jest spokrewnio­ną w jakimś procencie z neofitami frankistowskimi. Ogół ludności nie orientuje się wcale co do rozmiarów infiltracji frankistowskiej. Kto z mieszczaństwa zna swoją genealogię wstecz, o trzy, lub cztery pokolenia? Tym bardziej, że już poprzednio frankistowskie rody przez parę pokoleń żyły, przynajmniej pozornie i zew­nętrznie, w zupełnym posłuszeństwie w stosunku do kościoła ka­tolickiego. Koligacący się ponajwiększej części nie orientowali się nawet jak to się ma z pochodzeniem danej rodziny. Tak zwana nauka o rodzinach, Familienforschung to wiedza jeszcze bardzo młoda na ogół.



3) Poszczególne rody frankistowskie.



Istniejący katalog lwowski frankistów-antytalmudistów, którzy dali się ochrzcić w katedrze lwowskiej, stanowi ułamek większej całości. Przyczym nawet i ten fragmentaryczny spis chroma na tym, że tylko u części nowochrzczeńców podane są nowe nazwiska rodowe. Posiadamy zaledwie okruch dający się skontrolować rodzinnie. Okruch ten jest pouczający dla wkła­du organicznego w społeczeństwo polskie. Nazwiska te w po­rządku alfabetycznym są następujące:


Adamowscy, Azulewiczówna, Babińska, Berkowicze, Bracławscy, Brzeziccy, Brzezińscy (brak u Jeske-Choińskie­go), Brzozowscy, Budinscy, Bukorymscy, Buscy, Buskiewicze, Ciserajscy, Chołojowscy, Chrzanowscy, Ciechanowscy, Czerniewscy, Czerwińscy, Czuchanowscy, Dawinscy, Dąbrowscy, Dębicka, Dębowscy (Dembowscy), Dobrzańscy, Eliaszewicze, Golińscy, Górscy, Grabowscy, Gruszeccy, Iwańscy, Iwaszkiewicze, Jabłońscy, Jakubowscy, Jańscy, Jasińscy, Jeleniowscy, Jeziorańscy, Jerzkowicze (opuszczone w spisie Jeske-Choińskiego), Kamienniccy, Kaminscy, Kaplinscy, Karzminscy, Kasper­scy, Kopyczynieccy, Kopyczyńscy, Koralewscy, Korzeniccy, Korczeńscy, Kotlarze (pominął Jeske-Choiński), Kozłowscy, Krajewscy, Kraśniewicze, Kratowscy, Krępowieccy, Krysińscy,

Krzywiccy, Krzywińscy, Krzyżanowscy, Krzyźewscy, Lanckorońscy, Lewińscy, Librowicze, Lipińscy, Łabęccy, Lakomscy, Łazarscy, Maciejowscy, Majewscy, Majorkiewicze, Markiewicze, Markowscy, Martynowscy, Mariewscy, Matuszewscy, Matusiewicze (Matuszewicze), Michałowscy, Mikulinscy, Minkowieccy, Moszczesnscy, Moszyńscy, Nakulniccy, Niedzielscy, Niemirowscy, Nowiccy, Nowomiejscy (przeoczył Jeske-Choiński), Olewscy, Orliccy, Ogronowscy, Otworowscy, Pawłowscy, Piaseccy, Piątkowscy, Piotrowicze, Piotrowscy, Podhajeccy, Podoscy, Przybyłowicze, Przybyłowscy, Przyznańscy, Reminowscy, Rohatyńscy, Rudniccy, Rydeccy, Samuelowicze, Sata­nowscy, Sidorowscy, Słomowscy, Sobolewscy, Sobotniccy, Średniccy, Świrscy (brak u Jeske- Choińskiego), Szainscy, Szostakowscy, Szymonowicze, Stanisławscy, Szymanowscy (pominął Jeske-Choiński), Turscy, Tyśmienniccy (opuścił Jeske-Choiński), Ulanowscy, Uranowscy, Węgierscy, Wiernieccy, Wierzchowscy (Zwierzchowscy), Witkowscy, Wolańscy, Wo­liccy, Wolscy, Wołowscy, Zagórscy, Zalescy, Zaleszczyccy, Zawotowscy, Zbuscy (pominął Jeske-Choiński), Zelikowscy, Zie­linscy, Zilkiewicze, Żółtonowscy, Żulinscy, Żulkiewicze, Żwanieccy.


Pominięte przez Jeske-Choińskiego niektóre nazwiska neofitów frankistowskich, znajdują się w spisie frankistów u Kraushara, który znowu ze swej strony opuścił wiele nazwisk, uwzglęnionych przez Jeske-Choińskiego. Nie jest wykluczone, że niektóre nazwiska zostały zgodnie przez obu przemilczane. Wymagałoby to wglądu do odnośnych ksiąg parafialnych, gdzie nowochrzczeńcy frankistowscy są zapisani. Ja ze swej strony opuś­ciłem, tylko te nazwiska frankistów, które mają brzmienie nie­mieckie (Filisztad, Rosenzweig, Frenk), albo inne cudzoziem­skie (Hadzi, Borgasz) i przeto tutaj, z uwagi na temat nasz, gdzie się rozchodzi tylko o rody żydowskie spolonizowane, wzmiankowanie tychże zbyteczne.


Należy jednak w imię prawdy, dla uniknięcia niepo­rozumień zaznaczyć, w związku z powyższym spisem, że sama znajomość nazwiska w większości wypadków, nie może wystar­czyć, do ustalenia czyjejś przynależności rodowej i pochodzenia frankistowskiego. Wszak wiemy, że bardzo często frankiści wca­le się nie starali wynajdować jakichś znamiennych nazwisk, lecz skorzystali z nazwisk już dawno istniejących, nierzadko o głośnej, starej, dawnej tradycji szlacheckiej. Pomagali przytym protektorzy, ojcowie chrzestni, którzy ich przygarniali do siebie.


Frankiści Dembowscy zawdzięczali swe nazwisko biskupo­wi Dembowskiemu ówczesnemu włodarzowi Kamieńca Podol­skiego. Podolscy frankiści otrzymali swe nazwisko od Tymoteu­sza Podolskiego, który ich trzymał do chrztu. Grabowscy neofi­ci ze sekty Franka mieli poprzedników arystokratycznych w rdzennym społeczeństwie polskim, tego samego nazwiska.


Tak samo dawno przed frankistami istniała rodzina polska Lewińskich (Rocznik Heraldyczny, V, 127, Boniecki, V, 134), Łabęckich, Pawłowskich, Piaseckich, Piotrowskich, Zielińskich i t. d.


Poza identycznością nazwiska muszą jeszcze istnieć dowo­dy, niezbite fakta wskazujące, że istniała ciągłość pokoleń, albo przynajmniej zachowała się pamięć tradycyjna, że ma się do czynienia z ludźmi z pokolenia Judy, że się rozchodzi o potom­ków ludzi ochrzczonych.


Poszukiwania utrudnia u frankistów jedno, że herbarze polskie Bonieckiego i Uruskiego przemilczają konsekwentnie pochodzenie żydowskie rodzin o antenatach frankistowskich. Chociaż gdzieindziej tego zazwyczaj nie czynią.


Nie mniej jest na przeszkodzie na drodze do prawdy gene­alogicznej, częste dość zmieszanie potomków frankistowskich przez heraldyków z rodami zupełnie obcymi, z którymi łączy ich tylko identyczność nazwiska. Zmieszanie to nie było przy­padkowe, lecz celowe, zamierzone przez frankistów, aby w ten sposób zerwać z wszelką pamięcią swojej proweniencji i z siebie zrzucić balast minionej doby.




Neofici wspomniani w prasie warszawskiej w latach 1777—1790.



Wzrost ilości neofitów w Polsce w drugiej połowie 18 wie­ku znalazł swe echo też w ówczesnej prasie warszawskiej. Ich obecność zaznaczała się w wypadkach bieżących. Zdarzenia o nich zahaczały. Emanuel Ringelblum w swym studium p. t. Żydzi w świetle prasy warszawskiej wieku XVIII, zebrał w tym kierunku garść ciekawych notatek (Miesięcznik Żydowski, Rok II, tom I i str. 79—81).


Dowiadujemy się z kroniki ówczesnych gazet stołecznych o niektórych przestępcach, którzy byli neofitami: Michał Abra­mowicz i Józef Woronowicz, nowochrzczeńcy pomiędzy sobą roz­mawiający jeszcze po żydowsku (Gaz. Warszawska nr. 104 1777), Ostrowski (ib. nr. 14, 1782), Markowski z Łucka (Dziennik Handlowy 1796 p. 632), Józef Wyzwański z Piotr­kowa (Gaz. Warszawska, nr. 3, 1781), Józef Krzyżanowski (ib. nr. 81 1787). Słyszymy tutaj o różnych neofitkach zamężnych za rodowitymi chrześcijanami, w związku z jakimiś wypadkami w współżyciu ich: Magdalena Nowakowska wyszła za Walen­tego Sielskiego z Chełma (ib. nr. 27 1782), Franciszka Bog­dańska zawarła związek małżeński z urodzonym Feliksem Koś­ciańskim (ib. nr. 72 1778), Anna niewiadomego nazwiska za­ślubiła Wojciecha Pilarskiego (ib. nr. 98 1789). Dochodzą nas też wiadomości o neofitach żonatych z rdzennymi katoliczkami, takimi byli Antoni Lewicki (ib. nr. 97 1787), Józef Dobrowol­ski „z żydowska mówiący” (ib. nr. 88 1791).


Do prasy dochodzą nazwiska pojedynczych obywateli tylko wyjątkowo. Musimy z podanych wyjątków konkludować o istnieniu wielkiego zaplecza neofickiego z którego owe jedno­stki się rekrutowały.



Neofici w Księstwie warszawskim.



W Księstwie warszawskim zdołali neofici dzięki swej licz­bie uzyskać poważną pozycję w życiu publicznym. Współczes­ny satyryk o tym wspomina:


I tak w księstwie warszawskim zdarzył pan niebieski

Że się wszędzie kierują wechesy mecheski,

Czy w wojsku, prawie, owo zgoła wszędy.

Izraela potomstwo poszukuje względy,

(por. Handelsman, Napoleon a Polska).


Źródła znane dotychczas nie informują nas o jakimś ruchu neofickim w owym czasie. Wielka szkoda, że nie wiemy, kto w wojsku i prawie księstwa warszawskiego należał do tych mechesów, którzy tak bardzo razili satyryka. Zaskoczyłaby nas w tym kierunku nie jedna genealogiczna niespodzianka, nie jedna piorunująca rewelacja. Znane nam z tego okresu nazwiska ofi­cerów i prawników frankistów są zbyt nieliczne.



Krytyka nawału neofitów, ich znaczenia dla Polski.



W roku 1820 ukazała się w Siedlcach broszurka p.t. O Ży­dach i judaizmie, czyli wykrycie zasad moralnych tudzież rozu­mowań Izraelitów przez I.


W publikacji tej czytamy słowa zastanawiające: „Rzadkie bardzo trafiają się w innych narodach, ażeby Żydzi porzucali swoją religię, a natomiast inną przyjmowali. W Polsce stało się to powszechnym zwyczajem, od czasu kiedy Żyd przyj­mujący wiarę chrześcijańską, otrzymał przywilej szlachectwa i obywatelstwo. Prawa koronne nie nadawały neofitom tego przywileju, lecz zwyczaj ten na mocy Statutu Litewskiego w Polsce był cierpiany. Od tej epoki mnóstwo Żydów rzuciło się do tych swobód do przyjmowania wiary chrześcijańskiej”. Autor sądzi przytym, że to czynili tylko na oko zachowując w sercu swoim maksymy judaizmu i szabas. Uważał on bowiem, że sekciarstwo początkowe ochrzczonych frankistów, jest zna­miennym też dla ogółu neofitów. Oczywiście nie miał ani krzty racji.


W przekonaniu, że liczni neofici żydowscy w Polsce, są pewnego rodzaju maranami, zamaskowanymi Żydami pyta się au­tor wspomnianego pisemka „czyliby kilka milionów Żydów ra­chując ich z neofitami, obok takich wspomnianych maksym (uta­jonego rzekomo żydostwa) za zjawieniem się wielkim geniuszem obdarzonego Żyda lub wychrzty, rewolucji podnieść nie mogli? i czyliby nas wszystkich trwogi nie nabawili?”.


Majak strachu bez podstaw. Te liczne rzesze neofitów frankistowskiego autoramentu czy bez niego, które stanowiły objekt trwogi dla fantasty nie znającego rzeczywistości, wsiąkły w ciągu kilku pokoleń w naród polski i najwięksi patrioci by się żachnęli, gdyby ktoś chciał dziś ich potomstwo wyłączyć po za ramy społeczeństwa polskiego.


Już podczas powstania listopadowego pokazali neofici co oni znaczą dla siły bojowej narodu polskiego. Neofitą był wielce zasłużony militarnie generał Lewiński, z pośród franki­stów rekrutował się generał Krysiński, komendant Zamościa i dzielny, bohaterski generał Szymanowski. W Sejmie rewolu­cyjnym był jednym z najpoważniejszych i najpracowitszych po­słów frankista Franciszek Wołowski.


W wieku 19 i 20, fala ludzi, którzy zerwali z swoim żydostwem, aby uzyskać przywileje służące chrześcijanom, rośnie. Religia wciąż mniej spaja. Wykształcenie nowoczesne bije ta­ranem w spoidła wyznaniowe. Czynnik narodowo-żydowski nie dla wszystkich potomków Izraela stanowi siłę atrakcyjną. Cha­rakter, trwałość przekonań nie stanowi nigdzie powszechnej ce­chy, ani też nie u ludu — męczennika, u Hioba narodów. Na­pływ powolny, ale stały zasila elementem żydowskim społe­czeństwo polskie.


Tu i ówdzie budzi się jakiś samorzutny rasizm, ale bez głębi. Proces już za daleko zaszedł. Nie pomogło nic, że w r. 1850 Rada administracyjna Królestwa postanowiła skasować przywilej zmiany nazwisk u neofitów służącej do zatarcia śladów przeszłości innowierczej (mając na względzie, że dotych­czasowy zwyczaj zmieniania nazwisk przy przechodzeniu starozakonnych na chrześcijańskie wyznanie, sprzeciwia się porząd­kowi kontroli ludności i że zmiana ta w Cesarstwie jest wzbro­niona, postanowiła Komisja, że Żydzi przy przejściu na chrze­ścijaństwo nie mogą odmieniać nazwiska, Jakób Kiszrot, Prawa Żydów w Królestwie Polskim, Warszawa, 1917, str. 22).


Wzmagająca się wciąż bardziej w Królestwie pod koniec 19 wieku liczba neofitów, która procentowo w stosunku do kilkumilionowej rzeszy Żydów może nie wydaje się na pierwszy rzut oka dużą, ale przedstawia permanentny stan infiltracji, spo­wodowała w r. 1909 wniosek, przy sposobności planu tworzenia kuryj narodowych w Królestwie, aby do drugiej kurii należeli razem Żydzi chrzczeni i niechrzczeni (Wolne Słowo, 1906, 60/61).


Z drugiej strony znajdują się antysemici, którzy zajmują wobec wnikania neofitów w społeczeństwo polskie stanowisko życzliwe, przychylne.


Teodor Jeske-Choiński w swej publikacji „Żydzi Oświeceni“ (str. 80, Warszawa, 1910), pisze: „Halpertowie, Levy‘e, Epsteinowie, Blochowie, Wawelbergowie, Rotwandowie, Na-

tansonowie, i inni, umieli i umieją wydobyć z naszego ubóstwa miliony; te miliony jednak wróciły, wracają ciągle do autochto­nów, w formie posagów córek wydanych, wychodzących za róż­nych karmazynów z tytułami i bez nich”.


Bujak (I, 110), polemizuje z przeciwnikami zlania się cał­kowitego elementu żydowskiego z polskim, do czego przecież prowadzi neofityzm. Czytamy u niego „podnoszono nawet, że asymilacja jest szkodliwą, bo Żydzi stanowią tak obcy i tak ujemny element etniczny, że przymieszka ich krwi zdeprawuje nasz charakter narodowy. Sąd to bardzo powierzchowny i błęd­ny. Nie jesteśmy bowiem rasą czystą, ale z bardzo różnolitych pierwiastków etnicznych (antropologicznych) złożoną; nasz charakter narodowy nie jest bynajmniej bez cech ujemnych, charakter Żydów nie jest bez wielu bardzo cennych zalet. To też wielka kwestia, czy gdyby były jakieś szczegółowe podstawy do oceny skutków krzyżowania ras, nie okazałoby się, że przymiesz­ka krwi żydowskiej byłaby dla nas raczej pożądaną, zresztą od tej przymieszki już nie jesteśmy już wolni”.


Pointe leży w zakończeniu cytaty Bujaka. Wiedział on co pisze, gdy temu lat trzydzieści zgóry, podkreślił, że naród pol­ski nie jest wolnym od przymieszki krwi żydowskiej. Ale pamię­tać należy, że ta przymieszka to nie żadna homeopatyczna daw­ka, tylko porządny chłyst.



NOBILITACJA NEOFITÓW



a) Od 15 wieku aż do roku 1759.



Abraham Ezofowicz, przodek Józefowiczów, ochrzczony w r. 1495, uzyskał natychmiast szlachectwo z herbem Leliwa i urząd horodniczego Kowieńskiego, po czym kroczył wciąż wy­żej na drabinie hierarchii i doszedł nawet do stanowiska pod­skarbiego Wielkiego Księstwa Litewskiego (por. „Józefowicze” w książce niniejszej).


W r. 1499 nadał król Jan Olbracht szlachectwo Stani­sławowi Oszejce, Żydowi litewskiemu, świeżo ochrzczonemu. Adoptował go do swego herbu, Marcin biskup miednicki, przyj­mując go w domowe braterstwo swej rodziny (Wierzbowski, II, 1410). Dostał herb Merawy mający w dole gwiazdę sześciokątną (Franciszek Piekosiński, Heraldyka polska, wieków średnich, Kraków, str. 243, Julian hrabia Ostrowski, Księga herbowa rodów polskich, Warszawa 1910, II, 205). Józef Meisel w swej książce „Geschichte der Juden in Polen und Russland“ (I, 110), nazywa Oszejkę hrabią Merawy. Niewątpliwie jest tu jakieś nieporozumienie. Dla hrabiostwa Oszejki niema żadnych podstaw w źródłach. Zdaje się, że Meisel, nie znając dobrze języka polskiego pomieszał ,,herb“ z „hrabią”.


Dekretem z dnia 1 lipca 1507 habilitował król Zygmunt I neofitę Habrę czyli Abrahama z Kijowa dzierżawcę dochodów Smoleńskich, nadając mu herb Leliwa, wraz z adoptacją do ro­dziny Jana Zabrzeszyńskiego marszałka Wielkiego Księstwa Li­tewskiego i starosty grodzieńskiego (Wierzbowski, Matrykuła K. p. IV 8627). Mylnym byłoby identyfikować tego Abrahama z Kijowa z Ezofowiczem, gdyż tamten o lat dwanaście przed tym zmienił swe wyznanie.


W r. 1507 został nobilitowany Stefan Fiszel bankier kra­kowski przechrzta i otrzymawszy od króla starostwo Powidz utworzył sobie nazwisko Powidzki i stał się protoplastą rodziny szlacheckiej tegoż nazwiska.


Trzy wypadki powyższe odnoszą się do obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego (do którego za Jagiellonów należała też Ukraina) i jeden wypadek tyczy się Korony.


W obrębie Wielkiego Księstwa Litewskiego, które szcze­gólnie aż do czasów Unii Lubelskiej obejmowało olbrzymie zie­mie małoruskie i sięgało jeszcze później, aż poza rubieże Biało­rusi, nobilitacja przechrztów nie była rzeczą dobrej woli i uzna­nia, lecz była sprawą ustanowioną ustawowo, przynajmniej od r. 1588. W praktyce taki zwyczaj nobilitacyjny w stosunku do neofitów, widzimy panował już na przełomie 15 wieku.


W myśl rozdziału dwunastego, artykułu siódmego, statutu trzeciego litewskiego z r. 1588 noszącego tytuł ,,O główszczyznach i nawiązkach ludzi nieślacheckiego stanu“ czytamy ,,jeśliby Żyd, który albo Żydówka do wiary chrześcijańskiej przy­stąpili, tedy każda osoba i potomstwo ich, za szlachcica poczy­tywani być mają”.


Zupełnie samowolnie próbowali niektórzy badacze nadać wspomnianemu artykułowi statutu litewskiego tyczącego się no­bilitacji konwertytów żydowskich, odmienną interpretację. Mar­celi Janecki ogłosił w r. 1888 w „Vierteljahresschrift für Heraldik“ (XV Jahrgang, Heft 4, Berlin) studium p. t. Erhielten die Juden in Polen durch die Taufe den Adelsstand? (Czy otrzymywali Żydzi w Polsce przez chrzest szlachectwo?), w którym postawił tezę, że Żydzi wcale nie wchodzili przez chrzest w posiadanie klejnotu szlacheckiego i że odnośny arty­kuł statutu litewskiego reguluje tylko wysokość główszczyzny ne­ofitów. Tezę Janeckiego przyjął ze względu na urok nowości, Aleksander Kraushar w swej książce p. t. Frank i Frankiści (Kraków 1895, I, 259). Janecki jednak nie ma ani szczypty racji, nie naprowadza dla swej tezy negacyjnej najmniejszego konkretnego dowodu, poza własnym resentymentem. Autorytet tej miary co Balzer przeczy słuszności twierdzenia Janeckiego (Kwartalnik Historyczny, II, 333).


Janecki nie miał pojęcia o istniejących licznych faktach uszlachcenia neofitów poza tekstem ustawy, które potwierdzają junctim nobilitacji z chrztem na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego.


Zresztą mamy i interpretację współczesną. W. Grabowski w swej pracy o Żydach w Koronie, drukowanej w Krakowie w r. 1611, zarzuca tymże „zaślepieni są Żydowie, że w Księ­stwie i szlachectwa i wiary boskiej kasują się“, co wskazuje na związek nobilitacji z chrztem.


W Koronie samej tego związku nie było. Nobilitowano Zbąskich, Powidzkich, ale ustawy nie było. Wiemy o wielu ne­ofitach, którzy pozostali na obszarach Polski, poza Litwą historyczną, przy prawach mieszczańskich, aczkolwiek i tutaj par­li ku wyższym warstwom. Ojcem chrzestnym neofity drukarza Pawła syna Eliasza w r. 1537 był wojewoda Górka, jak to brzmi w kronice pisarza miejskiego Poznania (Die Chronik des Stadtschreibers von Posen hg. von Warschauer, str. 22). Ro­dzicami chrzestnymi Ludwiki Magdaleny, córki Krystiana Fry­deryka Horowitza, profesora języków wschodnich byli w r. 1655 Jan Kazimierz i królowa Maria Ludwika. (Jeske-Choiński str. 15). Żyd krakowski ochrzczony, Jan Dobrowolski był w r. 1672 burmistrzem Krotoszyna (Semigotha, str. 543). Do chrztu trzy­mali Serafinowicza b. rabina w r. 1710, królewicz Konstantyn z Elżbietą Sieniawską. (Pikulski 704).


Wysoko postawieni ojcowie chrzestni byli już swym dzie­ciom chrzestnym pomocni w karierze życiowej, nawet bez nobi­litacji w Koronie. „Neofitom pomagali do wspinania się po dra­binie społecznej rodzice chrzestni dobierani zwykle tak, aby mog­li zaspokoić ambicje neofitów, którzy nie na to zmieniali swoją wiarę, aby się walać dalej w brudzie motłochu. Również Met­ryki 18 wieku wymieniają jako ojców chrzestnych neofitów, prawie zawsze tylko bardzo możnych panów owego czasu, dyg­nitarzy dworskich i koronnych, ministrów i biskupów, opatów, wojewodów, czasem nawet króla. (Jeske-Choiński, str. 42). — Sy­stem litewski nobilitacji przechrztów przeszedł jednak z czasem i do ziem Korony. Na Rusi Czerwonej udzielano z końcem 17 wieku nawet zgóry Żydom klejnotu szlacheckiego pod warun­kiem przyjęcia chrześcijaństwa i zachodziły czasem nawet wy­padki takie, że Żyd uszlachcony w awans, nie dotrzymał wa­runków umowy zmiany wiary, ale mimoto pragnął korzystać z przywilejów stanu rycerskiego. W instrukcji Sejmiku Wiszeńskiego, danej posłom na Sejm Konwokacyjny, dnia 27 lipca 1696, znajduje się skarga, że Żydzi „noviter per legem do klejnotu szlachectwa cum conditione przyjęcia wiary świętej kato­lickiej przypuszczeni, non adimpleta eadem conditione, titulum nobilitais uzurpują, nie spełniwszy warunków, sobie przywła­szczają tytuł szlachecki insuper (i ponadto), ekonomie trzymać praesumunt (dobra państwowe zgóry biorą w dzierżawę). (Akta grodzkie i Ziemskie z archiwum Bernardynów we Lwo­wie, XXII, 289).



b) Nobilitacja frankistów.



Przywilej herbowy dla przechrztów ustanowiony w Wiel­kim Księstwie Litewskim i praktykowany już z końcem 17 stule­cia na Rusi Czerwonej, uzyskał wielkie znaczenie w chwili ma­sowego chrztu frankistów we Lwowie.


W oficjalnym spisie nowochrzczeńców frankistowskich urzędu parafialnego we Lwowie, możemy spostrzedz rzecz nad­ zwyczaj ciekawą i znamienną, że jeśli ktoś z tych przechrztów jest wspomniany tam po chrzcie poraz wtóry jako ojciec chrzest lub jako rodzic, któregoś z katechumenów, zazwyczaj jest on zaszczy­cony tytułem szlachcica:


Generosus Josephus Frenk (Nr. 320), nobilis Jacobus Podoski (Nr. 340, 369), nobilis Josephus Wierzchowski (Nr. 345, 508), generosus Paulus Rudnicki (374, 505), generosus Matthaeus Benedictus Frenk (Nr. 361), generosus Franciscus Brzezinski (Nr. 390), nobilis Mathias Adamowski (333, 394), ge­nerosus Joannes Wolański (392), nobilis Joannes Matuszewski (448), nobilis Dominicus Majewski (377) nobilis Josephus Sobotnicki (502), nobilis Jacobus Zilkiewicz (503), nobilis Fran­ciscus Wołowski (505), nobilis Franciscus Zieliński (506). Walenty Krysiński frankista, który w październiku roku 1759 wniósł skargę przeciw synagodze lubelskiej tytułuje się na tej skardze „nobilis” (Kraushar, I, 163).


Nie było to wówczas tylko czczą teorią. W pamiętniku Thuliego, ogłoszonym w Przewodniku Naukowym i Literackim (Dotatek do Gazety Lwowskiej XXIII 372), znajduje się wia­domość, że po dyspucie kontratalmudistów adherentów Franka z rabinami talmudystami, gdy ci zwolennicy Franka się ochrzcili, natychmiast wdziali strój szlachecki. „Ci Żydzi zostawszy katolikami, bywali od chrześcijan ojców w strój polski ubierani, niby to jak nowa szlachta”.


W jednym ze swych przemówień wspomina Jakub Frank „kiedy Żyd się ochrzci, ubierają go w piękne szaty, przypasują mu do boku szablę” (Kriaushar, II, 28).


Taką samą relację czytamy też u Seppa, że pierwsi frankiści „nosili się po polsku i przybierali nazwiska szlachty krajowej“ (Przegląd poznański, XV, 320).



c) Sejm polski, a nobilitacja neofitów.



Przywilej nobilitacyjny nowochrzczeńców ludzi ani społecz­nie, ani klasowo w większości wypadków przygotowanych do pozycji rycerskiej, musiał od pierwszej chwili budzić pewne nie­zadowolenie. Jednak ponieważ, że w okresie, gdy religia stano­wiła alfę i omegę całej kultury, wystąpienie przeciwko tej zasa­dzie jako takiej życzliwej dla nawróconych nie uchodziło, ata­kowali ów przywilej nobilitacyjny jego przeciwnicy, pod innymi pozorami. Czytamy od początku 17 wieku, uchwały sejmowe wy­mierzone przeciwko nobilitacji ogólnej, bez Sejmu, lub Senatu, lub bez zasług wojskowych — rzecz jasna, że akcja była skie­rowana przeciwko automatycznej nobilitacji neofitów. Konstytucja Sejmu Warszawskiego z r. 1601 brzmi, „Szlachty nowej zagęściło się bardzo wiele i coraz to jej więcej rozmaitymi sposo­by przybywa: przeto zabiegając temu postanawiamy, że My i potomkowie nasi, żadnego do szlachectwa przypuszczać nie mamy, jedno który by był od Senatu i Posłów ziemskich, a w woj­sku od Hetmana zalecony, z znacznych zasług jego w Rzeczy­pospolitej” (Volumina Legum, II, 390).


Podobno wygląda na uchwałę powziętą pod kątem widze­nia kontrakcji przeciwko napływowi neofitów uszlachconych, którzy nadal trudnili się swymi dawnymi zajęciami — sam fakt nobilitacji przecież nikomu nie przysporzył majątku i nie uloko­wał na posiadłości szlacheckiej, — postanowienie Sejmu Kon­stytucyjnego z r. 1667 „ponieważ wiele szlachty noviter kreowa­nej, nie tylko we Lwowie, ale i po miastach, abuntur praerogativis nobilitatis (nadużywają przywilei szlacheckich), — monopolia, szynki, handle i opificia mechanica (warsztaty rzemieślni­cze) traktując..., abhunc (odtąd) jeśliby się tego ważyli, ipso facto praerogativa nobilitatis (przez sam fakt, przywilei szlachec­kich) onych privamus (pozbywamy) i do pierwszego prawa miejskiego przywracamy” (Volumina Legum, V, 227). Pod tym kątem widzenia może też były podyktowane pakta, konwenta z r. 1669 odmawiające szlachcie nowej w trzech pierwszych po­koleniach dostępu do urzędów świeckich i legacyj. Ograniczenie to nazywało się skartabellat. Były jednak liczne wypadki jesz­cze później, że nobilitacje posiadały charakter pełny sine scartabellatu (Oswald Balzer, Skartabellat w ustroju szlachectwa pol­

skiego, Kraków, 1911, str. 318, 324).


Przerażenie w kołach szlacheckich, wywołał masowy najazd świeżo automatycznie uszlachconych neofitów frankistowskich, który nastąpił w latach 1759/1760. Była ich cyfra ogromna, groziła formalnie w niektórych stronach kraju majoryzacją szlachty. Przepis tolerowany jako tako, gdy się rozchodziło o cy­fry niewielkie powoli infiltrujące, zdawał się niebezpiecznym dla stanu szlacheckiego, gdy się odnosił do wielu tysięcy ludzi. Nowa arystokracja izraelskiego pochodzenia bardziej dynamicz­na, jeszcze nie zaśniedziała w dobrobycie robiła konkurencję rozleniwiałym hreczkosiejom. Sejm Konwokacyjny z r. 1764 zabrał głos w tej materii już całkiem otwarcie, nieobwijając wcale spra­wy w bawełnę i postanowił: „Gdy w całej Polsce zagęścił się ten rodzaj neofitów, którzy z przyrodzonej biegłości i chciwo­ści do prerogatyw szlacheckich do posesji urzędów i dóbr ziem­skich z krzywdą rodowitej cisnąć się odważają”… „przeto za­biegając, aby ten rodzaj neofitów, rodowitego szlachty polskiej plemienia, z czasem nie zaćmił, mieć chcemy i postanawiamy, aby takowi neofici lub od nich descendentes (pochodzący), którzyby się do miejskiej kondycji udać chcieli i byli sposobnymi, tych wszystkich wolności jak i szlachetni mieszczanie używali, a którzyby około roli pracować chcieli, aby czynsz z tejże roli i grun­tu przyzwoity, panom gruntu tego własnym płacili”. Neofici mieli według tej uchwały zejść do rzędu zwykłego mieszczańst­wa, czy też czynszowników wiejskich, a o kim ileby ktoś z nich posiadał majątek ziemski winien on w ciągu dwóch lat sprzedać go rodowitej szlachcie pod groźbą konfiskaty (Vol. Legum, VII, 64).


Ostra decyzja Sejmu wywołała wielkie larum na Litwie, a to głównie z uwagi na koligacje rodzinne neofitów, którzy już byli wrośli w organizm społeczeństwa polskiego. Posłowie Prowincji Wielkiego Księstwa Litewskiego zwrócili się do Sejmu o zniesienie uchwały poprzedniej. Sejm koronacyjny z r. 1764 w § 54 Konstytucji, „Na instancję Posłów Prowincji WX Litew­skiego upraszających o modyfikację Konstytucji Sejmu prze­szłego konwokacyjnego, titulo o neofitach, nastąpioną nie tylko osobom gatunku tegoż neofickiego, którzy omylnym i pochleb­nym tłumaczeniem tegoż statutu WX Litewskiego, Żydów chrzest i wiarę św. przyjmujących za szlachtę deklarującego zwiedzeni, udawszy się na drogę obyczajów rodowitym szlachcie przyzwoitych do prerogatyw szlacheckich i do różnych urzę­dów, oraz tak do dziedzicznych jako i zastawnych dóbr posesji z czasem przyśli pod takową zasłoną z różnymi imieniami i do­mami szlacheckimi się spokrewnili, — ale też i tym samym spo­krewnionym domom szlacheckim wzniesioną'” — postanowił, „za

kompasji (współczucia) naszej powodem i usilnym wspomnia­nych posłów się dystyngować tego gatunku neofitów”. Następu­je spis 48 neofitów uszlachconych. Przyczym królowi udzielono pełnomocnictwa nobilitacji jeszcze dziesięciu neofitów w ciągu roku (Volumina legum, VII, 185). Nie było rady, wszak to były rodziny dawno już ochrzczone, zasymilowane, skoligacone wszechstronnie z starymi rodami.


Frankiści w tych warunkach ponieśli klęskę. Wśród nobili­towanych z r. 1764 nie ma ani jednego nazwiska znanego z dziejów frankizmu, wspomnianego w rejestrze neofitów kontratalmudystycznych. Byli oni wówczas jeszcze za mało spolszcze­ni, nie posiadali jeszcze ani majątków ziemskich, ani koneksyj rodzinnych, ani urzędów, żyli zakonspirowani w herezji pewnego rodzaju.


Redukcja neofitów uszlachconych do cyfry 48 plus 10 nie zadawalała jednak wzburzonej opinji na Litwie. Pozostało wów­czas jeszcze wielu innych nowochrzczeńeów, którzy byli już tak samo weszli towarzysko i rodzinnie w skład górnej warstwy w Wielkim Księstwie. Za instancją posłów litewskich, którzy powoływali się na obowiązującą moc znanego artykułu litew­skiego dotyczącego się neofitów, postanowił Sejm w r. 1768 za­twierdzić na Litwie bez wyjątku wszystkim nowochrzczeńcom z przed roku 1764 klejnot szlachecki (Vol. Legum, VII, 863). Ci co po r. 1764 zmienili wyznanie nie mogli więcej być uwzględnieni.


Ogół szlachty litewskiej działał pod naporem rodzin zainteresowanych ze względu na związki pokrewieństwa z neofita­mi. Niektórzy oczywiście i tutaj ze szlachty nie byli zadowoleni z stosowanego szablonu, ale w swej głębokiej religijności uwa­żali to za konieczność religijną. Pisze za czasów Stanisława Au­gusta w swych Pamiętnikach Henryk Rzewuski: „Była przez jakiś czas konstytucja ubezpieczająca szlachectwo każdemu Ży­dowi przyjmującemu wiarę katolicką. Prawo pobożne, przeciwko któremu nie godziło się sarkać, gdyż zgodne było z gorliwością narodu chcącego wszelkimi środkami rozprzestrzeniać królestwo Boże“.


Byli tacy współcześni, którzy tłumaczyli sobie masowe przygarnięcie wychrztów za Stanisława Augusta polityką oso­bistą tegoż, zmierzającą do poniżania karmazynowej arystokra­cji, wynoszącej się nad równość szlachty. Jak wiadomo wysyłał on na dwory zagraniczne posłów tylko z szarej gromady drob­nego rycerstwa. Chętnie też się starał on stwarzać nowe kadry szlachty zobowiązanej wobec niego, „bardzo lubił król na sej­mach nobilitować i indygenaty nadawać i tym nawet, którzy ni­gdy próbować nie mogli, że byli gdzie szlachtą, tak cudzoziem­ców, jako i krajowców i wychrztów; dla czego wszystkie sejmy konfederackie napełnione są prawami in favorem takowych osób, a to wszystko dla zrobienia i powiększenia popularności dla sie­bie w kraju i mienia osób zobowiązanych sobie za granicą” (Adam Moszczeński, Pamiętnik do historii polskiej w ostatnich latach panowania Augusta III i pierwszych Stanisława Poniatowskie­go Warszawa 1907, str. 70). Zresztą i przodkowie samego Po­niatowskiego nie sięgali swym rodowodem wysoko i daleko. W jego żyłach płynęła też krew żydowska.


Neofici poza Wielkim Księstwem Litewskim pozostali w ta­kim razie bez szlachectwa. Frankiści zamieszkali w Warszawie postradali swoją nobilitas przyznaną im przedtym automatycznie w lwowskim spisie kościelnym chrztu. Niektóre gałęzie Frankistów warszawskich zostały później uszlachcone ponownie przez rząd Królestwa (Wołowscy, Jasińscy, Łabęccy, i t.d.). Fran­kiści osiadli na Litwie, byli objęci postanowieniem sejmowym z r. 1768. Nie mało ich się było tutaj przeniosło już około r. 1760 za poradą nuncjusza papieskiego Monsignore Serra. W Offen­bachu osiadli frankiści kontynuowali nadal swoją tradycję szla­checką z okresu chrystianizacji. Frankista Zaleski uchodził tam za szlachcica (Pirazzi str. 82). Frankista Czerniewski figuruje jako Herr w aktach, a nie jako Handelsmann, w przeciwieństwie do wspomnianych w tym samym akcie Niemców offenbachskich mieszczan (Kraushar, II, 274).


W pierwszej generacji pokpiwano sobie nieraz z tych nowoupieczonych szlachciców, którzy w Wielkim Księstwie Li­tewskim, przy swym klejnocie pozostali na stałe. Frankiści byli początkowo tylko powierzchownie zasymilowani i ich chrzest nie miał szczerego charakteru. W paszkwilu antyfrankistowskim z r. 1790 pJt. „Dwór Franka, czyli polityka Nowochrzczeńców odkryta przez neofitę dla poprawy kraju” naigrawa się autor z szlacheckiego rozmachu frankistów. Opowiada ten, jak fran­kiści wyjeżdżając za granicą, aby odwiedzić swego patriarchę, mieszkającego w Offenbachu, Jakuba Franka w pewnym wy­padku „dobyli wojewódzkich mundurów, przywdziali ładowni­ce, przypasywali szable, pobrali bogate pasy, posiodłali konie, i jak tylko przekroczyli granicę Polski na zachód, wystrzelili z pistoletów. Na drugiej stronie stojące ochrzty na konwój przy­słani od ich patriarchy bożyszcza Franka, także przystrojeni po­rządnie, zaczęli robić poklaski ręką wołając: Wiwat szlachcicew polskiego jedzie”. Widać z tego, że jeszcze 32 lata po chrzcie dawali frankiści powód do pokpiwania z swej polszczyzny, ale do stanu rycerskiego na Litwie na wszelki wypadek zaliczali się.


Frankiści zamieszkali w Koronie, w Warszawie skonstru­owali sobie później tradycję, że w ogóle pierwsi frankiści nie po­siadali nigdy żadnych pretensyj szlacheckich i nosili się po mieszczańsku od pierwszej chwili wedle wzorów zagranicy. „Gdybyśmy przybrali ubiór szlachecki, zdawałoby się, jak gdybyśmy chcieli przywłaszczyć sobie jej przywileje, a chcemy tylko stano­wić nieistniejący dotąd w Rzeczypospolitej stan średni. Pozostaje nam tylko ubiór mody francuskiej" (Biblioteka Warszaw­ska r. 1844, tom III, str. 332).



d) Spis rodów neofickich, nobilitowanych za Stanisława Au­gusta, których nazwiska są znane.



Jak już wspomnieliśmy powyżej nie są znane nazwiska owych licznych neofitów, którzy zostali uznani w swych prawach szlacheckich w Wielkim Księstwie Litewskim na mocy postano­wienia Sejmu z r. 1768. Był to wielki , „szub“, którego imienna specyfikacja niestety nie istnieje. Dowiedzieliśmy się niewątpli­wie o mnóstwo ciekawych rzeczy dotyczących się wielu rdzenniaków występujących ostatnio z wielkim tupetem praaryjskim.


Znaną imiennie, dostępną jest tylko przygrywka do wielkiej biesiady, preludium, przystawka we formie spisu dystyngowanych rodzin neofickich, którzy już w r. 1764 i 1765 uzyskali szlachectwo, ale i ten skromny spis nam już dużo powiada i daje nam przedsmak o pradziwej sytuacji rasowej górnej war­stwy, o składzie antropologicznym ziemiaństwa na ziemiach Pogo­ni.


Imiona i nazwiska uszlachconych neofitów, z r. 1764 są na­stępujące wedle Volumina Legum (VII, 185), gdzie jednak kil­ka nazwisk opuszczonych:


Franciszek Łyżyński, Abramowicze herbu Lubicz, Józef Górski, (Gurski), Felicjan Kazimirski, Teodor Lutyński, Mi­chał Oświęcimski herbu Lubicz, Andrzej Przewłocki, Świątecki herbu Nowina, Antoni Majoski (Majewski) herbu Lew Żół­ty, Jan Nowakowski herbu Trzy Księżyce, Franciszek, Maciej i Antoni Dobrzyńscy herbu Kandor, Paweł, Piotr, Ignacy i Jan Zbitniewscy herbu Niedźwiedź Czarny, Antoni Trojanowski herbu Laska, Kazimierz Pawłowski, Jan Michałowski herbu Czerwone Tulipany, Piotr Pawłowicz herbu Rogala, Jakub, Mateusz, i Stanisław Jeleńscy herbu Korczak, Jan Lipiński, Antoni Antoni Orłowski herbu Czerwone Tulipany, Mańkow­ski, Teodor Dessaw, Józef Kwieciński, Dominik Dobrowolski herbu Pocisk, Franciszek Krzyżanowski herbu Jasna Góra, Ber­gin, Jakubowski, Tomasz i Antoni Poziomski, Wojciech Szy­mański, Tadeusz Bielski, Józef Szpaszkiewicz, Nizielski, Stani­sław Jarmund, Bonawentura Bartoszewicz herbu Nowina, Józef Poznański herbu Boża Wola, Andrzej Manin Niewiarowski, Felicjan Jankowski.


Dodatkowo zostali nobilitowani w r. 1765 następujący nowochrzczeńcy:

Andrzej Dziokowski i syn tegoż Stefan herbu Trzy Trą­by myśliwskie czarne. Stefan Wolański herbu Nałęcz, Walenty Urbanowski Prus drugi, Karol Lipski herbu Kamień Młyński wraz z bratem Stanisławem, Jan Józef Porębski herbu Kornicz, Antoni Franciszek Tehlowski herbu Jastrzębiec, Szymon Krasnowojski herbu Podkowa Srebrna i krzyż nad nią, Antoni Stuliński herbu Wdzięczność, Karol Zawojski herbu Jastrzębiec obersztlejtnant regimentu koronnego buławy wielkiej koronnej, Kajetan Zawojski pułkownik regimentu pieszego, Marcin Za­wojski brat powyższych, Wojciech Jakubowski pułkownik herbu Orle Skrzydło, Michał, Kazimierz i Felicjan Jakubowski herbu Topór Srebrny.


Spis powyższy z lat 1764/5 cytują również Kraushar i Jeske-Choiński, brak jednakowoż u nich niektórych herbów.


Poza tymi nobilitowani objętymi powyższym spisem, jesz­cze inni neofici zostali przez króla Stanisława Augusta uszlachceni:


Teodor Dobrowolski (von Buchental) w r. 1764 (Uruski, III, 193, Semigotha, str. 545). Jan Dobrowolski herbu Ody­niec w r. 1764 na Litwie (Boniecki, IV, Uruski, III, 193, Jeske-Choiński, str. 21).


Niedzielski herbu Szeliga nobilitowany w r. 1765 (Uruski, XIII, 81).


Majewski herbu Dziób Jan vel Józef otrzymał szlachectwo w r. 1768; synowie jego urodzeni w latach 1752, 1755, 1761, zostali ochrzczeni w Rabce (Uruski, X, 114).


Dobrowolski Marcin herbu Nowina nabył szlachectwo w r. 1768 (Jeske-Choiński, 21), tak samo też Dobrowolski ja­kiś został nobilitowany w r. 1775 (Małachowski, 505).


Józef i Adama Bracia Konderscy herbu Trzy róże w Czerwonym Polu zostali uszlachceni w roku 1782.


Jerzy Józef Majewski uzyskał szlachectwo w r. 1783.


Szlachectwo w r. 1786 uzyskali: Jakub i Bazyli Krzyżanowski herbu Żołędzie.


Dobrowolski herbu Nieczuja, neofita nobilitowany w roku 1790 (Uruski, III, 192, Jeske-Choiński, str. 21).


Jakubowski Stefan otrzymał szlachectwo w r. 1790 (Bo­niecki, VIII, 167), był to brat wyżej wzmiankowanych Jaku­bowskich.


W r. 1791 uzyskali oficjalnie szlachectwo Krysińscy frankiści.


Dalszy los podanych powyżej rodzin neofickich uszlachconych za panowania króla Poniatowskiego, tylko w niewielu wypadkach znany, ale często i w tym wypadku tylko częściowo:


e) Neofickie rodziny szlacheckie pod firmą rodzin rdzennych.


Wyłowić potomstwo nobilitowanych nowochrzczeńców tru­dno. Uniemożliwia w znacznej większości wypadków fakt, że sta­rali się oni o schron i ukrycie za parawanem starych rodów szla­checkich, czy możnowładczych protegujących ich.


Widzieliśmy już na przełomie 15 wieku, jak neofita Oszejko został przyjęty do domowego braterstwa rodziny biskupa miednickiego Marcina i neofita Habra, został adoptowany do

rodziny Jana Zabrzeszyńskiego marszałka wielkiego księstwa li­tewskiego. Nie znamy ich dzieci i wnuków, pomieszali się z rdzen­nymi rodzinami, posługując się tym samym nazwiskiem i klejno­tem co one.


Samuel Chrzanowski obrońca Trembowli został w r. 1676 w taki sam sposób przypuszczony do szlacheckiej rodziny staro­polskiej Chrzanowskich herbu Poraj wzmiankowanej już w ro­ku 1552 (Uruski, II, 271).


Weźmy bliższy okres, przyglądajmy się nobilitowanym z czasów Poniatowskiego. W przeważającej części wypadków w herbarzach czytamy u nich tylko fakt uszlachcenia, ale ani słówka jacy byli descendenci tych nobilitowanych panów z po­chodzenia będących Żydami. Czy faktycznie ci wszyscy byli skazani na celibat i bezdzietność, na żywot eunuchów, na wy­marcie?


Nie wiemy nic o kontynuatorach biologicznych owych chrześcijan nobilitowanych w epoce Stanisławskiej, Abramowi­czów herbu Lubicz Odmienny, Bonawentury Bartoszewicza, Tadeusza Bielskiego, Szymańskiego, Orłowskiego, Józ. Bielskie­go, Józefa Górskiego, Binjamina Grabowskiego (herbu Dołęga), Felicjana Jankowskiego, Felicjana Kazimierskiego i t. d. Gdzie się podziali?


Na to odpowiedź krótka i wyraźna.


Neofici płodzili dzieci, rozradzali się, koligacili się z setka­mi i tysiącami innych rodzin, ale pod innym herbem, nie jako członkowie znanego rodu o neofickim przodku.


Przejdźmy tutaj dla przykładu szereg rodzin tego auto­ramentu.


Neofici Abramowicze herbu Lubicz Odmienny, mogli się ukryć wśród Abramowiczów vel Abrahamowiczów herbu Lu­bicz bez odmiany, albo wśród innych współimienników herbu Rogala, herbu Bursuk, herbu Jastrzębiec, którzy o całe wieki wyprzedzili szlachtę neoficką z roku 1764.


Bartoszewiczów moc różnego herbu (Lubicz, Pomian, Za­dora, Kotwica, Jastrzębiec), gdzie wśród nich znajdują się po­tomkowie neofity Bonawentury Bartoszewicza? Najmłodsze ga­łęzie szlacheckie Bartoszewiczów są herbu Jastrzębiec i herbu Kotwica, czy może jedna z nich pochodzi od neofitów? Herba­rze w tym kierunku przestrzegają absolutnego silentium.


Szymańscy z neofitów r. 1764 gdzieś podziali się wśród starej szlachty herbu Złota Wolność, wspomnianej już w roku 1668 (Niesiecki, VIII, 644).


Pawłowicze z r. 1764 podani bez potomstwa, ale ni stąd ni zowąd widzimy Pawłowiczów herbu Rogala zapisanych do ksiąg szlachty kowieńskiej w roku 1864 bez podania genealogii. Poza tym istnieli jeszcze od dawna Pawłowicze herbu Jasieńczyk, herbu Podoroważ, herbu Przyjaciel sięgający 17 wzglę­dnie 16 wieku (Uruski, XIII, 248/249).


Bielscy to dawna szlachta posiadająca różne klejnoty (her­bu Jasieńczyk, Jelita, Knicz, Pogoń (książęta), Szeniawa, Trzaska, Wieruszowa). Tadeusza Bielskiego nobilitowanego szlachcica neofity potomstwo nieznane, chroni się z pewnością pod godłem jednego z tych herbów, jako rdzennie sarmackie. Istnieją Bielscy herbu Gryf wylegitymowani na Wołyniu w la­tach 1855—1860 (Uruski, I, 189). Czy oni może z neofitów?


Uruski wylicza dwadzieścia trzy rodziny różnych Górskich o rozmaitych herbach tylko nie neofitów (IV, 278—289), po­za tym jeszcze dziewięć rodzin Gurskich. Gdzie więc descedencja Józefa i Ignacego Górskich nowochrzczeńców wywyższo­nych klejnotem w r. 1764? Boniecki przyznaje, że tutaj wielki chaos się panoszy „Górscy domów tego nazwiska a różnych her­bów jest przeszło dwadzieścia. W aktach rzadko swój herb wymieniają i stąd trudno wiedzieć, kto do którego domu należy" (VI, 256). Neofitów Górskich vel Gurskich wspominają Bo­niecki (IV, 278), Uruski (VI, 290), ale bez rodzin i potom­stwa. Na ogół Gurscy, czy Górscy to młoda szlachta. Niesiecki ich nie zna. Prawdopodobnie więcej neofitów, aniżeli znani nam dwaj z r. 1764, pomieszało się wśród tej nowo upieczonej noblesy z ostatniej doby Polski przedrozbiorowej oraz też z okresu zaborów.


Binjamin Grabowski neofita herbu Dołęga figuruje samot­ny bez wzmianki potomków w herbarzu (Boniecki, VII, 28) ma­jąc około siebie całe mnóstwo różnych rodów Grabowskich sta­rej i młodszej daty. Łatwo było jego potomkom się zakonspiro­wać.


Jankowski Felicjan neofita-szlachcic pozostał sam jak pa­lec w herbarzu (Uruski, V, 355—364), jego synowie i wnu­kowie mieli wygodny wybór w licznych rodach Jankowskich innego herbu (Amadej, Jastrzębiec, Jelita, Junosza, Korab, Lu­bicz, Nowina, Ogończyk, Poraj, Rawicz, Topór), aby się pozbyć obciążenia neofickiego.


Kazimierski Felicjan neofita-szlachcic, który również nie miał szczęścia utworzenia własnej rodziny w oczach historyków herbarzowych, posiadał współimienników bardzo dostojnych w Kazimierskich herbu Biberstein pochodzących z 15 wieku, w której rodzinie był nawet senator (Paprocki 648—652, Bo­niecki, IX, 361, Uruski VI, 271—273).


Jan Lipiński neofita-szlachcic trwa w samotnictwie herba­rzowym (Uruski, IX, 80), gdyż wielka ilość różnych Lipiń­skich o najrozmaitszych herbach stała do dyspozycji (ib. IX, 80, 67—85, Boniecki, XIV, 281—300), dla descedentów onego nowochrzczeńcy. Znamiennym jest, że Boniecki podaje je jako przyczynę nobilitacji Jana Lipińskiego „nagrodę gorliwości

dla wiary rzymsko katolickiej”, bez wzmianki przejścia z juda­izmu na chrześcijaństwo.


Jan Józef Porębski herbu Kornic był neofitą, przyczym ist­nieje rodzina Porębskich tego samego herbu, z której rekruto­wali się senatorowie, a są już wspomniani w r. 1400 (Uruski, XIV, 261). Czy to kiepska sposobność do uzyskania rdzennej marki w dodatku z wysoką pozycją w społeczeństwie?


Rzecz dziwna — niewątpliwie działała tutaj celowa ten­dencja przemilczania, — nie wspominają herbarze potomstwa u niektórych neofitów, gdzie nie było możności jakiegoś szanżu z współimiennikami. Widzimy to wyraźnie n.p. u Krasnowojskich herbu Wdzięczność wylegitymowanych w Galicji w r. 1803 (Boniecki, XII, 228), u Nizielskich herbu Szeliga wylegity­mowanych też tamże w r. 1782, u Niewiarowskich, (Uruski, XLVI XII, 142), których współimiennicy z Niewiarowa, znikli jesz­cze w 14 wieku.


W niektórych wypadkach pragnienie zatarcia śladów po­chodzenia żydowskiego jest szyte w herbarzach bardzo grubym ściegiem. Był Stanisław Jarmund nobilitowany w r. 1764, ist­nieją po dziś dzień Jarmundowie szlachta, wywodząca się od Piotra Kerdeja właściciela dóbr Romanki na Podlasiu w r. 1783, którego potomek Kazimierz służył jako oficer w pułku strzelców pieszych, a córka tegoż Kazimierza wyszła za taj­nego radcę rosyjskiego Muchanowa. Nasuwa się samo przez się, że szlachcic neoficki z r. 1764 nie mógł być w odległym pokrewieństwie od ziemianina o tym samym nazwisku wspom­nianym poraz pierwszy w herbarzu 19 lat później. Niewątpliwie miał Piotr Jarmund Stanisława Jarmunda za ojca. Uruski jedna­kowoż podaje Jarmunda neofitę, jako pozycję oddzielną bez błogosławieństwa rodzinnego. A później zosobna znów figuru­ją Jarmundowie, szlachta bez daty nobilitacji i bez dalszych przodków. Paradna robota.


Inny przykład. Uruski podaje w swym herbarzu, Jana Mi­chałowskiego neofitę bez potomstwa (X 370), wylicza jednako­woż szeroko mniej, albo więcej różne staromodne rody Micha­łowskich (herbu Bończa, Jasieńczyk, Jęlita, Korczak, i t.d), poczem jednakowoż bez przodków wyskakuje nagle jak Minerwa z głowy Jowisza, Michałowski Józef, syn Franciszka i Tere­sy ur. w r. 1770, baron, który odbył kampanię we Włoszech w latach 1796—1798, w Hiszpanii w latach 1808—1810, w Rosji w r. 1812. Ojciec Franciszka nie podany. Prawdopo­dobnie był to syn Jana Michałowskiego, który zapewne z całą swoją rodziną się wychrzcił.


Możliwe nawet, że w niektórych wypadkach zamieniano naz­wisko rodzinne z herbem, o identycznej nazwie, aby tylko zmy­lić czujność. Wiemy, że Odyniec przyjaciel Mickiewicza był z ojca Tadeusza obywatela gubernii wileńskiej, ale z drugiej strony znajduje się dziwna relacja w Pamiętnikach tegoż Odyńca, że razu jednego podczas podróży razem z Mickiewiczem na zachód, wpadł sam w ferwor gniewu, gdy do niego się zwrócił ja­kiś bliżej niepodany hrabia z zapytaniem, czy to prawda, że w Wilnie w restauracjach usługują pejsaci Żydzi w łapserdakach. Co to miało Odyńca wprawić w taką iritację? Chyba, że wyczuł w tym zapytaniu jakąś osobistą aluzję. Czy przypadkowo między Dobrowolskimi herbu Odyniec, których ślad ginie po roku 1788, a Odyńcami nie było jakieś kombinacji? Czy nie jakaś domieszka przez kooptację?


Niejedna dumna magnacka rodzina, niejedna stara sar­macka familia szlachecka posiadająca klejnot o niepokalanej starości uzyskała dzięki kooptacji, adoptacji, czy też tylko iden­tyczności nazwisk, sobowtórów neofickich, gałęzie zaszczepione, silną domieszkę proweniencji semickiej. Tutaj żaden herbarz, ani bystrość heraldyczna tajemnicy nie wydobędzie więcej na wierzch.


Jednostki może posiadały dawniej pod tym względem ja­kieś wiadomości, jakieś nieznane ogółowi tajemnice, ale to już są obecnie rzeczy zapomniane.


Ksawery hr. Branicki karmazyn pierwszego stopnia, pisze w swej książce p.t. La porte de penitence (Paryż, 1879) w przedmowie wystosowanej do prezesa Akademii Umiejętności w Krakowie hr. Stanisława Tarnowskiego: „Istniał zwyczaj w Polsce, wedle którego Żyd oczyszczony przez chrzest, brał od swego ojca chrzestnego przywilej noszenia herbu domu, któ­rego on się stał klientem, czy protegowanym. Wiele znacznych rodzin pochodzi w ten sposób od wygnańców z Jerozolimy. Wy Stanisławie Tarnowski, pochodzący od starych magnatów i ja Ksawery Korczak Branicki potomek wielkiej szlachty, czy my jeden, albo drugi możemy przysiądz, że żadna kropla krwi ży­dowskiej, nie płynie w naszych żyłach? Ja sądzę, że nie…“. Szkoda rzeczywiście, że Branicki nie podał do wiadomości, skąd się wzięła ta kropla krwi żydowskiej w żyłach hrabiów Tarnow­skich i Branickich. Nauka byłaby bogatszą o pewne wiadomości.


W każdym razie fakt, że dwa wielkie rody, które dostar­czały Rzeczypospolitej tylu senatorów, wojewodów i kasztela­nów, nie były wolne od domieszki krwi żydowskiej dzięki ne­ofitom, daje dużo do myślenia w drodze analogii.


Na tej samej linii znajdowali się też Rzewuscy. Wiemy dzięki przypadkowi, że o tym się wygadał Bohdan Zaleski w swym dzienniku, który ogłosił Władysław Mickiewicz, w dodatku do życiorysu swego ojca, że Rzewuscy pochodzą od Ży­dów.


Przypomina mi się anekdota, kreśląca stosunki rasowe w Portugalii, gdzie również poważna ilość Żydów wsiąkła w spo­łeczeństwo tubylcze, a to akuratnie jak wszędzie to krzyżowanie z Żydami objęło sfery wyższe. Opowiadają, że gdy stojąc na stanowisku rdzenności, król Jose (1750—1777) razu jednego za­rządził, że wszyscy pochodzący od Żydów chrześcijanie mają no­sić specjalną odznakę: żółty kapelusz, natenczas przyszedł do niego głośny wówczas reformator kraju, minister Markiz Pombal z trzema żółtymi kapeluszami. Król zdumiony, pyta się go: co te trzy kapelusze mają znaczyć. Na to ten odpowiada, jeden dla mnie, drugi dla wielkiego inkwizytora, a trzeci dla Je­go Królewskiej Mości jeśli zechce swoją głową nakryć (Kayserling, Portugiesen, str. 335).


Czy heraldycy, badacze genealogii szlacheckich nie poczy­nili w tym kierunku żadnych spostrzeżeń? Owszem, ale są bezsilni wobec faktu, że na ogół nawet bez związku z kompleksem bolesnym żydostwa, zapodania heraldyczne stanowią teren fantazji, dowolności, wymysłów, mających służyć interesowi poszczegól­nym rodów.


Boniecki pisze pod tym względem w przedmowie do swe­go Herbarza polskiego kilka uwag, które zasługują na zapa­miętanie: Spotyka się często niezgodność pomiędzy rodowodem podanym przeze mnie, a tym jaki wynika z akt przedstawionych (przez odnośne rodziny przy sposobności wylegitymowania się ze swego szlachectwa przed władzami). Wpływa to stąd, że legitymującemu się, szło przede wszystkim o wylegitymowanie się, nie o wykazanie swego prawdziwego rodowodu, a zresztą wskutek nieświadomości, przedstawiał często za przodka swego osobistość, należącą do innego domu tego samego nazwiska lub do innej linii tego samego domu. Znam wypadek, że cztery róż­ne domy jednego nazwiska od jednej i tej samej osoby udowad­ niały swe pochodzenie.


Jak w tych warunkach polegać na oficjalnym materiale he­raldycznym ?


W niektórych wypadkach możemy naocznie obserwować, jak rodziny wyraźnie żydowskiego pochodzenia, przypisywują sobie jakichś antenatów z szarej dali, z Frankonii czy Austrii, (zob. art. o Powidzkich, o Lelewelu), albo też przeprowadza­ ją celowo mylne utożsamienia (por. art. o Dembowskich, Jaku­bowskim, Piotrowskich), byleby tylko ujść żółtej łacie pocho­dzenia żydowskiego.


Potomkowie neofitów o wyraźnej fizjonomii żydowskiej, aby uniknąć podejrzenia judaizmu przodków, wykłamują się często armenizmem, przypisują swój wygląd domieszce krwi or­miańskiej, gdyż jak wiadomo typ ormiański przypomina żydow­ski. Pisze o tym hrabia Korczak Branicki w wstępie do swej książki już cytowanej p.t. La Porte de Panitence (Paris 1876).


Jakie kawałki są tutaj możliwie w tendencji zacierania właściwej proweniencji, możemy wywnioskować z faktu, który miał miejsce w Warszawie już w 19 wieku. Władysław Rawicz wnuk neofity z r. 1831, syn konsula Stanów Zjednoczo­nych (zobacz), wystarał się o dowody, że pochodzi od pra­starej polskiej Rawiczów i udało się mu w tej mierze ta opera­cja genealogiczna, że został wciągnięty w tym charakterze na­wet do ksiąg heraldycznych rządu rosyjskiego w Petersburgu. Był mu przy tym pomocny pewien prawdziwy, ale zubożały szlagon sarmacki autentycznego nazwiska Rawicz, który go nawet miał zaadoptować (Semigotha, str. 846).


Przytoczę tutaj inny przykład do jakiego stopnia sięga chęć zatajania swej rasy u rodzin neofickich, ale już na pła­szczyźnie europejskiej.


Cała Europa wie o tym doskonale, że Henryk Heine był Żydem chrzczonym. Sam nigdy tym się nie krył. Wszelkie ży­ciorysy o tym informują. Jednakowoż jego arystokratyczni krew­ni w dziesiątki lat po śmierci tegoż, sądzili, że to możliwe. Hen­ryk Heine miał brata Gustawa, który bardziej praktycznie na­stawiony, uzyskał baronię austriackę i stał się Freiherr von Embden-Heine. Córka barona poszła jeszcze wyżej i poślubiła księcia della Rocca. Księżniczka della Rocca miała ambicję na­pisać pamiętnik o swym wielkim stryju, ale co robić z grze­chem tegoż pierwotnego wyznania. Godność mitry książęcej wymaga przeczenia. Czytamy przeto w jej Erinnerungen an Heinrich Heine (Hamburg 1881, str. 7), słowa lapidarne, zna­mienne przez swoją bezczelność „Wieviel auch in Deutschland darüber geschrieben wird, welcher Religion Heine angehörte, kann ich zur Beruhigung aller versichern, dass er Protestant war“. Tableau!



f) Domniemania na tle pochodzenia żydowskiego u szlachty.



Prawda, że wiele rodzin neofickich przez przyjęcie do sta­rych rodów szlacheckich zdołało uniknąć publicznej kontroli i pamięci potomnych. Jednak nie wszyscy neofici kryli się za starymi nazwiskami rodowymi szlachty. Józefowicze, czy Powidzcy, czy Felsztyńscy w 15-18 wieku nie posługiwali się wca­le firmami „aryjskimi” starej produkcji krajowej.


Wedle tradycji, którą przytacza Borkowski (Brincken) w swej, na podaniach autentycznych opartej pseudopowieści hi­storycznej p. t. Frank. (Biblioteka warszawska, 1844, III, 13), dało się odciągnąć przez przyrzeczone ustawą szlachectwo na Litwie za Jagiellonów stu Żydów. Nie wiem, w jakiej mierze ta cyfra zbliżona do rzeczywistości. Według całego układu rze­czy, cyfra była niewątpliwie bez porównania wyższą. Ale i co do tych stu rodzin szlacheckich z okresu Jagiellonów na Litwie nie posiadamy szczegółowych wiadomości, krom trzech z prze­łomu 15 wieku. Pewnie wielka część ich miała własne nazwiska. Nikt katastru tych rodów nie prowadził. Nie posiadamy spisu urzędowego jaki istnieje odnośnie do wielu rodzin neofickich no­bilitowanych na Stanisława Augusta. Borkowski-Brincken za­uważa w dopisce, że „ówcześni Jagiellońscy neofici tak ściśle po­łączyli się i zlali w jedno ze szlachtą polską, iż tylko przez tra­dycję i po nazwisku ich teraz poznać można”. Było moc daw­nych neofitów o własnych nazwiskach szlacheckich, które zna­no więc jeszcze w pierwszej połowie 19 wieku.


Skoro my w tym kierunku ani tradycji, ani znamion nazwi­skowych nie znamy, byłoby może słuszną rzeczą w drodze analizy imion, nazwisk, herbów dojść do prawdy, dociec do korzeni, do rzeczywistości dziejowej i wyśledzić przynajmniej pewne rody polskie, okresu jagiellońskiego, czy też późniejsze­go, które wyszły z pnia żydowskiego. Nie powinniśmy się jed­nak ograniczyć tylko do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wie­my, że i w Koronie miały miejsce poszczególne wypadki nobili­tacji neofitów (Powidzcy). Zauważamy to na Rusi Czerwonej w 17-18 wieku. Nasze oko powinno ogarnąć całokształt rodów ziem historycznych Polski. Czasowo nie musimy się ścieśnić w ramach historii polskiej od 15 wieku. I za Piastów zdarzały się chrystianizacje Żydów; niewykluczone, że wielu z nich mogło w onym prymitywnych czasach, kiedy na ziemiach Sarmacji Żyd przybysz z zachodu reprezentował wyższą kulturę, — łat­wo zaawansować na drabinie społecznej i uzyskać, na wypadek zmiany wyznania, wysokie tytuły i honory.



Imię Abraham.



Zaczynamy od imienia biblijnego Abrahama znachodzącego się w Polsce dawnych stuleci w sferach arystokracji. Za­uważyliśmy, że Zbąscy pochodzący od Żydów przez stulecia zachowali imię Abraham w rodzinie, tak samo też Abraham Ezofowicz-Józefowicz i Abraham-Habra, mimo zmiany wiary, po­zostali przy imieniu starozakonnego patriarchy, Per analogiam, powinniśmy wnioskować, że gdziekolwiek w Polsce dawniejszej spotykamy się z chrześcijanami zwanymi Abraham, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że to neofici, albo też potomko­wie neofitów.


I tak stwierdzamy, że w r. 1220, nazywał się Abraham podczaszy księcia Konrada mazowieckiego i kujawskiego, w r. 1221 nosił to imię podczaszy płocki, w r. 1239, cześnik

księcia Bolesława mazowieckiego, w r. 1245, Abraham kaszte­lan wiślicki, w r. 1291, skarbnik gnieźnieński, w r. 1346, pod­czaszy sandomierski, w r. 1352, starosta lwowski, w r. 1362, kasztelan lubelski, w r. 1383, wojewoda płocki i t.d. (Boniecki, Herbarz polski, Warszawa, 1901, I, 18). Abraham z Chołowa nobilis dominus w r. 1467. (Akta Grodzkie i Ziemskie z archi­wum Bernardynów we Lwowie VII 116). Abraham Tyrawski (ib. XXI, 134). Awraam Drucki-Horski, książę w r. 1551. (Boniecki, Poczet rodów litewskich, Warszawa 1887, str. 91). Wśród szlachty powiatu bracławskiego i winnickiego w r. 1569 wspomniany pan Abraham Juszkowski. (Akta Unii Pol­ski z Litwą, Kraków, 1932, str. 320). Abram Majoszka sta­rosta owrucki w województwie bracławskim w r. 1604. (Jab­łonowski i Pacinski, Źródła dziejowe X). Abraham Ossuchowski, cześnik sochaczewski w r. 1630, z rodziny sięgającej 15 wieku (Uruski, XIII, 117). Abraham Wojna, biskup wi­leński, który sprawował biskupstwo za Zygmunta II i Włady­sławy IV. (Wacław Jan Rudawski, Historia Polski od śmierci Władysława IV, aż do pokoju oliwskiego, przełożył Wł. Spasowicz, Petersburg i Mohylew, 1885, str. I. 78). Abraham Czosnkowski w r. 1640, brat kanonika poznańskiego (Uruski, II, 38). Abraham Miński w r. 1648, z rodziny sięgającej 15 wieku (ib. XI, 109).



Patronymica od imieni Abrahama.



Istnieją liczne rodziny polskie szlacheckie, których nazwi­ska rodowe pochodzą od imienia ojcowskiego Abraham: Abramowicze, Abramowscy. (Uruski, I, 3-12). Prawdopodobnie w większości wypadków, był tutaj jakiś protoplasta Żyd-neofita. Rzecz znamienna, że ani Paprocki, ani Okolski nie wspomi­nają w swych Herbarzach rodzin szlacheckich o nazwie Abrahamowicz, Abramowiczowscy, Abramowscy. Abramowicze herbu Jastrzębiec, których Wolff wywodzi mylnie od Abraha­ma Ezofowicza, pochodzili niewątpliwie od jakiegoś innego Ży­da. Zaznaczyć należy, że była to rodzina wielkopańska, która zajmowała wysokie urzędy w Rzeczypospolitej i wchodziła w koligacje z najwyższą arystokracją. Jan Abrahamowicz, her­bu Jastrzębiec na Woronianach był w r. 1579 wojskim i namie­stnikiem wileńskim, w r. 1580 starostą lidzkim, w r. 1593 wo­jewodą mińskim, a w r. 1596, wojewodą smoleńskim. Syn jego, Mikołaj, był w r. 1643 wojewodą mścisławskim, a w r. 1647 wojewodą trockim (Boniecki, I, 19).



Gwiazda sześciokątna w herbie.



Mogliśmy zauważyć, że przechrzta Oszejko z Kijowa do­stał w r. 1499 herb z gwiazdą sześciokątną, niby z żydowskim Magen Dawid. Ale on nie był wyjątkiem, istnieją i inne rodzi­ny szlacheckie pieczętujące się „Tarczą Dawida“, symbolem żydostwa. Widzimy to szczególnie na Wołyniu. Klejnot Pietyrog — sześciokątna gwiazda używana też przez rody Maliń­skich, Bukowińskich, Kozińskich, (Bartosz Paprocki, Herby rycerstwa polskiego zebrane i wydane w r. 1589, Kraków, 1858, str. 862 sq.). Czy i tutaj pochodzenie żydowskie należy przyjąć? Rachunek prawodopodobieństwa rzecze: tak. W 19 wieku uzyskał neofita Jakubowski herb przedstawiający gwiaz­dę pięciokątną.



Herb Samson.



Rodziny szlacheckie Masławskich, Kosickich, Jaromierskich, Zakrzewskich mają bohatera ze Starego Testamentu, Samsona w herbie (Paprocki, str. 706). Bohater starozakonny, jako godło herbowe, to chyba tylko neofitę-rycerza mógł zna­mionować. W średniowieczu opowiadali sobie Żydzi o bohate­rach, potomkach Samsona biblijnego, żyjących gdzieś w kra­jach egzotycznych, okazujących cuda waleczności i tężyzny bo­jowej (Eldad ha-Dani, Ozar Midrashim ed. Einstein, New-York, 1915, p. 20). Ciekawe, że jeden z 9 zakładników, synów szlachty wielkopolskiej, których książę Przemysław w r. 1256 dał księciu pomorskiemu nazywał się Samson (Rocznik towarzy­stwa heraldycznego, V, 3).



Krzyż w herbie.



Czytamy w Panu Tadeuszu „Waść ma krzyż w herbie wołał Podhajski, to alluzja, że w rodzie bywał neofita”.


Rodzina szlachecka Skorobogatych herbu Krucyni (Krzyż) na Litwie pochodziła niewątpliwie od jakiegoś nowobogackiego ochrzczonego Żyda. Piotr Nałęcz (Zbiór nazwisk szlacheckich, Lublin, 1805, str. 662), podaje to nazwisko bez dalszych komentarzy. W Koronie, krzyż w herbie nie występuje (Niesiecki, Herbarz Polski, I, 565).


Abramowicze herbu Lubicz w województwie kijowskim, ziemi chełmskiej posiadają za herb podkowę z pół krzyżem w środku i na wierzchu. Pierwsza wzmianka o tej rodzinie od­nosi się do roku 1650 i tyczy się burgrabiego włodzimierskiego. (Boniecki, I, 18). Nazwisko same daje już presumcję do przy­pisywania pochodzenia żydowskiego, a jeśli jeszcze krzyż w do­datku, to sprawa staje się pewną.


Boryczkowie herbu własnego, który przedstawia w polu błękitnym dwa krzyże złote, budzą podejrzenie. Pochodzenie rze­komo węgierskie, w każdym razie niepolskie. Pierwsza wzmianka o nich datuje z r. 1658, (Boniecki, II, 125, Małachowski, 563). Czy przypadkowo węgierszczyzna to nie parawan celem przysła­niania żydowskiego pnia?


Jakoś niewyraźnie wyglądają Antuszewicze herbu Podko­wa z krzyżem w środku, o których pierwsza wzmianka dopiero w r. 1703 (Boniecki, I, 146), Albinowscy herbu Jastrzębiec posiadający krzyż w podkowie, jak powyżej, których pierwszy przedstawiciel znany, skarbnik wendeński, występuje poraz pierwszy ze swego rodu w r. 1768. Nowa stosunkowo szlachta, czy nie doprawdy neofici?


Ale sprawa się komplikuje. Już się bronił Birbasz w Panu Tadeuszu, że krzyż w herbie może oznaczyć też nawróconego z islamu. Krzyż symbolizował konwertytę, ale niekoniecznie i niezawsze takiego co pochodził od Żydów, mógł być i Tata­rem muzułmaninem, który zmienił swe wyznanie i przeszedł na wiarę Chrystusową. Ale nie tylko innowierca współczesny mógł być przodkiem. Mógł się znajdować krzyż w herbie rodzin prastarych, czysto słowiańskich, które już istniały w swej oso­bowości, w onych czasach, gdy naród polski, czy ruski przeszedł z pogaństwa na religię chrześcijańską.


Trudno we wielu wypadkach przeto orzec, jaką konwersję krzyż w herbie oznacza, czy z judaizmu, czy z pogaństwa, szcze­gólnie gdy mowa o wielkich historycznych rodach sięgających swoją pamięcią zmierzchu dziejów. Krzyż troisty na półksięży­cu to herb Wiśniowieckich, Poryckich, Woronieckich. Koło ze­garowe z krzyżem w środku to herb Tuczyńskich z książąt Po­morskich. Książęta Rożynscy mają w swym cztery krzyże zło­te (Herbarz Polski podług Niesieckiego, ułożony przez K. Łodzia-Czarnieckiego, Gniezno, 1875—1881, str. 97, 112, 118). Zaznaczyć należy, że są i całe obszary, kraje i miasta na tere­nie historycznej Polski, które mają w herbie krzyż, na pewno jako znak zwycięstwa chrystianizmu nad starosłowiańskim po­gaństwem. Województwo wołyńskie używa krzyża w herbie, tak samo też województwo bracławskie. Gdańsk posiada w swym herbie dwa krzyże (Paprocki l.c. 918—922).



Przydomek Żyd.



Przechrzcie często przylegał przydomek Żyd i długo po zmianie wyznania.


W starodawnych prawa polskiego Pomnikach (II, 3987) występuje chrześcijanin Michał Żydek, jako krewny neofity Ży­da Hanusa.


Wspomnianym jest również Stanislaus Judaeus baptizatus (ib. II, 1743), który najprawdopodobniej jest identycznym z Stanisławem Sydowka (Żydówka) wicepodkomorzym (vicesubcamerarius) u Lekszyckiego (II, nr. 2575, 2646).


Niewątpliwie byli pochodzenia żydowskiego i inni chrze­ścijanie z przydomkiem Żyd, których neofityzm niewzmiankowany wyraźnie, tak n.p. Nicolaus Judaeus ławnik krakowski z końca 14 w. (Kodeks dyplom. Krakowa, VIII, nr. 4519) wspomniany też jako Nicolaus advocatus alias Żyd (Cod. diplom. umv. Crac. I, nr. 110) (porównaj Ignacy Schipper, Stu­dia nad stosunkami gospodarczymi Żydów w Polsce, str. 133). Franciszek Żydkiewicz nobilitowany w r. 1673 (Volumina Legum, V, 130) też prawdopodobnie podpada pod tę samą kate­gorię. Daniel Żytkiewicz herbu Jastrzębiec był za Jana Kazimie­rza wnukiem Żyda (Kubala, Wojna szwedzka, Lwów, 1913, str. 469).


W aktach rozróżnia się często pomiędzy Żydem z religii, a Żydem z przydomku w ten sposób, że w tekstach łacińskich u Żyda z wyznania pisze się Judaeus, podczas gdy u Żyda

z przydomku mimo tekstu łacińskiego pozostawia się „Żyd“ bez przekładu (n.p. Hannus Żyd iustificavit se jure mediante, a Jordane Judaeo) (zobacz, Księga Ławnicza, 1445—1452, Pomniki dziejowe Przemyśla, wydali Jan Smółka i Zofia Ty­mińska, Przemyśl, 1932, str. 68). Nie należą tutaj różni „Ży­dowscy” w Wielkopolsce, którzy byli właścicielami wsi o naz­wie „Żydów” i sami z Żydami nic wspólnego nie mieli.



ZNAMIENNE NAZWISKA NEOFICKIE



Brincken-Borkowski powiada w Bibliotece Warszawskiej z roku 1844 (tom, III, str. 336): Nazwiska pochodzące od miesięcy, lub dni, lub zaczynające się od nowo po największej części należą do potomków Żydów przechrzczonych za Ja­giellonów.



Nazwiska od miesięcy.



W rzeczywistości stwierdzamy wśród nazwisk szlachty nowozamianowanej z neofitów roku 1764-5 kilka utworzonych z miesięcy: Lutyński od lutego, Majoski-Majewski od maja,

Lipiński od lipca, tak samo Lipski.


Spis nazwisk neofitów, którzy przyjęli wyznanie rzymsko-katolickie w Warszawie w okresie 1700-1800, zawiera mnóst­wo nazwisk o źródłosłowie kalendarzowym: Czerwiecki, Czer­wiński (2 razy), Grodziński, Grudziński (od grudnia), Kwie­ciński (od kwietnia), Lutyński (2 razy, od lutego), Majewski (2 razy) (od maja), Octobar (listopad), Sierpowski (2 razy) (od sierpnia), Wrzesiński (2 razy) (od września). W Niesza­wie chrzcił się w r. 1778 niejaki Lipiński (od lipca). W Łę­czycy przyjął chrzest w r. 1779 Paweł Wrzesiński, we Włocławku ochrzcili się w czasie 1769—1790 Czerwiński, Listopski (od listopada), Majewski (4 razy), Wrzesiński; w Ra­domiu przyjęli religię Chrystusa w latach 1760—1770) Kwie­ciński, Lipczyński, Majowski (2 razy), Październicki, Wrze­siński (Jeske-Choiński, str 26—38).


W ciągu pierwszej połowy 19 wieku spotykamy się rów­nież często z nazwiskami neofitów urobionymi z nazw miesięcy. Najpopularniejsze były miesiące wiosenne, kiedy zdaje się w związku z świętami Wielkanocnymi najwięciej konwertytów brało chrzest. Kwiatkowskich, Kwiecińskich znajdujemy tam w łącznej cyfrze 26 (dwudziestu sześciu), Majewskich dwudziestu, w dalszej linii Styczyńskich trzech, Czerwińskich pię­ciu, Sierpińskich czterech, Wrzesińskich i Wrześniewskich czte­rech, Paździerskiego jednego, Grudzińskich dziewięciu (Jeske-Choiński, 135—137). Grudzińskich liczba duża, prawdopodob­nie ze względu na święto Bożego Narodzenia, kiedy neofici gar­nęli się liczniej do aktu chrystianizacji. Listy potomków ich nie znamy. Nie posiadamy też przeglądu wszystkich kalenda­rzowo nazwanych od miesięcy neofitów w całej Polsce. Musimy jednak uważać za prawdopodobne, że wszędzie gdzie spotyka­my w Polsce nazwisko powyższego typu ma się do czynienia z descedentami jakiegoś nowochrzczeńca. Gdyby się ukazał jakiś wyjątek w tym kierunku, byłaby to egzemcja raczej, któ­ra zaświadcza słuszność reguły.


Spróbuję tu dać przegląd niektórych rodzin i jednostek wy­bitniejszych narodowości polskiej, których nazwiska należą do typu powyższego. W latach 1776—1815, żył Jan Gwalbert Styczyński pedagog i powieściopisarz. Marzecki herbu Nowina, rodzina szlachecka wspomniana poraz pierwszy w r. 1687, póź­niej się nagle urywa. W r. 1846 zostali zapisani do ksiąg szlach­ty wileńskiej Leopold Marzecki syn Józefa (Uruski, X, 246).

Również młodą szlachtą stosunkowo są Marczyńscy, herbu półksiężyc wspomniani poraz pierwszy w r. 1670. Przy czym rzecz charakterystyczna, że w herbie Marczyńskich unoszą się nad półksiężycem dwie gwiazdy sześciopromienne (Uruski, X, 278—219). Gwiazda sześciopromienna — Magen Dawid w herbach neofitów wzmiankowaliśmy już wyżej. Jeszcze dale­ko młodsi są Marczewscy herbu Biberstein (wylegitymowani w r. 1848), herbu Dąbrowa (nobilitowani w r. 1775), herbu Prawdzic (wspomniani poraz pierwszy w r. 1758), herbu Ro­gala wylegitymowani aż do pradziadka w r. 1852, Marczewski herbu Siła (nobilitowani w r. 1839). Kwietniewski to nazwisko współczesnego profesora anatomii na uniwersytecie lwowskim. Majewskich istniała stara szlachta herbu Stary Koń z 15 wie­ku, herbu Nałęcz wspomniani w r. 1697, ale poza tym wielka ilość rodzin o tej nazwie, nobilitowanych względnie poraz pierw­szy wspomnianych dopiero w 18 wieku, albo jeszcze później. Czerwiński Gabriel uszlachcony w r. 1790. Stary ród Czer­wińskich herbu Lubicz wspomniany jeszcze w r. 1389 od wsi w powiecie ostrołęckim, nie miał ciągłości (Uruski, III, 19). Znamienne jest, że autor Czerwonego Sztandaru, poeta i dzien­nikarz znany swego czasu (1851—1888), nazywał się Boles­ław Czerwiński. W r. 1788 słyszymy poraz pierwszy o szla­checkiej rodzinie Juniczów (Juni-czerwiec) (Uruski, VI, 117). Nazywał się tak wówczas łowczyc mścisławski. Lipczyńskich istnieje stary ród (herbu Korwin wspomniany w r. 1565), ale istnieją Lipczyńscy zapisani do ksiąg szlachty grodzieńskiej do­piero przed rokiem 1830 (Uruski, IX, 65). Tak samo Lipińscy to stara szlachta (herbu Schur i herbu Brodzie, wywodzący się z Lipna w ziemi rawskiej, względnie z Lipin na Mazowszu), ale istnieją też różni Lipińscy wylegitymowani dopiero począw­szy od ostatnich dziesięcioleci 18 wieku (herbu Dołęga rok 1738, herbu Korsak 1782, Lubicz 1803, Mutyna 1853, Uru­ski, IX, 66—80). Sierpiński Wacław nazywa się współczesny profesor matematyki na uniwersytecie warszawskim. Wrześniew­ski było nazwisko profesora zoologii na wszechnicy warszawskiej z przed kilkudziesięciu laty (1837—1892). Paździerscy herbu Ślepowron wylegitymowali się ze swego szlachectwa w powie­cie trembowelskim w r. 1782 (Uruski, XIII, 260). Listopaccy herbu Krzywda zapisani zostali do ksiąg szlachty guberni miń­skiej w r. 1843, Listopacki herbu Lubicz wylegitymował się na Wołyniu w r. 1850. Listopaccy herbu Mora wspomniani poraz pierwszy w r. 1780, wylegitymowali się w Królestwie w r. 1858 (Uruski, IX, 126—127). Grudzińscy herbu Grzymała pocho­dzący z Grudna w powiecie poznańskim to ziemiaństwo o po­ważnej tradycji, o których już wzmianka w r. 1490. Młodą szlachtą są jednakowoż Grudzińscy herbu Łabędź wylegitymo­wani w Galicji w r. 1782, Grudzińscy herbu Paprzyca wylegitymowani na Wołyniu rosyjskim dopiero w latach 1849—1860. Jakub Grudziński został nobilitowany w r. 1793, syn jego Pa­weł był dziedzicem dóbr Gapinin w powiecie opoczyńskim (Uruski, V, 23).



