niedziela, 29 marca 2026

ANTOLOGJA POEZJI ŻYDOWSKIEJ. PRZEŁOŻYŁ I ZEBRAŁ S. HIRSZHORN


  

Antologja poezji żydowskiej

Przełożył i zebrał S. Hirszhorn


Wydawnictwo „B-cia Lewin-Epstein i S-ka”

Warszawa 1921



Słówko wstępne.


Dziwnem zrządzeniem losu na jednej ziemi mieszkają dwa narody, posiadające najtragiczniejsze dzieje: naród polski i naród żydowski. Ten ostatni jest wprawdzie rosproszony po całym świecie, nigdzie jednak nie mieszka tak wielkiemi i zbitemi masami i nigdzie — z tego i z innych powodów — nie prowadzi tak intensywnego życia narodowego.

Lecz oto — jakgdyby to sprawiła ironja losu, narody te, polski i żydowski, związane wspólną martyrologją i żyjące obok siebie w ciągu wielu wieków, bardzo mało wzajemnie się znają. Szczególnie da się to powiedzieć o narodzie polskim, który żydów wcale nie zna. Był okres czasu, gdy polska literatura piękna i publicystyka zbytnio idealizowała żydów; następnie od wielkiego uwielbiania przeszła do ryczałtowego potępiania, od miłości do nienawiści, od bezmyślnego filosemityzmu do bezkrytycznego antysemityzmu.

W jednym i drugim atoli wypadku brakowało bezstronnego studjowania żydów, skutkiem czego i tu i tam sądy wypadły błędne.

Jednem ze źródeł poznania żydów jest zapoznanie się z ich własną literaturą. O niej nietylko polacy rdzenni, lecz i ci żydzi, którzy czytują jedynie po polsku, mają wyobrażenie zgoła mylne, sądząc, że ma się tu do czynienia z twórczością czysto ludową, w formach zupełnie prymitywnych.

Tymczasem tuż obok bogatej literatury polskiej istnieje i rozwija się pokaźna literatura żydowska w języku żydowskim i hebrajskim, literatura, która posiada wszelkie cechy współczesności. Doprawdy warto, ażeby czytelnicy polscy z literaturą tą się zapoznali, zwłaszcza, że wszelka twórczość obca, — nie wyłączając nawet chińskiej — publiczność polską żywo interesuje, a literaci polscy zainteresowaniu temu czynią stale zadość, zapomocą przyswajania całego szeregu wybitniejszych dzieł. Wyjątkiem była dotychczas literatura żydowska, z której zaledwie trochę nowel, i to nienajlepszych, jest przełożonych na język polski. Twórczości poetyckiej żydów publiczność polska wcale nie zna. Nawet w „Izraelicie”, piśmie, które wychodziło w ciągu lat 50, i było poświęcone specjalnie sprawie żydowskiej, znajdujemy nader niewiele przekładów z poezji żydowskiej.

Pragnąc wypełnić tę lukę, przedkładam czytelnikom polskim niniejszą antologję, obejmującą utwory poetyckie niemal wszystkich autorów, piszących po żydowsku (w t. zw. „żargonie”). Dzieła twórców hebrajskich występują tu tylko przypadkowo, gdyż poezja hebrajska musiałaby być przedmiotem specjalnego zbiorku. Również tytułem wyjątku figuruje paru autorów-żydów, pisujących oryginalnie po polsku na tematy żydowskie, jak również kilku poetów żydowskich, tworzących w innych językach.

Czy wybrane przezemnie wzory są najlepsze — nie do mnie sąd należy: gusta są rozmaite, a przytem musiałem się stosować do moich uzdolnień tłumaczeniowych. W każdym razie starałem się wybierać rzeczy, o ile nie najlepsze, to przynajmniej najbardziej charakterystyczne, to jest dające pewien obraz z życia żydów. Utwory treści ogólnej wybrałem bądź w takim wypadku, gdy autor na tle żydowskiem nic nie pisał, bądź wtedy, gdy dane dzieło charakteryzuje umysł żydowski i nosi piętno wybitnie narodowe. Uwzględniłem nietylko poetów pierwszorzędnych; obok pieśniarzy wybitnych, przełożyłem również dzieła piewców pomniejszych, wychodząc z założenia, że tylko większy wybór utworów piór rozmaitych może przedstawić dokładny obraz danej literatury. Tej samej zresztą zasady trzymają się układacze wszelkich antologji. Przekłady dokonane zostały przeważnie przezemnie samego, przyczem w tłumaczeniu przywiązywałem większą wagę do oddania ducha utworu, niż do niewolniczej ścisłości słów. Uważam bowiem, że jeżeli wogóle tłumaczenie poezji w formie artystycznej osiągnięte bywa najczęściej tylko przez wolny przekład (lub jak to niemcy dobrze nazywają, „Nachdichtung"), to tembardziej da się to powiedzieć o pieśni żydowskiej, w której autor oryginału maluje częstokroć cały obraz zapomocą jednego słowa, zrozumiałego tylko dla czytelnika żydowskiego; tłumacz musi więc z konieczności uciec się do omówienia lub innego wyrażenia, mniej lub więcej pokrewnego.