Nazwiska od dni tygodnia.



Nazwisko Niedzielskich spotykamy wśród neofitów uszlachconych w r. 1765. Tak samo się nazwał Niedzielski pe­wien neofita warszawski w r. 1771. Nazwisko Niedzielski przy­jął pewien nowochrzczeniec z Kamieńca Podolskiego w r. 1 755 i z Kłodawy w r. 1756 (Jeske-Choiński, str. 31. 35, 38). Ja­ko nazwisko przyjęte przez neofitów w Warszawie wspomniane w ciągu pierwszej połowy 19 wieku, znajdujemy wyraz Nie­dzielski trzy razy w spisie Choińskiego (str. 156).


Niedzielski to nazwisko występuje po raz pierwszy spora­dycznie z końcem 16 wieku oraz też w 17 stuleciu u szlachty polskiej: Niedzielski herbu Prus pleban w r. 1587, Niedzielski

herbu Sas na Rusi 1654, Stefan Niedzielski stolnik litewski ro­ku 1690 i staje się częstem ono dopiero od drugiej połowy 18 wieku: Niedzielski herbu Laryssa wylegitymowany w Galicji r. 1782, Niedzielski herbu Topór wylegitymowany w r. 1865, Niedzielski herbu Pogoń rok 1771 (Uruski, XII, 81).


Nazwisko Niedzielski to w większości wypadków sztucz­ny utwór, robota celowa, miano nadane osobom, które przecho­dząc z innego wyznania, przyjęły na siebie obowiązek odpo­czynku, czy nabożeństwa niedzielnego.


W ciągu 19 wieku kilku Niedzielskich uzyskało imię w sztuce, w malarstwie (Maria), budownictwie (Julian) i t.d. Niewątpliwie, korzeń ich na krótszą, czy na dalszą metę sięga do Judei.



Nazwisko na „nowo”.



Według Borkowskiego i nazwiska na „nowo“ wskazują na neofitów.


Wśród nobilitowanych z roku 1764 znajdują się dwaj Nowakowscy. Na liście nowochrzczeńców warszawskich z okre­su 1700—1800 widzimy trzech Nowakowskich i dwóch No­wickich. W Radomiu w latach 1769—1770 wychrzciło się dwóch Nowickich (Jeske-Choiński, str. 31, 37). Dwóch Nowa­kowskich, neofitów stwierdzamy w Warszawie w latach 1804 i 1827, i jednego Nowickiego w r. 1817 (Jeske-Choiński, str. 156—157).


Nowakowskich i Nowickich zna w mnogiej ilości historia literatury i sztuki w Polsce i tutaj należałoby w przeważającej większości wypadków pomyśleć o przodkach, którzy ongiś opuś­cili Palestynę.


Nowakowscy-szlachta to zjawisko bardzo późne. Poraz pierwszy wzmiankowani Nowakowscy herbu Ślepowron w r. 1733, Nowakowscy herbu Trzy księżyce w r. 1764, herbu Przyjaciel w r. 1768, herbu Sas w r. 1782, herbu Cholewa 1782, herbu Kurcjusz w r. 1789 (Uruski, XII, 183). Rycer­stwo z okresu upadku Rzeczypospolitej, o nazwisku na „nowo”; wniosek sam się nasuwa.


Pierwsza wzmianka o Nowickich szlachcie herbu Nowic­ki datuje z roku 1524, ale na tym prawie na dwa i pół wieku się kończy. Ignacy Nowicki został nobilitowany w znamiennym roku 1764 (Vol. Legium VII, 166). Nowicki herbu Lubicz otrzymał szlachectwo w r. 1776. Nowicki herbu Kotwica wy­legitymował się w r. 1852 aż do ojca. Nowicki herbu Herburt wylegitymował się w r. 1847 aż do dziadka. Arystokracja od wczoraj typu znanego, którego nazwisko utworzone z zdradli­wego przymiotnika „nowo”.



Z dobrej woli”.



Brinken-Borkowski wprawdzie na to nie zwrócił uwagi, ale łatwo daje się stwierdzić, że niektórzy neofici nazwali się „Do­browolscy”, czyli zwolennicy nowej religii, „z dobrej woli”. Wskazywali na to już Jeske-Choiński i Semigotha. Wśród nobilitowanych wyżej już wspomnianych z czasów panowania Po­niatowskiego znamy sześć rodzin szlacheckich pochodzenia neo­fickiego o nazwisku Dobrowolski.


Dobrowolski jako nazwisko wychrzty występuje trzy razy w Warszawie w metrykach chrztu roku 1672, 1674, 1675. Re­jestr neofitów warszawskich z 18 wieku, zawiera dziesięć razy nazwisko Dobrowolskich-nowochrzczeńców. W Łęczycy w la­tach 1782—1789 chrzciło się trzech Dobrowolskich. W Ka­mieńcu Podolskim jeden Dobrowolski przyjął chrzest w r. 1759. W latach 1812—1845 w Warszawie sześciu Dobrowolskich przeszło na łono kościoła rzymsko katolickiego (Jeske-Choiński 16, 17, 35, 38, 126).


Słownik geograficzny Sulimierskiego i towarzyszy, notuje na ziemiach historycznej Polski 6 wsi, nazywających się Dobrawola i ośm wsi o nazwie Dobrowola (II, 68—70). Teoretycznie mogliby istnieć Polacy o nazwisku „Dobrowolski”, nie ma­jący z Żydami nic wspólnego i pochodzący ze wsi Dobrawola, Dobrowola. Temu jednak sprzeciwia się jedno, że w starych herbarzach nie występuje nigdzie nazwisko „Dobrowolski” i okazuje się dopiero sporadycznie w drugiej połowie 17 wieku (herbu Leszczyc około r. 1670) i jako masowe wśród szlachty zjawia się ono dopiero w 18 wieku (herbu Krzywda 1715, her­bu Jastrzębiec 1725, herbu Nałęcz 1789, Nieczuja wyleg, w r. 1853, Ostoja 1727, Grabie 1782, Drzewica 1789 itd.) (Bo­niecki, IV, 347, Uruski, III, 193, Borkowski, str. 75). Semigotha uważa za prawdopodobne, że wszystkie rodziny szlacheckie o nazwisku Dobrowolski pochodzą od Żydów (str. 543).


Jako nazwisko autorskie znajdujemy wyjątkowo już w po­łowie 17 wieku Augusta Dobrowolskiego przeora Cystersów w Paradyżu, którzy ogłosił kilka prac z zakresu teologii. O licz­niejszych, różnych wybitnych Dobrowolskich słyszymy dopiero w 19 wieku: Franciszek Dobrowolski redaktor Dziennika Poz­nańskiego i dyrektor teatru w Poznaniu, członek rządu narodo­wego w r. 1863, Antoni Bronisław Dobrowolski, uczestnik wy­prawy antarktycznej w latach 1894—1897. Rodowód szczegó­łowy u nich nieznany, ale niewątpliwie ta sama linia co u ogó­łu Dobrowolskich, prowadząca do wyznawców Starego Zako­nu. Odmianą nazwiska Dobrowolski to nazwisko Wolski. Neo­fitę Wolskiego, który był wielkim łowczym księcia Radziwiłła, wspomina w r. 1759 Matuszewicz w swych Pamiętnikach. Wśród nobilitowanych w r. 1765 był pewien neofita Wolski (zobacz).



Krzyżanowscy



Wiemy, że Krzyż w herbie we wielu wypadkach oznacza neofitę. Z godła urabiano też nazwisko. Jeden z nobilitowanych neofitów w r. 1764 nazywał się Franciszek Krzyżanowski, a dwóch innych z r. 1786 Jan i Bazyli Krzyżanowscy. W spi­sie neofitów warszawskich z lat 1700—1800 znajduje się 5 Krzyżanowskich i jeden Krzyżanecki. W Kamieńcu Podol­skim chrzcił się w roku 1758 Jan Jakub Krzyżanowski. Wśród frankistów spotykamy i Krzyżewskich i Krzyżanowskich (4 razy). W latach 1825—1831 4 neofitów w Warszawie przy­jęło nazwisko Krzyżanowskich.


Nazwisko Krzyżanowskich w rzeczy samej znamionuje nie koniecznie wyłącznie neofitów. Istnieje miejscowość Krzyżano­wice w Sandomierskim, skąd pochodzili Krzyżanowscy herbu Dębno wspomniani jeszcze w r. 1481, Krzyżanowscy herbu Świnka w Sieradzkim z r. 1530 (Borkowski, Spis, str. 193). Na terytorium Polski dają się stwierdzić trzy miejscowości o naz­wie Krzyżanowce i dwie miejscowości o nazwie Krzyżanów, oraz jedna miejscowość nazywająca się Krzyżany (Słownik Geograficzny, IV, 816). Jest jednak rzeczą bardzo prawdopo­dobną, że Krzyżanowscy szlachta, którzy wzmiankowani są po­ raz pierwszy dopiero w ostatnich dziesięcioleciach 18 wieku (herbu własnego), albo z początkiem 19 wieku (herbu Dołęga, Krucyni, Mora, Skrzydło) (Uruski, VIII, 101—148) nic

wspólnego nie mają z żadną wsią rodową o identycznej nazwie, lecz swoje nazwisko wzięli od symbolu chrześcijaństwa, będące­go często specjalnym godłem rodzinnym wychrztów.


Od trzeciej ćwierci 18 stulecia pojawiają się różni Krzy­żanowscy w życiu publicznym Polski: Krzyżanowski Jan Kan­ty (1780—1842) autor różnych prac pedagogicznych, Krzyżanowski Adrian (1788—1852) profesor matematyki na uni­wersytecie warszawskim, Krzyżanowski Ignacy kompozytor itd. itd. Pochodzenie ich we większości wypadków niewątpliwie sta­ło w związku z nomenklaturą religijną neofitów od Krzyża.



Nawroccy



Nawracający się nazywał się też czasem „Nawrockim”. W lipcu 1674 ochrzciła się w Warszawie w r. 1674 Marianna Nawrocka. Michał przyjął religię chrześcijańską w r. 1830 (Jeske-Choiński, str. 15, 155). Istnieje też szlachta młoda o tym nazwisku. Wspomniany jest Piotr Nawrocki herbu Lu­bicz subdelegat sandomierski, którego wnuk Napoleon był adiu-tantem-porucznikiem gwardii narodowej w r. 1831. Nawrocki herbu Pobóg Stanisław syn Piotra wylegitymował się w gubernii wileńskiej w roku 1862 (Uruski, XIV, 51). Niewątpliwie obie te rodziny rycerskie młodej daty, należy łączyć z pniem neo­fickim.



DOMIESZKA ŻYDOWSKA PO KĄDZIELI



Chrzczone Żydówki, oraz też córki neofitów zaślubiały bardzo często Sarmatów od dziada naddziada. Rodowód w tym wypadku daleko trudniejszy do wyłuskania, do wydobycia na

wierzch, aniżeli genealogia po mieczu. Niema nazwiska wspól­nego któreby wskazało łączność z parantelą żydowską, z rodzi­ną matki czy babki. Gdzie odszukać owe dwa tysiące dziew­cząt żydowskich, które swego czasu temu dwa stulecia ksiądz Turczynowicz nawrócił na chrześcijaństwo i stały się, poślubio­ne przez ludzi ze sfer towarzyskich przynajmniej średnich, antenat­kami, matkami, babkami i prababkami setek tysięcy dobrych, rdzennych Polaków.


Dla znajomości składu rasowego społeczeństwa polskiego akuratnie genealogie niewieście niezwykle ważne i ciekawe. Neofita szukał zazwyczaj koligacji dla swych córek w warstwie ziemiańskiej aż do najwyższych szczytów i w sferach inteligen­cji zawodowej, a w najgorszym wypadku w kole burżuazji han­dlowej. Procent rodzin o babkach, czy prababkach żydowskich, w sferach szlachty, czy inteligencji nie daje się dość wysoko taksować.


Czytelnik znajdzie w książce niniejszej pewną ilość Pola­ków ze znacznych rodów, którzy ożenili się z Żydówkami pochodzącymi z rodzin ochrzczonych. Ich potomstwo o nazwiskach znanych, historycznych staropolskich uchodzi za stuprocentowo rdzenne i nikomu nie nasuwa się podejrzenie o inflitracji krwi tych, którzy światu dali oba Zakony i są od tysiącleci w poniewierce.



Koligacje neofitek z Polski z arystokracją zagraniczną.



Plutokracja i inteligencja żydowska wyznania chrześcijań­skiego koligaciły się również z arystokracją zagraniczną. Sięga­ły one w swych potomkach czasem aż do tronów monarszych w najpoważniejszych państwach.


Julia najmłodsza córka generała Haukego, który był żydow­skiego pochodzenia wedle Semigothy, była frajliną na dworze późniejszej carowej Marii Aleksandrówny i zaślubiła morganatycznie księcia Hesji Aleksandra w r. 1852, przy której sposob­ności otrzymała tytuł księżniczki Battenberg. Dzieci księżniczki Battenberg zajęły pod nazwiskiem i tytułem swej matki równo­uprawnione stanowisko wśród najwyższej arystokracji rodowej, z której się rekrutują władcy państw.


Najstarszy syn Ludwik książę Battenberg (ur. w r. 1854), wnuk generała Haukego ożenił się z córką Wielkiego Księcia Hesji. Drugi syn Aleksander ur. w r. 1858, został obrany przez Sobranie Bułgarskie w r. 1879 księciem Bułgarii, gdzie też pa­nował jako lennik Turcji aż do roku 1886. Trzeci syn Henryk (ur. w r. 1858) ożenił się z córką królowej Wiktorii i był Kró­lewską Wysokością. Latorośl angielska Battenbergów przezwa­ła się podczas wojny światowej Mountbatten, co stanowi prze­kład angielski niemieckiego nazwiska. Ostatnia królowa hisz­pańska żona wygnanego Alfonsa pochodzi od Battenbergów skoligaconych z dynastią angielską. Czwarty syn księżniczki Battenberg wspomnianej powyżej, Franciszek Józef posiadał skłonności naukowe w kierunku ekonomii, uzyskał doktorat filo­zofii i ogłosił w r. 1891 książkę p.t. „Die volkswirtschaftliche Entwicklung Bulgariens von 1879 bis zur Gegenwart”.


Henrietta Brauman córka kupca warszawskiego Adolfa Braumana (1811 —1878) zmieniła wyznanie w listopadzie r. 1865 i zaślubiła w lipcu r. 1866 barona Arnolda Senfft von Pilsach, doktora praw, syna naczelnego prezydenta Pomeranii barona Ernesta Karola Fryderyka Senfft von Pilsach i Idy Elżbiety Henrietty von Ortzen (Jeske-Choiński, str. 185).


Z córek neofity barona Antoniego Fraenkla (1809—1883), starsza Wiktoria Karolina Eugenia (1811—1843) za­ślubiła Karola barona von Kachel, konsula szwedzkiego w Dreznie (1798—1874) i młodsza Atalia Karolina Waleria wyszła za Waldemara von Heyden dziedzica dóbr Carltow w Brandeburgii (Reychman str. 74).


Aleksandra Joanna Brühl (ur. w r. 1853) córka neofity Jakuba Ludwika (1821—1867) zaślubiła właściciela dóbr z Ol­denburgu słynnego ekonomistę Augusta Onckena, który począt­kowo był profesorem na politechnice w Akwisgranie i stąd zo­stał powołany na profesora uniwersytetu do Berna w r. 1878, autora całego szeregu prac ważkich ze swego zakresu (Adam Smith und Immanuel Kant, 1877, Die Maxime Laissez faire et laissez aller 1887).


Maria Halpert (1835—1903) córka Tytusa Wilhelma, wnuczka Ludwika bankiera zaślubiła Artura barona Rheinbaben (Reychman str. 88).


Z córek barona Bronisława Lucjana Lessera (1852—1922) rodziny neofickiej, wyszła starsza Wanda Bronisława ur. w r. 1906 za Adolfa barona Rohn von Rohnau, zaś młodsza w r. 1910 za Emila barona Rohn von Rohnau (ib. str. 123).


Gabriela Epstein córka neofity Mieczysława (1833—1916) zaślubiła w r. 1883 Ludwiga Marię Dominika hrabiego de Lyot (ib. str. 53).


Z wnuczek barona Leopolda Kronenberga, jedna Maria Anna córka Stanisława Leopolda wyszła za Marie Jehan Phi­libert Marc Bourrée hrabiego de Corberon, zaś druga Maria Władysława Edwarda, zaślubiła w r. 1904 Józefa Rajmunda hr. de Maistre (ib. str. 113).


Anna Franciszka Henryka Augustyna, córka Henryka Adolfa Frankensteina, rzekomego hrabiego portugalskiego, rosyj­skiego radcy stanu z neofitów, wyszła za Henryka księcia di Palestrina Sacchetti-Barberini (ur. w r. 1892) (ib. str. 75).


Leonia Stefania Rotwand (ur. w r. 1882) córka Stanisła­wa zaślubiła w r. 1910 margrabiego Karola Cavriani (ib. str. 174).



ADAMKIEWICZE



Albert Adamkiewicz (1850-1921) pochodził z byłego za­boru pruskiego z Żerkowa (Wielkopolska), był synem Adolfa Adamkiewicza i Zuzanny z Jacobsonów i odebrał wychowanie niemieckie; nigdy on poprawnie nie mówił po polsku. Habilitował się w Berlinie na wydziale medycznym w r. 1877. Do Krakowa został Adamkiewicz powołany na uniwersytet Jagielloński w dwa lata później, gdzie właśnie powstała wówczas nowa katedra patologii ogólnej i eksperymentalnej.


Po dziewięciu latach profesury Albert Adamkiewicz zmie­nił religię i przeszedł w Warszawie na wyznanie rzymsko-ka­tolickie. Wyprzedziła go o rok ze zmianą religii żona jego Ka­zimiera z rodziny bankierskiej Reychmanów w Warszawie.


Albert Adamkiewicz ogłosił cały szereg poważnych prac naukowych z zakresu chorób serca, sekrecji potu, tabesu w perio­dykach fachowych, oraz też w samodzielnych książkach: Die Gefässe des menschlichen Rückenmarkes (Wiener Akademie der Wissenschaften 1881), Rückenmarkschwindsucht 1885, Die Lehre vom Hirndrucke und die Pathologic der Hirnkompression, (Wiener Akademie der Wissenschaften, 1883) i t.d.


Albert Adamkiewicz wystąpił z samodzielną teorią lecze­nia raka, ogłosił światu rewelacyjną wieść, że mu się udało od­kryć serum przeciwrakowe; 10 monografij poświęcił temu tema­towi. Jednak spotkał się z zdecydowaną opozycją sfer nauko­wych, które uważały jego surowicę przeciwrakową za niesku­teczną.


W następstwie napotykanych przeciwieństw musiał on po roku urlopu, w którym się starał swoje odkrycie rakowe ugrunto­wać, się zrzec z swej katedry w r. 1893, aczkolwiek był doskona­łym nauczycielem i cieszył się reputacją świetnego eksperymentatora. Pomyłka naukowa zachwiała jego pozycją na parnasie wiedzy.


Od roku 1893 do śmierci pozostał Adamkiewicz we Wied­niu, gdzie ordynował jako lekarz prywatny, oraz też pracował jako prymariusz w szpitalu żydowskim Rotschilda. Zmiana religii nie przeszkadzała mu pracować w fundacji wyznania mojżeszowego. Adalbert Adamkiewicz pozostawił dwóch synów Jerzego i Włodzimierza.


Jerzy Adamkiewicz, dr. praw, urodzony w r. 1881, jest od 21 stycznia 1936 radcą Ministerstwa w stanie nieczynnym. Ma on za sobą długą karierę w polskiej służbie konsularnej. Je­rzy Adamkiewicz był od 1 stycznia 1923 do 21 listopada 1924 konsulem w Jerozolimie, jako sekretarz poselstwa 1 klasy. Cie­kawe czy to był li tylko przypadek, że rząd polski zamianował syna konwertyty żydowskiego pierwszym swoim przedstawicielem w stolicy Palestyny. W dalszym ciągu był Jerzy Adamkiewicz od 1 marca 1927 konsulem polskim w Lipsku, od 1 maja 1931 konsulem generalnym w Montrealu, a od 31 marca 1933, aż do przejścia w stan spoczynku, konsulem generalnym w Ottawie. Jerzy Adamkiewicz rozpoczął swoją służbę konsularną jeszcze pod zaborem austriackim.


Włodzimierz Adamkiewicz dr. praw (ur. w r. 1885) jest od 1 marca 1933 naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (Wydział Opieki Prawnej).



ARCTOWIE



W roku 1837 przeszedł na wyznanie ewangelicko-reformo­wane (luterańskie) lekarz Mojżesz Arct syn Fiszla i Hindy z Zamościa na Lubelszczyźnie, w wieku lat 73. Mojżesz Arct po chrzcie nazwał się Michał.


Mojżesz-Michał Arct miał brata w Lublinie księgarza Stanisława (1818—1900), właściciela handlu książek, istnieją­cego w Lublinie od r. 1836.


Syn Mojżesza-Michała Arcta, również Michał (1840—1916) obrał zawód swego stryja, w którego przedsiębiorstwie pracował jako kierownik przez niejaki czas, a później w r. 1881 objął na własność. W r. 1887 przeniósł się Michał Arct do Warszawy gdzie kupił księgarnię A. W. Gruszeckiego wydaw­cy i redaktora tygodnika Wędrowiec (Mazowiecka 14).


Michał Arct należał do tej samej kategorii księgarzy po­chodzenia żydowskiego co Gluksbergowie, Orgelbrandowie, Merzbachowie, Lewentalowie i t. d., którzy w 19 wieku stro­nę komercjalną książki polskiej wywindowali na wysoki poziom. Michał Arct specjalizował się w podręcznikach szkolnych, a to w onym okresie, kiedy jedynie przedsiębiorczość jednostkowa mogła tutaj działać owocnie i pozytywnie, kiedy nie było żadne­go Ministerstwa Oświecenia publicznego w Warszawie, ani też w dawnym zaborze rosyjskim, Rad szkolnych, ani zakła­dów wydawniczych o charakterze państwowym. Od roku 1872 zaczął wychodzić jego staraniem cykl podręczników Augusta Jeskiego, pomyślany jako system nauczania początków wiedzy elementarnej, który zdobył sobie wielkie zasługi w walce z ru­syfikacją szkoły w Kongresówce i osiągnął do roku 1915 trzy miliony egzemplarzy nakładu. Po założeniu własnej drukarni w r. 1900 podejmuje Michał Arct szereg najtańszych wydaw­nictw oświatowych jak „Moja książeczka”, „Moja Bibliotecz­ka” i cykl dziełek popularno-naukowych „Książeczka dla wszystkich” obejmujący 600 tomików opracowań popularnych z różnych gałęzi wiedzy. Dwieście tysięcy egzemplarzy tego wydawnictwa ofiarował Michał Arct na rzecz Antoniego Osuchowskiego do rozdawania polskim instytucjom kulturalnym (Pol­ski Słownik Biograficzny I, 155, Jeske-Choiński 224).


Wielkie znaczenie dla czytelnictwa uzyskał Słownik ilu­strowany języka polskiego Michała Arcta w trzech tomach (Warszawa 1916), poza tym wydał on też Słownik wyrazów obcych, który począwszy od roku 1882 ukazał się w licznych wy­daniach.


Michał Arct zostawił synów Zygmunta i Stanisława.


Córką Michała Arcta jest Maria Arctówna-Golczewska (1872—1913) pisarka popularyzatorka nauk przyrodniczych dla szerokich warstw, której publikacje uzyskiwały nieraz liczne wydania: Botanika na przechadzce (208 rysunków roślin na 20 tablicach) (wydanie 3, tekst uzupełniony przez J. Kołodziej­czyka, Warszawa 1929). Podręcznik botaniki, wydanie XII, Warszawa 1930 (razem z Januarym i Tadeuszem Kołodziej­czykiem). O życiu i budowie roślin, szkic popularny według A. Bernsteina (książka dla wszystkich nr. 283) Warszawa 1905. Maria Arct-Golczewska opracowała też atlasy przyrod­nicze dla młodzieży. Zajmowała się ona też pracą społeczną i była jedną z organizatorek Towarzystwa kolonii dla kobiet pracujących.



BACZEWSCY



Baczewscy, młoda szlachta austriacka z r. 1908, zadomo­wieni we Lwowie głośni ze swych wódek i likierów szeroko w ca­łym kraju, pochodzą od Baczelesów, którzy założyli jeszcze w r. 1782 fabrykę spiritusu w Wybranowcu koło Lwowa. Rodzina ta pochodzi jak głosi tradycja z Altony w Niemczech.


Leopold Maksymilian Baczeles-Baczewski czynny w przed­siębiorstwie rodzinnym od r. 1810, wyrzekł się religii swych przodków w roku 1861 i przeszedł na wyznanie rzymsko-kato­lickie. Fama twierdzi, że przyczyną konwersji była chęć kupna kamienicy na rynku lwowskim przez niego. W okresie przedkonstytucyjnym Żyd nie miał prawa posiadać realności na rynku we Lwowie. Leopold M. Baczewski jako Majer Baczeles należał w r. 1840 do lwowskiego komitetu templowego.


Żona Leopolda Maksymiliana Baczewskiego nie aprobowa­ła postępku męża i pozostała nadal przy religii Starego Zakonu, tak samo niektórzy synowie, którzy nie zgodzili się na zerwanie z mozaizmem.


Z ojcem swym ochrzcił się również syn Józef Adam (1829—1911), który w chwili chrztu ojca liczył lat 32. Jeden z jego braci urzędnik w Banku Hipotecznym we Lwowie był Żydem przez całe życie i dopiero na łożu śmierci go rodzina ochrzciła.


Józef Adam był dzielnym przemysłowcem, zaprowadził urządzenia fabryczne wedle wzorów zagranicznych, brał udział w życiu publicznym jako radny miasta Lwowa i członek Izby Przemysłowo-Handlowej, uczestniczył też jako powstaniec w insurrekcji roku 1863.


W kancelarii jego wisiał obok portretu ojca-chrześcijani­na, też portret matki - wiernej Żydówki w peruce. Nigdy i ni­gdzie Józef Adam Baczewski nie uważał za konieczne kalać gniazdo z którego on wyszedł i dokąd należał jeszcze osobiście jako młody człowiek.


Józef Adam Baczewski zostawił synów Leopolda i Hen­ryka, obaj wspólnie przedsiębiorstwo ojca dalej prowadzili.


Leopold Maksymilian Baczewski (1859—1924) ukoń­czony chemik, za młodu przez krótki czas wykładał w Akademii Rolniczej w Dublanach, później jako wybitny przemysłowiec uzyskał różne zaszczyty społeczne, był w latach 1908—1911 prezesem wydziału powiatowego we Lwowie, zaś od r. 1905—1919 wiceprezesem Izby Handlowej, a od r. 1919—1924 pre­zesem. Był on też jednym z założycieli i należał do Prezydium Centrali Związku Galicyjskich Przemysłowców. Pracował również jako członek austriackiej Rady Kolejowej. W r. 1908 Leopold Maksymilian Baczewski został nobilitowany przez rząd austriacki, za jego zasługi łożone około życia gospodarcze­go.


Brat Leopolda Maksymiliana, Henryk (1864—1930) był doktorem praw.


Fabrykę prowadzi od roku 1920 syn Leopolda Maksymi­liana, Stefan.


Baczewscy mimo chrztu uchodzili jeszcze bezpośrednio przed wojną światową u Żydów, nie za pełnych chrześcijan. Wo­bec nich obowiązywały pewne kautele rytualistyczne. Spirytus Baczewskich nie był po świętach wielkanocnych żydowskich zdatny do użycia dla prawowiernego wyznawcy judaizmu, jeśli ci nie uskutecznili przed tym w przeddzień paschy Izraela, fik­cyjnej sprzedaży wszystkich swych zapasów spirytusowych, ja­kiemuś rdzennemu chrześcijanowi. W myśl rytuału żydowskiego bowiem, nie śmie żaden Żyd być w posiadaniu jakiegokolwiek produktu kiszenia (włącznie spirytusu), w dnie świątecznie wiel­kanocne; zapasy powinny zostać zniszczone; nie wolno ich ni­gdy więcej używać. Na to jest rada, że Żyd fikcyjnie sprzedaje swe zapasy jakiemuś chrześcijaninowi, który mu tenże zwraca po świętach. A ponieważ rytuał żydowski nie uznaje wystąpienia z judaizmu — też sakrament judaizmu jest „indelebile” nieusu­walny i niezniszczalny, wódka posiadana przez eks-Żydów Ba­czewskich, poprzez Wielkanocne święta Starego Zakonu, nie mogła być więcej kupowaną przez Żydów, jako towar rytualnie zakazany. O ile Baczewskim na tym zależało, aby nie tracić klienteli żydowskiej, byli oni zniewoleni przestrzegać przepisu żydowskiego co do fikcyjnej sprzedaży przedpaschalnej (Szetar Mechira) wszystkich swoich zapasów wódczanych, jakiemuś rdzennemu wyznawcy chrześcijaństwa od dziada naddziada.



KAROL BADER



Ojciec jego był współwłaścicielem wielkiej firmy ajencyjnej, przedstawicielstwa cukrowni w Przeworsku „Bar. Romaszkan, Bader i Reinhold” we Lwowie i pozostał Żydem z religii przez całe życie.


Karol Bader urodzony w r. 1887, ukończył uniwersytet w Monachium. W okresie wojny światowej, gdy jeszcze państwa polskiego nie było, reprezentował Karol Bader jako agent po­lityczny, Polski Komitet Narodowy w Szwajcarii i zaskarbił so­bie tam dzięki swym zdolnościom i patriotyzmowi znaczne za­sługi. W r. 1918 został on powołany do Warszawy jako dyrek­tor departamentu politycznego.


Z uwagi na swoje dyplomatyczne kwalifikacje i zalety uzy­skał on wnet w Polsce odrodzonej różne nominacje reprezentacyj­ne za granicą, oraz też przez pewien okres odpowiedzialne stano­wisko w samym Ministerstwie spraw zagranicznych.


W czasie 1923 — 18. VII. 1924 był Karol Bader chargé d'affaires Polski w poselstwie praskim w Czechosłowacji. Wróciw­szy z Pragi czeskiej, przez jakiś czas Bader był politycznym dyrek­torem urzędu zagranicznego. W r. 1925 wyjechał on do Turcji jako minister polski. Od 1/X 1926 — 15/V 1931 reprezento­wał Bader rzeczpospolitę polską we Wiedniu. W r. 1932 wyco­fał się on z życia politycznego.


Bader ożenił się Czyżewską.



MICHAŁ BAŁUCKI (po kądzieli).



I.



Gdy Michał Bałucki (ur. w r. 1837), pseudonim Elpidon zmarł w r. 1901 pisał Tygodnik Ilustrowany (r. 1901, str. 839), „Ze zgonem Bałuckiego zamilkł szczery zdrowy śmiech na scenie”.


Ku wiecznej pamięci w Krakowie przed teatrem wznosi się pomnik Michała Bałuckiego.


Był to powieściopisarz i dramatyk ongiś bardzo płodny i uznany. Napisał blisko 30 komedyj, 20 powieści i kilka sporych tomów samych nowel. W okresie pozytywizmu zażywał on po­ważnego miru, jako wybitny pisarz o silnych tendencjach postępo­wych. Krytyka literacka o nim się wyraża „W utworach swych zwalczał romantyzm, wielbił wiedzę, prześladował z nieubłagany zaciętością bigotów i nietolerancję” — „jego powieści odegrały wy­bitną rolę w procesie demokratyzacji społeczeństwa polskiego” —„Jako pisarz dramatyczny miał swego czasu znaczne powodze­nie, posiadając w talencie duży zasób satyry i humoru. Ze sce­ny przemawiał rubasznie, ale umiał do śmiechu pobudzić i chło­stać ostrym biczem przywary i ułomności ogółu”.


Bałucki posiadał jednak jedną zasadniczą wadę, nie szedł za czasem. Jako postępowiec mieszczański nie liczył się wcale w późniejszych swych latach, z początkującym ruchem reform spo­łecznych. Ośmieszał je w swych powieściach (Ćwierć miliona), wykpiwając praktyczną realizację idei utopistycznych w przy­szłości. Nie zrozumiał więcej swego czasu i czas nowy jego też więcej nie rozumiał. Gwiazda jego przybladła, wyszedł z mody, stał się tematem niezwykle ostrych krytyk. W rezultacie, nie mo­gąc się oswoić ze swoją degradacją literacką, skończył on samo­bójstwem swój pracowity żywot.


Poważniejsi znawcy literatury mieli już w pierwszym dzie­sięcioleciu po jego śmierci o nim zdanie bardziej wyrozumiałe, aniżeli ogół współczesnych jego upadkowi. Potocki o nim pisze w swej historii literatury: Jest Bałucki malarzem mieszczaństwa w ogóle i w szczególności Krakowa. I ta właśnie strona talentu, gdy wartość ideowa i artystyczna jego utworów przemija, pozo­stanie dokumentem z tytułu rodzajowości cennym (I, 160). Bałucki zasłużył się też tym, pisze Bartoszewicz, wobec potomności że „był jednym z pierwszych, którzy wprowadzili do literatury pięknej motyw tatrzański”.


Ostatnio znowu przechodzi jego spuścizna dramatyczna renesans sceniczny. W trzydzieści parę lat po jego tragicznej śmierci, przypomina sobie społeczeństwo polskie z powrotem jego sztuki pełne życia, humoru, niekiedy i poezji i znów na afiszach teatralnych jawią się komedie Bałuckiego (Grube ryby, Dom otwarty, Klub kawalerów).


Bałucki posiadał dawniej znaczną popularność i poza Pol­ską. Rzeczy jego tłumaczono na język czeski, rosyjski, niemiecki i były grane na scenach zagranicznych z niemałym sukcesem (Bi­blioteka Warszawska r. 1901, IV 393, Feldman I 25, Polski Słownik Biograficzny I 254).



II.



Michał Bałucki zasłużony pisarz polski, był na na poły po­chodzenia żydowskiego. Jego matka z Kochmanów była córką wiecznego narodu.


Michał Bałucki syn Żydówki interesował się problemem małżeństw mieszanych Polaków z neofitkami. Jego wyobraźnia chętnie widziała mieszane małżeństwa, jako rozbijające się w os­tatniej chwili. W powieści jego p.t. Żydówka (Warszawa 1870) nie przychodzi takie małżeństwo do skutku, mimo skrzydlatego amorka i gotowości Żydówki do wyrzeczenia się swej religii, — z po­wodu zdecydowanego uporu rodziców chrześcijańskiego ulubieńca. Tak samo też w powieści p. t. Za winy niepopełnione (War­szawa 1887) nagle ukazują się niespodzianie okoliczności, które unicestwiają zamiar poślubienia pary kochającej się. Najpierw młodzieniec zrywa ze swoją bogdanką Żydówką z uwagi na momenty zewnętrzne, poboczne, a później gdy stosunki się układa­ją już korzystniej i dysonans ustępuje, a już nie ma żadnych prze­szkód, kochanek chrześcijanin żegna się z bytem doczesnym.


Wspomnienia z domu rodzicielskiego niewątpliwie spowo­dowały, że Bałucki wołał nie kojarzyć par różnego pochodzenia i szybując na skrzydłach fantazji literackiej, podobało mu się nie dopuszczać do tworzenia się stadeł żydowsko-chrześcijańskich. Matka Żydówka stanowiła stały dysonans w jego życiu.


Bartoszewicz w swym życiorysie Bałuckiego opowiada, że „stosunek jego do matki był zawsze naprężony”. Wedle Barto­szewicza matka sama była temu winna, pisze on „mogę wydać najsumienniejsze świadectwo, że niczem nie zaniedbał, aby zy­skać dla siebie jej serca, ale wszystko było napróżno“. Dziwną jest w dalszym ciągu uwaga Bartoszewicza, że „każdy inny na jego miejscu byłby po prostu unikał matki, z którą każde zetknię­cie się przyniosło moralne cierpienie”. Czy może z tego powodu inny by matki takiej unikał, że zanadto przypominała mu pochodzenie ze szczepu Izraela przez jej wygląd? Bałucki już jako dziecko nie znał ciepła rodzinnego i od dwunastego roku życia pracował na kawałek chleba i tu znowu Bartoszewicz wini mat­kę „kobieta dość zamożna, ale nieinteligentna chciała z niego zrobić rzemieślnika, więc odmówiła mu wszelkiej pomocy, nie ro­zumiała jego aspiracyj, nie przeczuwała talentu”.


Matka Bałuckiego padła ofiarą zamachu morderczego ze strony złodziei. Ale z uwagi na napięcie między synem a matką, wytworzyła się sytuacja niejasna. Pisze Bartoszewicz, że okrop­na śmierć matki jego doprowadziła jego cierpienia moralne do szczytu. „Nie dość bowiem, że ją zamordowano, ale jego zamor­dować chciały najpotworniejsze plotki”.


Stosunki domowe Bartoszewicza syna w odniesieniu do mat­ki wytworzyły później u niego awersję do filiacyj rodzinnych Judei z Polonią.


Przy tym wszystkim jednak zasługuje też na uwagę, że pod­czas gdy żydowskie typy męskie u Bałuckiego są malowane w ko­lorach niesympatycznych (w powieści Żydówka), albo nawet w barwach wprost odpychających (w powieści Za winy niepopełnione), wypada w jednym i w drugim wypadku, żydowska postać kobieca pozytywnie, posiada walory dodatnie, nie tylko fi­zycznie, ale i etycznie. Jest to z uwagi na stosunek do matki włas­nej fakt dziwny.



III.



Bałucki w swojej powieści Za winy niepopełnione z r. 1887 występuje jako agresywny, złośliwy antysemita. Nie widzi innych Żydów, jak złodziei. Żyd szynkarz to zakapturzony bandyta. Bałucki liczył się z koniunkturą. W latach osiemdziesiątych wiało już samum antysemityzmu. W swej wczesnej powieści o tematy­ce żydowskiej p. t. Żydówka, ogłoszonej w r. 1870 szynkarz-Żyd posiada jakieś przywary, jest nahalny w chęci zarobkowania, ale agresywnej nienawiści nie widać. Był to okres gdy jeszcze ru­chu antysemickiego nie było. Bałucki nie miał potrzeby ukrywać swe pochodzenie pod maskę jakiejś wyjątkowej animozji do Ży­dów.


W swej powieści o Żydach z r. 1870 Bałucki mając swo­bodę nieskrępowaną okresu liberalizmu wypowiadał na wielu miejscach, czasem zupełnie objektywnie swoją opinię o charak­terze, o doli, o cierpieniach, o pragnieniach Żydów. Jako syn matki żydowskiej, wykazuje on tutaj dobrą znajomość duszy ży­dowskiej. Na pewnym miejscu n. p. wyjaśnia pęd Żydów do za­robkowania: „Bezsenną żądzę bogacenia się (Żydów), tłuma­czy poniekąd i usprawiedliwia poniżenie i pogarda, jaką fana­tyzm średniowieczny przydeptał ten naród, niby robaka w pro­chu. Odebrano mu prawie wszystkie prawa człowiecze, a każdą drobinę wolności, każdy przywilej, musieli okupywać pieniądzmi. Pieniądz ratował ich od prześladowań, pieniądzmi dokupywali się praw towarzyskich, wygrzebywali się do góry, cóż więc dziw­nego, że tak ukochali tego nowego Mojżesza, który ich wyprowa­dził ze śmiecisk i błota? A jednak smutno się robi, gdy patrzy na ten lud, szargający się w błocie za zyskiem, zajęty ciągłymi in­teresami, i gdyby nie ta odrobina religii, co na chwilę odwraca jego oczy ku niebu — możnaby gardzić nim“.


Na innym miejscu wspomnianej powieści, zastanawia Ba­łuckiego wczesne nad wiek dojrzewanie umysłowe dzieci żydow­skich „Ta wczesna dojrzałość — to tajemnica boleści i ucisku; wszak drzewo zacięte nożem wcześniej rozkwita. Kamienie, któ­rymi wiejskie dzieci prześladowały Żydówkę, obelżywe słowa i pogardy — to byli pierwsi nauczyciele młodej żydówki”.


Ciekawą jest rozmowa chałatowego Żyda staroświeckiego właściciela dóbr z sąsiadami obywatelami chrześcijańskimi, któ­rzy go namawiali, aby się ucywilizował i zarzucił chałat i pejsy:


A czemu? W czem gorsze moje pejsy od waszych wą­sów i bakenbardów?


Będziesz wyglądał inaczej i ludzie nie będą cię uważa­li już za prostego Żyda.


Ja chcę być Żydem, ja się tego nie wstydzę, ja dumny jestem z tego, że jestem Żydem.


A gdy szlachcic jeden i drugi śmieje się z tej dumy, Aron zapalając się, powiada:


Nu, — co w tym śmiesznego? A wam, czy nie chodzi o to, aby się wywodzić ze starego rodu? A pokażcie mi choćby jeden ród wasz, coby na tysiące lat liczył swoje pokolenie? A co się tyczy ludzkiego uważania, dopóki mam tu pełno — mówił uderzając w pugilares wypchany papierami — nie boję się, aby ludzie odemnie stronili.


Ale mógłbyś żyć z nami, jak inni twoi współwyznawcy, którzy porzucili stare przesądy i weszli w nasze towarzystwa.


A co im zysk z tego, hę? Na co mnie bywać u was i przegrywać w karty to, na com przez tyle lat pracował. Albo co mnie za honor zrujnować się na przyjmowanie gości, którzyby potem głupiego Żyda wyśmiali i obmówili.


W tej powieści z r. 1870 kreślone są sceny wulgarnej nie­nawiści pospólstwa do Żydów n.p. zachowanie się tłumu chrześci­jańskiego podczas pogrzebu żydowskiego (str. 213), albo ton spokojny inteligenta na widok napastawania Żydów przez gawiedź uliczną (str. 197), słyszymy tutaj zdanie Polaka, że brzy­dzi się tym ludem i gniewa, że się tak rozmnożył po nowej ziemi, ale nie widać by autor na to wyrażał swoją zgodę. On się zasta­nawia nad przyczyną tej nienawiści, chce wiedzieć skąd się bierze ta animozja: Jaki powód (do antypatii)? spytała Żydówka cichym zmęczonym głosem (swego interlokutora chrześcijańskie­go), a na to ten odpowiada „To wrodzone. Patrz pani na małe­go chłopaka idącego ulicą, jak mimo woli chwyta kamień, gdy uj­rzy Żydziaka. Nienawiść już we krwi leży; a zaszczepił ją może przesąd, a może też inny, słuszniejszy powód jak u mnie“.


Ciekawą jest w tej powieści polemika między zwykłym Ży­dem, a inteligentem chrześcijańskim na tle gospodarczym:


„… Chrześcijanie wołają na nas, że robimy dobre Geszefte, a kto im broni, kto im wiąże ręce, kto ich za poły trzyma? Wszak im więcej wolno niż nam — nikt ich nie tłucze, nie pluje na nich, nie zakazuje im tego lub owego jak nam, mają o jeden dzień pra­cy więcej niż my… No czemuż się nie bogacą? Czemuż się nie bogacą?


Bo mają sumienie, a wy go nie macie tam, gdzie idzie o zysk.


Jakie to sumienie? Czy to u was nie zabijają, nie kradną, nie cudzołożą, nie oszukują? Jakie to sumienie?“.


W powieści „Za winy niepopełnione” nie ma ogólnych sentencyj, zasadniczych zdań o charakterze perspektywicznym. Raz tylko po scenie pobicia dziewczyny żydowskiej przez tłum czyta­my „Biedaczka pytała się mnie z dziecinną naiwnością, za co ci ludzie ją tak napastowali, kiedy ona im nic złego nie zrobiła. Musiałem jej wytłumaczyć tę nienawiść tutejszych mieszkańców do całego jej plemienia, o ile się dało”.


Bałucki z r. 1887 uważał już za możliwe wytłumaczyć nie­nawiść plemienną, globalną, ryczałtową do Żydów, z ogólnego nastawienia bez indywidualnego przewinienia.



LEO BELMONT



I



Leo Belmont czyli Leopold Blumental (urodzony w War­szawie w r. 1865, ochrzczony około r. 1904) jest pisarzem nie­zwykle wszechstronnym. Wydał trzy tomy poezji własnej w r. 1900 (Rymy i Rytmy), tłumaczył doskonale Puszkina (poemat Eugeniusz Oniegin), pisze powieści psychologiczne (w wieku ner­wowym 1888), w których wcześniej, aniżeli Sienkiewicz „wpro­wadził do literatury typ człowieka bez dogmatu” (Feldman II 31), tworzy powieści kryminalne (Sprawy przy drzwiach zam­kniętych 1900, Pomiędzy sądem i sumieniem, tłumaczone rów­nież na język rosyjski i czeski, Konieczność, przypadek czy wolna wola, Biblioteka dzieł wyborowych r. 1927), występuje jako autor nowel i satyr, oraz też jako dramatyk, (Dla Honoru, Zamieńmy rolę), pracuje jako ekonomista (Zarys nauki handlu 1906, Socjalizm i sprawiedliwość 1908), działa jako filolog es­peranta (Podręcznik esperanta 1906, Antologia przekładów z poezji polskiej i zagranicznej na esperanto p. t. Sonoj eseperantaj 1908), ogłasza studia literackie (Życie i dzieła Tołstoja 1904) trudni się też dziennikarstwem, zamieszczając felietony w najrozmaitszych organach prasy (Prawda, Głos, Ogniwo, Nowa Gazeta, Strażnica i t. d.), wydawał przez szereg lat nie­zwykle śmiały organ liberalno-postępowy, Wolne słowo (1907—1913) który sam wypełniał artykułami treści społecznej, politycz­nej, naukowej, filozoficznej, historycznej, poezją, nowelami, kry­tykami literackimi i teatralnymi, sprawozdaniami perspektywi-stycznymi z życia współczesnego, oświetlającymi sprawy aktual­ne, jak życie partyjne, obyczaje prasy, sądownictwo, kwestię ży­dowską i t. d. Jako bojownik wolności miał Belmont wiele do wycierpienia za czasów carskich. Pięć razy był więziony w kazamatach moskiewskich za swoją odwagę.


U Belmonta nie znać ujemnego wpływu starzenia się na roz­mach ilościowy produkcji. Przeciwnie w ostatnim dziesięcioleciu nastąpiło nawet u niego znaczne ożywienie jego twórczości w kwantytatywnym kierunku. Publikował w tym decenium oko­ło siedemdziesiątki, cały szereg powieści historycznych (Marki­za de Pompadour 1927, Pani Dubarry w trzech tomach 1927, Mary Vetsera w dwóch tomach 1928, Messalina w dwóch to­mach 1930, Mojżesz Współczesny w dwóch tomach 1931, Zło­towłosa czarownica z Glarus, 1935), dwie powieści psychologicz­ne (Przeznaczenie 1927, W wieku nerwowym 1928) oraz też kilka powieści kryminalnych. Niektóre jego powieści z tego ostat­niego okresu ukazały się w kilku wydaniach.



II



Leo Belmont miał zawsze bliski stosunek do żydostwa, któ­ry początkowo był pozytywnym jednakowoż w ostatnich czasach stał się negatywnym i znajduje wyraz kontradykcyjny, przykry, mocno nieodpowiedni.


Belmont pisywał ongiś w Izraelicie, organie asymilatorów warszawskich, gdzie ogłaszał liczne studia z dziejów Żydów oraz też artykuły treści społecznej. Belmont kontynuował swoją współ­pracę jeszcze po przejściu swoim na religię Chrystusową, dopiero interwencja Henryka Nusbauma będącego w okresie jeszcze, gdy mimo swych poglądów asymilacyjnych uważał się za dobrego Ży­da, położyła temu kres. Belmont już jako chrześcijanin przetłu­maczył autobiografię Maimona na język polski, którą też zao­patrzył w obszerny 84 stronicowy wstęp (Warszawa 1913). Streszczenie obszerne tego dzieła zamieścił Belmont już przed tym w r. 1910 w Wolnym Słowie redagowanym przez niego.


Antysemityzm enedecki przedwojenny napotykał w Belmoncie nowochrzczeńcu hardego obrońcę żydostwa. Sprawie wiecznego narodu na ziemiach polskich poświęcił on specjalny numer Wolnego Słowa (z dnia 29 listopada 1909) z uwagi jak zaznacza „że kwestia żydowska znowu stanęła groźnym znakiem zapytania na wokandzie opinii publicznej”. Znajdujemy tutaj mi­mo ogólnych tendencyj skrajnie asymilacyjnych i dziwnego przymilania się do chrześcijaństwa, silne akcenty żydowskie: „Czy nie słyszeliście modlitewnego jęku wydobywającego się przez ca­łe stulecia z bóżnic, jeszcze wówczas, gdy z nakazu prawa ludów chrześcijańskich musiały te bóżnice stać na fundamentach głęboko wkopanych w grunt, aby ołtarze religii macierzystej wysoko­ścią nad poziomem ziemi nie ubliżały panującej dumnie córce — religii pokory chrześcijańskiej — jeszcze wówczas, gdy synago­ga starsza w mieście od zbudowanego później kościoła, przypad­kiem wyższa odeń, opłacała podatek za cień, rzucany w dni sło­neczne na kościół. Słyszę modlitwę, wydobywającą się potężnie z wizyj malarskich Pilichowskiego — modlitwę zahypnotyzowanych wieczną tęsknotą do Syjonu, przykutych łańcuchem myśli do resztek zmurszałego muru zburzonej przed wiekami Świątyni, skamieniałych w wiecznej tułaczce pomiędzy wiecznym wspom­nieniem i wieczną nadzieją”.


Belmont wprawdzie w toku obrony ówczesnej odmawia Ży­dom wielkich zdolności twórczych, ale dodaje o stronę dalej „Stworzyli oni jedno: oni dali światu dreszcz religijny, dali po­ezję trwogi nieskończonej, przechodzącej w miłość nieskończoną, ujrzeli w zachwyceniu proroczym wizję tęczowego mostu pomię­dzy niebem a ziemią i wizję złotej obręczy pokoju opasującej ca­łą ludzkość — — swojemi hymnami religijnymi dali rozpęd tej rzece poezji i filozofii, która uciekła daleko przed ich oślepłymi w mroku ghetta i oplwanemi przez pogardę oczyma, — bo ten ich dreszcz religijny odzywa się we wszystkich natchnieniach aryjskiej poezji współczesnej i w głębokich zadumaniach filozofii współczesnej”.



III



Powojenny Belmont zupełnie się odmienił. Już więcej nie broni swych braci. Zgłosił swój akces do chóru pomniejszycieli żydostwa. Pluje żółcią na wszystkie świętości Izraela. Czy to ma służyć do uzyskania legitymacji polskości w oczach rozwielmożnionych żydożerców? Byłoby to znakiem przygnębiającym i świadectwem małoduszności u człowieka, który skądinąd zna­ny jest z hartu duszy i mocnego kręgosłupa.


Belmont wplata niejednokrotnie w swe powieści ostatniej doby wycieczki antyjudaistyczne, bez najmniejszej potrzeby i bez właściwego powiązania z tematem byleby zaznaczyć, że już w zupełności zerwał z przeszłością religijno-kulturalną narodu ży­dowskiego. W drugim tomie jego powieści p. t. Messalina (str. 34) znajduje się cały wywód, pełen płytkiej złośliwości, na temat historii i kultury społeczności żydowskiej. Izrael „wymordował kulturalniejszych odeń Chananejczyków, chciwy koczownik za­grabił cudze winnice, cudzołożył z córami Midianitów i t. d.“ — „Nie posiadali właściwego zmysłu realności, machina im tak samo obca, jak obraz plastyczny” — „Izrael jest zdziecinniałym starcem, albowiem jeno zdziecinniały starzec mógł zapomnieć co wziął przez swego prawodawcę, od mądrego Egiptu, ile się nau­czył od wyklętego przez proroków Izraela Babilonu.” „Tyl­ko zdziecinniały starzec mógł zawrzeć się w skorupie liter swoich praw prymitywnych, a igraszkę słów i plewy komentarzy rabi­nów przywiązanych bałwochwalczo do każdej literki, — mógł uważać za prawdziwą jedyną mądrość świata”.


Dla monoteizmu będącego dumą Izraela nie okazuje on naj­mniejszej rewerencji. Krytyka jego jednobóstwa razi pier­wotną płaskością. Oświadcza u niego w wspomnianej powieści politeista, bez żadnych uwag sprostowawczych z innej strony — możemy przeto to oświadczenie uważać za własne zapatrywanie autora: Żydzi „zarówno jak my (poganie) stworzyli sobie Bo­ga według nędznej miary człowieka. Jeno, że my nadajemy bo­gom piękne, albo i brzydkie kształty ludzkie. Oni nadali Bogu zalety i wady człowieka. A nawet my częściej widzimy bogów w pięknie, oni raczej w złości i gniewie… I Jehowa nakazuje mord względem wrogów Izraela… Prastare księgi Izraela ocieka­ją nieustannie krwią”.


Zasadniczo nic z żydostwem nie ma wspólnego osnowa po­wieści Belmonta p. t. Złotowłosa czarownica z Glarus, gdzie autor opisuje proces i spalenie pięknej dziewicy szwajcarskiej oskarżonej o czary. A mimo to, ile tutaj jadu antyżydowskiego, niewiadomo po co i w jakim celu wprowadzonego, ni przypiął, ni przyłatał.


Dowiadujemy się epizodycznie w tej powieści, że lekarz książęcy Żyd w r. 1782 leczył chorych na podstawie przepisów medycznych talmudu, ośmieszanych przy tej sposobności przez autora, bez najmniejszego zrozumienia dla folkloru (str. 83), choć każdy wie, że nigdy medycyna talmudu u Żydów europej­skich nie posiadała zastosowania praktycznego — zakazywali te­go już rabini średniowieczni z uwagi na różnice klimatyczne — i Żydzi europejscy studiowali na uniwersytetach zachodniej Euro­py medycynę już w średniowieczu.


Słyszymy przy tej okazji, że ów lekarz Żyd „mechesów nie miłował, ponieważ wiedzieli więcej niż potrzebowali wiedzieć i nie rozumieli swojej roli naturalnej — wojowania wyłącznie z przesądami chrześcijańskimi” (str. 90). Ile trucizny w tych kilku zdaniach! Ile złośliwości się tutaj przewala w lapidarnym skrócie!


Inny piękny kwiatek w tej powieści spotykamy na str. 184 tej powieści „Jehowa jest nazbyt zły aby pozostawał Bogiem dla postępującego w etyce świata, natomiast Chrystus za dobry, aby mógł być Bogiem dla wiecznie złośliwych i wymagających bicza mas ludzkich”. Wspomina Belmont tutaj człowieka, który „nie godził się na pochodzenie słodkiego Jezusa od krewkiego Jeho­wy, zalecającego stokrotnie w Chananie rzezie niewiast i dzieci należących do plemion nieprzyjaznych synom Jakubowym”.


Z niemożliwą ironią wyraża się Belmont na str. 228 swej powieści wzmiankowanej, o męczennikach żydowskich inkwyzycji, mówi o Żydach, którzy umierali na stosie, że ginęli za „pra­wo koszerowania mięsa”. Tak wygląda u niego w obliczu praw­dy wolnomyślicielskiej śmierć „al kidusz ha-Szem“.


Na str. 230 powieści tej znajduje się obszerna wycieczka o poziomie budy jarmarcznej, odnośnie do moralności biblii i talmudu. Temat sam tej powieści, tej wycieczki w ogóle nie wyma­gał. Ot sobie dygresja ad maiorem gloriam nienawiści do tych z których sam wyszedł.


Razi ogromnie też, że w powieści tej o Czarownicy z Glarus u niego występuje Żyd jako doradca dopomagający po­średnio do wydania wyroku śmierci na czarownicę. Dotychczas

nawet skrajni antysemici rasowi nigdy w żaden sposób nie łączy­li ohydy jurysdykcji przeciw czarownicom, z współczesnymi Ży­dami. Inwencja tej łączności przypada Belmontowi.



IV



Stary, sędziwy Belmont nienawidzi judaizmu, bo tkwi w nim zwyż uszu. Żaden z polskich autorów-konwertytów z taką wro­gością nie odnosi się do judaizmu, ile on, ale żaden też nie posia­da w sobie, w całej swojej mentalności, w swej wiedzy, w całym swym psychicznym nastawieniu tyle elementów żydowskich, ile właśnie ten pisarz.


Belmonta wroga judaizmu interesowała głęboko postać Teodora Herzla. Napisał o nim powieść o zakroju publicystycznym p. t. Mojżesz Współczesny, którą pisał „w skupieniu myśli dłu­gich lat, może całożyciowej pracy” w ciągu 2 miesięcy.


Belmont sobie tutaj uświadamia, że z żydostwem zerwać nie można „A choćby nawet ochrzcił się dziesięć razy, to i tak dla tych ludzi rzekomo uznających wagę chrztu — nie przestałby być Żydem” (I, 38). Jedna z postaci tej powieści oświadcza odnośnie do pewnego przechrzty „Ja zwykłem używać wszystkiego w pierwszym gatunku. Lubię chrześcijan, ale wolę ich w natu­rze… niż w przeróbce”. (I, 261).


Na str. 42 pierwszego tomu o Herzlu Mojżeszu Współcze­snym uznaje on wady Żydów, ale tłumaczy je wielowiekowym uciskiem w ghecie.


Chrzest nie pomaga. Apologia do niczego. Należy wytrwać we własnym narodzie. Belmont jednak nie rezygnuje z opozycji. Pozostaje on i teraz nadal adwersariuszem judaizmu, ale w łonie samego narodu żydowskiego. Stwierdza, że on jest ciągiem dal­szym odwiecznej antytezy o rasowym podłożu własnym, która wewnętrznie zawsze trwała i bruździła „Pan nie wierzy w wę­drówkę dusz? — Ona jest faktem krwi dziedzicznej. Za czasów Mojżesza, który mówiąc nawiasem, krew nazywa duszą, byłem Korę. Sprzeciwiałem się zagrabieniu przez braci moich winnic na­rodów obcych, pól których nie zasieliśmy, niszczeniu posągów obcych bóstw, których dzicz pustyni nie rozumiała. — Za czasów Jozuego broniłem Achaba i t. d. Za czasów Samuela chodziłem po zaułkach Masfa i naszeptywałem ludziom prostym, że arcy­kapłan nie miał prawa rozsiekać Agaga i t. d. Odżyłem za cza­sów króla Dawid jako Semei, wymyślałem króla, — wydrwiłem go że kancerował trupy filistyńskie i t. d. Żyłem zawsze i pamię­tam wszystko z naszej historii. Interesuje mnie ogromnie biblia, mistrzyni zbrodni papieskiego Rzymu, — umiem na pamięć na­zwiska wszystkich królów żydowskich, mordowanych kolejno przez swych następców i t. d.”


Powieść swoją o Herzlu napisał Belmont o kilka lat wcze­śniej, aniżeli Złotowłosą czarownicę z Glarus. Jednak adoracja dla Mojżesza współczesnego, zrozumienie, że z żydostwa wystą­pić nie można, nie stały mu wcale w przeszkodzie w jego na­pastliwych wycieczkach antyżydowskich i antyjudaistycznych znajdujących się w tej późniejszej powieści.


Belmont najbardziej żydowski i najbardziej też antyżydowski z pośród Polaków-chrześcijan pochodzenia żydowskiego, jest postacią tragiczną, która wykazuje psychologiczną rację twierdze­nia Weiningera „Jak w drugim kochamy tylko to czem byśmy sami chętnie całkowicie być chcieli, a czem całkowicie przecież być nie możemy, tak nienawidzimy w drugim tylko to, czym byśmy nigdy być nie chcieli, a czem po części zawsze jeszcze jesteśmy” (Geschlecht und Charakter). Otto Weininger był konsekwentnym. Gdy doszedł do przekonania, że nie jest w stanie ze siebie wykorzenić onego pierwiastka żydowskiego, którego on sam tak bardzo nienawidził, — przeciął on sam pasmo swego żywota, uni­cestwił swój był indywidualny i zakończył ze swym żydowskim istnieniem. Belmont walczył z Żydem w sobie w projekcji dziejo­wej na płaszczyźnie przeszłości. Ślady tej walki znać często w jego najbardziej tematyką swoją oddalonych od żydostwa po­wieściach.



BARTŁOMEJ BENIOWSKI



I



Na wspomnienie a to obszerniejsze, zasługuje w naszej pracy stanowczo Bartłomej Beniowski. W dzisiejszym okresie egzaltacji rasowej wyłączności warto wskrzesić pamięć tego bo­hatera powstaniowego z r. 1831, idealisty, demokraty o charak­terze nienagannym, który mimo swego neofityzmu był Żydem dumnym ze swego pochodzenia i występował nie raz jako rzecz­nik swych braci innego wyznania.


Bartłomej Beniowski lekarz wojskowy w służbie carskiej, zjawia się nagle niby meteor podczas akcji bojowej narodu pol­skiego w r. 1831 przeciwko Moskwie, jako uciekinier rosyjski, który się przeniósł na stronę powstańczą.


Pułkownik Henryk Dembiński zdając sprawę z bitwy pod Kuflewem do Naczelnego Wodza Siły Zbrojnej Narodowej, donosi, że podczas tej batalii „z siedmiuset jazdy wstrzymałem natarcie nieprzyjaciela: 1000 koni kozaków, za którymi postępo­wały 3 pułki huzarów, przez trzy i pół godziny. — W tym mo­mencie przybiegł cwałem na koniu do mnie sztabs-lekarz nieprzyjacielski Beniowski, który przybywał od nieprzyjacielskich do bratnich szeregów. — Radość jego bycia między Polakami była wielka. Zapytawszy go co za siłę mam przeciwko sobie, oświad­czył mi, że z samym nieprzyjacielskim marszałkiem Dybiczem mam do czynienia. Podwoiło to moją chęć żywego i długiego oporu”. Dembiński zdecydował się do odwrotu dopiero na widok piechoty nieprzyjacielskiej, która oskrzydlała go z lewego skrzy­dła (Bronisław Pawłowski, Źródła do dziejów wojny polsko-ro­syjskiej, Warszawa 1932 II 222).


Ta sama wiadomość znajduje się też w nieco zmienionej wersji, w trochę mniej oficjalnej i wymuszonej formie, w Historii powstania listopadowego Stanisława Barzykowskiego (Poznań,1884 II 355) „Pod Kuflewem — masy nieprzyjacielskie po­większają się, już kilka baterii zotoczonych, pociski z wszystkich stron miotają, położenie pułkownika Dembińskiego coraz trud­niejsze się robi. — W tej chwili przeszedł od nieprzyjaciela na na­szą stronę sztabs lekarz Beniowski zawiadomił pułkownika Dem­bińskiego, że z samym Dybiczem ma do czynienia. — Roztrop­ność kazała położyć koniec męstwu i waleczności. Dembiński ku Cegłowowi odwrót nakazał”.


Informacja dostarczona przez zbiega Beniowskiego dowódz­twu polskiemu była pierwszej wagi, podkreśla to też Wacław Tokarz (Wojna polsko-rosyjska, Warszawa 1930 str. 295) „na­szej kwaterze głównej w Jakubowie, zameldował Dembiński o tem, że podług doniesienia dra Beniowskiego, Dybicz maszeru­je z całymi swoimi siłami, że zatem chodzi tutaj o obszerny ruch obchodzący nasze tyły, — manewr ten zaskoczył nas wcale. Od­była się natychmiast narada wywołana niespodziewanym mel­dunkiem Dembińskiego”.


Bartłomej Beniowski przybył do armii polskiej nie tylko ja­ko dobry informator. Posiadał on jeszcze dalsze, daleko ważniej­sze zamiary i cele, które jednakowoż zostały przepaszczone, dzię­ki niedbalstwu dowódców po stronie poskiej.


Hrabia Roman Sołtyk poseł na sejm i generał brygady ar­tylerii, uczestnik powstania, donosi w swej książce „La Pologne, précis historique, politique et militaire de sa revolution” (Paris 1833 II 144), że Beniowski nie tylko poinformował komendę polską pod Kuflewem, o sile armii rosyjskiej walczącej tam z Po­lakami, ale też dał polskiej komendzie znać, że w armii Dybicza gotuje się wielka konspiracja, w której maczają swe palce oficerowie polscy, służący z musu w wojsku autokraty. Duch niepodległości, który ich ożywia przenosi się i na żołnierzy i całe korpusy są gotowe przejść na stronę polską. Należy tylko użyć pewnych środków, które o nim wskaże, tak aby opuszczanie sze­regów (defection) po stronie rosyjskiej stało się powszechnym”. „Słuchano go z niesprawiedliwym niedowierzaniem, jednak póź­niej, gdy zobaczono, że jego przepowiednie ziściły się częściowo, że wielka liczba oficerów pochodzenia polskiego zaszeregowała się pod naszymi chorągwiami, nie było już więcej czasu, aby wró­cić do planu, który tenże przedłożył“.


O przejściu Beniowskiego z frontu rosyjskiego na front pol­ski pisze też Czyński (Israel en Pologne, str. 18), jednak mylnie on podaje, jakoby to miało miejsce pod Ostrołęką, a nie pod Kuflewem. I Czyński wie, że dowództwo polskie ku własnej szkodzie początkowo niedowierzało Beniowskiemu, przyczym podkreśla „był to błąd, który stał się nieszczęściem”.


Hrabia Roman Sołtyk kreśli z ciepłem sylwetkę Beniowskie­go: Beniowski starszy chirurg pułku husarów Lubieńskiego, był od dawna zdecydowany się połączyć ze swymi współobywatela­mi. Obserwowany z bliska, nie mógł znaleźć sposobności do ucieczki. Nareszcie znajduje się on naprzeciw naszych szeregów, korzysta z okazji, skoczy na koń, goni w obliczu ognia baterii polskiej, która strzela naprzeciw, wpada na nasze armaty i osiąga Dembińskiego. Dał on równocześnie dowód swej miłości ojczy­zny i swej nieustraszności „Gdyby to uczynił inaczej, rzekł on, można było mnie uważać za ajenta Dybicza, chciałem, dać się poznać w chwili przybycia”.


Beniowski nie poprzestał na wskazówkach swych. Postano­wił on też czynnie z bronią w ręku służyć sile zbrojnej Polski. Sołtyk relacjonuje, że ten dzielny młody człowiek, chociaż był oficerem zdrowia i nigdy przed tym nie walczył, służył niebawem z dystynkcją jako kapitan kawalerii w czwartym pułku lansjerów. Niezadługo zaawansował przed końcem kampanii Beniowski na majora.


Po upadku powstania znalazł się Beniowski, który zrezygno­wał ze świetnego stanowiska w armii rosyjskiej, na emigracji, bez zdrowia i bez pieniędzy i rozglądał się on po pomoc ze strony komitetu emigracyjnego.


Dnia 26 grudnia 1832 wystosował Beniowski list do Lele­wela, zachowany dotychczas w archiwum rapperswylskim (nr 1245) „Ciągle choruję, apteka, opał i opieka naszej koch. gospo­dyni drogo kosztują. Gwoli tego mam konieczną potrzebę kupienia ciepłego kaftanika… bądź dobrym przedstawić komitetowi, aby raczył pomóc 300 frankami, jeśli to być może”.


Beniowski trwał przy Marsie jeszcze i nadal na emigracji. Należał do tych oficerów, których generał Dwernicki wysłał w r. 1833 do Mehemeda Aliego do Egiptu z polecenia Komitetu Emigracyjnego Polskiego (Słownik Biograficzny Polski I 429).



II



Relacje wojenne polskie wspominające o incydencie pod Kuflewem nie donoszą wcale o pochodzeniu niepolskim Beniow­skiego.


Polski Słownik Biograficzny wychodzący obecnie pod pa­tronatem Akademii Umiejętności w Krakowie pisze „Beniowski Bartłomej pochodził zdaje się z bogatej rodziny żydowskiej

w Grodzieńskim” (I, 429).


Pochodzenie żydowskie Beniowskiego to nie żadne „zdaje się”. Beniowski ze swoim żydostwem jawnie występował. Be­niowski był pierwszym, którym na posiedzeniu Komitetu Emi­gracyjnego na Rue des Cordiers wyłożył żale, prawa i nadzieje żydostwa polskiego. Wywołało to początkowo odruch ze strony Lelewela, który wówczas jeszcze zajmował stanowisko reakcyjne wobec Żydów. Ten późniejszy przyjaciel Żydów, nie był w sta­nie się opanować na widok dzielnego oficera polskiego, kruszą­cego kopie w obronie Izraela. Lelewel wykrzykiwał niezwykle energicznie, gwałtownie i nahalnie, przyczym gestykulował, tak że tylko pojedyńcze wyrazy można było uchwycić: Nie lubię Żydów itd., aż do szóstej generacji (Hollenderski, Les Israeli­tes de Pologne, Paris 1846, str. 116).

Jeszcze szósta generacja pochodząca od Żydów nosi zawsze jakieś ślady swego pnia; mia­

ła to być wyraźna aluzja pod adresem samego inicjatora Beniow­skiego .


O interesowaniu się sprawą żydowską na emigracji przez Beniowskiego świadczy króciutka wzmianka w liście jego znaj­dującym się wśród zbiorów Chodźki, w Muzeum Rapperswylskim (z dnia 7/III, 1833).


Moment żydowski współdziałał też przy wyjeżdzie Be­niowskiego z ramienia Dwernickiego do Egiptu w r. 1833, o czym powyżej była mowa. Beniowski jechał do Egiptu z misją od utworzonego ad hoc pod prezydium La Faytte‘a Ko­mitetu emancypacji Żydów. Liczono na poparcie zabiegów pol­skich ze strony Żydów w Egipcie i w Syrii. Starania te, jak i misja podobna Dembińskiego w Egipcie jednak nie udały się. (Polski Słownik Biograficzny l.c.).


Beniowski znał nawet należycie język żydowski tzw. jidysz. W protokółach Komitetu Narodowego w Paryżu (posiedzenie z dnia 3 stycznia 1832) czytamy: Obecny Dr Beniowski oś­wiadczył, że ma zamiar opisania w języku żydowskim przyczyn dla których w przeszłej rewolucji nie tak czynnie jakby należało, zajmowano się Żydami — tudzież wskazaniem tego czego nadal od Polski spodziewać się mają.


Beniowski Polak-chrześcijanin pochodzenia żydowskiego, pragnął zużytkować swoją znajomość mowy swych dawnych współwyznawców, celem pozyskania ludu żydowskiego w jego szerokich warstwach dla sprawy polskiej. Komitet Narodowy przyjął oświadczenie Beniowskiego chętnie do wiadomości bez żadnego zdziwienia i uchwalił, że mu będzie za wykonanie tak użytecznego zamiaru nieskończenie wdzięczny i nie odmówi swej pomocy o ile możności (Z. Grotkowski, Z rozwoju polskiej myśli demokratycznej 1907, I, 297).


Beniowski przeniósł niezadługo swoje lary i penaty do Lon­dynu. Było mu za ciasno wśród reakcyjnych stosunków, które pa­nowały wówczas nad Sekwaną. Pisze on o tym w swym liście do Lelewela z dnia 27 stycznia, 1841 (Zbiory Rapperswylskie nr. 1265), „Po powrocie z Egiptu, widziałem, że mimo naj­szczerszych chęci moich, nie mógłbym pod żadnym względem być użytecznym sprawie naszej we Francji, gdzie ciało i umysł emigrantów muszą się ruchać wedle skinienia zjednoczonych policjów francuskiej, ruskiej i polskiej”.


W Londynie brał Beniowski aktywny udział w ruchu ro­botniczym, wolnościowym chartyzmu, widząc na dalszą metę w nim, korzyść dla Polski.


Było mu za duszno i ciasno na bruku paryskim wśród usta­wicznych tarć klikowych. W Anglii już wiał wiatr emancypacji czwartego stanu. Wówczas w wzmiankowanym liście do Lele­wela wspomina Beniowski o swej działalności nad Tamizą. „Zaznajomiwszy się (w Anglii) z materiałami mnie otaczają­cymi, sumiennie porachowawszy się z moimi słabymi siłami, zda­wało mi się, że nie mógłbym lepiej poświęcić mojego (swojego) czasu, jak łączyć się z tymi Anglikami, co systematycznie postę­pują w ruchu wyjarzmiema ludu angielskiego, — zdawało mi się to być obowiązkiem człowieka i interesem Polaka; parliament albowiem wybrany na podstawie powszechnego votu (gło­sowania), nie mógłby nawet na jeden moment ścierpieć moskwityzmu w jakimkolwiek zakątku świata a najmniej w naszej Oj­czyźnie. Popychając po tej mozolnej drodze zjednałem sobie sympatii wiele, a nienawiści jeszcze więcej”. Beniowski starał się przekonać klasy uciemiężone w Wielkiej Brytanii „że jednym środkiem do zbawienia Polski, którą szczególnie kochają, jest szczere połączenie się Irlandczyków z Chartystami (obrońcami spraw robotników w latach 1840 — 1850)”.


Koncepcja Beniowskiego polsko-robotnicza znalazła adep­tów dopiero dwa pokolenia później. Skojarzenie sprawy wy­zwolenia robotników z zagadnieniem wolnej Polski, odbiło się echem więcej aniżeli pół wieku później w ruchu PPS-owskim, w organizacji Strzelców. Kto pamięta o Beniowskim dziś? O prekursorze jak zazwyczaj wszędzie i zawsze, zapomniały i tutaj późniejsze pokolenia w zupełności.


Beniowski miał ze swoją koncepcją polityczną wielkiego formatu, współcześnie wielu przeciwników, którzy dokuczali mu jak tylko mogli. Donosi o tym ten bohaterski dalekowidzący bo­jownik o wolną Polskę w łączności z proletariatem angielskim, w liście już wzmiankowanym do Lelewela „Pomoc daną Pola­kom przez Rząd tutejszy (Wielkiej Brytanii) mnie odjęto; wszę­dzie, gdzie mógłbym coś zarobić mnie podkopano. — Do moskiewskiej kancelarii, do wigostwa rządu, do tłustych posiadaczy, do oszustów filantropijnych przyjaciół Polski, do arystokratów, do fałszywych demokratów, Jezuitów polskich, dodaj nikczem­ną zawiść i będziesz miał dosyć dokładnie i najmniej exagerowaną wyobraźnię o kolumnie, na której pociski byłem i jestem wystawiony, pociski drukiem, językami, rękami, kijami i noża­mi!!! Odzienie moje, ciało moje, sto razy publicznie szarpano, a biedny żołądek, serce i mózg noszą rany, wiem dobrze nie do zagojenia”. A kim byli właściwie ci przeciwnicy? To chyba ja­kieś poważne jednostki zasłużone około walk wyzwoleńczych. Beniowski o nich wspomina w swym liście „tu nie ma Polaków 1831-go roku, tu jest zgraja pijaków, łotrów, głupców, głucho­ niemych i innego różnego rodzaju degradowanych inwalidów; a mała garstka tych, których charakter przeżył powszechną klęskę, wiedzą dobrze, jakie są następstwa dla tych, co milczeć nie umieją w teraźniejszym porządku rzeczy, — nowych wymaga ofiar”.


Oponenci Beniowskiego nie zapominali o jego przodkach wyznania starozakonnego. Beniowski relacjonuje w wzmiankowanym liście swym do Lelewela, że Ostrowski drukuje sprawo­zdanie o obchodzie listopadowym roku 1840, w którym on Be­niowski uczestniczył czynnie „wiem z pewnością, że tam, albo będę szkalowany, albo wzmianki nie będzie o mnie —, faktem jednak niezaprzeczonym jest, że jeden tylko moskal, żyd, szpieg Beniowski krzyczał, a żaden „prawdziwy”, jak to nazywają Polak przemówić nie raczył”. Beniowski ironizuje tutaj w swej relacji, arystokratycznego swego przeciwnika, wiedząc jakimi wyzwiskami go tytułuje, sam jednak zaczyna swoje pismo do Lelewela „miło spodziewam się, Ci będzie wiedzieć, że Polacy mi oklask na ten raz nie odmówili”.


Beniowski na gruncie londyńskim mimo swych akcji robotniczo-polskiej nie stracił z widowni też Żydów. Wrogowie znie­walali go do pamiętania o nich. Czyński wspomina w swej ksią­żce Israel en Pologne (Paris, 1861, str. 28) list, który on otrzy­mał od Beniowskiego, w którym tenże mu wypomina, dlaczego używa wyrazu Żyd, a nie daje pierwszeństwa wyrazowi Izraelita.


Beniowski był zaprzyjaźniony też z znanym działaczem emigracyjnym adwokatem brukselskim Lublinerem. W postscrip­tum do wspomnianego listu rapperswylskiego pisanego przez Beniowskiego do Lelewela, wzmiankuje tenże o tej swej przy­jaźni w sposób serdeczny „O nadziejach moich i teraźniejszej biedzie, jeżeliby na twoją mogły zasłużyć uwagę, obywatel Lubliner mój przyjaciel a twój czciciel, zechce ci kilka słów powie­dzieć”.


Beniowski był indywidualnością silną nie znoszącą przesta­rzałych przeżytków na żadnej dziedzinie. Zauważywszy podczas swej bytności na wyspie Wielkiej Brytanii stan archaistyczny pi­sowni angielskiej tak bardzo odbiegającej od dzisiejszej żywej wymowy, postanowił on zmodernizować ortografię angielską i ją dostosować do aktualnego stanu fonetyki Johna Bulla. Wydał on w r. 1845 słownik języka angielskiego mający uprościć pisownię języka Szekspira.


Beniowski umarł w r. 1867.


Znamienne, że Beniowski aczkolwiek urodzony na terenie pierwszego zaboru rosyjskiego, a więc zdała od etnograficznej Polski, wśród ludności w przeważającej ilości schyzmatyckiej-rosyjskiej, był i w tym kierunku wiernym Rzeczypospolitej, że zmieniając za młodu wiarę dał pierwszeństwo katolicyzmowi a nie prawosławiu dominującemu na owych ziemiach. (Czyński, Israel en Pologne, str. 18).


Beniowskiego-majora-neofitę należy odróżnić od Mauryce­go Beniowskiego Węgra z pochodzenia, chrześcijanina od dziada naddziada, syna generała kawalerii w służbie austriackiej, głoś­nego ze swego awanturczego życia i niedoszłego władcę Mada­gaskaru, szlachcica polskiego i węgierskiego, który żył o dwie generacje wcześniej (1741 —1788) i Słowacki jego imieniem nazwał swój znany dramat.



BERSONOWIE



Protoplastą tej rodziny był Majer Berson (1787—1873) ku­piec i przemysłowiec zasłużony około cukrownictwa, najpierw właściciel dóbr w Błońskim, a następnie w Grójeckim (Boglewica, Osina, Wola Boglewska), członek dozoru szkół elemen­tarnych wiary mojżeszowej w r. 1842, oraz członek Rady Do­mu Schronienia ubogich i sierot.



Mathias Berson



Z pośród synów Majera Bersona wybił się Mathias Berson. 1824—1908, poważny przemysłowiec, handlowiec i kupiec, który przez całe swe życie pozostał wiernym synem swego naro­du — swej religii. Wolne od zajęć kupieckich chwile poświę­cał on bądź dobroczynności, bądź też pracy naukowej. Był on prezesem zarządu szpitala dziecięcego przy ulicy Śliskiej im. Bersonów i Baumanów, członkiem zarządu Towarzystwa Dobroczynności, opiekunem pięciu Ochron dla dziatwy żydowskiej na siedem w ogóle. Ogłosił też całe mnóstwo studiów nauko­wych treści specyficznie żydowskiej (Beniamin z Tudeli, Ghet­to w Rzymie w Jutrzence r. 1861 Modły starożytne Izraelitów w Bibliotece warszawskiej r. 1865, Die alte Krakuer Synagoge in Anzeigen für Kunde der deutsche Vorzeit 1869, Don Joseph Nassi, Herzog von Naxos und Sigismund August König von Polen, in Monatschrift für Geschichte und Wissenschaft des Judentums r. 1869, Tobiasz Kohn lekarz polski w XVIII, r. 1872, O dawnych bóżnicach drewnianych (1896, 1899 w dwóch zeszytach). Po śmierci jego ukazał się tegoż bardzo pożyteczny „Dyplomatariusz dotyczący Żydów w dawnej Pol­sce na źródłach archwialnych osnuty”, wydany staraniem rodzi­ny, Warszawa 1910. Był to owoc skrzętnych poszukiwań kil­kunastoletnich w Matrykule Korony Polskiej. Pomiędzy ręko­pisami Bersona, po śmierci stwierdzono też przygotowany do dru­ku zeszyt fragmentów z epoki buntów kozackich na Ukrainie za Chmielnickiego, w przekładzie z hebrajskiego i zeszyt przyczyn­ków do historii topografii żydowskiej w Polsce, nareszcie obfi­ty zbiór materiałów do dalszego ciągu wydawnictwa o bóżni­cach drewnianych w Polsce. Wszystkie te pozostawione rękopiś­mienne prace dotychczas nie zostały ogłoszone drukiem, mimo niewątpliwie wysokiej wartości tychże.


Mathias Berson nie ograniczał się do tematyki żydowskiej, publikował też wielką ilość artykułów i studiów na tematy czysto polskie szczególnie z zakresu archeologii (Wit Stwosz, Piotr Szenk, Jan Heweliusz Calloth, Ołtarz św. Stanisława w koś­ciele Marii Magdaleny w Wrocławiu, Malborg zamek krzyżac­ki, ceramika na wystawie starożytności w Warszawie i t. d.), w Bibliotece warszawskiej, w Kłosach, w Tygodniku ilustrowa­nym, w Roczniku Towarzystwa przyjaciół nauk w Poznaniu i t. d.


Jako naukowiec otrzymał Berson nominację na członka Komisji archeologii i sztuki Akademii umiejętności w Krakowie, oraz został przyjęty na członka Towarzystwa przyjaciół nauk w Poznaniu.


Mathias Berson był zbieraczem pierwszorzędnym. Mieszka­nie jego (Elektoralna 5) urządzone ze znawstwem prawdziwe­go miłośnika sztuki, było istotne muzeum, w którym obok dzieł pędzla pierwszorzędnych artystów, widniały nagromadzone z pie­tyzmem zabytyki dłuta i rzeźby, oraz pamiątki ze wszystkich dziedzin przeszłości krajowej, wreszcie wspaniała biblioteka dzieł sztuki.


Berson zasilał za życia darami muzea Towarzystwa przy­jaciół nauk w Poznaniu, Muzeum Narodowe w Krakowie, Mu­zeum w Rapperswylu, oraz Towarzystwo Zachęty do Sztuk Pięknych w Warszawie, która posiada salę jego imienia uzupeł­nioną dodatkowo po zgonie ofiarodawcy przez tegoż rodzinę. Jego biblioteka również została wcieloną wraz z wielu zabytka­mi historycznymi do zbiorów Towarzystwa Zachęty. Kolekcjo­nerstwu Bersona i jego hojnej dłoni, jego wielkiemu znawstwu na dziedzinie archeologii, zawdzięcza Muzeum żydowskie im. Bersona w gmachu Gminy żydowskiej w Warszawie swe istnie­nie. Niestety muzeum to niezwykle ciekawe, znajduje się od lat w zupełnym zaniedbaniu.


(Wstęp wydawców do Dyplomatariusza Mathiasa Berso­na, Reychman, str. 193, Nusbaum, str. 182, Z dziejów gminy Starozakonnych, str. 220).


Mathias Berson nosił sztandar Izraela z dumą. Inaczej je­go córki. Miał je dwie i obie przeszły na chrześcijaństwo: Jad­wiga Krausharowa (zob.) i Hortensja Lewentalowa (zob.).



Jan Berson



Bratem Mathiasa Bersona był Jan Berson (1829—1913), wspólnik do jego interesów, ziemianin, wychowaniec Instytutu na Marymoncie, prezes zarządu cukrowni Czersk i Michałów, właściciel majątku Boglewice, Leszno. Cieszył się on niezwykłym mirem i poważaniem w społeczeństwie. Gdy w roku 1862 poraz pierwszy w Kongresówce zaprowadzono za Wielopolskiego insty­tut samorządowy i Żydzi posiadali prawo udziału w wybo­rach, wybrano Jana Bersona w powiecie warszawskim Rad­cą jako jedynego Żyda. W r. 1876 został on sędzią handlo­wym. Jan Berson posiadał zainteresowanie wielkie dla spraw ży­dowskich, podobnie jak jego brat. Był prezesem Komitetu Sy­nagogi na Tłomackim. Ofiarował przybudówkę do warsztatów gminy żydowskiej w Warszawie na oddział tkacki. Był też ku­ratorem żydowskiego Towarzystwa kolonizacyjnego w Warszawie.


Wyznanie zmieniło potomstwo jego niepomne wielkich za­sług ojca około żydostwa.


Córka Julia zaślubiła w r. 1882 Maurycego Rosenstocka-Rostockiego neofitę doktora praw, posła do Rady Państwa w Wiedniu i do sejmu krajowego, właściciela dóbr Skałat.


Syn Michał właściciel znanej stajni wyścigowej, adwokat przysięgły, obywatel ziemski zaślubił Jadwigę Wawelberg, cór­kę Hipolita (ur. w r. 1878) i razem przyjęli religię chrystusową.


Dalszy syn Jana, Edward jest właścicielem ziemskim, panem majątku Boglewice (powiat Grójecki) i posiada tam cukrownię.


(Reychman, str. 194, Nusbaum, Szkice str. 173, 209, 257. Z dziejów gminy Starozakonnych str. 160, 253, 263).



BIEGELEISENOWIE



Ród Biegeleisenów, w swym znaczeniu dla społeczeństwa, bierze swój początek po kądzieli od Nachmana Krochmala, (1785—1840) filozofa historii żydowskiej, autora Moreh Ne-buchej ha-Zeman, który na kanwie hegelianizmu, wyhaftował własny systemat myśli o metafizycznym podłożu idei narodowo­ściowej z szczególnym zastosowaniem do ludu żydowskiego i na­świetlił w sposób oryginalny okresowość w dziejach kilkultysiącioletnich Izraela.


Wnukiem Nachmana Krochmala, z zięcia lekarza powstań­ca z roku 1863, był Henryk Biegeleisen (ur. w Toustem w wschodniej Małopolsce w r. 1855 — zmarł w r. 1935), któ­ry wprawdzie wyznania nie zmienił, ale sam już znajdował się na ostatnim krańcu, gdzie społeczeństwo żydowskie się kończy. Spis bibliograficzny prac Biegeleisena ogłoszony w książce zbio­rowej poświęconej pamięci tegoż, która wyszła drukiem w r. 1936, obejmujący pełne dziesięć stronic, nie mieści w sobie ani jednej pozycji żydowskiej, nie wzmiankuje nigdzie tematu żydowskiego.


Henryk Biegeleisen jako monografista i wydawca posiada wielkie zasługi dla nauki i literatury polskiej. Wydał pisma po­śmiertne Słowackiego z okresu mistycyzmu, Samuela Zborowskie­go, Makrynę Mieczysławską, oraz też Mickiewicza, ogłosił z rę­kopisu dzieła Fredry, napisał studium estetyczno-literackie wiel­kiej wartości o Panu Tadeuszu, publikował pracę cenioną o Le­nartowiczu (Lirnik mazowiecki, jego życie i dzieła w świetle nie­znanej korespondencji poety, Kraków, 1913), oraz też studium o życiu i dziełach Szekspira. Jednak na syntetyka się nie nada­wał… Jego Ilustrowane dzieje literatury polskiej wprawdzie są owocem wielkiego mozołu i mieszczą w sobie ogrom faktów, dat i stwierdzeń, ale wartości naukowej nie posiadają. Nie ma po­wiązania wewnętrznego, brak należytego krytycyzmu.


O Biegeleisenie jako wydawcy Mickiewicza i Słowackie­go, wyraża się Brueckner w swoich „Dziejach literatury polskiej w zarysie” dodatnio, podkreślając tegoż zasługi. Kleiner nazywa w przedmowie do wspomnianej zwyż księgi pamiątkowej, Biegeleisena jednym z budowniczych kultury polskiej, chwali go, że „był pierwszym naukowym badaczem artyzmu Pana Tadeu­sza i w ogóle autorem pierwszej polskiej monografii naukowej o arcydziele literackim, godnej jeszcze dzisiaj przestudiowania. Był pierwszym wydawcą szeregu pism ze spuścizny rękopiśmien­nej Słowackiego, był pierwszym wydawcą krytycznym komedyj Fredry, spłacił Teofilowi Lenartowiczowi dług polskiej nauki”.


Biegeleisen odznaczał się też jako ludoznawca. Folklorowi poświęcił ostatni okres życia swego. I tutaj ta sama charaktery­styczna właściwość. Mocnym był w kolekcjonowaniu bezmiaru szczegółów. Pod kątem widzenia zbioru materiału porównawcze­go, przedstawiają jego prace naukowe z zakresu ludoznawstwa (Matka i dziecko, 1927, Wesele, 1928, U kolebki, przed ołta­rzem, nad mogiłą, 1929, Lecznictwo ludu polskiego, Śmierć) znaczną wartość. Wadą ich zanadto literacki sposób patrzenia się, za dużo abstrakcji. Zwyczaje z folkloru podane są u niego bez umiejscowienia, wierzenia jakby zawisły w powietrzu. Kul­tury materialnej nie widzi. Orientacyjny punkt wyjścia stanowiła dla niego psychologia ze szkoły lipskiej Wilhelma Wundta a nie historia kultury.


Synowie Henryka Biegeleisena są już wyznania chrześci­jańskiego.


Bronisław Biegeleisen (ur. w r. 1880) jest psychologiem z zawodu, ogłosił kilka prac ze swej dziedziny (Analiza uwagi w świetle badań psychologicznych, odbitka z Kwartalnika psy­chologicznego, Poznań, 1932, Metody statystyczne w psychologii. Podręcznik dla psychologów, psychotechników i pedagogów, Kraków, 1935. Z zasiłku funduszu kultury Narodowej) i jest dyrektorem Instytutu psychotechnicznego w Warszawie.


Biegeleisen Leon Władysław (ur. w r. 1885) jest wybit­nym ekonomem, który na różnych placówkach służy swoją wie­dzą społeczeństwu i państwu polskiemu, jest docentem ekono­mii na Wolnej Wszechnicy, profesorem ekonomii w Szkole szta­bu generalnego, profesorem ekonomii politycznej i historycznych doktryn ekonomicznych w Wyższej Szkole dziennikarzy w War­szawie, oraz też redagował „Samorząd miejski” w latach 1928—1929.


Spis prac ekonomicznych, ogłoszonych przez Leona Wła­dysława Biegeleisena, jest wcale obszerny. Jest on tęgim teore­tykiem, posiadającym szeroki obszar zainteresowań naukowych, rozległą perpektywę fachową. Widać w tematyce jego prac sta­łą ewolucję. Zaczyna on od wiejskiego podwórka: Rozwój go­spodarczy wsi polskiej, 1916/7, Teoria małej i wielkiej własno­ści, 1918. Przechodzi do międzynarodowej gospodarki: Refor­ma rolna głównych państw europejskich, 1924—1926, Wstęp do studiów nad polityką gospodarczą (1928), Polityka aprowizacyjna Czechosłowacji (1928), Polityka gospodarcza Italii 1929). Z czasem obejmuje on widnokręgiem też i osiedla miej­skie. Jako redaktor Samorządu miejskiego, uzyskuje Leon Wła­dysław Biegeleisen ku temu szczególną skłonność. W r. 1929 ogłosił on książkę p. t. „Zagadnienia ekonomii komunalnej” z frontem ku miastu, tak samo w r. 1930 „Zagadnienie dokształ­cenia urzędników państwowych”, w r. 1935 „Polityka gospodarczo-aprowizacyjna miast polskich. Geneza, historia, stan faktycz­ny, ocena i wnioski” (Wydawnictwo Towarzystwa dla Polity­ki i Administracji gospodarczej z zasiłku zarządu miasta War­szawy); w tym samym roku zamieścił Leon Władysław B. ja­ko ekonomista, dla którego każdy szczegół gospodarki miejskiej posiada z natury rzeczy wagę, w Kwartalniku Samorządu Te­rytorialnego „Samorząd Miejski” pracę, która się ukazała też w formie odbitki p. t. „Przedsiębiorstwa komunalne wywozu i utylizacji odpadków domowych. Studium z zakresu ekonomiki

komunalnej”.



BILIŃSCY (po kądzieli)



Wiktor Biliński, syn bogatego ongiś właściciela majątku Grodziska pod Leżajskiem, powstaniec z roku 1831, adjutant generała Umińskiego, był żonaty primo voto z Malwiną z baro­nów Brunickich-Brunsteinów, neofitów, secundo voto z siostrzeni­cą pierwszej żony, również stuprocentową Żydówką, pod wzglę­dem rasowym, z Leontyną Hoenigsberg, urodzoną z baronówny Karoliny Brunickiej siostry zmarłej Malwiny, zaślubionej neoficie Hoenigsbergowi we Wiedniu. Hoenigsbergowie to stara ro­dzina plutokratyczna żydowska, pochodząca z Czech, której przodek Israel Hoenig (1724—1808), dzierżawca monopolu ty­toniowego, bankier i przemysłowiec, dorobił się wielkiej fortuny i został w r. 1789 uszlachcony jako Edler von Hoenigsberg. Syn Israela Edler von Hoenigsberg Maksymilian pozostał jesz­cze Żydem i był przez kilkadziesiąt lat (1792—1832) członkiem przełożeństwa gminy żydowskiej we Wiedniu.


Wiktor Biliński miał z obu żon liczne potomstwo: Marian Biliński, dyrektor poczty w Krakowie radca dworu, Leopold Biliński, starosta w Turce nad Stryjem radca namiestnictwa we Lwowie, Edmund Biliński, urzędnik bankowy we Lwowie, Jó­zef Biliński, właściciel dóbr, Władysław Biliński, kupiec. Naj­tęższym z nich bez żadnego porównania, o znaczeniu ogólnym dla społeczeństwa polskiego, dla nauki, dla państwa był Leon Biliński. Rodzina Bilińskich w Małopolsce bardzo rozgałęzio­na. W r. 1782 udowodniło tamże kilkaset Bilińskich swoje szla­chectwo, z nich tylko jeden wybił się wysoko ponad przecięcie, nim był człowiek pół-krwi żydowskiej: Leon Biliński.



Leon Biliński



I



Dumę Polaków z zaboru austriackiego, z królestwa Gali­cji, Lodomerii i Wielkiego księstwa Krakowskiego, jak to się wówczas mówiło, stanowił przed wojną światową Leon Biliński, długoletni gubernator Banku państwowego austro-węgierskiego, wspólny minister skarbu Austrii i Węgier, później przez krótki czas też minister skarbu w odbudowanej Polsce, ekonomista o znaczeniu europejskim, profesor uniwersytetu, autor całego szeregu poważnych dzieł naukowych w języku polskim i nie­mieckim.


Leon Biliński był synem Wiktora Bilińskiego z pierwsze­go małżeństwa. Matka go odumarła zaraz po urodzeniu. Leon przyszedł na świat w r. 1846 w Zaleszczykach nad Dniestrem w pałacu exżydowskiej rodziny swej matki z domu Brunickiej (zobacz). Wiktor, ojciec jego pozostał i po śmierci swej żony przy jej rodzinie i to też było powodem, że w roku 1852, to znaczy w sześć lat po śmierci swej małżonki, poślubił jej siostrzenicę.


Rodzina matki Bilińskiego byli katolikami pochodzenia izraelickiego“, pisze Polski Słownik Biograficzny (II, 97).


Leon Biliński stykał się za swoich młodych lat często z krewnymi matki i pozostawał z nimi w intymnym, serdecz­nym kontakcie.


W swych „Wspomnieniach" (Warszawa, 1924), opo­wiada Biliński, że podczas wakacyi za jego czasów gimnazjal­nych „drogim memu sercu towarzyszem w Romanówce był mi brat mojej macochy a mój cioteczny brat Piotr Hoenigsberg”.


Później na uniwersytecie we Lwowie, jako akademik mieszkał on z nim razem. Poza tym korzystał Biliński na stu­diach swoich z fortepianu siostry i szwagra swej macochy.„Rodzina była zresztą w niezgodzie z moimi rodzicami, tylko ja utrzymałem stosunki z nimi, zwłaszcza z panią Józefą Hoenigsberg” (ib. I, 6).


We Wiedniu podczas swej bytności jako młody człowiek, doznawał Biliński gościnności u krewnych swej macochy nota­riusza Ludwika Hoenigsberga, jego żony i córki. Aż do ich śmierci stale korzystał z ich „uprzejmej gościnności”, jak sam opowiada.


Rodzina matki szła mu na rękę podczas studiów jego, i pomagała w pewnym wypadku nawet i finansowo. Gdy mu do promocji brakowało pieniędzy udał się Leon Biliński do zamieszkałego we Lwowie wuja barona Konstantyna Brunickiego. „Dzięki jego miłości dla siostry ulubionej, ś. p. matki mojej i dzięki wpływowi najszlachetniejszej żony jego Heleny z hra­biów Szymanowskich, otrzymałem od wuja wielką na owe cza­sy sumę 300 guldenów i promocja odbyła się 31 grudnia 1867”.


Leon Biliński odebrał wychowanie głębokie religijne, był żarliwym katolikiem. Odbywał pielgrzymki do miejsc odpusto­wych Matki Boskiej, do Częstochowy, do Plain w Salzburgu

(ib. I, 28, I, 31).


Płonął on również żarem gorliwego patrioty, dla które­go odbudowa Polski jęczącej wówczas pod panowaniem trzech czarnych orłów jest celem życiowym. W r. 1882 wydał on bro­szurę p. t. „Znamiona polityki narodowej i krajowej, tak zwa­nych Stańczyków” (Kraków, 1882, drugie wydanie, Lwów, 1883), w której zwalczał politykę ugodową ziemiaństwa pol­skiego koncentrującego się wówczas w Krakowie.


Jako wysoki funkcjonariusz państwowy austriacki nie spu­szczał on z oka spraw Polski, „a od chwili wybuchu wojny przestał się on uważać za ministra bośniackiego (którym on wówczas był w gabinecie monarchii naddunajskiej), poczuwa­jąc się z całym społeczeństwem do wspólnosci w uczuciu, że wojna ta zadecyduje o losie Polski (I, 294). Stanisław Głąbiński pisze o nim w Polskim Słowniku Biograficznym (II, 98): Biliński był szczerym patriotą polskim, czego dowiódł już w czasie silnych zabiegów o spolszczenie uniwersytetu lwow­skiego, oraz też w ciągu wojny światowej.


Leon Biliński jako rzymski katolik, nie mając żadnych trudności i przeszkód w życiu, piętrzących się wobec tylu synów starego narodu z nad Jordanu, którzy by mogli swoimi nie­zwykłymi zdolnościami służyć ludzkości, — zrobił karierę z szybkością wprost fenomenalną. Tężyzna żydowska miała w tym wypadku swobodę wyżycia się i złączona z energią sta­rego rodu rycerskiego, dokazywała cudów.


W parę miesięcy po doktoracie, jako młodzian dwudzie­stodwuletni, Leon Biliński habilitował się w r. 1868 na uniwersy­tecie lwowskim jako docent, w dwudziestym piątym roku życia swego w r. 1871, uzyskał on nominację na nadzwyczajnego profesora uniwersytetu, a w dwudziestym ósmym roku swego życia w r. 1874 już był zwyczajnym profesorem. W r. 1878 jako rektor uniwersytetu (lat trzydzieści dwa!) zajął Leon Bi­liński miejsce wirylne w Sejmie galicyjskim. Mając lat trzy­dzieści cztery był on członkiem Akademii Umiejętności w Kra­kowie. „Wykład jego był jasny i piękna forma zdobi wszystkie prace jego, nadając im cechę użyteczności ogólnej” (Kło­sy, XLI, 80).


Swoją karierę naukową rozpoczął Biliński w 19 roku swe­go życia i skończył w 36 roku. (Die Luxussteuer als Korrektiv der Einkommensteuer, Leipzig 1875, Die Gemeindebesteuerung und dereń Reform 1878, Die Steuerentlastung der Landwirtschaft angesichts der allgemeinen Finanzlage in Österreich, Wien 1880, O potrzebie pożyczki miejskiej, Lwów 1881, Stu­dia o podatku dochodowym, w dwóch ternach, Lwów i Kra­ków, 1870, System ekonomii, Lwów 1880-1882 w dwóch tomach i t. d.). W życiu publicznym brał on udział w latach 1875-1883, jako członek komitetu centralnego Towarzystwa geograficznego we Lwowie, gdzie był referentem spraw kolejowych i podatkowych.


W r. 1883 wszedł Leon Biliński do parlamentu austriac­kiego, jako poseł miast Stanisławowa i Tyśmienicy, a w r. 1892 otrzymał on nominację na generalnego dyrektora kolei au­striackich, w dalszym ciągu dostał on gubernatorstwo Banku Austro-Węgierskiego, oraz też teki ministerialne różnego ro­dzaju. Z karierą naukową się pożegnał odtąd i dla swej dyna­miki szukał ujścia na szczytach życia publicznego.


Biliński był konserwatystą, ale nie typu staroziemiańskiego rozleniwiałego w dobrobycie egoistycznym. Miał on szerokie za­interesowanie dla spraw społecznych, którymi chciał pokiero­wać po linii polityki zachowawczej; należał on do tak zwanej szkoły realistycznej niemieckiej „Kathedersozialisten”. Miał on na wszelki wypadek jakiś stosunek do mas, których Opatrzność nie pobłogosławiła fortuną. Był on ulany, nie całkowicie z tego samego spiżu co ogół szlagonów. Szedł on po linii Bismarcka, któ­ry przecież był inicjatorem reform socjalnych w Niemczech, z ce­lem wprawdzie wytkniętym, aby w ten sposób malkontentom lewicowym odebrać broń z ręki. Był członkiem związku ekonomicznego niemieckiego założonego w r. 1873 w Eisenach pod hasłem: dążenia do reform społecznych, oraz też członkiem to­warzystwa wiedeńskiego „Verein für Sozialpolitik“, który jak tam pisze (I, 30), „dał impuls do wszelkiego wzrostu w nauce i praktyce ekonomii, w kierunku historycznym i praktycznym, wdrożonym przez kanclerza Bismarcka”. Biliński miał okienko do Europy dzięki pierwiastkowi swemu z tamtej strony miedzy…


Socjalizm państwowy jakiegokolwiek autoramentu nie przestaje być socjalizmem. Sfery karmazyńskie zaśniedziałe w swym skostniałym sarmatyźmie, uważały początkowo stano­wisko Bilińskiego za jakiś niebezpieczny rewolucjonizm. Wspo­mina Biliński, że gdy jako młody poseł w sejmie galicyjskim zabrał głos w dyskusji nad stowarzyszeniami zarobkowymi, w kierunku asocjacji, zarzucił mu referent hrabia Henryk Wodzicki, że jest socjalistą. Na to mu odparł godnie bez zbytniej gwałtowności Leon Biliński „bo któż dziś nie jest socjalistą”.


W roku 1883 ogłosił Biliński w Krakowie pracę „O istocie i obecnym stanie socjalizmu”, będąc oczywiście przytym oso­biście konserwatywnym społecznikiem w interesie klasy posia­dającej.



II



Jaki był stosunek Bilińskiego do Żydów?


Jako człowiek wartościowy nie obawiający się kompleksu niedoceniania, lekceważenia z racji pochodzenia, zajmował on stanowisko pozytywne wobec Żydów. Gdy wybrano poraz

pierwszy Luegera przywódcę antysemitów wiedeńskich tzw. chrześcijańsko-społecznych, burmistrzem miasta Wiednia, posta­wił Biliński wniosek na radzie ministrów, odmówienia mu za­twierdzenia, aczkolwiek Albert Rothschild szef wiedeńskiego domu bankowego, tego mu odradzał, zwłaszcza ze stanowiska interesów żydowskich (I, 99). Biliński nie usłuchał Rothschilda, uważał bowiem go wprawdzie za człowieka czystego charakte­ru, ale przypisywał mu słabą inteligencję (I, 185) i sądził wi­docznie, że polityka żydowska ustępliwości, której pragnął Rothschild, jest niesłuszną i niecelową.


Biliński stykał się we Wiedniu jako mąż stanu z dzienni­karzami żydowskimi i wyraża się o nich w swych pamiętnikach bardzo korzystnie.


Gdy powstał we Wiedniu w r. 1905 nowy dziennik Die Zeit, zbliżył się Biliński do niego, z uwagi na trwałą wówczas nieprzyjaźń starego dziennika Neue Freie Presse, do jego osoby „Tym sposobem poznałem bliżej redaktora i założyciela Die Zeit, profesora Izydora Singera, izraelitę, który dla utrzyma­nia nowego dziennika, poświęcił cały swój wielki majątek, czło­wieka bardzo światłego i wymownego”. Biliński był wtedy Sin­gerowi pomocnym w jego polityce węgierskiej i nawet wystarał się dla niego o audiencję u cesarza (I, 185).


O syjonistach nie wspomina Biliński, aż do chwili odbudo­wy Polski. Nie widział ich, i nie słyszał o nich, chociaż istniał już klub żydowski w parlamencie austriackim. Inaczej ze socjalistami Żydami. W podobny sposób jak Bismarck, w stosun­ku do Lassalla, miał Biliński słabość do Diamanda. Stara to historia, że mądra konserwa ziemiańska widzi w socjalizmie klin rozbijający na dwa obozy zwalczające się, jedność naturalną ludności miast, środek pomagający na ślepo sferom zacho­wawczym trzymać w ręku prym polityczny w państwie.


O Diamandzie pisze Biliński „socjalista Diamand znany mi zarówno z niezwykłej czystości charakteru, jak i z niezwyk­łego znawstwa nauki i praktyki ekonomii” (II, 36); na innym miejscu odzywa się Biliński „mój przyjaciel, Dr Diamand” (II, 310).


Biliński opowiada o pewnym zgromadzeniu przedwybor­czym, gdzie przywódca socjalistów Żyd go wybawił z opresji. Było to w r. 1910, gdy Biliński kandydował do parlamentu au­striackiego w Rzeszowie, a oponentem jego był Głąbiński „na­rodowi demokraci (endecy) porwawszy część socjalistów, od­parli me wywody przeciw p. Głąbińskiemu, tak silnym naporem od głębi sali ku trybunie, że byłbym może stratowany, gdyby nie był wyskoczył na ławkę w moim pobliżu przywódca socja­listów adwokat Pelzling, człowiek bardzo światły i honorowy; gorącymi słowy skłonił swych adherentów do powstrzymania naporu”.


Biliński sympatyzował, rzecz naturalna, z Żydami asymilatorami, wspomina o Żydzie polskim adwokacie, Drze Zipserze jako bardzo patriotycznym (I, 211).


Biliński czyni wzmiankę również o różnych innych Żydach polskich adwokatach osiadłych we Wiedniu, których osobiście znał. Gdy państwo polskie zostało wskrzeszone, Biliń­ski chciał w jednym z nich widzieć radcę poselstwa polskiego. Wbrew jego woli otrzymał tę nominację, jednak jakiś inny je­gomość, Żyd czy ex-Żyd Emil Merwin (Menkes), na to zauważa w swych pamiętnikach Biliński w sposób niezwykle cie­kawy, rzucający światło na pewien odcinek jego mentalności, Dr Merwin mianowany radcą prawnym poselstwa we Wiedniu „robi wrażenie niezawodnie wielkiej zdolności, ale tym smutniej, gdyby się okazało prawdą, że p. Merwin zawdzięcza swoją no­minację li tylko przystąpieniu do antysemickiego w zasadzie stronnictwa ludowego” (II, 347).



III



Stanowisko samodzielne narodowego żydostwa budziło zgrozę u Bilińskiego, który wszak w swej osobie przedstawiał wynik indywidualnej asymilacji jednej z rodzin żydowskich.


Nie był on w stanie pojąć neutralności ogłoszonej przez Żydów w okresie walk polsko- ukraińskich w r. 1918/1919, przy czym powtarzał nawet bezkrytycznie bujdy, puszczone w świat przez grupy zgóry nienawistnie nastawione wobec Ży­dów. Nie mógł zrozumieć, że Żydzi wtykając nos aktywnie do konfliktu polsko-ukraińskiego po stronie Polaków byliby się na­razili na rzezie bezlitosne ze strony Ukraińców w tych okoli­cach, gdzie tamci dzierżyli wówczas w okresie walk władzę. Biliński tłumaczy w swych Wspomnieniach, że Żydzi sami dali pochop do ciężkich prześladowań po odbiciu Lwowa, tym, że się poddali dobrowolnie rządowi ukraińskiemu. „Ja sam miałem później sposobność jako minister polski tłumaczyć Żydom syjo­nistom na konferencji oficjalnej, że „przyjaciel”, — a takimi Żydzi byli nam przez pięćdziesiąt lat rządów polskich w Galicji — przybierający w nieszczęściu swego towarzystwa rolę neutral­nego, staje się faktycznie „nieprzyjacielem”, bo przyjaciel praw­dziwy walczy otwarcie po stronie towarzysza”. Biliński przesa­dzał oczywiście w wzmiance zacytowanej zwyż o jakimś „nie­szczęściu”, które spotkało wówczas towarzysza-Polaka z racji po­wstania ukraińskiego, a z drugiej strony mimo swej wielkiej by­strości, nie spostrzegł on specyficznego położenia Żydów między młotem a kowadłem we Wschodniej Galicji. Dziwny daltonizm człowieka, który w danym wypadku uległ atmosferze antysemic­kiego środowiska i zatracił swój na ogół trzeźwy sąd.


Mimo wszystko po pogromie lwowskim, jak się później tłumaczy Biliński musiał się on we we Wiedniu zdecydować na interwiew z Neue Freie Presse, ażeby podkreślić, że pogrom ten jest nie tylko potępienia godnym ze stanowiska etyki, ale, że i politycznie niefortunny „na polu praktycznej polityki za­granicznej będzie wyzyskiwany w Europie zachodniej na naszą niekorzyść”.


Biliński potępiał mocno antysemityzm endeków, jako szkodliwy Polsce. Zastanawiając się nad tym „ileż pogromów żydowskich bywało — ku zgrozie cywilizacji, a przecież w Londynie i Nowym Jorku zajmowano się tylko polskimi” — wy­jaśnia on „zapewne, że w wysokim stopniu przyczynił się do tego reprezentant Polski w Paryżu i Londynie wódz endeków p. Dmowski, który nie tylko wyśmiewał się jawnie w Londynie z żydowskiej kochanki Lloyd Georga, lecz ponadto jako szczyt agitacji antysemickiej, wyrzekł wobec Lloyda Georga, proponującego do jakiejś komisji historycznej naszego wielkiego historyka Aszkenazego pamiętne słowa. Aszkenazy to nie historyk, to Żyd”.


Jeżeli, jak zapewniają, słowa te padły istotnie, to zawdzięcza­my mu całą dalszą antypolską politykę angielską w Gdańsku, na Śląsku Górnym, w Galicji Wschodniej, w wojnie bolsze­wickiej, w Wilnie itd. Bo przywódcom polskim w Paryżu po­winno być wiadomem, że Żydzi stanowią w Anglii i Ameryce czynnik polityczny potężny, że w rządzie angielskim zasiada zawsze kilku Żydów, że najpływowsi sekretarze Wilsona byli Żydzi, że przeto dowcipy Dmowskiego, musiały doprowadzić do wielkich demonstracyj ulicznych w Londynie i zwrócić opinię publiczną, a tym samym i rząd przeciw Polsce” (II, 184-185).


Biliński też pokazuje na pewnym konkretnym przykładzie do czego głupi, bezmyślny, zwierzęcy antysemityzm prowadzi; działa on niejednokrotnie na szkodę państwa polskiego i ludności mieszkającej na ziemiach polskich bez różnicy wy­znania i narodowości.


Było to za jego urzędowania jako minister skarbu w War­szawie, amerykańskie Towarzystwo The peoples industrial Cor­poration of the United States założone pod protektoratem słyn­nego milionera, bardzo „chrześcijańskiego” (cudzysłów same­go Bilińskiego) specjalnie dla przeprowadzenia pożyczki pol­skiej, zaofiarowało Polsce pożyczkę we wysokości 250,000,000 dolarów amerykańskich. „Technika finansowa miała spoczywać w ręku jednego z największych, najsłynniejszych banków nowo­jorskich, National-City-Bank, którego wiceprezes właśnie jako dobry znajomy p. Paderewskiego telegrafował do Paryża”. Sto­pa procentowa obligacyj pożyczkowych była jak na owe czasy niesłychanie dogodna i miała wynosić nie więcej jak 6%.


Przedstawiciel owego Towarzystwa kredytującego o naz­wisku czysto irlandzkim O’Langhlin zapewniał Bilińskiego „że kapitał amerykański ufa niezłomnie mojej (Bilińskiego) osobie, a p. minister Skrzyński powtórzył mi to samo na Radzie mi­nistrów w tej formie, że Czesi musieli na swoją pożyczkę ame­rykańską dać ciężkie zastawy, zaś Polska dostała pożyczkę na zastaw mojej osoby”. Dla bankierów amerykańskich osobistość tej miary co Biliński, były gubernator banku państwowego Austrowęgier i były wspólny minister skarbu cesarstwa austriackie­go i królestwa węgierskiego, przedstawiała osobiście rękojmię. Wszystko zdawało się w porządku.


Waluta polska byłaby otrzymała już w 1919 czy 1920 pełnowartościowy pod­kład. Państwo polskie zaoszczędziłoby sobie kilkuletnich wstrząsów inflacyjnych, które zniszczyły i tak nie obfity kapitał przedwojenny i spowodowały zubożenie szerokich sfer społe­czeństwa pomiędzy Bałtykiem, Niemnem, Bugiem i Karpatami.


Ale nagle wylazło szydło żydowskie, ni stąd ni zowąd z worka. Za namową jakiegoś bankiera „polskiego”, w Chicago jak podaje Biliński, który w sposób horendalny, obdzierał pol­skiego chłopa przy wymianie dolarów i niejakiego Horodyskiego członka rodu znakomitego, który dla jakichś trudności finan­sowych był się musiał schronić do Ameryki, telegrafował książę Lubomirski poseł polski w Waszyngtonie do Warszawy „Korpo­racja składa się Żydów, prowadzi handel z Rosją i trudni się lichwą, pożyczka więc niemożliwa” (II, 287).


Udział Żydów w tej korporacji na tym polegał, że preze­sem korporacji był żyd amerykański niejaki p. Rosenblum „o czym — jak pisze Biliński — myśmy nie wiedzieli, ani nie bylibyśmy się też bardzo martwili”.


Kwestię wysokości odsetek można było zgóry jak najdo­godniej ustalić. A co do handlu z Rosją sowiecką, nie było w tym ani źdźbła prawdy, zresztą, co to obchodziło Polskę? Biliński donosi, że udał się wówczas sam osobiście „do ambasa­dora amerykańskiego w Warszawie, p. Gibsona, wiedząc, że O’Langhlin (przedstawiciel Korporacji) u niego mieszkał i że wszystkie nasze telegramy w ciągu rokowań o pożyczkę, szły przez jego ręce najkrótszym kablem amerykańskim i ambasador zapewniał mnie, że zna tekst wszystkich telegramów Lubomir­skiego, że zarzuty przeciw Korporacji są zupełnie nieuzasad­nione”.


Od kiedy zresztą pieniądz pochodzący od Żydów — wie­rzycieli jest zarażony jakimś trądem? Brali od Żydów pożyczki i Rosja carska i Habsburgowie arcykatoliccy, prześladujący okrutnie protestantów w 17 wieku i monarchowie hiszpańscy przed wygnaniem Żydów i częściowo i po ich wygnaniu, i fana­tyczni Ludwikowie francuscy i Jagiellonowie.


Jest to unikat w dziejach finansów wszystkich państw europejskich, nawet w ciemnym średniowieczu, unikać brania pożyczki od kogoś, za to, że jest Żydem. Krystalizujące się pań­stwo, osłabione i wyczerpane przez wojnę i politykę niszczyciel­ską okupantów, odrzuca dogodną pożyczkę, bo w środku Żyd?


Poseł polski, będący w służbie endeków, postawił interes partyjny ponad interesem Polski”, pisze Biliński. „Obaczyłem obraz straszny; gdy chodzi o interes własnej kieszeni, a przy tym, utrącenie przeciwnika politycznego, nie ma wcale ani Polski, ani jej interesów politycznych czy skarbowych, jest tylko kie­szeń i nienawiść”.


Ku końcowi w związku z tą sprawą pożyczkową, donosi Biliński, że żadne dalsze pożyczki nie przyszły w tym okresie do skutku, mimo starań Michalskiego w Ameryce i profesora Ra­dziszewskiego w Paryżu i Brukseli.


W każdym innym kraju za takie machinacje partyjne, któ­re pozbawiły w poważnej chwili, państwa, pożyczki konsolida­cyjnej, wymierzyłby Trybunał Stanu cieżkie kary. W Polsce przeszły jednak rewelacje Bilińskiego bez echa. Warchoły się panoszą. Judofobia chorobliwa górą. Jeśli istnieje pretekst anty­żydowski, Temida ma zasłonięte oczy. Największe szkodnictwo uchodzi płazem, jeżeli tylko można się kryć za parawan antysemityzmu, a to lichego wydania.



IV



Biliński się uważał za speca in judaicis, a to właśnie w in­teresie dobrego imienia Polski za granicą. Gdy Morgenthau by­ły amabasador konstantynopolski Stanów Zjednoczonych, przy­jaciel osobisty Wilsona, po pogromie lwowskim i innych, smut­nych wypadkach listopadowych 1918 i roku 1919, bawił w Pol­sce i został przyjęty przez Skrzyńskiego w klubie myśliwskim w Warszawie, próbował Biliński w ciągu ożywionej dyskusji w kilkunastu zdaniach naszkicować dzieje Żydów w Polsce i za­pytał gościa „czy byłby skłonnym podnieść w swoim memoriale następujące fakta historiczne 1) że w 14 wieku polska dała Ży­dom gościnny przytułek, 2) że biegiem wieków nie musiał być w Polsce ucisk zbyt dotkliwy dla Żydów, skoro w czasie po­wstania z r. 1863/4 ludność żydowska prowadzona przez rabi­nów, brała gorliwy udział w organizacji powstania przeciw Moskwie, 3) że w ciągu 50-letnich rządów polskich w Galicji znaczna część ludu żydowskiego przyjęła dobrowolnie asymila­cję z narodem polskim i wydała cały szereg gorących patriotów polskich, 4) że wreszcie z początkiem 20 wieku rząd Rosji wygnał z Rosji i Litwy miliony Żydów (Litwaków) nie znających ani języka, ani narodu polskiego, pełnych do tego „narodu jaw­nej nienawiści i właściwych inicjatorów pogromów” (II, 289).


Biliński chciał usprawiedliwić i Żydów polskich i rdzen­nych Polaków, a całe odium usiłował zwalić na miliony tzw. Litwaków. W rzeczy samej, to nonsens. W Galicji nie było wogóle Litwaków na lekarstwo, a przecież miały tam miejsce roz­ruchy antyżydowskie. Na terenie kongresówki, poza Warszawą i Łodzią również Litwacy należeli do rzadkości. Była ich pewna ilość, nie przekraczająca stanowczo liczby kilkudziesięciu tysię­cy w Warszawie i Łodzi. Uwydatniali om swój pobyt nad Wis­łą przez swoją wielką ruchliwość, byli oni czynni w wielkim handlu, w przemyśle, w przedstawicielstwie fabryk, jako pier­wiastek gospodarczy mocno dynamiczny, ogromnie pozytywny, działający zbawiennie na dobrobyt w Królestwie, które dzięki im stało się bramą wpadową importu z zagranicy w głąb Rosji. Żydzi wygnani onego czasu z głębi Rosji, byli to zazwyczaj białoruscy czy litewscy — więc z ziem historycznych Rzeczy­pospolitej Polski — którzy bezprawnie przebywali na terenie Wielkorosji i stamtąd zostali z powrotem przesiedleni do rejo­nu (czerty) osiedlenia. Ci wracając w obręb terenu dozwolone­go nie mogąc z uwagi na swe interesa więcej zamieszkać na pro­wincji, przenosili często swe poważne przedsiębiorstwa do War­szawy. Biliński nie orientował się w tym materiale i ktoś mu tu­taj jakieś bzdury nabujał, które powtarzał bezkrytycznie, jak za panią matką. Stopa procentowa Żydów w stosunku do ogółu ludności w Kongresówce, w ogóle się nie podniosła po r. 1900 w porównanie z poprzednimi dziesięcioleciami.


Biliński jako minister zetknął się też w urzędowaniu wprost ze syjonistami i raz nawet odbył konferencję z delegacją, która się u niego zjawiła. Aczkolwiek to rzecz normalna, że przed­stawiciel rządu, odbywa rokowania, przeprowadza rozmowy z reprezentantami wszystkich stronnictw, mimo to Biliński uwa­gi na zarzuty mu robione po tym z tego powodu, poczytywał za potrzebne w swych pamiętnikach się usprawiedliwić. Czuł on swoją słabą stronę, tkwiącą w genealogii… Grabski zawiera­jąc ugodę ze syjonistami, w ogóle nie uważał za wskazane bra­mować się w ekskuzę.


Biliński opowiada, dla wytłumaczenia skąd on w ogóle do tego, aby rozmawiać oficjalnie z syjonistami: „adwokat chrześcijański” Smoleń ze Lwowa przysłał dnia 29 września 1919 za pośrednictwem wiceministra Byrki list do niego donoszący o życze­niu Żydów zetknięcia się z Rządem, „ponieważ asymilowani Żydzi czujący się Polakami, nie potrzebują osobnych konferencyj, bo mają przez swoich posłów sposobność znoszenia się z Rządem”.


Smutnie jest stwierdzić na podstawie pamiętników Biliń­skiego, że ówcześni posłowie-asymilatorzy Żydzi, brali mu za złe, że wszedł w kontakt z syjonistami i on zdezorientowany pół-Żyd musiał się wobec takowych tłumaczyć. „Zdaje mi się, że zarzuty czynione z tego powodu po przyjęciu, przez dziel­nego i patriotycznego posła stanisławowskiego (Bernarda Raucha) nie były słuszne”.


Na konferencji wspólnej z syjonistami był też obecny ów­czesny minister Wojciechowski. „Iście dramatycznie przedsta­wiał żale” przedłożone równocześnie na piśmie opowiada Biliński „niezwykle wymowny prezes syjonistów Dr. Henryk Rosmarin” zwłaszcza, gdy się rozchodziło „o ucisk ludu żydowskie­go przez władze i organizacje polskie we wschodniej Galicji”. Biliński wytknął deputacji syjonistycznej stary zarzut z listopada r. 1918, w istocie powierzchowny i wymówkowy, wspomniany już zwyż, że Żydzi byli neutralni podczas wojny polsko-ukraiń­skiej i tłumaczył tym ów ucisk, na który się żalili syjoniści, ale czuł sam „tym trudniejsze były narady o niedopuszczanie Ży­dów do wojska (gdy nie chcieli być neutralnymi) i do uniwer­sytetów, skargi na obozy dla internowanych Żydów i na liczne sprawy administracyjne” (II, 296).


Leon Biliński synteza dwóch ras, dwóch narodów, wyzna­niem swoim, swoją działalnością polityczną, swoim całym aktywizmem gospodarczym służył sprawie narodu polskiego, czy też dawniej również we wielkiej mierze, monarchii austrowęgierskiej. To jednak nie przeszkadzało przez długi okres jego życia, że is­kierka wspólnoty z cierpiącym Izraelem tliła w jego duszy, że tu i ówdzie, jak widzieliśmy ujmował się za Żydami, poma­gał im, że niekiedy od czasu do czasu cicho odzywał się w nim z pod gruzów przeszłości innorodczej, innowierczej tłu­miony głos przodków starozakonnych, grało echo z podziemia, łączyła podświadoma więź krwi. Jednak od chwili gdy Polska nowoczesna została wskrzeszoną i dzięki robocie ludzi wyzutych z etyki i charakteru, powstawały konflikty pomiędzy Żydami a Polakami mieszkającymi razem i wspólnie na tej samej ziemi od samego zmierzchu dziejów Polski, — a Biliński stawał przed dylematem, który pierwiastek ma w nim zadecydować, posiadać u niego prymat, ojcowski, czy matczyni, natenczas, mogliśmy spostrzedz brała górę w nim ta strona, do której na­leżał religijnie, językowo i towarzysko i wyrywały mu się wów­czas z ust czasem zdania i twierdzenia nieobjektywne, niesłusz­ne. Jego sąd o neutralności Żydów w wojnie ukraińskiej nie grzeszył sprawiedliwością, był pozbawionym wczuwania się rzeczowego w stosunki i warunki. Ale ogólnie perspektywistycznie biorąc, Bilińskiego zachowanie się wobec Żydów było po­prawne i życzliwe. Typ człowieka „z matki mu obcej”, który dla rodu swej matki zachował zasadniczo sentyment i godnie się ustosunkował na ogół wobec krewniaków z drugiej strony Rubikonu.



JAN BOGUMIŁ BLOCH HERBU OGOŃCZYK ODMIENNY



I



Jan Bogumił Bloch urodził się w r. 1836 w Radomiu, ja­ko siódme dziecko Szulima Selima Blocha z Leszna i Frydery­ki Gdali z Neumarków. Ojciec jego był właścicielem farbiarni i nosił się już po europejsku, co w onym okresie było rzadkim objawem w Kongresówce. Na kalwinizm przeszedł Jan Bogumił Bloch w r. 1851, jako chłopak piętnastoletni, będąc wówczas aplikantem magistratu radomskiego. Niewątpliwie chrzest był warunkiem dopuszczenia go do służby magistrackiej.


Jan Bogumił Bloch nie zadowolony widokami jakie daje kariera magistracka, puścił wnet żłób samorządowy, ukończył szkołę średnią i jako dwudziestoletni młodzian zabrał się do in­teresów, przyczym okazywał niepospolite zdolności. Wybił się wkrótce jako przedsiębiorca kolejowy wielkiego stylu. Całe je­go życie to jedna via triumphalis, kroczył od jednego wielkiego sukcesu finansowego do drugiego, wzbogacał, ale nie tylko siebie, li tylko też cały kraj, stwarzając swoją bajeczną inicja­tywą, wciąż nowe możliwości zarobkowe, dla szerokich warstw. Wybudował on najprzód drogę kolejową Fabryczno-Łódzką (Łódź-Koluszki). Później mając tarcia z Kronenbergiem, któ­ry go nie dopuścił do budowy linii nadwiślańskiej, przeniósł Bloch swoją działalność do Rosji właściwej ówczesnej i porozu­miawszy się z baronami i ziemianami bałtyckimi, wybudował wraz z nimi drogę Libawa-Romny. Następnie zainteresował się Bloch linią kolejową Brześć-Kijów i został prezesem tej drogi żelaznej na podstawie posiadanej większej ilości akcyj. Bloch uzyskał od rządu rosyjskiego kierownictwo całej sieci kolejowej pomiędzy morzem Bałtyckim a Czarnym na przestrzeni 2400 wiorst. Założył on też pierwszą w Polsce fabrykę dykt kolejo­wych obok Klewania.


Jan Bogumił Bloch przeszedł później do bankowości, gdzie również zaskarbił sobie znaczne zasługi. Popierali go ministro­wie Skarbu Wyszniegradzki, a później Witte, którzy jako mło­dzi urzędnicy zetknęli się początkowo z nim w administracji ko­lejowej.


Dla jego znaczenia gospodarczego znamiennym jest, że baron Leopold Julian Kronenberg, syn jego groźnego konkuren­ta, powiada o nim w swych Wspomnieniach „potężny bankier i przemysłowiec” (str. 33).


Rząd rosyjski nie szczędził mu zaszczytów, zamianował go rzeczywistym tajnym radcą i nobilitował go w r. 1883 nada­jąc mu herb Ogończyk Odmienny. Dla czego „Odmienny”? Istnieje też w Polsce wylegitymowana w roku 1843, rodzina szlachecka rdzennie chrześcijańska Blochów herbu Ogończyk. Do tej rodziny należał też w 16 wieku pewien kasztelan oświę­cimski Jan Bloch (Uruski, II, 227). Dla odróżnienia dodano do nazwy herbu neofity Blocha, epitet Odmienny, napotykany zresztą nierzadko w herbarzach polskich, też bez związku z konwertytami ogólnie gdy zachodzi możliwość pomyłki i pomie­szania dwóch rodzin.


Bloch był nie tylko znakomitym praktykiem ekonomicz­nym, posiadał również i rozległą wiedzę teoretyczną na polu ekonomii i wsławił się jako wybitny autor na tej dziedzinie, po­sługując się co prawda całym sztabem uczonych, którzy mu do­starczali surowego materiału, szczegółów, cegiełek, z których on dopiero konstruował syntezy według własnego planu.


W r. 1875 ogłosił Bloch pracę w języku rosyjskim i francu­skim o rosyjskich kolejach żelaznych, za co uzyskał w r. 1877 no­minację na członka naukowego komitetu przy ministerstwie finansów. W r. 1878 wydał Bloch dzieło pięciotomowe w języku polskim, rosyjskim i francuskim p.t. „Wpływ kolei żelaznej na życie gospodarcze Rosji”, za co otrzymał też tego roku złote premium na kongresie geografów w Paryżu.


Dalsza poważna publikacja Blocha równocześnie w języ­ku polskim, rosyjskim, niemieckim i francuskim, to książka o „Finansach Rosji”.



II



Bloch swoją perspektywą sięgał poza rubieże swej ojczy­zny polskiej, czy też imperium rosyjskiego. Jego horyzont obej­mował wszystko co ludzkie. Los rodzaju człowieczego szarpane­go wciąż wojnami nieproduktywnymi go bolał w ostatnich la­tach jego życia. Swoje finanse, swoją wielką wiedzę, swoją niebywałą energię postawił on do dyspozycji pracy na rzecz pow­szechnego pokoju i zainicjował nową erę ruchu pacyfistyczne­go. Polski Słownik Biograficzny Akademii Krakowskiej pisze o jego działalności w tym kierunku „Praca Blocha przez zim­ny, rozumny sposób traktowania zagadnienia pokojowego, za­początkowała nowy okres pacyfizmu w przeciwieństwie do czy­sto ideologicznego pacyfizmu poprzedniego” (II, 25).


Bloch założył sam własnymi funduszami Muzeum Pokoju i Wojny w Lucernie, wykończone dopiero w roku 1910, które zawiera zbiory, obrazy, wojenne, dioramy bitew i wielką salę poświęconą pokojowi. Muzeum Blocha wywarło swego czasu głębokie wrażenie za granicą. Pisali o tym muzeum specjalne pu­blikacje Francuzi (Passyt, Jean de Bloch et la Musée de la Guerre et de la Paix) i Anglicy (Jean de Bloch and the Mu­seum of War and Peace, London 1902).


Największym wyczynem Blocha w interesie pacyfizmu by­ło jego wielkie monumentalne dzieło o „Przyszłej Wojnie”, któ­rego zasadnicze myśli wyłuszczył on już w r. 1893 w „Bibliote­ce Warszawskiej”. Książka ta pięciotomowa ukazała się równo­cześnie w r. 1898 w języku rosyjskim, francuskim, angielskim, niemieckim, a wkrótce też i w polskim języku i stanowiła swego czasu, swoją naukową treścią, swoim materiałem ilustrującym następstwa katastrofalne ewentualnej wojny pomiędzy państwami europejskimi, powszechną sensację w sferach rządowych u ówczesnych władców i mężów stanu.


Bloch starał się wykazać zapomocą różnych obilczeń mili­tarnych, finansowych, aprowizacyjnych i dat statystycznych z życia gospodarczego, że przyszła wojna musi wszędzie w Euro­pie tak u zwyciężonych jak i u zwycięzców, powodować załama­nie aparatu skarbowego, powszechną ruinę, bezwzględną paupe­ryzację, nieuniknione bankructwo państw, narodów i społe­czeństw. Konkluzją, wnioskiem logicznym, tezą szczytową tej żmudnej i obszernej pracy naukowej było, że zmagania zbrojne pomiędzy narodami nie mogą być więcej pojedynkiem pomię­dzy armiami o ranach gojących się szybko, jak to dawniej by­wało, lecz ciężką walną rozprawą, po której pozostaną tylko zgliszcza, nastąpi wszechstronna zagłada ekonomiczna, rozpocznie się okres gwałtownych wstrząsów społecznych. Aby tej za­gładzie zapobiec nie pozostaje nic innego jak proklamowanie wieczystego pokoju przez narody.


Dzieło wspomniane Blocha imponuje swoją wszechstronno­ścią, daje ono obraz przyszłej wojny „pod względem technicz­nym, ekonomicznym i politycznym”. Jeszcze dziś ono w dużej mierze aktualne i olśniewa swoją mocą proroczą. Strona tech­niczna zajmuje trzy całe tomy referujące nam o postępie środ­ków bojowych w nowszych czasach. Dowiadujemy się o prochu bezdymnym i innych środkach wybuchowych, o automatycznych karabinach, o rozwoju historycznym armat, o działach szybko­strzelnych, o nowoczesnej komunikacji, o środkach obserwowania ruchów wojsk z balonów, o możności rzucania dalekonośnych po­cisków z armat, o maszynach do przeniesienia ciężarów na woj­nie, o liczebności armij europejskich, o mobilizacji piechoty, ka­walerii i artylerii i jej zależności od warunków geograficznych i innych, o ruchu wojsk ku koncentracji na teatrze wojny, o kie­rownictwie armii nowoczesnej, o przyszłych bitwach i prze­szłych zwycięstwach, o znaczeniu floty biorącej udział we woj­nie, tak w przeszłości jak obecnie, o środkach napadu i obrony okrętów, o działaniu flot i pojedyńczych statków, o wojnie kor­sarskiej i krążowniczej.


Rozbiór techniki bojowej szesnaście lat przed wojną świato­wą nasunął Blochowi już w drugim tomie, myśl, która niko­mu przedtem nie wpadła, że z uwagi na olbrzymie środki bo­jowe i zaangażowanie całej ludności, mogą przyszłe bitwy zostać stoczone bez stanowcaego rezultatu, i że zatamowanie docho­dów ludności przez długo trwającą wojnę, może powodować wyczerpanie środkow utrzymania ogołu. Społeczeństwo nie będzie w stanie zaspokoić swoich potrzeb, ilość zboża będzie we wielu państwach wojujących nie wystarczającą. Następstwem takiego takiego stanu rzeczy, muszą być światoburcze ruchy so­cjalne, zagrażające bytowi istniejących państw z wewnątrz. Bloch przewidywał, że przyszła wojna nie skończy się jakimś walnym zwycięstwem na polu walki, lecz zostanie przerwaną wskutek braków wewnętrznych: mówiąc innym językiem z po­wodu braków w aprowizacji…


Czwarty tom swego dzieła „Przyszła wojna” poświęcił Bloch przeglądowi trudności ekonomicznych. Zajmuje się on w tym tomie wpływem wojny na powszednie potrzeby ludności, oblicza wydatki na wojny w przeszłości i w przyszłości, kalkulu­je straty, jakie by poniosły gospodarstwa narodowe różnych państw europejskich, roztrząsa zagadnienie zaopatrzenia armii w zapasy żywności i zasoby bojowe.


Piąty tom w pierwszej połowie rzuca ideę rozstrzygania zatargów międzynarodowych drogą pokojową, bez rozlewu krwi przez instancję ustanowioną zgodnie przez wszystkie państwa. Bloch przekształca się nagle w historyka i opowiada o sprawie wiecznego pokoju w dziejach narodów cywilizowanych. Jest to stara tęsknica, którą ludy oświecone powinne wcielić w czyn. Bloch zwraca uwagę panującym na socjalizm i anarchizm i tłumaczy im, że pokój stały i trwały to jedyny wał chroniący przed zalewem rozkładowych sił społecznych. Ku końcowi zastanawia się Bloch nad siłami prącymi do wojny i stwierdza, że nierówno­ mierny wzrost ludności w różnych państwach, brak przestrzeni, jest jednym z głównych powodów wojny i podaje też, że zjed­noczenie Niemiec, spowodowało niebezpieczne ognisko wojenne w środkowej Europie i pociągnęło za sobą różne sojusze groźne dla pokoju.


Bloch nie zadowolił się pięciu tomami dla poważnych ba­daczy. Wydał on jeszcze jeden tom, stanowiący streszczenie onych pięciu tomów, dostępny dla szerszej publiczności czyta­jącej. W języku polskim ukazało się streszczenie w r. 1899, a właściwie dzieło dopiero o rok później, w r. 1900.


Znamienną jest tutaj przedmowa, która w wielu twierdze­niach brzmi dla nas jakby zapowiedź jasnowidza, kataklizmu, który po parunastu latach nastąpił i dotychczas nie dobiegł do kresu. „W społecznym i prywatnym życiu Europy współczesnej… jest przeczucie, że stopniowy wzrost uzbrojeń musi wywołać wojnę, która by była zgubną zarówno dla zwyciężonych, jak też dla zwycięzcy, a może: niebezpieczną dla całego ustroju spo­łecznego”, — Bloch ostrzega warstwy konserwatywne przed poglądem, jakoby ruch skierowany przeciw militaryzmowi, był jednym z objawów dążności do obalenia ustroju społecznego. Przeciwnie! utożsamianie pacyfizmu z jakimś ruchem społecz­nym, może powodować w chwili klęski wojennej, bardzo nie­przyjemne skutki dla obecnego ustroju. — W dalszym ciągu pisze Bloch słowa spiżowe, godne uwagi, które później ukazały się odnośnie do niejednego państwa, jako przewidujące: „Za­stanawiając się nad przyszłą wojną, należy wziąć pod uwagę, że (w przyszłości) przez chrzest ogniowy, będą musiały przejść nie owe dawne wojska najemne, złożone z żołnierzy zawodo­wych, nie weterani z początku i środka naszego (19.) stulecia, lecz całe masy spokojnych obywateli, oderwani od pługa, war­sztatów, taczki, sklepu i biura, aby pełnić służbę wojskową. Wi­doczne jest zatem, że zmienią się również i zasadnicze warunki psychologiczne wojny. Do armii państw zachodnich (sic!) w chwili powołania znacznej liczby zapasowych i rezerwowych w starszym wieku może się przedostać agitacja przeciw-wojenna i wśród żołnierzy mogą się zjawić próby urzeczywistnienia teoryj socjalnych, druzgocących podstawy państwowe”. — „Je­żeli zaś narody wszystkich państw nie wytrzymują ciężarów woj­ny i rządy będą musiały przerwać działania wojenne, to zacho­dzi obawa, czy w państwach zachodniej Europy, uda się zmusić do złożenia broni te miliony żołnierzy, powracających z pola walki, wśród których znajdą się ludzie wyznający zasady socjalistyczne”. Bloch mówił ze względów cenzuralnych wciąż o państwach zachodnich, ale myślał niewątpliwie o losie przyszłym Rosji, w której żył. Los się spełnił po linii przewidywania.


Bloch wyraził przekonanie, że wyjaśnienie wszystkich kwestyj, połączonych z wielką wojną europejską, otrzeźwiłoby opi­nię publiczną i mogłoby poprzeć dążenia pokojowe wszystkich rządów. Stwierdził on, że w tym kierunku, aż do niego, właści­wie niczego nie zdziałano. Autorowie wojenni, jak zresztą przy­stoi specjalistom, uwagę głównie zwracają na warunki technicz­ne, rozpatrują wojnę przyszłą jedynie z punktu osiągnięcia jej celów przez wytępienie armii przeciwnika orężem, zaś tylko mi­mochodem rozważają skutki ekonomiczne i społeczne, tylko jako rzeczy drugorzędne. Z drugiej strony znów ekonomiści ze wzglę­du na trudności zadania nie dali dotąd ani jednej pracy, przedstawiającej dokładny obraz przyszłej wojny.


Bloch ostrzegał przed fałszywą romantyką wojny. „W wy­obraźni ogółu stoi ciągle obraz owych czasów, gdy męstwo bra­ło górę nietylko nad liczniejszym, lecz nawet i nad lepiej uzbro­jonym przeciwnikiem i co najważniejsze, gdy życie wewnętrzne narodu płynęło nieprzerwanym potokiem, choć na granicy toczy­ła się krwawa walka a środki do prowadzenia wojny daleko mniejsze, niż dzisiaj, można było zebrać zapomocą pożyczek”.


Bloch, jako człowiek o szerokim widnokręgu globalnym i bystrym wzroku pokpiwa z tych, którzy „usłyszawszy cośkol­wiek o udoskonaleniach broni, lecz nie poznawszy dokładnie skutków, jakie one sprawiać będą na polu walki, przypuszczają, że wojna nie potrwa długo i dlatego nie doceniają dostatecznie skutków ani wstrząśnięć finansowych i ekonomicznych wywoła­nych przez wojnę, ani moralnego stanu narodu, nawet gdyby tenże nie był wrogo usposobiony do wojny”.


Wołanie Blocha o pokój, właśnie w interesie utrzymania obecnego ustroju społecznego, nie przeszło bez poważnego rezo­nansu. Najbardziej zachowawczy z monarców Europy, car-autokrata podjął wtedy myśl pacyfizmu i Mikołaj II zwrócił się w r. 1899 do narodów Europy z propozycją pokoju stałego i wiecznego. Koła lewicowe zaskoczone tą inicjatywą, zareago­wały na akcję pokojową, wszczętą przez władcę absolutystycznej wówczas Rosji, stanowiskiem chłodnym, niechętnym. Po­krzyżowało to ich plany. W roku owym zwołał monarcha rosyj­ski powszechną konferencję pokojową do Hagi.


Głośna swego czasu apostołka pokoju baronowa Suttner ogłosiło pismo „La these de Jean Bloch”. Do realizacji wniosku, wynikającego z badań wojennych Blocha jednak nie przyszło. Pokój wieczny, dawne marzenie proroków Izraela, idea szczęśli­wości powszechnej lansowana przez mądrego i uczonego Blocha-Żyda, nie zostały wcielone w czyn i w 15 lat później rozgorzała pożoga wojenna, która potwierdziła w całej rozciągłości wszyst­kie jego przewidywania. Dalekowidz z plemienia Judy, aczkol­wiek nie więcej judzkiego wyznania, miał rację. Europa wije się dotychczas w konwulsjach walutowych, eksportowych, autarkicznych i zbrojeniowych i wojny dawno przebrzmiałej nie jest w stanie przetrawić. Czy po tej szkodzie Europa zmądrzała? Wcale a wcale nie.



III.



Bloch miał nie tylko mózg chłodno kalkulującego działa­cza humanitarnego, ale też i serce czułe na nędzę. On, później­szy bojownik naukowy pacyfizmu, wystąpił na zjeździe przedstawicieli rosyjskiego kolejnictwa w r. 1876, jako pierwszy w Ro­sji z tezą, że potrzebne są Ubezpieczalnie dla pracowników ko­lejowych. Dla uzasadnienia tego poglądu wydał on specjalną książkę w języku polskim i rosyjskim o „Kasach Pensyjnych”.


Jan Bogumił Bloch, mimo chrztu uskutecznionego w mło­dym wieku, zawsze interesował się położeniem Żydów w Rosji ówczesnej, pisał memoriały do rządu, reagował na żydożercze wybryki niektórych organów prasy w Warszawie, artykułami, zamieszczonymi w gazetach, okazywał szerokie współczucie dla doli swych byłych współwyznawców, smaganych knutem mos­kiewskim i udzielał im pomocy. Solidaryzowanie się Blocha z Żydami nie wychodziło mu wprawdzie na korzyść. Ale trudno. Był to silny człowiek wielkiego formatu o charakterze ze stali, działający wedle swej naturalnej linii, bez oportunistycznego na­ginania.


Było to w r. 1877. Jan Bogumił Bloch miał szansę zostać rosyjskim ministrem skarbu i w tym celu został zaproszony na audiencję do cara. Bloch w ciągu swego referatu finansowego, który Aleksandra II niezwykle zainteresował, poruszył również kwestię żydowską i tłumaczył dodatnią rolę Żydów w gospodar­stwie krajowym. Na to car nagle wstał i opuścił salę audiencjonalną i zostawił Blocha samego.


Bloch fundował moc pieniędzy na rzecz Komitetu Obrony Żydów, na którego czele stał baron Ginzburg w Petersburgu. Popierał on zamiary tego komitetu, którego zadaniem było udo­wodnić miarodajnym instancjom w stolicy imperium, że Żydzi w życiu ekonomicznym Rosji przedstawiają czynnik dodatni i prześladowania Żydów powodują ujemne skutki dla ogółu lud­ności.


Bloch, posiadając szczególne zainteresowanie dla położenia gospodarczego Żydów specjalnie w Kongresówce, zaangażo­wał znanego pisarza żydowskiego Jicchaka Leibę Pereca, auto­ra głośnych utworów beletrystycznych, do zbierania materiałów statystycznych, tyczących się sytuacji ekonomicznej Żydów na prowincji. Jednak z tej zbiórki statystycznej po małych miastecz­kach, żadnego konkretnego wyniku w znaczeniu politycznym nie było. Biuro zostało wkrótce zamknięte. Jedynym efektem pra­cy Pereca- wojażera statystycznego, były jego obrazki z po­dróży (Rajze-byłder).


Wielkim czynem dla żydostwa polskiego był jego memoriał do rządu carskiego z roku 1886.


Sprawa się tak miała. W roku 1885 został ustanowiony z woli rządu rosyjskiego Komitet dla rozpatrywania sprawy ży­dowskiej w Kongresówce, który miał zadecydować, czy ograni­czenia, dotyczące Żydów, prawem 2 maja 1882 wprowadzone w Cesarstwie, nie należałoby rozciągać też na Żydów, zamiesz­kałych w Królestwie. Rozchodziło się o to, czy też na terytorium etnograficznej Polski, okupowanej przez Rosję, nie miało zostać wzbronione Żydom osiedlanie się na wsi, nabywanie majątków ziemskich, piastowanie urzędów i t. d.


Gdy Bloch zwąchał, co się gotuje, spowodował, jako pre­zes Komitetu giełdowego, podanie na imię generał-gubernatora warszawskiego w przedmiocie dozwolenia temu Komitetowi przedstawienia Komisji, swoich w tej mierze uwag i życzeń. Generał-gubernator dał odpowiedź pozytywną i zaprosił na posie­dzenie Komisji wspomnianej Jana Blocha i Henryka Natansona, którym poruczył wyjaśnienie następującej kwestii: „Udowodnić skutki dodatnie i ujemne prawa z roku 1862, nadające Żydom w Królestwie równouprawnienie”.


Na to zapytanie dał Komitet Giełdowy odpowiedź w spe­cjalnym Memoriale, obszernym, sumiennie opracowanym, boga­tym w cyfry statystyczne, odważnym w tonie, którego promoto­rem i twórcą był Jan Bloch. Memoriał orzeka: „Nadanie Żydom prawa stałego przemieszkiwania w miastach i po wsiach bez żad­nych ograniczeń, a również prawa nabywania na własność nie­ruchomości miejskich i wiejskich, wytworzyło najrdzenniejszą zmianę warunków rozwoju dla przedsiębiorstw handlowych i przemysłowych”. — „Dopiero za zniesieniem wszelkich ogra­niczeń, Żydzi nabyli możność zwiększenia swoich obrotów han­dlowych, oraz zwrócenia znaczniejszych kapitałów na drogę przemysłowej produkcji. Skutkiem czego nastąpił, od roku 1862 niebywały rozwój stosunków handlowych Królestwa zarówno z guberniami z Cesarstwa, jak i z innymi krajami. W Warsza­wie i na prowincji powstały liczne zakłady finansowe, głównie na kapitałach żydowskich lub za pośrednictwem Żydów na tę drogę pociągniętych. Bardziej jeszcze widocznym przedstawia się rozwój przemysłowy kraju od r. 1862. Nietylko bowiem istniejące i wprzód gałęzie przemysłu doznały kolosalnego rozwo­ju, ale co więcej. Powstały liczne a zgoła nowe przedsiębiorstwa przemysłowe”. Memoriał wskazuje na decydujące ratunkowe znaczenie ruchomego kapitału żydowskiego podczas kryzysu ekonomicznego, który wstrząsnął Królestwem w r. 1864. Memoriał przechodzi do zasług Żydów Królestwa na dziedzinie kupiectwa — i tutaj pozycję za pozycją w sposób fachowy i ścisły, bez frazeologii, patosu i roznamiętnienia obrończego, wykazuje, jakie usługi Żydzi świadczą społeczeństwu polskiemu przez han­del zbożem, drzewem, spirytusem, papierem, cukrem i t. d. Me­moriał też podkreśla korzyści, jakie uzyskuje wieś polska od pachciarzy żydowskich, podnosi też znaczenie Żydów w sadow­nictwie, ponadto też ku końcowi gani on tych, którzy nierozum­nie potępiają faktorstwo żydowskie, zwracając na to słusznie uwagę, że wszędzie, na całym świecie, istnieje instytucja pośred­ników, bez względu na to, czy to są Żydzi, czy inni.


Memoriał dopiął swego celu. Władze w Petersburgu uzna­ły słuszność wywodów i pomysł ukrócenia praw Żydów w Kró­lestwie powędrował do lamusa, został zarzucony.


O tym memoriale w jakiś sposób dowiedziała się redakcja czasopisma „Niwa” i przedrukowała z niego niektóre obszer­niejsze wyimki (tom XXIX, str. 827—835) wraz z komenta­rzem własnym pełnym niepohamowanego gniewu. „Niwa” wprawdzie zasadniczo sprzeciwia się ograniczeniom praw Ży­dów. „My (Polacy) musimy być prawom wyjątkowym prze­ciwni, tym bardziej dziś, kiedy cała germańska zaciętość prze­ciw żywiołowi polskiemu w Prusach tymi prawami walczy”, jednak mimo to, jeśli Żydzi chcą się bronić, zasługują oni według „Niwy” na potępienie. „Niwa” zarzuca memoriałowi, że nie wychodzi na chwilę „z zaczarowanego koła giełdowo-liberalnej frazeologii”. — „Nie możemy się oprzeć wrażeniu istotnego niesmaku, w jaki nas wprowadza jego zdumiewająca pycha i lek­komyślna chełpliwość”. „Niwa” przeczy, jakoby Żydzi posiadaIi jakieś poważniejsze zasługi około kraju. We finansach przypi­suje im znaczenie drugorzędne, a jeszcze dalsze w przemyśle. Wedle „Niwy” memoriał Komitetu giełdowego zawiera „nieza­służoną apologię Żydów, uwydatnioną na czarnym tle rdzenne­go tutejszego żywiołu”. Czarne tło „Niwa“ sama z własnej fan­tazji przypięła. Jak można potępić kogoś, który w obronie, na widok grożącego mu niebezpieczeństwa wylicza swe zasługi i osądzić go, że popełnia akt niesmacznej chełpliwości. Ciekawe jest, że „Niwa” chcąca umniejszyć zasługi Żydów około kraju na dziedzinie finansów, przeciwstawia ich aktywności, jako pozy­tywną działalność finansową chrześcijan, wyczyny Kronenberga dla kraju, który przecież też był neofitą.


W kilkanaście lat później, w interesie Żydów, jednak nie tylko Królestwa, ale całego obszaru władztwa cara, wydał Bloch w roku 1901 książkę p. t. „Porównanie dobrobytu materialne­go i moralnego w guberniach zachodnich, w Wielkorosji i Kongresówce”. W tej pracy on, neofita, wskazał, jak należy się przeciwstawić złośliwym plotkom żydożerców, jakoby Żydzi przedstawiali element ujemny, pasożytniczy. Bloch na podstawie obliczeń statystycznych, wykazał tutaj dowodnie, że położenie ludności chrześcijańskiej na całym obszarze Rosji, jest lepszym materialnie i wyższym moralnie, akuratnie na tych terytoriach, gdzie Żydom wolno mieszkać, aniżeli tam, gdzie ich nie­ ma, to znaczy pomyślniej dla Nieżydów w rejonie osiedlenia, ani­żeli poza rejonem. Nie mniej jak 350 kart i 140 tabel statystycz­nych popiera tę tezę (por. E. N. Frenk, Myszumudym yn Pojłn, II, 61—68).


Bloch miał zrozumienie i dla kultury mas żydowskich. In­teresując się położeniem Żydów, zauważył Bloch, że istniejąca literatura hebrajska dostępną jest tylko dla małej części społe­czeństwa żydowskiego, a większość Żydów jest pozbawioną możności kształcenia się we własnym języku, rozszerzenia swe­go widnokręgu, nabywania jakiejś wiedzy. Wówczas, w ostat­nich dziesięcioleciach 19 wieku w języku jidysz nie było niczego prócz powiastek ludowych i trochę poezji. Ani śladu pokarmu duchowego. Bloch postanowił pomóc masom żydowskim i w tym kierunku i im udostępnić przypływ świeżego powietrza z Europy. Wyasygnował tedy potrzebne fundusze na utworzenie „Bibliote­ki żydowskiej”, na której czele stanął Perec. Poza piękną lite­raturą, zostały ogłoszone w tej „Bibliotece żydowskiej”, z której trzy tomy się ukazały, różne artykuły z zakresu higieny, me­dycyny popularnej, rękodzielnictwa, sztuki i t. d.


Bloch dawał za życie pieniądze na cele charytatywne ży­dowskie, n.p. w r. 1874 na Dom Schronienia 700 rubli (Nusbaum, Szkice Historyczne z życia Żydów w Warszawie). Zostawił też legat na rzecz kahału w Warszawie. Bloch chciał Ży­dom w Lęcznie wystawić nową synagogę, zamiast ich starej, wa­lącej się bóżnicy, ale Żydzi tam odmówili przyjęcia daru z rąk renegata.


Jan Bogumił Bloch przez całe życie czuł się wiernym sy­nem narodu starego. Swego kroku nierozważnego młodych lat później żałował. Oświadczył raz, znanemu pisarzowi Nahumowi Sokołowowi, że gdyby nie przeszkody ustawowe — ustawa ro­syjska na to nie pozwalała — wróciłby chętnie na łono judaizmu. Targały nim wyrzuty sumienia. Opowiadają, że Bloch jeśli za­uważył w miasteczku Łęcznie, gdzie w pobliżu miał majątek, Ży­da palącego w sobotę, walił go laską. Już jako starzec.


Wyznanie zmienił też starszy brat Blocha Ferdynand. Wiernym judaizmowi pozostał młodszy brat Blocha, Fabian. Gdy i ten, już w poważniejszym wieku chciał porzucić religię ojców, przeciwstawił się zamiarowi odstępstwa Jan Bogumił Bloch, grożąc bratu że zerwie z nim w takim razie wszelkie sto­sunki. Rzecz dziwna, że o tym Fabianie, którego wzmiankuje Frenk, nie umieścił wcale Reychman w swych „Szkicach Ge­nealogicznych”. Czy rozchodzi się może o celowe przemilcza­nie ze strony rodziny?


Jan Bogumił Bloch był żonaty z neofitką Emilią, córką radcy stanu Dra Henryka Kronenberga.


Syn Blocha, Henryk Jan, urodzony w r. 1858 jest właści­cielem majątku ziemskiego, Łęczno, właścicielem stajni wyści­gowej, przemysłowcem. Zaślubił on hrabiankę Izabellę Wodziń­ską.


Córki Jana Bogumiła Blocha powychodziły za arystokra­tów polskich o brzemieniu historycznym, oraz też za wybitnych pisarzy czy uczonych. (Maria Katarzyna za Józefa Kościelskiego, Aleksandra Emilia za barona Józefa Weyssenhofa, Emilia za Ksawerego Hołyńskiego, Janina Maria za Kazimierza Kostaneckiego). (zobacz poszczególne artykuły).



ANDRZEJ BOLESKI


Andrzej Boleski, dawniej Baumfeld, syn wybitnego adwo­kata i prezesa gminy żydowskiej w Przemyślu, urodził się w tymże mieście nad Sanem, w roku 1877. Boleski ukończył dwa fakultety, medycynę i filozofię, poczym poświęcił się litera­turze. Objawia on wielkie zainteresowanie dla motywów religij­nych (Sam na sam), lubi tematy chrześcijańskie (Ewangielia Syna Bożego, 1906, Na górze Przemienienia, 1913), co zresztą u neofitów jest nierzadkim zjawiskiem. Żarliwość ma być świa­domym, czy bezwiednym okupem, daniną za przeszłość inno­wierczą. Ponadto tak samo jak niektórzy nowi chrześcijanie za czasów wielkiej emigracji polskiej z r. 1832, ma i Boleski słabość do mesjanizmu Towiańskiego. Wszak w tegoż światopoglądzie i wierzeniach znajduje się moc pierwiastków pochodzenia żydow­skiego, które autor „Biesiady” przejął od swego środowiska małomiasteczkowego mojżeszowego wyznania. Boleski ogłosił na temat Towianizmu kilka prac (Towiański, 1900, Polska myśl mesjanistyczna, 1901, Andrzej Towiański i Towianizm, 1908). Boleski opracował też niektórych autorów dla użytku młodzieży. Od roku 1919 jest Boleski profesorem historii literatury na Wol­nej Wszechnicy Polskiej i wykłada też literaturę współczesną od r. 1928 w Wyższej Szkole Dziennikarskiej w Warszawie.


W kwestii żydowskiej zabrał głos Boleski w r. 1912 (Spra­wa polska a Żydzi), pozatym nie okazuje żadnego publicznego zainteresowania dla ludu z którego pochodzi.



IZABELLA HRABINA BREZA I JEJ CÓRKA



Hrabia Adam Breza (ur. w r. 1850), syn Włodzimierza, wnuk Stanisława, posła na sejm czteroletni, ministra stanu księ­stwa warszawskiego, właściciel dóbr Świątkowo w Poznańskim, zaślubił dnia 23 czerwca 1883 w Warszawie Izabellę z Goldstandów, córkę Aleksandra, bankiera warszawskiego i Marii z Gutmanów. Córka z tego małżeństwa hrabianka Aleksandra ur. w r. 1884 w Warszawie zaślubiła w r. 1901 neofitę adwo­kata przysięgłego Eugeniusza Epsteina w Petersburgu (Borkow­ski, Almanach Błękitny str. 261). Wspomniany hrabia Adam Breza, prócz tytułu posiadał i ambicje literackie. Współpraco­wał on pod pseudonimem Goraj w Kurierze Warszawskim i Co­dziennym.



BRUNEROWIE



Protoplasta tej rodziny Nahum Salomon Brüner (1766-1856) był właścicielem wielkiego domu handlowego w Warsza­wie. Synowie jego zmienili nazwisko Brüner na Bruner i oddalili się od żydostwa. Izydor Aleksander syn Nahuma Salomona przeszedł na wyznanie rzymsko-katolickie w roku 1859 (Jeske-Choiński str. 124). Edward Dawid Bruner (1812-1893) był doktorem medycyny w szpitalu św. Ducha w Koninie, a później w Warszawie.


Synem Edwarda Dawida był Ludwig Bruner (ur. w r. 1871 — zm. w r. 1913) profesor chemii na uniwersytecie kra­kowskim, autor szeregu prac fachowych z dziedziny chemii fizy­kalnej, wydał razem z Tollączką znany swego czasu podręcznik chemii. Ludwik Bruner był czynnym pod pseudonimem Jan Sień też jako krytyk (Dusze Współczesne, 1902, Pisarze polscy, 1903, Szkice krytyczne, 1906, O Wyspiańskim, 1909) oraz też jako autor samodzielnych wierszy i nowel.


Jego impresje krytyczne odznaczające się subtelnością, ujęte w formę zwięzłą, lapidarną, wskazują na umysł przyzwy­czajony do precyzji nauk ścisłych, na jednostkę o szerokim syn­tetycznym zakroju, która spaja wysoką wrażliwość estetyczną, wrodzoną zdolność apercepowania drgnień duszy artystycznej w jej głębinach, z rzeczową psychologiczno-fachową przenikli­wością. Jeszcze dziś ciekawą jest jego rewia ośmnastu pisarzy polskich (Żeromski, Reymont, Or-Ot, Niemojewski i t.d.) w książce już zwyż wspomnianej „Pisarze polscy”. Najlepiej wypada tutaj głęboko odczuta sylwetka Feldmana, którego tra­gedię żydowską, osamotnienie, rozczarowania, niezrozumienie go przez ogół polski scharakteryzował Bruner po mistrzowsku. Ode­zwała się w nim, neoficie już drugiego pokolenia struna pokrewna. Niewątpliwie kreśląc psyche Feldmana i jego Golgotę życiową, zobrazował w wielu rysach odbicie własnego losu, opisał ból, zmagania, katusze mutandis mutandis własnego ja.


Bratankiem Ludwika Brunera jest urodzony w r. 1885 lek. Edward Bruner, kierownik pracowni rentgenologicznej Szpitala św. Łazarza w Warszawie, oraz też redaktor Pamiętnika Kli­nicznego tegoż Szpitala (Reychman str. 38).



BARONOWIE BRUNICCY



Protoplastą rodziny baronów Brunickich mających swoją siedzibę od pierwszych dziesięcioleci 19 wieku w powiecie zaleszczyckim we wschodniej Małopolsce, — był Ignacy Brunstein, Żyd pochodzący ze starodawnej rodziny uczonych rabinów. Teść jego, Samuel Falkenfeld był rabinem w Poznaniu, poprzed­nikiem R. Akiby Eigera, uczonym wybitnym, autorem dzieła naukowego z zakresu rytualizmu rabinicznego ,,Beth-Szemuel

ha-Achron“.


Ignacy Brunstein ochrzcił się ze względów materialnych. Jako Żyd nie mógł on w Austrii w okresie przedkonstytucyjnym zakupić pod swoim nazwiskiem, nadarzającego mu się majątku ziemskiego. Rozchodziło się o nielada gratkę, o kompleks dóbr w ówczesnym cyrkule zaleszczyckim, stanowiący własność wschodnio-galicyjskiego funduszu religijnego. Był to majątek należący do najpiękniejszych i najlepiej zagospodarowanych dóbr państwo­wych w zaborze austriackim. Trwało jakiś czas, nim układ kupna tego majątku doszedł do skutku, albowiem cesarz Franciszek austriacki kazał zerwać umowę, gdyż cena zaofiarowana nie przekraczała wartości tych dóbr (Jan Leszczyński, Rządy rosyjskie w kraju tarnopolskim, str. 56, Monografie z zakresu dziejów nowożytnych, tom III).


Od r. 1809 do r. 1815 panowali Rosjanie na tym odcinku Wschodniej Małopolski. Wkrótce widzimy Brunsteina właścicie­lem klucza zaleszczyckiego. Brunstein zmienił wyznanie. Stał się rzymskim katolikiem. Nazwisko Brunstein przeobraziło się w Brunicki. Wszystko tedy było teraz w porządku. Dalsza kar­iera ziemiańska z wszystkimi honorami stała otworem. Ignacy Brunicki wraz z bratankiem Hermanem uzyskali osobistą baronię bawarską dnia 21 stycznia 1815. Rząd austriacki zatwierdził ten tytuł szlachecki wyższej kategorii dnia 12/II 1818 i przeniósł też aktem z dnia 2 czerwca 1829 ten tytuł na synów Leona Antoniego i Konstantyna. W pinkasie gminy żydowskiej w Zale­szczykach jest wzmianka, że przy sposobności zakupu klucza zaleszczyckiego przyjął chrzest Izak Brunstein wraz z synem Pinkasem i wnukiem Leonem.


Polityka oportunistyczna Brunickiego napotkała na trud­ności ze strony żony, córki rabina, która odmówiła przyjęcia chrztu wraz z mężem. Z nią pozostały przy żydostwie i dwie córki. Grób pierwszej baronowej Brunickiej o imieniu Rachela z odpowiednim napisem znajduje się dotychczas na cmentarzu ży­dowskim w Zaleszczykach. (25 Elul 5580 czyli 1820). Wedle tradycji Rachela Brunicka separowana od męża, otrzymywała dukata dziennie.


Tradycja ustna lokalna wśród Żydów galicyjskich twierdzi, że Ignacy Brunstein początkowo uważał chrzest za for­malność zewnętrzną i w głębi serca zamyślał w pierwszej chwili pozostać nadal Żydem i wykonywać wszelkie praktyki przepi­sane, rozchodziło się mu przecież tylko o uzyskanie prawa naby­cia dóbr ziemskich, — jednak z biegiem czasu, dzięki wpływowi otoczenia w którym się znalazł i szkoły do której uczęszczały jego dzieci, uległ i stał się rzeczywistym chrześcijaninem i skoligacił się z arystokracją polską.


Młodzi Bruniccy szybko się zaklimatyzowali we sferach arystokracji polskiej i poślubili córki najpoważniejszych magna­tów polskich.


Do rodziny Brunickich weszła w r. 1841 przez małżeństwo Maria hrabianka Drohojowska, około r. 1870 Jadwiga Zagór­ska, w r. 1884 Maria hrabianka Fredro, około r. 1856 Helena hrabianka Korwin-Szymanowska, w r. 1881 Maria hrabianka Wallis, żona Adolfa Brunickiego, w r. 1890 Iwa baronówna Romaszkan (Biliński, Wspomnienia I 12, Semigotha str. 245). Powyżej wspomniana Maria hr. Fredro (ur. 14/III 1852) żona Seweryna Brunickiego była córką Henryka hr. Fredro (ur. w r. 1799) brata znanego komediopisarza Aleksandra hr. Fredry, druga siostra Kazimiera wyszła za Witolda hr. Dunin-Borkowskiego, znanego autora dramatycznego (Boniecki, V, 322).


Córki z domu Brunickich powychodziły również za różnych arystokratów polskich, o czym jeszcze będzie na różnych miej­scach tego Słownika mowa.