Naturalnie, że niniejsza niewielka antologja jest jeszcze niewystarczającą do dokładnego poznania żydowskiej literatury poetyckiej. To też od zainteresowania się czytelników tym przedmiotem zależy podjęcie dalszej pracy w tym kierunku zarówno przezemnie, jak i przez innych. Dla informacji wskazuję jeszcze na dwa tomiki poezji Morrisa Rosenfelda, przełożonych przezemnie i przez p. A. T. oraz na dokonany przezemnie przekład arcydzieła Ch. Bialika p. t. „Powieść po pogromie“ — które te książeczki są oddawna w handlu księgarskim.

Jak czytelnik zobaczy, wystrzegałem się jednostronności: dałem zarówno utwory, które opiewają i malują dodatnio życie i obyczaje żydowskie, jak i te, które je krytykują i chłoszczą. Chciałem bowiem ułatwić publiczności polskiej bezstronny sąd o żydach. Do oddania bowiem żydom sprawiedliwości i do zbliżenia się do nich — trzeba ich przedewszystkiem głębiej poznać...

S. H.


Warszawa, w Styczniu 1917 r.


CHAIM NACHMAN BIALIK:

- zwany „odnowicielem poezji hebrajskiej” (9 stycznia 1873 Rady na Wołyniu – 4 lipca 1934 Wiedeń) – poeta piszący w językach hebrajskim i jidysz, prozaik, tłumacz, wydawca, który wywarł wielki wpływ na rozwój literatury – przede wszystkim hebrajskiej. Pochodził z rodziny ortodoksyjnej. Miał zostać rabinem. Kształcił się w jesziwie w Wołożynie, gdzie był współorganizatorem grupy Chowewej Syjon. Mieszkał w Odessie (1899-1917), którą parokrotnie opuszczał (m.in. przez trzy lata był nauczycielem w Sosnowcu). Jego debiutancki tom poezji w języku hebrajskim ukazał się w Warszawie w 1901, a w języku jidysz – w Odessie w 1906. Był współzałożycielem wydawnictwa Moria w Odessie (1901?) i współwydawcą – razem z J.Ch. RawnickimSefer ha-ag(g)ada, oraz – także z Rawnickim – pisma „Reszumot” (hebr., Szkice). Był też redaktorem literackiego pisma „Ha-Sziloach” (1904-1909), w związku z czym czasowo przebywał w Warszawie. Po rewolucji 1917 mieszkał w Moskwie, a następnie w Berlinie (od 1921) oraz Hamburgu. W 1924 przeniósł się do Palestyny. Był tam współzałożycielem wydawnictwa Dwir, które miało służyć idei stworzenia skarbnicy dzieł literatury żydowskiej różnych epok. Przewodniczył też Komitetowi Języka Hebrajskiego (hebr. Waad ha-Laszon ha-Iwrit) oraz Stowarzyszeniu Pisarzy Hebrajskich (hebr. Agudat ha-Sof(e)rim ha-Iwrim). Współpracował z Keren ha-Jesod, z którego ramienia odbył podróż do Stanów Zjednoczonych (1926). Jego najlepsze wiersze powstały w okresie pobytu w Odessie. Wzbogacił język poetycki i wprowadził doń zwroty potoczne oraz własne, jak również miarę sylabotoniczną. Był autorem klasycyzujących poematów opisowych i znakomitym lirykiem. Obok najistotniejszych dla jego twórczości wątków odrodzenia narodu żydowskiego i powrotu do Syjonu, w wielu utworach podkreślał także znaczenie tradycyjnych centrów nauki talmudycznej (przysłowiowy bialikowski matmid od tytułu wiersza Ha-Matmid, 1894-1895); a obok profetycznych oskarżeń żydowskiej bierności nawiązywał w lirykach do poezji ludowej. Pisał także dla dzieci.


MOJA PIEŚŃ.


Nie! Nie od ludzi mój ogień mam,

Anim go w spadku dostał od przodka, —

Jam go z mej skały wykrzesał sam,

Własna ma pierś go wydała wiotka.


W mem sercu — skale tkwi jedna skra,

Skierka maleńka, blada w niem błyska,

Ale nieziemski ogień w niej drga.

Bo z nieziemskiego powstał ogniska.


Żydowskich bólów i cierpień młot

Rozstrzaskał serce moje w kawały,

Lecz ducha za to oskrzydlił lot

I skrę wydobył z sercowej skały.


Ta skra zamienia się w dzwięczny śpiew,

Wybucha łuną w chwili natchnienia...

O, czy wy wiecie, że wrzącą krew

Kryją me zimne, spokojne pienia?l


DUMANIE NOCNE.

Tłumaczenie: Turyn i Samuel Hirszhorn.


Wiem dobrze, że płacz mój, płacz sowy wśród głuszy,

Ni ludzi ukoi, ni serc ich nie wzruszy,

Że płacz mój, łez rzewnych wylane potoki,

To niby na puszczy wód słonych obłoki;

Że łzy, co się leją wciąż przez lat tysiące,

Kamiennych serc ludzkich nie zmienią w czujące;

Więc czemuż ma duszo, wciąż szukasz bez skutku

W swym płaczu ukojeń, pociechy w swym smutku?!


Opuszczon, jak palma samotna w pustyni,

Posyłam śpiew rzewny z mej smutku świątyni.

O, Boże, jak zbrzydły mi gorzkie łzy moje,

Ni bunt z nich powstaje, ni burz niepokoje!

Obmierzły mi treny nad wieczną mą raną,

Co ją od lat setek stokroć opłakano,

Czy leków na ból ten Ty nie masz, o Panie,

Czy też nigdy srogi Twój gniew nie ustanie?


Przez okno wychylam swą głowę zciężałą,

Chcąc ujrzeć w ciemności gwiazdeczkę choć małą:

Mój wzrok pytająco spogląda na burze:

Czy kres kiedyś przyjdzie ponurej wichurze?

Czy zcichnie zawieja, rozrzedną się chmury,

Czy księżyc i gwiazdy znów olśnią lazury?

Lecz światła — ni znaku, gdziekolwiek wzrok padnie,

Zadymka i ciemność panują wszechwładnie.


Snać Pan Bóg mnie stworzył dla bólu, rozpaczy,

I mówiąc: „Idź w drogę"! dał kij mi tułaczy.

Wyjdź, szukaj — rzekł — ludzi prawego wyroku,

Dla płuc kupuj oddech, świt kradnij dla wzroku,

Po domach się tułaj, idź z torbą przez ramię,

Od nizkich pokłonów niech grzbiet ci się łamie!"

Tak siły sterałem w tułaczce tej srodze;

Gdzie kres mym katuszom, gdzie koniec tej drodze?


Jak gałgan na śmietnik jam padł z łona matki,

Brud był mą kąpielą, pieluchą, mą — szmatki;

Pierś wyschłą mi dała mać, nędzą znękana:

Z niej w kości me jadu wessała się piana,

I odtąd we wnętrzu mem gnieździ się żmija,

Co gorycz rozlewa i krew mi wypija —

O kędyż się skryję przed żądłem jej wściekłem?

I umrzeć nie mogę, i życie mi piekłem!


Nademną noc ściele swe sine przezrocze,

Ozdobne w gwiazdeczki, brylanty urocze,

I wietrzyk-zefirek łagodną pieśń śpiewa,

Co kwiaty kołysze do snu ściska drzewa,

Co szepcze bajeczki w pieściwej swej wrzawie

O tajni zaświata drzemiącej murawie;

Ten urok, ten cud, co w przyrodzie się plemi —

To wszystko nie dla mnie, jam niczem na ziemi.


Co noc, gdy natchnienie mą lirą potrąca,

Gdy czuwam i rana ma czuwa ropiąca,

Gdy w serce me sączy się jad wężowiska,

A w oczach wygasłych bezsilna łza błyska,

Na Muza opiekę roztacza nad raną,

Ból serca mi rosą ukaja świetlaną,

Zastygłych łez skrzydłem ociera mi lice...