FRANCISZKÓWA BUJAKOWA



Franciszek Bujak, profesor uniwersytetu lwowskiego, historyk-społecznik, autor różnych prac naukowych (O średniowiecz­nych mapach żeglarskich, Studia nad osadnictwem polskim, Ga­licja i t.d.) zażarty wróg nacjonalizmu żydowskiego, ale zwo­lennik gruntownej asymilacji, miał za żonę Ewę Kramsztyk z Warszawy. Mąż jej w swej książce p.t. „Galicja” jest za zla­niem się Żydów z Polakami, w czym widzi zjawisko dodatnie — zapewne na podstawie doświadczenia osobistego.



BRZEZIŃSCY



Jeden z adeptów Jakuba Franka, który w r. 1759 przeszedł na chrześcijństwo nazywał się Franciszek Kalikst Brzeziński (Kraushar, I, 339).


Jakub Frank miał też sekretarza Lajzera, który po chrzcie nazwał się Feliks Brzeziński (por. adnotację dopisaną, na pod­stawie rękopisu Juliusza Brinckena, na egzemplarzu Biblioteki Warszawskiej (III, 337 r. 1884) znajdującym się w Bibliotece Ordynacji Zamojskich w Warszawie).


Brzezińskich widzimy dwie gałęzie, jedną osiadłą w Małopolsce, która uzyskała w r. 1847 szlachectwo austriackie i osiadła w majątku Skrzymno-Dunin tamże (Semigotha str. 526), a dru­gą ruchliwszą, czynną w Warszawie.


Wnukiem pierwszego adherenta Franka przemianowanego na Brzezińskiego był w stolicy nadwiślańskiej Jan Brzeziński, po­wstaniec z r. 1831, dyrektor browaru na Solcu, którego podpale­nie było hasłem do wybuchu powstania listopadowego.


Synem Jana Brzezińskiego był Andrzej Brzeziński (1823-1891), adwokat z zawodu, głośny swego czasu obrońca „uta­lentowany i wymowny”. Cechowała go, wedle świadectwa współczesnego znawcy stosunków klasyczna powaga. „Bez uśmiechu, bez odcienia najlżejszej frazy, z powagą rzymskiego oratora, stawał Andrzej Brzeziński przed sądem i dosadną ar­gumentacją, głębokimi wywodami walczył niezachwianie z po­glądami przeciwnika” — „Sława jego nazwiska była tak wiel­ką, że nawet dla tych, którzy go osobiście nie znali, dostatecznym było przytoczyć podczas rozbioru jakiejś kwestii prawnej, opinię Andrzeja Brzezińskiego,” aby przekonać kogoś (Kraushar, Pa­lestra Warszawska, str. 93), Leopold Julian Kronenberg w swych wspomnieniach wzmiankuje Brzezińskiego Andrzeja jako jednego z najwybitniejszych adwokatów swego czasu (Str. 49).


Pracować w kancelarii Andrzeja Brzezińskiego, było swe­go czasu, dla aplikanta największym zaszczytem. Na pochwałę podaje Tygodnik Ilustrowany jeszcze w r. 1916 (str. 118) w nekrologu Rotwanda, że był uczniem Andrzeja Brzezińskiego i Edwarda Grabowskiego najznakomitszych za czasów aplikantury tegoż, mecenasów około r. 1860.


Andrzej Brzeziński należał do składu Komitetów regulu­jących w latach 1861/62 projekty nowych praw, roztrząsanych za Wielopolskiego. Zasiadał on też w Radzie zarządzającej ko­lei Terespolskiej.


Był on gorącym patriotą; kiedy po upadku powstania stycz­niowego wprowadzono w Polsce język rosyjski do sądownictwa, wycofał się Andrzej Brzeziński z stawiennictwa przed kratkami, choć język Moskwy znał doskonale.


Siostra Andrzeja, Teresa Brzezińska, przełożona pensji sióstr Brzezińskich, hołdowała żarliwej religijności. Napisała wraz z Ojcem Prokopem (Leszczyńskim), kapucynem, „Żywoty Świętych”, które się ukazały nakładem neofity Maurycego Orgel­branda. W pensji Brzezińskich, wychowywały się całe pokole­nia patriotów polskich, w okresie ucisku rosyjskiego.


Z dalszych sióstr Andrzeja Brzezińskiego, Julia wyszła za frankistę Orłowskiego, znanego kolekcjonera antyków polskich, Leokadia poślubiła wybitnego rzeźbiarza Jakuba Tatarkiewicza (1795-1854), współwłaściciela powyżej wspomnianej pensji, który był on uczniem Thorwaldsena; głównie jego dzieło to Chrystus w ciernistej koronie.


Syn Andrzeja Brzezińskiego, Jan Brzeziński, asystent pro­fesora neurologii słynnego Charcota w Paryżu, był ordynatorem chorób nerwowych w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie. Umarł w r. 1913. Współcześni o nim się wyrażają „niezwykle uzdolniony, oprócz swego zawodu, pielęgnował kulturę literac­ką” (Kraushar, Palestra str. 95).


Bratem stryjecznym Andrzeja Brzezińskiego, synem Fran­ciszka Brzezińskiego, był Kazimierz Brzeziński (1824-1875), również chluba warszawskiej adwokatury swego czasu. „Był to mówca z Bożej łaski, któdy już przez swoją fizjonomię zyskiwał ludzi”. „Będzie to festyn nielada, gdyż właśnie z uprzejmym ukłonem i uśmiechem na pysznym symptomatycznym owalu, staje przed kratą mecenas Kazimierz Brzeziński” — Gdy przema­wiał „zdaje ci się, że jakiś śpiewny tenor zawodzi sympatyczne trele, że z owej cudnej modulacji głosu płynącego nieprzerwanie według taktu doskonałego kapelmistrza wywinie się za niedługo pyszna symfonia oratorskiej sztuki” pisze Kraushar ib. str. 89). „Wymowa jego była porywająca, był jednym z pierwszych obrońców Warszawy”. Niektóre swe obrony wydał drukiem (Kłosy XXV, 44).


Pamięć tego mistrza obrony zostało uwiecznione na jednej ze ścian kościoła OO. Kapucynów przy ulicy Miodowej. Znaj­duje się tam marmurowa tablica, na której widnieje płaskorzeźba przekazująca potomności rysy Kazimierza Brzezińskiego oraz nazwiska jego najbliższych przyjaciół.


Syn Kazimierza, Franciszek Brzeziński jest również adwo­katem, wybił się też jako muzyk i krytyk. Był też konsulem w odrodzonej Rzeczypospolitej.


Stanisław Brzeziński, syn Franciszka, jest inżynierem z za­wodu. Piastował, czy też piastuje różne stanowiska w społeczeń­stwie. Był kiedyś prezesem „Welecji”, jest pozatym od lat trzy­nastu prezesem Towarzystwa „Zachęty Sztuk Pięknych” i też viceprezesem „Stowarzyszenia Techników” w Warszawie.



BUCHBINDEROWIE




Józej Buchbinder



Z pośród neofitów rekrutowali się nieraz i specyficznie chrześcijańscy malarze religijni i to niekiedy bardzo uzdolnieni. Jest to zjawisko napotykane w różnych krajach u przechrztów. W Niemczech n. p. uzyskał swego czasu rozgłos jako malarz ma­lowideł ołtarzowych i przeróżnych Madonn, wnuk filozofa Mojżesza Mendelsohna, Filip Veit (1793-1877). W Polsce drugiej połowy 19 stulecia był takim przedstawicielem katolickiego malarstwa religijnego, człowiek z pokolenia Judy, Józef Buchbinder.


Józef Buchbinder (ur. 17/XII 1839) oddziedziczył swój talent malarski po ojcu, który żył również z pendzla i reprezentował muzy w miejscu swego zamieszkania. W Radzy­niu i całej okolicy tego miasteczka, malował wnętrza dworów, oprawiał i sam malował obrazy mieszkaniowe.


Józef Buchbinder już jako dziecko zwrócił na siebie, swoimi malowidłami uwagę kanonika Wincentego Aleksandrowicza re­gensa Seminarium w Janowie, oraz panów Zembrzuskich, oby­watela Jana i pułkownika Michała.


Z uwagi na to, że w międzyczasie ojciec podupadł i młody Buchbinder musiał sam zarobkować, a to przez mechaniczne ko­piowanie sztychów, drzeworytów, litografij, w jego mózgu za­częła kiełkować myśl konieczności wydobycia się z biedy swej na wierzch, za pomocą orędowników-katolików ku lepszej przy­szłości. Buchbinder udał się tedy do klasztoru OO. Bernardynów w Łukowie, stamtąd wyjechał za pomocą swych protektorów, kanonika i obywateli ziemskich wspomnianych zwyż, w r. 1857 do Warszawy i wstąpił do Szkoły Sztuk Pięknych, gdzie nale­żał już do ostatniego pokolenia przed likwidacją tejże instytucji.


Nim wstąpił do szkoły malarskiej zmienił swoją religię, przyszły ten artysta. W r. 1857 przeszedł Józef Buchbinder pu­pil zakonników i księży na wyznanie rzymsko-katolickie. Za­chował się dotychczas dokument jego chrztu z dnia 9 stycznia 1857. „Stawił się starozakonny Józef Buchbinder, uczeń sztuki malarskiej, lat 20 mający, obecnie w Mordach zamieszkały, oświadczając, że dobrowolnie i t.d. pragnie przyjąć sakrament chrztu i t.d., zeznaje przytym, że jest urodzonym w mieście Ra­dzyniu ze starozakonnych Heli Buchbinder i Rajzli obojga za­mieszkałych małżonków”. Jako świadkowie figurują na tym dokumencie ksiądz Nikodem Małachowski i obywatel ziemski Michał Zembrzuski protektor oddawna.


W archiwum Min. Oświec. Publicz. przechowało się po­danie Józefa Buchbindera z dnia 19/I 1857 o przyjęcie go do Szkoły Sztuk pięknych, które rozpoczyna się od słów „Przeszedłszy z judaizmu na wiarę chrześcijańską, poświęciłem się pierwiastkowo przy malarzach pokojowych i t.d.“ (por. „Wia­domości Literackie** z dnia 23 maja 1937).


Jako uczeń malarski w Warszawie mieszkał Buchbinder u Kapucynów na Miodowej. Po ukończeniu szkoły malarskiej wyjechał Buchbinder na dalsze studia do Monachium i Rzymu. W Rzymie nabrał on specjalnego zainteresowania dla sztuki re­ligijnej i tutaj powstają podwaliny przyszłej wiedzy ikonograficznej tegoż artysty. Zagłębił się on w ikonografię całą swą du­szą. I stał się wnet cud metamorfozy u niego. Neofita ten, pochodzący z kręgu religijnego, gdzie styczność obrazu z wła­ściwą religią budzi największy horror, wnet celował w ikonografii „że mu nikt w Polsce (in puncto wiedzy ikonograficznej) nie do­równywał, — miłość bowiem jaką czuł dla przedmiotu, skłaniała go do studiów mozolnych i głębokich. Późniejszy arcybiskup Sembratowicz, uczył go dużo zasad ikonografiki katolickiej” (Antoni Gawiński, Józef Buchbinder, Polski malarz religijny na zasadzie źródeł zebranych przez Mariana Wawrzenieckiego członka komisji do badań nad historią sztuki w Polsce przy Aka­demii Umiejętności w Krakowie, Warszawa-1910, str. 42).


Ale nietylko religijnie odpowiadał swemu zadaniu Buch­binder, ale też i narodowo nie budził zastrzeżeń, zyskiwał po­wszechne uznanie. Jego polskość była nienaganną już w chwili wyjazdu zagranicą, Gawiński kreśli Buchbindera na płaszczyźnie emigracji męczeńskiej w Rzymie po r. 1862 i zauważa przytym: „Wyobraźmy sobie śród tego otoczenia, na tle Forum Romanum, Watykanu i Katakomb, duszę młodą, wrażliwą, pełną zapału i miłości — duszę artysty młodzieńca wychowanego niemal w ce­li klasztornej, śród szmeru modlitw i organowych melodyj. Trudno wyobrazić sobie lepszy materiał na późniejszego mistrza sztuki malarskiej w Polsce” (str. 38).


Józef Buchbinder wykrystalizował się na poważnego pol­skiego malarza religijnego, jedynego w swojej skali po śmierci Hadziewicza.


Żywoty świętych były dlań niewyczerpaną skarbnicą. Jed­ne i te same motywy umiał transponować jużto przez gotyk, jużto przez sztukę romańską, a nawet przez barok. Był on rysowni­kiem dobrym i dobrym malarzem technikiem, choć słabym kom­pozytorem i wykonywał prawie wyłącznie kościelne obrazy (Wielka Encyklopedia Ilustrowana, IX, 627). Malował on Wniebowzięcie N. P. Marii, świętego Franciszka z Asyżu, świę­tego Franciszka Salezego, świętą Jadwigę błogosławiącą Hen­ryka II Pobożnego na wojnę z Tatarami, świętego Stanisława, Wszystkich Świętych, świętego Tomasza z Akwina, świętego Józefa i Jezusa, Ustanowienie Szkapulerza i Różańca i t.d.


W malarstwie religijnym Polski Buchbinder się uwiecznił.


Wypełnił ołtarze kościołów polskich, tworami swych spra­cowanych rąk artysty, swego ducha i swej szlachetnej myśli” — „Być może, że malarstwo religijne jeszcze u nas zabłyśnie” pisze w swej monografii o Buchbinderze Gawiński, — „ale w osobie Józefa Buchbindera, zamknęła się jego pewna, całkowita, zna­mienna karta” (str. 112). „Buchbinder zapewnił sobie pamięć wieczną, nie tylko przez czysty i podniosły charakter swych dzieł, ale i przez ich niezmożoną od czasu technikę i nie miał równego w Polsce, pod względem całkowitej, przebogatej tradycji sekre­tów technicznych, zapewniających trwałość danego dzieła. W przekonaniu odpowiednich ingrediencyj był niedoścignio­nym. Tradycja tych koniecznych dla artysty wiadomości, oraz tajemnica trwałości dzieła, znikła na zawsze z nim razem” ( str. 79).


Józef Buchbinder udzielał się też w prasie, a to jako kiero­wnik artystyczny ówczesnego tygodnika „Kłosy”. Później od r. 1879 aż do r. 1885 był on kierownikiem artystycznym Tygod­nika Ilustrowanego.


Józef Buchbinder trzymał się przez całe życie zdala od Żydów i żydostwa. Byli mu oni w zupełności obcy i obojętni, też nie okazywał żadnych zadrażnień w stosunku do nich. Był za­nadto zasymilowany w środowisku klasztornym, aby miał potrze­bę kompensować swe pochodzenie przez nienawiść do pnia z któ­rego wyszedł. Żydzi poprostu nie istnieli dla niego. W produk­tach jego pendzla nie znać motywów starozakonnych — chyba jako wyjątek stwierdzający regułę, uzasadniony zresztą w ma­terii nowozakonnej, może służyć obraz przedstawiający Pannę Marię, na którym widać tablice dekalogu umieszczone nad skrzy­nią (arką) z heksogramem (sześciokątną gwiazdą Dawida) jak to widzimy w reprodukcji odbitej w monografii Galewskiego (str. 61). (Zob. Wojciech Wasiutyński).



Szymon Buchbinder



Gawiński w swej monografii wspomina o bracie Józefa Buchbindera, Szymonie (str. 53). Ilustrowana Encyklopedia po­wszechna również czyni wzmiankę o Szymonie Buchbinderze jako bracie Józefa. Tenże urodził się w r. 1856 również w Ra­dzyniu, wyjechał w 20 roku życia za granicę do Wiednia; stamtąd wnet przeniósł się do Krakowa, gdzie studiował pod kierownictwem Matejki; do Monachium się przesiedlił on w r. 1883 i tu wyspecjalizował się w obrazkach kostiumowych ma­łego formatu, odznaczających się subtelnością techniki i minia­turowym wykończeniem. W kraju wystawiał niektóre tylko pra­ce, jak Zygmunta III przy złotniczym warsztacie i studium głów. Zagranicą uzyskały reputację dobrą jego: Błazen, Gracze w kar­ty, Trudne miejsce, Piła (Grübler) i t.d.


Szymon Buchbinder w przeciwieństwie do swego brata nie znajdował się w okresie dojrzewania w atmosferze klasztornej. Uczył go świecki człowiek, malarz Stanisław Heyman. Jego łą­czność z żydostwem była zawsze żywa. Otoczenie wiedziało o tym dokładnie. Wspomina o jego pochodzeniu żydowskim nie­miecki Leksykon Meyera, piąte wydanie, III, 605, Jüdisches Lexikon (s.v.) i t.d.



BUCHNEROWIE



Abraham Buchner (ur. w r. 1789) przybył z Krakowa do Warszawy sprowadzony przez „oświeconego” Żyda Józefa Janasza, gdzieś około r. 1820, jako nauczyciel hebrajskiego, nie­mieckiego i francuskiego dla jego dzieci.


Gdy w roku 1825 powstała w Warszawie tzw. szkoła ra­binów, instytucja wychowawcza dla młodzieży postępowej, z której szkoły, z wyjątkiem jednego kaznodziei niewłaściwego, nigdy żaden rabin nie wyszedł, uzyskał w niej Abraham Buchner dzięki wpływom swego orędownika Janasza, stanowisko nauczy­ciela języka hebrajskiego i wykładowcy biblii z pensją 2,000 zł., jako jeden z czterech głównych nauczycieli (prócz niego było trzech równorzędnych wykładowców dla talmudu, polskiego i matematyki, pozatym dwóch adjunktów dla talmudu i po jed­nym metrze dla języka francuskiego i angielskiego).


Abraham Buchner posiadał kwalifikacje naukowe do swego zawodu. Znał język hebrajski dostatecznie. Ogłosił słownik hebrajsko-niemiecki z dodatkiem gramatycznym (Ocar laszon ibrith) w r. 1830. Orientował się też dostatecznie w tradycji te­ologicznej żydostwa, aczkolwiek to do jego ścisłego działu nie należało.


Abraham Buchner jako nauczyciel w szkole żydowskiej naigrawał się w obecności uczniów ze wszystkich świętości ży­dowskich, nie przestrzegał w życiu prywatnym przepisów rytuału żydowskiego, co onego czasu dużo zgorszenia wywoływało. Ży­dzi starali się u władz o usunięcie go, ale daremnie. Dozór syna­gogi był bezsilnym.


Jako pisarz wykazywał Buchner bardzo długo życzliwe, nawet apologetyczne nastawienie wobec tradycyjnego judaizmu. Ogłosił w r. 1825 katechizm religii żydowskiej p.t. Doresz Tob, w r. 1836 Podręcznik religii żydowskiej w formie dialogowej p.t. Jesode ha-dath, w r. 1838 objaśnienie sensu przepisów rytualistycznych judaizmu wedle Maimonidesa. W r. 1842 wydał Buchner książkę p.t. „Kwiaty Wschodnie”, zbiór zasad moral­nych, teologicznych, przysłów, reguł towarzyskich, allegoryj i powieści wyjętych z talmudu i pism ówczesnych. Buchner liczył na czytelników chrześcijan „gardzących zwykle tym wszystkim, co tylko z tych źródeł pochodzi”. Tłumaczy on w przedmowie do tej książki znaczenie tradycji talmudu, która „nie tylko po­trzebna do lepszego zrozumienia licznych miejsc Starego Testa­mentu, jednak też się przyczyniła do rozszerzenia oświaty po­wszechnej”. W samej książce podaje on w różnych rozdziałach „Myśli sławnych rabinów”, wyjęte z najrozmaitszych trakta­tów talmudu babilońskiego, jerozolimskiego, różnych midraszów, Thanja debej Eliahu i t. d. i szereguje je wedle porządku: zasady moralne, teologiczne, reguły towarzystwa, powieści, przysłowia, porównania. Buchner pragnął, jak pisze w tej pracy „aby książka sprawiła przyjaźń między moimi współwyznawcami a chrześci­janami, aby pierwszym podało obronę przeciw wszystkim potwarzom miotanym na ich religijne zasady, aby nareszcie udo­wodniła, że czciciele talmudu są zdolni nawet pod inną władzą, do pełnienia każdego obowiązku poddanego i prawego człowie­ka”, i kończy smętnie „oby już nastał czas ten, w którym wy­znawcy obydwóch religij nie tylko słowami, ale i w życiu prak­tycznym będą się uważali wzajemnie za braci”.


W roku 1846 publikował Abraham Buchner tak samo ksią­żkę opiewającą pean na cześć talmudu p.t. „Prawdziwy ju­daizm, czyli zbiór religijno-moralnych zasad Izraelitów czerpany z klasycznych dzieł rabinów”. Książkę tę poświęcił on Mathiasowi Rosenowi „obywatelowi poczesnemu, prezesowi dozoru szkół elementarnych wyznania mojżeszowego”. Zaraz już w wstępie do publikacji tej, polemizuje on z Eisenmengerem potwarcą tal­mudu. Wykazuje on, że „duchem ludzkości i miłości bliźniego tchną dzieła nauki teologicznej wielu późniejszych rabinów (nawet w średniowieczu w okresie prześladowań), którzy chociaż są czcicielami talmudu, współwyznawcom swoim zalecają w wszelkich stosunkach z nieizraelitami przestrzegać ścisłej rze­telności”. Broni on też przed zarzutem zabobonów i ciemnotą współczesnych rabinów i twierdzi, że nigdy jeszcze żaden rabin „nie odważył się coś powiedzieć, coby się sprzeciwiało czystym wyobrażeniom o istnieniu Boga, o jego niecielesności, o wyborze człowieka miedzy dobrym a złym, o nieśmiertelności duszy, o przyszłym życiu i o moralnym postępowaniu człowieka”.


Od tej linii odwrócił się częściowo Buchner w r. 1848, ogła­szając książkę p.t. „Die Nichtigkeit des Talmud”, która jednak w istocie mimo tytułu unicestwiającego talmud, wcale nie przed­stawia pamfletu antyżydowskiego, czy też antyrabinistycznego, jak to głosili przeciwnicy z obozu ortodoksji żydowskiej. Nie­fortunny tytuł i dwie czy trzy uwagi w wstępie, czy w samym tekście w których on ujemnie się wyraża o etyce talmudu w stosunku do innowierców psują całą tą pracę, która w rzeczy samej, zawiera trzymaną w tonie rzeczowym krytykę tradycji rytualistycznej talmudu, jakoby ona pochodziła od Mojżesza. Substan­cjalnie ze stanowiska rozbioru naukowego to samo pisał dwa wieki przed nim rabin włoski Leon de Modena. Zasadniczy kie­runek tej literacko-historycznej krytyki pochodzenia przepisów rytualistycznych talmudu znajduje się również u nieco młodszego autora hebrajskiego, Ajzyka Hirsza Weissa (Dor Dor we-Dorszaw). Z jakiej racji Buchner nadał tej książce tytuł nieodpo­wiedni i popieprzył złośliwie parę razy wywody wypowiedziane na ogół w tonie objektywnym i w ten sposób z apologety dotychczasowego stał się przykrym denuncjantem własnego narodu nie jest mi jasnym. Możliwe, że chciał się spodobać swym protek­torom, z tamtej strony bariery, którzy mu sprzyjali i przeprowa­dzili swego czasu jego nominację, „do zdyskredytowania szkoły w oczach prawowiernych Żydów” (Z dziejów gminy starozakonnych w Warszawie, Warszawa 1907, I, 73).


Na krytykę tę talmudu zareagował Hilary Nussbaum w r. 1849 publikacją ogłoszoną w języku niemieckim p. t. Der Talmud in seiner Wichtigkeit, będącą tłumaczeniem z manuskryptu hebrajskiego pracy znanego maskila warszawskiego Mojżesza Tenenbauma, autora książki hebrajskiej p.t. „Mateh mosze” o dogmatach i filozofii religii mojżeszowej.


Buchner spadł z etatu szkoły rabinicznej w r. 1858, z powodu nowej organizacji szkoły i wyjechał na prowincję, gdzie w r. 1869 życie zakończył.


Abraham Buchner mimo swego negatywnego stanowiska wobec autentyczności mojżeszowego charakteru rytualizmu na­kazanego przez rabinów, trwał nadal przy żydostwie do końca życia.


Z żydostwem zerwali synowie jego.


Syn jego Józef przeszedł na wyznanie rzymsko-katolickie w r. 1842, w okresie gdy ojciec jego jeszcze się bramował w to­gę apologety judaizmu rabinicznego.


Drugi syn jego Franciszek Salezy przyjął wiarę kalwinistyczną w r. 1861 wraz ze żoną Franciszką, córką kupca Szmula Landego i dziećmi Stanisławą Klarą, Władysławem i Jadwigą. Już wcześniej o dwa lata został ochrzczony Józef syn Fran­ciszka Salezego w drugiej wiośnie życia.



Władysław Buchner



Wspomniany zwyż wśród dzieci Franciszka Salezego Buchnera, Władysław Buchner, ur. w r. 1860 jest identycznym ze znanym humorystą i satyrykiem Władysławem Buchnerem, który od roku 1905 redaguje pismo satyryczne „Mucha“. Za czasów caratu pismo to stale ulegało prześladowaniom władz ro­syjskich i w ciągu lat 1905—1906 zmieniło swój tytuł z jakieś czterdzieści razy. „Muchę“ wypełniał Władysław Buchner wraz z Antonim Orłowskim swoimi pracami. Podczas inwazji niemie­ckiej w r. 1915-1918 przebywał Władysław Buchner w Mos­kwie, gdzie w swym satyrycznym organie zwanym nadal „Mucha“, występował ostro przeciw Niemcom.


Władysław Buchner ogłaszał też swoje prace w Kolcach, w Kurierze Porannym, tu i ówdzie też osobno.


Władysław Buchner należy do tych neofitów, którzy swe „manco“ rodowe rdzenności okupują oplwaniem własnego pnia, z którego wyszli. W swym organie humorystycznym często da­wał on upust różnym antysemickim docinkom.


Brak obiektywnego ustosunkowania się do Żydów ze stro­ny chrześcijan pochodzenia żydowskiego wskazuje na ogół za­zwyczaj na to, że jeszcze dane jednostki nie zrosły się w zupeł­ności z nową społecznością wyznaniową, że mają potrzebę kompensowania czegoś, że kompleks żydowski w jakiejś formie psu­je ich jednolitość psychologiczną w sharmonizowaniu z kolektywnością do której przystąpili.


W pismach Władysława Buchnera daje się z łatwością stwierdzić słuszność powyższej tezy. Satyryk Władysław Buchner skąd inąd antyżyd występujący na ogół jako nadpatriota polski, pozwala sobie krytykować niektóre ujemne właści­wości Polaków, ale ma się to uczucie, że to więcej obserwator z zewnątrz, aniżeli z wewnątrz. Amfibia psychologiczna. Mam przed sobą małą broszurkę Władysława Buchner p. t. „Z rozmyślań Polaka” (Warszawa, 1926). Wciąż utyskiwania w tych „Rozmyślaniach”, na brak chęci pracy w Polsce. Autor szuka adresu pani Pracy, ale ona w Warszawie niezameldowana i najprawdopodobniej nigdy nie mieszkała.


Czytamy tutaj następującą powiastkę: „Umarł Polak i szedł do niebios. — A skąd to? zapytał go Święty Piotr. — Z Polski. — A masz ty jakie zasługi? — Byłem rządny, po­słuszny i pracowity. — A to chodźże tu do nas czymprędzej kochanku — rzekł święty Piotr, otwierając szeroko wrota nie­bieskie, — tylko słuchaj, czy żeś ty przypadkiem się nie pomylił? Czy ty istotnie pochodzisz z Polski?”


Inna powiastka tego samego kierunku, autoramentu i nasta­wienia: „Czterech Polaków stało nad belką znacznych rozmia­rów. Stali nad sobą i kiwali głowami. — A wy nad czym tak medytujecie? Zapytałem. — Mamy tę belkę przenieść na prze­ciwną stronę — odrzekł jeden — ale nam się to napewno nie uda. — Dlaczego? — pytam się. — Oni odpowiadają: Cię­żka praca. Każdy z nas już próbował i nie mógł uradzić. —- (Pytam się) A czyście we czterech już próbowali? Ten, który ze mną rozmawiał spojrzał na mnie jak na wariata: We czte­rech a poco? Szkoda fatygi. Wiadomo, że ciężko”.


Jest to satyra, w której rację i rzeczowe uzasadnienie nie wdaję się w tej chwili. Wystarcza wrażenie psychologiczne, że punkt widzenia, wedeta patrzącego się, pozycja periskopu, nie znajduje się ściśle po tej samej stronie, gdzie przedmiot obserwo­wany.


Antysemityzm neofitów jest złym świadectwem dla ich wewnętrznego zlania się z nowym organizmem narodowo-religijnym, zlanie to musi w takim wypadku gdzieś wykazywać rysy.




LEOPOLD CARO



I



Leopold Caro urodzony w Lwowie w r. 1864, przez długie lata adwokat w Krakowie, od r. 1920 profesor ekonomii spo­łecznej i nauk prawnych w Politechnice lwowskiej, a od roku 1923, również profesor uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwo­wie, jest jednym z najwybitniejszych ekonomistów polskich. Ogło­sił on szerg poważnych prac naukowych ze swego zakresu bądźto w języku polskim, bądźto po niemiecku czy też po fran­cusku: Pomoc dla rolników w Austrii, Lwów 1895, Studia spo­łeczne, Kraków 1906, Nowe Drogi 1908, Das Internationale Problem der Auswanderungsfrage 1909, Auswanderung und Auswanderungspolitik in Schriften der Vereins für Sozialpolityk Band 131, Leipzig 1809 (przełożył na język polski Karol Englisch, urzędnik w austriackim ministerstwie handlu), L‘emigration polonaise, Bruxelles 1910, Problemy skarbowe państwa polskiego, Kraków 1909, Wstęp do socjologii, 1912, Równo­mierność świadczeń w ustawodawstwie 1920, Ku nowej Polsce, 1923, Zasady ekonomii społecznej 1926, Le materialisme economique, Revue mondiale 1926, Myśli Japończyka o Polsce, 1927, Solidaryzm jego zasady, dzieje i zastosowanie, Lwów 1931 (Z zasiłku Funduszu kultury narodowej).


Jako naukowiec stara się on o formalny obiektywizm oder­wany od polityki, służący jednak faktycznie pewnemu kie­runkowi zachowawczemu.


W swojej książce p.t. „Wstęp do socjologii” zaznacza on w przedmowie: „Kto kocha wiedzę prawdziwą i chętnie jej sie­bie składa w ofierze, zrozumie że nie może ona nigdy stać się służebnicą światowych względów i nie ma nic wspólnego z opor­tunizmem i krótkowidztwem augurów politycznych. — Polityk żąda często posłuszeństwa w imię karności partyjnej i niejedno­krotnie ma słuszność; nauka nie zna zasady większości, a jej problemów nie rozstrzyga ani samowola jednostek, ani kartka wyborcza”. „Przeciwnie uważa ona, że politycy powinni kiero­wać się wskazówkami nauki”. „Nauka podnieść może i prak­tycznych polityków na poziom wyższy, oświecać ich wąskie ścieżki i zaułki, rozszerzać je i torować, służyć za drogowskaz ku szczytnym ideałom”.


Leopold Caro w swych pismach jest zasadniczym prze­ciwnikiem materializmu dziejowego Karola Marxa, ale równo­cześnie zwalcza on z całym ferworem kapitalizm mieszczański, współczesny ustrój burżuazyjny i wszelki liberalizm. Wykombi­nował on coś pośredniego, co on nazywa solidaryzmem. Jego światopogląd ekonomiczno-społeczny, który nie odbił się do­tychczas echem w społeczeństwie, przypomina czasem totalizm faszystowski, jednak ciekawi sam dla siebie, z uwagi na posłu­giwanie się momentami etycznymi i psychologicznymi. W ksią­żce p.t. „Solidaryzm” pisze on: „Solidaryzm nie ślizga się po powierzchni życia, jak liberalizm i socjalizm, ale sięga w głąb duszy ludzkiej, traktuje ekonomię jako naukę opartą na etyce. Ustrój kapitalistyczny, podobnie jak w swoim czasie ustrój feu­dalny nie jest ani wiecznym, ani najlepszym, jest tylko zjawi­skiem historycznym, że przeto kiedyś ustąpi miejsca innemu ustro­jowi, a mianowicie, ustrojowi opartemu na solidarności wszy­stkich członków społeczeństwa — Pierwszeństwo w myśl prawi­deł etyki bądź chrześcijańskiej, bądź Kanta, interes publiczny przed interesem prywatnym”. Jednak Caro nie ma wcale zamia­ru proponować niwelację jednostek na rzecz ogółu. Punkt cięż­kości solidarystycznego społeczeństwa stanowi mimo wszystko człowiek — indywiduum „Wszelki postęp pochodzi od indywi­duum, — kolektywizm żyje tylko tym, co stworzyły jednostki i że wbrew hasłu o bezimiennej masie jako rzekomej twórczyni wszystkiego i w ojczyźnie sowietów traktuje się osobistości Mar­xa i Lenina, tudzież innych przodujących działaczy, jakgdyby półbożków”. Ale mimoto indywidua nie śmią posiadać nieskrę­powanej swobody konkurencyjnej w czynnościach swych gospo­ darczych w stosunku do bliźnich: „Wolna konkurencja libera­lizmu w dziedzinie gospodarczej zapewnia zwycięstwo nie naj­dzielniejszym fizycznie, albo duchowo, lecz tylko najsprytniej­szym". Hasłem Cary „Współdziałanie nie współzawodnictwo” — „Człowiek ma wedle solidaryzmu pełne prawa nabywania własności prywatnej i także co do środków produkcji — lecz włas­ność ta nie może być nieograniczoną — nadzór państwa winien zmierzać do tego, aby współzawodnictwo nie przeradzało się w systematyczne ujarzmianie słabszych ze strony silniejszych” — „Solidaryzm nie dopuszcza do traktowania jednostki ludzkiej, jako źródła do celu, czy to na korzyść innych jednostek zasob­niejszych, co praktykuje bez skrupułów liberalizm, czy choćby na korzyść ogółu, co bez skrupułów zaleca skrajny socjalizm”. Ideałem szczytowym solidaryzmu Cary to jest wszechsprawiedliwość. Tezą centralną: „Wszystko przez jednostki wybrane i wszystko dla ogółu”.



II



Leopold Caro pochodzi ze starej żydowskiej rodziny i zmienił wyznanie już po trzydziestce. Jako młody akademik wstąpił on do towarzystwa lwowskiego Przymierza Braci za­łożonego przez Alfreda Nossiga i Adolfa Liliena, którego pro­gramem była asymilacja polityczno-społeczna Żydów. Przez kilka lat należał Caro również wówczas do redakcji organu asymilacyjnego „Ojczyzna” we Lwowie.


Interesowały go też początkowo idee organizacyjno-prawnicze Żydów i ogłosił w latach ośmdziesiątych 19 wieku w „Gel­lers Zentralblat” „Die Regelung der äusseren Rechtsverhältnisse der israelitischen Religionsgenossen” oraz też w Czasie „Pro­jekt prawa wyznania izraelickiego”.


W roku 1893 jeszcze jako Żyd wystąpił Caro z dwiema publikacjami antyżydowskimi „Der Wucher eine sozialpolitische Studie, Leipzig, 1893“, „Die Judenfrage”. Obie te prace ukaza­ły się tego samego roku również w języku polskim „Lichwa na wsi w Galicji”, „Kwestia żydowska w świetle etyki” (tłuma­czył Bolesław Lewicki dla Gazety Narodowej).


Autor jako ekonomista tłumaczy w pracy swojej o kwestii żydowskiej, w sposób niezwykle simplicystyczny, całe zagadnie­nie nienawiści do Żydów, motywami gospodarczymi „Dla mnie kwestia żydowska nie jest niczym więcej, jak tylko kwestią etycz­ną… Gdyby nie było Żydów lichwiarzy, żydowskich giełdowiczów… wówczas istniałaby bezstronna opinia publiczna, roz­różniająca dobro od złego, wówczas nie byłoby zapewne żadne­go antysemityzmu, albo też straciłby znaczenie swoje i musiałby być potępionym, tak ze stanowiska religijnego, jak i filozoficznego”. Caro przeholował stanowczo już w założeniu, że nie uwzględnił jak statystycznie nikłym jest stosunek lichwiarzy czy giełdziarzy żydowskich w relacji do ogółu Żydów, i zasugero­wany przez obcych, szedł w ich ślad w olbrzymiej przesadzie. Raz jadąc na koniku, że Żydzi sami wywołują nienawiść swoją szacherką, w dalszym ferworze zapominał się, i powtarzał z patosem gorzkim i złośliwym, płytkie, powierzchowne twierdzenia antysemitów, że Żydzi dostarczają największego kontygentu zbrodniarzy z zysku. Caro przeciwstawił ogółowi Żydów, ogół ludności chrześcijańskiej, zamiast posługiwać się kategoriami strukturalnymi i konfrontować cyfrę statystyczną przestępców z zysku Żydów z ilością przestępców tej kategorii z pośród nieurzędniczej części chrześcijańskiej ludności miejskiej. Tylko warstwy tego samego rzędu można porównywać. Jest rzeczą ja­sną, że chłop czy urzędnik nie mają w dalekim stopniu w swych zawodzie tyle możliwości czy pokus ile kupiec czy rękodzielnik.


Stąd dalszy krok do miotania obelg na „Wybraństwo żydowskie”, do zarzucania prasie żydowskiej, że wyszydza chrześcijaństwo, do przypisywania bezwzględności i niemoralności żydowskiemu sposobowi zarobkowania, do krytykowania „bezwyznaniowości i kosmopolityzmu Żydów wykształconych, a fanatyzmu u niewykształconych, którzy słowa biblii tłumaczą fałszywie lub według upodobania”. Uznając zresztą, że religia żydowska jest najwznioślejszą i najmoralniejszą z pośród religii

starożytnych, stwierdza równocześnie Caro w wspomnianej pra­cy, jej niższość od etyki chrześcijańskiej z uwagi na zasadę od­wetu, nie uświadamiając sobie wcale, że zasadę odwetu, znajdu­jącą się w przepisach prawniczych Starego Testamentu, uznawają bez wyjątku dawne ustawodawstwa chrześcijańskie, a zem­sta jako przejaw prywatnej natury, jest również i w Starym Te­stamencie zakazana (Leviticus 19, 18), a miłość bliźniego wskazaną jest przez Stary Testament nawet w stosunku do wroga, któ­rego należy wspierać (Proverbia 25,21).


Caro oscyluje między jedną krańcowością a drugą. Potę­piając żydowstwo bezwyznaniowe i kosmopolityczne, chwali na­rodowców żydowskich, obsypuje komplimentami w r. 1893 wy­kluwający się wówczas syjonizm, z uwagi na to, że tenże syjo­nizm potępia materializm i kosmpolityzm, i jest hebrajskim a nie żydowskim „Syjonizm zapewne polskim nie jest, ale też nie nie­mieckim, ani żydowskim, — on jest hebrajskim: to gromada ucz­ciwych marzycieli, którzy wierzą w zmartwychwstanie narodu izraelickiego i odbudowanie wielkiej niezawisłej ojczyzny nad brzegami Jordanu. Syjon to dzielny sprzymierzeniec w walce z bezwyznaniowym kulturtregerskim kosmopolityzmem”. Caro uważał syjonizm wówczas w r. 1893, za ruch przejściowy i wie­rzył, że syjoniści raz zasmakowawszy w nacjonalizmie żydow­skim, przerodzą się później w dobrych nacjonalistów polskich.


Prace antyżydowskie Cary znalazły echo bardzo przykre w prasie antysemickiej, która z wielką skrzętnością cytowała róż­ne powiedzenia Cary, uzasadniające nienawiść do Żydów włas­nym ich postępowaniem. Caro sam był początkowo tym przera­żony. Tym bardziej, że prasa żydowska ze swej strony ogłosiła go zdrajcą. On się tego w swej naiwności naukowej nie spodzie­wał. Uważał swoją krytykę za rzeczową, z konsekwencjami es­kapad nie liczył się wcale. W przedmowie do wydania polskie­go książki swej o kwestii żydowskiej, uważał za konieczne się tłumaczyć „pochodzę z jednej z najstarszych rodzin żydowsko-hiszpańskich, jestem z pewnością daleki od chęci wyrządzenia krzywdy jakiejkolwiek, moim współwyznawcom”. — „Głos mój który chciał działać na Żydów i tylko na nich, wyzyskali anty­semici, zacytowali luźne, powyrywane bez związku ustępy i uży­li ich jako broni przeciwko Żydom” — „Nie kalałem własnego gniazda: Przodkowie moi nigdy nie dopuścili się żadnej nieu­czciwości, nigdy nawet handlem się nie trudnili, gniazdo moje było i jest czystym”.


Tłumaczenia Cara nie zadawalały nikogo, bo były sprze­czne z własnymi twierdzeniami ogłoszonymi w tekście druko­wanym. Caro wyciągnął wkrótce konsekwencje, przeszedł na chrześcijaństwo i zgłosił swój akces do obozu klerykalnego, stał się od roku 1893 stałym współpracownikiem Czasu, mając przy­dzielony referat „Pogadanki ekonomiczne”. W r. 1894, tutaj ogłosił artykuł nieprzychylny Żydom (Słowo w kwestii żydow­skiej Nr. 116). Zaczął też współpracować w czasopismach kle­ru katolickiego. (Duchowieństwo i kwestia społeczna, Gazeta Kościelna r. 1907, Chrześcijańskie pojęcie własności, ib, Istota narodowości, Ateneum Kapłańskie, Włocławek 1912). Na kon­gresie katolickich Towarzystw Dobroczynności (Caristag) w Dreźnie w r. 1911, wygłosił on referat „Położenie naszych robotników sezonowych w Niemczech”, którego streszczenie ukazało się później w Przeglądzie Powszechnym (paź­dziernik, 1911).



III



Od chwili przyjęcia chrześcijaństwa, Caro nie pisał więcej specjalnie o Żydach. W dalszym pismach napomyka tu i ow­dzie okolicznościowo o nich, przy czym poznać pewne zmia­ny. W swoim Wstępie do socjologii uznaje on w przeciwieńst­wie do Finota czy Fryderyka Hertza faktyczne istnienie rasy ży­dowskiej i aczkolwiek twierdzi, że wewnętrzny związek pomiędzy cechami antropologicznymi a psyche, pozostanie dla nas zawsze ukryty, uważa on za możliwą naogół tylko jednostkową asymi­lację: „Wpływ otoczenia i wychowania, słowem, całe milieu, spotęgowane długoletnim osiedleniem się na tej samej ziemi, a przeto wspólnymi wpływami przyrody, może u jednostek sku­tecznie przeciwważyć odrębności rasy. Stwierdzić to można na patriotach różnych europejskich, żydowskiego pochodzenia n. p. u Juliana Klaczki u nas i t. d.“. Na przeszkodzie stoi asymila­cji wedle niego różnica religijna, a to z obu stron, a nie tylko dyferencja szczepowa. Wylazło tutaj jego szydło klerykalizmu z worka.


Nie tylko żydowska narodowość łączy się ściśle z wiarą, ale tak samo też narodowość idzie w parze z religią u Polaków. „Istnienie szczupłego grona Polaków protestantów i Żydów, nie dowodzi również jakoby czynnik religijny nie był nieodzowny dla utworzenia narodowości, — te grona przyjęły tradycję pol­ską i z nią się zżyły, a ta tradycja jeśli nie wyłącznie, to w prze­ważnej części była i jest dotąd katolicką”. (Wstęp do socjologii, str. 119).


Syjonizm, poważa Caro nadal i w swym „Wstępie do so­cjologii” i nie ogłasza go więcej efemerydą, która zniknie za lat 30, poczytuje go teraz w zgodzie z klerykalizmem swym, za ruch wynikający z odrodzenia świadomości religijnej „obojęt­ność religijna pociąga za sobą u Żydów kosmopolityzm lub asy­milację z narodowością, wśród której żyją. Syjonizm wyrósł w naszych oczach na wspaniałym i podziwu godnym odnowie­niu życia religijnego i jest z tym odnowieniem nierozerwalnie związany”. Przy tej całej chwalbie nie zapomina Caro podkreś­lić, że gdy mowa o Żydach rozchodzi się o naród dla niego ob­cy. „Może on (syjonizm) być dla narodu naszego (to znaczy polskiego) niedogodnym, a nawet wrogim, ale jeśli jest więcej jak modą, lecz aktem twórczego zapału, to rozkwit życia religij­nego i budzenie się w naszych oczach narodowości dawno uśpio­nej, nie może nie wzbudzić w naszych oczach uszanowania”. Ni­by „my“ — Caro Polacy, a tamci inni Żydzi.


Kolega uniwersytecki i towarzysz z Przymierza Braci Al­fred Nossig przeszedł jako młody człowiek z asymilacji do sy­jonizmu. U Cary też istniały jak widać dyspozycje w tym kierunku, tylko doktrynerstwo zaprowadziło go daleko, zdala od swoich.


W swej książce o Solidaryźmie poświęca Caro całą stronę przepisom Starego Testamentu o charakterze społecznym, wylicza przykazania co do wspierania ubogich, nie wydawania zbiegłego niewolnika, nie zatrzymywania najemnikowi zapłaty przez noc, pozostawiania płodów ziemi co siódmy rok dla ubogich i t. d., cytuje proroków potępiających ucisk biednych, — przy czym jednak zauważa, że te zlecenia socjalne ograniczone są w licz­nych, chociaż nie wszystkich przepisach, tylko do współplemieńców, — i przechodzi do chrześcijaństwa, którego etyce przypisu­je zasięg rzekomo ogólno ludzki i uważa ją za jedną z głów­nych podstaw dla solidaryzmu projektowanego. Encykliki pa­pieży Leona III i Piusa X obszernie cytowane jako drogo­wskaz.


Końcowy ustęp książki o solidaryźmie głoszący ideę spra­wiedliwości w stosunkach narodowych, gospodarczych i społecz­nych (str. 348-396), proklamuje ideał przyszłości, będącej w ścisłej zgodzie z wytyczną etyczną judaizmu, gdzie najwyż­szym ideałem nie jest święty, tylko sprawiedliwy, a mesjanizm ma zrealizować przede wszystkim sprawiedliwość na ziemi.


Caro przez liczne dziesiątki lat uciekał przed sobą samym, przed swoją substancją szczepową, przed swym społeczeństwem historycznym, przed swoją esencją rodową jak Jonasz biblij­ny przed Bogiem. Nie ma ukrywania się przed sobą samym. Mnema plemienia się odzywa. Nikt nie umknie własnemu cie­niowi.


Caro pragnął swoim wybujałym antysemityzmem w młodo­ści a częściowo i później skompensować luki w swojej polsko­ści. Mimo urodzenia w Lwowie i długoletniego zamieszkania w Krakowie, ciążył on zawsze w jakiś sposób do niemczyzny, tworząc swe prace w wielkiej części w idiomie sąsiadów zachodu. Irytowało to swego czasu polską opinię publiczną „Dlacze­go Polak mieszkający stale w Polsce, jeden z najlepszych znawców naszej emigracji ogłasza dzieło takie w obcym języku — nie rozumiemy, jak wogóle nie możemy zrozumieć tych wszyst­kich polskich autorów, którzy postępują podobnie i ubolewają jednocześnie nad ubóstwem rodzimej literatury naukowej” (Zygmunt Bujakowski, Biblioteka Warszawska CCLXXVII 590). Ciążyło nad nim piętno austroniemieckiego wychowania.


Nie zmniejsza to jednak mimo wszystko wartości naukowej prac Cary. Ta sama Biblioteka warszawska zamieściła w dwa lat później, gdy się ukazał przekład polski onej książki niemiec­kiej Cary recenzję entuzjastyczną. „Praca dra Cara jest jed­nym z najpoważniejszych dzieł w naszym piśmiennictwie, doty­czącym naukowego badania naszego uchodźtwa zarobkowego, opartym na bezpośrednich dochodzeniach autora, uwzględnia­jącym przy tym olbrzymią literaturę przedmiotu, zarówno obcą jak i rodzimą” (tom CCXCIV, sitr 189).



FRYDERYK CHOPIN



Genialny muzyk Fryderyk Chopin był nie tylko z ojca Francuza, ale i z matki neofitki. Znany poeta Antoni Lange pisze w swej broszurce p.t. O sprzecznościach sprawy żydowskiej (1911), że Fryderyk Chopin przez matkę swoją Justynę Krzyżanowską należy w połowie do plemienia żydowskiego. Nie wiadomo mi, skąd Lange zaczerpnął tę wiadomość, faktem jednak jest, że ,,Krzyżanowski” to typowe nazwisko neofickie, (zobacz Wstęp), a Chopin ze swoim nosem i wyrazem oczu na swym portrecie, przypomina mocno Żyda.



JAN SAMUEL CHRZANOWSKI



I



Jedną z najpiękniejszych kart w dziejach heroizmu kreso­wego stanowi obrona Trembowli przez Samuela Chrzanowskie­go przed Turkami w r. 1675.


Jan Samuel Chrzanowski, który od najmłodszych lat służył wojskowo, i walczył w r. 1673 pod Chocimem w pułku pie­szym Stanisława Koniecpolskiego, i w r. 1674 objął dowództwo chorągwi w pułku pieszym Al. Ludwika Niezabitowskiego, ka­sztelana bełzkiego, -— został w r. 1675 komendantem Trem­bowli i jako taki wsławił się w historii, przeciwstawiając się ni­by drugi Leonidas, z garstką paruset ludzi nawale niezliczonych rzesz bisurmańskich i to z sukcesem.


Sejm konstytucyjny Koronny w roku następnym złożył w osobnym ustępie Chrzanowskiemu chlubne podziękowanie i nobilitował go w te słowa: zawdzięczając odważnie wytrzy­mane oblężenie trembowelskie urodzonemu Janowi Samuelowi Chrzanowskiemu, komendantowi Trembowli, obersztleutnantowi naszemu na zgodę wszech stanów, onego i potomków jego, klejno­tem szlacheckim polskim zdobiemy, na co przywilej z kancelarii naszej wydać każemy „Przychęcając ludzi rycerskich ad bene merendum Republicae" (Vol. Legum V, 200). Chrzanowski do­stał wtedy herb Poraj, oraz też nagrodę w wysokości zł. 5,000. Podana ranga oberstlejtnanta — podpułkownika, oznaczało awans, gdyż on był dotychczas tylko majorem, czy nawet kapi­tanem.


Dalsza kariera tego bohatera była zapewnioną. W roku 1678 został on komendantem Lwowa, w r. 1683 podstolim mielnickim, w r. 1684 podstolim smoleńskim.


Obrona Trembowli inspirowała wielekrotnie poetów i ma­larzy do tworów literackich i artystycznych. W muzeum Rapperswylskim znajduje się sztych bardzo rzadki i piękny Romanusa de Hoghe, który długi czas przebywał w Polsce za czasów Jana III, przedstawiający obronę Trembowli, oswobodzonej dzięki pomocy króla. Po prawej stronie obrazu czytamy: „Za­mek Trembowla męstwem jednego kapitana z dwudziestu ośmiu żołnierzami i 80 wieśniakami uzbrojonymi w spisy, wytrzymał na­pad Turków, Tatarów i Kozaków, którzy w połączeniu liczyli razem dwieście tysięcy ludzi. W ciągu piętnastu dni nieprzyja­ciele zrzucili na mury tego zamku i jego obrońców 5.000 kul i z dwustu armat strzelali. Załoga czyniła wielokrotnie wycieczkę do obozu, zagważdżała działa, pięćset bomb przygasiła” (Krzywda z Biechowa, Pamiątki historyczne z czasów Jana So­bieskiego w muzeum Rapperswylskim, Biblioteka Warszawska, CLXVIII, str. 345).




II



Bohaterski obrońca Trembowli był z pochodzenia Żydem, neofitą. Sokołowski w swym dziele „Dzieje Polski” (V, 157) pisze: „podług powszechnego mniemania (był Chrzanowski) przechrztą, okazał jednak niepospolite uzdolnienie i niezwykłą dzielność, zorganizował natychmiast obronę, zaprowadził kar­ność żelazną i oczekiwał spokojnie nieprzyjaciela”.


Ale to nie tylko powszechne mniemanie późniejszych poko­leń, głosi neofityzm Chrzanowskiego. Donosi o tym również au­tor współczesny, który długo bawił na dworze Sobieskiego i opisał jego życie i miał sposobność czerpać swe wiadomości z najlepszych źródeł. Philippe Dupont pisze w swych Mémoires pour servir à l‘histoire de la vie et des affectations de Jean Sobieski (Biblioteka Ordynacji Krasińskich, tom VII, str. 65): „Le commandant de ce chateau (Trembowla) était un Juif bap­tisé brave homme et fort determiné” — Komendantem tego zamku był Żyd ochrzczony człowiek odważny i mocno walecz­ny.


Ale nie tylko Samuel Chrzanowski był Żydem neofitą, ale i jego żona była tego samego pochodzenia. Była to niezwyk­le dzielna kobieta, która w chwilach niebezpieczeństwa groź­bami podniecała męża. Sokołowski relacjonuje o niej, jako Niemce (Zofia Anna Dorota von Fresen), która nosząc przy sobie dwa noże przyrzekała, że w razie poddania zamku, jed­nym nożem zada śmierć mężowi, drugim sobie. Niepodejrzane źródło francuskie informuje nas, że oboje Chrzanowscy byli kowertytami. Ksiądz Coyer w swej książce p.t. Histoire de Jean Sobieski Roi de Pologne, Amsterdam 1762, pisze „Żona komendanta (Trembowli) Żyda, tak piękna jak Judyta (biblijna) i bardziej jeszcze przedsiębiorcza, nie mogąc za jej przykładem ściąć głowy śpiącemu wezyrowi, przelewała krew Turków w wycieczkach, które same prowadziła, niszczyła ich roboty i walczyła we wyłomach murów. Gdy jednak szlachta uciekając przez wyłomy straciwszy wiarę w odsiecz i obawiając się zemsty wezyra, na wypadek, gdyby zamek uległ szturmowi, domagała się przystąpienia do rokowań, i tajnie o tym konszachtowała, bo­haterska Żydówka słysząc niepostrzeżona ich rozprawy, przy­biegła do męża swego, znajdującego się wśród wyłomów muru z wiadomością o tym wszystkim co szlachta zamierza; informowała go wśród ognia. Ten waleczny człowiek, dowiedziawszy się o tym, co się gotuje, pośpieszył się na owe zebranie tchórzów: nie jest rzeczą pewną, rzekł on do nich, że nieprzyjaciel nas weź­mie; jednak pewnym jest, że ja was każę spalić w tej właśnie sa­li, jeżeli będziecie trwali we waszych tchórzliwych zamierzeniach. Żołnierze są przy drzwiach, knoty zapalone, aby wykonać me zarządzenia. Widok nieuniknionej śmierci zwrócił im broń do rąk i starali się teraz wymazać hańbę swoją“. (tom II, str. 137).


Poza Sokołowskim żydowskie pochodzenie Chrzanowskie­go jest zazwyczaj przemilczane. Ogół historyków polskich nie wspomina o tym, że w żyłach tego bohatera płynęła krew izrael­ska. Milczy o tym też Chodźko w swej Histoire populaire de la Pologne, str. 49, obliczonej na obcych. Przed kilkudziesięciu la­ty usiłował nawet pewien uczony polski Czołowski gołosłownie przeczyć temu: „niema na to żadnego dowodu, chyba gdyby ktoś z imienia Samuel podobne chciał wyciągać wnioski”, ale sam przyznaje, że „według rozpowszechnionego mniemania był Chrza­nowski z pochodzenia Żydem wychrzczonym” (Kwartalnik Hi­storyczny VIII, 618—623). A więc Dupont i Coyer wyssali z palca, a rozpowszechnione mniemanie wzięło się z powietrza. Zaznaczyć należy, że u Żydów odnośnie do Chrzanowskiego niema żadnej tradycji. Skoro Francuzi w 17 i 18 wieku twierdzili o Chrzanowskim, że był neofitą, skoro ogół polski to samo w ustnej tradycji powtarza, niema powodu do sceptycyzmu.



CIECHANOWCY HERBU SKARBIEŃ



Na dworze Franka w Offenbachu bawili Ciechanowscy (Jeske-Choiński, str. 73). Potomkiem frankisty Ciechanowskiego był Jan Ciechanowski, syn Jakuba, dziedzic majątku Grodziec, Parcze górne, Słowiki pod Będzinem, radca stanu dyrekcji wy­działu w Komisji Skarbu, który w r. 1847 z zasady posiadanej dostojności urzędniczej uzyskał szlachectwo Królestwa polskiego herbu Skarbień. Boniecki w swym Herbarzu pomija w zupeł­ności tę nobilitację urzędnika-frankisty. Jednak Uruski w Her­barzu swoim referuje o nim, chwaląc go nie tylko jako zdolnego urzędnika, ale też jako przedsiębiorczego gospodarza, który w swym majątku założył fabrykę cementu, łącząc w ten sposób przemysł z rolnictwem; o pochodzeniu żydowskim tegoż zaś nie wspomina ani słówkiem. Brak słowa o pniu, któremu ten nowy szlachcic zawdzięczał swój zmysł gospodarczej samodzielności. Jako wysoki urzędnik Komisji Przychodu i Rozchodu w War­szawie, Ciechanowski w roku 1855 opracował referat, iż admini­stracja urzędowa górnictwa nie przynosi dobrych owoców, z cze­go skorzystał Kronenberg, występując z pomysłem, dla rozrostu swojej potęgi gospodarczej decydującym, połączenia kwestii gór­nictwa z budową kolei żelaznej. (Dzieje gospodarcze Polski Porozbiorowej pod kierunkiem St. A. Kempnera, Warszawa, 1922, I, 165). Około roku 1860 nabył Jan Ciechanowski dobra Dzierżanowo i Rokocice w powiecie płockim, które poprzednio posiadał Konstantyn Małowieski, zięć byłego ministra Skarbu, Józefa Morawskiego.


Ciechanowski Jan, pierwszy szlachcic swego rodu, zmarł w r. 1864.


Jan Ciechanowski zostawił córkę, która wyszła za Konstan­tyna Rayskiego i dwóch synów, Jana, właściciela Dzierżanowa w Płocku, a drugiego Stanisława, właściciela Grodźca. Potom­stwo to było również w stu procentach semickie. Matka ich z do­mu Garbińska była według Semigothy semickiego pochodzenia.


Synem Stanisława Ciechanowskiego jest współczesny nam Jan Ciechanowski, urodzony w roku 1888. Będąc bogatym właścicielem dóbr dziedzicznych, poświęcił się on dyplomacji, gdzie też zaszedł wcale wysoko.


Jan Ciechanowski w okresie 1/VII. 1920—15/III. 1921 był chargé d'affaires rządu polskiego w Londynie. Było to po ustąpieniu posła księcia Eustachego Sapiehy i przed nominacją Władysława Wróblewskiego.


Później od 12/X. 1925—20/II. 1929 był Jan Chrzanowski posłem rządu polskiego w Waszyngtonie. Następcą jego był Fi­lipowicz już z tytułem ambasadora.


Jan Ciechanowski sam ożenił się z bogatą dziedziczką, z cór­ką belgijskiego bankiera Kocha, zamieszkałego w Londynie, z którego aryjskością nie bardzo również w porządku.


Wobec Żydów zajmuje Jan Ciechanowski, w stronach, gdzie znajdują się dobra jego, stanowisko lojalne. Obdarowuje instytucje dobroczynne żydowskie, tak samo, jak chrześcijańskie. Brak mu kompleksu strachu charakterystycznego dla wielu po­tomków neofickich, którzy drżą na myśl, że przez parytatywne traktowamc Żydów, zdradzą swe pochodzenie i okażą jakąś spe­cjalną łączność z nimi.


Siostra Jana Ciechanowskiego współczesnego nam, Maria Róża (ur. w r. 1888), wyszła dnia 4 lipca 1908 za Aleksandra Pawła hrabiego Dzieduszyckiego, ur. 18/X. 1874 w Gwoźdzcu, byłego c. i k. rotmistrza w sztabie generalnym 10 korpusu armii austriackiej, szambelana papieskiego i później posła polskiego w Kopenhadze (Borowski, Genealogie żyjących rodów, str. 341). Córka Dzieduszyckiego z małżeństwa z Ciechanowską, poślubiła około r. 1931 księcia niemieckiego Sayn-Wittgensteina. Młoda para wysoko arystokratyczna rozeszła się jednak po kil­ku latach pożycia.



CIŚWICCY (po Kądzieli)



Po kądzieli od Zbąskich pochodzi ród szlachecki Ciświckich herbu Wieniawa z Ciświcy w powiecie pyzdrskim. Zbąscy to stary ród z pnia żydowskiego (zobacz). Jan Ciświcki ożenił się z Dorotą Zbąską i syn jego, który miał imię charakterystyczne Abraham, był deputatem na trybunał koronny i posłem, kaszte­lanem bydgoskim w r. 1621 i kasztelanem szremskim w r. 1627. Syn Abrahama Ciświckiego, Franciszek, był kasztelanem mię­dzyrzeckim, a dalszy syn Abraham Ciświcki był kanonikiem gnieźnieńskim (Boniecki III, 228, Uruski II, 331).



MARIA KATARZYNA Hr. COLONNA-CZOSNOWSKA



Izydor hrabia Colonna (Kolumna) - Czosnowski (1857—1934) zaślubił Marię Katarzynę Dorotę, córkę barona Leona Władysława de Lenval, pochodzącego z neofitów Loewensteinów (Reychman, str. 133).



CZYŃSCY



I



Protoplasta tej rodziny M. M. Czyński miał, wedle histo­ryków frankizmu, być po śmierci Jakuba Franka, sekretarzem Ewy Frankówny (Kraushar II, 156, Jeske-Choiński, str. 74).


Wedle relacji Porgesa, którego Pamiętnik został ogłoszo­ny niedawno w Historiszy Szryftn I tom, Wilno, pełnił Czyński na dworze Frankówny rolę komendanta pałacu, nosił mundur pułkownika, miał ze swoją śnieżno-białą brodą wygląd bardzo poważny, przyjmował nowo przybyłych adeptów i pouczał ich, jak się mają zachować wobec „świętej matki” (Ewy).


Synem tegoż był niewątpliwie ów frankista Czyński, który w Warszawie podczas powstania Kościuszkowego pełnił funk­cje kapitana. Za królestwa kongresowego tenże Czyński-syn na­leżał do grupy notablów mieszczańskich w Warszawie, którzy, gdy minister Skarbu Lubecki w królestwie Kongresowym, bez współdziałania Izb Prawodawczych, zaprowadził monopol wy­robu i sprzedaży wódki i wina, — wystosowali memoriał do cara

Aleksandra z prośbą, aby zbadał, czy zarządzenie ministra nie jest w sprzeczności z prawami, zagwarantowanymi przez Kon­stytucję. Oczywiście zostali oni za to ukarani przez władzę lokal­ną. Następnego dnia po wniesieniu petycji, sześciu pierwszych podpisanych na podaniu, zostało porwanych ze swoich pomie­szkań okutych w kajdany, wyprowadzanych na plac publiczny i tutaj przymuszano ich do ciągania taczek. Między tymi oby­watelami męczennikami obrony swobód obywatelskich, znajdo­wał się też starzec o siwych włosach Czyński, były kapitan kościuszkowej armii insurrekcyjnej (Hollenderski, Les Israelites de Pologne, Paris, 1846, str. 12).



Jan Czyński



Synem obywatela warszawskiego, ekskapitana Czyńskiego był Jan Czyński, który urodzony dnia 10 czerwca 1801, poświę­cił się po maturze studiom prawniczym i wykonywał zawód ad­wokacki w Lublinie aż do wybuchu powstania listopadowego. Gdy naród polski podniósł w r. 1831 oręż przeciw tyranii cara, brał Czyński w boju czynny udział piórem i szablą. Należał do redakcji „Nowej Polski” i był też szefem sztabu przy dowódz­twie powstania w województwie lubelskim, a później pełnił służ­bę w tej samej randze przy pułkowniku, zaawansowanym wnet na generała, Szeptyckim. W końcu przygotowywał Czyński na sejm projekty u boku ministra wojny (Korbut Gabriel, Literatura polska od początków do powstania listopadowego, Warszawa, 1921, III, 267, Władysław Mickiewicz, Życiorys Adama Mickiewicza, II, 203).


Gdy powstanie się chyliło ku upadkowi i w Warszawie dnia 15 sierpnia 1832 wybuchł srogi bunt ludu, który dokonał całego szeregu aktów teroru na różnych generałach zdrajcach, zamknię­tych w gmachu sejmowym, oraz też zabijał szpiegów z czasów W. księcia Konstantyna, trzymanych w więzieniu, — Jan Czyń­ski, był wtenczas jednym z dyktatorów ulicy, ale wcale nie znajdował się na czele terorystów, jakby to z niektórych prac historycznych wyglądało (Schipper Ignacy, Żydzi królestwa pol­skiego w dobie powstania listopadowego, Warszawa, 1922, str. 181). Przeciwnie starał się uspakajać opinię, stanowczo do podżegaczy nie należał i do teroru nie nawoływał. Pisze o tym, nieżyczliwy mu zresztą, Stanisław Barzykowski w swej Historii Powstania listopadowego (Poznań, 1883): „Dnia 15 sierpnia 1832 na zebraniu klubu patriotycznego Czyński zasiadł krzesło prezesa, uderzył w stół kijem czy pałką i zagaił posiedzenie. Z rodu Izraela pochodził, przeto ostrożny był, przezorny i tchórzliwy. Wprawdzie w przemówieniu wystawiał, że towa­rzystwo jest zwołane do spełnienia wielkich przeznaczeń, jedna­kowoż hasła do zaburzeń nie dawał“. Kto inspirował krwawe wypadki dnia, podaje w dalszym ciągu nasz informator Barzy­kowski; podżegaczem nie był żaden człowiek rasy semickiej. „Hasło o zdradzie Skrzynieckiego dał Pużański, później ksiądz Puławski powtórzył o zdradach i zdrajcach i mowa jego zro­biła wielkie wrażenie. Lud zawołał: na Rząd”. Barzykowski w dalszym ciągu opowiada sam, wyraźnie, bez aluzji do jego pochodzenia i innych uszczypliwości, jak to Czyński pragnął powstrzymać „rozhukaną falę ludu”. „Czyński czy to, że nale­żał do kliki Krukowieckiego, czy że miał więcej rozsądku i prze­widywał zgubny podobnego kroku skutek” starał się zebranych zmitygować, ale daremnie.


Czyński w dalszym toku zdarzeń, nadal się trzymał swego systemu umiarkowania, w dniu tym wybuchu niezadowolenia lu­du z powodu niepowodzenia powstania. Gdy deputacja, wyło­niona z pośród zebranych w klubie patriotycznym, udała się do prezesa rządu narodowego Czartoryskiego i jako jeden z jej członków po Pułaskim wygłosił przemówienie Czyński, przyznaje Barzykowski (V.9), że on w „przemówieniu co do for­my i słów pozostał w granicach przyzwoitości, a nawet uszanowania… Przez zachowanie form przyzwoitości chciał sprawę ozdobić, bo pochodząc z rodu Izraela był przebiegły i przezor­ny”, w przeciwieństwie do niego inny prowodyr ludu, nazywają­cy się Boski, „chciał szczerze zaburzenia, — nie zważając na przemówienia, krzyczał: Skrzyniecki zdrajca, szubienica go czeka“. Pułaski i Czyński zaklinali lud, aby całą demonstrację dal­szą do następnego dnia odłożyć, ale gdy zauważyli bezskutecz­ność, pod Zygmuntem, Puławski pierwszy, a potem Czyński się wymknęli. Dopiero teraz, gdy już nie było Czyńskiego, lud przy­stąpił do dzieła teroru i mordował rzekomych, czy rzeczywistych zdrajców (V, 100).


Do Klubu Patriotycznego wraz z Czyńskim należeli w Warszawie ludzie o wielkich walorach, jak Lelewel, Moraw­ski i wielu innych. Towarzystwo to stało na wysokim poziomie. Nie było to żadna kamorra czy mafia tajna.


Po upadku ostatniego wielkiego boju o wolność na­rodu polskiego ze swymi ciemiężcami, znalazł się Jan Czyński na emigracji wraz z całą śmietanką patriotyczną. Brał tutaj żywy udział w życiu publicznym uchodźtwa, broniąc wszędzie sprawy demokracji i znajdował się w opozycji do obozu Białych, któ­rzy grupowali się około Czartoryskiego i posiadali zachowawcze nastawienie.


Czyński należał do redakcji czasopisma Postęp w roku 1834, zaś w r. 1835 redagował wraz z Szymonem Konarskim „Północ”. Współpracował on także w demokratycznych czaso­pismach w języku francuskim: Le peuple, La Tribune, Le Re­formateur, Le Constitutionel. Czyński w roku 1843 stworzył so­bie własny organ p. t. „Echo z miast polskich”, z którego się ukazało 24 numerów. Zadaniem tego czasopisma było wedle redaktora podnieść mieszczaństwo polskie, przypominać mu jego obowiązki i pokazywać mu też jego prawa.


Czyński pracował w Paryżu też w księgarstwie, i szedł Polakom żądnym wiedzy mocno na rękę przez wypożyczanie książek naukowych do domu. Seweryn Goszczyński pisze dnia 31/V. 1893 do Siemieńskiego: „Dotąd najkorzystniejszym jest dla mnie odnowienie stosunków z Czyńskim. Trzeba Ci wiedzieć, że on stoi na czele jednej księgarni i czytelni, głównie dziełom ekonomicznym poświęconej. Otóż jest tak łaskaw, że mi daje wszystkie dzieła ze swojej czytelni na wieś, na czas, jaki mi się podoba” (str. 52).


Czyński mimo swych zajęć różnorakich, nie zaniedbywał też i właściwej literatury. Ogłaszał moc książek na emigracji, tu i ówdzie po polsku, ale przeważnie po francusku. Żyjąc przez liczne lata w środowisku cudzoziemskim, mogąc liczyć jako emi­grant tylko na odbiorców Francuzów, musiał się postarać o swojszczyznę w języku republiki trójkolorowej. Ogłosił on cały sze­reg rzeczy z zakresu historiografii popularnej, ekonomii, bele­trystyki i t. d. Najważniejsze jego publikacje książkowe są: Deux mots sur les Allemands (r. 1932), Jakubini polscy (r. 1833), La nuit du 15 Aout (1831), Histoire de Pologne (1836), La revolte des Circassiens (1837), L'avenir des ouvriers, rzecz tłumaczona na język angielski, niemiecki i portugal­ski (r. 1839), Colonisation d‘Algier d‘après la theorie de Ch. Fourier (1839), Biographies Polonaises w wydawnictwie Bio­graphies des hommes du Jour, La Russie pittoresque (1840).


Czyński był też autorem kilku sztuk dramatycznych, jak Le Roi des paysans, Le Buffon, grane w teatrze Porte St. Martine w Paryżu.


Miał on też samodzielne pomysły społeczne. Umieścił włas­ny plan o Utworzeniu Gminy w „Polsce Chrystusowej” Ludwi­ka Królikowskiego.


W późniejszych latach przeniósł się Jan Czyński do Lon­dynu.


Powstanie styczniowe jeszcze zastało Czyńskiego reagują­cego żywo na wypadki. W latach 1863—1864 redagował on czasopismo „La Pologne”. Swój żywot skończył Jan Czyński w r. 1867.


Czyński był to pisarz niezwykle wszechstronny i aktywny, obecnie w zupełności zapomniany, przydałaby się wyczerpująca monografia o nim.



II



Czyński należał do bardzo nielicznych frankistów, którzy mieli jakiś pozytywny stosunek do narodu żydowskiego. Czyń­ski był wielkim patriotą polskim, ale nie mniej pamiętał o ludzie, z którego wyszedł i kruszył nieraz kopie w obronie Żydów, tak w życiu, jak i w literaturze.


O jego żydostwie pamiętali zawsze wszyscy przeciwnicy demokracji. Ignacy Domejko w swych Pamiętnikach (Kraków, 1908) pisze z przekąsem: „Było też w owym kole demokratycznym (w Paryżu) dwóch, jak powiadają, przechrztów” (str. 116). Jedynym z nich był J. Czyński, drugim Krępowiecki. Do Czyńskiego odnosi się ów czterowiersz pełen piołunu Adama Mickiewicza, który zresztą i sam nie był stuprocentowym sło­wianinem:


Wpół jest Żydem, wpół Polakiem,

Wpół jakobinem, wpół żakiem,

Wpół cywilnym, wpół wojakiem,

Lecz za to całym łajdakiem”.


Wprawdzie Jan Czyński na emigracji żadnym łajdactwem się nie splamił, ale posiadał inny większy grzech, był Czerwonym i do tego frankistą. Adwersariusze Czyńskiego tłumaczyli sobie zachwyt jego dla dekabrystów tym, że Pestel przyrzekł nieszczę­śliwym Żydom na brzegach Azji stworzyć Izraelię (Władysław Mickiewicz, Pamiętnik II, 203).


Czyński jako szef sztabu w Lublinie ujął się za Żydami, gdy wnet po wybuchu powstania listopadowego tłum w tym mie­ście chciał się rzucić na nich, za to się ociągają od służby wojskowej; posądzano ich przy tym o szpiegostwo i zdradę. Czyński uspokoił pospólstwo, wezwał notablów żydowskich do synagogi, przemówił do nich. Następstwem czego było ochotni­cza formacja żydowska z pośród Żydów lubelskich (Hollenderski, str. 134).


W Paryżu dom Czyńskiego stał otworem dla wszystkich biednych uchodźców, którzy uciekli z pod tyranii cara. Nieje­den z tych nieszczęśliwców, dzięki staraniom tegoż, znalazł

miejsce i pomoc. Dom księcia Czartoryskiego, początkowo obo­jętny dla Żydów, zmienił dzięki wpływowi Czyńskiego, swoje ustosunkowanie wobec nich. Księżna Cartoryska wydała polece­nie na emigracji, żeby popierać każdego Żyda, który się zgłosi z poleceniem Czyńskiego (ib. str. 137).


Zachowanie się życzliwe Czyńskiego wobec Żydów było niewątpliwie emanacją cierpień człowieka odosobnionego jako meches w społeczeństwie polskim, który był za dumny, aby gorzkie pigułki połykać i przesadzać w mimicry. Utyskiwał on nie­raz na izolację potomków przechrztów wśród Polaków. Czyński się szczycił dwomami przyjaciółmi Polakami, „poetą narodowym”, Antonim Góreckim i „słynnym męczennikiem”, Szymonem Ko­narskim (Israel en Pologne, p. 21). Szymon Konarski był pro­testantem.


Znamienne są jego wypowiedzenia pozytywne odnośne do Żydów w niektórych jego powieściach.


Dużo ciepłych, serdecznych słów, świadczących o niegasnącej świadomości dziejowej powiązania z własnym pniem Izraela, mimo wielkiego patriotyzmu polskiego autora, znaleźć można w opowiadaniu Czyńskiego p. t. Jakobini polscy, powieść histo­ryczna z czasów rewolucji 1830, która się ukazała poraz pierw­szy w r. 1833 i została parękrotnie przedrukowana (Joanna Gru­dzińska, Wielki Książę Konstantyn). Występuje w tej powieści

parę postaci żydowskich na tle wypadków, które wyprzedziły powstanie listopadowe i słyszymy różne wynurzenia ich, moc sentencyj, obrazujących myśli samego Czyńskiego o położeniu Żydów i ich cierpieniach, marzeniach, o ich separatyźmie i też o ich dodatnich stronach. Jedna z figur powieści, moralnie zwichnięta, powiada:


Jako Żyd i za to tylko, że Żyd, odepchnięty od wszel­kiego honorowego towarzystwa, upokorzony, prześladowany, po­gardzony, cierpiałem bez winy, za to tylko, żem się nie urodził z matki katoliczki. Dusza moja wrząca, nie mogła znieść zarazem ubóstwa i niezasłużonego prześladowania, pogardziłem rodem ludzkim, postanowiłem być bogatym i w rozkoszach, jakie za­możność rodzi, utopić niezasłużone cierpienia”. (Jakobini polscy, Warszawa, 1907, str. 49).


W obliczu faktu, że minister skarbu Królestwa kongresowe­go Lubecki wydał zarządzenie, że Żyd, przychodzący do War­szawy, ma zapłacić kopytkowe, tak samo, jak bydło rogate, skarży się Żyd w tej powieści: „Dusza moja bolała na wzgar­dę, na niesprawiedliwość, która za to nas prześladuje, że jesteś­my stali wierze przodków naszych”.


Jedna z figur powieści tej, chrześcijanka Emilia, która sko­rzystała z pomocy Żydówki Noy, pyta się ze zdumieniem: „Oskarżają powszechnie cały naród starozakonnych, że oni są nieżyczliwi chrześcijanom, że ich uważają za pogan, za wrogów. Skąd to pochodzi, Noo, że Ty, odróżniając się od Twoich współwyznawców, niesiesz pomoc nieszczęśliwej katoliczce?” Na to odpowiada Żydówka: „Emilio! tyrani, co świat uciskają, starają się różnić pomiędzy sobą bratnie ludy, aby łatwiej nad roz­dzielonymi panować. Fanatycy służą im za narzędzie i głoszą, że my ukrzyżowali Chrystusa, że my dziecka chrześcijańskiego po­trzebujemy do naszych sprośnych obrządków. O! nie wierz tym bezwstydnym, tym potwarczym kłamstwom; nasz wielki prawo­dawca, równie jak i wasz Chrystus, każe kochać bliźniego i dzie­lić się z cudzoziemcem: „jedno i toż same prawo, powiada Moj­żesz, będzie obowiązywać was i obcych, którzy mieszkać będą między wami. Nigdy ich nie będziecie uciskać, ale kochać, jak samych siebie, bo wiecie, jaką trwogę cierpie serce cudzoziemca, bo wyście tego doświadczali w Egipcie”. Przyjdzie czas, że wy,

Polacy, oddacie nam sprawiedliwość”.


Żyd w ucisku nie zapada w depresję. Gdy car Mikołaj I pastwił się nad żydostwem rosyjskim, Żydzi wyglądali bliskie­go zjawienia się mesjasza. Kreślą to słowa jednego z Żydów w wspomnianej powieści Czyńskiego: „Ojcze mój, więc zbawie­nie Izraela nastąpi za panowania Mikołaja! za chwilę gojmy nie będą na lud wybrany rzucać kamieniami… Słuchaj mnie, Jaku­bie! Dowiadujesz się, że przedwieczny wkrótce ześle zbawcę… Zapowiedziane przez proroków spełniają się znaki, przedwiecz­ny zaślepił Faraona. Najwyższy objawił się w jednej chwili starszym nad brzegami Newy, Borystenu i Wisły i rzekł: „Wy­trwaj, Izraelu, za panowania Mikołaja koniec twej niewoli”… Spojrzyj teraz na liczbę naszych, mimo ucisku mnożą się, jak piasek w morzu. Niemowlęta, włócząc się po ziemi, czytają pi­smo święte, z mlekiem matki wsysają pamięć chwały wybrane­go ludu, ćwiczą umysł i górują pomiędzy mędrcami świata. Me­sjasz ukaże się wybranym jako rycerz, jako zwycięski wojow­nik” (str. 279).


Czyński poświęcił Żydom też specjalne prace, które ogłaszał w Archives Israelites w Paryżu, z których też niektóre wyszły później jako samodzielne odbitki: Question des Juifs polonais envisagée comme question européenne, Paris, 1833 (rzecz tłumaczona też na język niemiecki i angielski, która też wywoła­ła odgłos, list ciepły, mocno sympatyczny ze strony członka Izby Deputowanych w Paryżu, Crémieux, Żyda francuskiego, późniejszego ministra), Le reveil d'Israel 1847, Israël en Pologne, Lettres adressées aux Archives Israélitës, 1861.


Z głębokim ciepłem odczuł Czyński ból Izraela, aczkolwiek potępiał ich „zabobon” (naturalnie jako frankista): „Blamując ich superstycję, nie potępiajmy ich ducha narodowego i nadziei, którą odczuwają, Mesjasza czy Oswobodziciela. Rozważając smutne położenie Żydów pod władzą carów, ich starożytną chwa­łę, ich ustawodawstwo, oparte na zupełnej równości, przypomi­nając sobie ich niezliczone ofiary przekonania, czy możemy im z tego zrobić zarzut, że śnią o swym wyzwoleniu? Przeciwnie, powinniśmy podziwiać wytrwałość tych demokratów, ich uwa­żać za prawdziwych męczenników swych przekonań, świadomości. Odnośnie do zarzutu nienawiści Żydów wobec obcych, jest w tym przesada, poza tym nienawiść ta nie pochodzi z instytucyj Mojżesza” (Queestion des Juifs polonais, str. 24).


Czyński napisał przedmowę do książki francuskiej Żyda polskiego Leona Hollenderskiego p. t. Les Israelites de Pologne (Paris, 1846), z której tutaj zacytuję niektóre ciekawe zdania, charakterystyczne dla poglądów tego frankisty, katolika w trze­cim pokoleniu. Uważa się on za stuprocentowego katolika, i w tym charakterze chce tłumaczyć swoje stanowisko apologetyczne w stosunku do Żydów, dla których jego serce jeszcze zawsze biło: „Katolikiem będąc wedle przykazań dobrze pojętych mej religii, od lat piętnastu poświęcam swe pióro i swe słabe środki sprawie izraelickiej, emancypacji zupełnej dwóch i pół miliona moich kompatriotów religii mojżeszowej” (str. XII). Czytamy tutaj dalej: „Wyrzekaj się wiary twych ojców, zapomnij na zaw­sze twoją chwalebną przeszłość, rezygnuj z praw, którym cała rasa twa była posłuszną przez tyle wieków, przestań skierować twe modlitwy do najwyższej Istoty w języku ojczystym, wierz w to, w co my wierzymy, przyjmuj nasze obyczaje i nasze zwyczaje“, oto był język, którym w imię swej religii mówili chrze­ścijanie w średniowieczu, grożąc Izraelowi mieczem zagłady. Ra­sa, która dała światu Mojżesza i Chrystusa, rozpędzona po zbu­rzeniu Jerozolimy, domagała się od narodów cywilizowanych tylko gościnności i miejsca w słońcu i chrześcijanie sami, prokla­mując za podstawę swej wiary miłość i braterstwo, odpychali swych bliźnich, ranili ich sumienie, prześladowali ich religię i wydawali ich na katusze inkwizytorów i udręki katów”. Sło­wa mocne, odważne, na które sobie pozwolił człowiek, który uchodząc za wierzącego chrześcijanina, chciał właśnie ze sta­nowiska etyki chrześcijańskiej, przedstawić całą zgrozę prześla­dowań antyżydowskich.


W książce swej Israel en Pologne, Paris, 1861, umieścił Czyński również wiele mocnych akcentów prożydowskich. Na stronicach 44—45 przedrukował w przekładzie francuskim cały artykuł pełen entuzjazmu żydowskiego z tygodnika warszawskie­go p. t. Jutrzenka o chlubnym znaczeniu wyrazu Jehudi (Żyd). Na stronicy 28 opowiada, że otrzymał z Londynu pismo od Be­niowskiego (neofity również nastawionego przychylnie wobec swych byłych współwyznawców, zobacz artykuł o nim), w któ­rym tenże wyraża swoje zdziwienie, że on, Czyński, używa wy­razu Żyd, zamiast „Izraelity”. Na to zareagował Czyński: „Czy należy unikać posługiwania się wyrażeniem, na którym nietole­rancja wyryła piętno niezasłużone? Czy nie jest lepiej je reha­bilitować? Jeżeli w czasach ignorancji i barbarzyństwa, wyraz Żyd oznaczał tchórzliwego i pogardliwego egoistę, czy nie jest koniecznym ten wyraz w naszej epoce nobilitować i mu nadać z powrotem jego znaczenie prawdziwe męczennika, który się wy­wyższa i pragnie przez swoje ofiary i poświęcenie zająć miej­sce sprawiedliwe w rodzinie ludów”.


Czyński zużytkował motyw żydowski też w swojej powieści „Król Chłopków” (Le Roi des Paysans), która trzykrotnie zo­stała przedrukowaną w oryginale francuskim, oraz też wyszła w przekładzie niemieckim. Opowiada on tam o Kazimierzu Wiel­kim, znakomitym prawodawcy polskim i jego przywiązaniu do Esterki, „która, podniesiona do najwyższej łaski królewskiej, nie zapomniała o swych braciach” (własna charakterystyka tej powieści przez Czyńskiego, Israel en Pol., str. 21).


Opisana miłość żarliwa Esterki, oddalenie się jej od swo­ich, zmartwienia, które powodowała najbliższym, a ku końcowi tragiczny finał, gdy król Kazimierz przyjaciel-protektor zamyka swe oczy i żegna się z życiem doczesnym. Król Ludwik obejmu­jący tron w Krakowie, nie chce, aby jego rezydencja była na­dal zbrukaną przez niewierną. Gwardia zamyka jej drogę do pałacu. Żyd Ben-Josef, który ją zawsze ostrzegał, pokazuje jej teraz los opuszczonych braci. Wygnana nagle z apartamentów królewskich, idzie Esterka w tułaczkę, przez miasto i widzi jak chuliganie pastwią się nad Żydami i wypędzają ich z Krakowa.


Esterka urasta u Czyńskiego do rozmiarów symbolu trage­dii uciekinierów, odwracających się dla własnych korzyści, od swego historycznego społeczeństwa. Ostatnie słowa tej powie­ści brzmią „Kara jej była straszną, jej, która zapomniała swoją rasę i przyprawiała rumieńce wstydu swemu ojcu. Więcej ona swego dziecka nie zobaczyła. Szlachta na nią wskazywała pal­cami, znieważała ją, szydziła z niej. Swoi nie chcieli jej więcej przygarnąć. Znaleziono ją martwą nad grobem ojca swego“.


Powieść ta cieszyła się ongiś wielką wziętością. Trzykroć została przedrukowaną w oryginale francuskim, oraz też wyszła w przekładzie niemieckim. Dziś należy ona do rarytasów biblio­tecznych. Sic transit gloria mundi.


Podobny temat stanowi również wątek powieści Czyńskiego p. t. Le fils de Juive. Kreślony los mieszańca Niemiry, syna Esterki po śmierci króla. Każdy w nim widzi li tylko Żyda. Oderwany od matki, nie przygarnięty przez swych rodaków ze strony ojca, zawisł w powietrzu. Pragnąłby służyć krajowi, ale go odpychają.


Pracę publicystyczną, stanowiącą kronikę bieżącej chwili, obejmującą wydarzenia dnia za stanowiska żydowskiego, różne ciekawe aktualia historyczne i statystyczne z onego okresu, wy­dał Czyński w roku 1848 pod tytułem „Le reveil d‘Israel”.


Poza tym ogłosił Czyński różne artykuły i opowiadania p. t. „La tache du sang“, plama krwi, Sara Grünberg i t. d. (w Archive Israelites w Paryżu). Publikacje powyższe, których już sam tytuł mówi dużo, pisał Czyński, jak to sam podkreśla, tylko po to, aby „pozyskać sympatie dla dwóch i pół miliona mych braci zapoznanych i prześladowanych (je n‘ai d‘autre désire, que celui de provoquer la sympathie pour deux millions et demi de mes fréres mé connus et persecutês (Israel en Pologne, str. 21).


Mocny człowiek, który mimo, że mógł inaczej, utożsamiał się z grupą słabą, nękaną, prześladowaną w myśl słów Catona: res victrix placuit deis, res victa Catoni. Katon stoik nie liczył się z splendorem siły będącej górą, tylko ze słusznością, która często wcale nie kroczy na tym padole ziemskim ze sztandarem victorii.



LUDWIK ĆWIKLIŃSKI (?)



W zaborze austriackim przed wojną grał poważną rolę na domenie szkolnictwa tajny radca Dr Ludwik Ćwikliński, szef sekcji (naczelnik departamentu) w wiedeńskim Ministerstwie wyznań i oświaty. Przez niejaki czas był on wiceprezesem koła polskiego w parlamencie austriackim. Ćwikliński znany był ze swego sprzyjania szkolnictwu słowiańskiemu w Austrii i z na­rzekań Niemców austriackich na jego stronniczość w stosunku do nich. Opowiadano jednak o nim, że jest nowochrzczeńcem po­chodzenia żydowskiego, którego nazwisko brzmiało pierwotnie Zwickel lub Zwicklitz i je sobie później po przejściu na chrze­ścijaństwo spolszczył (Heimdall, Nr. 7, r. 1910, Semigotha, str. 534). Bliższych szczegółów brak. Czy to może było tylko insynuacja bez podstaw wrogich mu Niemców, mająca przeciw­nika skompromitować?



DAWIDSONOWIE



Z gałęzi tej rodziny przeszłej na wyznanie ewangelicko-re­formowane wybił się w przemyśle Stanisław Dawidson (1862—1926), dyrektor Towarzystwa Górniczo-przemysłowego „Sa­turn” w Sosnowcu, oraz Towarzystwa „Progres” w Kato­wicach (Reychman, str. 46). Zmienił on wyznanie w r. 1895 (Jeske-Choiński, str. 126).



BOGUMIŁ DAWISON



Jednym z najwybitniejszych aktorów, których ziemie sło­wiańskie kiedykolwiek wydały był niewątpliwie Bogumił Dawison (1818—1872): „Przez całe życie swoje gonił za sławą, a był szczęśliwszy od wielu, zdobył ją w takim stopniu, w jakim tylko nielicznym udaje wybrańcom” (Tygodnik Illustrowany, rok 1872, str. 68). „Najznakomitszym z artystów dramatycz­nych niemieckich" (Kłosy, XIV, 239).


Życie jego brzmi jak romans, jak bajka migająca się gamą barw tęczy. Urodził się jako syn ubogich rodziców żydow­skich w Warszawie, którzy zajęci troską o suchy kawałek chleba, nie mogli łożyć na jego wychowanie. Już jako dwunastoletni chłopak musiał zarobkować.


Z początku trudnił się przepisywaniem akt w biurach sekwestratora dla kolektorów loteryj. Po wielkich mozołach uda­ło mu się dostać w szesnastym roku życia do redakcji Gazety Warszawskiej jako przepisywacz. Dla niego to był sukces nielada. Wprawdzie musiał ślęczeć od rana do wieczora nad me­chanicznym kopiowaniem obcych płodów umysłowych, ale w każ­dym razie jego zajęcie znajdowało się już na rubieży królestwa ducha. Tu i ówdzie udawało mu się ogłosić jakiś mały artykulik w gazecie, gdzie miał swoje kancelaryjne zajęcie.


Długo jednak i tutaj nie wytrzymał Dawison, którego Opatrzność przeznaczyła do większych rzeczy. W siedemna­stym roku życia obeznajmia się Dawison z początkowymi zasada­mi sztuki scenicznej, wstępuje do szkoły dramatycznej, a w roku 1837, w 19 roku życia występuje po raz pierwszy na deskach teatralnych. Warszawa z niego nie była zadowolona. Próbom jego aktorskim nie towarzyszyły wawrzyny w syrenim ogrodzie.


Jak każdy prawdziwy talent, który czuje iskrę Bożą w swych piersiach, nie zraził się wcale Dawison początkowym niepowodzeniem. Był to raczej stymulans do dalszej pracy nad sobą. Wyjechał do Lwowa w zaborze ówczesnym austriackim, gdzie hrabia Skarbek otrzymał właśnie przywilej na teatr polski. Hrabiemu Skarbkowi się spodobał młody aktor i zaangażował go. Po kilku latach pobytu w stolicy ówczesnej Galicji, opuścił Da­wison Lwów — małostkowe „przykrości, których doznawał na scenie od swych kolegów mu zazdrosnych” skłoniły, aby spróbo­wał swe siły na scenie niemieckiej.


Dawison wydostał się z dusznej prowincji w szeroki świat i jednym zamachem zdobył publiczność. W r. 1847 został zaan­gażowany w teatrze w Hamburgu, „gdzie od razu zyskał ogól­ne uznanie swego talentu, a niezadługo stał się ulubieńcem hamburskiej publiczności”.


Rozgłos jego sztuki scenicznej, jego sława aktorska szybko się rozeszły. W r. 1849 dyrekcja teatru zamkowego (Burgtheater) we Wiedniu, mającego swoją markę międzynarodową zaprosiła go na gościnne występy. Przybył, publiczność wiedeńska znana ze swego rozpieszczenia przez dobrych artystów. Melpomena go zobaczyła i on zwyciężył. Uzyskał naraz świetne przyjęcie, oraz też dostał zaszczytne a zarazem korzystne miejsce w gronie ak­torów sceny Burgu. Tu znalazł Dawison właściwe pole dla swego bogatego talentu. Wytrwałość jego została wynagrodzona. Odtąd sława jego jeszcze bardziej rosła.


W kreacjach jego niezwykłych typów ludzkich była jakaś demoniczna siła, wychodząca bezpośrednio z jego ognistej organizacji i udzielająca się wszystkiemu co go otaczało. Niemcy nazywali go „eine polnische Furie”. Właśnie ta dynamika szaleń­cza, ta furia polska stanowiła największą cechę jego artystycznej indywidualności”.


Dawison nie trzymał się utartego szablonu tradycji aktor­skiej, on na tej dziedzinie był innowatorem, twórcą nowych form ekspresji, zdrojem i krynicą nieznanych dotychczas nurtów ar­tyzmu „potargał on zuchwale tradycje zimnego klasycyzmu, od najdawniejszych czasów na scenie niemieckiej panującego, a od­słonił świat nowy nie znający granic, jak głębokie i bezgraniczne są sfery, w których duch ludzki objawić się może. Uczucia najsubtelniejsze jak i najgwałtowniejsze umiał on nie tylko ze zdu­miewającą potęgą wydobywać, lecz zarówno umiał przejmować dusze swych słuchaczy” (Encyklopedia Powszechna Ilustrowa­na, XV, 176). „Dawison był reformatorem sztuki dramatycz­nej niemieckiej i tu spoczywa tajemnica jego wziętości” (Kłosy, XIV, 239).


Dawison we wielkiej mierze zawdzięczał swe znaczenie i swoje bajeczne wyczyny aktorskie żmudnej, uczciwej pracy nad sobą. Już kiedyś powiedział Lessing, że jeszcze nie widział wiel­kiego geniuszu, któryby ogromu pracy nie był poświęcił nad so­bą. Dawison z natury „nie należał wcale do instynktownych szczęśliwców, którzy bez trudu i pracy wyrzucają z siebie twory bujnej imaginacji. Natura w zewnętrznym uposażeniu go, mniej może była hojną, jak dla wielu co jej dary zmarnowali. Cóż więc mu dało tak rozgłośne imię, tak wielkiego artysty? Oto duchem zespolił się z mistrzami poezji dramatycznej; głębokimi studiami nad historią, głębszą jeszcze analizą serc i namiętności ludzkich, kunsztownym wyrabianiem głów, nadzwyczajną plastyką poru­szeń, doszedł do tego, że stał się potężnym malarzem olbrzymich postaci” (Kłosy, r. 1865, str. 213).


Dawison mimo wielkich sukcesów za granicą nie zapomniał o kraju rodzinnym. Było to w r. 1865 w chwilach spoczynku w prześlicznej swej willi pod Dreznem, zatęsknił Dawison do od­dalonej rodziny, do swej matki zgrzybiałej, chorej, której od lat kilkunastu nie widział i zajechał na kilka dni do Warszawy. On­giś wyjechał stąd zapoznany, przez nikogo nie znany, teraz wrócił jako celebritas, jako triumfator z wyścigu światowego. Prasa polska współczesna notowała wówczas „Z niemałą pocie­chą przekonaliśmy się, że nie zapomniał ojczystego języka i tak nim włada w potocznej rozmowie, jak gdyby nie opuścił rodzin­ nego miasta" (Kłosy, r. 1865, str. 214, Jan Królikowski).


Warszawa uprosiła go na jedenrazowy występ na scenie Wielkiego Teatru, a to na cel charytatywny, na korzyść pogo­rzelców. Tłumy zbiegły się na salę teatru, aby „powitać i ucz­cić artystę, rodaka, który do świetnego wieńca przez całą Europę uwitego, zapragnął dołączyć skromny kwiatek, zerwany na zie­mi rodzinnej (ib.)“


Z Wiednia się przeniósł Dawison w r. 1854 po ukończeniu dziesięciolecia, na scenę drezdeńską.


Dawison zatęsknił też za laurami drugiej półkuli. Po upły­wie dziesięcioletniego terminu kontraktowego w Dreźnie, w ro­ku 1864 wybrał się on w przydłuższą wycieczkę artystyczną do Ameryki północnej. Była to podróż prawdziwie triumfalna. Po­wrócił z niej syt chwały i dolarów.


Szczęście promieniujące Dawisona nie było jednak długo­ trwałe. Stare przysłowie greckie powiada, że umiłowani przez Bo­gów krótko żyją. Nadludzkie wysiłki artystyczne szkodliwie od­działywały na jego fizyczny organizm. Umysł jego niebawem uległ rozstrojowi i zakończył swe życie w r. 1872 w zupełnym obłędzie.


O wielkim artyźmie Dawisona referuje z zagranicznych historyków sztuki aktorskiej E. Devrient w swej Geschichte der deutschen Schauspielkunst.


O Dawisome napisał Kraszewski monografię, znajdującą się dotychczas w rękopisie w Bibliotece Krasińskich w Warszawie (nr. 5127).


Dawison był dwa razy żonaty. Z pierwszej żony swej ze Starzewskich zostawił syna, który w r. 1872 kończył studia filologiczne na uniwersytecie lipskim.


Dawison był nietylko aktorem, miał on czasem też pociąg do twórczości literackiej, z którą się stykał już jako zupełnie mło­dy człowiek w redakcji dziennika. Pozostawił on po sobie pa­miątkę w dramacie „Noc i poranek” na język polski, przero­bionym z powieści Bulwera, oraz też napisał dramat w jednym akcie „Nasz Antoś”. Wydał też przekłady kilku komedyj, oraz powieści i noweli.


Dawison zmienił swoje wyznanie już w wczesnej młodości. „Izraelita” organ oświeconego żydostwa warszawskiego wspomi­na o tym, z okazji jego śmierci. „Jeden tylko błąd znajduje się w jego żywocie, błąd w który wpadło wielu przed nim i dziś jeszcze wpada nie jeden, iż ową niechęć, ową nienawiść odpy­chającą, zażegna ofiarą wyznania — ofiarę tę poniósł. Tam je­dnak gdzie on zaszedł, już znika człowiek wyznawca a jaśnieje mistrz, a kto w swej piersi czuje owo tchnienie Boże, ów praw­dziwy zapał dla sztuki, ten umie sobie i bez tego utorować dro­gę” (V, 43).


Fakt chrztu Bogumiła Dawisona nie był zdaje się swego czasu ogólnie Żydom znany. Hilary Nusbaum w swych „Szki­cach Historycznych z życia Żydów w Warszawie” (Warszawa, 1881) podaje jego wśród autorów wyznania mojżeszowego piszących w języku krajowym (str. 184).



DEMBOWSCY



Jeruchim Lipmanowicz, inaczej Andrzej Dembowski nale­żał do najściślejszego koła, które się grupowało koło Franka, je­szcze przed okresem gromadnego przejścia zwolenników tegoż na chrześcijaństwo (Kraushar, I, 78) i był mu wierny w okresie aresztu tegoż w Częstochowie (ib, I, 245); rozmowy z nim zostały zanotowane parękrotnie w Księgach słów „pańskich” ze­branych po Franku (ib. II, 347, 356). Jeruchim-Andrzej Dem­biński figuruje z obu Wołowskimi na odezwie offenbachskiej do ogółu Żydów w r. 1800, domagającej się od nich, aby ci się przyłączyli do sekty frankistowskiej. Należał on też do trójki ka­balistycznej, która dzierżyła prym duchowy w ośrodku frankistów po śmierci Franka.


Z Andrzejem Dembowskim przeszła na chrześcijaństwo w styczniu r. 1760 żona jego Anna Tekla oraz dwie córki El­żbieta lat 6 i Anna Elżbieta Katarzyna lata 4 (ib. I, 351, 376).


Dembowscy musieli wtedy być młodym stadłem małżeń­kim. Synowie dopiero później się urodzili. W powstaniu 17 kwietnia 1794 uczestniczyli dwaj neofici tegoż nazwiska, niewąt­pliwie synowe Andrzeja: Jan Dembowski i Joachim Dembowski. Jan Dembowski był sekretarzem Ignacego Potockiego i korespon­dentem tegoż z lat 1792—1794; listy o wypadkach z kwietnia 1794 do Ignacego Potockiego stanowią pierwszorzędny mate­riał, bardzo żywy i barwny do historii Warszawy w onych cza­sach. Joachim Dembowski był adiutantem księcia Józefa, obaj Dembowscy neofici w pałacu pod blachą. Należeli wedle słów Tokarza do rzędu „radykałów, ludzi zaciętych bezwzglę­dnych, odważnych, ale przeważnie prawych”. Jan Dembowski był jednym z najruchliwszych spiskowców, a gdy rosło oburzenie ludu w r. 1794 jednym z twórców teroru wobec zdrajców (Wac­ław Tokarz, Insurrekcja warszawska, Lwów, 1794, str. 12, 59, Władysław Smoleński, Stan i sprawa Żydów polskich w 18 wie­ku, Warszawa, 1876, str. 212, Stanisław Schnür Pepłowski, Lwów, 1894, str. 84). Gdy wieszano zdrajców 8 i 9 maja 1794 w Warszawie przewodzili pospólstwu Jan Dembowski, Marek Konopka i ksiądz Jelski.


Dalszy los obu Dembowskich nieznany.


Zdaje się, że nastąpiło pomieszanie tych Dembowskich-neofitów z Dembowskimi herbu Jelita starą szlachtą polską, stąd to nagle zniknięcie frankistowskich Dembowskich z widowni.


Encyklopedia Powszechna Orgelbranda notuje: Dembow­ski Jan, brat Ludwika Macieja, syn Andrzeja ur. w r. 1775 w Górce walczył w stopniu kapitana w powstaniu Kościuszkowskim. W r. 1794 zaciągnął się do legionów polskich odznaczył się pod Trebia i Novi; w r. 1809 dowodził dywizją pod Lecchi i Pino. W r. 1810 jako generał był kilkakrotnie ranny. W r. 1813 atakował Austriaków pod Valteną i był komendan­tem placu i gubernatorem Ferrary. Po upadku królestwa włos­kiego, ożenił się z Visconti. Syn ich Karol ogłosił książkę podróż­ niczą p. t. Deux ans en Espagne et en Portugal pendant la guerre 1838—1841 (IV, 927).


Jan syn Andrzeja, który uczestniczył w powstaniu Kościusz­ki wydaje się być nikim innym jak wyżej opisanym frankistą Ja­nem Dembowskim synem Andrzeja. Sprawa się jednak kompli­kuje o tyle, że tutaj bratem jego Ludwik Maciej, a nie Joachim. Jest jednak rzeczą możliwą, że był i trzeci brat. Poza tym pozostaje jeszcze niewyjaśnionym skąd miejsce urodzenia Górka?

Zaglądamy do herbarzy. Uruski wyliczając wszystkich zna­nych Dembowskich ze starego rodu szlacheckiego nie wspomina, ani o Andrzeju Dembowskim, ani też o jego synach (III, 143). Inaczej jednak sprawa się przedstawia u Bonieckiego (IV, 247). Bez podania genealogii, bez wzmiankowania nawet ojca An­drzeja wyskakują u niego nagle: Ludwik i Jan z Dembowskich. Widać, że nie wiedział jak ich ulokować. Podawali się i ucho­dzili też obaj, za członków znanej starej rodziny Dembowskich. Boniecki tego nie kwestionował. Nie mogąc się jednak z nimi uporać, wsadził ich pośród ogólnego przeglądu Dembowskich bez związku, koneksji i łączności wewnętrznej.


Dembowscy neofici zgubili się wśród rdzennej szlachty tego samego nazwiska. Przykładów tego rodzaju moc. Była o tym mowa już w wstępie.



DOBROWOLSCY



Wśród neofitów nobilitowanych za czasów Stanisława Au­gusta Poniatowskiego było kilku Dobrowolskich, których dalsze potomstwo znane, a mianowicie:



DOBROWOLSCY HERBU ODYNIEC



Jan Dobrowolski herbu Odyniec umarł w okresie nobilita­cji i zostawił trzech synów, którzy w r. 1780 otrzymali ponownie szlachectwo: Felicjan w zakonie Bazylianów, Piotr komornik Orszański i Wincenty.



DOBROWOLSKI HERBU NIECZUJA



Dobrowolscy herbu Nieczuja mieszkali na Wołyniu w ro­ku 1852, kiedy zostali wciągnięci do ksiąg szlachty miejscowej, przy sposobności rejestracji (Uruski, III, 192).



DOBROWOLSKI HERBU NOWINA



W r. 1795 Antoni Dobrowolski herbu Nowina był właści­cielem Nasiad (Boniecki, IV, 328).



DOBROWOLSKI (VON BUCHENTAL)



Herb i nobilitację otrzymał w r. 1764 Teodor Dobrowolski. W r. 1818 uzyskała rodzina tych Dobrowolskich szlachectwo bukowińskie-austriackie z tytułem Ritter-kawaler (Ritter von Buchenthal). Z jego potomków w połowie 19 wieku byli: Grze­gorz dziedzicem dóbr Robertsie i Dobromoutz na Bukowinie, Teodezy panem Kalinestie, Teodor właścicielem majątku Michalcik w Galicji ówczesnej, Jan pułkownikiem wojsk austriackich.


Z domu Dobrowolską von Buchenthal była matka wielkie­go właścicela dóbr w powiecie sereckim na Bukowinie i posła do parlamentu austriackiego Teodora Ritter von Flondor.


Historia rodziny Dobrowolskich von Buchenthal stanowi osnowę powieści Karola Emilia Franzosa (Aus Halbasien Zweiter Teil).


(Boniecki s.v., Uruski s.v., Semigotha str. 545).



DOBROWOLSCY HERBU DOLIWA



W r. 1775 uzyskał wedle Małachowskiego jakiś bliżej nie­znany neofita Dobrowolski szlachectwo. Jerzy hr. Borkowski w swym „Spisie nazwisk szlachty polskiej” (Lwów, 1887) wy­mienia jako nobilitowanego w r. 1775 Dobrowolskiego herbu Doliwa, bez wzmianki neofickiego pochodzenia. Nie ma o tym wzmianki też w innych herbarzach, jednakowoż Semigotha za­licza wyraźnie Dobrowolskich herbu Doliwa, między neofitów. Zdaje się, że to była jakaś starsza rodzina neoficka, która rela­tywnie późno uzyskała klejnot szlachecki. Tomasz Doliwa-Dobrowolski był już w roku 1722 kapitanem wojsk polskich, jego syn Tomasz był właścicielem majątku Czeczełówki w woje­wództwie Bracławskim. Potomkowie tegoż legitymowali się ze szlachectwa w r. 1849 na Podolu. Ksawery Dobrowolski Do­liwa był w r. 1904 właścicielem Poszywiniec w okręgu wołkowyskim i zaślubił Władysławę Rybaczewską (Semigotha, str. 543).



DOBRZYŃSCY HERBU KANDOR



Po Franciszku Andrzeju nobilitowanym w r. 1764 syn Dominik zaślubił Apolonię Staniszewską.


Synowie Dominika: Władysław ur. w r. 1828, który służył w wojsku rosyjskim, oraz też Henryk i Ignacy ur. w r. 1827, wzgl. w r. 1832.


O dalszym potomstwie tychże i ich dalszych filicjach nie donosi ani Boniecki (IV, 345) ani też Uruski (III, 203) w swych herbarzach.



MARIA HRABINA DROHOJOWSKA



Władysław hrabia Drohojowski (ur. w r. 1825) pan na Turce i Falowcach w powiecie kołomyjskim, ongiś konsul au­striacki w Warszawie zaślubił Marię z baronów Brunickich (Brunsteinów neofitów) urodzoną w r. 1842, córkę barona Le­ona na Zaleszczykach i Marii z Drohojowskich (Borkowski, str. 223).



DZIOKOWSCY



Dziokowscy herbu Trąba, neofici nobilitowani w r. 1765, raźno wspinali się w górę na drabinie zaszczytów społecznych i aliansów rodzinnych. Protoplasta tej rodziny nowochrzczeniec Andrzej został odznaczony tytułem wojskiego owruckiego i był dziedzicem dóbr Hotobutów na Rusi Czerwonej w r. 1775. Je­den z jego synów Józef obrał karierę duchową i został opatem konwentu Bazylianów w Żółkwi w r. 1782. Wnukowie jego z dalszych synów Andrzej i Jakub Dziokowscy byli w r. 1817 członkami Stanów galicyjskich.


Jakub dziedzic Hotobutowa, zaślubił Katarzynę Olszewską i z niej miał córkę, która wyszła za wysokiego arystokratę, za Waleriana hrabiego Tarnowskiego.


Córka hr. Waleriana Tarnowskiego pochodząca po kądzieli od Dziokowskich, neofitów, zaślubiła w r. 1879 markiza Ka­rola Gordona. (Boniecki, III, 367, Semigotha, str. 548).



LUDWIK EHRLICH



Ludwik Ehrlich (ur. w r. 1889) doktór praw uniwersytetu lwowskiego, bachelor (bakałarz, baccalaureatus) of letters sta­rego, angielskiego uniwersytetu w Oxfordzie, który wykładał ja­ko lecturer w uniwersytecie kalifornijskim w Berkeley w latach 1917—20, i od r. 1920 uczy jako profesor prawa narodów i ogól­nej nauki o państwie w uniwersytecie lwowskim, jest neofitą, młodej daty. Ojciec jego, adwokat Norbert Ehrlich ziemianin zamieszkały w skałackim, który wykonywał przez niejaki czas urząd obywatelski marszałka powiatowego był dobrym Żydem, a nawet przestrzegał przepisów religijnych. Matka jego była z Bernsteinów.


Ludwik Ehrlich początkowo badał kwestie wewnętrznego prawa państwowego i ogłosił pracę p. t. Starostwo w Halickim w stosunku do starostwa lwowskiego w wiekach średnich 1919, Proceedings against the Crown (1216—1377) 1921 (Procesy przeciwko koronie, 1216—1377). W r. 1926 przeszedł Ehrlich z poważniejszą pracą na arenę prawa międzynarodowego „Gdańsk zagadnienie prawa publicznego”, następnie publikował on:„Prawo narodów” tom I, 1927, tom II, 1932 (Biblioteka pra­wa politycznego i prawa narodów). W r. 1929 wydał Ehrlich w języku francuskim pracę o interpretacji traktatów (Interpreta­tion des traités). W r. 1935 ogłosił Instytut prawa konstytucyj­nego i prawa międzynarodowego (Instytut de Droit Constitutionel et de Droit International) we Lwowie, pracę Ludwika Ehrlicha w języku francuskim na temat rozwoju prawa ludów i zagadnienia bezpieczeństwa zbiorowego, uszanowania dla zobowią­zań międzynarodowych, rewizji traktatów i sytuacji międzynaro­dowych, problemu sporów prawnych i konfliktów interesów (Le developpement du droit des gens et le probleme de la securité collective, — Le respect des engagements internationaux. — Le probléme des litiges juridiques et des conflits d‘interets).


Jako specjalista polski od zagadnień międzynarodowych za­siadał Ehrlich w charakterze sędziego wydelegowanego przez państwo polskie, w latach 1927/8 w Stałym Trybunale sprawie­dliwości w Hadze.



EPSTEINOWIE



Jakub Epstein



Protoplasta tej rodziny Jakub Epstein (1771—1843), po­chodził z Pilicy, czy wedle innych z miasteczka Żarki i był sy­nem ubogich rodziców, którzy trudnili się wyrobem świec łojowych. Jakub Epstein osiedlił się w Warszawie podczas sejmu czteroletniego i dorobił się na fabrykacji rękodzielniczej świec stearynowych majątku, poczym stał się dzierżawcą monopolu rządowego w ostatnich chwilach przedrozbiorowej Polski. W in­surekcji Kościuszki uczestniczył jako oficer. Trudnił się też do­stawami dla armii rosyjskiej w okresie okupacyjnym, nim Prusa­cy zawładnęli krajem.


Dzięki swemu znacznemu majątkowi, należał Jakub Epstein do nielicznych Żydów, którym dozwolonym było, za Księstwa Warszawskiego mieszkać poza ghettem w Warszawie. W roku 1812 podczas przemarszu wojsk francuskich uzyskał Jakub Ep­stein, dzięki swoim zaletom jako dostawca, tytuł oficera.


Jakub Epstein, sam zresztą człowiek bez wyższego wykształ­cenia, ani in profanis, ani in judaicis, był człowiekiem niezwy­kle ambitnym. W r. 1829 otrzymał on nominację rządową na inspektora naczelnego szpitala Starozakonnych, później był on prezesem Rady szczegółowej Szpitala tegoż. Jakub Epstein brał też udział w wolnomularstwie polskim do którego należały wów­czas najpoważniejsze postacie z pośród narodu polskiego. Był członkiem lóż „Rycerze Gwiazdy” i „Bracia Zjednoczenia”.


Jakub Epstein lubował się w filantropii, złożył na fundusz budowy synagogi postępowej, znaczną owego czasu kwotę rubli 1500, przyczynił się szczodrze na szpital starozakonnych, oraz też przez swoje wpływy zachęcał innych, aby się przyczynili finansowo, żeby budynek monumentalny dla chorych Żydów, zo­stał wykończony. Z uwagi na swe zasługi dla dobra szpitala, otrzymał on od Komisji Rządowej dla Spraw wewnętrznych, no­minację na Inspektora jeneralnego w dozorze tej instytucji. Sobieszczański w swym „Rysie Historyczno-statystycznym Warsza­wy” (1848) nazywa Jakuba Epsteina gorliwym opiekunem i głównym dobroczyńcą wyznania mojżeszowego.


Jakub Epstein cieszący się mirem u władz, był pomawiany, że korzystał czasem z swych wpływów w sferach miarodajnych dla siebie, a to na szkodę ogółu. Frenk podaje w tym kierunku różne drastyczne szczegóły (II, 23—41).


Jakub Epstein pozostał Żydem do końca swego życia, tak samo też wytrwali jego synowie z wyjątkiem jednego w judaiz­mie. Trzecie pokolenie jego potomków już gremialnie przeszło na drugi front.


Synowie Jakuba Epsteina zajmowali wybitne stanowisko w społeczeństwie, posiadali kierownicze pozycje w życiu gospo­darczym i również w wielkiej mierze okazywali jeszcze zaintere­sowanie dla spraw żydowskich.



Józef Epstein



Józef Epstein syn Jakuba (1795—1878) był bankierem Komisji Rządowej przychodów i rozchodów Skarbu Królestwa Polskiego, współdziałał z domem bankowym Frankla przy po­życzce dla Skarbu w r. 1835 w wysokości złotych 150 milionów. Po śmierci ojca swego stanął on jako opiekun główny na czele Rady szczegółowej Szpitala Starozakonnych i starał się najusil­niej zapewnić mu dochody i go zmodernizować, wprowadzić wszelkie ulepszenia, jakie czas i nauki wskazują. Józef Epstein został za swe zasługi zamianowany przez rząd rosyjski, kawale­rem św. Stanisława.



Herman Epstein



Dalszy syn Jakuba, Herman (ur. w r. 1806, zm. 1865), był przedsiębiorcą przemysłowym w wielkim stylu. W r. 1836 został administratorem ceł królestwa polskiego. Na tym stanowisku przysłużył się on ogromnie społeczeństwu polskiemu. Obsa­dzał on miejsca w urzędach celnych ludźmi, którzy wskutek pow­stania listopadowego „spadli z etatu“. Tysiące rodzin, których chlebodawcy stracili sposób do życia, znalazło w ten sposób przez niego swe utrzymanie. Równocześnie na czele grupy rolni­ków i bankierów założył on cukrownię Hermanów, która wnet zajęła pierwsze miejsce wśród cukrowni istniejących w Królest­wie. W roku 1851 zorganizował Epstein Herman konsorcjum kapitalistów i uzyskawszy 450,000 rubli, założył wówczas naj­większą w kraju cukrownię Łyszkowice. Dzięki jego inicjatywie powstała cukrownia w Konstancinie. Szczytowy punkt swej działalności osiągnął Herman Epstein na polu kolejnictwa. W roku 1857 uzyskał Herman Epstein stojący na czele syndykatu, kon­cesję na budowę kolei warszawsko-wiedeńskiej z bocznicą Skier­niewice - Łowicz, którą państwowy zarząd skarbowy się przedtym mozolił przez dziesięć lat bez skutku, oraz też koncesję na budowę linij z Łowicza do Bydgoszczy i ze Ząbkowic do Katowic. Bankierem tego syndykatu była firma Rothschild w Frankfurcie. (Żydzi w Polsce odrodzonej, II, 438, 485, St. A. Kempner, Dzieje gospodarcze Polski, Anonim, Mieczysław Epstein, Szkic jubileuszowy, Warszawa, 1902).


Herman Epstein zażywał wielkiego miru u władz. W roku 1841 został on mianowany radcą handlowym, co wówczas nie było czczym tytułem. Łączyło z tytułem prawo zasiadania z gło­sem doradczym w obradach rządowej Komisji Skarbu. W tym charakterze brał on czynny udział we wszystkich sprawach, ma­jących na celu rozwój ekonomiczny kraju. Niejednokrotnie wzy­wany bywał na konferencje do Księcia Namiestnika, który przy

każdej sposobności cenił jego doświadczenie i kompetencje. Uzyskał on też uznanie za swe zasługi order św. Włodzimierza, na mocy którego synowie jego w r. 1868 podniesieni zostali do godności dziedzicznego szlachectwa.


Herman Epstein mieszkał w pałacu zbudowanym w stylu romańsko-renesansowym o kolumnach doryckich, wyobrażającym istnie pańską rezydencję na placu Krasińskich, który owego cza­su stanowił jedną z najgłówniejszych arteryj życia w Warsza­wie. W salonach jego zgromadziło się najlepsze towarzystwo warszawskie z Księciem Namiestnikiem na czele. Bywali tam i referendarze stanu i dyrektorzy Komisyj rządzących i jeneralicja i przedstawiciele arystokracji rodowej i reprezentacji nauki i sztuki. Herman Epstein sam pozostał Żydem aż do śmierci i zdzia­łał też nie mało na polu charytatywnym dla swych braci. Dbał o szpital żydowski, na który n.p. w r. 1863 dał 6000 r., oraz też założył na spółkę z bratem swym Józefem instytucję pomocy dla rekonwalescentów. Pozatym w r. 1861 ufundował on sty­pendium dla dwóch studentów bez różnicy wyznania we wysoko­ści 6.000 rubli.



Jan Epstein



Z pośród synów Jakuba Epsteina zmienił wyznanie tylko Jan, najmłodszy z nich (1805—1885), założyciel domu banko­wego w Warszawie (r. 1836), oraz też fabryki papieru w Socze­wie powiat gostyński. Papiernia jego zreorganizowana w r. 1852 stała się dzięki dzielności właściciela pierwszorzędnym zakładem w kraju, który służył jako wzór dla innych zakładów papieru w Królestwie i w właściwej Rosji, w Cesarstwie. Jako chrześcijanin protestant był on czynnym członkiem konsystorza ewan­gelicko-reformowanego i przysłużył się przeważnie, radą i czy­nem do usunięcia przeszkód dla budowy zboru na Lesznie (Kło­sy, XL, 193).


Jan Epstein stanowił przeciwieństwo do swych starszych braci, którzy hardo i twardo stali przy swym wyznaniu, chociaż nie mało przykrości doznawali z tego powodu od rządu rosyjskie­go, nie chcącego im jako Żydom przez długi czas udzielić zezwo­lenia na posiadanie majątku ziemskiego oddziedziczonego po ojcu. Herman Epstein ze swoimi trzema cukrowniami na gruncie wiejskim stał w pewnej chwili nawet przed grożącym mu zupeł­ną ruiną wywłaszczeniem, a mimo to nie ustąpił, aż mu się udało uzyskać indywidualne uchylenie zakazu. W roku 1860 otrzyma­li zezwolenie na zakup własności wiejskiej, Józef, Adam i Her­man Epstein, a prócz nich tylko Sroel Kaftal i Dawid Bauerertz (Kirszrot Jakub, Prawa Żydów w Królestwie Polskim, Warszawa, 1917, str. 130).


Jan Epstein będąc jeszcze Żydem, nie stronił od filantropii dla swych współwyznawców. Figuruje on na pewnej liście ofiaro­dawców z roku 1845 z kwotą rubli 150. (Nusbaum, Szkice historyczne z życia Żydów w Warszawie, str. 227).



Mikołaj Stanisław Epstein



Syn Hermana Epsteina, Mikołaj Stanisław (1831 —1902), przeszedł na wyznanie rzymsko-katolickie (Jeske-Choiński, str. 128). Początkowo za młodu okazywał nawet pewną żywą świa­domość żydostwa i w r. 1859 należał on do owej grupy młodzie­ży żydowskiej ze sfer inteligencji, która wystąpiła z głośnym swego czasu protestem nie pozbawionym później konsekwencyj sądowych, przeciwko paszkwilowi antysemickiemu redaktora Gazety Warszawskiej, Leszniowskiego. Jednak niezadługo zapomniał on o wszystkim co go łączyło ze starą Judeą.


Będąc absolwentem Akademii rolniczej w Marymoncie i gospodarując we własnym majątku ziemskim Osiny, okazywał Mikołaj Stanisław Epstein pociąg do literatury i ogłaszał też róż­ne płody swej Muzy w druku. Gdy wybuchło powstanie styczniowe w roku 1863, uczestniczył w nim Mikołaj Stanisław Ep­stein w tej mierze, że został osadzony w Cytadeli i skazany na śmierć. Ułaskawiony przez Wielkiego Księcia, wywiezionym on został na katorgę do Nerczyńska, później przebywał na „posieleniu“ w Tjumeni i Wiatce. W czasie powstania rozeszła się z nim żona rdzenna Polka Bronisława Włodzimiera Frankowska. Po raz drugi ożenił się on z inną Słowianką, Białorusinką, córką patrioty polskiego Łucją Szypowałow Pokleską. Z biegiem cza­su wydostaje się on z Sybiru, przebywa najpierw w Paryżu (1871), a później osiada na stale we Lwowie (1873), gdzie pozostaje aż do śmierci swej w roku 1902.


We Lwowie, stolicy ówczesnej Galicji, Mikołaj Stanisław Epstein rozwijał szeroką działalność towarzysko-kulturalną. Nie było tam wówczas jeszcze późniejszego Kasyna, ani Koła literacko-artystycznego. Dom Epsteina zastępował ten brak: „gro­madził co niedzieli na porankach literackich całą literaturę, całe dziennikarstwo lwowskie”. Bywał tam Kornel Ujejski, Seweryn Goszczyński, Agaton Giller i t.d., wszyscy co wtedy we Lwowie przebywali, albo chwilowo gościli.


Zwłoki Mikołaja Stanisława Epsteina spoczywają w Lwo­wie na cmentarzu uczestników powstania styczniowego (por. Dr.n A. Z. Nowe Słowo Polskie z 7, IV, 1902, Karol Dresdner,

Miesięcznik Żydowski, Rok Drugi, str. 422—425).



Mieczysław Epstein



Brat Mikołaja Stanisława, Mieczysław Epstein (1833—1914), przeszedł na katolicyzm w r. 1865 w kościele św. Filipa w Paryżu wraz z trojgiem dzieci. Jako młodzieniec dwudziestopięcioletni, założył on w r. 1854 kantor bankierski, który się roz­rósł na poważną firmę bankową-przemysłową z filią w Wrocła­wiu, mającą za zadanie zbyt produktów rolnych z Polski, na obszarze Niemiec. Po ojcu objął on później zarząd wielkich cu­krowni w Konstancinie, Łyszkowicach itd., których był głównym akcjonariuszem. Należał on do założycieli Banku Dyskontowe­go i był jego prezesem aż do swego zgonu. Jemu też przypada zasługa reorganizowania nowej Giełdy przy ulicy Królewskiej. Był on prezesem Komitetu giełdowego przez kilkanaście lat.


Mieczysław Epstein posiadał reprezentację domów Rothschildów na Królestwo, co dużo się przyczyniło do rozrostu jego potęgi finansowej.


Około r. 1870 nabył on znaczne dobra dołhobyczowskie w Lubelskim.


Mieczysław Epstein posiadał liczne odznaczenia za swe za­sługi gospodarcze. Otrzymał on od rządu rosyjskiego order Sta­nisława II kl., Anny II kl., Włodzimierza IV kl., od rządu francuskiego krzyż kawalerski legii honorowej i t.d. Rządy Włoch i Belgii zaszczyciły go tytułem i urzędem generalnego konsula.


Żona jego Leonida, którą zaślubił w r. 1855 była z domu Lambert.


Syn Mieczysława Epsteina Jerzy ur. w r. 1856, ochrzczo­ny w 9 roku swego życia, zaślubił Joannę Catoir. Córka jego oraz też wnuczka zaślubiły wysokich arystokratów polskich (księ­cia Włodz. M. E. Korybut Woronieckiego, wzgl., hr. Zygm. W. Ryszczewskiego).



Leon Józef Epstein



Dalszy brat Mikołaja i Mieczysława Epsteinów, Leon Jó­zef bankier warszawski nobilitowany w r. 1869, ochrzczony w Warszawie w r. 1865, był żonaty primo voto z Konstancją Marią z Janaszów, secundo voto z Marią córką Rajmunda Skarżyńskiego.



Adam Epstein i jego synowie



Jakub Epstein ojciec Józefa, Hermana i Jana miał jeszcze syna Adama (Abrahama) (ur. w r. 1800 — um. w r. 1870), który był również jak bracia czynnym z pożytkiem dla społeczeństwa w życiu gospodarczym. Założył on w r. 1845 pierw­szy do obszerności i urządzenia wewnętrznego zakład wytajania łoju bydlęcego surowego, z którego stearyna się wydobywa. Miał za wspólnika niejakiego Lewyego. Współczesny Sobieszczański wysławia innowację wprowadzoną przez Adama Epsteina i spólnika, że „w ich fabryce (produkcja stearyny) odbywa się nowym sposobem nie na gołym ogniu, ale zapomocą pary i kwasu siarczanego; do kierowania operacjami technicznymi zakład ma sprowadzonych z za granicy dyrektorów; do wytłaczania oleju z przyrządzonego chemicznie łoju, posiada silne prasy hydraulowe i wszystkie potrzebne narzędzia i mechanizmy“. To wszystko jeszcze było w onych czasach rewelacją w Królestwie, a Żydzi odgrywali tutaj rolę pionierów i nowatorów. Kapitał zakładowy tej fabryki wynosił, jak na one czasy ogromną sumę, półtora miliona złotych polskich. Fabryka zaspakajała już w r. 1848 nie tylko potrzeby krajowe, ale eksportowała znaczną część swej produkcji do Cesarstwa (do Rosji) i do Prus (Sobieszczański, str. 396).


Adam Epstein pozostał przez całe życie Żydem dobrym, był od r. 1844 wiceprezesem gminy żydowskiej w Warszawie, a od r. 1859 kolejno prezesem. Członkiem dozoru szkół elemen­tarnych, żydowskich, był już w r. 1841. Izraelita (IV, 108), go chwali, że w sobotę i święta regularnie chodził do synagogi na nabożeństwo. Rząd go za zasługi około społeczeństwa, za­szczycił w r. 1857 orderem św. Stanisława.


Ze synów jego Jakub pozostał Żydem, aż do śmierci. Zmie­nili wyznanie dwaj dalsi synowie:


Starszy z nich Władysław Epstein (ur. 1838 — zm. 1910) będąc jeszcze wyznawcą mozaizmu, utrzymywał podczas po­wstania styczniowego stosunki z głównymi inspiratorami ruchu antyrosyjskiego, za co go rząd zaborczy zasądził na rok twier­dzy w Nowogeorgiewsku (Cederbaum, str. 189). Był on ban­kierem tajnego rządu powstańczego. Ożenił się on z Anatolią Boreyszanką.


Młodszy syn Adama Epsteina, Edward ochrzczony w 25 roku swego życia, właściciel cukrowni, dziedzic dóbr Pniewnik, generalny reprezentant Towarzystwa ubezpieczeń Jakor, generalny konsul perski. Ożenił się z hrabianką Klementyną Pinińską (Reychman, str. 49—55).



ERLICHOWIE



Jakub Ludwik Ehrlich ur. w r. 1841 — zm. w r. 1919, przyjął wyznanie augsburskie w roku 1871 i był kupcem i oby­watelem miasta Warszawy. Synowie: 1. chemik, Jan Feliks ur. w r. 1872 zaślubił primo voto Marię ze Styczyńskich Kurnatow­ską, secundo voto Marię Karolinę Muszyńską. 2. artysta-malarz Edward Leopold zaślubił secundo voto hr. Łączyńską; córki: 1. Marta Anna lekarka ur. w r. 1878, docent chorób dziecię­cych na uniwersytecie warszawskim, wiceprezes Towarzystwa pediatrycznego, 2. Anna Helena Janina artystka dramatyczna ur. w r. 1886 (Reychman, str. 59).



FAJANSOWIE



Wiceminister Wacław Fajans



Wacław Fajans urodzony w roku 1884 znany ekonomista, napisał szereg prac z zakresu zagadnień walutowych w języku niemieckim (Die russische Goldwährung) i polskim (Wahania walutowe w świetle doświadczeń wojny 1917, Nasza przyszła waluta 1918, Kryzys walutowy w państwach koalicji 1920, Sprawa cen produktów rolnych w programie gospodarczym Pol­ski 1928). Jako wybitny fachowiec został on powołany w pier­wszej chwili tworzenia odrodzonego Państwa Polskiego do Mi­nisterstwa skarbu, gdzie w latach 1917—1923 pracował w naj­gorszych czasach inflacyjnych i budowy waluty polskiej, jako naczelnik wydziału walut. Przez pewien czas był Wacław Fa­jans wiceministrem skarbu. Obecnie jest on członkiem Rady Banku Polskiego, dyrektorem Powszechnego Banku Związko­wego i wykłada też o walucie i pieniądzach w Wyższej Szkole Handlowej. Wacław Fajans został za swe zasługi odznaczony przez Państwo Polskie różnymi wysokimi orderami, jest koman­dorem orderu Polonia Restituta, oraz też Komandorem orderu Legii honorowej.


Osobiście jest Wacław Fajans członkiem społeczności chrześcijańskiej, pochodzi on jednak ze znanej rodziny żydow­skiej Fajansów w Warszawie. Jest on synem Jakuba Fajansa (1843—1920) wnukiem Henryka Fajansa (1810—1882) oby­watela miasta Sieradza i prawnukiem Izraela Fajansa.


W przeciwieństwie do Wacława Fajansa pozostał dotych­czas Żydem jego brat stryjeczny Kazimierz Fajans (ur. w r. 1887) fizyk o światowej sławie, który od r. 1885 aż do triumfu narodowego socjalizmu w Niemczech, był prof. chemii fizykal­nej na uniwersytecie w Monachium, oraz też członkiem Bawar­skiej Akademii Umiejętności, jakoteż wydawał poważne czasopismo dla krystalografii w języku niemieckim (Zeitschrift für Kristallographie). Kazimierz Fajans dzięki swemu wyznaniu, nie mógł w Polsce uzyskać katedry, gdy po utracie profesury w Niemczech rasistowskich w związku z przewrotem swastykowym, przybył do swego miasta rodzinnego, do Warszawy. Miał on tutaj od różnych sarmackich trabantów hitleryzmu, wtedy nie mało do wycierpienia. Posiada jednak charakter i nie ustąpił i trwa przy wierze swych przodków; znalazła się też instytucja naukowa po drugiej stronie Atlantyku, która uważała za zaszczyt mu zaofiarować profesurę. Prawdziwa wiedza nie ginie. Brat Kazimierza Fajansa, Henryk Fajans ur. w r. 1889 właściciel dóbr, zmienił wyznanie i ożenił się secundo voto z Pachowską.



ALFRED FALTER



Alfred Falter (ur. w r. 1880) pochodzący z Gorlickiego w zachodniej Małopolsce jeden z najtęższych wodzów gospo­darczych w Polsce, dyrektor generalny związku Kopalń górno-śląskich Robur, prezes Rady Nadzorczej Polsko-Skandynaw­skiego Towarzystwa Transportowego w Gdyni, członek Rady Banku Polskiego, biorący udział jako wybitna siła fachowa z ramienia Państwa Polskiego w różnych komisjach międzyna­rodowych, jest neofitą.



WILHELM FELDMAN



I



Wilhelm Feldman (1868—1919) wybitny publicysta, be-letrysta i historyk literatury polskiej, tylko z zastrzeżeniem zostaje przeze mnie zaszeregowany do naszej galerii Polaków-chrześcijan pochodzenia żydowskiego. Wilhelm Feldman wpraw­dzie za Polaka uważał się przez cały czas swej działalności publicznej, ale nie okazywał nigdy w swych pracach, w swej twórczości literackiej, jakiejś specjalnej predylekcji dla chrześci­jaństwa. Religię rzymsko-katolicką przyjął dopiero na łożu śmierci i jak powszechnie twierdzą, już będąc nie przytomnym. Po­chowanym został na ziemi poświęconej przez kościół, na cmentarzu chrześcijańskim, ale z tego dla klasyfikacji jego nic nie wynika.


Feldman jako historyk literatury polskiej to postać niepo­wszednia, wykazywał intelekt wielostronny o rozległej perspek­tywie, był współtwórcą krytykiem, sensytywnym analitykiem sta­nów podświadomych, wyczuwającym odległe wpływy i działania. Jego Współczesna Literatura Polska (siedm wydań wciąż udo­skonalonych) to monument rzadki nawet w literaturach wielkich narodów zachodu. Aleksander Brückner, profesor historii litera­tur słowiańskich na uniwersytecie berlińskim, Polak nienaganny wychowany na wzorach kultury europejskiej, człowiek o dalekim zasięgu, spoglądający na objekty piśmiennictwa przez pryzmat rzeczowości, pisze w Księdze pamiątkowej poświęconej pamięci Wilhelma Feldmana, odnośnie do tegoż Historii Literatury „Ta książka wytrzyma śmiało krytykę. Nie sposób w niej wyławiać świetne nieraz określenia, trafne porównania, głębokie uwagi. Główny jej zrąb to Młoda Polska… I pozostanie ten obraz Mło­dej polski żelaznym jej inwentarzem a pamięć tego, co stwo­rzył w ciężkich przejściach, z trudem znojnym, sercem gorącym, umysłem jasnym, językiem barwnym i ciepłym, nigdy zagasnąć

nie powinna”. Dzieło to dotychczas niedoścignione. Brückner w swym dziele p. t. Dzieje literatury polskiej w zarysie, zazna­cza: „Dzieła o nowej epoce po r. 1863 A. Potockiego, T. Gra­bowskiego o poezji, przewyższa nieskończenie Współczesna li­teratura polska Feldmana, odznaczająca się najtrafniejszym uję­ciem rzeczy i najwymowniejszym jej przedstawieniem”. W En­cyklopedii Gutenberga, która wyszła dopiero przed kilku laty, czytamy o Współczesnej Literaturze Polskiej Feldmana: „Mi­mo drobne zmiany poglądów na niektórych autorów jest to bez­względnie świetne, jedyne i niezastąpione dzieło o literaturze polskiej” (V, 37). Feldman nie zadawał się teoretycznym opi­sem historycznym współczesnej literatury, starał się on też o praktyczne pomaganie współczesnej twórczości, o zgrupowanie około wspólnego ośrodka literackiego, współczesnych autorów. Stworzył on w tym celu miesięcznik p. t. Krytyka, który przez wiele lat przed wojną skupiał około siebie wszystko, co było ży­we i twórcze w literaturze polskiej onego czasu.


W „Krytyce” znalazły często silny wyraz też polityczne tendencje, dążenia niepodległościowe polskiej Irredenty, pragną­cej wyzwolić kraj z pod jarzma zaborców.


Wilhelm Feldman dyszał patriotyzmem polskim, był zapa­lonym szermierzem idei odbudowy państwa Piastów rozczłonko­wanego na trzy zabory. Nie bujał on wyłącznie w przestwo­rach błękitnego eteru czystej poezji. Już jako student uniwersy­tetu berlińskiego w r. 1895 został on wydalony z Niemiec za „propagandę wielkopolską”, t. zn. za głoszenie myśli restytuowa­nia Wielkiej Polski. W latach 1896/7 redagował on w Krakowie opozycyjny „Dziennik Krakowski”. Publicysta Feldman w „Krytyce” był przeciwnym wszelkiej ustępliwej ugodowości, domagał się bezkompromisowo naprawy krzywdy dziejowej w stosunku do Polski. W r. 1906 „Krytyka” Feldmana wystą­piła z ankietą międzynarodową w sprawie polskiej. „Kwestia polska znowu stanęła na porządku dziennym. Pogrzebana, prze­milczana, do historycznych zaliczana wspomnień, jak zapomnia­na zbrodnia, rzadko już kiedy niepokojąca sumienia tych, któ­rzy ją popełnili — zmartwychstaje przy każdym zawikłaniu w stosunkach międzynarodowych… W takiej chwili przełomowej zwróciliśmy się do światłych przedstawicieli różnych kierunków życia publicznego Europy z szeregiem pytań, odnoszących się do zasadniczych założeń i praktycznych konsekwencyj sprawy polskiej“. Feldman przewidywał zbliżającą się aktualność euro­pejską sprawy polskiej i w wstępie do ankiety zauważa w dal­szym ciągu „W sprawie polskiej prędzej, czy później będzie jeszcze musiała Europa głos zabrać; pragnęlibyśmy tedy, by na­sza ankieta rozbudzała w tym kierunku świadomość i czujność”.

Przedłożył on wówczas trzy pytania ankietowe; najgłówniejsze brzmiało: „Czy to w interesie kultury europejskiej, jest zacho­wanie i dalszy rozwój kultury narodu polskiego w ramach nie­zawisłego bytu państwowego, pożądane czy też nie” (Krytyka, r. 1906, str. 453). Jako miejsce wysyłki ankiety w tekście fran­cuskim podany nie Kraków w Galicji, czy w Austrii, — toby znaczyło uznanie faktu zaborów, — tylko Kraków w Polsce austriackiej (Pologne autrichienne).


W ankiecie zainicjowanej przez Feldmana w interesie pol­skiej myśli niepodległościowej, zabrali głos między innymi: pro­fesor Hans Delbrück, profesor Wilhelm Foerster, profesor Ma­saryk (późniejszy prezydent Czechosłowacji), Nowikow, Vambery, Bernard Shaw, Anatol Leroy-Beaulieu, Hervé , Lombroso i wielu innych, (r. 1906, tom II, 59—75, 162—183, 277—288).


Pod kątem widzenia samodzielnej polityki narodowej Po­laków zaboru austriackiego ogłosił Feldman „Stronnictwa i pro­gramy polityczne w Galicji 1846—1906”, Kraków, 1907, oraz też „Dzieje polskiej myśli politycznej”, dwie książki wyczerpu­jąco informujące o historii polskiego życia politycznego ostatnich kilku pokoleń.


Na pierwszym zjeździe organizatorów związków legiono­wych w Krakowie w r. 1908, Feldman jeden z pierwszych z na­ciskiem wskazał na potrzebę nawiązania wewnętrznej treści młodego ruchu do tradycji powstańczej. W ostatnich dniach lipca r. 1914, gdy już obłoki zbliżającej się wojny ukazywały na brzegu firmamentu, Feldman gorąco nawoływał do natychmia­stowego pogotowia zbrojnego Legionów i niezwłocznej mobiliza­cji kadr strzeleckch (gen. Sikorski w Księdze pamiątkowej po­święconej pamięci Feldmana).



II



Kiedy wybuchła wojna światowa zapisał się Feldman acz­kolwiek już liczył lat 46 do tworzących się Legionów, tam jed­nak wytłumaczono mu, że jako władający doskonale językiem niemieckim, może oddać na polu literatury większe usługi sprawie polskiej. Wyjechał przeto z ramienia Departamentu Wojskowe­go polskiego N. K. N., jako delegat prasowy do Berlina (Bo­lesław Limanowski, Księga Pamiątkowa).


Feldman trudnił się nad Sprewą propagandą sprawy pol­skiej na życzenie sfer miarodajnych, tych samych które wysy­łały pułki polskie, strzeleckie na front przeciw Moskwie w łączności z komendą naczelną austriacką i niemiecką. W Małopolsce i częściowo i poza nią, było wówczas wielu Polaków, którzy sobie wyobrażali, że Polska zostanie odbudowaną przez mocarstwa centralne. Należy pamiętać, że aż do przystąpienia Ameryki do koalicji nie było wcale rzeczą pewną, że zwycięst­wo będzie po stronie ententy.


W Berlinie redagował Feldman czasopismo „Polnische Blätter” (1915—1918) i wydał kilka prac w formacie książko­wym: Zur Lösung der polnischen Frage (O rozwiązaniu kwestii polskiej), Offener Brief an Herm Georg Cleinow, Redakteur des Grenzboten und Herm Maximilian Harden Redakteur der Zukunft von einem Polen, Berlin 1914 (drugie wydanie 1916), Die polnische Literatur der Gegenwart (rzecz o piśmiennictwie polskim współczesnym, dla poinformowania Niemców o obliczu duchowym Polaków), Geschichte der politischen Ideen in Po­len seit dessen Teilungen, München 1917 (Dzieje politycznych

idei w Polsce od chwili rozbiorów).


O działalności berlińskiej Feldmana podczas wojny, rela­cjonuje Jan Baudouin de Courtnay w Księdze Pamiątkowej, już wyżej wspomnianej: „Podczas wojny pracował Feldman w Ber­linie na korzyść Polski. Przypuszczał bowiem, że tą właśnie dro­gą popiera najskuteczniej pracę Ojczyzny. Trudno też zaprze­czyć, że państwa centralne wyświadczyły Polsce niezmierną usługę, ponieważ pierwsze ogłosiły jej niepodległość. Co nimi kierowało to inna kwestia. W każdym razie wielu patriotów po­witało z zapałem ten akt“.


Dla Feldmana w Berlinie istniała tylko orientacja polska, nic pozatym. Pokój brzeski ten wyraz buty prusackiej i samowo­li krzyżackiej, który wywołał tyle oburzenia przeciw państwom centralnym u Polaków, spowodował również indygnacje ze strony Feldmana, który wówczas wystosował list otwarty do deputowanego niemieckiego F. Naumana wydrukowany, jako rękopis „Von der neuen Teilung Polens. Offenes Sendschreiben an Herrn Friedrich Nauman, M. d. R. Charlottenburg 1918“.


Feldman na placówce zagranicznej podczas wojny musiał działać niekiedy również jako ambasador polityczny Polski i wysługiwał się i poza prasą i literaturą energicznie i z pożytkiem sprawie Legionów. Generał Władysław Sikorski, szef sztabu ge­neralnego w r. 1922, wspomina o tym odcinku działalności Feld­mana w Berlinie rzeczy niezwykle ciekawe, w Księdze pamiąt­kowej ku tegoż czci „Nie wielu może wiadomo, że Feldman umiał służyć na placówce swojej zagranicznej skutecznie spra­wie Legionów. Przypominam jedną ważną chwilę. Przed 5 listo­pada 1916 żelazna wola i niemiecka zawziętość Ludendorfa miały zniszczyć Legiony. Poszły one do Baranowicz, aby tam znaleźć koniec swój, ażeby jak Ludendorf powiedział, przejść na etat śmierci. Tymczasem Beseler miał stworzyć lojalne woj­sko nie obciążone niemiłą tradycją Legionów. Że się tak nie stało, że Legiony zostały kadrami Wojsk Polskich, w znacznej mierze zawdzięczamy to akcji Wilhelma Feldmana, który za­biegami swymi dopomógł do pokrzyżowania planów i decyzyj Ludendorfa”.


Przy tym wszystkim należy pamiętać dla należytej oceny beinteresownego patriotyzmu, że Feldman przebywał w Ber­linie na własny koszt i znikąd pomocy finansowej nie posiadał. Gdy jeszcze nie było państwa polskiego i nie płacono wysokich gaż ambasadorskich, oczywiście było w reprezentacji polskiej za granicą wolne miejsce kierowni­cze dla Żyda. Feldman jednak nie był żadnym krezusem, był biednym pisarzem, który żył z ręki do ust. Oderwany od swego warsztatu pracy w Krakowie i przeszczepiony na grunt berliński, przymierał on tam dosłownie z głodu „Cierpiał ostat­nią nędzę. Czasem przez szereg tygodni nie jadał wieczerzy, cza­sem miesiącami nie palił w piecu, gdyż nie miał za co. Feldman trwał na posterunku oznaczonym”. Bieda w tej mierze doskwie­rała, że „w krytycznym momencie sprzedał swój warsztat pracy, całą bibliotekę, aby mieć na utrzymanie siebie w Berlinie i ro­dziny w Krakowie” (Stanisław Lam w Księdze Pamiątkowej ku czci Feldmana).


O pozytywnych walorach Feldmana dla społeczeństwa polskiego wielu wybitnych Polaków wypowiedziało się z uzna­niem po jego śmierci. Karol Hubert Rostworowski pisze w księ­dze ku Pamięci Feldmana: „Podparł mnie gdym krwawił, dodał mi odwagi, gdym wątpił, — był dla mnie dobrym Samarytani­nem, a że być dobrym Samarytaninem jest głównym zadaniem krytyka, cześć i cześć jego pamięci”. Stanisław Przybyszewski w tej samej księdze powiada o Feldmanie: „przed jego zasłu­gami wobec społeczeństwa polskiego z najwyższą czcią głowę skłaniam”.



III



Wilhelm Feldman miał i nahalnych, zaciętych, dokuczli­wych przeciwników, gdyż posiadał on jedną zasadniczą, niezmazalną wadę: był nieostrożnym w wyborze swych rodziców. W żyłach jego płynęła krew narodu Starego Zakonu — i trwał przy swej religii. Żyd Feldman nie śmie być poważnym histo­rykiem literatury polskiej, on nie śmie jaśnieć w galerii patriotów polskich. Pod sąd skorupkowy z nim! Na latarnię. Już za ży­cia Feldman był objektem licznych i przykrych ataków ze stro­ny zoologicznie zorientowanych nacjonalistów, wśród których byli nawet ludzie tej miary co Jerzy Żuławski. Nie mogli zrozumieć, że przynależność narodowa to nie fakt biologiczny, tyl­ko psychologiczny, a zasługi wartościować należy rzeczowo, a nie pod kątem widzenia drzewa genealogicznego. Feldman wi­dział się zniewolony zareagować na zjadliwe krytyki jego dzie­ła historyczno-literackiego, publikacją „Pro domo et arte“.


Nie pomógł Feldmanowi nawet chrzest na łożu śmierci w oczach nacjonalistów. Raziło ich wciąż utożsamianie się Feld­mana z Polakami, Antoni Potocki zezwolił sobie w swojej pośmiertnej ocenie Feldmana na kopnięcie butem tego rodzaju „Znam tylko jeden epizod w literaturze polskiej, który temu „my“ (Feldmana w odniesieniu do Polaków) odpowiada skalą osłupiającego zuchwalstwa: W Lalce Prusa, kiedy po śmierci poczciwego Rzecznika, Ochocki biada nad tym, kto zostanie, — wysuwają się zza kantora subjekci Szlagbaum i Mniszewicz i mówią — my. Niestety nie po raz pierwszy spotykamy się w dziejach Młodej Polski z nienawiścią jej samozwańczych glosatorów do literatury, poezji i sztuki” (Polska Literatura Współ­czesna, Warszawa, 1912, tom II).


W endeckiej Encyklopedii Ultima Thule znajduje się ca­ły pamflet przeciw Feldmanowi. Jego Historia literatury odsą­dzona od wartości, a świetlana dziełalność polityczna tegoż

przemalowana na czarną akcję zdradziecką. Jest rzeczą niesły­chaną jak złość ludzka może rzeczy odwracać w swe przeciwień­stwo, jak można poniżać faktyczne wartości duchowe i obrzucać błotem jednostki ofiarne, przeszlachetne, zacne i zasłużone. En­cyklopedia Ultima Thule referuje o Historii Literatury Feldma­na „W wykonaniu widać wiele błędów i niedokładności rzeczo­wych, brak głębszego przemyślenia zagadnień estetycznych, płytkość i powierzchowność przy nadawaniu pozorów głębi, ro­biony entuzjazm, schlebianie panującym opiniom, zupełny brak bezstronności, szczególnie w odniesieniu do pisarzy katolickich”. Co słowo to jad i złośliwość żmiji. Ale to jeszcze nic. Przycho­dzi jeszcze syk kobry, clou potwarzy: „Podczas wojny świato­wej Feldman wskutek potwornego zaślepienia stanął na usługach Niemiec, wydając broszury polityczne oraz czasopismo Polen w języku niemieckim i pod cenzurą niemiecką w Berlinie”. A po jakiemu miał propagować myśl polską w Berlinie chyba nie w języku polskim niezrozumiałym dla Niemców? A w War­szawie podczas wojny nie było cenzury niemieckiej? Czy bronić sprawy polskiej w Niemczech, znaczy stać na usługach Niemiec, tym bardziej gdy się rozchodziło o linię polityczną, poza którą stały Legiony. Przewrotność antysemitów jest bezgraniczną.

Wszystkie środki są dobre, gdy rozchodzi się o rozpętanie nie­nawiści do Żydów.


Tragedię Żyda-Feldmana w literaturze polskiej pojął na­leżycie i dał jej wyraz odpowiedni na wyżynie, z godnością i zrozumieniem psychologicznym, inny człowiek rasy żydowskiej,

aczkolwiek już nie religii żydowskiej, Jan Sten, a to jeszcze w r. 1903, kiedy dla takich spraw ludzie nie posiadali zmysłu, pisze o nim w swej książce p .t. Pisarze polscy: „szedł do walki sam zwalczany nieraz przez tych, którym był najbliższy. Lecz są­dzę, że nie szukał ani pomocy, ani zapłaty. Syn ludu, który dał podwaliny pod moralną budowę świata i nie doznał nic prócz hańby i udręczenia, tajemniczymi drogami dziedzictwa, przyzwyczajonym być może, do pracy bez nagrody i wdzięczności… Sama treść duszy Feldmana pozostaje obca i niezrozumiała. Ten człowiek walki nie wnosi do boju, nierozdwojonej duszy, jednej wszechsilnej miłości. Serce jego jest pęknięte i rozdarte między dwa światy, które więcej niż kiedykolwiek odstrychnęły się dziś od siebie. Z mrocznej głębi, potęgą woli, siłą niezmordowanej pracy i zdolności, Feldman wznosił się, wyrywał i wydobywał z cieśni na światło dzienne — lecz na górze nie było towarzy­szy, został więc sam. Spodziewał się znaleźć otwarte serca, zna­lazł w najlepszym razie wyciągnięte dłonie. Słuchano go cza­sem, ale nie starano się rozumieć duszy. Feldman przyniósł ze sobą gorące tchnienie zapału, w każdą z drobnych walk codzien­nych kładł ogień duszy — i słowa jego podziwiano nieraz jako piękne słowa, ale nie chciano w nich wysłuchać krzyku duszy, zbyt głośnego może przez samą szczerość swoją“.


Bez wątpienia w twórczości Feldmana znajdują się elemen­ty żydowskie, ale pozytywne, wzbogacające skarb piśmiennict­wa. Jeszcze żaden Anglik nie odżegnywał się w swej literaturze od pierwiastków irlandzkich, szkockich czy walijskich, żaden Madziar od pierwiastków słowiańskich, które mniejszości naro­dowe danego obszaru wnoszą do śpichlerza wartości narodu pań­stwowego. Jan Sten słusznie stwierdza wagę motywów żydowskich w twórczości beletrystycznej Wilhelma Feldmana i pisze: „Sceny synagogalne w jego Sądach Bożych i w Cudotwórcy, na­leżą do najpiękniejszych ustępów naszej literatury”. „Jego węzeł dramatyczny polega zawsze na walce dwóch wrogich pierwiastków moralnych. Walczą nie jednostki, ale w jednostkach upo­staciowane kierunki etyczne. — Ciężkie dziedzictwo ludu, któ­ry żelaznymi węzłami swej etyki, związał kulturę ludów euro­pejskich, nie da się z duszy Feldmana wytrącić. Obojętna moralnie obserwacja nie jest jego dziedzina”.



IV



Wilhelm Feldman przedstawia fenomen w piśmiennictwie polskim niezwykle rzadki. Pochodził z środowiska starożydowskiego, urodził się i został wychowany aż do wieku młodzieńcze­go w miasteczku kresowym Zbarażu hen na rubieży, gdzie cała ludność okoliczna wiejska rdzenna jest ukraińską, sam do szkół polskich nigdy nie uczęszczał, był samoukiem w najściślejszym znaczeniu tego słowa, — a stał się znakomitym pisarzem polskim, wybitnym znawcą literatury polskiej, rzecznikiem życzeń poli­tycznych narodu polskiego. Co za moc metamorfozy, co za siła przebudowy struktury duchowej!


Wilhelm Feldman przeszedł do obozu asymilacyjnego już w pierwszych swych publikacjach. Jego światopogląd „narodo­wy” oczywiście nam narodowym Żydom nie odpowiada. Nasze polityczne aspiracje kroczą inną drogą, my posiadamy inne ide­ały. Jednak należy mu przyznać: myślał szczerze, głosił polskość nie dla interesu, nie dla chwilowych korzyści. Przejął się kultu­rą polską, marzeniami narodowymi Polaków i utożsamiał się z nimi. Wobec narodowych Żydów, jednak zawsze w polemi­ce zachował umiar, takt, dystans grzecznościowy. Tylko dla re­ligijnego żydostwa starego ghettowego typu żadnych względów czasem nie posiadał.


W pierwszych latach swej twórczości ogłaszał Feldman różne powieści z życia Żydów (Piękna Żydówka, Żydziak i t.d.), napisane z pewnym talentem i znajomością środowiska — istna kopalnia dla folkloru — o tendencjach oświeceniowo-asymilacyjnych. W powieści p.t. Żydziak, którą Chmielowski nazwał jednym z najświetniejszych malowideł społeczno-psychologicznych (Lwów 1889) znajdujemy taką enuncjację zwolenni­ka asymilacji po linii oświeceniowej antyghettowej opozycji: „… Mamy zachować żydowskość. Co konserwować? Chasydyzm i rabinizm, przeciwne zdrowemu rozumowi i czasowi?


Nie.


Konserwować obyczaje i zwyczaje, niezgodne z kultu­rą dzisiejszą?


Nie.


Konserwować obrzędy religijne?


Nie.


Żargon obrzydły?


Nie.


Socjalne, gospodarcze stosunki, które jednego Żyda robią milionerem, pięciu średniozamożnymi, a resztę dziadami?


Nie.


W czymże mamy nadal zaznaczyć swą żydowskość? W strzeżeniu t. zw. skarbów literatury starohebrajskiej ? Europa ma teraz piękniejsze, szlachetniejsze dzieła poetyckie i etyczne od starohebrajskich. Zresztą — kto chce, niech je zachowa, tak jak my zachowujemy zabytki greckie, albo łacińskie. Ale żeby one miały być regulatorami naszego życia? Jako postępowiec na to się nigdy nie zgodzę. Cóż więc pozostaje? Chyba, założyć państwo w Palestynie jeśli żydowskość bierzecie w sensie poli­tycznym. Przeciwko tej myśli Jicchok zaprotestował”. (str. 147).


Więc pozostaje zrezygnować z całej swej dziejowej prze­szłości źydostwa i zlać się z Polakami?


Feldman sam jednakowoż dobrze wie, że nie wystar­cza silna wola w tym kierunku, nie pomaga „żeśmy lepszymi Polakami niż ci urodzeni, bo lepszych rzeczy chcemy dla ojczyzny dokonać”. Istnieje konkurencja gospodarcza, która rozdwaja i nie dopuszcza Żydów do spólnoty!… Życie nie kieruje się podług przepisów teoryj, ani pobudek szlachetnych samych w so­bie. „My Żydzi wykształciwszy się stanęlibyśmy do konkurencji z krajowcami na wielu polach pracy umysłowej, będącej ich mo­nopolem, oni zaś jak zwykle, nie chcą ustępować suto zastawio­nego stołu przybyszom… Wolne miejsca zachowują dla braci po krwi nie po duchu”. Jednak pociesza się Feldman tym, że ten stan rzeczy nie wieczny, spowodowały go szczególne warunki. „Wszystkiemu temu winien ustrój gospodarczy społeczeństwa, sprowadzający gonitwę za złotem, walkę wszystkich przeciw wszystkim, zepsucie, zmaterializowanie” (str. 203—4). Cyto­wane są też w tej powieści obszernie poglądy antyasymilacyjne ortodoksów (str. 123—126) i syjonistów (str. 222, 227), któ­rych jednak autor nie uznaje.


W r. 1891 wstąpił Feldman do fundacji barona Hirsza ja­ko sekretarz, ale na tym stanowisku urzędnika dla spraw żydow­skich na placówce szerzenia oświaty długo nie wytrzymał.



V



Trzeba przyznać, że asymilację pojmował Feldman nie jako pogląd prowadzący do zerwania ze swoimi braćmi. Przeciw takiej insynuacji, jako najostrzej protestował. W publikacji swo­jej „Polska i postęp”, Rzecz o „Narodowej Demokracji” (od­bitka z Krytyki, Kraków, 1902), pisząc o asymilacji posługuje się on w sposób ciekawy, zasługujący na zapamiętanie akcentem dumy osobistej: „Przegląd Wszechpolski, 1910 (V) określa stosunek stronnictwa narodowo, demokratycznego do Żydów „Polakiem jest każdy, kto mówi po polsku i łączy się ze społe­czeństwem we wszystkich dążeniach i t. d.“. Trochę dalej czyta­my, że Żyd-Polak musi przede wszystkim zerwać wszystkie więzy łączące go z Żydami, — jakoby mu one przeszkadzały mówić po polsku i podzielić losy narodu, do którego czuje się przynależnym. Takie stawianie kwestii jest znowu niczym innym, jak instynktem homofagii. „Piszący słowa „Żyd“ wcale nie ma ochoty zerwać stosunki z ojcem chałatowcem o długiej po pas siwej brodzie, ani z warstwami żydowskimi cierpiącymi. Żału­ję zawsze, że nie mogę cząstki sił poświęcić także na podnie­sienie ludu żydowskiego, a nie widzę w tym żadnej kolizji z uczuciami i obowiązkami ojczyzny. Adam Mickiewicz pod­pisywał się Litwin i Henryk Bukowski należał do ostatniej chwili do towarzystwa litewskiego, a Polska i umysłowość pol­ska „obcym” żywiołom chyba nie mało zawdzięczają… Nie patriotyzm, lecz szowinizm, nie wiara w naród, lecz pesymizm narodowy stoi na stanowisku plemiennym.”


Feldman, który stał na stanowisku polskości bez negacji żydostwa, uważał nawet za możliwe pogodzenia polskości z syjo­nizmem. Pisze w dalszym ciągu w wspomnianej odbitce „Dla sprawy polskiej mogą być zjednani Żydzi bodaj, — gdyby syjo­nizm zwyciężył — politycznie; nie miażdżąc ich antysemityz­mem, można i należy w najgorszym wypadku mieć w nich conajmniej sojuszników, a to nie jest do pogardzenia — ani na Rusi samej, ani w prowincjach zabranych”.


Feldman odczuwał już bardzo wcześnie główny manka­ment asymilacji, polegający na tym, że stanowi ruch jedno­stronny upodabniania się ze strony Żydów, nie posiadający korelatu wzajemności ze strony drugiego partnera, Polaków. W swej broszurze p. t. „Asymilatorzy, syjoniści, Polacy” przypisuje on przyczynę upadku organizacji asymilacyjnej w Galicji ówczes­nej „Przymierza braci” oraz też organu asymilatorskiego „Oj­czyzna”, brakowi poparcia ze strony Polaków.


O asymilacji i syjoniźmie wypowiedział Feldman dużo inte­resujących zdań i myśli, znamiennych przez swoją hardą świa­domość obywatelską i swoją prostolinijność, w książce swojej p.t. „Stronnictwa i programy polityczne w Galicji 1846—1906”, gdzie Żydom poświęcony jest cały artykuł.


Asymilacja stara popełniła ten błąd, iż jednym tchem wymawiała: polonizacja i uobywatelnienie. Dziś wobec rozbu­dzonego poczucia praw wszelkiej indywidualności, polonizację trudno narzucać, choćby się jak najbardziej pragnęło jedności społeczeństwa, trudno gwałtem się jej domagać. Ale czego do­magać się wolno i należy to uobywatelnienia mas żydowskich” (II, 314).


Feldman uważał, że aczkolwiek syjonizm wykazuje wiel­kie sukcesy „asymilacja ani jako ideał, ani jako praktyka ży­ciowa, wcale nie zginęły — przeciwnie w ostatnich latach kilkunastu najsilniej, zwłaszcza bez sztandaru bijącego w oczy, wielkie robiła postępy. Asymilacja Żydów z otaczającym spo­łeczeństwem nie jest bowiem czymś wyrozumowanym i sztucz­nym, — jest to proces żywiołowy, niezależny od woli jednostek, w pewnych warunkach kulturalnych odbywający się z psycho­logiczną koniecznością. — Przede wszystkim odbywa się asymi­lacja ekonomiczno-zarobkowa. Dawna wyłączność żydowska skazująca większość na zajęcia nie produktywne, monopolizu­jąca dla nich pewne procedery, należą do przeszłości” (II, 293). Boli go jednak odtrącanie zasymilowanych Żydów przez społeczeństwo polskie (II, 297). Godzi to w jego god­ność osobistą i dumną własną.


Pochód zwycięski syjonizmu wśród mas żydowskich kreś­lony jest przez Wilhelma Feldmana w wspomnianej pracy, jak widać, może nawet mimowoli, nie bez pewnych sympatyj. „Wśród Żydów galicyjskich miast i miasteczek Herzl urósł rychło na bohatera legendarnego. — Pierwiastki idealne spo­czywające w myśli odrodzenia narodu i państwa własnego, uto­pijne nawet porywy i marzenia, przemówiły do dusz ogromnej liczby młodzieży inteligentnej” (11,289). Feldman myślał o ko­rzyści możliwej dla społeczeństwa polskiego z syjonizmu emigracyjnego, o tym że na wypadek jeśli syjonistom uda się przesiedlić część Żydów, reszta łatwiej się zasymiluje „Możnaby wiele syjonistom wybaczyć, gdyby dali gwarancję, że istotnie w bliskim czasie wyprowadzą z Polski pokaźną ilość ludności żydowskiej. Życie uprościłoby się tu znacznie. Pozostałych ogarnąłby proces asymilacyjny w szybszym tempie” (II, 308).


Feldman brał jednak za złe syjonistom, że bryzgają na asymilantów błotem, krytyką obelżywą zarzucając im prywatę, nie licząc się z tym, że to są ideowcy: „Zwalczają asymilację — dobierając barw najczarniejszych, nie mogą zrozumieć, że oni są gente Judaei — natione Poloni z przekonania, z porywu ser­ca żywiołowego; przeciwników swoich zwalczają bronią bez­względną, przypisują im najgorsze motywy; jest to małoduszno­ścią… Na „asymilacji” nie przyjmując chrztu, żaden Żyd w Ga­licji, kariery nie zrobił; prędzej możnaby ją zrobić na syjoni­źmie” (str. 306).


Język hebrajski uważa Feldman za martwy a „żargon” potępia w Galicji, gdyż jest rozsadnikiem niemczyzny, zaś co do Litwy i Rusi przyznaje tam językowi mas żydowskich pewną pierwotność (II, 302), jednak mimo to nie zadowolony on z żą­dania równouprawnienia językowego dla proletariatu żydow­skiego.



JÓZEF FELDMAN



Synem Wilhelma Feldmana jest Józef Feldman, od roku 1927 docent historii nowożytnej na uniwersytecie krakowskim (ur. w r. 1899).


Józef Feldman dotychczas ogłosił cały szereg prac histo­rycznych z dziedziny dziejów Polski ostatnich stuleci. Tematyka żydowska nie istnieje dla niego.


Tytuły jego publikacyj są:

Sprawa dysydentów za Augusta II (1924), Czasy sas­kie według źródeł (str. 226, Kraków 1928, Biblioteka narodo­wa, seria II, nr. 110), Bismarck a komisja osadnicza (1928), Mocarstwa wobec powstania styczniowego (odbitka z Przeglą­du Współczesnego 1929 styczeń-luty), Antagonizm polsko-nie­miecki w dziejach (Toruń 1930, Nakładem Instytutu Bałtyc­kiego str. 57). Ta sama praca wyszła też w języku angielskim: Polish-German antagonism in history by Josef Feldman Ph D asst professor of modem history at the University of Cracov, Toruń 1935, Publicated by the Baltic Institute, The Baltic Pocket Library, ponadto, Sprawa polska w r. 1848 (wydała Akademia Umiejętności, Kraków 1933), U podstaw stosun­ków polsko-angielskich 1788—1863, Warszawa 1933 (Odbit­ka z „Polityki narodów” r. 1933, zeszyt 3 i nast.), Uwagi o kronice anonima — Otwinowskiego (Kwartalnik Historycz­ny, 1934), Polska i Polacy w sądzie polityków pruskich w epo­ce porozbiorowej (Wydawnictwo Instytutu Śląskiego, Kato­wice 1935, str. 43).



FELSZTYŃSCY



W r. 1725 został uszlachcony przechrzta Józef Felsztyński, pochodzący z miasteczka Felsztyna nie daleko Przemyśla. Syn tegoż Józef urodzony około roku 1718 obrał karierę woj­skową. Naprzód był towarzyszem kawalerii narodowej znaku Petyhorskiego Unickiego, potem był towarzyszem znaku pancer­nego Starzyńskiego, wreszcie w r. 1768 ucierał się z hajdama­kami już jako towarzysz kawalerii narodowej w wojsku koron­nym Jego Królewskiej Mości (Fr. Rawita Gawroński, Kartka z życia społecznego kresów, Biblioteka Warszawska 95).



LUDWIK FINKEL



Ludwik Finkel urodzony w r. 1858 w Bursztynie, pochodził od Żydów. Ochrzcił go ojciec jego, jako dziecko. Potomkowie jego stryja żyją dotychczas we Lwowie i są czynni w handlu. Zasłużył się on jako polski bibliograf historyczny, w sposób doprawdy niepospolity. Jego Bibliografia historii polskiej w trzech tomach (1891—1914) to owoc bardzo żmudnych poszukiwań, jest to dzieło monumentalne w swoim rodzaju, o podstawowym charakterze, bez którego żaden badacz historii nie obejdzie się. Pozatym ogłosił on różne prace historyczne z okresu Jagiellonów (Marcin Kromer 1882, Charakterystyka Zygmunta Augusta 1894, Elekcja Zygmunta I, 1910), w których okazuje zmysł krytyczny i zrozumienie dla dziejowej ewolucji. Ludwik Finkel po uzyskaniu doktoratu w r. 1882, i dalszych studiach w Berli­nie i Paryżu, otrzymał początkowo w r. 1885 docenturę historii w Wyższej Szkole rolniczej w Dublanach. W rok później, już wykładał jako docent na uniwersytecie lwowskim. W r. 1892 otrzymał tytuł profesora. Świat naukowy polski obchodził w roku 1927 czterdziestolecie jego pracy naukowej. Finkel zmarł w ro­ku 1930.