O, Muzo, nie takich daj łez mi krynicę!

Łez innych daj urnę, odmiennych łez krużę,

Co serca porusza i wznieca w nich burzę:

Leć, Muzo, na święte leć dla nas pustkowie,

Gdzie obok świątyni śpią nasi ojcowie,

Stań tam na rozstaju dróg męki, niewoli.

Gdzie lud łzy przelewa po tem, co go boli...

Tam zbierz te łzy ciepłe i wiej w moją lutnię,

A ból mój ukoisz, co trapi okrutnie.


JEŻELI PRAGNIESZ.


Jeżeli pragniesz poznać źródła te,

Skąd twoi bracia, starzy męczennicy,

Czerpali siły w długie czarne dnie,

By iść na stosy, mrzeć na szubienicy;

Z pogodnem czołem i jasnem obliczem,

Z uśmiechem ginąć za kochaną rzecz,

By srogie męki były dla nich niczem,

By z Bogiem w ustach mknąć pod kata miecz.


Jeżeli pragniesz poznać święty zdrój,

Z którego głębin wśród mąk i katuszy,

Wiecznie gnębiony brat rodzony twój,

Czerpał odwagę, ukojenie duszy;

Skąd on palony, ćwiczony, smagany,

Jarzmo niewoli umiał z dumą nieść,

I skąd, nie bacząc na bóle, na rany,

Czerpał do męstwa i otuchy treść.


Jeżeli pragniesz poznać łono to,

Na którem naród skłaniał swoją głowę,

Gdzie brzmiały skargi na doznane zło,

Zadane ciosy i krzywdy surowe;

Gdzie żółć wylewał, gdzie zawodził jęki,

Od których piekło drżało, trząsł się głaz,

Gdzie nawet katy, zadające męki

Musiały wstrzymać wymierzony raz.


Jeżeli pragniesz poznać zamek ów,

Gdzie praojcowie skarb ukryli miły,

Testament święty, zwoje bożych słów,

Pojące serce i krzepiące siły.

Jeżeli pragniesz poznać skrytkę ową,

Gdzie się narodu ostał wielki duch,

Bosko natchniony, czysty krzyształowo

Gdzie bodźca dostał wszelki ludu ruch.


Jeżeli starą matkę poznać chcesz,

Co pełna uczuć, tkliwości, kochania,

Na pierś swą boleść niezliczonych rzesz

Przyjęła, łzy ich i jęki i łkania;

Która narodu kierowała kroki,

Do której nędzny, wymęczony syn

Przychodził wyznać ból ciężki, głęboki,

Oskrzydlać myśli i natchnąć swój czyn.


Gdy wszystko poznać to pragnie masz,

Wejdź w dom modlitwy, zwyczajną bóżnicę:

Tam w modłach braci twoich płonie twarz,

Natchnione Bogiem, wzniebowzięte lice.

W zimna Siwana, w upały Tamuza, *)

Tam przed Jehową lud wylewa łzy,

Wielkich proroków brzmi tam wieszcza muza,

Tam lepszą przyszłość swą widzi przez mgły.


Tam w cieniu kątów, za piecem, przy ścianie,

Samotne ujrzysz zapomniane kłosy, —

To cień przeszłości, tej która minęła...

Szereg głów widzisz, brzmią zachrypłe głosy;

Tych ludzi pchnęło tu nasze wygnanie:

Studjują tutaj stare, święte dzieła,

Cierpienia swoje chcą pogrześć w Gemarze **)

W legendach starych utopić swą nędzę...


Spójrz na ich karki schylone, na twarze

Świecące ogniem przy zżółkniałej księdze.

Nędzny to obraz dla postronnych ócz,

Lecz jeśli żydem jesteś od spowicia,

Pojmiesz, że jestto dom naszego życia,

Do bytu ludu odnajdziesz w nim klucz.

Jeśli duch Boży nie zgasł w tobie jeszcze,

Jeśli tkwi w tobie uczuć drobny cień.


Porwie cię zapał i przejdą cię dreszcze,

Bo z ust tych ludzi dźwięczą słowa wieszcze,

Nadzieja mocna, wiara w lepszy dzień.