GRZEGORZ FITELBERG



Grzegorz Fitelberg (ur. w r. 1878) syn Żyda kapelmistrza w kozackim pułku, uczeń konserwatorium warszawskiego i ber­lińskiego, był w latach 1909—1911 kierownikiem artystycznym i kapelmistrzem warszawskiej filharmonii, później był kapelmi­strzem opery we Wiedniu (1911 —1914) i w Petersburgu (1914—1920). Od roku 1923 jest on profesorem Wyższej Szkoły Muzycznej, oraz od r. 1930 Państwowego Konserwa­torium Muzycznego. Fitelberg napisał poematy symfoniczne „Rapsodia polska”, „Pieśń o sokole”, uwertury i szereg pieśni. Lansowały go od początku polskie sfery arystokratyczne. Melo­man znany warszawski, baron Leopold Julian Kronenberg wspomina o nim, „niewątpliwie bardzo utalentowany kapelmistrz” (O muzyce i muzykach, Warszawa 1936, str. 35).



FILIP FLAMM

W r. 1842 zmienił w Warszawie swe wyznanie na konfe­sję augsbursko-ewangielicką 18-letni chłopiec Filip Flamm; rów­nocześnie z nim przeszło na chrześcijaństwo dwoje jego rodzeń­stwa. Ojciec jego Dawid Flamm lekarz w Kaliszu wraz z żoną i dwojgiem dalszych dzieci przyjęli chrzest o trzy lata później w r. 1845 (Jeske-Choiński str. 189).


Filip Flamm zasłynął później jako wybitny jurysta polski, jako teoretyk-prawoznawca; był specjalistą od prawa handlowe­go i jako taki brał udział w rozmaitych komisjach prawniczych, zwołanych przez Rząd rosyjski w Królestwie, celem przygoto­wania różnych projektów ustawodawczych. Filip Flamm ogłosił cały szereg prac naukowych z zakresu prawa (O prawach spad­kowych dziecko naturalnego 1865, Rzecz o wekslach i cze­kach 1888, Spółki rolnicze na tle prawodawstwa porównaw­czego 1890). Oraz też wydawał od roku 1872 do 1890 Gaze­tę sądową w Warszawie. Zmarł w r. 1895.



FLATAUOWIE



Z końcem 18 wieku osiadł w Warszawie bogaty Żyd niemiecki, imieniem Izak Flatau, żonaty z córką głośnego dostaw­cy z ostatniego okresu Rzeczypospolitej, słynnego krezusa Samu­ela Zbytkowera. Był to człowiek o kulturze europejskiej, który wobec żydostwa zajmował stanowisko pozytywne, aczkolwiek pragnął je unowocześnić. W domu swoim przy ulicy Daniłowiczowskiej (nr. 616) urządził on własnym kosztem synagogę „nie­miecką”, która faktycznie robiła wrażenie nowoczesne i odbija­ła się swym całym urządzeniem od różnych pokątnych bóźniczek ówczesnych. Uczęszczali do niej na nabożeństwo właśni krew­ni jego, liczni przyjaciele i znajomi, którzy różnili się od ogółu Żydów ubraniem europejskim i czystą wymową swoją niemiec­ką. Synagoga ta Izaka Flataua stanowiła zalążek późniejszej Wielkiej Synagogi dla postępowych przy ul. Tłomackiej (Nusbaum, str 93).


Wnukiem tegoż Izaka Flataua zmarłego w r. 1807 w żydostwie, był Aleksander Flatau (1836—1902), syn Majera Szymona (1794—1855) ochrzczony w r. 1886, właściciel wielkiego Domu Handlowego w Warszawie, kawaler austriackiego orderu żelaznej Korony.


Synami Aleksandra Flatau byli:


1) Michał Stanisław Flatau (1865—1925) radca dworu w Ministerstwie Spraw wewnętrznych we Wiedniu, dyrektor policji w Krakowie, a ku końcowi naczelnik wydziału w Minister­stwie spraw wewnętrznych w Warszawie.


2) Jakub Jerzy Ludwik Flatau (ur. w r. 1865) sędzia powiatowy, kapitan austriacki.


Synem Michała Stanisława Flatau jest Franciszek Józef Flatau (ur. w r. 1900) rotmistrz 1 pułku szwoleżerów.


Z tej samej rodziny, bratem stryjecznym Majera Szymona ojca Aleksandra, był Julian Flatau (1806—1854) porucznik pułku huzarów wojsk rosyjskich, dziedzic dóbr Laskowo, za­szczycony szlachectwem królestwa polskiego herbu Zdobycz (Reychman str. 70).



BARONOWIE FRAENKEL



Protoplastą tej rodziny był Samuel Fraenkel, szwagier Izaka Flataua, (zobacz).


Samuel Fraenkel urodzony w r. 1773, pochodził z Wro­cławia i przybył do Warszawy za czasów zaboru pruskiego (Südpreussen) jako prokurzysta firmy bankowej znajdującej się przy ulicy Bielańskiej (numer hipoteczny 602) onego czasu, filii Domu berlińskiego „S. M. Levy Heritiers“. W roku 1798 oże­nił się on z córką nieżyjącego już wówczas wielkiego dostawcy wojskowego Samuela Zbytkowera, będącą wówczas wdową po Chaimie Laskim i uzyskał w ten sposób stanowisko wybitne w świecie bankowym w Warszawie.


Gdy w r. 1806 armia pruska została rozbita pod Jeną i powstało Księstwo Warszawskie i dla przybyszów z Prus wię­cej miejsca nie było w stołecznym grodzie niepodległego, aczkol­wiek bardzo okrojonego państwa nadwiślańskiego, — Samuel Fraenkel jako cudzoziemiec powinien był wraz ze swymi ziom­kami przybyłymi z Prus opuścić Warszawę. Aby zapobiedz temu przeszedł on wraz z żoną i swymi dziećmi własnymi dnia 31 grudnia r. 1806 na wyznanie rzymsko-katolickie. Wnet też dzie­ci i z pierwszego małżeństwa żony opuściły żydostwo.


W dzień 17. VI. r. 1808 zapisał się nowochrzczeniec Sa­muel Antoni Fraenkel, jako właściciel samodzielnej firmy ban­kowej do konfraternii kupieckiej. W r. 1816 współdziałał on jako jeden z założycieli Giełdy warszawskiej. Później otrzymał order św. Stanisława 1 klasy. Żona jego, córka Zbytkowera zaawansowała za Mikołaja I, na damę dworu.


Bank Fraenkla (S. A. Fraenkel) przy ul. Bielańskiej prze­trwał do lat ośmdziesiątych 19 wieku, był instytucją finansową w stylu europejskim, i przez liczne dziesiątki lat posiadał zna­czenie gospodarcze na terenie całego państwa rosyjskiego. Znacz­ne były zasługi tego banku dla finansów Królestwa polskiego. Było to w r. 1828, gdy Bank Polski w Warszawie starał się za granicą o pożyczkę we wysokości zł. 42,000,000, ale daremnie. Dyrektor Ludwik Jelski nie znalazł w Berlinie, dokąd pojechał w celu znegocjonowania pożyczki, przyjaznego nastroju dla kre­dytu publicznego Królestwa. Jednak przedstawiciel firmy Fraen­kel, późniejszy współwłaściciel Al. Laski, pasierb Antoniego Sa­muela stworzył syndykat bankierów berlińskich i transakcję prze­prowadził; podwyższając kwotę do 52,000,000.


Bank S. A. Fraenkel wcześnie zwrócił swe oblicze do prze­mysłu i założył w okolicy Powązek fabrykę sukna, na co otrzy­mał w r. 1831 wielką jak na owe czasy pożyczkę prywatną we wysokości zł. 296,074. Była to pierwsza fabryka sukna w Pol­sce, której właścicielem był człowiek urodzony w kraju. Dotych­czas przemysł sukienny znajdował się wyłącznie w rękach cu­dzoziemskich.


Mimo chrztu Samuel Antoni Fraenkel nie stał w zupełno­ści zdala od społeczeństwa żydowskiego. W r. 1832 widzimy jego imię wśród ofiarodawców na szpital żydowski z kwotą wpra­wdzie stosunkowo małą, 315 rubli (Nusbaum, Szkice, str. 226). Zapisał jednocześnie jednak na rzecz chrześcijańskiego Zgroma­dzenia Kupców 36,000 złotych.


Po śmierci Samuela Antoniego Fraenkla, która nastąpiła w r. 1833, objął przedsiębiorstwo bankowe po ojcu syn jego An­toni Edward (1809—1883). W roku 1833 na spółkę z Józefem Epsteinem przeprowadził on pożyczkę dla Banku Polskiego, który reprezentował Skarb Królestwa, — we wysokości zł. 150,000,000. W r. 1839 uskutecznił on pożyczkę wewnętrzną, również ze sukcesem. Bank S. A. Fraenkel otrzymał od Aleksandra II, bardzo dogodną koncesję na Starachowieckie Towa­rzystwo Akcyjne. Z biegiem czasu bank Fraenkla dostał wspól­ników, najpierw Aleksandra Laskiego, a później Leona Goldstanda.


Antoni Edward Fraenkel uzyskał cały szereg zaszczytów, był kawalerem orderów św. Stanisława II i św. Włodzimierza IV kl., był członkiem Rady Przemysłowej Komisji rządowej

dla spraw wewnętrznych i duchownych. Za zasługi położone przy przeprowadzeniu pożyczki wewnętrznej, otrzymał on w ro­ku 1839 dziedziczne szlachectwo Królestwa Polskiego, a w ro­ku 1854 tytuł baronowski cesarstwa rosyjskiego.


Ożenił się on z Bertą Morawską, z którego małżeństwa pochodził Jan baron Fraenkel ur. w r. 1839.


(Frenk I, 21—37, Reychman str. 73—74, Kempner I, 69, Peretz, Żydzi w Polsce Odrodzonej II, 434).



FRANKENSTEINOWIE HRABIOWIE PORTUGALSCY



Aleksander Leon Frankenstein (1801 —1861) oficjalista konsumcyjny, syn Leona kupca miasta Kutna, przyjął w r. 1825 wyznanie augsbursko-ewangelickie, niewątpliwie po to, aby się utrzymać na posadzie rządowej. Żonę swoją Teklę Józefinę z Kleinadlów, ochrzcił dopiero w pięć lat później w r. 1830, a syna swego Edwarda urodzonego w r. 1827, zaś w r. 1833. Znać, że toczył walkę ze sobą i początkowo uważał swój chrzest za przymusowy i przejściowy i nie chciał go rozciągnąć na swoją ro­dzinę.


Edward Frankenstein, który ujrzał światło dzienne jeszcze jako Żyd obrał karierę dyplomatyczną, był urzędnikiem poselst­wa rosyjskiego w Brukseli, radcą stanu, przyczem też zajmował się muzyką, na której dziedzinie uzyskał imię. W r. 1878 otrzy­mał on szlachectwo dziedziczne cesarstwa rosyjskiego. Edward Frankenstein pojął za żonę Aleksandrę Kronenberg również neofitkę.


Synem z tego małżeństwa był Henryk Adolf Frankenstein, attaché ambasady rosyjskiej w Paryżu, rzeczywisty radca stanu, który otrzymał rzekomo tytuł hrabiowski od rządu portugal­skiego.



Wiceminister Stefan Franfyenstein-Sieczkowski



Bratem stryjecznym Henryka Adolfa Frankensteina jest b. wiceminister Sprawiedliwości R. P. Stefan Frankenstein-Sieczkowski urodzony w r. 1881, adoptowany syn Eugeniusza Frankensteina, lekarza, który praktykował w Warszawie (1850—1905), (Jeske-Choiński, str. 19, Reychman, str. 75—77).



JULIUSZOWA GERMANOWA



Juliusz German znany literat i powieściopisarz (W gospo­dzie pod trzema zbójami, Twarz zza kurtyny, dramat, Lilith, Mściciel) pojął za żonę Zofię córkę Kazimierza Eryka Natansona (1853—1923) znanego bankiera warszawskiego.



MATEUSZ GLIŃSKI


Mateusz Gliński, jako Żyd nazywał się Hercenstein (ur. w r. 1892), jest synem literata żydowskiego. Ukończył konserwa­torium w Warszawie oraz fakultet prawniczy i wydaje od lat war­tościowe czasopismo muzyczne p. t. Muzyka. Ogłosił on też różne monografie z zakresu muzyki.



MINISTER WICEMARSZAŁEK HIPOLIT GLIWIC



Hipolit Gliwic (Gliwitz) syn kupca Bernarda Gliwitza i Flory z Selbstmanów ur. w r. 1878, przeszedł jako student nauk matematycznych uniwersytetu odeskiego w r. 1898 na wyznanie kalwińskie. W r. 1900 ukończył Gliwic uniwersytet z ty­tułem kandydata i zapisał się w Instytucie inżynierii górniczej w Petersburgu, który opuścił w r. 1907 z dyplomem.


W parę lat później widzimy Gliwica, jako autora pracy z zakresu ekonomii w języku rosyjskim na temat przemysłu że­laznego (Żelaznaja promyszlennost Rossi str. 147 plus 101, Petersburg 1811). W tym samym roku ogłosił też Gliwic stu­dium w języku francuskim p.t. Quelques mots sur l‘industrie metallurgique russe. Przemysł żelazny był też pobudką dla niego do napisania pracy dalszej w języku rosyjskim p.t. Potrebnje zeleza w Rossii, str. 134, Petersburg 1913.


Mimo swego szybowania na wyżynach teorii gospodarczych i statystycznych, brał też Gliwic wówczas praktyczny udział w realnym życiu ekonomicznym, zajmował w Rosji przedwojennej różne stanowiska kierownicze w przedsiębiorstwach górni­czo-hutniczych, instytucjach bankowych i społeczno-gospodar­czych.


W r. 1916 ogłosił Gliwic większą rzecz w języku polskim p.t. Ewolucja syndykatów (str. 388).


Odbudowana Polska powołała go jako specjalistę od spraw gospodarczych, na różne stanowiska czołowe.


Od roku 1919 był Gliwic radcą handlowym i delegatem Ministerstwa Skarbu. W latach 1923—1925 pełnił on służbę, jako radca legacyjny i charge d'affaires przy poselstwie polskim w Waszyngtonie. W roku 1925 został on powołany do War­szawy na dyrektora departamentu handlowego w Ministerstwie Przemysłu i handlu.


Po zamachu majowym na wiosnę roku 1926, przedstawicie­le nowego reżymu postanowili skorzystać z fachowych znajo­mości Gliwica na naczelnym stanowisku. Gliwic otrzymał wów­czas tekę ministra handlu i przemysłu w pierwszym prowizorycz­nym gabinecie Bartla (15, V — 7 IX).


W latach 1927—1929 był Gliwic delegatem Polski na ósme, dziewiąte i dziesiąte Zgromadzenie Ligi Narodów. W la­tach 1928—1930 zasiadał Gliwic w senacie z ramienia BB, gdzie został wybrany wicemarszałkiem.


Pozatem pracuje Gliwic jako wiceprezes Banku Handlo­wego w Warszawie, oraz też jako wiceprezes Związku Polskie­go Górnictwa, Handlu i Przemysłu, ponadto jest członkiem Ra­dy Towarzystwa Ekonomicznego i Statystycznego.


Gliwic jest żonaty z Wiktorią z Hajkowiczów.


Mimo licznych zajęć urzędowych i publicznych w nowej Polsce, kontynuował Gliwic nadal swoją działalność naukową. Jest profesorem międzynarodowej polityki gospodarczej na Wol­nej Wszechnicy w Warszawie, oraz ogłasza nadal różne poważ­ne prace naukowe: Podstawy ekonomiki światowej. Materiał ludzki w gospodarce światowej, tom pierwszy wyszedł w r. 1926, tom drugi w r. 1934. Międzynarodowa współzależność ekono­miczna 1928. Międzynarodowe porozumienie producentów 1930 (praca ta powstała z rozwinięcia referatu wygłoszonego w roku 1929 na Pierwszym Zjeździe Ekonomistów polskich w Pozna­niu w r. 1929). Przemysł i Handel Polski, a wielka wojna (Warszawa 1938, nakładem wydawnictwa „Badania Zagadnień międzynarodowych”).


Gliwica charakteryzuje szeroki widnokręg umysłowy. Jest to człowiek o perspektywie nie zacieśnionej w ramach parafii i folwarku jakiejś gospodarki lokalno krajowej. Pisał ongiś po rosyjsku i po francusku, pracował dużo dla piśmiennictwa nau­kowego w języku polskim, a na wypadek potrzeby umie on kru­szyć kopie dla swych przekonań gospodarczych, leżących na linii polityki ekonomicznej Polski, nawet w języku angielskim. W ro­ku 1928 ogłosił Gliwic dla informacji zagranicy o systemie gos­podarczym Polski broszurkę p.t. Polands position among the na­tions, gdzie referuje o równowadze budżetu handlowego, o wa­lucie i emigracji, tłumaczy dla czego Polska musi mieć aktyw­ny bilans handlowy, w przeciwieństwie do mocarstw zachod­nich, albowiem u tamtych deficyt handlowy zostaje pokryty pro­centami, które wierzyciele uzyskują od dłużników zagranicznych, a Polska takich dłużników nie posiada.


W większości prac Gliwica figuruje już w tytule termin „międzynarodowy”, sam też wykłada na Wszechnicy o między­narodowej gospodarce. Gliwic jest za kartelami międzynarodo­wymi. Już w r. 1916 w swej książce p.t. Ewolucja syndykatów zajmował takie stanowisko.


Gliwic podjął myśl gospodarstwa świata ponadnarodowego z wielkim naciskiem, opierając się na bogatym, przejrzyście uło­żonym, z całego świata zebranym materiale, w swej książce już zwyż wspomnianej „Międzynarodowe porozumienie producen­tów”.


Widzi on w kartelach międzynarodowych wielkie korzyści natury ekonomicznej.


Nie łudzi się on co do przeszkód, na jakie napotyka karte-lizacja międzynarodowa, ale wie jak je skwalifikować „Trudno­ści przy tworzeniu zrzeszeń międzynarodowych są spowodowane przez czynnik nie ściśle ekonomicznej natury. Poważne znacze­nie mają tu bowiem pierwiastki psychologiczne, jeżeli nie mówić już o rozbieżnościach prawodawczych”. — „Moment nacjona­lizmu gospodarczego, kojarzący strony w wypadku syndykatu krajowego, działa wręcz odpychająco w porozumieniu międzyna­rodowym”.


Gliwic ubolewa nad tym, że „jednolita opinia co do karteli międzynarodowych nie zdążyła się jeszcze utrwalić, ani w ko­łach naukowych, ani w sferach przemysłowych” a mimo to „nie waham się stwierdzić, że stanowią one największy przejaw soli­ darności gospodarczej”.


Gliwic wynosi pod niebiosa korzyści wynikające z między­narodowych karteli „Głównym zadaniem każdego syndykatu mię­dzynarodowego jak i krajowego sprowadza się do prawidłowej repartiacji rynków, unormowania cen w ramach światowych”, „do charakterystycznych cech dodatnich w wypadku kartelu mię­dzynarodowego jest… usunięcie kosztownego dla gospodarki in­dywidualnej, a szkodliwego dla gospodarki narodowej dum­pingu”.


Gliwic to nie zwykły spec ekonomiczny zamknięty w ciu­pie swego fachu, nie umiejący patrząc się w dal. Widzi on w kartelach nie tylko dobre ramy dla mechanizmu gospodarcze­go, ale coś jeszcze więcej, system organizacyjny o dodatnich konsekwencjach politycznych, który musi doprowadzić do zbratania narodów „przyczyniają się one wielce do ożywienia stosunków międzynarodowych i do większego zbliżenia się sfer przemysło­wo-handlowych różnych krajów i do lepszego i głębszego zrozu­mienia się”.


Praktyczny badacz, realista stuprocentowy przeobraża się wnet w polityka pacyfistycznego. Odzywa się w Gliwicu w tym korzeniu oderwanym od pnia, skra dziedzictwa starego Izraela, który od czasów proroków i apostołów śni o okresie wiecznego pokoju i wszechszczęścia ludzkości. Pisze on w tym związku z trzeźwą sprawą karteli: „Powiem więcej. Syndykaty między­narodowe dają bardziej uchwytną i realniejszą rękojmię pokoju, niż to mogą zapewnić, najbardziej pompatyczne pamflety i najpatetyczniejsza frazelogia pacyfistyczna”.


Gliwic snuje dalej tę myśl szlachetną ufundowania wieczne­go pokoju na podwalinach wspólnych interesów gospodarczych, biorąc do tego asumpt z doszłego porozumienia gospodarczego niemiecko-francuskiego. „Fakt dojścia do porozumienia przemy­słowców francuskich i niemieckich w niezmiernie poważnych dziedzinach pracy ludzkiej mówi za siebie. Nie perswazje paneuropejczyków i nie kazania pacyfistów, lecz twarda konieczność zmusiła Francję i Niemcy do przezwyciężenia wzajemnej awer­sji powojennej, do puszczenia w niepamięć tak niedawnej krwa­wej przeszłości”.


Przy myśli o pacyfizmie gospodarczym wpada realistyczny Gliwic nawet w nastrój poetycki i pisze: „Pacyfikacja ostateczna i ogólna. Któż jej nie pragnie? Któż do niej nie wzdycha? Kto do niej tęsknych nie wyciąga rąk? Ale aby nie została tylko frazesem fascynującym i marzeniem pięknym, koniecznym jest przede wszystkim, utworzenie odpowiedniej atmosfery.” a tutaj przechodzi Gliwic do swojej tezy i głosi „wierzę mocno, że nie zbiorowe traktaty i wielostronne układy rządów doprowadzą do zbliżenia narodów, lecz naturalne tendencje odruchowe całokształtu życia gospodarczego, krystalizującego się na coraz szerszej płaszczyźnie międzynarodowej, a opartego na zdrowych zasadach indywidualnej inicjatywy”.


Gliwic jako pacyfista ekonomiczny przypomnia Blocha tylko z tą różnicą, że tamten wskazywał z całą otwartością na biblijny staroizraelski początek swego mesjanizmu pokojowego.


Gliwic o Żydach na ogół nie wspomina. Pracuje na wyżach nauki o zasięgu globalnym, cóż go mogą interesować drobiazgo­we różnice wyznanione, narodowe, czy plemienne? Jednak gdy przystąpił do głoszenia międzynarodówki syndykackiej, obawiał się on, aby ktoś go nie posądził o propagowanie myśli wyrosłej wśród finansjery żydowskiej, która również częstokroć posiada charakter międzynarodowy. Gliwic pisze tedy w swej już wyżej cytowanej książce p.t. Międzynarodowe porozumienie producentów „Od niepamiętnych czasów znane są przedsiębiorstwa p. exc. międzynarodowe, które jednakowoż nie mogą być brane pod rozwagę w interesującym nas wypadku, ani też uważane za zrzeszenia międzynarodowe. — W swej znakomitej pracy „Die Juden und das Wirtschaftsleben” przytacza Sombart pokaźną ilość rodzin żydowskich, które żyjąc w diasporze, po­siadały jednocześnie przesiębiorstwa w różnych punktach kuli ziemskiej, a może nawet rozproszyły się po to, aby od razu w rozmaitych krajach firmy swe kreować”. Gliwic oddziela za­sadniczo familijną międzynarodówkę finansjery od międzynaro­dowej ekspanzji przemysłu, który zakłada filie po drugiej stro­nie kordonu jakiegoś kraju, spajające produkcję różnych państw i regulujące obrót towarów i ceny.


Gliwic zapomocą scholastycznego różnicowania, odżegnywa się od paraleli, która może w rzeczywistości nie jest wcale pozorną i złudną.



GLÜCKSBERGOWIE



Natan - Mikołaj Nataniel Glücksberg



W historii księgarstwa i wydawnictwa polskiego, należy się pierwsza stronica honorowa Natanowi alias Mikołajowi Glücksbergowi, (1780—1831) za jego olbrzymi nakład pracy owocnej w kierunku komercjalizacji literatury polskiej. On sam, pod­kreślamy, został przez całe życie wiernym religii swych ojców.


Natan Glücksberg zjawił się na rynku księgarskim polskim z końcem drugiego dziesięciolecia 19 wieku jakby jakiś anioł-zbawca i z chaosu i głębokiego letargu wyprowadził książkę polską, zdołał to dzięki swej tężyznie i swemu zmysło­wi organizacyjnemu. Czytamy o tym w Kłosach (r. 1868, t. VII str. 295) „Pamiętamy te czasy, kiedy pisarze nasi pracy swej nie umieli sprzedawać, kiedy żaden myśli nie miał, żeby utwór swego serca, samotnych dumań, lub mozolnych ślęczeń, mógł kiedykolwiek spieniężyć… Kto pisał, pisał jedynie wedle na­tchnienia, pociągu, czy upodobania), a kiedy wybrany przedmiot ukończył należycie, szukał nakładcy i bezpłatnie oddawał z zastrzeżeniem sobie kilkunastu egzemplarzy dla rozdania przyja­ciołom… Pisarze najgłośniejszego imienia, szukali funduszów w prenumeracie i nie jeden z goryczą utyskiwał na obojętność ogółu i małą liczbę prenumeratorów, których nazwiska drukował… Taki stan księgarskiego ruchu u nas idzie ciągle do roku 1820 niemal, kiedy pojawił się księgarz - nakładca Natan Glücksberg. Ten pojmując dobrze jak korzyść własną, tak zarazem trafnie oceniając potrzeby społeczności naszej, zaczął pierwszy honoraria, nawet wysoko opłacać. Szereg dzieł wydanych przez niego ozdobnie, starannie nieraz z przepychem typograficznym jest niemały, którymi rozniecił zamiłowanie do czytania i rozsze­rzał wiedzę. Sam już ich spis dokładny dałby nam obraz zajmu­jący, w jakim kierunku lubowała się najwięcej ówczesna społecz­ność”.


Również wiele dobrego o Natanie Glücksbergu opowiada Sobieszczański, jak on postawił wydawnictwo Polskie na nogi i zdrowo je skomercjalizował, jak on pierwszy w ogóle zaprowa­dził w Polsce innowację płacenia honorarium autorom: „Autorowie nie brali wynagrodzeń żadnych za swe dzieła, wydawcy tracili na swych nakładach, a niektórzy tylko księgarze bogacili się. Dopiero pierwszy Natan Glücksberg w r. 1825 niesłychane do­tąd, jak powiada K. Wł. Wójcicki w swej Historii Literatury Polskiej, Warszawa, 1845, I, 66, ofiarował wynagrodzenie auto­rowi powieści Jana z Tęczyna, za trzy bowiem tomy zapłacił trzysta dukatów, ale w kilka godzin miał je zwrócone. Gdy bo­wiem w przeddzień zapowiedział o wydaniu nazajutrz tej po­wieści a introligator rano przyniósł 500 egzemplarzy, w 6 godzin nie zostało ani jednego, a drugie 500 sprzedał we dwa tygodnie” (Rys Historyczno-statystyczny, Warszawa str. 266).


Glücksberg Natan był nie tylko wydawcą-księgarzem, ale i drukarzem, gdzie tak samo starał się o nowe drogi, wskazując sobie i innym nieznane dotąd możliwości. Sobieszczański relacjo­nuje o nim w tym kierunku „chcąc wszystkim krajowym druka­rzom możność współubiegania się o piękne wydania ułatwić, założył gisernię, czyli fabrykę lania czcionek drukarskich, spro­wadził z Paryża najdoskonalsze machiny, najsubtelniejsze mat­ryce i począł odlewać czcionki, które francuskim w niczym nie ustępowały, albowiem na tych samych co i w Paryżu matry­cach” (str. 296).


Natan Glücksberg ożenił się Reginą Gottschalk.



Potomstwo chrześcijańskie Natana-Mikołaja Nataniela Glücksberga.



Dwaj synowie jego kontynuowali razem zawód wydawni­czy z znacznym sukcesem.


Syn tegoż Krystian Teofil (ur. w r. 1798) wydał wspól­nie z bratem swoim Emanuelem Augustem (1804—1881) En­cyklopedię Powszechną, Dzieła K. Brodzińskiego, Ateneum Kraszewskiego i w. i. Pierwszy z nich zmienił wyznanie w roku 1828, drugi w r. 1830. Emanuel August Glücksberg rozszerzył przedsiębiorstwo ojca i zakład jeszcze bardziej prosperował. Ożenił się on z Emilią Emmą Landshutte, z którą miał cztery córki i jednego syna Alfreda Mikołaja ur. w r. 1842. O jednej z córek Emanuela Augusta Glücksberga, która wyszła za Bro­nisława Plewińskiego znajduje się parę ciepłych słów w liście poetki Narcyzy Żmichowskiej do Wandy Grabowskiej z r. 1869 (Wydał Boy Żeleński) „Ładna, rozumna, dobra, wśród naj­serdeczniejszej rodziny przy mężu, który przed nią proch zdmuchiwał, z synkiem jak cherubinek, ślicznym, zdrowym, rozkosznym“. Żmichowska też ojcu jej poświęca kilka wyrazów: „Po­znałem raz jej ojca (Emanuela Augusta Glücksberga) nadzwy­czaj miły człowiek, co nie jest zwykłą, wielu ludzi rozumnych, a nade wszystko praktycznie rozumnych zaletą” (I. 110).


Dalszy syn Natana Glücksberga, Gustaw Leon (1802—1870) ochrzczony w r. 1828, również księgarz-wyd. (r. 1839), był redaktorem Gazety Rządowej (od r. 1841), oraz też na­czelnikiem wydziału Korespondencji w Urzędzie Loterii Kró­lestwa Polskiego.



Jan Glücksberg



Natan Glücksberg miał też brata Jana (1784—1859), z zawodu księgarza i drukarza, który również jak on pozostał przy żydostwie. Wydał on w r. 1827 „Plan i obraz Warszawy” chwalony o kilkanaście lat później, przez Sobieszczańskiego (str. 291), „był to pierwszy przewodnik stołecznego miasta Polski”. Pozatym wydawał z wielką korzyścią dla podniesienia poziomu ogólnej oświaty w Polsce: Magazyn Powszechny (1834 —1841), Kosmoramę Europy (od roku 1841), Magazyn dla dzie­ci (od r. 1835), Magazyn Mód (od r. 1835), oraz też Ency­klopedię obrazową.


Jan Glücksberg był uczestnikiem powstania listopadowego; uzyskał też za swe zasługi w księgarstwie poczestne obywatelst­wo.


Udzielał się on też społecznie dla swych braci. Był on członkiem Rady Opiekuńczej Szpitala Starozakonnych w War­szawie, obrońcą spraw duchowych Sądu Najwyższego Królest­wa. W roku 1825 został on przydzielony z pensją 2000 złotych jako sekretarz do Izby Doradczej składającej się z członków Żydów, dodanej Komitetowi, który w myśl ukazu carskiego z wspomnianego roku miał się zajmować sprawami Starozakon­nych w Polsce (Nusbaum, str. 115).


Córka jego Jana Glücksberga pozostała również Żydówką wyszła za Salomona Lewentala, jednak krótko żyła. Lewental odziedziczył po niej interes ojca, a dopiero w kilkadziesiąt lat później będąc już drugi raz dawno żonaty, zmienił wyznanie.


Syn Jana Glücksberga Michał (1838—1907) zasłużył się również jako wydawca. Nakładem jego wychodził Bluszcz (od r. 1865), ujrzały światło dzienne: „Historia Literatury Pol­skiej“ Bartoszewicza, Kmiotek (od r. 1860), Muzeum sztuki europejskiej. Był żonaty z Elżbietą Orgelbrand. Brat Michała, Maksymilian był adwokatem.


Na chrześcijaństwo przeszła córka Michała Maria Ludwi­ka w 23 roku swego życia w r. 1898 (Reychman, str. 79—82, Jeske-Choński, str. 243).



GOLDSTANDOWIE



Leon Goldstand syn Zeliga współwłaściciel domu bankowe­go S. A. Fraenkel, radca handlowy banku polskiego, pozostał do śmierci Żydem (1800—1858) dawał też na żydowskie cele charytatywne (Nusbaum, str. 227). Żoną jego była Felicja z Salingerów.


Synowie jego:


Jan Goldstand (1837—1904) zmienił swe wyznanie w r. 1868 na religię rzymsko-katolicką i uzyskał stanowisko dyrekto­ra Banku Międzynarodowego w Petersburgu i tytuł radcy Stanu.


Aleksander Goldstand (1838—1903) tego samego roku, co jego starszy brat, się ochrzcił wraz z żoną Marią z Gutmanów i dwiema córeczkami Józefą i Izabellą Ludwiką, był bankierem, radcą handlowym Banku Polskiego, wiceprezesem Rady Banku Dyskontowego, prezesem Towarzystwa Zakładów górniczych strachowieckich, prezesem cukrowni Józefów i t. d.


Synem Jana Goldstanda był Leon Feliks (1871—1928), kierownik polskiego konsulatu generalnego w Londynie ( 1/IX, 1919 — 1/V, 1920), właściciel dóbr Zaborów, żonaty z Zofią Kamkowską córką Gustawa, po śmierci męża wyszła ona za Jerzego hr. Tarnowskiego.


Aleksander Goldstand nie zostawił synów tylko córki, które powychodziły za mąż za różnych ziemian polskich.



MARIA GÓRECKA



Chlubnie zapisała swe imię w dziejach emigracji polskiej we Francji córka Celiny Mickiewiczowej, z rodu frankistów z stu­procentową pewnością, siostra Władysława Mickiewicza, Maria żona wybitnego malarza Tadeusza Góreckiego, autorka Wspomnień o Ojcu, tłumaczka licznych nowel z języka polskiego na język francuski. (Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu opowie­dziane młodszemu bratu 1875, Przekład Bartka zwycięzcy i Pa­miętnika nauczyciela Poznańskiego, Henryka Sienkiewicza, oraz Telegram u niedokończonego Zachariaszewicza). Podobnie jak dom Władysława i jej dom stanowił ostoję polskości nad Sekwa­ną i nikt jej również nie posądzał na podstawie instynktu rasowe­go, o jakąś obcość, zakłócającą harmonię szczepową prasłowiań­skiej symfonii biologicznej. Narodowi Polacy rdzenni nie znajdy­wali dosyć słów, by, wychwalać jej promieniującą polskość. Czytamy w jej nekrologu ogłoszonym w Tygodniku Ilustrowa­nym (r. 1922, str. 835): „Wielka patriotka umiała jednoczyć na obczyźnie, serca polskie i brała udział we wszystkim, co ze sprawami politycznymi miało związek. W kolonii polskiej w Paryżu dom jej stanowił ośrodek życia towarzyskiego i placówkę narodową. Losy kraju obchodziły zawsze gorąco wielką duszę zmarłej. Wrodzony jej zapał i entuzjazm dla spraw narodowych udzielał się każdemu co miał sposobność z nią obcować”.



GRABOWSCY



Grabowscy nie należeli do elity frankistowskiej. Mikołaj Grabowski (1780—1862) był z początku krawcem wojsko­wym, a następnie właścicielem sklepa sukna. Ożenił się z frankistką Franciszką Piasecką, z którą miał czterech synów.


Z pośród nich wybił się adwokat Edward Józef Grabowski (1809—1899), który od r. 1835 pracował w zawodzie obroń­czym. Swego czasu słynął on jako bardzo wzięty palestrant, tak jak wielu innych potomków frankistowskich w onym okresie, którzy poświęcili się adwokaturze. Grabowski wprawdzie swadą swoją nie odpowiadał warunkom krasomóstwa, ale posiadał on inne zalety w tym kierunku „Siła jego tkwiła w umiejętnej kom­pozycji faktu, w stawianiu oderwanych teoryj prawa na gruncie życiowej praktyki. Starał się on o prostotę i jasność dykcji — wy­kład jego celował jasnością i przejrzystością formy i treści”. Kraushar zamieścił o Edwardzie Józefie Grabowskim szkic jubileuszowy w Kłosach (r. 1884, str. 316). Był on doradcą prawnym całej arystokracji polskiej Wielopolskich, Lubomir­skich, Czartoryskich, oraz też prezesem warszawskiego Towarzystwa Kredytowego. Żonaty był z Zofią Krysińską, córką frankisty Ksawerego Krysińskiego i frankistki Marii Rydeckiej.


Również i syn jego Leon był prawnikiem i odznaczał się wybitnymi zdolnościami, tak samo wykonywał zawód adwokac­ki drugi syn Wojciech Grabowski. Syn Leona Grabowskiego również Leon jest ziemianinem, współzałożycielem formy Gra­nat. Wojciech Grabowski żonaty z Anną Nostitz Jackowską, miał synów: 1) Józefa Feliksa Leona ur. w r. 1882 inżyniera, oraz 2) Edwarda profesora wolnej Wszechnicy, członka PPS.


Wspomniany zwyż frankista Mikołaj Grabowski miał też syna Jana Andrzeja kupca (Warszawa, Miodowa 3), w któ­rego domu panowała wedle świadectwa współczesnych, podnio­sła atmosfera umysłowa. Podczas powstania styczniowego do­stał się on do więzienia, gdzie go przetrzymano pół roku, za to, że w piwnicach jego domu znaleziono broń. Miał on cztery cór­ki wszystkie uzdolnione bardzo i trzy z nich, które wyszły za mąż zaślubiły jednostki z wyższych sfer inteligencji:


1) Wanda uczenica, a później przyjacióła wielkiej patriot-ki i pionierki oświaty Narcyzy Żmichowskiej, o której ogłosiła różne prace w Bluszczu (r. 1871, r. 1902), w Tygodniku Ilustrowanym (1873), w Ateneum (1895) wyszła za Władysła­wa Żeleńskiego znakomitego kompozytora „jednego z koryfeu­szy polskiego świata muzyki” (Kłosy, XLVI, 278), dyrektora konserwatorium w Krakowie od r. 1887 (zobacz).


2) Julia poślubiła Adolfa Przerwę Tetmajera właściciela Ludźmierza na Podkarpaciu, marszałka powiatu nawotarskiego i posła na sejm galicyjski (zobacz).


3) Maria wyszła za matematyka Władysława Kwietniew­skiego docenta Szkoły Głównej. Po zwinięciu tej szkoły praco­wał na kolei warszawsko-wiedeńskiej.


4) Zofia Grabowska znana swego czasu z licznych tłuma­czeń popularnych angielskich powieści dla młodzieży (Małe kobietki, Dobre żony i t. d.) pozostała niezamężną. (Jeske-Choiński, str. 76, Kraushar, Palestra, str 51, Biblio­teka Warszawska, r. 1904, tom II, str. 418, Narcyza i Wanda, Listy Narcyzy Żmichowskiej, Warszawa 1930.


Hrabiowie Grabowscy” zob. Poniatowscy.



TADEUSZ GRODYŃSKI



Tadeusz Grodyński (ur. w Krakowie w r. 1888) jest synem neofity, sędziego apelacyjnego w Krakowie Goldmana, który po przejściu na chrześcijaństwo zmienił swe nazwisko.


Jest on specjalistą dla spraw prawniczych i skarbowych. Ja­ko młody człowiek ogłosił Tadeusz Grodyński kilka studiów prawniczych: Ustawodawstwo emigracyjne 1912, Pomoc prawna w obrocie międzynarodowym 1913, Międzynarodowe prawo prywatne. Po wojnie przeszedł Grodyński do finansów i od r. 1919 do r. 1926 był on dyrektorem departamentu finansów (prokuratorii skarbu) w Ministerstwie Skarbu. W r. 1925 wy­dał on pracę p. t. Polskie prawo budżetowe. W latach 1926/7 był on dyrektorem budżetu w Ministerstwie Skarbu. Od r. 1927 wykłada on w Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie. W latach 1927—1931 pełnił Grodyński służbę w Ministerst­wie Skarbu jako podsekretarz stanu.



GUMPLOWICZOWIE



Ludwik Gumplowicz



I



Jednym z największych ludzi o zasięgu europejskim, któ­rych ziemie polskie kiedykolwiek wydały, był niewątpliwie wiel­ki socjolog Ludwik Gumplowicz (1838—1909) syn księgarza

krakowskiego i gorącego patrioty, Abrahama Gumplowicza.


O Ludwiku Gumplowiczu, którego mała popularność w Polsce stoi w odwrotnym stosunku do jego wielkości, ogłosił nie dawno, w r. 1930 w Poznaniu monografię ksiądz Fr. Mi­rek p. t. System socjologiczny Ludwika Gumplowicza (Prace polskiego instytutu socjologicznego), która zasługuje na rozpow­szechnienie już z uwagi na to, że należy poinformować ogół o znaczeniu wkładu ludzi urodzonych w Polsce, pochodzenia żydowskiego, w kulturę europejską.


Ksiądz Mirek podkreśla, aby unaocznić znaczenie Gumplowiecza w nauce, że Franciszek Oppenheimer w przedmowie do trzeciego wydania „Grundriss der Soziologie“ Gumplowicza, stawia tegoż na równi w jednym rzędzie ze St. Simonem, Comtem i Spencerem. Ks. Mirek pisze ponadto w dalszym ciągu „można powiedzieć, że Gumplowicz tworzył socjologię w Euro­pie, a po części także w Ameryce. Tworzył nie tylko przez to, że w jego szkole kształcili się tacy uczeni jak Gustaw Ratzenhofer i Franciszek Oppenheimer, że dwa razy u siebie gościł w Gracu na sympozjonie socjologicznym nestora socjologów amerykańskich Lestera Warda, ale tworzył przede wszystkim przez swoje liczne z dziedziny socjologii prace. A obiegały nie­które z nich, tłumaczone na obce języki prawie całą kulę ziem­ską od Tokio przez Petersburg do Madrytu, od Wiednia przez Rzym i Paryż do Londynu i Nowego-Jorku. Dysputują na ła­mach pism fachowych z Gumplowiczem i zmieniają lub utwier­dzają się w swoich poglądach socjologicznych, tacy pisarze, jak Gabriel Tarde, Durkheim, Vaccaro, Simmel i inni”.


Biblioteka Warszawska (tom, CCLXXV, str. 592—606) opowiada w obszernym artykule poświęconym pamięci Ludwika Gumplowicza, że gdy tenże obchodził w roku 1908 swe siedem­dziesięciolecie „wzięli udział w uroczystości jubileuszowej w Gra­cu wybitni przedstawiciele instytutów naukowych całe­go świata cywilizowanego” i podkreśla też wysokie walory nau­kowe jego „Jedna z głównych zalet Gumplowicza jest właści­wość umysłu, rzadko wśród socjologów spotykana, mianowicie zdolność opanowania olbrzymiego materiału wiedzy, którym ta umiętność posługiwać się musi; posiada on rzadki dar oriento­wania się w chaosie szczegółów, nie zatraca on nigdy obrazu ca­łości i nie zbacza od swej wytycznej linii”.


Gumplowicz jako socjolog był antytezą Karola Marxa. Podczas gdy twórca materializmu dziejowego uważa ekonomię, interes gospodarczy, materializm egocentryczny grup, subkostwo klas za oś centralną dziejów, — u Gumplowicza czynnikiem de­cydującym rozwoju społeczeństw i państw, to czynnik antropo­logiczny. Każde państwo powstało wedle niego z najazdu, gdzie mniejszość najeżdnicza zapanowała nad większością. Szlachta stanowi wszędzie pierwiastek obcoszczepowy, który zawładnął danym obszarem i ujarzmił ludność rolniczą osiadłą. Różnice klasowe wedle niego są zjawiskiem wtórnym wynikłym z faktu istnienia podbijających i podbitych. Zwalczające się klasy, twierdzi Gumplowicz, są właściwie niczym innym, jak powaśnione ze sobą odmienne warstwy plemienne. Gumplowicz stał na stano­wisku filogenii, że rodzaj ludzki nie pochodzi od jednej pary, lecz że w prapoczątkach historii kiedy rodzaj ludzki powstał, ilość szczepów-ras była niezliczoną i olbrzymia moc niespokrewnionych ze sobą par uganiało się na ziemi. Przez ujarzmienie, wytępienie i zmieszanie się szczepów sobie zupełnie obcych, dro­gą podboju jednych przez drugich, powstały państwa. Państwo zmierza ku ustaleniu ładu w panowaniu jednego szczepu nad dru­gim; jest ono strażnikiem porządku nierówności społecznej. Każ­de ustawodawstwo nosi na sobie, nauczał Gumplowicz, piętno pochodzenia, genezę gwałtu. Powstanie państwa należy uważać za konieczny wynik stosunków wywołanych najazdem, jako pierwsze ogniwo w kształtowaniu organizacyj społecznych. Gum­plowicz nazywał mrzonkami i utopiami, owe konstrukcje poli­tyczne oparte na ekonomii materialistycznej, przepowiadające jutrznię powszechnej równości, powstanie ustrojów państwo­wych opartych na bezwzględnej idei sprawiedliwości.


Byt społeczeństw, to proces sui generis nie posiadający ana­logii.


Gumplowicz wykładał „chociaż dzieje ludzkości odbywa­ją się jako proces naturalny, nie można wszakże podciągać ich pod prawidła rządzące innymi, znanymi dotąd procesami natu­ralnymi. — Do czterech znanych procesów naturalnych, animalistycznego, planetarnego, chemicznego i roślinnego, przybywa piąty ogarniający nowe pole zjawisk. Warunkiem każdego pro­cesu naturalnego, jest prawo, wedle którego różnorodne pierwiastki działają na siebie w sposób stały i niezmienny. Prawa rządzące tym oddziaływaniem wzajemnym w dziedzinie zjawisk społecznych, mają być uięte w formułkę walki ras, wynikłej z wieloplemiennego początku ludzkości. Ta formuła stanowi

punkt wyjścia, fundament, na którym buduje się cały gmach rozwoju ludzkości”.


Walka polega na tym, głosi Gumplowicz, że prawem natu­ry każdy mocniejszy element etniczny dąży ku temu, aby ele­ment odmienny znajdujący się w jego zakresie władzy, lub są­siedztwa, poddać pod swój rozkaz i eksploatację. Pomiędzy elementami różnorasowymi w tym samym społeczeństwie i państ­wie, twierdzi on, nie następuje chemiczne syntetyczne zlanie się, lecz tylko mechaniczne nadrzędne sklejanie się w formie warstw. Składniki pierwotne oparte na czysto etnicznej zasadzie trwają nadal, odrębność ich jednak pozornie bramowana w nową etykie­tę stanu, klasy, kasty. Historię Polski podzielił Gumplowicz na trzy okresy i chciał udowodnić, że w każdym okresie inny szczep, pod pozorem warstwy ekonomicznej, wodził rej: szlachta-Normanie, mieszczaństwo-Niemcy, chłopstwo-Słowianie. Obce rasy transformowane na kasty klasowe istniały już w starożyt­nej Grecji (Heloci), w Palestynie (Gibeonici), oraz też jeszcze dziś dają się stwierdzić w Indiach (Pariasi).


Gumplowicz jako teoretyk społeczno-antropologiczny uwa­żał konsekwentnie spekulatywną filozofię historii ze swoim du­chem narodów za doktrynę błędną, tak samo jak dla niego nie istniała idealistyczna nauka o państwie ze swymi celami po­rządku i kultury. Gumplowicz naturalista genetyczny był w od­niesieniu do ustrojów państwowych pesymistą. Wedle niego ludz­kość stoi przed dwiema alternatywami, albo pogodzić się z ideą państwową, która wszędzie jest instrumentem rasowej mniejszości szlacheckiej, czy mieszczańskiej, aby panować nad ogółem, albo pozbyć się w ogóle organizacji państwowej, uznać anarchię za ideał. W takim razie następuje koniec wszelkiej cywilizacji.


Socjologia Gumplowicza miała już długo przed wojną światową wielkie znaczenie dla krytyki demokracji parlamen­tarnej.


Najważniejsza dzieła Gumplowicza: Rasse und Staat, 1875, Der Rassenkampf 1883 (równocześnie po niemiecku, francusku i hiszpańsku), System Socjologii, 1885 (w 6 językach, po polsku, niemiecku, francusku, angielsku, hiszpańsku, japońsku), Sociologie und Politik, 1892 (po niemiecku, francu­sku, włosku), Allgemeines Staatsrecht (1907). Po jego śmier­ci ukazała się jego Staatsphilophie, przełożona na język polski przez Posnera. Obszerna bibliografia, aczkolwiek nie wyczer­pująca w zupełności, pism Ludwika Gumplowicza, znajduje się w monografii pisanej przez Stanisława Posnera p.t. „Ludwik Gumplowicz. Zarys życia”. System socjologii Gumplowicza (The outlines of sociology) wydała w r. 1899 Amerykańska Akademia socjologii w Filadelfii.


Współcześni socjologowie czuli, że teoria Gumplowicza — bez względu na jej prawdę naukową — może się stać niebez­pieczną politycznie z uwagi na moment antropologiczny, raso­wy. Gabriel Tarde nazywał Ludwika Gumplowicza „le terible Autrichien“ — straszny Austriak. Sam Gumplowicz pisał w ro­ku 1883 w przedmowie do pierwszego wydania swej ewangelii nienawiści rasowej, jako osi dziejów, swego Rassenkampf, nale­życie się orientując: „a cóż będzie jeśli iskierka lepszego po­znania, znajdująca się może w tej książce, rozpali namiętności ludzkie i wybuchający płomień, rozszerzy wokoło dzieło zniszczenia“. Gumplowicz się nie ulęknął. W przedmowie do wyda­nia z r. 1909 podkreśla sam że „temat ten stał się dopiero w ostatnich dziesięcioleciach, aktualnym i nowoczesnym” (das Thema „erst in den letzten Dezennien aktuel und modern wurde“).


Nowocześni bojownicy rasizmu swastykowego nie wspo­minają wcale o teoretyku walki ras Gumplowiczu. Milczą o nim nie tylko przeto, że na Żyda konsekwentni rasowcy antysemiccy nie mogą się powołać, lecz, że po istotnie konsekwentnym przemy­ślaniu tezy Gumplowicza, wszelki nacjonalizm okazuje się non­sensem, gdyż każdy naród składa się z warstw różnorasowych i nacjonalizm rasowy jest absurdem według tego.


Gumplowicz wykładał na uniwersytecie niemieckim w Gra-cu, najpierw jako docent od r. 1876, później jako nadzwyczaj­ny profesor od r. 1882, a od r. 1893 jako zwyczajny profesor. Przedmiotem jego nie była socjologia, gdyż w owych czasach katedry socjologii nie było jeszcze nigdzie w Europie. Gumplo­wicz wykładał prawo państwowe.



II



Gumplowicz nauczał w Gracu i pisał swe dzieła we wiel­kiej mierze w języku niemieckim, tak samo to czynił w okresie zaborów wielu rdzennych Polaków, którzy nauczali na obco-językowych katedrach zagranicznych (Brückner, Narutowicz, Zielinski i w. i.).


Gumplowicz starał się początkowo o docenturę na uniwer­sytecie rodzinnego miasta Krakowa. W r. 1866 podał się on o habilitację na podstawie dwóch prac w języku polskim „Wo­la ostatnia w rozwoju dziejowym” (1864) oraz „Prawodawst­wo polskie względem Żydów” (1867), ale daremnie. Gumplo­wicz się nie zraził, pracował dalej naukowo w języku polskim, opracowując tematy historyczne polskie i ogłosił w r. 1872 „Konfederacja barska. Korespondencja między Stanisławem Augustem a hrabią Branickim z roku 1768“.


W międzyczasie zajmował się Gumplowicz będący z wy­kształcenia adwokatem, również i polityką. Ludwik Gumplo­wicz był duszą ultraliberalnego „Kraju” założonego w r. 1869, organu demokratycznego, który miał być przeciwwagą „Czasu“ konserwatywnego i popierany przez „czerwonego księcia” Adama Sapiehę, skupiał około siebie pierwszorzędne polskie si­ły literackie i publicystyczne, zainteresowane w walce z wstecznictwem i samobójczą rezygnacją narodową okresu pozytywiz­mu. Kraj upadł w r. 1874, a w r. 1876 przeniósł się Gumplo­wicz do Gracu w Styrii, alpejskiej prowincji austriackiej, gdzie dostał katedrę. O Gumplowiczu jako szermierzu postępu w „Kraju”, wraz z całą grupą, przeciwstawiającą się stańczy­kom, wspomina Antoni Potocki (I, 319).


W r. 1879 pisał Gumplowicz z Gracu do senatora Hubego, głęboko tęskniąc za krajem „Niczego więcej nie pragnąłbym, jak znowu wrócić do kraju i poświęcić się tym pracom, które od mej młodości ukochałem”. (Posner, str. 21).


W Gracu nie zapominał Gumplowicz o piśmiennictwie pol­skim. Zasilał stamtąd czasopisma polskie „Przegląd Historyczny“, „Krytykę” i t. p. Niektóre swe dzieła socjologiczne ogła­szał on równocześnie i po polsku (System Socjologii w r. 1881). W języku niemieckim bronił on też praw mniejszości niemiec­kich w monarchii austro-węgierskiej (Das Recht der Nationalitäten und Sprachen in Österreich-Ungarn).


Działalność Gumplowicza jako profesora nie cieszyła się mirem w sferach oficjalnych. Nigdy nie uzyskał jakiegoś uzna­nia, nie został udekorowany żadnym orderem.


Sfery polskie w kraju go zawsze uważały za swego. Ksiądz Mirek w swej monografii wspomnianej już zwyż pisze o nim: „Gumplowicz choć więcej niż połowę swego życia spędził w Gracu i nazywany był socjologiem austriackim, zawsze prze­cież uważał się za Polaka. Toteż kiedy w Polsce wyzwolonej budzi się coraz więcej „myśl socjologiczna” byłby czas przy­pomnieć co uczynił Gumplowicz i nie dać się w tym ubiec obcym”. Mirek go charakteryzuje „państwowo przynależny do monar­chii austro-węgierskiej, narodowościowo do Polski” (str. 13).


Ciekawym jest ustosunkowanie się różnych kierunków politycznych w Polsce do jego teorii o walce rasowej. Antoni Potocki antysemita wspomina bez żadnej dalszej uwagi, że swoim „Systemem socjologii” wszczepiał Gumplowicz ideę walki ple­miennej w ówczesne młode pokolenie. Zaś socjalista Posner w swej monografii o Gumplowiczu wyraża się z silnymi zastrze­żeniami o „jednostronnym i niekrytycznym uogólnianiu walki ras“ przez Gumplowicza, aczkolwiek zresztą ma słowa uznania dla jego systemu pracy naukowej: „pragnienie nadania socjolo­gii cech nauki przyrodniczej, prowadziło Gumplowicza do poszukiwania praw niezłomnych, rządzących społecznymi dziejami ludzkości”.



III



Ludwik Gumplowicz przeszedł na chrześcijaństwo licząc już lat około 40, będąc już poza granicami kraju, w Gracu. Po­chowanym został na cmentarzu ewangelickim w Matzleinsdorf w Wiedniu.


Jak długo bawił w Krakowie, tak długo interesował się Żydami i aczkolwiek zajmował stanowisko skrajne asymilatorskie, miał on zawsze przecież jakiś pozytywny stosunek do żydostwa, bronił praw Żydów, odpierał zarzuty, myślał o popra­wie swych współwyznawców, domagał się nawet szkół ludowych, opierających się na nauce Starego Testamentu specjalnie prze­znaczonych dla wyznawców mozaizmu.


Ludwika Gumplowicza widzimy najpierw jako młodzień­ca dwudziestokilkuletniego wśród współpracowników Jutrzenki, organu asymilatorów warszawskich. Głosi on tutaj jako asymilator w r. 1861 tezę, że Żydzi w Europie „mieli historię, to było nieszczęściem ich, — a lepszy los ich, dopiero wtedy rzeczywi­ście się zacznie, kiedy ich historia się skończy. Historia ich ma bowiem za konieczną premisę, życie odrębne, pośród których żyją, a to ich nieszczęście”.


Nie znaczyło to jednak, że Żydzi pragnący się asymilować mają chylić kornie czoło, do czyichś strzemion. Przeciw­nie, pierwszym krokiem do uobywatelnienia Żydów, ma być ich równouprawnienie. W roczniku pierwszym Jutrzenki (I, 168), narzeka Gumplowicz na stanowisko szlachty galicyjskiej, której prowodyr Agenor Gołuchowski, mający wysokie stanowisko w rządzie twierdzi, że „trzeba najprzód wychować Żydów na dobrych obywateli, a potem dopiero przyznać im prawa obywa­telskie. Teoria ta mniema, — powiada Gumplowicz — że możebnym by było wychować Żydów na obywateli, odmawiając im praw przyrodzonych człowieka, zapomina że pierwszym wa­runkiem wychowania na obywateli jest przyznanie praw obywa­telskich. Tą jednak teorią kieruje się partia arystokratyczna w Galicji, we wszystkich kwestiach tyczących się równouprawnienia Żydów… Z kwestyj idących tuż za kwestią równoupraw­nienia, najważniejszą jest kwestia tycząca się prawa posiadania dóbr ziemskich”. Gumplowicz naprowadza tutaj charaktery­styczne powiedzenie Gołuchowskiego w tej materii za jego mi­nisterstwa w Wiedniu. Miał on do jednego z magnatów galicyj­skich napisać następujące słowa: „Nie bój się przyjacielu, pó­ki ja ministrem jestem, Mosiek nie będzie twoim sąsiadem”.


W drugim i trzecim roczniku Jutrzenki (1862/3) zamieś­cił Gumplowicz w odcinku tygodniowym większą pracę historyczno-prawniczą p.t. Prawa Żydów w Polsce.


W r. 1865 dzięki pozytywnemu, aczkolwiek asymilatorskiemu nastawieniu młodego Gumplowicza do żydostwa przyszło do konfliktu między nim, a bawiącym wówczas w Krakowie Jul­ianem Klaczką, na tle faktu, że Gumplowicz chwaląc Klaczkę wskazał na tegoż pochodzenie żydowskie. (Posner, str. 23), (zob. artykuł o Klaczce).


Kwestii żydowskiej poświęcił Ludwik kilka stronic w swej książce zatytułowanej „Ośm listów z Wiednia” (Kraków, 1867). Z jednej strony wyraża Gumplowicz swoją dumę z faktu, że „rewolucję roku 1848”, która stanowiła chwilę przełomo­wą w dziejach ludów monarchii austro-węgierskiej, przygotowa­li, zaczęli i przeprowadzili Żydzi czescy, morawscy i węgierscy i przypomina, że pierwszym, który prowadził studentów wiedeńskich do sali zgromadzenia stanów dolno-austriackich i zagaił tym rewolucję, był Żyd węgierski Dr Fischhof i pierwszym, który padł od kul karabinowych, przez wojsko wystrzelonych na lud, był Żyd Spitzer z Moraw, student uniwersytetu. Z drugiej strony bierze Gumplowicz Żydom wiedeńskim za złe, że się do­statecznie nie zasymilowali. „Podczas kiedy w innych krajach, w innych stolicach Żydzi używają wszystkich środków, aby we wszystkich zewnętrznych i wewnętrznych kierunkach życia, ile możności, upodobnić się do społeczności chrześcijańskiej, Żydzi we Wiedniu z dziwnym bezrozumem wszędzie i zawsze, uwydatniają swoją odrębność”.


Wypowiada tutaj Gumplowicz ostry sąd w ogóle o szcząt­kowym charakterze odrębności żydowskiej jako takiej „W spo­łeczeństwie 19 wieku, straciła ta odrębność wszelkie uprawnie­nie, i jest dziś niczym innym, jak sumą różnych przywar, słabo­stek i wad społecznych i którą też im rychlej, tym zbawiennej należy wytępić i wykorzenić. Pojęli tę prawdę Żydzi w krajach cywilizowanych, toteż Cremieux zasiadywał w rządzie prowizorycznym (Francji) nie jako Żyd, ale jako Francuz, Salo­mons burmistrzował w Londynie jako Anglik. Że się urodził w wierze żydowskiej, że do stowarzyszenia religijnego Żydów należy, to fakt wcale obojętny, nie mający żadnej styczności ze stanowiskiem ich społecznym i politycznym, żadnego wpływu na całe ich życie, postępowanie i usposobienie”.


W cytowanych listach z Wiednia schodzi Gumplowicz na temat stosunków żydowsko-polskich w ówczesnej Galicji i wy­powiada parę ciekawych uwag, znamiennych dla stanowiska asymilatora. Posiada on najwyższy respekt przed geniuszem Pol­ski zaś lekceważy bezdennie spuściznę wieków kultury żydow­skiej. Pisze on tutaj: „… Jedni wołają z rozpaczą „Galicja żydowszczeje”. Drudzy odpowiadają „Żydzi spolszczeją”. Nie rozstrzygam sporu charakterystycznego, tylko znaczę fakt: kto są pierwsi? kto są drudzy? Mieszczanin, kupiec mierzący prze­wagę Żydów nad żywiołem polskim, miarą konkurencji kupca żydowskiego, który go przygniata; adwokat małomiasteczkowy, któremu pokątny pisarz żydowski, lepszy krętacz, najlepszą go­tów zabrać klientelę, — ci truchleją i wołają: gwałtu! Żydzi nas zjedzą! Żydzi panować będą w Galicji. Z drugiej zaś stro­ny, nasi mężowie stanu i wytrawni politycy, — ci się nie boją Żydów, nawet uposażonych wszystkimi tymi samymi prawami, jakich używają chrześcijanie. Jakież to wytłumaczyć? Chyba tak tylko, że ci którzy czują w sobie całą potęgę kultury polskie­go ducha, w których duszy żarzy się płomień geniuszu narodu polskiego, ci wiedzą, że potęga ta jest niezwyciężona i nie po­trzebuje się obawiać żydowskiej konkurencji, że płomień ten nie zgaśnie przed błahą treścią umysłowego życia Żydów” (str. 30).


Gumplowicz przy tym wszystkim zachował nadal swe zain­teresowanie dla historii Żydów w Polsce i wydał w r. 1867, w tym samym roku co swe listy, książkę p. t. Prawodawstwo Polskie względem Żydów, obejmującą wszystkie przywileje, konstytucje synodalne, ustawy sejmowe, dekrety królewskie od Bolesława Pobożnego (r. 1264), aż do końca dawnej Rze­czypospolitej. Jak na ówczesny stan wiedzy historycznej o Ży­dach polskich temu lat 70, była to praca poważna i oznaczała wielki postęp.


W r. 1875 wydał Gumplowicz pracę p.t. Projekt reformy żydostwa polskiego Stanisława Augusta. W ocenie tego pro­jektu w przedmowie, oraz w zakończeniu, Gumplowicz zamiesz­cza różne uwagi i spostrzeżenia na tle kwestii żydowskiej, które się czyta czasem, jakoby ktoś współczesny nam je pisał: „… Wszystkie rozprawy o Żydach zaczynają się od skarg i utyskiwań na zatrudnienie ich i na wynikające stąd złe następst­wa i wpływy na lud polski. Zastanówmy się najsamprzód nad punktem wyjścia publicystyki polskiej w kwestii żydowskiej. Przede wszystkim uderza niesprawiedliwość, z jaką wyrzucają Żydom przywary i wady, które są raczej owocem stanowiska politycznego i społecznego, na jakie ich rząd, kościół i społeczeń­stwo polskie skazały. I tak masa Żydów trudni się tym, czym jedynie trudnić się jej pozwolono. Nie wolno było Żydom naby­wać posiadłości ziemskiej, nie nabrali więc zamiłowania do go­spodarstwa wiejskiego. Nie byli przypuszczani do urzędów i do­stojeństw, a chłopami zostać nie mieli ochoty. Cóż więcej dziw­nego, że głównie handlem się zajmowali i że handel stał wyłącz­nym ich zatrudnieniem”.


Zarzucają w publicystyce polskiej Żydom upadek moral­ności, na to odpowiada Gumplowicz w przedmowie do wspom­nianej książki „Na upadek moralności między nimi łatwo narze­kać, ale statystyka kryminalna wykazuje, że od ludu polskiego, tylko rodzajem zbrodni i przestępstw się różnią, nie zaś liczbą tychże… Usposobienie indywidualne wywołało różnicę w prze­stępstwach i zbrodniach: z siły fizycznej korzystając, lud pol­ski popisuje się w statystyce kryminalnej więcej morderstwami i ciężkimi obrażeniami cielesnymi; z przewagi umysłowej korzy­stając Żydzi, celują więcej w podstępnych oszustwach” (str. 8).


Gumplowicz wytyka projektowi Stanisława Augusta, że pragnienie jego skierowania Żydów do roli było błędnym. „Ogół ten ma naturalną zdolność do handlu i przemysłu. Prawodawca powinien korzystać z tej naturalnej skłonności i zdolności, a nie robić daremnych usiłowań skłaniania ich do uprawy roli. Gdyby chciano dajmy na to, z Żydów zrobić rolników, a z chłopów handlarzy: któż wątpi, że upadłby handel zarówno jak i rolnictwo?”.


Gumplowicz zarzuca też projektowi Stanisława Augusta, pewien brak w planie szkolnictwa „który uderza też w dzisiej­szych usiłowaniach urzędowych w Galicji” a mianowicie niedo­stateczność środków szerzenia oświaty między Żydami i fałszy­wą metodę ich wychowania. Słyszymy tutaj z ust Gumplowicza tezy, wskazujące, że on sobie wyobrażał tego czasu jeszcze za możliwą asymilację narodową, przy zachowaniu samodziel­ności religijnej Żydów z akcentem plemiennej pamięci. Powiada tutaj Gumplowicz „Wprawdzie projekt Stanisława Augusta zaprowadza przymus uczęszczania Żydów do szkół polskich, a przymus ten również zaprowadzony został w Galicji przez najnowszą ustawę sejmową. Ale do szerzenia oświaty między Żydami trzeba czegoś więcej. — Gdyby Żydzi byli na tym stopniu cywilizacji, co dajmy na to chłopi nasi to dzisiejsza szkoła ludowa, w ogóle dzisiejsza szkoła polska byłaby dosta­tecznym środkiem szerzenia między nimi oświaty. Ale nie za­pominajmy, że Żydzi są ludem, którego historyczna przeszłość na tysiące lat się liczy; że lud ten z przeszłości swej przechował skarby umysłowe, które nosi z sobą jako moralną ojczyznę swą, gdziekolwiek los go zawiódł, czy nad brzegi Wołgi czy Wisły, czy nad Ren, czy nad Missisipi — tymi skarbami umysłowymi, tą ojczyzną moralną jest biblia, to dzieje biblijne. Wszelka oświata i wszelkie wykształcenie Żydów, może mieć początek swój tyl­ko w biblii i w historii bibilijnej, — w znajomości tej klasycznej literatury hebrajskiej, która obok literatur Hellady i Rzymu stoi niedościgniona, jako wieczny pomnik wielkich dziejów i wiel­kich myśli. Otóż od biblii i dziejów biblijnych początek powin­na brać wszelka nauka dziatwy żydowskiej w szkołach początkowych“. Język ma być krajowy. Gumplowicz domaga się konse­kwentnie, polskiej Szkoły rabinów. Gumplowicz osądzający na­rody w pewnym stadium, jako zespół szczepów o charakterze klas, zapatruje się na rolę Żydów w narodzie polskim też z stanowiska szczepu-klasy i uważa zespolenie narodowe Żydów z Polakami, za łatwo przeprowadzalne.


Po przesiedleniu się do Gracu i oficjalnym zerwaniu z religią przodków, Gumplowicz nie pisał więcej specjalnie o Żydach. Okolicznościowo znajdujemy wzmiankę w jego dziele Der Rassenkampf, ale w sensie daleko odmiennym, aniżeli dotych­czas. Już mu się nie rozchodziło o dawniej żądaną przez niego asymilację językowo-kulturalno-narodową, nie tykającą odrębno­ści religijnej. To za mało. Własny przykład konwersji miał być dziejową dyrektywą dla ogółu. Żydzi powinni zniknąć doszczęt­nie, gruntownie, bez śladu w otaczających ich społeczeństwach. Należało popełnić harakiri od dawna. Gumplowicz uważa, że przyczyną tragicznego losu Żydów było, że nie umieli na czas jako naród, jako odrębne społeczeństwo, pożegnać się z doczes­nością. „Fenicjanie wypchnięci z swojej ojczyzny, rozpuścili się wśród narodów i spełnili tym, z pewnością wierniej i słuszniej intencję historycznego procesu przyrody, aniżeli gdyby swoją przeżytą narodowość, byli salwowali przez wieki zapomocą nienaturalnego uporu“ — „Żydzi naśladowali przykład Feni­cjan, stali się kupcami i rozproszyli się po całym świecie. — Jednak w jednym punkcie, może w najważniejszym, nie umieli naśladować przykładu Fenicjan: Żydzi nie umieli i nie umieją w gruncie rzeczy jeszcze dziś — zginąć. Winę tego ponosi naj­bardziej, ich wysoko rozwinięta stara literatura, szczególnie teo­logiczna. W nienaturalnym uporze woleli utrzymywać walkę rasową z wszystkimi ludami i narodami, aniżeli przynieść w ofierze swoją przeżytą i mumiową narodowość, na rzecz świeżej kultury wszystkich krajów i czasów. W tym zaciętym trzymaniu się od dawna przeżytych form kultury, których miejsce w rzeczywistości tylko w katakombach historii, a nie w ży­ciu narodów, leży ciężkie przestępstwo przeciwko wielkiemu pra­wu historii, — przestępstwo, za które tysiące pokoleń twardo po­kutuje. Nie zdaje się być koniecznym i nie jest też żadną zasługą dla ludzkości, ze stanowiska historii świata: przez opie­ranie się wiecznym prawom i przepotężnym prądom społecznego procesu natury, zachować walkę ras w stanie permanencji i ją ustawicznie wzniecać”.


Gumplowicz ze swoim uzasadnieniem tragiki żydowskiej nie znajdował się na wyżynie. Nie jest możliwy konflikt ludzi z żelaznymi prawami przyrody. Przeciwko prawom natury nie ma przeciwdziałania. Chyba, że krzyżują się czynniki równo­rzędne. Żydzi są wypadkową przyczyn przeciwnych ze sobą skłóconych. Moment językowy parł do zagłady, moment religijny do zachowania. Żydzi zawdzięczają swe utrzymanie, dy­namice religijnej, t. j. pozytywnym siłom. Żydzi nie są jedyną mniejszością, która na obczyźnie się utrzymała od starożytności. Analogię do nich przedstawiają zoroastrańscy Parsowie w Indiach. I nikt nie mówi co do nich o przestępstwie przeciw historii. Jeśli Żydzi cierpieli w dziejach, to nie więcej ani o jotę, aniżeli mniejszości chrześcijańskie w krajach muzułmańskich, albo od­wrotnie. Żydzi nie są starsi i bardziej zbliżeni do stanu mumijnego, aniżeli Hindusi, Chińczycy, a właściwie też Nowo-Grecy. Naród Żydowski napiętnowany, jako trup żyjący nienaturalnym życiem przez jednego ze swych najzdolniejszych synów, budzi się obecnie wbrew Kasandrze do nowego życia, pręży swe ramiona ku słońcu i Izrael ongiś współpracownik piramid, przy­stępuje w okresie radia i telewizji do tworzenia nowego państwa.



Maksymilian Gumplowicz



Ludwik Gumplowicz został pochowany w grobowcu, gdzie już przedtym lat 12, w r. 1897 zostały złożone szczątki syna jego Maksymiliana Ernesta Gumplowicza zmarłego śmiercią

samobójczą w 33 roku życia (1864—1897).


Maksymilian Gumplowicz był historykiem zdolnym, który za życia swego mało co ogłosił (Madziaryzacja Słowaków w Ateneum Warszawskim r. 1889, Bischof Balduin Gallus von Kruszwica, Polens erster lateinischer Chronist w Sprawozda­niach cesarskiej Akademii nauk we Wiedniu r. 1895). Najważ­niejsze jego prace ukazały się dopiero po jego śmierci. Ojciec jego je wydobył z teki pozgonnej i zamieszczał je w wielkiej części w różnych czasopismach naukowych, czy literackich: Bo­lesław Śmiały i Biskup Stanisław (Kwartalnik Historyczny, Lwów, r. XII), Wyprawa Pomorska Bolesława Śmiałego (Ateneum, 1900), O zaginionych Rocznikach Polskich, XI wieku (Krytyka, 1901), Baldwin Gallus biskup kruszwicki Ateneum, 1901, Zeitschrift der Historischen Gesellschaft für die Provinz Posen, tom XVII), Polacy na Węgrzech (Lud. t. VII i VIII), Die Quellen des Baldwin Gallus (Mitteilungen des Instituts für Österreichische Geschichtsforschung, Band XXIII) to samo po polsku w Przewodniku naukowym i literackim 1903 (Początki biskupstwa krakowskiego).


Oddzielnie ukazały się: Zur Geschichte Polens im Mittelalter, Innsbruck 1898, Początki religii żydowskiej w Polsce, Warszawa, 1903.


Ostatnią tą pracą z zakresu historii żydowskiej, która powstała z odczytu, wypowiedzianego przez autora w akade­mickim stowarzyszeniu Ognisko we Wiedniu, uwiecznił się Maksymilian Gumplowicz w dziejopisarstwie Żydów w Polsce. Studium to niewielkie liczy zaledwie 49 stronic, ale jakościowo waży swoimi koncepcjami, samodzielnym ujęciem, perspektywą, wnioskami więcej aniżeli nie jeden foliant przeładowany fak­tami, ale bez skry własnego światła.


Maksymilian Gumplowicz pierwszy wystąpił z tezą, że Ży­dzi przybyli do Polski ze wschodu, a to jeszcze w czasach przedchrześcjańskich. Twierdził on, że imperium Chazarów, którego dynastia i wielka część ludu przeszły na mozaizm, się­gało ongiś, aż do środkowych Niemiec i obejmowało Ruś, Pol­skę, Czechy i Morawy i Żydzi polscy to są w głównej mierze potomkami dawnych załóg chazarsko-alańskich, oraz ich stron­ników słowiańskich. Gdy pogańscy Pomorzanie zawładnęli Polską przedchrześcijańską, wszyscy stronnicy pobitych Chazarów, już z samego antagonizmu do pogańskich zdobywców, lgnęli coraz więcej do wiary żydowskiej. Kiedy zaś za Miesz­ka I wzmagało się w Polsce panowanie katolicyzmu i prześlado­wano innowierców, coraz więcej krystalizowała się religia ży­dowska u potomków kolonistów chazarsko-alańskich i ich stron­ników. Im więcej później w czasach chrześcijańskich Polski okres chazarski szedł w zapomnienie, im więcej panowanie pomorsko-piastowskiej szlachty się wzmagało, tym więcej się poni­żało stanowisko Żydów, niedobitków chazarskich stronników. Zaś im bardziej przejmowały się niedobitki chazarskie w Polsce wiarą żydowską, tym bardziej rósł w nich fanatyzm żydowsko-religijny, jako reakcja przeciwko panującemu w Polsce, jak wszędzie w średnich wiekach, fanatyzmowi katolickiemu.


Na dowód imigracji ze wschodu naprowadza Maksymilian Gumplowicz fakt, że największą gęstość ludności żydowskiej znachodzimy na najdalszym wschodzie ziem polskich, na Litwie i w południowej Rosji. Gdyby bowiem, powiada nasz autor, jakto ogólnie mniemano, Żydzi do Polski byli napłynęli z zacho­du, z Niemiec: to oczywiście najgęściej siedzieliby w zachodnich częściach Polski, a więc na Śląsku i w Małopolsce, podczas kiedy im więcej na Wschód ludność żydowska coraz więcej by rzedniała, a już na Litwie i w południowej Rosji byłaby bardzo rzadką. Tymczasem rzecz przeciwnie się ma: najgęstsza lud­ność żydowska znajduje się na wschodnio-południowych kresach Polski.


Maksymilian Gumplowicz zwraca uwagę na to, że nawet na Śląsku w 13—14 wieku Żydzi mieli imiona słowiańskie. Otóż gdyby Żydzi przybyli z zachodu, to mieliby wyłącznie nazwy niemieckie, skąd się wzięły nazwy słowiańskie? Gumplowicz powołuje się również na fakt, wskazujący wedle niego na związek Żydów polskich z Chazarami, że pod Sandomierzem i pod Krakowem, miejscowości gdzie dawniej znajdo­wał się cmentarz żydowski, nazywają się Kawiory (Kabarowie chazarscy).


Maksymilian Gumplowicz oczywiście przesadzał mocno. Nie umiejąc po hebrajsku, przeprowadzał fałszywe etymo­logie. Łączył Kawiory z Kabarami, a nie z hebrajskim ,,kewar“ — grób. Ale na wszelki wypadek zagadnienie chazarskiej imigracji Żydów do Polski, propagandy mozaizmu w średnio­wiecznej wschodniej Europie, to są tematy historyczne pierwszej wagi, które poruszył zasadniczo Maksymilian Gumplowicz jako pierwszy. A to jego znaczna zasługa. Rozumie się przez się, że dziś daje się ten problem pochodzenia Żydów wschodniej Euro­py ująć o wiele szerzej. Kwestią tą zajął się ostatnio piszący te słowa w książce osobnej ogłoszonej w r. 1934 w Warszawie p. t. Judaizanci we Wschodniej Europie (Skład główny u Ferdynan­da Hoesicka).


Maksymilian Gumplowicz był chrześcijaninem, ale mimo to wyczuć na każdym kroku dumnego Żyda. Wyraża się to przede wszystkim w ujęciu historycznym, że Żydzi polscy są

potomkami dawnych władców - załóg chazarskich. Okazuje się to też w innym związku. Gdy mowa o handlu niewolnikami upra­wianym przez Żydów średniowiecznych, zauważa on zupełnie na chłodno, bez wszelkiego patosu apologetycznego „Handel nie­wolnikami i jeńcami prowadziły na wielką skalę przez całe wie­ki średnie, świątobliwe i wielce pobożne republiki Raguza, Ge­nua i Wenecja, które żadnego kacerza nie puszczały do swych murów, a arcykatoliccy Hiszpanie, lub Portugalczycy, którzy tysiące Żydów i kacerzy żywcem na stosach palili, lub z kra­ju wypędzali, prowadzili handel niewolnikami jawnie aż do roku pańskiego 1848, a skrycie aż do roku 1879. A zatem han­dlowanie niewolnikami przez Żydów w wiekach średnich, bez kwestii okrutne barbarzyństwo, nie było bynajmniej właściwo­ścią żydowską, tylko właściwością wieków średnich”.


Wspominając o tym, że Judyta matka Bolesława Krzy­woustego wykupywała niewolników chrześcijańskich z niewoli żydowskiej, pisze Maksymilian Gumplowicz: „szkoda tylko, że ograniczyła swoją akcję jedynie do niewolników w posiada­niu Żydów, a o niewolników w rękach chrześcijańskich wcale się nie troszczyła, choć tych było daleko więcej. Oczywista, że nie występowali chrześcijanie wówczas, przeciw niewolnictwu ja­ko takiemu, bo w tym nie widzieli nic zdrożnego, tylko chcieli zapobiedz, aby niewolnicy chrześcijańscy w posiadaniu Żydów, nie przyjmowali religii żydowskiej, jak to oczywista nieraz dziać musiało, gdyż w wiekach średnich niewolnicy zawsze przyjmo­wali religię swych panów”. W rzeczy samej trafił Maksymilian Gumplowicz instynktownie w same sedno. Żydzi faktycznie judaizowali niewolników w dawniejszych czasach. Wyraźny prze­pis talmudu tego wymagał. Temu też chrześcijanie pragnęli prze­ciwdziałać.


Maksymilian Gumplowicz umarł za wcześnie. Szkoda wielka dla nauki. Stare przysłowie greckie powiada: Umiłowa­ni prze Bogów umierają młodo. Był w nim materiał na wielkiego syntetyka-historyka, na którego dotychczas daremnie czeka historiografia Żydów w Polsce. Był chrześcijaninem-konwertytą, ale nie znać zaprzaństwa, ni przekory mechesowej, w jego pracach. Prostolinijny, jasny, bystro w oczy się patrzą­cy człowiek o niecodziennych walorach.



Władysław Gumplowicz



Synem Ludwika Gumplowieża jest również Władysław Gumplowicz, wybitny geograf polski i publicysta, profesor Wol­nej Wszechnicy Polskiej. Posługuje się on czasem pseudoninem Władysław Krakowski.


Władysław Gumplowicz jest autorem całego szeregu prac z zakresu geografii: Nowa Zelandia (1904, podług źródeł an­gielskich), Norwegia (1907, Biblioteka Współczesna nr. 11), Pustynie a stepy jako środowisko geograficzne (1923), Geografia gospodarcza (1927), Rozwój górnictwa w Australii (1929), Azja południowa (1934, tom siódmy Wielkiej Geo­grafii Powszechnej), Australia i Oceania (Geografia regionalna, Bibl. geogr. Orbis seria II, toml).


Podczas wojny światowej ogłosił Władysław Gumplo­wicz w Lozannie broszurę w interesie polityki Polski w języku angielskim: Russia and Poland during the present war by Peregrinus vistulensis, 1915, str. 20.


Władysław Gumplowicz jest od wielu dziesiątek lat człon­kiem Polskiej Partii Socjalistycznej i jako taki zabiera od czasu do czasu głos w interesie postępu.


Ze stanowiska pepesowca bez zastrzeżeń, ogłosił Gumplo­wicz Władysław dawno przez wojnę obszerniejsze studium w ciągach dalszych p.t. Socjalizm a kwestia polska na łamach „Krytyki“ Feldmana. Uważa on w tej pracy odbudowanie Pol­ski za postulat konieczny socjalizmu „Niezbędną przesłanką utr­walenia demokracji w Polsce, jest wywalczenie niepodległości trójzaborowej Polski w granicach etnograficznych, a ponieważ bez demokracji nie ma socjalizmu, więc wywalczenie niepo­dległości trójzaborowej Polski, jest niezbędną przesłanką urze­czywistnienia socjalizmu w Polsce” (1906, I, 313).


Władysław Gumplowicz w związku z kwestią polską, po­rusza też zagadnienie żydowskie, w wspomnianej pracy. Jego stanowisko dla nas ciekawe, albowiem rozchodzi się o badacza-geografa, który z natury rzeczy w sprawach etnologicznych po­siada orientację rzeczową, naukową, opartą na granicie faktów, a nie szybującą w mgławicy frazesów publicystycznych na skrzydłach taniej demagogii, jak to zazwyczaj ma miejsce u wie­lu pisarzy w tej materii. Część rozważań i uwag Władysława Gumplowicza na ten temat, posiada jeszcze dziś aktualność.


Władysław Gumplowicz się pyta: „Czy Żydzi są narodo­wością?” Oczywista, że tak odpowiada „bo mówią odrębnym językiem, a z tym językiem wiąże się całokształt obyczajów i tradycyj dobrych czy złych, ale bądź co bądź odrębnych”. „Czy Żydzi są narodem?” temu przeczy Gumplowicz, albowiem „naród jestto odłam ludzkości zespolony jednością mowy i kultu­ry, a zwartą masą zamieszkujący określoną część kuli ziemskiej, a takim narodem byli Żydzi za czasów Makabeuszy, dzisiaj nim nie są. Żydostwo nie jest pojęciem geograficznym, aby być narodem trzeba przede wszystkim istnieć geograficznie”.


Władysław Gumplowicz wie, że syjoniści na to odpowia­dają „jeśli nie mamy własnego kraju, to powinniśmy sobie włas­ny kraj zdobyć”. Tutaj zajmuje on stanowisko wprawdzie nie wprost negatywne, ale sceptyczne, niepewne, odraczające. Ry­cerze faktów naukowych grzeszą często na brak fantazji dyna­micznej. „Trudności wykonania (programu syjonistycznego) są tak ogromne, że sprowadzają praktyczne znaczenie dla współ­czesnego pokolenia do zera. — Cóż to wszystko potrafią skuleni, wątli niedokrwiści krawcy, pończoszkarze, szczecinkarze o wą­skiej klatce piersiowej?”. — „Nie wyklucza to, że o ile się tyl­ko znajdzie odpowiedni zasób kapitału, uczciwości, organizacyj­nej zdolności i wiedzy, możnaby setki a nawet tysiące dzieci żydowskich w specjalnych szkołach wychowywać na przy­szłych osadników. I nie jest wykluczonym wcale, że tacy osadnicy żydowscy mogliby się stać twórcami nowego społeczeństwa, któ­re zwolna kiełkując i rosnąc, mogłoby kiedyś w dwudziestym drugim wieku zająć wcale zaszczytne miejsce pośród narodów świata, ale tymczasem, zanim ta starsza klasa tych przyszłych osadników i osadniczek wyjechała na morze i wykarczowała pierwsze dziesięć morgów lasu, jeszczeby Stołypin z całym spo­kojem mógł wyrżnąć dziesięć razy po dziesięć tysięcy Żydów. — Toteż masy żydowskie nie czekają na odrodzenie przyszłych pokoleń przez syjonizm, tylko emigrują tam, dotąd już dziś emigrować można”.


Jak krótkowzroczni są czasem ludzie obarczeni balastem nauki ze szkiełkiem i apodyktycznymi twierdzeniami! Nie ma jeszcze 22 stulecia i w Palestynie tworzy się już społeczeństwo nowe żydowskie. Masy żydowskie emigrują w swej większości do Palestyny. A Stołypin ze swoją zgrają już dawno spoczywa pod murawą, a może gdzieś w zaświecie odpowiadają za swe zbrodnie, przed Sędzią Wiekuistym! — Wyrżnąć nikogo nie są w stanie więcej poplecznicy przepotężnego autokraty północy, którego popioły zostały rozsypane na cztery wiatry.


Czy Żydzi będący narodowością wedle Gumplowicza, mogą jako tacy kontynuować swój byt odrębny w Polsce? Tu­taj następuje zawahanie. Wyłania się w tym związku pesymista o duszy człowieka, który został oderwany od pnia. Robi zastrzeże­nia około narodowości żydowskiej. Nie wierzy w przyszłość na­rodowości tej. Pisze: „Żydzi są narodowością szczątkową, któ­ra częściowo już uległa asymilacji, częściowo tymczasem jeszcze się jej opiera. Ale nie oprze się też, o ile będzie i nadal żyć w rozproszeniu”.


Jeśli ktoś zarzuci naszemu autorowi „przecież było tyle prób asymilowania Żydów w Polsce, a żadna nie doprowadzi­ła celu”, na to on ma odpowiedź w zanadrzu, może nie bez ra­cji. ,,Nie asymilacja zbankrutowała, tylko pewne określone me­tody asymilacyjne, odpowiadające pewnym określonym fazom rozwoju społeczeństwa ościennego”.


Z pewną melancholią, z przejmującym smętkiem jednostki odczuwającej kategorie narodowe po europejsku, integralnie, na pełno, państwowo-ziemsko, pisze Władysław Gumplowicz o szczątkowości narodowości żydowskiej. Gdyby Żydzi byli „narodowością żywotną, toby wszyscy Żydzi odczuwali brak własnego terytorium jako stratę świeżą, dziś jeszcze bolącą, nie­mniej jak w pierwszy dzień, jako ranę z której krew jeszcze trys­ka strumieniem. Są tacy Żydzi, ale są w mniejszości”. Ogół ży­dowski temu wszystkiemu obojętny „Widzimy, że większość pro­letariatu żydowskiego odrzuca syjonizm z gwałtowną nienawiścią, widzimy, że pośród mieszczaństwa żydowskiego syjonizm ma wprawdzie licznych zwolenników, ale także licznych stanow­czych wrogów” (II, 427).


Mimo swego horoskopu czarnego odnośnie do przyszłości narodowości żydowskiej w rozprószeniu, mimo przewidywania zaniku dziejowej odrębności Żydów wśród ludów otaczających z uwagi na liczbę, mimo to, dalekim Władysław Gumplowicz od środków przymusowych, od hasła sztucznego wynaradawia­nia Żydów. Przeciwnie, stawia on nawet tezę, że Żydzi chcący nadal zachować swoją narodowość, muszą korzystać w tym kie­runku z pomocy rządu. W jego programie przyszłej Polski, ist­nieje też plan Żydowskiej Izby Oświatowej dla Żydów przyznawających się do narodowości żydowskiej. Izba ta ma być „uprawioną do zakładania szkół i gimnazjów z językiem wykła­dowym żydowskim, pod warunkiem, żeby w tych szkołach mię­dzy innymi przedmiotami uczono także polskiego języka i lite­ratury polskiej, oraz geografii i historii ziem polskich”.


Pepesowiec jako projektodawca szkolnictwa Ciszo! Czy to nie paradoks?


Władysław Gumplowicz temu trzy dziesiątki lat zgórą po­siadał zaiste naiwną, czystą, pierwotną wiarę w zbawczość socjalizmu ną wszelkie dolegliwości i widział rozwiązanie kwestii żydowskiej w zrealizowanym socjalizmie.


Marzył, że królestwo Boże nadciąga. Wilk będzie żył z jagnięciem w zgodzie. Dla małych narodów zbliża się koniec utrapień, kres boleści „Ostatecznym przykuciem do Polski i Żydów i wszelkich innoplemieńców będzie socjalizm, wychowający całą młodzież w pracy dla dobra kraju i w służbie kraju, a wzamian zabezpieczający wszystkim synom kraju dobrobyt i wolność. Taka ojczyzna będzie dla synów swoich istotną matką“ (II, 434).


Błogosławieni ci, którzy wierzą.



TADEUSZ GWIAZDOWSKI



Tadeusz Gwiazdowski syn Wiktora Grossterna i Amelii z Starkmanów, zmienił zarówno wyznanie, jak i nazwisko rodzinne.


Urodzony 21/IX, 1889, już stosunkowo młodo szukał Grosstern-Gwiazdowski zatrudnienia w dyplomacji, a to na wysuniętych placówkach, gdzie miał sposobność do zajaśnienia swy­mi zdolnościami. Był on dwa razy delegatem Rzeczypospolitej Polskiej do Genewy, 1/VI, 1922 i 11/XII, 1924.


Dnia 1/III 1933 otrzymał Tadeusz Gwiazdowski nomina­cję na naczelnika Wydziału P I w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a 1 lutego 1934 został on zamianowany wicedyrektorem departamentu politycznego (wydział ustrojów międzynaro­dowych) .


Tadeusz Gwiazdowski ma brata, który jest również katoli­kiem, ale nie zmienił nazwiska; jest nim Stefan Grosstern, obec­nie prezes syndykatu dziennikarzy warszawskich.


Redaguje też „Epokę“.



HALBANOWIE



Stary Blumenstock pisarz pokątny w Krakowie miał trzech synów, dwaj z nich poświęciwszy się nauce i literaturze, zmienili później wiarę ojców i porzucili swe stare nazwisko Blumenstock na rzecz nazwiska wziętego z piśmiennictwa „Halban”, a trzeci pozostał przy dawnym rodzinnym nazwisku, trwał przy religii swych przodków, zajmował się handlem i był współwłaścicielem firmy kapeluszniczej Blumenstock i Damast w Krakowie.



Leon Blumenstock - Halban



Leon Blumenstock (1838—1890) studiował medycynę na uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie w gronie kolegów chrześcijan zażywał miru. Organ asymilacji warszawskiej Jutrzenka z r. 1861 przynosi wiadomość ,,w dowód szczerego porozumienia między studentami chrześcijańskimi i żydami, przytaczam, że podskar­bim utworzonego niedawno Towarzystwa Wzajemnej Pomocy przy uniwersytecie Jagiellońskim, obrali słuchacze starozakonne­go p. Blumenstocka” (I, 71).


Leon Blumenstock dzięki swym poważnym publikacjom fa­chowym, naukowym z pogranicza wiedzy Eskulapa i Temidy — uzyskał katedrę profesorską medycyny sądowej na wszechnicy krakowskiej, najpierw na wydziale prawniczym (1878—1881), a później na wydziale medycznym, dokąd on właściwie należał. Leon Blumenstock redagował począwszy od r. 1881 periodyk medyczny p.t. Przegląd lekarski. Szlachectwo austriackie jako kawaler Halban (Ritter von Halban) uzyskał on w r. 1877. Odnośnie do tego nazwiska opowiadają anekdotę, że z okazji nobilitacji profesora Blumenstocka i zmiany nazwiska na Hal­ban, pozwolił sobie wobec niego jeden z kolegów na uniwersy­tecie krakowskim na uszczypliwy dowcip. Gratulując nowemu szlachcicowi podpisał się na piśmie gratulacyjnym jako „Konrad Wallenrod”. Niby skoro Blumenstock przyjmuje jako nazwisko imię jednej z figur poematu Mickiewicza, gratulujący również utożsamia się z postacią tytułową tego samego poematu.


Leon Blumenstock już jako Halban-chrześcijanin okazy­wał w chwilach doraźnych, gdzie jego byłej społeczności groziła rażąca krzywda, zainteresowanie dla spraw żydowskich —-

zresztą jak niejeden uczciwy ludzki chrześcijanin w onym okresie — i w związku z procesem o mord rytualny w r. 1882 w Tisza-Eszlar na północnych Węgrzech ówczesnych, ogłosił on studium z zakresu medycyny sądowej, w interesie obrony niewinnych.


Leon Halban miał dwóch synów, również wybitnych uczo­nych, o poważnych zasługach wobec wiedzy, Alfreda i Józefa Halbanów.



Alfred Halban



Syn Leona Halbana, Alfred Halban urodzony w Krakowie w r. 1865 zmarły w r. 1925, był wybitnym prawnikiem, oraz też politykiem polskim. Alfred Halban habilitował się jako docent bardzo młodo w 24 roku życia i początkowo wykładał pra­wo kościelne na uniwersytecie Jagiellońskim (1889—1891), a później od r. 1891 —1897, prawo niemieckie, w którym się wyspecjalizował, jako pierwszorzędny znawca. Zwyczajną profesurę uzyskał on w r. 1897 na uniwersytecie niemieckim w Czerniowcach na Bukowinie wówczas austriackiej, gdzie uczył prawa niemieckiego. W r. 1905 wrócił Alfred Halban na uniwersytet polski, otrzymał bowiem katedrę profesora prawa na uniwersytecie lwowskim.


W r. 1910 pełnił Alfred Halban funkcję rektora w wspom­nianym uniwersytecie.


Alfred Halban był wielce płodnym na polu wiedzy; napi­sał szereg dzieł naukowych wielkiej wagi w języku niemieckim, z zakresu historii prawa. Ogłosił pracę z dziedziny polityki praw­nej papiestwa w średniowieczu (Der päpstliche Schutz im Mittelalter r. 1884), interesował się prawem magdeburskim loka­cyjnym osadników niemieckich i dalszej ekspanzji tego prawa, na ziemiach etnograficznej Polski, na Wołyniu i Ukrainie (Über das deutsche Recht in Polen, Wolhynien und der Ukraina, 1894—1906).


Alfred Halban uważał, że znaczenie Niemców na dziedzi­nie historii prawa, poczytywanie prawa średniowiecznego za wy­raz duszy germańskiej, jest ogromnie przesadzone. Jego prawni­cze badania mimo języka niemieckiego, znamienne są przez swe nastawienie antygermańskie. W dziele swym p. t. „Die Entstehung des deutschen Immobilien-Eigentums“ (1893/4), (Powsta­nie własności niemieckiej nieruchomej) starał się Halban wykazać rzeczowo, usiłował udowodnić na podstawie obfitego materiału naukowego, że specyficzne prawo własności w feudalnym śred­niowieczu, nie było wcale żadną emanacją jakiegoś praducha germańskiego, lecz wynikiem i następstwem dostosowania się prawa rzymskiego do zmienionych warunków objektywnych świata we­wnętrznego. Alfred Halban twierdził, a to zupełnie słusznie, że własność ziemska za czasów rzymskich nie stanowiła jakiejś nie­zmiennej świętości, lecz w prowincjach imperium cesarskiego oddalała się od swego prawzoru klasycznego, od pojęć oficjalnej jurysprudencji, od norm ustalonych w mieście na siedmiu wzgórzach. Zmiany jakim w ciągu stuleci uległo pojęcie starorzymskie włas­ności wywołane przez rzeczywistość, wskutek potrzeb życia i przeobrażeń praktycznych w gospodarstwie, wytworzyły owe prawo, które Niemcy chętnie tłumaczą, jako wykwit specyficzny ich mentalności samodzielnej.


Tej samej koncepcji poświęcił Alfred Halban dzieło swoje trzytomowe p.t. „Das römische Recht in den germanischen Volksstaaten“, w którym starał się analitycznie określić udział rzymski w tworzeniu się instytucyj prawnych na terytorium ekspanzji germańskiej po wędrówce ludów, w ciągu wczesnego średniowie­cza. Rozbiera on źródłowo instytucje prawne każdego ludu ger­mańskiego Wizygotów, Franków, Burgundów, Langobardów i t. d. i dochodzi w ten sposób do stwierdzenia wysokości pożycz­ki rzymskiej w prawodawstwie t. zw. germańskim.


Alfred Halban zajmował się też polityką, i w r. 1904 wszedł do Sejmu galicyjskiego. Posłował on również do parlamentu au­striackiego, a to w latach 1911—1918. Po wskrzeszeniu Polski należał Alfred Halban do Sejmu Ustawodawczego.


Ożenił się on z Zofią córką rzeczywistego tajnego radcy ro­syjskiego Cypriana Ślepowron-Spasowicza i Natalii z Naboworowskich.



Józef Halban



Józef Halban, urodzony wr. 1870, zmarły w r. 1937, ha­bilitował się w r. 1893 na uniwersytecie wiedeńskim, jako docent akuszerii i ginekologii. Od r. 1909 był on zwyczajnym profeso­rem na tejże wszechnicy. Józef Halban posiadał globalnie głoś­ne imię jako ginekolog. Pielgrzymowali do niego pacjenci z obu półkul. Był on jednym z najwybitniejszych kontynuatorów chlub­nej tradycji medycznej wydziału lekarskiego uniwersytetu wiedeńskiego.


Józef Halban napisał też wiele prac z zakresu medycyny jak n. p. Über-Resorption der Bakterien bei lokaler Infektion r. 1896, Topographic des weiblichen Uterus (razem z profeso­rem Tandlerem) r. 1910, Anatomie und Ätiologie des Genital­prolapses beim Weibe, 1907 i t. d.


Józef Halban był żonaty ze słynną śpiewaczką, również eks-żydówką, pochodzącą z Bielska na Śląsku, Selmą Kurz.



Henryk Halban



Bratem Leona Halbana, był Henryk Halban (1845—1902). Tenże został uszlachcony przez rząd austriacki w r. 1892, na wzór brata swego Leona i z Blumenstocka i stał się tak samo Ritter von Halban.


Henryk Halban obrał karierę urzędniczą w Austrii. Jako młody doktór praw uzyskał on w r. 1870 stanowisko sekretarza w Prezydium rady ministrów we Wiedniu. W r. 1873 otrzymał on nominację na sekretarza ministerialnego w departamencie pracy. Henryk Halban raźno dzięki swym zdolnościom wspinał się w górę i został austriackim szefem sekcji (naczelnikiem de­partamentu) w Ministerstwie, oraz też dyrektorem kancelarii wiedeńskiego parlamentu.


Minister Leon Biliński w swych Wspomnieniach (Warsza­wa, 1924), czyni o nim wzmiankę parękrotnie bardzo życzli­wie: „zdolny i pełen instynktów politycznych radca Halban” (I, 50), albo „dyrektor kancelarii parlamentu, szef sekcji Dr. Henryk Halban, człowiek wielkiej inteligencji i wielkiego umy­słu politycznego, ale trochę totumfacki i cokolwiek zarozumiały” (I, 98). Gdy Polak hrabia Badeni stanął na czele prezydium mi­nistrów we Wiedniu, należał Henryk Halban do jego najściślej­szych przyjaciół politycznych, do członków jego gwardii.


Henryk Halban znajdował mimo swych zajęć politycz­nych, dosyć czasu, aby się zajmować również literaturą. Dzia­łał w interesie propagandy piśmiennictwa polskiego na terenie ekspanzji języka niemieckiego, który wówczas posiadał w znacz­nej mierze charakter międzynarodowy. Ogłosił on w roczniku wiedeńskim p. t. Dioskuren, szereg prac literackich, informują­cych zagranicę o poezji polskiej, referował tam o Irydionie (1872), oraz też o Krasińskim w ogóle (1873), o Nieboskiej Komedii (1880), o Słowackim (1874), o Dziadach Mickiewi­cza (1878), o Marii Malczewskiego (1879), o Zaleskim i szkole ukraińskiej (1877), o Fredrze, Syrokomli i Wincen­tym Polu.


Opinia publiczna w Polsce była zadowoloną niepomiernie z działalności informacyjnej Henryka Halbana w interesie cie­miężonego wówczas narodu; recenzenci podkreślali wartość obiektywną jego literacko-historycznych prac z zakresu piśmien­nictwa polskiego. Pisał onego czasu recenzent pewien w Kłosach (1881, s. 334): „zbywa na historii literatury polskiej, skreślonej w ramach szerokich, odpowiednik stanowiska literatury polskiej w symfonii literatur wszechświata. Henryk Halban uczuł ten brak i w celu zapobieżenia temu, ogłasza od lat mniej więcej dziesięciu w czasopiśmie wiedeńskim Dioskuren i Heimat, kry­tyczne artykuły i rozprawy o pierwszorzędnych pisarzach i dzie­łach literatury polskiej… Główną zaletą prac Halbana jest jas­ność i przezroczystość wykładu, wynik dojrzałego obmyślenia przedmiotu obranego. Przy czym przedstawia czytelnikom rzecz ze stron najrozmaitszych. Forma odznacza się zawsze wykwintnością i elegancją. Czytelnikowi nie przychodzi na myśl, że ta pogadanka literacka jest zdobytą pracą twardą“.


Synowie Henryka Halbana na wzór swego ojca poszli na służbę rządową do różnych ministerstw we Wiedniu. W ostat­nich latach przed wojną światową pracował Rudolf Halban jako sekretarz w Ministerstwie rolnictwa we Wiedniu, a młodszy Leon pełnił służbę koncepisty w ministerstwie kolejnictwa.



HALPERTOWIE



Nazwisko Halpertów posiada w Warszawie dźwięk specy­ficznie protestancki. Na cmentarzu ewangelickim w stolicy Pol­ski znajduje się kaplica Halpertów, skąd odbywają się pogrzeby luteran. Wzmiankę o kaplicy Halpertów czytamy bardzo często w Warszawie na klepsydrach zmarłych ewangelików, pochowa­nych na cmentarzu swoim w Warszawie.


Halpertowie, którzy tę kaplicę ufundowali, to rodzina neo­ficka.


Pierwszy, znany antenata tej rodziny, Salomon Halpert (1773—1832), był dzierżawcą monopolu tytoniowego i bankierem, który dawał na cele charytatywne swych współwyznaw­ców, jak na owe czasy wcale pokaźne kwoty. Nusbaum notuje datek jego z r. 1829 na żydowską instytucję dobroczynną 1050 rubli (Szkice Historyczne z życia Żydów w Warszawie, str. 226).


Syn Salomona Halperta, Borys Halpert (1805—1861), oddalił się zarówno od Merkuriusza jak i od wiary Izraela i słu­żył urządowi krajowemu w charakterze urzędnika. Był on w latach 1849—1851 dyrektorem teatrów warszawskich, zaś w latach 1852—1861 naczelnikiem Rządu gubernialnego w Warszawie. Za żoną pojął Borys Halpert primo voto Józefę Chojnacką, secundo voto Leontynę Zuczkowską, głośną swego czasu aktorkę, „celującą pod każdym względem artystkę” (Sobieszczański, str. 471). Eleonora Leontyna (jak się pełno nazy­wała) Zuczkowską, poślubiwszy w r. 1836 Borysa Halperta, kontynuowała dalej swoją, rozpoczętą jeszcze w r. 1821, dzia­ łalność sceniczną, aż do roku 1850 i zmarła w roku 1868. Dziś ona w zupełności zapomniana. Współcześni jednak nie posiada­li dosyć słów podziwu dla jej gry: „jedna z najświetniejszych gwiazd na horyzoncie naszego teatru. Długie lata upłyną zanim pojawi się podobny talent dramatyczny dla chluby sceny naszej i jej świetnego rozwoju” (Kłosy, 1868, str. 159).


Borys Halpert uczestniczył też w powstaniu listopadowym, a to w charakterze oficera ordynansowego w sztabie Radziwiłła (Mochnacki II, 193).


Borys Halpert miał syna Artura Stanisława (1834—1901), który był sędzią gminnym, ziemianinem, dziedzicem dóbr Cholewy i zaślubił w r. 1862 Anielę Brzozowską.


Zawód bankierski Salomona Halperta zachował syn dru­gi jego, brat Borysa, Ludwik Halpert (1806—1880); był pre­zesem kolei nadwiślańskiej, dyrektorem towarzystwa okrętowego w Petersburgu, posiadał majątek Pasy, Osiek, Rochaliki. Pra­cował on też w przemyśle, założył około r. 1830 cukrownię w Pasach (Kempner II, 279). Wobec Żydów zajmował w swych dobrach i przedsiębiorstwach stanowisko objektywne, życzliwe. W roku 1864 otrzymał on szlachectwo Królestwa pol­skiego. Wyznania był ewangielickiego.


Syn Ludwika najstarszy miał inklinację do zawodu urzęd­niczego, Tytus Wilhelm Halpert (1833—1899) był referen­darzem Stanu Królestwa Polskiego, burmistrzem miasta Kalisza,

zaślubił Cecylię Rosen z neofitów. Dalszy syn Ludwika, Feliks Jakub Halpert (1840—1891) obrał zajęcie finansowe, był dy­rektorem Banku Handlowego w Warszawie, dyrektorem zarzą­dzającym Banku dla Handlu Zewnętrznego, dziedzicem dóbr Szczekociny. Syn Feliksa Jakuba, Tadeusz Włodzimierz (ur. w. r. 1888), jest czynnym w dyplomacji polskiej, sekretarzem ambasady polskiej w Londynie. Zaślubił Marię Stefanię hr. Wielopolską. Karol Ludwik Halpert, również syn Feliksa Ja­kuba (1873—1891) był Radcą Ambasady polskiej w Paryżu, żonaty on z Zofią hr. Branicką.


Dalszy brat Borysa Halperta, Aleksander, wpisany został do ksiąg szlachty dziedzicznej gubernii warszawskiej w r. 1854 (Reychman, str. 87—89).



HANTKE



Bernard Ludwik (1826—1900), syn Adolfa Hantke (1796—1859), był właścicielem założonych przez niego Za­kładów metalurgicznych „B. Hantke 5. A.“ w Warszawie, Częstochowie, Jekaterynosławiu i Saratowie i posiadał też dobro Drybus. On sam jeszcze pozostał Żydem i chcąc w r. 1858 na­być dobro, musiał uzyskać zezwolenie (Kirszrot, 130). W fa­brykach jego byli czynni jako inżynierzy i dyrektorowie synowie Tadeusz, Henryk i Gustaw Aleksander. Gustaw Aleksander Hantke był w latach 1904—1910 dyrektorem Syndykatu Drutu i Gwoździ w Królestwie Polskim. Najmłodszy syn Alfred Bern­hard (1871 —1929) był inspektorem Związku Hut Żelaznych na Wołyniu (Reychman, str. 91—93).



HENRYK MAURYCY HRABIA HAUKE

generał artylerii (?)



Hauke Maurycy był, wedle zwykłych zapodań, synem fla­mandzkiego szlachcica, który pracował jako sekretarz u ministra Alojzego Brühla i przybył do Warszawy, licząc lat 14. Brał później udział w powstaniu Kościuszki, był w r. 1800 pułkowni­kiem i szefem sztabu generała Dąbrowskiego, w r. 1809 otrzy­mał nominację na komendanta twierdzy Zamość. Po ustanowie­niu Królestwa Kongresowego zamianował go car Aleksander I generałkwatermistrzem armii polskiej, szefem artylerii i korpusu inżynierskiego. W r. 1825 otrzymał Hauke indygenat polski. W r. 1826 zamianował car go ministrem wojny. Podczas koro­nacji Mikołaja I w Warszawie został Hauke zaszczycony ty­tułem hrabiego. W chwili wybuchu powstania listopadowego wypowiedział się Hauke przeciw beznadziejnej walce z przemo­cą rosyjską i padł gwoli temu ofiarą roznamiętnionych tłumów.


W całym tym rodowodzie referowanym w różnych pod­ręcznikach historycznych, herbarzach i encyklopediach nigdzie niema wzmianki o Żydach. Jednak twierdzi Semigotha, mimo różnych zaprzeczeń, że był on żydowskiego pochodzenia. Coś w tym jakoś być musi…


Generał Hauke stał się po kądzieli protoplastą wielkiego rodu książęcego (zobacz wstęp).



MARCELI HANDELSMAN



I.



Handelsmanowie to rodzina żydowska w Kongresówce, któ­ra zasłużyła się około polskiego ruchu wyzwoleńczego w okre­sie zaborów. W r. 1863 pełnił Żyd Józef Handelsman, lekarz z zawodu, obowiązki naczelnika rewolucyjnego powiatu gostyńskiego (Cederbaum, str. 329).


Marceli Handelsman, ur. w r. 1882, wyznania chrześci­jańskiego, pochodzi po kądzieli ze znanej warszawskiej rodziny żydowskiej Kaistersteinów, z której wielka część w ostatnich

dziesięcioleciach zmieniła wyznanie, a niektórzy też nazwisko.


Z pośród schrystianizowanych Handelsmanów, również nie­którzy woleli czysto polskie nazwisko. Stanisław Kazimierz Han­delsman wraz z żoną Zofią Pelagią i dziećmi Józefem, Stefa­nią, Ireną, Tadeuszem i Zdzisławem Janem, przemianowali się na Targoskich. Marceli Handelsman na żadne zmiany nie po­szedł.


Marceli Handelsman stawiał swe pierwsze kroki w zawo­dzie pisarskim w roku pierwszej rewolucji rosyjskiej, gdy chłop i robotnik na ziemiach polskich przebudzili się, przecierali oczy morzone odwiecznym letargiem, rozglądali się za wyzwoleniem stanowym i narodowym. Handelsman rozpoczął w r. 1907 od prac prawniczo-historycznych o charakterze aktualnym, mają­cych służyć za podstawę do działalności politycznej w pewnym kierunku, przypomniał on społeczeństwu publikacją specjal­ną, chlubną „Konstytucję trzeciego maja“ (Warszawa, 1907), ogłosił pracę p. t. Wolność strajków (Towarzystwo wydawnictw ludowych, Kraków, 1907) oraz też kreślił „Żywot chłopa polskiego na początku dziewiętnastego stulecia” (Warszawa, 1907).


Handelsman szybko wycofał się z roboty popularyzacyjnej, od nauki ad usum mas i zabrał się do ścisłej wiedzy. Ogłosił on w r. 1908/9 „Historię Polskiego prawa karnego” w dwóch tomach (Kara w najdawniejszym prawie polskim, Prawo karne w statutach Kazimierza Wielkiego). Obszerniejsze streszczenie tego dzieła dla świata naukowego zachodnio-europejskiego, nie znającego języka polskiego, zamieścił Handelsman tego samego roku w Zeitschrift für vergleichende Rechtswissenschaft, Stutt­gart.


W r. 1908 został Handelsman członkiem warszawskiego Towarzystwa Naukowego. W r. 1911/3 publikował Handels­man „Studia Historyczne”. W r. 1914 wyszła praca jego p. t. Napoleon a Polska (Biblioteka naukowa Wendego), w której stara się odpowiedzieć na pytanie o znaczeniu okresu napoleoń­skiego w życiu Polski, o roli jaką odegrały urządzenia Napo­leona w rozwoju społeczeństwo polskiego. Pierwsza to z tego stanowiska próba ujęcia okresu napoleońskiego w całość synte­tyczną.


W r. 1915 ogłosił Handelsman książkę swoją p. t. Rezy­denci Napoleona w Warszawie 1807—1813.


W książce tej ostatniej, której rękopis leżał przygotowany do druku od maja 1912 roku, próbuje autor wyjaśnić rolę i zna­czenie służby dyplomatycznej w ogólnej polityce napoleońskiej, na tle konkretnego wypadku historycznego, na podstawie jedne­go ośrodka dyplomatycznego, a mianowicie warszawskiego; jed­nocześnie stara się on wykryć wpływ bezpośredni organów cesar­stwa na kształtowanie się, rozwój urządzeń i świadomości poli­tycznej w księstwie warszawskim. Autor czerpał swe wiado­mości z korespondencji oficjalnej, oraz też z innych nieznanych dotychczas źródeł rękopiśmiennych.


W r. 1916 otrzymał Handelsman nominację na profesora uniwersytetu warszawskiego, gdzie dotychczas wykłada historię powszechną.


W r. 1921 ogłosił Handelsman pracę p. t. Historyka, za­sady metodologii nowoczesnej.


W r. 1922 publikował Handelsman nowe wydanie mocno rozszerzone swej książki źródłowej, która przed wojną nosiła nazwę „Trzy konstytucje 1791, 1807, 1815“, a w trzeciej edy­cji nazywa się „Konstytucje polskie 1791—1921“. Znajdują się tutaj w tekście oryginalnym: Ustawa rządowa z dnia 3 ma­ja 1791, Zaręczenie wzajemne obojga narodów z dnia 22 paź­dziernika 1791, Ustawa konstyt. Księstwa warszawskiego z dnia 22 lipca 1807, Dekret o przystosowaniu ustawy konstytucyjnej Księstwa warszawskiego do kraju poaustriackiego z dnia 24 lu­tego 1810, Ustawa konstytucyjna Królestwa polskiego z dnia 27 listopada 1815, Konstytucja wolnego miasta Krakowa z dnia 15/VII—11/IX 1818, Zmiany wprowadzone do konstytucji przez sejm rewolucyjny w r. 1831, Dekret o najwyższej władzy reprezentacyjnej polskiej z dnia 22 listopada 1918, Konstytucja z dnia 17 marca 1921. Handelsman dał ze swej strony tylko nieduży wstęp, ale przysłużył się zebraniem materiału często z trud­nością dostępnego.


W r. 1924/6 ogłosił Handelsman w dwóch tomach dzieło p. t. Rozwój narodowości nowoczesnej.


Handelsman uzupełnił przez swoje studium p. t. Sprawa polska XIX wieku (1815—1914), tłumaczenie polskie dokona­ne przez Jastrzębską, dzieła „Dzieje polityczne i społeczne XIX wieku”, napisanego przez E. Driaulta i G. Monoda. Uzupełnie­nie to było konieczne, albowiem w oryginale były losy Polski przedstawione pobieżnie, a niekiedy i błędnie, przeto w przekła­dzie odnośne rozdziały oryginału zostały opuszczone, a luka wy­magała odpowiedniego zastąpienia.


Handelsman redaguje od r. 1920 Rozprawy Historyczne Towarzystwa Nauk w Warszawie, od r. 1924 Przegląd poli­tyczny, a od roku 1927 Biuletyn nauk historycznych Europy wschodniej w języku francuskim (Bulletin des sciences historiques d‘Europe Orientale), oraz też polską serię wydawnictwa angiel­skiego społecznej i ekonomicznej historii świata (Polish Series of social and economic of the world). Od roku 1924 jest Han­delsman czynnym członkiem Akademii Umiejętności w Krako­wie.


Marceli Handelsman został niedawno uczczony przez za­granicę w sposób bardzo zaszczytny. Został wybrany dnia 29 maja 1937 na czynnego członka Akademii Nauk moralnych i politycznych (Académie des sciences morales et politiques) w Paryżu na miejsce wakujące po zgonie Rudyarda Kiplinga. Akademia wzmiankowana stanowi jedną z pięciu Akademii, z których się składa Instytut francuski (Institut de France), się­gający swymi początkami aż do r. 1629 i liczący 40 członków zwyczajnych, 6 wolnych i 6 zagranicznych, poza tym tylko, je­szcze 48 korespondujących członków. W instytucie francuskim ma Polska prócz Handelsmana, jednego jeszcze tylko przedsta­wiciela, jako członka Akademii: Ignacego Paderewskiego.


Po francusku ogłosił Handelsman prace z zakresu historii jeszcze za młodu: Napoleon et la Pologne 1806—7 d‘aprés les documents des Archivs Nationales et des Archivs du Ministére des affaires étrangeres, Paris, 1909 (Napoleon a Pol­ska wedle dokumentów archiwów państwowych i ministerstwa spraw zagranicznych). Swoją nominację na czynnego członka Akademii Nauk moralnych i politycznych uzyskał on za swój Biuletyn historyczny, o którym była powyżej wzmianka. Na siódmym kongresie międzynarodowym historyków w Warszawie w r. 1933 referował Handelsman na temat „Książę Czartoryski a Rumunia w latach 1834—1850“; referat ten ukazał się też w języku francuskim w sprawozdaniu (La Pologne au VII-e Congrés International des Sciences Historiques, Varsovie 1933, vol. II, 199—243, Le prince Czartoryski et la Roumanie 1834—1850).



II.



Dla tematyki żydowskiej Handelsman nigdy nie okazywał żadnego zainteresowania, w przeciwieństwie np. do, zresztą go znacznie przewyższającego, Szymona Askenazego. Askenazy był Żydem też z religii, a Handelsmana łączy chyba antropolo­gia, która jednak niezawsze nadaje tematowy kierunek świado­mości i kieruje celowo sympatiami.


Handelsman nie tylko omija tematy żydowskie, ale często je też celowo przemilcza wówczas, gdy nadarza się okazja do korzystnego odezwania się, albo zareferowania faktu dodatniego. W swej pracy zwyż już wspomnianej p. t. Sprawa polska XIX wieku nie czyni Handelsman wzmianki pisząc o wyjaździe Mickiewicza na Wschód celem organizowania legionu, że się rozchodziło o legion żydowski, nie roni ani słowa o udziale Ży­dów w powstaniu styczniowym.


U Handelsmana spotykamy się też nawet z wycieczkami antyżydowskimi, co mu stanowczo chluby nie przynosi. Oma­wiając w książce swojej p. t. Napoleon a Polska, paragraf czwarty konstytucji Księstwa warszawskiego, gwarantujący rów­ność wszystkich obywateli przed obliczem prawa, ma on czoło bronić wyjątku uczynionego wówczas przez władze Księstwa odnośnie do tego paragrafu w stosunku do Żydów, których pozbawiono równouprawnienia. Obrona nietolerancji niesmaczna, niegodna, wymijająca. Istny advocatus diaboli.


Handelsman ex-Żyd przede wszystkim pociesza się tym, że ten wyjątek miał tylko charakter religijny, a nie szczepowy, nie tyczył się neofitów: więc raduj się postępie, kulturo, spra­wiedliwości, nobile genus konwertytów wyjątkiem nie było obję­te. Handelsman pisze tedy: „Wyłączenie (z pod równości kon­stytucyjnej w księstwie warszawskim) nie nosiło charakteru ra­sowego, nie dotyczyło tych wszystkich, którzy zmieniali wyzna­nie… Ze zmianą religii nabywali prawa, z których potrafili ko­rzystać”. A więc skoro mechesi byli równouprawnieni, to wszy­stko w porządku, a równości stało się zadość, ipse dixit Handels­man.


Handelsman usprawiedliwia w dalszym ciągu wyłączenie z równości Żydów niechrzczonych, w Księstwie Warszawskim. Tłumaczy opinią niekorzystną Lubieńskiego o Żydach, ale dodaje też własną uwagę: „Wypływało to z ich rzeczywistej dla kraju obojętności, a następnie niechęci, która wystąpi wyraźnie w r. 1812 i 1813, niechęci powszechnej, mimo oderwanych objawów patriotyzmu i gotowości do służby narodowej”. Wspomina on ponadto w dopisce „oprócz nielicznych wypadków służby wojskowej Berka Joselewicza i kilku innych, pamiętać należy, że w Warszawie istniała grupa Żydów upraszająca się o dopuszcze­nie ich do praw obywatelskich, domagająca się zrównania ich w obowiązkach z pozostałą ludnością dnia 9 stycznia 1809“, i zauważa dodatkowo: „Rola Żydów w wojnie w r. 1812, zwłaszcza ich nielitościwe postępowanie na Litwie w zimie tegoż roku powszechnie są znane”.


Tak pisze historyk o marce naukowej! Jak Żydzi w Księ­stwie Warszawskim r. 1808 mogą być odpowiedzialni za Żydów litewskich o cztery lata później? Co wyprawa Napoleona z r. 1812 miała wspólnego z kwestią żydowsko-polską? Czy ona chyba posiadała charakter polsko narodowy? Czy w r. 1813/4 wmarsz Rosjan do Kongresówki nie spotkał się życzliwością ze strony ludności chrześcijańskiej, wcale nie zachwyconej systemem eksploatacyjnym rezydentów Napoleona? Czy z drugiej strony generałowie napoleońscy nie szczędzili pochwał Żydom, zao­patrującym armię napoleońską na ziemiach polskich w żywność, co wspominają Holenderski i Czyński. Wiemy nawet, że Żydzi księstwa Warszawskiego, które w r. 1807 zostało wskrzeszone z ziem zabranych Prusom, po klęsce tychże w bitwie pod Jeną, święcili uroczyście dzień przybycia Napoleona. Wkrótce potem przybyła do Warszawy deputacja Żydów, na której cze­le stał słynny rabin Akiba Eiger z Poznania i zwróciła się do władz tymczasowych polsko-francuskich w Warszawie, z prośbą o pociągnięcie Żydów do służby wojskowej, jednakowoż nie sta­ło się tej prośbie zadość (Kandel, Biblioteka Warszawska, tom CCLXXVIII, str. 159). Nietolerancja religijna nie zezwoliła wówczas, Żydów włączyć do armii Księstwa, tak samo jak też równocześnie nie było dla chrześcijan miejsca w armii muzułmań­skiej cesarstwa osmańskiego.


Prawdą jest, że na Litwie wielu Żydów podczas wmarszu Napoleona okazywało sympatie dla Rosji (por. Kandel 1 c.), znane, że byli rabini wówczas na Białorusi i gdzie indziej, którzy żywili uczucia wrogie do Francuzów, idących na zdobycie Moskwy, jednak oni pod tym względem nie byli odosobnieni w miejscowym społeczeństwie. Takie same stanowisko zajmowa­ła wówczas również poważna część Polaków. Jackowski w swych Pamiętnikach (Pamiętniki polskie I, 297) opowiada, że Pola­cy na Białorusi nienawidzili wmaszerujących Francuzów. Jac­kowski podkreśla równocześnie, że i w samym Księstwie war­szawskim, Francuzi jako sprzymierzeńcy nie byli wcale lu­biani.


Jednak należy zaznaczyć, że pośród Żydów litewskich znajdował się też poważny odłam Żydów o nastawieniu profrancuskim, który nawet współdziałał z grupą ziemiaństwa polskie­go, wiążącego swe nadzieje niepodległościowe z orłami wielkie­go Korsykańczyka. Tradycja polska zachowana w Panu Tadeuszu (postać Jankiela) wspomina życzliwie o Żydzie pomoc­nym w robocie zakonspirowanej szlachcie polskiej na pewnymodcinku Litwy, oczekującej przybycia imperatora z nad Sekwany.



HERYNGOWIE



Henryk Heryng (1818—1888), znany swego czasu agent przysięgły giełdy warszawskiej, który dużo pisał po dziennikach w rozmaitych materiach handlowych i kilkakrotnie był obierany na sędziego trybunału handlowego, pozostał przez całe życie wiernym synem swej społeczności religijnej. Synami jego byli:


Hipolit Edward Heryng (1844—1898), który przeszedł na katolicyzm w r. 1884 i był z zawodu kupcem.


Syn tegoż Jerzy Karol (ur. w r. 1883) jest adwokatem przysięgłym w Mławie.



Teodor Heryng



Teodor Heryng (1847—1925) poświęcił się medycynie, gdzie doszedł do wielkiego znaczenia, był profesorem uniwersy­tetu dla laryngologii w Warszawie, ordynatorem szpitala św. Rocha, prezesem honorowym Towarzystwa laryngologicznego. Napisał on cały szereg prac fachowych, które mu wyrobiły sła­wę europejską, tak w języku polskim (O stosunku gruźlicy su­chot do zapalenia, 1873, O operacji polipów krtani metodą we­wnątrz krtaniową, 1879, O nowszych metodach badania i le­czenia jam nosowych, 1880 i t. d. i t. d.), jak i francuskim i nie­mieckim. Bliższe stosunki łączyły Teodora Herynga z głośnym laryngologiem angielskim Morellem Mackenziem, któremu cesa­rzowa Wiktoria swego czasu powierzyła opiekę nad chorym na gardło cesarzem Fryderykiem III. W ostatnim okresie życia tego monarchy, podczas jego pobytu w San Remo, Teodor Heryng wspólnie z Mackenziem badał istotę choroby cesarza.


Gdy Teodor Heryng skończył swój pracowity żywot pi­sał Tygodnik Illustrowany o nim (1925, str. 846): „Obdarzony niepospolitymi zdolnościami, umysłem bystrym, twórczym, które­mu nie brakowało błysków genialnych, umiał Heryng połączyć uciążliwe zajęcie rozległej praktyki lekarskiej z owocną pracą na polu naukowym. Wyniki jego badań zdobywały uznanie i po­parcie wszystkich słynnych uczonych i specjalistów współczesnych”. Tygodnik Illustrowany zaopatrzył nekrolog o Teodorze Heryngu w inicjały „ś. p.“, jako o wiernym synu kościoła.



Zygmunt Heryng



Zygmunt Heryng (ur. w r. 1884) był znakomitym ekono­mistą, współpracownikiem czasopism, autorem mnóstwa prac eko­nomicznych, gdzie występuje z oryginalnymi poglądami.


Pierwsza jego praca p. t. Rubel, która wyszła w języku polskim i też w przekładzie rosyjskim w r. 1890 (wydanie Spół­ki wydawniczej rosyjskiego tłumaczenia Encyklopedii Brockhausa) głosi tezę, że wymiana nieograniczona banknotów na złoto nie jest potrzebną i nie osiągnie celu usunięcia rozstroju pieniężno-walutowego, który wówczas panował w Rosji.


W książce swojej p. t. Logika ekonomii (Warszawa, 1896) starał się Zygmunt Heryng uzasadnić pojęcia ekonomiczne ze stanowiska nauki o energii.


Poza tym ogłosił on jeszcze w okresie przedwojennym: Te­oria i praktyka ekonomii, 1897, Gawędy ekonomiczne, 1907, Czego uczy ekonomia społeczna, 1910, O czym mówią nauki

społeczne. Były to rzeczy o charakterze popularyzacyjnym.


Gdy w czasie wojny światowej w jesieni r. 1916 zaczęły się krystalizować zręby niepodległej Polski, Zygmunt Heryng należał do pierwszych, którzy zastanawiali się nad finansowym aparatem samodzielnego państwa polskiego. Wyciągnął on z la­musa swoją starą teorię o walucie papierowej, z uwagi na fakt, że przecież nowe państwo polskie nie będzie posiadało tyle zło­ta, aby móc czynić wszelkie banknoty będące w obiegu wymienialne na szlachetny kruszec i napisał broszurę p. t. „Finansowe podstawy bytu ekonomicznego w niepodległej Polsce”. Broszu­ra ta jest zaopatrzona w zezwolenie niemieckich władz okupa­cyjnych „geprüft und freigegeben. Presseverwaltung Warschau, den 25/IV, 1917”.


W broszurze swej zwalcza Heryng pogląd odsądzający pie­niądz papierowy od wszelkiej wartości, głoszący, że „pieniądz papierowy to bezsens ekonomiczny” i „logika nie dopuszcza takiego miernika obranego z wartości”, jak to sądzi konserwatysta Bi­liński i twierdzi też jego przeciwny biegun Karol Marx. (Pie­niądz papierowy nie może być ani zbiornikiem, ani miernikiem wartości i służy tylko jako środek obrotowy i jest tak mało pie­niądzem rzeczywistym, jak nim jest kontramarka teatralna). Heryng podnosi znaczenie państwa dla waluty, kładzie nacisk na moralną i podatkową gwarancję niewymienialnych pieniędzy. „Przyznanie pieniądzu papierowemu znaczenie prawnego środka płatniczego, przyjmowanego obowiązkowo przez wszystkie kasy skarbowe, nadaje asygnatom niewymienialnym niewątpliwie spo­łeczną wartość użytkową, dla obiegu wewnętrznego zupełnie wy­starczającą”.


Heryng wyprzedził historię. Jego koncepcja weszła w prak­tyczną realizację samorzutnie w różnych państwach w ostatnich latach, gdzie obecnie istnieje waluta pełnowartościowa bez żadnego właściwego pokrycia w złocie. Pozostaje jednak dla Herynga py­tanie, co z zagranicą, gdzie kursu przymusowego dla waluty kra­jowej niema i urzędy skarbowe jako odbiorczynie nie wchodzą w rachubę „źródło deprecjacji waluty tkwi wyłącznie na rynkach zagranicznych, gdyż oczywistą rzeczą, że papierowy rubel nie mógłby być ani prawnym środkiem płatniczym za granicą, ani nie będzie dawał możności zwalniania się od ciężarów podatko­wych nakładanych na poddanych”. Heryng proponuje dla utrzy­mania wewnętrznej wartości waluty papierowej, cząstkową wy­mianę, t. j. stopniowe umarzanie wypuszczonych papierowych pie­niędzy, w ciągu z góry określonego czasu drogą losowań. Wy­obrażał sobie banknoty na wzór jakichś obligacyj z losowaniami. Państwa nowoczesne jednak w ostatnich latach, zaprowadzając u siebie walutę papierową, poradziły sobie inaczej: zakaz wywo­zu waluty krajowej, a za import płaci się eksportem w formie clearingu, kompenzacyjnie.


W okresie najgłębszej dewaluacji marki polskiej w r. 1923, ogłosił Heryng publikację p. t. „Samopomoc spółdzielcza jako ostatnia deska ratunkowa”. Część I: groza obecnej sytuacji i środ­ki zaradcze, część II: organizacja kredytowa pieniędzy i pienięż­nego obiegu.


Praca ta została napisana w rozdrażnieniu inflacyjnym, ze stanowiska antykomercjonalnego, bez zrozumienia drożyzny, któ­ra w rzeczywistości w obliczu dewaluacji była fikcyjną a częstokroć kupiec mimo formalnej podwyżki cen w pieniądzu zdewaluowanym, faktycznie tracił i nie był w stanie odkupić sprzedane­go towaru. Autor domaga się utworzenia Polskiego Banku Spo­łecznego, którego organizację mają uskutecznić lustratorzy do­tychczasowych kooperatyw, jako obeznani z spółdzielczością. Zrzeszeniom społecznym ma zostać powierzony nadzór nad han­dlem i przemysłem. Bank Społeczny ma wydawać pisma periodycz­ne nie stojące na usługach grup tuczących się drożyzną i bankową lichwą. Organ tego banku będzie miał za swój obowiązek, ujaw­nianie każdego faktu sprzedaży towarów powyżej ceny ustalonej przez społeczny urząd walki z lichwą. Zygmunt Heryng sobie życzył, „aby zmartwychwstałej Polski nie zdzióbały paskarskie kruki i lichwiarskie wrony“. Domaga się on też w tej publikacji w interesie waluty niepomiernie wysokich podatków. „Im większą cząstkę swych dochodów posiadacz biletów kredytowych zniewo­lonym jest oddać państwu, tym snadniej nabierają bilety kredy­towe (banknoty) w jego oczach znaczenia bezspornego obiego­wego środka”.


Zygmunt Heryng nie interesował się nigdy Żydami, nie wspomina o nich, ani o ich finansowej działalności. Jego etaty­styczny światopogląd finansowy był odzwierciedleniem potrzeb go­spodarczych sfer, gdzie Żydzi są najmniej reprezentowani. Był to program dobry dla urzędników i ew. włościan.


Córka jego, Dr. Jadwiga Heryng, ur. 10/IV 1884, przeszła na chrześcijaństwo w Krakowie w r. 1919, według zawiadomie­nia gminy żydowskiej w Krakowie z dnia 27/5 1919, przesłanego do zarządu warszawskiej gminy żydowskiej (1113/19).



JAN HOŁYŃSKI (po kądzieli)



Jan Hołyński, poseł na Sejm, dyrektor centralnego związku Polskiego przemysłu, górnictwa, handlu i finansów, żonaty z hra­bianką Tyszkiewiczówną, jest synem Ksawerego Hołyńskiego, obywatela ziemi mohylewskiej, rotmistrza gwardii wojsk rosyjskich (1856—1901) i Emilii, córki Jana Blocha (zob.), głoś­nego bankiera i ekonomisty (Reychman, str. 127, Jeske-Choiński, str. 228).




JAKUBOWSCY baronowie herbu Topór



I.



Wśród nobilitowanych z r. 1764, którzy byli dawniej Ży­dami, znajduje się nazwisko Jakubowskich herbu Topór srebrny. Boniecki i Uruski w swych herbarzach pomijają ich poprzedni ju­daizm i piszą: „Michał Kazimierz i Felicjan, synowie Francisz­ka, mieszczanina krakowskiego, otrzymali na sejmie 1764 nobi­litację” (V, 330). Zapomnieli jednak dodać, że to byli wpraw­dzie mieszczanie, ale konwertyci. Jakubowscy herbu Topór srebrny to snać magnaci, o splendorze pańskim, których genealogii nie należy zepsuć jakimiś ingrediencjami semickimi. Semigotha jednak pamięta (str. 311, 696).


Najstarszy syn Michał nabył dobro Czermno w powiecie opoczyńskim i pozostawił syna Franciszka Michała.


Drugi syn, Kazimierz, właściciel Wieryni, zmarły w r. 1802, był podstolim owruckim i miał kilku synów, z pośród których Tadeusz był paziem królewskim, chorążym we wojsku koronnym w r. 1778, córka jego, ur. w r. 1789, wyszła za Leona Dunina-Wąsowicza, dziedzica Głobikówki.


Felicjan, ostatni z synów Franciszka, właściciel Łopuszna, Żuklina i Podzamcza, został w r. 1782 zapisany do stanu Ma­gnatów galicyjskich. Córki jego: Józefa wyszła za Borgiasza Skrzyńskiego i Antonia za Maksymiliana Denhofa.


Syn Felicjana, Wincenty, będąc starostą bochniańskim, nie kontentował się więcej zwykłym szlachectwem i uzyskał dnia 26 grudnia r. 1808 tytuł baronowski. Jego żona była z domu Fran­ciszką baronówną de Convay.


Tytuł i majątek barona Wincentego Jakubowskiego prze­szły po jego śmierci na bratanka Ignacego, którego córka zaślu­biła barona Gustawa Geumingen i syn Józef ożenił się z Aleksan­drą Micewską.



WOJCIECH JAKUBOWSKI HERBU ORLĘ SKRZY­DŁO FRANCUSKI MARSZAŁEK POLNY



I



Dzieje Polski Augusta Sokołowskiego ozdabia współczesny portret familijny Wojciecha Jakubowskiego marszałka polnego wojsk francuskich, zmarłego około r. 1780 (tom V, str. 456). Wielki syn ojczyzny, z którego naród polski może być dumny, gdyż za granicą wśród obcych zdołał dopiąć niezwykle wyso­kiego stopnia w hierarchii wojskowej.


U Niesieckiego w herbarzu figuruje Wojciech Jakubowski razem z rodem Jakubowskich herbu Topór, wspomnianych już w 16 wieku (tom IV, str. 429—432).


W życiorysie Jakubowskiego, umieszczonego w Tygodniku Illustrowanym z 6 grudnia 1873, czytamy: „Wojciech Jaku­bowski herbu Topór, pochodzący ze starożytnej rodziny, o której szeroko pisze Niesiecki”.


Jeszcze więcej znajdujemy w Bibliotece Warszawskiej (rok 1873, tom IV, str. 257): „Wojciech Jakubowski, syn podstolego owruckiego -— jeden z jego przodków zginął w grunwaldzkiej potrzebie”.


Genealogia bez zarzutu. Antenaci o błękitnej krwi wystar­czający w zupełności w oczach surowych sędziów heraldycznych.


Genealogia — wzór fałszerstw i zakłamania.


Nowocześni heraldycy są skromniejsi. Boniecki (tom VIII, 167), Uruski (V, 334) są w tym kierunku o mniejszych preten­sjach, daleko mniej wrażliwi u Jakubowskiego Wojciecha na

przodków, pamiętających 16 wiek, albo nawet wielki bój pod Grunwaldem. Zadawalają się oni nobilitacją Wojciecha Ja­kubowskiego wielkiego dygnitarza wojskowego w r. 1764.


Data ta podejrzana. Wszak to rok masowego uszlachcenia neofitów. Boniecki i Uruski wprawdzie nic o Żydach nie mówią. A może przecież tu rodowód spoglądający ku Jordanowi i cedrom wysokiego Libanu?


Przeglądamy spis nobilitowanych neofitów. Figuruje wy­raźnie w Aktach kanclerskich pod datą 10 grudnia 1764, które cytowaliśmy już w Historycznym Wstępie do tej książki — nazwisko Wojciecha Jakubowskiego, wówczas jeszcze pułkownika. A więc pochodzenie żydowskie jego jasne, niewątpliwe, stupro­centowo pewne.


Mamy cię czarno na białym, przybyszu z Izraela! Nie po­mogą żadne kombinacje heraldyczne. Nie skutkowało, żeś się po­starał o odmienny herb, aniżeli rodzeni twoi bracia neofici, któ­rzy równocześnie zostali nobilitowani. Akt żyje, scripta manent i składają świadectwo głośne o żydowskim pniu, z którego celebritas wojskowa-polityczna Wojciech Jakubowski wyrósł.


Nieścisłość rażąca rodowodu, pociągała za sobą cały szereg dalszych błędów, spowodowanych przez zamiar zahaczania Woj­ciecha Jakubowskiego o stary pień polski. Encyklopedia Orgel­branda (XIII, 902) rozpoczyna życiorys Wojciecha Jakubow­skiego od słów: „urodzony w r. 1713, wychowany na dworze Stanisława Leszczyńskiego w Luneville, wstąpił do wojska fran­cuskiego”. W podobny sposób zaczyna od Luneville Herbarz Bonieckiego o Wojciechu Jakubowskim (VIII, 167). To nie jest prawdą! Biblioteka Warszawska (r. 1873, tom IV, str. 258) zadawala się tylko protekcją Leszczyńskiego: „Wojciech Jakubowski urodzony w r. 1712, przybył do Francji w r. 1732, zaszczycony protekcją Leszczyńskiego wstąpił do francuskiego wojska, do świeżo uformowanego pułku kawalerii imienia Sta­nisława, zwanego Royal Pologne. — Bywał w Luneville i z niektórymi osobami bawiącymi tam, ciągłą utrzymywał korespon­dencję”.


Więc nie wychowany na wzór dzieci z domów arystokra­tycznych na dworze króla wygnańca, jednak tylko jako przybysz w wieku lat dwudziestu, poparty przez Leszczyńskiego, który był teściem ówczesnego króla francuskiego Ludwika XV, torował sobie Wojciech Jakubowski drogę we Francji.


Biblioteka Warszawska powiada o ojcu jego, że był pod-stolim owruckim. Rzecz wyssana z palca. Boniecki w swym Herbarze zaopatruje to w znak zapytania.



II



Kim był właściwie i dokładnie nowochrzczeniec Wojciech Jakubowski, którego pochodzenie starano się, jak widzieliśmy, z różnych stron wybielić, upiększyć, zaopatrzeć w imponującą galerię szlacheckich przodków, sięgających czasów Władysława Jagiełły?


Wojciech Jakubowski był przede wszystkim dzielnym żoł­nierzem. W wojnie roku 1740 o sukcesję Karola VI, służył on pod marszałkiem de Belle Isle i w tej kampanii szczególnie się odznaczył. Dnia 7/V 1744 dostał on szlachectwo niemieckie z rąk Karola VII. W r. 1747 uzyskał on rangę podpułkownika, a w r. 1749 posiadał on już rangę maitre du camp à la suite de Royal Allemand. W r. 1754 został Wojciech Jakubowski za­mianowany kawalerem orderu św. Ludwika.


Wojciech Jakubowski jednakowoż był obdarzony nie tyl­ko zdolnościami natury wojskowej. Był to człowiek ułożony, zwinny, obeznany ze światem, obrotny, elastyczny i nadawał się do służby dyplomatycznej wyższego rodzaju i na tej dziedzinie też uzyskał wkrótce znaczenie historyczne. W r. 1754 przeszedł Wojciech Jakubowski do służby dyplomatycznej rządu fran­cuskiego, w którym pozostawał przez lat trzydzieści, jako jeden z najczynniejszych agentów w stosunkach między Polską a Fran­cją. Od roku 1764 zamieszkał stale w Warszawie, jako chargé des affaires de France. W r. 1773 zaawansował on na rezyden­ta francuskiego przy dworze polskim i był on jedynym w Pol­sce stałym członkiem sekretnej korespondencji Ludwika XV.


Jakubowski spełniał swoje polityczne posłannictwo w Pol­sce sprzymierzonej z Francją, która w okresie konfederacji barskiej, czynnie Polskę popierała ku pełnemu zadowoleniu

Wersalu. W dowód szczególnej łaski, otrzymał on od Lud­wika XV, złotą tabakierkę, ozdobioną miniaturą królewską. Kariera wojskowa Wojciechowskiego trzymała się teraz jego linii dyplomatycznej postępującej w zwyż. Uzyskał on w ro­ku 1768 stopień generała brygady kawalerii, a w r. 1780 sto­pień marszałka polnego (Marechai du camp). Z końcem nadał mu król francuski tytuł barona.


Wojciech Jakubowski nie zapomniał nigdy o łączności z swym krajem. W r. 1760 występuje on w Polsce jako pułkow­nik wojsk koronnych i jako taki podpisał nawet elekcję Stanisła­wa Augusta. W r. 1764 postarał się on o szlachectwo polskie, udzielone wówczas dystyngowanym neofitom. Francuskiego ty­tułu barona w Polsce nie używał.


Jako przedstawiciel rządu francuskiego utrzymywał Jaku­bowski kontakt towarzysko-polityczny z magnaterią polską. W r. 1755 znajdujemy go w Białymstoku w wspaniałej rezy­dencji Jana Klemensa Branickiego hetmana wielkiego koron­nego, naczelnika partii narodowej, czyli francuskiej. Używany do układów z magnatami, jeździł on w celach swego stronnictwa do Jana Karola Mniszcha podkomorzego wielkiego koronnego, mianowanego ambasadorem w Konstantynopolu.


Między ex-Żydem dyplomatą francuskim Wojciechem Ja­kubowskim, a hetmanem Janem Klemensem Branickim, trwał stały kontakt listowny. Listy Jakubowskiego z lat 1758—1771 objaśnione przypisami Juliana Bartoszewicza, zostały ogłoszone drukiem w r. 1882 w VII tomie, Biblioteki ordynacji Krasiń­skich. Z listów tych dowiadujemy się nieraz, w jakich kołach wysokiej arystokracji obracał się ten szlachcic świeżej daty ze sygnaturą roku 1764. W liście z 4 grudnia 1765 czytamy wzmiankę, że on wieczór spędził w towarzystwie księżny Lubomirskiej. (str. 75). Inna epistoła wspomina, że Jakubowski pojechał wraz z marszałkiem Bielińskim i nuncjuszem papieskim do sufragana płockiego, gdzie byli i cesarski i reński poseł i pod­kanclerzy koronny (str. 27).


Jak zazwyczaj neofici, Wojciech Jakubowski występował jako gorliwy chrześcijanin. Pierwszy drukowany jego list do Branickiego ,z dnia I6/III, 1758 zaczyna się od słów ,,J‘ai recu votre lettre pleine de resignation et christianisme” (otrzymałem list Pański pełen rezygnacji i chrystianizmu). W jednym ze swych listów do Marii Ludwiki, pisze, że się wybiera do Czę­stochowy, dla polecenia opiece N. Panny Marii całego domu królewskiego.


Korespondencja dyplomatyczna Jakubowskiego posiada poważną wartość dla historyka. Poza listami jego do Branickie­go, o których wydaniu już powyżej była wzmianka, istnieją jesz­cze bruliony jego korespondencji dyplomatycznej do różnych arystokratów, wysokich dygnitarzy kościelnych i dyplomatów francuskich: korespondencji z księciem de Chiseul, z kardyna­łem de Bernis, z księciem de la Vrillere, z marszałkiem de Bel­le isle, z margrabią de Verac „Ciekawe są korespondencje Woj­ciecha Jakubowskiego z hrabią Broglie naczelnikiem sekretnego gabinetu Ludwika XV, jak również konferencje z księciem de Choisel, które on zaraz po wyjściu z gabinetu notował. Istnieją też jego listy do króla Stanisława Leszczyńskiego i królowej Marii”. (Bibl. Warsz. IV, 257).


Ważne są również zachowane dotychczas listy Jakubow­skiego z jego okresu przeddyplomatycznego. Jest ich kilkanaście, pisane z Paryża do pewnego arystokraty polskiego, który wów­czas przebywał w Luneville. W korespondencji tej znajdują się liczne wiadomości o Polakach goszczących wówczas w rozba­wionej stolicy kultury nad Sekwaną.


Ciekawe tą też jego relacje o konfederacji barskiej, które są w przechowaniu w archiwum Ministerstwa Spraw Zagra­nicznych w Paryżu.



III



Wojciech Jakubowski, który odznaczył się jako dyploma­ta i jego spuścizna epistolarska dyplomatycznej i historycznej treści, należy do skarbca materiałów dziejopisarskich, przedsta­wiał też na ogólnej dziedzinie intelektu, cywilizacji, kultury to­warzyskiej, piśmiennictwa współczesnego, wcale poważną fi­gurę.


Mąż ten zasłużony w zawodzie dyplomatycznym, był jednym z tych, którzy w zeszłym stuleciu (18 wieku), do nas wnieśli z nad brzegów Sekwany mowę, strój, i obyczaj, wreszcie zamiłowanie do francuskich wyobrażeń i literatury”. (Tygod­nik Illustrowany z dnia 6/XII, 1874).


Mimo umiłowania francuszczyzny, polskiego języka jedna­kowoż nie zaniedbywał. Jego listy do Stanisława Leszczyńskie­go i córki tegoż, są pisane po polsku.


Wojciech Jakubowski był starym gościem na słynnych obiadach czwartkowych króla Poniatowskiego, na które kwiat inteligencji polskiej był proszony. Julian Ursyn Niemcewicz wspomina o jego aktywnym udziale w nich: „na obiadach u kró­la niektórzy z zaproszonych czytali płody swe literackie, naj­częściej Jakubowski odstawny generał w służbie francuskiej, gruby, tłusty, wesoły, zdarzało się mu nieraz lubą prostotę Lafontaine‘a szczęśliwie przełożyć. Rzadkie są już bajki jego“. Niemcewicz wspomina też, ale mniej obszerniej o udziale Naru­szewicza, Narguczewskiego i Krasickiego (Pamiętniki czasów moich str. 35).


Portret Wojciecha Jakubowskiego przyozdabiał jedną z sal pałacu królewskiego za Stanisława Augusta. W dowód swych względów dla starego generała, król w r. 1774 na zamku swym wyprawił mu świetne imieniny. Po skończonym obiedzie, biskup Naruszewicz wypowiedział na jego cześć następujące wiersze:


Zabawny w mowie, w przyjemnej przyjaźni,

Dzielny w marsowym hałasie

Ojciec, małżonek, ziomek poczciwy,

I poeta na parnasie.

Mars ci laurowe zbiera gałązki.

Wojciechu kwiatku ojczysty.

Muzy je swymi wiążą podwiązki” i t.d.


Wojciech Jakubowski, talent niezwykle wszechstronny, słu­żył Muzom i piórem. Już w młodości pisywał wiersze. W r. 1778 wydał on w tłumaczeniu polskim wiersze Stanisława Konarskie­go, przełożone z oryginału łacińskiego.


Jakubowski spolszczył również niektóre ody Horacego.

Znajdują się one w polskim przekładzie „Pieśni Wszystkich Ho­racego”, który opuścił prasę w Warszawie w roku 1773. Ja­kubowski też przetłumaczył francuskie bajki Lafontaine'a i ogłosił je drukiem w r. 1774. Tłumaczenie to chwali Niemcewicz, że „zachowało ono wiele nieporównanej tego autora lubości i pro­stoty. Kto weźmie Lafontaina do ręki ten uzna, że trudno jest wierniej i z większą dokładnością tłumaczyć” (Przedmowa do wydania z roku 1820).


Sejm extraordynacyjny zaszczycił Wojciecha Jakubow­skiego zatwierdzeniem, będącego już w jego rękach starostwa Lesznowoli.


Umarł on syt wieku i honorów w r. 1784. Zostawił dwie córki, które wyszły za polskich ziemian. Starsza Barbara zaślu­biła Andrzeja Boskiego starościca stromeckiego, młodsza zaś Izabella była żoną Juliana Kropnowskiego miecznika pilznieńskiego (Boniecki, VIII, 167).


Wojciech Jakubowski, człowiek rasy żydowskiej, jako marszałek Francji, to wcale nie zjawisko wyjątkowe. Pochodze­nia żydowskiego był wedle Semigothy również marszałek Fran­cji z okresu napoleońskiego Mikołaj Jan Soult książę Dalmacji. W podobny sposób znajdowali się też ludzie w których żyłach płynęła krew żydowska, również w dawnym cesarstwie austriac­kim, na wysokich stanowiskach wojskowych. Alfred baron Henikstein urodzony w r. 1810, feldmarszałek-porucznik i szef sztabu północnej armii podczas wojny austro-pruskiej w r. 1866, był potomkiem Lebla Heniga właściciela sklepu tytoniowego w Czechach, który się przechrzcił z początkiem 19 wieku. Semigotha wylicza dwadzieścia jeden nazwisk różnych austriackich generałów kawalerii względnie infanterii, wśród których przod­ków znajdowali się Żydzi. W Niemczech podczas ostatniej Wielkiej Wojny, był głośny wówczas generał-oberszt Linsingen synem Żydówki. Twórca Reichswehry w Niemczech po­wojennych niedoszły prezydent Rzeszy z ramienia konserwa­tystów Düstenberg, pochodził w prostej linii od Seliga prezesa kahału w Paderbornie, który swe nazwisko rodzinne Düstenberg uzyskał w r. 1808. Generalissimusem armii australijskiej podczas wojny światowej był Żyd czystej krwi Sir Mond.


Zmarłemu Wojciechowi Jakubowskiemu poświęcił nie mniejszy, jak Krasicki epitafium, wiersz nagrobkowy, następu­jący:


Pod głazem ostatecznym, który go okrywa

Tu złożon Jakubowski, dojrzale zabrany,

A co rzadko o uczonym i dworaku bywa

Czuły, wdzięczny, miły i kochany.



SALWIAN JAKUBOWSKI HERBU ROKOWICE



Saul syn Jakuba z Wieruszowa urodzony w r. 1807, jako dziecko biednego krawczyka, przebiegł karierę istnie amerykań­ską. W Warszawie rozpoczął on swoją działalność, jako chło­pak do posyłek w banku Wertheima, a później pracował u nie­go w kantorze. W r. 1825 uważał on za wskazane, wstąpić ja­ko urzędnik do banku chrześcijańskiego Steinkellera i w tym celu przeszedł na wiarę chrześcijańską, tegoż roku (Jeske, 137). Steinkeller w r. 1832 się załamał, a na jego gruzach sprytny Salwian Jakubowski, (były Saul syn Jakuba) otworzył sobie w tym samym lokalu własny bank. Jakubowski ożenił się z córką neo­fity, dzierżawcy monopolu tabacznego w Królestwie w latach 1832—1839, Koniara, poprzednika Kronenberga i postanowie­niem cesarskim z dnia 31 października 1835 w nagrodę zasług, otrzymał polskie szlachectwo i herb Rokowiec „na tarczy w polu błękitnym, koło jako godło fortuny. Nad kołem gwiaz­da srebrna pięciokątna“ (Kazimierz Marcinkowski, Rodziny za­szczycone szlachectwem w Królestwie Polskim 1815—1836, Warszawa, 1907, str. 28). Czy gwiazda pięciokątna, miała no­wemu szlachcicowi przypominać gwiazdę sześciokątną judaizmu?


Bankier Salwian Jakubowski cieszył się swego czasu w sfe­rach bogatego mieszczaństwa katolickiego w Warszawie bar­dzo dobrą opinją. Dzięki swym stosunkom i zaufaniu nowochrzczeniec-bankier uczestniczył w różnych transakcjach, doro­bił się poważnej fortuny i nabył dobra Szymanowskie. W roku 1852 otworzył świetnie urządzony kantor bankierski i loteryjny przy ulicy Niecałej (nr. 8 obecnie), a w tym samym domu urządził sobie na pierwszym piętrze mieszkanie prywatne z wiel­kim przepychem, na drzwiach widniał złocony herb Rokowiec. Jeździł on na giełdę do rotondy Banku Polskiego, karetą za­przężoną w najpiękniejsze karę konie. Został dyrektorem resur­sy kupieckiej, gdzie aranżował najwspanialsze bale. Urządzał na balach własnym sumptem buduary dla dam, w których biła fon­tanna wody kolońskiej a damom ofiarowano na zmianę białe rękawiczki sprowadzane z Paryża.


Bank Jakubowskiego, dzięki wystawnemu życiu właściciela, zjednał sobie olbrzymią klientelę. Kredyt jego wzrósł jeszcze bardziej, gdy dyrektor mennicy państwowej Adam Wołowski (z frankistów) został jego cichym wspólnikiem. W roku 1856 zawarł Jakubowski z Bankiem Polskim olbrzymie transakcje ty­czące się żelaza z Ostrowca i Ireny. Będąc dzierżawcą loterii Królestwa Polskiego wystąpił on równocześnie z własną loterią. Wygraną miały stanowić jego dobra Szymanowskie. Publiczność losy rozchwytała. Gdy zbliżało się ciągnienie Jakubowski, gdzieś znikł bez śladu. W kasach znajdowały się pustki, a na majątku przeznaczonym na loterię, ciążyły wysokie długi hipoteczne.


Pobożni Żydzi opowiadali, że Salwian Jakubowski zubo­żały, w tajemnicy wrócił na łono żydostwa i tułając się niepoznany po świecie pokutuje za swoje grzechy (Frenk, II, 42—48,

Peretz, Żydzi w Polsce Odrodzonej, II, 440, St. A. Kempner, Życie gospodarcze Polski, I, 76).


W rzeczywistości udało się sprytnemu i niezrażonemu ni­czym Salwianowi Jakubowskiemu, niezadługo poszukać dla sie­bie nowe pole działania. Przeszedł na służbę rządową i w roku 1862 widzimy go jako członka Komisji rachunkowej rządu Kró­lestwa. W tym charakterze bronił on wówczas interesów Towa­rzystwa Kolei Warszawsko- Wiedeńskiej, znajdującej się w onym okresie w ręku konsorcjum Epsteinów (zob.).




JANASZOWIE



Protoplasta rodziny Janaszów rozpoczął od małych po­czątków. Józef Janasz (1781—1868), a właściwie Chaim Jona był zamłodu robotnikiem piekarskim. Ożeniwszy się ze służącą zabrał się on po ślubie do interesów handlowych, do których posiadał uzdolnienie. Wnet mu się przydarzyła wielka szansa uczestniczenia w dostawach dla wojsk napoleońskich pod­czas przemarszu tychże do Rosji i dorobił się na nich pokaźnego

majątku. W r. 1820 przybrał on nazwisko Janasz, urobione od imienia swego Jona, a zamiast Chaima wolał, bardziej po euro­pejsku w jego uszach brzmiące imię Józef, aczkolwiek sam na­dal pozostał Żydem.


Józef Janasz dzięki swej fortunie i zewnętrznej europeiza­cji, figurował wnet wśród śmietanki oświeconego żydostwa war­szawskiego, gdy się rozchodziło o zaszczyty obywatelskie. W ro­ku 1825 został on przydzielony przez rząd do Komisji Dorad­czej, której zadaniem była poprawa położenia Żydów. W roku 1843 widzimy go jako członka dozoru szkół elementarnych wyznania mojżeszowego, którego prezesem był wówczas Math­ias Rosen, oraz też jako członka zarządu Opiekuńczej Rady zakładów dobroczynnych.


Władze mu udzielały różnych przywilejów, nie przysługu­jących wówczas ogółowi Żydów. Uzyskał on w r. 1832 zezwo­lenie wyjątkowo na zakupno gruntów i majątków ziemskich, oraz zamieszkiwania na wszystkich ulicach Warszawy z uwagi na to, jak sam podał w swej prośbie, że prowadzi dom nie róż­niący się niczym od domów chrześcijańskich krom religii, ani co do stroju, ani co do języka. Kupił on wówczas majątek Płochocin pod Płońskiem i też wielką posesję na Krochmalnej. Założył on też fabrykę cukru Józefów (od swego imienia Józef).


Józef Janasz pozostał przy religii, w której się urodził, aż do śmierci. Z apostazją w rodzinie zaczęła wnuczka Salomea córka syna jego Markusa-Mardochaja, która w r. 1836 w 16 roku życia swego przyjęła katolicyzm, zmieniła swe imię i naz­wisko na Anielę Kunegundę Kwiatkowską (Jeske-Choiński, str. 143) i zaślubiła Jakuba Baumana (1813—1896), o któ­rym nic bliższego nie wiadomo mi.


Syn Józefa Janasza, Adolf ochrzcił się w roku 1846 przyj­mując wyznanie augsburskie, dla żeniaczki z Anną Zofią córką misjonarza Fryderyka Jana Rosenfelda (Asriela), który pocho­dząc z Ostroga pod Berdyczewem, w roku 1828 zmienił swe wyznanie. Adolf Janasz (1819—1816) był właścicielem ma­jątku ziemskiego Płochocin, oddziedziczonego po ojcu.


Synem Józefa Janasza był Aleksander Jan Janasz (1850—1930) założyciel i właściciel Domu Handlowego Aleksander Janasz i synowie, właściciel dóbr Danków i Trąbki, prezes ho­norowy Grójeckiego Towarzystwa rolniczego, oraz też prezes związku zawodowego Polskich wytwówców i hodowców nasion. Rząd polski zamianował go, gwoli zasługom jego około rolnict­wa, kawalerem orderu „Polonia restituta“.


Zaślubił on Aleksandrę Olszowską z którą miał liczne po­tomstwo, z czego zasługuje tutaj na wspomnienie: Stanisław Samuel obywatel ziemski i Gustaw Adolf właściciel dóbr Trąmbki, żonaty z Janiną Byszewską.


Brat Aleksandra Jana Janasza, Daniel Józef był właści­cielem majątku Wolica w gminie radzikowskiej, w powiecie błońskim.


Wyżej wspomniany Adolf Janasz miał brata Henryka, którego wnuk Józef Władysław Michał Janasz (1875—1905), przełożył na język francuski Quo vadis Henryka Sienkiewicza. Wnuczka jego Leontyna wyszła za neofitę doktora praw, Józefa Koliszera dyrektora C. K. Galicyjskiego Akcyjnego Banku Hipotecznego.


(Frenk, II, Jeske-Choiński str. 196, Reychman 99—102).



WŁODZIMIERZ JAMPOLSKI



Neofitą w pierwszym pokoleniu jest Włodzimierz Jampolski (Jampoler) ur. w r. 1886, znany działacz ludowy i publi­cysta, autor różnych prac literackich (Stefan Żeromski, ducho­wy wódz pokolenia). Pisał też o Strugu (Krytyka, 1913).



JARMUNDOWIE



Wśród neofitów nobilitowanych w r. 1764 przez sejm konwokacyjny znajduje się Stanisław Jarmund. O nobilitacji żad­nych innych Jarmundów nie słyszymy. Rzecz jasna, że wszyscy istniejący Jarmundowie mogą pochodzić tylko od jednego tego samego pnia exżydowskiego. Jednak Uruski w herbarzu swym, podając nobilitowanego neofitę Jarmunda bez potomstwa roz­poczyna relację heraldyczno-biograficzną o istniejącej rodzinie szlacheckiej Jarmundów, niby rdzennie sarmackiej, nic wspólne­go z neofitami nie mającej, od Piotra Jarmunda wspomnianego poraz pierwszy w r. 1783. Nie ulega wątpliwości, że rozchodzi się o jeden i ten sam pień, rozszczepiony niepotrzebnie przez he­raldyka ze względów oportunistycznych.


W 19 wieku słyszymy o Kazimierzu Jarmundzie, którego córka wyszła za tajnego radcę rosyjskiego Muchanowa.


W okresie powstania styczniowego odbija się o nasze uszy nazwisko Stanisława Jarmunda. Napisał on: Trzy dni w obozie Czachowskiego z powodu wspomnienia Czachowczyka p. Anto­niego Drążkiewicza, ponadto Wspomnienia z pobytu w Galicji w roku 1863 (Lwów, 1893). Ogłosił on też pracę z całkiem in­nego zakresu: Zasady budowy i utrzymania kolei. W r. 1868 należał Stanisław Jarmund do komitetu redakcyjnego Krakusa.



FELIKS JASIEŃSKI (po kądzieli)



Synem Jadwigi Wołowskiej ze znanej rodziny frankistowskiej (zob.), zamężnej za Zdzisławem Jasieńskim, był Feliks Jasieński, znany esteta i zbieracz sztuki ur. w r. 1861, który swego czasu wybił się jako sierzyciel nowych idei w sztuce i wy­dał w r. 1901 w Paryżu książkę pod tytułem „Mangha”. Pro­menades à traves mondes, l‘art et les idees (Przechadzki po­ przez świat, sztuki i idee). Swe koncepcje artystyczne propago­wał on też z temperamentem w różnych czasopismach, na odczy­tach i specjalnych wystawach.


Muzeum swoje prywatne, słynną kolekcję rzeźb i obrazów pochodzących od pierwszorzędnych mistrzów dawniejszych (Rembrandt, Dürer, Goya i w. i.) oraz też obrazy nowożytnej sztuki, ofiarował Feliks Jasieński miastu Krakowowi, gdzie stano­wi w muzeum narodowym osobny oddział.


O jego książce p. t. Mangha wspomnianej zwyż pisze kry­tyka literacka: „jest ona dziełem człowieka o ogromnej kulturze artystycznej” — Szkice jego „dowcipne, cięte, pełne swady, miały charakter bojowy… demaskowały fałszywe autorytety i uzurpowane sławy, piętnowały wszelkie kompromisy”. Czytało je niewielu, spopularyzowały jednak imię autora, głównie dzię­ki egzotyczności ich japońskiego tytułu. (Tygodnik Illustrowany, r. 1929, str. 425).



JASIŃSCY



Józef Jasiński z Buska ochrzcił się razem z innymi frankistami 13 kwietnia 1760 (Kraushar, I, 359). Nie należał wpraw­dzie do znakomitych frankistów, jednakowoż długo się trzymał dworu Franka. Potomek jego, prawdopodobnie wnuk, Ludwik Jasiński, który w r. 1824 zaślubił frankistkę Franciszkę Niemirowską, z zawodu urzędnik policji, urodził się jeszcze w Offen­bachu (Jeske, str. 19).


Z pośród descendentów Józefa Jasińskiego wielu się wybiło.


Głośny swego czasu Jakub Jasiński urodzony w r. 1791, w r. 1816—1817 był fizykiem powiatu lipnowskiego, w r. 1823 dekretem z dnia 14/I dostał szlachectwo i herb Złotowąż za gorliwość i bezinteresowność w praktyce lekarskiej dla ludu ubo­giego (Marcinkowski, Rodziny zaszczycone szlachectwem, str. 29). W latach powstania 1830—1831 pracował Jakub Jasiński jako ordynator w szpitalu św. Łazarza. W r. 1834 został on powołany na fizyka miasta Warszawy. J. Jasiński ogłaszał nau­kowe rozprawy w języku niemieckim w czasopiśmie lekarskim, wydawanym przez dra Lea w Warszawie w latach 1828/1829, tłumaczone później na język polski i drukowane w Warszawskim Pamiętniku Lekarskim; również publikował on oryginalne stu­dium o cholerze w Pamiętniku towarzystwa lekarskiego, war­szawskiego w r. 1832. Brat jego Adam był adiutantem genera­ła Dwernickiego, właścicielem Babic, sędzią pokoju.


Synem Jakuba Jasińskiego był notariusz Stanisław Jasiń­ski i Leon Jasiński. Córka Jakuba Jasińskiego Bolesława wy­szła za Krzywoszewskiego.


Synami Stanisława Jasińskiego byli Roman, Feliks i Sta­nisław.


Roman Jasiński (1854—1896) lekarz kontynuował trady­cję medyczną swego dziadka, był współpracownikiem stałym Gazety lekarskiej, gdzie ogłaszał swe prace z zakresu chirurgii

w ogóle, a szczególnie z dziedziny ortopedii. Najobszerniejsza jego publikacja to: Diagnostyka chirurgiczna, Warszawa 1894, str. 485. Roman Jasiński nie zamykał się w czterech ścianach swej pracowni naukowej, udzielał się też w popularnych rozpra­wach w Tygodniku Powszechnym i Echu. Zasłużył się on też jako jeden z założycieli Warszawskiego Pogotowia Ratun­kowego.


Feliks Jasiński wybitny inżynier profesor mechaniki w Aka­demii dróg i komunikacji i w Petersburgu, był autorem „Teorii wytrzymałości prętów na zgięcia podłużne”, umarł w r. 1899.


Drugi syn Jakuba Jasińskiego, Leon miał syna Jakuba in­żyniera i magistra nauk matematycznych byłego wiceministra Poczt i Telegrafów w Warszawie oraz trzy córki, z których pierwsza wyszła za Edmunda Krzymuskiego profesora uniwer­sytetu w Krakowie, druga za Franciszka Nowodworskiego ad­wokata w Warszawie, redaktora długoletniego Kuriera War­szawskiego a trzecia za Kazimierza Olszowskiego również ad­wokata we Warszawie. Synem Franciszka Nowodworskiego z małżeństwa z Jasińską, jest Leon Nowodworski, znany adwo­kat warszawski.


Z innej linii Jasińskich pochodzili:


Filip Jasiński wybitny prawnik podprokurator królewski przy Trybunale pierwszej instancji departamentu warszawskie­go za czasów księstwa warszawskiego. Później pracował jako adwokat przy sądzie kasacyjnym królestwa polskiego. Wydał drukiem w r. 1810 „Kodeks potępowania sądowego i kryminalnego“ (Warszawa) oraz też „Kodeks przestępstw i kar”, prze­tłumaczony z francuskiego (r. 1811).


W r. 1821 był profesorem liceum z tej samej rodziny Władysław Jasiński.


(Jeske - Choiński, str. 76—79, Semigotha, str, 697, Ency­klopedia Orgelbranda, XIII 130, Wielka Encyklopedia polska s. v.).



Kazimierz Julian Jasiński



Członkiem tego samego rodu frankistowskiego, był również Kazimierz Julian Jasiński (1849—1914) z zawodu adwokat i literat, publicysta i poeta. Ogłaszał on swe obrazki poetyczne w różnych dziennikach jak n. p. Kurier Codzienny i Kurierek Warszawski, opiewające przeszłość Warszawy, oraz też życie wiejskie, jak n. p. „Pan Kacper Mosterdzieju”, „Ciocia Fruzia“ i t.d. Pozatem wyróżniają się „Bielany w r. 1822“ — „Wigilia

św. Andrzeja” i poemat rycerski p. t. Ostatni, drukowany w Kra­ju Petersburskim. W r. 1902 na konkursie Wędrowca otrzymał lilię srebrną za poemat p.t., Narzeczona pana Racza.


Kraushar w swej „Warszawskiej Palestrze” rysuje jego sylwetkę osobistą „Z talentem poetyckim, łączył swadę iście staropolską. Wielce oczytany, dobry łacinnik, znawca dziejów swego narodu, gromadził koło siebie liczne grono słuchaczy w izbie obrończej (dokąd przychodził jako adwokat z zawodu), gdzie celował dykteryjkami dobrze stosowanymi” (str. 235).