Gdy skrę żydostwa posiada twe serce,

Musisz czuć, bracie, że w tej drobnej skierce

Tkwi szczęt wielkiego ognia... To węgielki,

Co cudem przeszły do obecnej chwili

Po łunie świętej... Ten znicz wzniosły, wielki

Ojcowie nasi ongi zapalili


Na serc ołtarzu... Ich to łza dowlekła

Poprzez katusze, poprzez męki piekła

Nas do tej chwili... Gorące ich modły

Kazały żyć nam, wzgardzić żywot podły

Życie wśród nędzy, cierpienia i troski

W godzinie wczasu wieść byt szczytny, boski,

Do ksiąg prastarych uciec się opieki

I żyć bez końca, nawieki, nawieki!


*) Siwan i Tamuz — miesiące żydowskie.

**) Gemarza — Talmud


PIEŚŃ SIEROCA.


Słyszysz? W głąb lasu słowik zakrada się zcicha

I trwożnie a wstydliwie zaczyna swe pieśnie;

Lecz oto bór ponury szepce mu i wzdycha:

Jeszcze nie czas, zawcześnie, ptaszyno, zawcześnie!


Patrz: nogi nasze grzęzną jeszcze w błocie, glinie,

Nad nami wisi chmura zdrętwiała, zamarła;

Wiatr gniewnie dmie i nad dnie duszy naszej ginie,

Szpetna woda do gardła doszła nam, do gardła.


A las jak zasmucony, niemy nakształt śmierci!

Posępnie marzą drzewa i milczą bez końca;

W serce lasu pręt światła nigdy się nie wwierci,

Las chyba już nie ujrzy ni wiosny, ni słońca.


Na ziemi się tarzają zgniłych liści kupy,

Spiętrzonych tu od wielu lat i siedmioleci,

I wyrwanych z korzeniem drzew prastarych trupy, —

Wszystko tu jest zwalone w jedną stertę śmieci.


Jak głaz grobowy, gnój ten wszelką zieleń gniecie,

Gotując jej mogiłę wieczystą zamłodu:

Bo nim wytryśnie trawa, lub zakwitnie kwiecie,

Wprzód zeschną, zwiędną, zamrą od mroku i chłodu.


Od mrozu podziemnego tam znikną do szczętu,

Obce pieszczotom słońca, całunków słodyczy...

Ach, ileż ich zginęło śród tego odmętu,

Ale ile jeszcze zginie — kto zmierzy, kto zliczy?


Dokoła jęk i zgrzyty: łkają nagie drzewa,

Brwi marszczą głazy leśne, patrząc się złowrogo,

Wśród gałęzi wiatr świszczy i dziką pieśń śpiewa,

Chwasty chwieją się z bólu i ustać nie mogą.


Wicher nuci: pieśń jego posępna i długa,

To szara piosnka życia bez śnień i nadziei,

Ponura, jak dzień dżdżysty, jesienna szaruga,

Jak myśli zbłąkanego wśród śnieżnej zawiei.


A gdy usłyszysz, druhu, drżący głos słowika,

Pierś ci zadrży i w oczach się łzy zamigocą,

To ból ptaszyny biednej w duszę ci przenika,

Bo w śpiewie jej wyczuwasz smętną pieśń sierocą.


COŚ WESOŁEGO.


Z doczesnych uciech nic nie wzięto,

A w raju został pełny dzban,

Czegoź nam braknie? Zróbmy święto

I puśćmy się w siarczysty tan!


Niech lice ogniem się rumieni,

Niech noga żwawe skoki rżnie,

Niech iskry sypią się z kamieni,

Niech mózg zarzewiem płonie w łbie!


Gdzie tylko szczypta żółci skryta,

Gdzie smutek, ból, rozpaczy mrok,

Niech je szał pląsu w sieć swą chwyta,

Niech je wytańczy dziarski skok!


Nie dojedzono, nie dopito,

Nietknięta cała życia treść...

Co tam! Szałowi płacąc myto,

Jak orzeł wzwyż się trzeba wznieść!


Nad morzem cierpień, ran głębokiem

I nad złamanych górą żyć —

Z zamkniętem płyńmy w tańcu okiem,

I niech się stanie, co ma być!


Raz żyje się i raz umiera,

Dość wśród żałobnych szlochać ksiąg,

Niech żyje radość — choć nieszczera, —

Szaleńców skocznych stwórzmy krąg!


Niema dziś ojca, niema matki

Znikł druh i krewny, brat i swat...

Więc na co czekać, lube dziatki?

Dziś braćmi cały ludzki świat!


Niech tańczy stary, tańczy młody,

Niech gra wesoła bucha z lir,

Niech splotą pejsy się i brody,

Niech wszystkich porwie tańca wir