Kazimierz Julian Jasiński w swych pismach stara się robić wrażenie stuprocentowego Sarmaty, szlagona od dziada naddziada, katolika wiernego, sodalisa od czasów Mieszka. Luki w genealogii usiłuje kompensować, wypełniać nadmiarem żarli­wości. Znamiennym w tym kierunku jest jego, zresztą piękny poemat „Stara Gwardia rycerska” (Warszawa, 1904).


Wiersz opiewa na kilkudziesięciu stronicach, niby dziadka autora, szlachcica, starego oficera napoleońskiego, fanatycznego Bonapartystę, zapatrzonego wciąż we Francję jako gwiazdę po­larną, który na wieść o klęsce pod Sedanem pada nieżywy.


Dla przykładu i charakterystyki tonu, który sobie przyswoił Jasiński, z którego nikt by semityzmu integralnego nie wyczuł, naprowadzę tutaj parę przykładów.


Poemat rycerski Jasińskiego zaczyna się:


Oblany malw purpurą, słoneczników złotem,

A u szczytu z Prawdzica rodowym klejnotem

W głębi wiodącej do wsi drogi topolowej,

Bielał mego dziadka dworek modrzejowy,

niegdyś z szablą w ręku przeszedłszy kraj świata.

Dziś weteranem na żyznym rodzinnym zagórze,

Osiadł procul negotiis na wzrór Cincenata”.


Jasiński maluje urządzenie mieszkania dziadka „Dołem zaś na ryngrafu blasze wypalona, Częstochowska Panienka u łona, a w szafie książki w sutej oprawie i złoconym szyldzie. Więc biblia księdza Wujka i Świętych żywoty”.


Dziadek w stałej komunikacji z księdzem, do którego się udaje w odwiedziny, a gdy po śmierci proboszcza przybywa do wsi nowy duszpasterz, dziadek nie zadowolony z polskości te­goż. Bowiem ten „co się zrodził, wychował nauczał w Księst­wie (poznańskim), więc z dziadkiem był w gustach i sądach w przeciwieństwie”.


Chociaż się za Polaka uparcie wydawał,

Jednakże w gruncie rzeczy był to Niemca kawał.

Tem trąciła skorupka, czem siąkła za młodu,

A nadto oczywiście z szewskiego rodu.”


Szewc i Poznaniak dwie zasadnicze wady w oczach nadpatrioty szlacheckiego z neofitów.


Motywy żarliwie katolickie wciąć powtarzane w poema­cie „Dzwonek na Anioł Pański zadzwonił z kościółka” — Dzia­dek mówi do sąsiada „Od czegoś sukurs Najświętszej Dziewicy: Matko wszak w ogień szliśmy w Imię Twoje”.


Opis śmierci dziadka w całości dostosowany do rytmu tra­dycyjnego rycerstwa, ale mimowoli przebija się ów patos spra­wiedliwości, który znamionuje Żydów od czasów proroków, aż po nowoczesne ruchy socjalne w różnej formie i rozmaitym na­tężeniu.


Śmierć położyła palec na oblicze blade,

Z rąk wypuścił depesze z dnia drugiego września.

Sedan kapitulował — cesarz oddał szpadę.

Skonał z bólu, lecz skonał z pogodą na twarzy.

Jak rycerz, co przed nikim na ból się nie skarży.

Jeno odszedł Zastępów użalić się Panu,

Że moc poszła przed prawem na polach Sedanu.”


Pan Zastępów — Adonai Cebaoth to termin znany ze Starego Testamentu. Prawo przed siłą jest to postulat znajdu­jący się u Jeremiasza.


W głębi duszy odczuł Jasiński swoje nasilenie, by się sca­lić z katolicyzmem polskim. We wstępie do wspomnianego poe­matu, poświęconym własnej matce pisze: „ze wzruszającym smętkiem, nikt przede mną dróg życia nie uścielał gładko. ------ Bóg mnie i własna siła w walce z losem strzeże”.


Kończąc poemat, w obawie, że przecież może jeszcze dostatecznie nie podkreślił swego katolickiego charakteru, swej ścisłej przynależności do społeczeństwa chrześcijańskiego, zaznacza au­tor „skończono w dniu Św. Kazimierza Królewicza polskiego”.


Rochefoucauld kiedyś powiedział w swych Maksymach, że istnieją ludzie, którzy gwoli swemu tchórzostwu, przesadzają w swej śmiałości.


Mutatatis mutandis możnaby to spostrzeżenie przenieść na inny teren, gdzie w strachu przed kompleksem żydowskim, neo­fici i ich potomkowie się prześcigają w żarliwości religijnej na płaszczyźnie katolicyzmu. Objaw to dość powszechny.



JELENSCY HERBU KORCZAK



Jakub, Mateusz i Stanisław Jeleńscy zostali w r. 1764 no­bilitowani wraz z ojcem swym Franciszkiem. Tenże Franciszek występuje w r. 1780 jako właściciel majątku Goyźewo w po­wiecie wilkiskim.


Neofici ci szybko zaklimatyzowali się w gronie szlachty. Ojciec Franciszek figuruje w aktach jako skarbnik zakroczyński, syn najstarszy Jakub był deputowanym na Trybunał litewski, w r. 1769 rotmistrzem wilkiskim, ponadto pisarzem grodzkim szawelskim. Syn Jakuba, wnuk Franciszka, Józef Jeleński był szambelanem na dworze Stanisława Augusta w r. 1783 i staro­stą błądowskim. Mateusz młodszy brat Jakuba, był w r. 1770 podstolim źmudzkim, a w r. 1775 posłem królewskim na sejmik źmudzki (Boniecki, VIII, 392, Uruski, VI, 51).


O dalszych pokoleniach Jeleńskich, o ich descendentach mil­czą herbarze.


Należy zaznaczyć, że mimo istnienia aktu nobilitacyjnego mówiącego wyraźnie o Jeleńskich herbu Korczak, jako o neofi­tach, nie wspomina Uruski ani słowem o ich pochodzeniu ży­dowskim.


Z tej rodziny pochodził Jan Jeleński (1845—1909) pi­sarz polski lichego gatunku, jeden z tych, którzy w okresie libe­ralizmu i tolerancji postępowej ryli pod Żydami, siali ów kąkol nienawiści, który po wielu dziesiątkach lat, wydał zatruty plon psychozy antysemickiej ogarniającej obecnie szerokie sfery społeczeństwa chrześcijańskiego. Jan Jeleński redagował przez dłu­gi czas organ konserwatywny i antysemicki, Rola.


Jest to stare zjawisko, że strach przed wykryciem własnego pochodzenia żydowskiego, wywołuje u niektórych jednostek słabego charakteru z rodu neofitów, reakcję zjadli­wej nienawiści przeciwko wszystkiemu co żydowskie. Zdaje im się świadomie, czy podświadomie, że w ten sposób łatwiej się ukryją, czy się okupią w oczach rdzennych.



CEZARY JELLENTA



Cezary Jellenta, czyli Cezary Napoleon Hirszband (ur. 1861) syn kupca Hermana Hirszbanda i Teofilii z Stokfiszów figuruje wraz z żoną i dzieckiem na liście neofitów u Jeske-Choińskiego (str. 250). Zawód praktyczny jego to adwokatura; mieszkał przez pewien czas w Lipsku, Dreźnie, Krakowie, a od r. 1906 stała siedziba jego to Warszawa.


Cezary Jellenta jest wartościowym, płodnym krytykiem literackim (Studia i szkice filozoficzne, 1890, Wszechpoemat i najnowsze jego dzieje 1894, O Słowackim, 1900, O Norwidzie, O Dantem Alighieri, Grający szczyt 1912 i t.d.). Pisał również wiersze i dramaty (Nurty 1899, Kraswa 1902, Meduza), oraz też powieści (Linie Hofera 1908, Baletnik 1922, Jasny Hu­bert 1922). Przez jakiś czas redagował on Ateneum. Jellenta przełożył też na język polski niektórych wybitnych poetów za­granicznych, jak Byrona, Heinego i w. i.


O Jellencie wyraża się Feldman ze słowami wysokiego pouszanowania: „Jednym z krytyków, którzy umieli się wznieść z tendencyjności do ideowości, przejmować się sprawami dnia, ale widzieć je w świetle zagadnień ludzkości” — „Indywidualność silna, acz raczej temperamentem niż duszą, całą żywiołowością swej natury stęskniona za nieujętym, nieskończonym ideałem wszechludzkości” (IV, 132).


Jellenta nigdy żydostwem specjalnie w swych pracach się nie interesował. Dotykał się tu i ówdzie tematyki żydowskiej chyba w drodze niewyraźnej aluzji, a to czysto peryferyjnie.

Wyjątek stanowi omówienie dzieł sztuki na temat żydowski. W takim wypadku jest on szczerym i mówi to co odczuwa po linii przedmiotu bez żadnych zamaskowań.


Jellenta kończy swój życiorys Dantego ogólną sentencją „Snadź z wygnania i sieroctwa wielkim cieniom bliżej do właś­ciwej swej ojczyżny, do sfer kędy króluje: Miłość co słońce po­rusza i gwiazdy”. Czy to nie przypadkowa podświadomia alu­zja do „golusu, który uszlachetnia jak ogień czyści kruszec”, jak to twierdzi tradycja żydowska?


W fantazji Jellenty zatytułowanej „W upojeniu” (Forpoczta, książka zbiorowa napisana przez Wacława Nałkowskie­go, Marię Komornicką i Cezarego Jellentę, Lwów 1895), powiada jedna z postaci:


Wonie tych laurów i mroki cyprysów.

Wspaniałe palmy i cedry z Libanu

To dla umysłu mego cienią optyczną,

W której się jawią wszystkie cuda baśni,

Owiane czarem bujnych krain Wschodu.”


Czy to tylko romantyczna gra słów w tym zachwycie dla palm Libanu?


Jako krytyk artystyczny wytyka on czasem rzeczowo, ob­iektywnie w zupełności, malarzom żydowskim, że nie zawsze są sobą. Pisząc o wystawie obrazów Trębacza, zarzuca mu „prze­jęcie się Paryżem buduarowym; za dużo stylowej galanterii” — Jako rasowy znawca sztuki, wie Jellenta, że człowiek twórczy powinien być szczerym wobec własnych uczuć i z siebie wyda­wać to, co istotnie tkwi w głębi i podkreśla przeto „należy wię­cej wchodzić w siebie, a nie macać około siebie, a nie słuchać modnego i błyszczącego świata i myśleć tylko o stanie momen­tu”. Jellenta znajduje, że tam Trębacz mocnym, gdzie maluje tematy żydowskie „Przerwą w powabnej banalności przedstawia scenka „U moich dziadków”, która pokazuje nam starca w jarmułce nad talmudem, oraz połowicę i syna, również zatopionego w pobożnej lekturze. Stąd przynajmniej wieje ciepło”. Jellenta

pochwala też jako wyborne studia jego „Przenosiny rodałów” (Galeria ostatnich dni. Wizerunki, rozbiory, pomysły, Kraków, 1897, str. 260).


Jellenta znalazł słowa wysokiego uznania również, a to w wyższym stopniu dla obrazów treści żydowskiej Hirszenberga. Stwierdził na jego obrazie rzeczywistość oddaną artystycznie „Na cmentarzu żydowskim w szarą deszczową porę idzie ku mogile parę kobiet i załamują ręce w rozpaczy, zanosi się od płaczu, słania się od bólu“. Widzi on tutaj większą si­łę charakterystyki aniżeli u Trębacza oraz też, „Jeśli chodzi o prawdę realistyczną, nie brak jej w ogólnej fizjognomii miej­sca i czasu”. Jednak zauważa, że siła dramatyczna nie znajduje się tutaj na wysokości (260).


Sztuka, a człowiek są często potencjami rozbieżnymi. Jellenta uznający prawdę realistyczną za jedyny kanon w sztuce, nie stosuje się sam do niej poza oceną sztuki. Nigdzie nie okazu­je zrozumienia dla dziejowej tragedii Izraela, w której tkwili jego właśnie przodkowie przez dziesiątki pokoleń. Oddalił się i oderwał się w zupełności od swych korzeni. Język żydowski, w którym przecież istnieje literatura nie mniejsza, aniżeli ukraiń­ska, litewska czy bułgarska, budzi u niego pusty śmiech. W pew­nym wypadku wspomina on o pewnym znajomym, którego spe­cjalnością było naśladownictwo „szwargotu Żydów galicyj­skich”, przyczym wywołuje z emfazą stuprocentowego Sarmaty

Klemensie Junoszo, jak pysznego miałbyś w nim interpretato­ra” (Galeria ostatnich dni str. 121).



JEZIORAŃSCY



Wśród frankistow we Lwowie chrzciło się kilka rodzin, które przybrały nazwisko Jeziorańskich: Jeziorański Józef z sy­nem Dominikiem, Jeziorański Ignacy, Jeziorańska Magdalena ze synem Mateuszem, pozatym w Kamieńcu Podolskim prze­szedł na chrześcijaństwo Michał Jeziorański. Jest to typowe frankistowskie nazwisko, może w związku z miastem Jezierzany, skąd wielu z nich się rekrutowało.


Jeziorańscy herbu jeziora


Boniecki w swym herbarzu nie wspomina wcale o rodzinie szlacheckiej Jeziorańskich (IX, 51). Uruski wywodzi tę rodzi­nę od Dominika Jeziorańskiego zmarłego w Warszawie na Sol­cu w r. 1800. Co do Dominika wiemy, że w r. 1759 wraz z oj­cem Józefem wziął chrzest we Lwowie. Dominik Jeziorański miał z żony Urszuli syna Jana urodzonego w r. 1795, naczelnika Sekcji w Komisji Skarbowej, który w r. 1842 otrzymał szla­chectwo w Królestwie i zmarł w r. 1846. Jan Jeziorański z żo­ny Wandy córki Grzegorza Dolańskiego, porucznika artylerii konnej, zostawił trzy córki i trzech synów Aleksandra, Jana urzędnika akcyzy w Warszawie i Karola sekretarza komory przychodów Skarbu (Uruski, VI, 85). Jeske-Choiński tę gałęź Jeziorańskich pomija milczeniem.



Nieszlacheccy Jeziorańscy



Józef Jeziorański miał i dalszych synów, którzy zdaje się urodzili się już po chrzcie: 1) Ignacego, którego syn Aleksan­der Jan, był dzierżawcą Dłuźniewa w powiecie płockim i ożenił się z Wołowską, oraz też 2) Michała.



Feliks Jeziorański



Synem Michała Jeziorańskiego, był Feliks Ignacy Jezio­rański (1820—18196), prokurator przy trybunale cywilnym, a potem sędzia apelacyjny, założyciel warszawskiej Gazety Sądowej, gdzie wiele prac zamieścił, autor bardzo cennych roz­praw prawniczych w formacie książkowym: Prawo o przywile­jach i hipotekach z r. 1825 (1881), Ustawa sejmowa z r. 1818 (dwa tomy 1892—1896), Podręcznik dla sędziów pokoju Królestwa Polskiego i t. d. Uzupełnił też i wydał w r. 1868 Kurs Kodeksu cywilnego Jana Kantego Wołowskiego. Od ro­ku 1881, aż do zgonu był on redaktorem odpowiedzialnym Ga­zety Warszawskiej. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej był on redaktorem działu prawa cywilnego i procedury.


Jeske - Choiński nazywa go najwybitniejszym przedstawi­cielem rodziny Jeziorańskich. Kraushar go dytyrambicznie chwa­li: „z sędziów sądu apelacyjnego, których uważano powszech­nie za najzasłużeńszych, nie tylko w dziedzinie wymiaru spra­wiedliwości, lecz i w dziedzinie prac piśmienniczych, na naczel­nym miejscu należy wyliczyć Feliksa Jeziorańskiego” (W.P. 260).



Generał Antoni Jeziorański



Wielkie znaczenie uzyskał podczas powstania w r. 1863, Antoni Jeziorański z tej rodziny neofickiej. Ur. w r. 1827 w War­szawie, wstąpił on w r. 1849 do legionu Wysockiego na Węgrzech gdzie walczył przeciwko wojskom austriackim i dosłużył się nomi­nacji na podporucznika. W r. 1854 zgłosił on akces do dywizji Zamojskiego. Powróciwszy do kraju wziął on żywy udział w akcji spiskowej i w r. 1863 został mianowany przez centralny komitet naczelnikiem wojennym powiatu rawskiego. Antoni Je­ziorański zorganizował niebawem oddział w Rawie i wypędził szczęśliwie Rosjan z koszar z tego miasta. Urządził za­sadzkę pod Lubochnią i zmusił oddział rosyjski majora Szakalskiego, dwie roty piechoty, jedną kozaków do cofnięcia się ze stratami; zmusił nieprzyjaciela do ustąpienia z pod Studziany i przedostał się ze swym oddziałem do grupy Langie­wicza. Pod Małgoszczą, Pieskową Skałą i pod Skałą, brał Anto­ni Jeziorański udział w działaniach tego dyktatora, przyczem „w dwóch ostatnich watkach wyróżnił się swymi zarządzeniami ratującymi sytuację polską”. Dnia 11 marca 1863 otrzymał An­toni Jeziorański nominację na generała dyżurnego, w którym charakterze uczestniczył w bitwach pod Chrobrzem i Grocho­wiskami. Jeziorański cieszył się takim mirem, że on to stanąw­szy po środku wojska utworzonego w czworobok, ogłosił dnia 10 marca 1863 Langiewicza dyktatorem. Antoni Jeziorański uczestniczył w 19 potyczkach wyszczególnionych w książce Stan. Zielińskiego (str. 436). Po jednej z bitew Jeziorań­ski wraz z Langiewiczem przeprawili się do Galicji. Po uwięzie­niu dyktatora przez władze austriackie, generał Jeziorański awansowany przez generała Wysockiego na naczelnika woje­wództwa lubelskiego, wkroczył do Królestwa, zmusił dnia 30 kwietnia kolumnę rosyjską kapitana Sternberga do odwrotu, ści­gając go kawalerią. W pierwszych dniach maja pogromił on si­ły rosyjskie dwukrotnie silniejsze pod Kobylanką. Mimo to w kilka dni później 11 maja 1863 roku, odcięty na rekonesansie, po potyczce pod Hutą Krzeszowską, przez przeważające siły nieprzyjacielskie, schronił Jeziorański się po raz wtóry za kordon austriacki. Wkrótce go Austriacy aresztowali i wywieźli do Kufsteinu. Wypuszczony później stamtąd, przeniósł się on do Paryża. Antoni Jeziorański wrócił w latach siedemdziesiątych do Austrii, osiadł w ówczesnej Galicji, we Lwowie, gdzie dostał posadę w Wydziale krajowym. Wydał dwa tomy Pamiętników (Encyklopedia Wojskowa, III, 684, Henryk Cederbaum, Po­wstanie styczniowe, Warszawa 1917, str. 62, Anonim, Histo­ria ruchu narodowego od r. 1861 do r. 1884, Lwów 1882, II, 29, 93).



Jan Jeziorański



Z tego samego rodu frankistowskiego pochodził Jan Jezio­rański, członek organizacji władz powstańczych w r. 1863; był to brat stryjeczny Antoniego, urodzony w Lublinie w r. 1833. Po uwięzieniu Żulińskiego objął on komisariat komunikacji w Rządzie narodowym, gdzie pełnił funkcję zaledwie parę ty­godni. Odznaczył się jednak tam w godzinie prób tak szczytnie i wzniosie, że zasłużył się na wyróżnienie ze strony wroga. Aresztowany w pierwszych dniach kwietnia 1864, został Jan Jeziorański powieszony na stokach cytadeli wraz Trauguttem, Krajewskim, Żulinskim i Toczyskim, dnia 5 sierpnia tegoż roku. Pochód więzionych, bohaterów narodu polskiego, straconych przez Moskali rozpoczynał Traugutt, zamykał Jeziorański. Pier­wszy zawisł Jeziorański, ostatni Traugutt (Cederbaum, str. 161, Historja ruchu narodowego, str. 230).



Józef Jeziorański



Synem Antoniego Jeziorańskiego, był zmarły w r. 1907 Józef Jeziorański. Urodzony w Chodowie w powiecie kutnow­skim kształcił się on w słynnym niegdyś Instytucie Szlacheckim w Warszawie i ukończył technikę w Petersburgu. Józef Jezio­rański posiadał gruntowną wiedzę w zakresie ekonomii i finan-sowości i ogłosił w czasopismach, oraz też oddzielnie szereg prac z pośród których zasługują na wyróżnienie: „Stan obecny i przyszłość ubezpieczeń rolnych”, „Reforma monetarna w Rosji”, „Towarzystwo Kredytowe ziemskie i kredyt rolny”, „Metali­zacja listów zastawnych" i t. d. (Biblioteka Warszawska CCLXIX, 217).



JÓZEFOWICZE HERBU LELIWA



Rodzina szlachecka Józefowiczów herbu Leliwa pochodzi od neofity Abrahama, który z początkiem 16 wieku odgrywał wielką rolę w Wielkim Księstwie Litewskim, był sternikiem fi­nansów państwowych, podskarbim, posiadał też inne zaszczyty.


O tym protoplaście Abrahamie Józefowiczu, czy Ezofowiczu ogłosił Józef Wolff ciekawe studium, temu więcej już jak pół wieku (Żyd ministrem króla Zygmunta, Kraków 1885), przemilczane przez polskich historyków. Też współczesne źró­dła z 16 stulecia, historyczne, kronikarskie, pamiętnikarskie nie wspominają o nim, ani słowem. Wiedzieli o nim tylko heraldycy. Wolff ma tę zasługę, że jako historyk, jego wydobył spod kurza zapomnienia, na podstawie zapisek archiwalnych, opiera­jąc się głównie na wiadomościach zawartych o nim w Matrykule Wielkiego Księstwa Litewskiego. Smutnem jest jeśli człowiek pochodzenia żydowskiego dochodzi do czegoś, zdziała coś po­ważnego, uzyskuje stanowisko wybitne w społeczeństwie, jego pamięć zostaje zatartą dla potomności. Ostatnio wspomniał o podskarbim litewskim Abrahamie Ezofowiczu, Konopczyński (Dzieje, I, 372), jednak zapomniał podać znów jego pochodze­nie.


Abraham Ezofowicz wygnany z Litwy wraz ze swoimi współwyznawcami w r. 1495, po kilku latach tułaczki uprzy­krzywszy sobie pobyt za granicą, wrócił do kraju, gdzie się urodził i przyjął chrzest. Przejście do religii panującej, otworzyło dla niego szeroko wrota do wszystkich godności i dostojeństw, odpowiadających jego wrodzonym zdolnościom, uzyskał dostęp do najbardziej eksluzywnych sfer arystokratycznych i skoligacił się nawet z pierwszymi rodzinami w narodzie, władczym nad Wisłą i Niemnem.


Abraham Ezofowicz, czyli syn Józefa, którego nazwisko patronymiczne później brzmiało Józefowicz, otrzymał natych­miast jako chrześcijanin nobilitację z herbem Leliwa i poważny urząd szlachecki: został zamianowany horodniczym kowieńskim. Herb starożytny Leliwa (obojętnie jakiego on pochodzenia wła­ściwie), był symbolem ukrajowienia stuprocentowego.


Neofita Abraham Józefowicz nie poprzestawał na horodnictwie. W r. 1506 wziął on w dzierżawę myto Kowieńskie i był przy tym też starostą miasta Smoleńska i wójtem mińskim.


Abraham Ezofowicz-Józefowicz miał jakieś wyjątko­we zasługi wobec króla, charakteru wojskowego. Gdy koło ro­ku 1506 otrzymał na wieczność majątek Wajduny w powiecie Wileńskim we włości Rankaciskiej, dostał on łącznie z tym, przywilej następujący „Gdy cnotami i zgodnością, każdy ze śred­niego stanu, wznosi się na wyższy stopień, na którym stanąwszy daje większe jeszcze dowody wierności ku swemu panu i rozu­mu w wypełnianiu jego zleceń, przeto zważywszy wierną, spra­wiedliwą i niesposzlakowianą służbę szlacheckiego Abrahama Ezofowicza, który w tych czasach najściach nieprzyjaciół na po­graniczne nasze miasta i zamki, zawsze nam się zasługiwał, nie szczędząc ani krwi, ani gardła, chcąc jemu jako wiernemu słu­dze, dać nagrodę, i na przyszłość uczynić jeszcze chętniejszym i pilniejszym do naszej służby, nadaliśmy mu majątek Wajdu­ny i t.d.“.


Zygmunt I po wstąpieniu na tron potwierdził neoficie Abra­hamowi wszystkie nadania króla poprzednika Aleksandra. Ale to mało. W r. 1507 dzierżawił on dochody od cła i soli w Kow­nie i cło woskowe w Smoleńsku, w roku 1509 myto mińskie, tak samo też mennicę litewską.


W r. 1510 osiągnął Abraham Ezofowicz swoją pozycję szczytową, otrzymał nominację na urząd Podskarbiego Litew­skiego, czyli mówiąc dzisiejszym językiem został ministrem skarbu.


Abraham Ezofowicz należał odtąd, jako członek do rady przybocznej króla, poświadczał i kontrasygnował razem z i inny­mi panami, przywileje i dyplomata wychodzące z kancelarii kró­lewskiej. Do rady tej należeli prócz niego. Konstantyn Ostrogski kasztelan wileński i hetman, Mikołaj Radziwił wileński woje­woda i w. i.


W radzie litewskiej króla-wielkiego księcia działał Ezofo­wicz z pożytkiem dla ogółu. Wobec panów litewskich dążą­cych do separatyzmu w stosunku do Polski, stał Abraham po stronie króla. Zaraz na początku urzędowania uchwalono zasa­dę sprzyjającą zespoleniu się ziem Jagiellonów w całość, a mia­nowicie, aby Wielkie Księstwo Litewskie i Prusy, wspólnie z Ko­roną uczestniczyły w ciężarach ustanowionych ku dobru spólnemu, czyli t. zw. Rzeczypospolitej. W r. 1513 pracował z kró­lem nad należytym zaopatrzeniem Smoleńska i Połocka w żyność i amuncję. (Ludwik Kolankowski, Polska Jagiellonów, Warszawa 1936, str. 202).


Abraham Ezofowicz nadal zbierał tytuły i zaszczyty. W r. 1515 nabył on wójtostwo mińskie na wieczne czasy od Sapiehy. W r. 1515 został starostą kowieńskim.


Mimo swego wysokiego stanowiska Abraham Ezofowicz nie zerwał ze swoimi najbliższymi krewnymi, którzy pozostali przy żydostwie. Utrzymywał stosunki ze swymi braćmi Micha­łem i Ajzykiem, kupował od nich adamaszek, aksamit, sukno i rozdzielał między nich korzyści wspólnie osiągnięte. Protego­wał on też ogólnie swoich byłych współwyznawców. Jego stara­niom i wskazaniom należy przypisać, jak to sądzi Wolff w wy­żej cytowanej pracy, że w r. 1514 uwolnił król Żydów litew­skich od obowiązku dostarczania konnicy na wojnę i dał im prawo wolnego handlu i rzemiosła. Dzięki niemu niewątpliwie został jego brat Michał Ezofowicz zamianowany seniorem żydostwa litewskiego, z władzą sądowniczą nad wszystkimi Żydami litew­skimi.


Abraham Ezofowicz neofita wyszukał sobie, odpowiednio do swojej rangi, żonę arystokratkę polską wielkiego rodu, ożenił się z Hanną księżniczką Zbaraską, z którą miał trzech synów i trzy córki.


Gdy czuł, że siły mu słabną napisał on w r. 1518 testa­ment w którym czytamy: „Abraham Józefowicz podskarbi Wiel­kiego Księstwa Litewskiego, starosta kowieński i solecki wyzna­cza na wypadek śmierci swej, dwóch opiekunów Krzysztofa Szydłowieckiego wojewodę i starostę krakowskiego ze strony dóbr swych w Koronie, a dla dóbr na Litwie Olbrachta Marcinowicza Gasztolda wojewodę połockiego”. Nazwiska opie­kunów zaświadczają oczywiście niezwykle wysoką pozycję, jaką zdołał osiągać ten dzielny nowochrzczeniec. Abraham Ezofowicz napisał jeszcze drugi testament, w którym figurują jako opieku­nowie Olbracht Gasztold wojewoda Trocki i Juria Ilnicz mar­szałek dworu.


Córka Abrahama Ezofowicza Katarzyna wyszła za pana Sobka, brata Marcina Zborowskiego podczaszego koronnego i mu wniosła dobra soleckie. W dalszej linii potomstwo krzyżowało się z rozlicznymi rodami magnackimi.


Syn Abrahama Józefowicza, Jan Józefowicz był wójtem brzeskim, dworzaninem królewskim, starostą uściańskim, drugi syn Konstantyn, wójtem mińskim, a trzeci syn Wojciech miał wnuka Aleksandra miecznika mińskiego, który w r. 1643 poślu­bił Annę księżną Polubińską. Córka Aleksandra Eleonora wy­szła za Jana Scypiona kasztelana smoleńskiego. Dalszym potom­kiem Aleksandra Józefowicza był w 18 wieku Aleksander sta­rosta orszański i lidzki, kasztelan miński, ożeniony w r. 1740 z Dominiką księżniczką Massalską starościną grodzeńską i pozo­stawił syna Jana starostę orszańskiego ur. 1746, który znów wszedł w związki małżeńskie z Marią Platerówną kasztelanką trocką. W r. 1778 był Antoni Józefowicz sędzią ziemskim orszańskim (Herbarz Kaspra Niesieckiego, powiększony przez Ja­na Nepomucena Bobrowicza, Lipsk 1830, str. 506, Boniecki, Poczet rodowodów W. Ks. Litewskiego, str. 111, Uruski, XII, 105).


Naprowadzone fakta genealogiczne z dziejów rodu Józe­fowiczów, to zaledwie garść z większej całości. Każdy ze sy­nów poprzez liczne pokolenia wprowadzał krew semicką, w dal­szym ciągu przez koligacje, w żyły najwyższej arystokracji i to wciąż bardziej się rozgałęziało. U Bonieckiego i Uruskiego po­dane są liczne, dalsze szczegóły genealogiczne co do Józefowi­czów, ale też nie wyczerpujące. Byłby to ciekawy temat dla dy­sertacji rasistowskiej, ile rodzin polskich w ciągu dziejów wesz­ło w pokrewieństwo krwi z Józefowiczami. Semigotha podaje: Zborowskich, Kotwiczów, Radzimińskich , Szemiotów i w. i. (str. 466, wyd. II).


Otto Forst Battaglia powiada w swej pracy „Das Geheimnis des Blutes“ (str. 69), że dzięki związkom małżeńskim i krzyżowaniom z Józefowiczami, nie istnieje prawie rodzina magnacka w Polsce, któraby w jakiś sposób nie pochodziła od Żydów, nie miała w swoich żyłach kropli krwi żydowskiej.


Abraham Ezofowicz miał brata Michała, również nobilito­wanego, który jednak został przy żydowstwie. Jest to jedyny wy­padek znany w Polsce, gdzie Żyd, który nie zmienił swego wy­znania, uzyskał szlachectwo. Wedle Wolffa był prostoplastą ro­dziny Józefowiczów, nie Abraham Ezofowicz, tylko jego brat Michał, potomstwem zaś Abrahama Józefowicza, to Abrahamowicze herbu Jastrzębiec. Wolff wskazuje na to, że synowie Abrahama Józefowicza, są zwani w aktach współczesnych za­zwyczaj Abrahamowiczami. Boniecki jednak oponuje przeciwko temu, zaznaczając, że spotykamy się już współcześnie u dzieci Abrahama Józefowicza, czasem też z nazwiskiem Józefowi­czów. Boniecki ma rację, albowiem potomkowie Michała Ezofowicza pozostali przy żydostwie.



JULIA ZOFIA HRABINA JUNDZIŁŁOWA



Stefan hrabia Jundziłł obywatel ziemski w gubernii grodzeńskiej, ożenił się w r. 1879 z Julią Zofią Laską córką An­toniego neofity, wnuczką Chaima Laskiego zmarłego jako Żyd (Uruski, VIII, 280, VI, 115).



JAN KIEPURA (PO KĄDZIELI)



Głośny na obu półkulach tenor Jan Kiepura, duma mu­zycznej Polski miał matkę Żydówkę, z domu Najman, pochodzącą z Pajęczna, lub Mostowa pow. częstochowskiego. Ojciec jej był krawcem. Brat matki Kiepury rodzony wuj, Herszlik Najman mieszka dotychczas w Będzinie i jest kantorem w syna­godze. Jemu to zawdzięcza wielki tenor polski swój głos. Muzy­kalność to przymiot, który się dziedziczy, jak na to wskazują liczne rodziny muzyków, gdzie talent utrzymuje się przez sze­reg pokoleń. Rodzina Kiepury po mieczu z muzyką nic wspól­nego nie miała. Ojciec był z zawodu piekarzem.



JULIAN KLACZKO



I



Julian Klaczko urodził się we Wilnie w roku 1826, jako syn Hersza Klaczki, zegarmistrza z zawodu (a nie właściciela składu sukna, jak piszą Tarnowski i inni), człowieka zamożnego, wykształconego tak in judaicis, jak i również w rzeczach świec­kich, adepta ruchu oświeceniowego, tak zwanej u Żydów Haskali. Stryjek jego Jerachmiel zajmował się również nauką i na­pisał książkę haskalistyczną o przykazaniach. Matka jego Tauba Lea była kobietą wielkiej urody, o wykształceniu europej­skim.


Hebrajskie imię Juliana Klaczki było Juda; jednak w życiu codziennym go nazywano Lejbl (Lejba), (por. Sokołow, Die Welt XLIX, 9, 1906).


Dom Hersza Klaczki był punktem zbornym dla wszyst­kich Żydów wileńskich, nie zadawających się spuścizną średnio­wiecznego judaizmu i spragnionych nowoczesnej oświaty (Cy­trom, Me-achorej ha-Pargud. II, 5).


Swoją karierę literacką rozpoczął Klaczko, jako poeta he­brajski w dwunastym roku życia swego (Minchath Thoda, Wil­no, 1838). W roku 1839 ogłosił Klaczko swe „Pierwiosnki poetycki”", „Moja pierwsza ofiara” po polsku, będące dziś wiel­ką rzadkością bibliograficzną, reprodukowane później w Pismach jego polskich wydanych z objaśnieniami Ferdynanda Hoesicka w Warszawie 1902.


Debiut polski Klaczki zrobił na współczesnych wielkie wra­żenie. Pisał o nim entuzjastyczny artykuł ksiądz Jucewicz w Ty­godniku Petersburskim (r. 1839, nr. 76), oraz też ks. Moszyń­ski w Bibliotece Wileńskiej; zganił jednak Skimborowicz w Warsz. Gazecie Porannej… Wzmiankę o tym występie poetyc­kim chłopięcego Klaczki znajdujemy też w liście Siemieńskiego do Goszczyńskiego „W Wilnie zjawił się Żydek trzynastoletni, który prześliczne wiersze pisze po polsku; ma to być geniusz w swoim rodzaju… Czytałem jego wierszyki pełne prostoty i czu­łości, ale nic w nich nie ma żydowskiego" (Listy Seweryna

Goszczyńskiego zebrał Stanisław Pigoń, Kraków, 1937, str. 69).


Jako chłopak piętnastoletni znał według świadectw współ­czesnych, młody Klaczko na pamięć wszystkie piękniejsze ustę­py z poezji polskiej, przetłumaczył w tym wieku opowiadanie p.t. Zbieg żydowsko-niemieckiego pisarza Ludwika Philippsohna na język polski oraz też napisał narodowo-żydowski wierszw języku polskim p.t. Izraelita na zwaliskach Jerozolimy, ogło­szony w dwa lata później w poznańskim Tygodniku Literackim. Wiersz jerozolimski Klaczki, jest pełen akcentów bolesnych. Do­chodzi on w nim do wniosku, że tylko w grobie może on zna­leźć prawdziwe szczęście. Na ziemi, gdzie biedni niewolnicy spo­tykają się tylko ze wzgardą i nienawiścią, niczego się spo­dziewać więcej nie może. Rzekł i złamał swoją lirę polską. Od­tąd pisał wyłącznie prozą. Jego muza hebrajska jeszcze da­lej jakiś czas wydźwięczała swe akordy. W tym samym roku umieścił Klaczko opowiadanie p.t. Ha-Dajag (Rybak) w almanachu hebrajskim p.t. Pirche-Cafon (Kwiaty północy), któ­ry redagował wówczas, wybitny haskalista Samuel Josef Finn. W r. 1842, już jako młodzieniec 17-letni, Klaczko kontynuując jeszcze ciągłość hebrajską dalej w poezji, wydał zbiorek wier­szy i opowiadań p. t. Dudaijm w Lipsku. Był to finał jego hebrajszczyzny drukowanej.


Do gimnazjum Julian Klaczko nigdy nie uczęszczał. Uczył się prywatnie, a to z wielkim sukcesem. Jako 17 letni chłopak znał na pamięć całą Iliadę (Izraelita r. 1906, str. 578). W tym wieku zdał on jako eksternista egzamin z przedmiotów gimna­zjalnych i dostał się na uniwersytet w Królewcu. Przed odjaz­dem pokazał Klaczko swym znajomym, że posiada 25 arkuszy druku w rękopisie w języku hebrajskim w prozie i wierszem.


Spodziewano się po nim w Wilnie żydowskim, w kołach haskalistów, że wyrośnie z niego jakiś koryfeusz na niwie litera­tury hebrajskiej, który olśni naród żydowski swoją twórczością. Ojciec jego umieścił go w Królewcu na pensji u rabina orto­doksyjnego Dra Saalschütza, aby broń Boże, syn na obczyźnie nie zatracił łączności z tradycją i by się tam wiktował wedle przepisów rytuału.


Marzeniem starego Klaczki było, aby syn po uzyskaniu dyplomu uniwersyteckiego, pełnił gdzieś w jakimś wielkim mieś­cie funkcję rabina-kaznodziei postępowego.


Klaczko jako obywatel akademicki, jakiś czas nadal trwał przy swym żydostwie historycznym i utrzymywał kontakt listo­wy z ojcem, oraz też ze znajomymi maskilami wileńskimi w ję­zyku hebrajskim. Jednakowoż coś w duszy już kotłowało w in­nym kierunku. Nie słychać więcej o jakichś dalszych pracach w mowie Starego Zakonu. Z matką korespondował po polsku, co było rzeczą naturalną. Kobiety żydowskie znające język he­brajski należały dawniej do największych rzadkości. Jednak do rodziców na wakacje nie przyjeżdżał, gdyż w międzyczasie stracili majątek.


W r. 1847 nastąpiła promocja Klaczki na doktora filozofii. O rabinacie jednak więcej nie myślał. Nie mógł go więcej ojciec wspierać za granicą, więc nie liczył się więcej z jego życzeniami. Julian Klaczko stanął teraz na własnych nogach i od­wrócił się stanowczo od przeszłości. Pobyt pięcioletni w Kró­lewcu w kole ziomków studentów-Polaków, wywołał w jego du­szy zasadnicze przeobrażenie, które szukało ujścia. Spolszczył się tam do gruntu, — na platformie uniwersytetu niemieckiego Prus Wschodnich — jakimi dziwnymi drogami kroczy Opatrzność, dążą losy ludzkie; — i przejął się ideałami niepodległościowy­mi emigracji polskiej. O Judei, o hebrajszczyźnie, o gnieździe, z którego wyfrunął w świat, przestał myśleć. Postanowił on odtąd poświęcić swe zdolności, swój intelekt, swoją całą energię, bojowi pisarskiemu o odbudowę państwa Jagiellonów w nowym splendorze.


Publikacją swoją niemiecką przeciw zwodniczej perfidnej polityce Prus w sprawie Polski, w miesiącach wiosny ludów w r. 1848, p.t. „Hegemoni germańscy, List otwarty do pana Gerwinusa“, z racji proklamowania przez parlament frankfurcki r. 1848, Poznańskiego jako części Niemiec, zainaugurował Ju­lian Klaczko swoją działalność publicystyczną przeciwko ciemiężycielom ziem lechickich. Animozja ta do Prus cechowała do końca życia całą działalność publicystyczną, całą aktyw­ność dyplomatyczną Klaczki. W r. 1848 podczas powstania Po­laków w Wielkopolsce, został Klaczko aresztowany i przesie­dział jakiś czas w więzieniu z wielu najlepszymi synami Polski (Wspomnienia Podchorążego, str. 119). Pozostał uraz antypruski, którego Klaczko nigdy więcej się pozbył.


Klaczko przeniósł się w roku 1849 do Paryża, do ówcze­snego ośrodka polskiej emigracji listopadowej. Tutaj uzyskał on wnet posadę bibliotekarza i szybko się wybił jako wybitny pisarz polski i francuski. Już w r. 1851 wspomina o nim Goszczyński w liście do Siemieńskiego jako o 26-letnim człowieku, który ma przed sobą wielką przyszłość i niezawodnie wyjdzie na znakomi­tego autora. W roku 1853 ogłosił Klaczko swoją pierwszą pracę w języku francuskim p. t. Livres allemands et slaves w Revue Contemporaine. W r. 1854 wydał on publikację „O szkole na­rodowej na Batignoles pod Paryżem, odpowiedź p. Juliuszowi Jedlińskiemu“. Indywidualność Klaczki nagle zajaśniała na ob­czyźnie i promieniowała. Emigracja polska po dwudziestuparuletnim wyczekiwaniu cudu, ospała, znużona, pod wpływem Kłaczki, jakby odżyła w swych kołach intelektualnych. Stanis­ław Koźmian w życiorysie Ludwika Wodzickiego wspomina pod rokiem 1854 o Klaczce „Był tam już znany i odznaczający się Julian Klaczko. Świetność jego rozumu i wiedzy, równe im szlachetność i wzniosłość uczuć, oddziaływały na ten zastęp młodzieży (bawiącej w Paryżu); ktokolwiek się do niego zbliżył, uległ wpływowi, urokowi jego umysłu i serca i coś z Klacz­ki, czasem bardzo wiele, zostało mu się na całe życie”.


Klaczko wygłaszał w Paryżu w roku 1857 prelekcje o Mickiewiczu, na których bywał Zygmunt Krasiński. Budziły one zachwyt całej emigracji. Norwid chociaż początkowo scep­tycznie wobec Klaczki usposobiony, uległ urokowi jego słowa. Cała arystokracja uczęszczała na te wykłady (Kossowski, Wśród romantyków i romantyzmu, Lwów 1912, str. 194, 215).


W latach 1857—1861 pisywał Klaczko artykuły w Wia­domościach polskich, które wydawał razem z Wrotnowskim. Wrażenie ich pod względem stylistycznym na społeczeństwie polskim było niezwykle głębokie. Hoesick uważa, że ze wszyst­kich pism polskich, które kiedykolwiek wychodziły, Wiadomości Polskie były najlepszym organem politycznym i literackim, blis­kim doskonałości. Ani przed nimi ani po nim nie było równie świetnego czasopisma. Świetniejszej prozy polskiej niepodobna wskazać w całym ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, jak u Klacz­ki i Kalinki (str. 70, 99).


Stanisław Tarnowski pisze w przedmowie swojej do prze­kładu „Dwóch Kanclerzy” o stylu i polszczyźnie Klaczki, wy­stępujących w jego artykułach: „Klaczko jest nie tylko wyjątkowym pierwszorzędnym umysłem politycznym, ale też wyjątko­wym pisarskim talentem, — obie te właściwości jaśnieją pełnym blaskiem w jego dziełach”. W swojej historii literatury polskiej (VI, 313) w ten sposób określa Tarnowski walory pisarskie Klaczki „Jego styl polski jest tego rodzaju, że równych mu bar­dzo mało przez wszystkie wieki naszej literatury. Zmysł este­tyczny niezmiernie czuły i wybredny, sprawia, że Klaczko nie znosi u siebie żadnego zdania, które by nie było doskonale zbu­dowane, jednego zwrotu, jednego słowa, które by było oklepa­ne, albo przesadne, zaniedbane, albo wymuszone. — Jest jed­nym z tych rzadkich polskich pisarzy, którzy czytelnikowi spra­wiają to rozkoszne wrażenie, że się przypatruje piękności zdań i okresów i podziwia wybór, umieszczenie wyrazów i zwrotów”.


Tak samo śpiewa pean ku chwale Klaczki, Piotr Chmie­lowski w swych „Dziejach literatury polskiej w zarysie” (II, 196) „Klaczko był pierwszym prozaikiem 19 wieku, bo nie tyl­ko z natury miał styl niepospolity, ale też świadomie zabiegał o tajniki stylowe” — „Dykcja jego ma stanowczo cechy wiel­kości, wspaniałości artystycznego wykształcenia".


Klaczko w Paryżu zbliżył się do hotelu Lambert, nawią­zał stosunki z stronictwem Białych i przybysz z ghetta wnet stał się podporą duchową stronnictwa arystokratycznego, objął ro­lę, którą dzierżył paręnaście lat przed nim frankista Franciszek Wołowski. Wraz z Kalinką stał on się kierowcą politycznego biura, które posiadał w Paryżu kandydat na tron polski Wła­dysław Czartoryski.


Klaczko w piśmiennictwie polskim, jednak nie pozostał na stałe. Ostatnia jego doniosłejsza praca w języku polskim było studium o „Korespondencji Mickiewicza”, Paryż 1861: „Jako szkic do psychologicznego wizerunku jest to studium Klaczki jedna z najdrogocenniejszych pereł w całej literaturze Mickie­wiczowskiej” (Hoesick).



II



Rozgłos europejski uzyskał Klaczko w tej chwili, gdy po­święcił się publicystyce w języku francuskim w wielkim stylu i zaczął upartą kampanię przeciwko Prusakom z racji tendencyj ekspanzywnych, okazywanych przez nie, począwszy od chwili aneksji Szlezwigu i Holsztynu w r. 1864. Pisał w wzo­rowej francuszczyźnie, jakoby rodowity syn Szampanii, Gaskonii, czy Owernii. Jaka niebywała elastyczność umysłu! Z Wil­na hebrajskiego poprzez parnas polski do szczytów areopagu Europy w Paryżu.


Sprawa szlezwiska skłoniła go do napisania dwóch prac w Revue de deux monds „Études de diplomatie contemporaine” i „Les cabinets de l‘Europe en 1863—1864”. Rząd duński w uznaniu za sukurs, dekorował Klaczkę orderem Dannenberga.


Klaczko wystąpił z projektem przymierza francusko-au-striackiego, celem rozbicia potęgi krzyżaków, zagrażającej Europie i utworzenia z oswobodzonego Poznańskiego, trzonu przyszłej niepodległej Polski.


Stanowisko mocno antypruskie zajął też Klaczko w swej pracy p. t. Les préliminaires de Sadova, w której on kreśli manowce, którymi kroczyła polityka krzyżacka od chwili zerwania z Austrią i wyrzucenia jej z Rzeszy niemieckiej. Klaczko potępiał również rusofilię Czechów przejawioną na Kongresie moskiewskim (Congres de Moscou w Revue de d. M.), uważał, że Czesi popełniają błąd zamykając oczy na dolę Polski.


Klaczko był od chwili, gdy Galicja uzyskała samorząd zu­pełny z namiestnikiem Polakiem na czele, za oparciem polityki polskiej na Austrii. Władysław Mickiewicz krytykuje go za to: „Klaczko, który tak potępiał Odyńca i spółkę nie był rygorystą, owszem opurtunistą w całym słowa tego znaczeniu. Brzydził się jarzmem rosyjskim, a wkrótce jarzmo austriackie wydało mu się słodkie; zapomniał o tym, że chociaż lżejsze od jarzma rosyj­skiego, jest to zawsze jarzmo” (Pamiętniki, III, 312, II, 67). (podobnie, Idem Emigracja polska, str. 143). Klaczko ze swo­ją austrofilią nie był jednak wówczas izolowany. Na tym sta­nowisku stał i Smolka i Stanisław Tarnowski, jak o tym Wła­dysław Mickiewicz sam wspomina na innym miejscu swych Pa­miętników (III, 97). I rzeczywiście w onych warunkach, gdy Prusy i Moskwa dławiły każdą myśl polską, a Austria jedyna dawała Polakom warunki korzystne dla rozwoju, pogląd Klacz­ki i polityków galicyjskich, był czymś więcej jak tylko zwykłym opurtunizmem. Temu poglądowi powiązania losów Polski z lo­sami dynastii austriackiej, hołdowali jeszcze w r. 1914—1916 niektórzy bardzo wybitni politycy polscy.


Idea propagowana przez Klaczkę, przeciwstawiania Pru­som koalicji austro-francuskiej, miała we Wiedniu ongiś wielu zwolenników. W roku 1869 powołał austriacki minister Beust, Klaczkę do ministerstwa spraw zagranicznych w Wied­niu, jako doradcę politycznego w charakterze zaszczytnym radcy dworu. Skłonił go do tego szczególnie artykuł Klaczki p.t. La crise ministerielle à Vienne, umieszczony przez niego wówczas w Revue de deux monds.


Radca dworu Julian Klaczko został wkrótce też wybrany do sejmu galicyjskiego jako poseł. Wszedł on też jako deputo­wany do parlamentu austriackiego.


Klaczko nie długo się utrzymał w Wiedniu. Bismarck się obawiał, że Beust przez nominację Klaczki chce wskrzesić księ­stwo poznańskie (Busch, Dziennik, notatka z 25/III, 1869) i za pośrednictwem króla bawarskiego, spowodował interwencję u cesarza Franciszka Józefa. Pozycja Klaczki się chwiała, a gdy w przeddzień bitwy pod Sedanem, on wygłosił gorącą mowę, wzywającą członków sejmu, ażeby w adresie do tronu wyrazili silne sympatie dla Francji i krytykował, że mocarstwa nie przeciwstawiły się wybuchowi onego zmagania krwawego narodów, — Beust się przestraszył konsekwencyj, na arenie międzynarodowej. Klaczko tedy sam uważał za konieczne poprosić o zwolnienie od służby.


Wzmocnienie Prus po wojnie prusko-francuskiej, było dla Klaczki przedmiotem wielkich trosk politycznych. Prusy prze­kształciły się w imperium niemieckie, w mocarstwo. Klaczko ubo­lewał głęboko nad zaćmieniem Europy, „że pracowały Anglia, Francja, Austria jakby umyślnie i powodowały upadek swej świetności, szeregiem błędów i pomyłek pour le roi de Prusse. Dotąd Prusy i Niemcy były narzędziem w ręku Rosji, teraz wypowiedziały jej służbę. Dziś zamiast tych Niemiec, stoi w środku Europy państwo ogromne, silne, wszystkim groźne”. Co za przewidujący bystry polityk z Klaczki.


W r. 1875 w przeddzień wojny bałkańskiej, której spręży­ny we wielkiej mierze znajdowały się nad Sprewą, Klaczko ogłosił w Revue de deux Monds, dalszą pracę, która się wnet też ukazała w formacie książkowym, p.t. „Deux chanceliers, Le prince Gortschakoff et le prince Bismarck”. Książka ta zrobiła w świecie politycznym wówczas wielkie wrażenie. Spowodowa­ło nawet ostygnięcie pomiędzy Rosją a Niemcami, gdyż Gorczakow się zorientował, że Bismarck go kiwa. Było to uzupełnienie poprzednich prac, których zadaniem było zwrócić uwagę opinii publicznej na podstępną robotę Prus. Nie rozchodziło się Klacz­ce tutaj, o osoby jako takie kanclerzy-przedstawicieli Prus-Niemiec i Rosji, lecz o wyrazicieli woli danych państw. „Polityka państw wciela się zawsze w ludzi, którzy ją prowadzą. I Rosja i Prusy miały takich, którzy dobrze skupiali w sobie i wyobraża­li dążność i namiętność swoich narodów, którzy trzymali ster ich polityki i doprowadzali ją do pewnych rezultatów”. Dlatego też powsiada Klaczko, książkę tę swoją nie poświęca polityce Rosji i Prus, lecz tylko jej reprezentantom i kierownikom. W ro­ku 1878 wydał Klaczko swoją ostatnią pracę polityczną p.t. Les evolutions du probleme orientale.


Julian Klaczko jako polityk, chwalony nawet przez anty­semitów. Potocki w swej Historii literatury pisze o nim: „Głoś­ny w publicystyce europejskiej, polemista i pisarz polityczny za­ciekły i wcale nie lekceważony przeciwnik nowej pruskiej poli­tyki, docierający w swych świetnych studiach do jasnowidzenia wszystkich jej następstw już w roku 1863“ (I, 30).


Klaczko jako pisarz francuski poświęcający swe siły głów­nie polityce, nie zapomniał o tym, że nie wystarczają w życiu narodów tylko zabiegi dyplomatyczne i przenikanie zamysłów przeciwników. Na opinję obcych narodów, celem uzyskania uznania praw Polski do samodzielności, należy też działać, w dro­dze propagandy kultury, przez poinformowanie publiczności za­granicznej o wyży i wartości twórczości polskiej. Ogłosił on w tym kierunku studium o Krasińskim w języku francuskim (Le poëte anonyme de Pologne), będące pierwszym doskonałym opracowaniem czynu tegoż wielkiego twórcy, oraz też wydał książkę pouczającą cudzoziemskiego czytelnika o poezji polskiej 19 wieku w ogóle (La Poësie polonaise au XIX siècle), ma­jącą udowodnić, że mimo ucisku ze strony zaborców, kroczy na­ród polski dalej po swej linii dziejowej i tworzy piśmiennictwo, nie ustępujące literaturom najwybitniejszych narodów.


Klaczko był w okresie upadku Polski w erze po powsta­niu lutowym, jednym z najtęższych bojowników i chorążych myśli odbudowy państwa Białego Orła. Przypomina on pod niektórymi względami swego współplemieńca Szymona Askenazego, w roli przedstawiciela Polski w Genewie. Miał on jednak położenie bez porównania trudniejsze, że za jego czasów jeszcze nad Wisłą dźwięczały kajdany i nad Wartą jaśniała pikelhauba i on sam idąc samotnie na ochotnika dyplomatycznego, szermując kunsztownie szlifowaną szpadą rycerza bezbronnej Polski, musiał sobą samym, potęgą swego ducha reprezentować autorytet i powagę narodu, z którym się złączył i któremu poświęcił swe niepospolite zdolności.


Gdy po wojnie bałkańskiej Klaczko pożegnał się z polity­ką, przeszedł on na krótki czas do bankowości (Oesterreichische Länderbank 1881). W roku 1888 przeniósł się on na stały po­byt do Krakowa. Swe siły duchowe poświęcał odtąd problemom czysto kulturalnym. Jednak awersja do Prus go nie opuszczała i na wyżach Olimpu intelektualistycznego. Była ona dalej często dominantą jego twórczości. Klaczko szukał sposobności do skrzy­żowania szpady z przedstawicielami kultury niemieckiej, nawet poza obrębem polityki. Jego słynne Wieczory Florenckie (Causeries Florentines) uwieńczane przez Akademię Francuską na­grodą, objawiające zresztą „niezwykłą wprost kulturę inte­lektualną i estetyczną subtelność w odczuciu dzieł sztuki, w analizie psychologicznej twórczości” — powstały w opozycji do poglądu uczonych niemieckich na Dantego.



III



Klaczko od chwili ukończenia swych studiów nie miał żad­nego kontaktu z żydostwem.


Ochrzcił się on w 31 roku życia, dnia 25 kwietnia 1856. Otoczenie uważało go za od dawna już ochrzczonego. Wstrzy­mywał się on od ostatniego kroku zerwania z żydostwem póki ojciec jego żył, ze względu na to, że mu dał przyrzeczenie w tym kierunku, ale w tej chwili, gdy tenże pożegnał się doczesnością uważał Julian Klaczko, że go nic więcej nie wiąże i zmienił wy­znanie. Ojciec oczywiście wiedział, jakie odstępcze zamiary żywi syn po jego śmierci i też z tego powodu przed swoim zgonem tylko z trudem udzielił mu błogosławieństwa. Żyła wprawdzie jeszcze matka. Przed nią Klaczko ukrywał wprawdzie fakt chrztu, ale spodziewał się, że jej kiedyś wyjawi swój chrzest i ją też pozyska dla chrześcijaństwa.


Zaledwie ojciec wyzionął ducha, wystosował Klaczko list do Jana Koźmiana informujący go o wszystkim: „Ojciec mój umarł, Bóg go powołał do siebie. Ustał wzgląd niezłomny, któ­ry mnie odtąd oddzielał od wiary: nie od jej wyznania, ale od jej zeznania”. W dalszym liście pisze Klaczko do Koźmiana: „Mam serce rozdarte i zakrwawione. Wiadomości z domu są straszne; na ojcu ledwie wymusiła moja matka błogosławieńst­wo dla mnie, — ale umysł mam trzeźwy i z całą trzeźwością ducha Ci piszę. — Posłuchaj. Póki ojciec żył byłem związany przysięgą, ale i teraz wzgląd na położenie matki nakazuje wiel­ką ostrożność. Matce wszystko powiem, może Bóg dobry i li­tościwy da, że ją tu kiedyś sprowadzę. Och może Bóg da, że i ją kiedyś pozyskam dla prawdy”. (Tarnowski, Julian Klacz­ko, Kraków 1909, I, 99). Klaczko prosił Jana Koźmiana, aby chrztowi jego w tych warunkach nie dał rozgłosu, jednak sam przystępuje do aktu z radością i prosi o księdza pełnego litości i pobłażliwego, prostaczka w duchu i lekarza sumienia.


Klaczko swój akt chrystianizacji przedstawił swemu przy­jacielowi Janowi Kożmianowi, jako czyn wynikający z głębi je­go przekonania. Bardzo szybko przedzierzgnął się on w stuprocentowego gorliwego katolika-Polaka, posługującego się termi­nologią dewotek, ganiącego chłód religijny u innych. Jeszcze trzy miesiące od przyjęcia wiary chrześcijańskiej nie minęło, czytamy w liście jego z Berlina, noszącego datę 3 lipca 1856: „Smutno mi i gorzko, mój drogi Janie. Wszak niech będzie po­chwalony Jezus Chrystus, Amen. — Młodzież tutejsza akade­micka przedstawia widok zwątpienia, rozbicie straszne, a niewiara wielka. Jakaś zaciekłość antyreligijna“ (I, 102). Z bie­giem czasu kompensując swoją przeszłość przesadą, Klaczko stał się bigotem. Mawiał o papieżu ze czcią niezwyką, z gorą­cym, czułym rozrzewnieniem, nie raz i nie sto razy (ib. I, 157). Nie miał dość słów potępienia na tych, co w r. 1849 papieża wygnali z Rzymu i trząsł się cały na widok Katechizmu nierycerskości Mierosławskiego, ogłoszonego w r. 1858, którego bluźnierstwa budziły u niego zgrozę.


W starszym wieku, jako gorliwy nad wyraz katolik, wysta­rał się on nawet u biskupa krakowskiego w r. 1899 o zezwolenie na urządzenie prywatnej kapliczki we własnym pomieszkaniu, gdzie, jak twierdzą wtajemniczeni, godzinami leżał przed krzyżem.


W swoim nacjonaliźmie polskim również okazywał egzal­tację, przesadę. Wskazują na to jego pisma, gdzie polskość pod­kreślona z emfazą i namaszczeniem.


Rzecz ciekawa dla zrozumienia żarliwości narodowo-neofickiej Klaczki, że gdy w roku 1862 minister francuski Walew­ski, etnicznie pół-Polak z rasy, proponował jemu, Klaczce, wów­czas żyjącemu w warunkach bardzo ciężkich w Paryżu w dwóch pokoikach na czwartym piętrze w budynku Biblioteki Polskiej, posadę sekretarza, Klaczko po namyśle zapytał się ministra, jaki w razie przyjęcia byłby jego, Klaczki, stosunek do spraw polskich, a tenże na to odpowiedział, że jako urzędnik francuski musiałby tylko służyć sprawom francuskim a polskich zanie­chać, — Klaczko przyjęcia posady odmówił (I. 306).


W swoim patriotyźmie polskim Klaczko okazywał nie­zwykły ferwor. Potępiał wszystkich ostygłych, kompromiso­wych, ustępliwych ugodowców i rzucał na nich gromy. Przejął się on polskością do głębi, a ponieważ nieświadomie obawiał się, że możnaby go posądzić o jakieś braki pod tym względem, potęgował swój patriotyzm do egzaltacji, kompensował w górę. Ciekawym dokumentem w tym kierunku, rzucającym snop światła na mentalność przybysza z tamtej strony zagrody, stanowi je­go pismo p. t. Odstępcy, umieszczone w Wiadomościach z dnia 3/III 1860, a przedrukowane z dopełnieniem i rozwinięciem głównych ustępów w samoistnej broszurze w Paryżu. Tymi odstępcami od polskości w opinii Klaczki, to Maliszewski, Odyniec, Kirkor, którzy pogodzili się z carem. Klaczko chłostał w tym piśmie ziemian polskich, nie dość patriotycznych, którzy ukorzyli się przed samodzierżawiem, którzy kapitulowali przed tyranią. „Potrzeba bowiem odsłaniać odstępstwo, które przecież dokonało się jawnie i wymieniać odstępców, którzy wszystkim znani, trzymają jednak podniesione czoła, — w oczach wszystkich odbywa się zdrada Polski, frymark najistotniejszy­mi zasadami jej bytu, — żaden okrzyk bólu i potępiania głośno nie ozwał się w kraju. — Mamy nadzieję, że Litwa, że ziemia Kościuszki i Mickiewicza, odepchnie z przekleństwem potwor­ne dzieło wyrodków, że opinia publiczna całej zacnej ojczyzny złączy się z nami w jednym krzyku polskiego sumienia. — Cicha by tylko pozostała modlitwa do Boga, gdyby bez piętna na swym czole przechadzać się miały po ziemi litewskiej, polskie Kainy i gdyby rzekomym postępem, miało być jej odstępstwo”.


Oczywiście taki Odyniec, ongiś towarzysz wielkiego Ada­ma, piszący na cześć cara wiersze blasfemiczne (1858), gdzie go zestawia z Bogiem (Przyjdź Królestwo Boże) i nazywa go obrońcą prawdy, dawcą pokoju, budowniczym królestwa Bożego, dziedzicem Jagiellonów, mógł człowieka zasad, pobu­dzić do irytacji. Znamiennym było, że akuratnie był to Klacz­ko, który się oburzał. Oburzenie potęgowało jego siły. W jed­nym z listów, Andrz. Ew. Koźmiana z dnia 2/XI 1858 czyta­my: „Muzą jego (Klaczki) prawdziwą jest gniew. Pisze dobrze, gdy się gniewa. Serce jego szlachetne, charakter zacny, ale je­szcze wyrobienia potrzebuje; wielki on, że krytyk nie potrzebu­je być bezstronny, lecz powinien nienawidzić lub kochać” (Hoesick, str. 177).


Klaczko pragnął jakby gąbką zmazać całą swoją prze­szłość. Tarnowski, który przez lat blisko pięćdziesiąt znał się z Julianem Klaczką, nigdy nie usłyszał z ust tegoż jakich zwierzeń, dotyczących się osobistych przejść lub uczuć, nigdy ani jednego słowa o stosunkach rodzinnych, o swoim nawróceniu (I, 5, Przedmowa). Stanisław Tarnowski po półwiekowej znajo­mości nie wiedział nawet autentycznie, że Klaczko znał w tej mierze kiedyś język hebrajski, że mógł w tym języku nawet pi­sać wiersze za młodu.


W starszym wieku twierdził Klaczko o sobie, że zapomniał w zupełności alfabet hebrajski, w którym ongiś pisał swe pierwo­ciny literackie i opowiadał, że jeśli przechodzi ulicą w Krako­wie i widzi napisy żydowskie, nie jest w stanie ich odcyfrować. Nie wiadomo jednak, ile w tym rzeczywistej prawdy, a ile snobizmu neofickiego. Tarnowski donosi, że w bibliotece Klaczki pomiędzy książkami znajdowała się biblia hebrajska z różnymi na marginesach dopisanymi adnotacjami (I, 21), co wskazuje na coś innego, na zachowaną znajomość hebrajszczyzny.


Klaczko nie lubiał, gdy mu wzmiankowano pochodzenie, irytowało go to. Było to w roku 1865 przy sposobności przywi­tania Juliana Klaczki w Krakowie przez kwiat inteligencji pol­skiej, przypomniał wówczas 27-letni młody uczony Ludwik Gumplowicz, późniejszy głośny socjolog, ową chwilę, kiedy przed trzydziestu laty gruchnęła po ziemiach polskich wiadomość o ja­kimś chłopięciu żydowskim w Wilnie, który wiersze pisze pol­skie: „Nie dziw, że uważano za cud, bo plemię to obce, żyjące tysiąc lat w Polsce życiem duchowym, spisało całe biblio­teki, ale w języku hebrajskim. Dziś, po trzydziestu latach, wita­my w tym chłopięciu, zasłużonego publicystę polskiego i bynaj­mniej na umniejszenie zasług tego publicysty nie wpływa jego pochodzenie, ten fakt, że jest synem żydowskich rodziców”. Klaczko brał Gumplowiczowi to przypomnienie przeszłości za złe, skarcił go publicznie, podsuwając mu motyw zupełnie nie nale­żący do rzeczy, jakoby Gumplowicz miał na myśli krytykę szlachty, że dawniej nie przygarniała Żydów. (Posner, Studium o Gumplowiczu, str. 23).


W życiu swym i pismach odzywał się Klaczko o Żydach bardzo rzadko, a to z niechęcią. O Heinem wyrażał się on nie­przychylnie, na wzór skrajnych nacjonalistów niemieckich. Klaczko ogłosił w r. 1855 artykuł o nim w Revue de Paris, w którym zwrócił uwagę Francuzom, że Heine to kpiarz z za­sady, który nie kocha ani Francji, ani Francuzów i ma dla nich tę samą pogardę co do Niemców.


W liście do Januszkiewicza ze Lwowa, pisanym w roku 1869, słyszymy tony godne jakiegoś roznamiętnionego endeka: „Te chłopy ruskie i te popy ruskie co to za bolesny widok, — a cóż dopiero powiedzieć o tych Żydach, tak zupełnie wyzutych z wszelkiego uczucia polskości” (Tarnowski II, 110).


Uszczypliwa wzmianka o Żydach znajduje się w jego No­tatkach z Podróży (Kraków, 1871, str. 18), gdzie w taki spo­sób wyraża o Żydach, jakoby w prostej linii pochodził od Le­cha i środowisko żydowskie mu by było w zupełności obce. Nadmieniając tam, że żadna stolica nowoczesna nie wytrzymała­by ną wzór Paryża pięciomiesięcznego oblężenia, dodaje on zupełnie niepotrzebnie ,,o Jerozolimie zaś milczmy przez wzgląd na wiedeńską prasę, która gotowa w tym widzieć jakąś uszczy­pliwość, jak w pewnym przemówieniu mego kolegi p. Zyblikiewicza we lwowskim sejmie”. Nie przypiął i nie przyłatał, ale skonstruowany wspólny front z p. Zyblikiewiczem, przeciwni­kiem równouprawnienia Żydów w Galicji. Co za sukces!


Julian Klaczko po śmierci rodziców swych posiadał jeszcze bliskich krewnych, siostrę, która wyszła za ortodoksyjnego rabi­na Gedaliasza Tiktina, zamieszkałego w Wrocławiu, słynnego ze swej wiedzy judaistycznej. Siostra przeżyła Juliana. Fama głosi, że brat Julian ją potajemnie wspierał, posyłał za życia swego stale jej część swych dochodów, tak że po śmierci tejże, pozostał pokaźny majątek, którego genezy nikt nie znał (S. L. Cytron, Mi-Achorej ha-Pargud, Wilno, 1925, sltr. 33). Klaczko w swej neofickiej żarliwości udawał wobec otoczenia, jakoby nie posiadał w ogóle nikogo bliskiego z rodziny na świecie i biografo­wie jego przeto wspominają mylnie, jakoby jego siostra zmarła za młodu.



V



Klaczko, wielki pisarz polski i patriota, który zerwał z żydostwem wszelkie łączące nici, zewnętrznie nie przypominał wca­le Żyda. Był jasnowłosym, błękitnookim nordykiem, o wy­glądzie typowego Sarmaty. Gdy Jerzy Brandes, który nawia­sem mówiąc sam był Żydem, zobaczył poraz pierwszy Klaczkę podczas swego pobytu w Polsce, wziął on go za klasycznego przedstawiciela ziemiaństwa polskiego.


Nordycyzm Klaczki przypomina nam ciekawy fakt, że wśród Żydów pokaźna ilość twórczych jednostek przedstawia typ jasnowłosy (Heine, Bialik, Achad Haam, Frug, ród cadyków z Sadagóry), jak znów odwrotnie najtęższe jednostki wśród ludów germańskich reprezentują typ ciemnowłosy, orientalny (Luther, Goethe, Kant). Zdaje się, że Hegel miał rację, mó­wiąc w swojej Philosophic der Geschichte o zapładniającym działaniu antytezy antropologicznej, o pożytku twórczym obce­go pierwiastku w łonie każdej rasy.


Klaczko mimo swej asymilacji duchowej, mimo swej przy­należności rasowej ze stanowiska objektywnej antropologii, mi­mo wszystkich swych zalet kulturalnych, nie mało miał w swym życiu, szczególnie we wcześniejszym okresie, do cierpienia gwo­li religii swych ojców i dziadków. Wszystkie dodatnie walory nie przeszkadzały, że sfery konserwatywne długo dawały Klacz­ce w sposób nieoględny odczuć jego grzech pierworodny ju­daizmu.


Klaczko nie zdołał uzyskać w Polsce uznania, jak długo pisał tylko dla społeczeństwa polskiego. Dopiero gdy przeszedł do piśmiennictwa francuskiego i go zagranica sławiła, natenczas i właśni rodacy spostrzegli, co to za indywidualność pisarska. Moment ten podkreślił sam Klaczko w przemówieniu na zebra­niu inteligencji w Krakowie w r. 1865, o którym już była po­wyżej wzmianka.


Jeszcze jako młody absolwent uniwersytetu miał Klaczko nieprzyjemny incydent z Zygmuntem Krasińskim. Klaczko, przebywając wówczas w Heidelbergu, dowiedziawszy się o tym, że Krasiński bawi w niedalekim Baden-Baden, napisał do niego list z zapytaniem, czy może do Baden-Baden w od­wiedziny do niego przyjechać, przy czym uprzedził go, że jest Żydem. Krasiński odpowiedział na to, że prawdopodobnie za­chodzi tutaj jakaś pomyłka i wzięty jest za kogoś innego, bo on nigdy żadnych wierszy nie pisał. ,,Co zaś się tyczy Żydów, to ma ich za plemię najbardziej arystokratyczne na świecie, plemię, które wydało proroków i bohaterów jak Machabeusze”.


Klaczko wziął to odmowę głęboko do serca, czuł się obra­żony i żalił się w r. 1849 przed przyjacielem swoim, Janem Koźmianem, na Krasińskiego. Koźmian zwrócił się na to w tej sprawie do Krasińskiego o wyjaśnienie. Ten Koźmianowi odpo­wiedział na to listem, datowanym z dnia 14 lutego 1849, w któ­rym tłumaczy się przede wszystkim, — a znać, że to nieszcze­ry wykręt, — że nie chciał Klaczki przyjąć, albowiem nie wie­dział, kim on jest, a może szpieg jakiś, a ponadto wywodzi dalej odwrotnie, że wcale nie miał zamiaru ubliżyć, że miał o nie­znajomym wysokie zdanie i go szanował: „Pytam się teraz, co w tym było tak niegrzecznego, niemiłosiernego, niedobrego? Owszem w przypuszczeniu, że poczciwy i szlachetny, chciałem mu serce podnieść, chciałem wspomnieć o chwale rodowej hebrajskiego narodu i dziwno mi, że Żyd tego nie uczuł i za to wdzięcznym mi nie był. Prawdziwy Żyd pomny Machabeuszy i oblężenia Hierozolimy, nie byłby szukał szyderstw w tak orze­czonej prawdzie historycznej”.


Klaczko tego tłumaczenia nie chciał uznać, bo jeżeli fak­tycznie pragnął Krasiński kadzić rodowi Klaczki, dlaczego mu znów pokazał drzwi już zgóry? Koźmian usiłował wyperswado­wać Klaczce, że Krasiński nie mógł posiadać złych zamiarów, że to niepodobne do niego. „Był rozdrażniony Klaczko i nie chciał uwierzyć. W końcu dodał: I wy tak dobrzy, tak przyja­cielscy dla mnie jesteście, a przecież w głębi duszy mną pogardzacie”. Klaczko uważał, że próba Koźmiana w kierunku zła­godzenia konfliktu z Krasińskim, bez należytej, odpowiedniej satysfakcji ze strony obrażającego, mieści w sobie pogardę dla niego. Wyczuł, że sam dobry przyjaciel nie traktuje go równo­rzędnie, jak to się traktuje normalnie kogoś z towarzystwa.


Również od Adama Mickiewicza doznał Klaczko w pier­wszych początkach wielkich przykrości.


Władysław Mickiewicz opowiada w swych Pamiętnikach: „pewnego wieczora Julian Klaczko zaczął dowodzić (Adamowi Mickiewiczowi), że Anglia zawdzięcza swój rozwój Izbie lor­dów, że podobnej instytucji brakowało w dawnej Polsce, ale w nowej będzie ona niezbędną. Ojciec mój (Adam Mickie­wicz) grał w szachy z Wrotnowskim i się go zapytał, czy istnie­je w jakimś miasteczku litewskim szkoła żydowska. Klaczko odpowiedział, że nie i wyniósł się”. Później tłumaczył Mickie­wicz Wrotnowskiemu, że zadał to pytanie, „aby mu dać do zro­zumienia, że lepiej uczyni myśląc o podniesieniu Żydów, niż tro­szcząc się o Izbę lordów w przyszłej Polsce”.


Faktycznie, było takie odesłanie do ghetta człowieka, któ­ry już był wykazał, że należy do najwybitniejszych znawców kultury polskiej, niesłychaną zniewagą. Wprawdzie może było­by to godniej, gdyby Klaczko nie był wyrugował z pamięci swoich byłych współwyznawców i myślał o ich postępie, ale to była jego sprawa czysto prywatna, którą każdy załatwia z własnym sumieniem i nikt nie śmie tutaj wtykać nosa. Tak samo jak­by nie było na miejscu, gdyby jakiś wybitny poeta angielski odesłał Conrada do Polski, Leopardiego do Włoch albo Shawa lub Wildego do Irlandii. Duch Boży wieje, gdzie chce i wszelkie wędzidła nierzeczowe w takim wypadku stanowią krzywdę dla danej indywidualności. Mickiewicz w onym okre­sie, gdy się zetknął z Klaczką, już dawno był głosił respekt przed Izraelem jako starszym bratem, ale był mimowoli tubą środowiska, które w Klaczce długo nie chciało widzieć czegoś innego, jak przybysza z ciasnych uliczek ghetta. Nie znało ono środowisko butne Sarmatów zresztą, owego ducha 35-wiekowej kultury intensywnej, gnieżdżącej się w owych zaniedbanych ze­wnętrznie zaułkach.


Afront, którego doznał Klaczko od Mickiewicza, nie był na przeszkodzie, że później Klaczko wydał korespondencję Adama Mickiewicza w r. 1861.


Józef Korzeniowski wprowadził Klaczkę w postaci Centaurowicza do swego dramatu Złote Kajdany (Akt V, sce­na 1). O jego talencie słyszymy tam opinię mniej albo więcej przychylną, z małym dodatkiem ironii:


Nie żartem mówię, głowa to nielada,

Jakich niewiele mamy, pamięć rzadka.

Nauka wielka, bystrość i pojęcie.

Pisze wybornie. — Prawda w pismach jego,

Zdarza się często blaga i paradoks,

Lecz jest: dowcip czasem, rozum zawsze.


Wolno każdemu osądzić autora i chwalić go i ganić wedle swego widzimisię. O to tutaj się nie rozchodzi. Korzeniowski czynił jednak coś więcej. Znajdujemy tutaj też niesmaczną alu­zję do żydostwa Klaczki. Pewna figura dramatu (hrabia) po­wiada do Centaurowicza (Klaczki):


Przyjdź-że pan jutro do mnie na śniadanie,

Będzie pieczenia, — ale nie wieprzowa.


Korzeniowski dobrze wiedział, że Julian Klaczko jest da­lekim od przestrzegania rytuału żydowskiego. Rozchodziło mu się jednak o to, aby mu dociąć, dogryźć, odesłać go do ghet­ta. Korzeniowski mścił się na Klaczce, rzekomo za nieprzychyl­ną recenzję.


Julian Klaczko kiedyś omówił Korzeniowskiego nie­przychylnie, krytykując jego „Krewnych” w pierwszym nume­rze Wiadomości.


Mur przesądów i uprzedzeń, który Klaczko musiał prze­bić, był gruby jak średniowieczny wał forteczny, — nim zdo­łał uzyskać towarzyskie równouprawnienie w sferze wyższych warstw społeczeństwa, z którym się spoił. Opowiadają, że gdyJulian Klaczko, już będąc celebritas europejską, jednym z naj­głośniejszych patriotów polskich o wielkich zasługach, wygłosił pierwsze swe przemówienie w języku polskim w sejmie lwow­skim, przystąpił do niego pewien karmazyn z komplimentem wątpliwej natury, — będącym na miejscu wobec pachciarza, — że nie wiedział, iż on, Klaczko, włada tak dobrze językiem polskim.


Kraszewski nie lubiał Klaczki do końca i wyraził się o nim w r. 1885: „Klaczko jeszcze jeden talent podziwiany, które­go ja nie jestem zdolny ocenić: pomniejszony Heine, albo jeśli ktoś woli, Heine tombakowy" (Wład. Mickiewicz, Pamiętni­ki I, 283). W przedmowie do swej Powieści bez tytułu pisze Kraszewski, mając na myśli Klaczkę: „Typy izraelickie z Niemieckiej ulicy w Wilnie, są właśnie współczesne tej chwili, gdy genialny współpracownik Revue de deux Monds wychowywał się w sklepiku sukiennym przy tejże ulicy”.


Władysław Mickiewicz, który zresztą sam miał w swych żyłach 75% krwi żydowskiej, dodaje często w swych Pamięt­nikach do nazwiska Klaczki mały dopełniacz: „Żyd wychrzczony“ (II, 177). Niewątpliwie działał on tutaj po linii środo­wiska, które znało Klaczkę długo tylko z tym dodatkiem.


Klaczko osiągnął z czasem osobistą emancypację towarzy­ską w stu procentach. Prezes Akademii Umiejętności w Krako­wie, hrabia Stanisław Tarnowski, stał się jego heroldem i pisy­wał nawet przedmowy do polskich tłumaczeń pism francuskich tegoż.


Salony hrabiny Branickiej ozdabiał portret Juliana Klacz­ki, malowany przez hr. Mniszcha. Reprodukcja tego konterfek­tu została umieszczoną przed kartą tytułową przekładu polskie­go „Dwóch kanclerzy" Klaczki, dokonanego przez Scipiona.


Kraków, duchowa stolica Polski, uczcił Klaczkę w roku 1887. Uniwersytet Jagielloński nadał mu równocześnie z Ma­tejką tytuł doktora honoris causa. W r. 1895 z racji jego 70-lecia Uniwersytet Jagielloński wraz z Akademią urządziły mu uroczystość jubileuszową.


Francja zaszczyciła go w r. 1888 godnością oficera legii honorowej.


Julian Klaczko pomimo wszelkiego poważania i wszelkiej gloryfikacji ze strony wyższej inteligencji polskiej, nie przestał być w oczach Polaków Żydem i zawsze i wciąż uchodził za obcy konar inokulowany na pniu polskim. Jego chwalcy nawet nie zapominali podkreślać pierwiastku żydowskiego w nim, acz­kolwiek często w najlepszym znaczeniu i zamiarze. Dobrze, al­bo źle, ale zawsze Żyd. Maria Konopnicka w swym pięknym rozbiorze dzieła Klaczki „Juliusza Drugiego” (Trzy studia, Warszawa, 1902), pisze, że skoro u Klaczki przychodzi moment, gdy poruszony jest do głębi, co się dzieje jednak tylko na prze­strzeni kilku kartek w tym dziele, na widok nieśmiertelnej wiel­kości sklepienia Sykstyny, natenczas „Pierś jego ma tchy szero­kie. Wzrok jego płonie ciemnym ogniem jakichś wiecznych wizyj. Język jego jakby dotknięty węglem oczyszczenia, staje się językiem prorockim, w całej wzorzystości wschodniej, w całej tej archaistycznej prostocie. Jakaś dostojność, jakieś kapłaństwo okrywać się go zdaje ową szatą, która uczyniona była z „szkar­łatu dwakroć farbowanego” i z „kręconego bisioru”. Z czoła jego wynikają, jak gdyby owe promienie, które uczyniły twarz Mojeższa rogatą po zejściu ze szczytów góry Horeb. Duch judaizmu, bezpośredniego prastarego obcowania z „Widzącym” i „Mówiącym” jest w nim. Nie mamy przed sobą mieszkańca Paryża, ale mamy przed sobą mieszkańca Syjonu. I nie czuje się on współczesnym nam i współplemiennym, ale się czuje prastarą odroślą pnia Jesse, krwią i kością pokolenia Judy” (str. 117).


Julian Klaczko, cieszący się wielkim mirem w kołach eli­ty, nie zaznał tam jednak nigdy ze stanowiska czystej ducho­wości wewnętrznego ciepła. Gdy zmarł, pojawiła się krótka notatka w Bibliotece Warszawskiej (CCLXIV, 607). Autor nekrologu kilkunastowierszowego przyznaje, że „Klaczko to po­stać na wszech miar wybitna, zasługująca na głębsze i wszech­stronne oświetlenie”, zapowiada też artykuł obszerniejszy, jed­nak ten artykuł na łamach Bibliteki Warszawskiej nie ukazał się nigdy.


Julian Klaczko, syn Żyda haskalisty, szwagier wybitnego talmudysty-rabina, nadzieja nowohebrajskiego Wilna, przeszedł do obcego dogmatu religijnego, zerwał z tradycją własnej prze­szłości dziejowej, dał się wchłonąć w całości przez cudzą jaźń narodową — i stał się w Polsce narodowej, katolickiej czynni­kiem twórczym, ożywczym, postacią literacką o znamionach mo­numentalnych, działaczem reprezentacyjnym, wskazującym dro­gę. Zabłysł on jak słońce, siejąc wszędzie około siebie na Emi­gracji polskiej ciepło i jasność — ale zgasł niebawem po zgo­nie swym, w świadomości potomności, jak meteor, jak miraż, jak sen nocny letniej. Kto o Klaczce dziś pamięta, myśli, dla kogo on dziś jeszcze istnieje? Złożył on w ofierze swe wrażliwe ser­ce, swoją gorącą krew, ofiarował swój niepospolity talent, swo­ją istotę, żar swojej duszy, płomień mistyczny swego bytowania na ołtarzu patriotyzmu polskiego i jej polityki odbudowawczej. Po ciężkich znojach i bojach, nareszcie starcowi współcześni uwierzyli, ale potomność — ta ani krzty o nim wiedzieć niechce.


Julian Klaczko jest klasycznym przykładem możliwości drzemiących w duszy ludzkiej, dla których niema zapór raso­wych, wyznaniowych czy narodowych. Julian Klaczko daje jednak też swoim losem lekcję poglądową, że pierwotna kseno­fobia jest potęgą niezniszczalną, nie darującą nikomu pochodze­nia mimo wszelkich zasług i że rację miał Nietzsche twierdząc, że „człowiek pochodzi od małpy i wciąż jeszcze więcej w nim jest z małpy, aniżeli z człowieka”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz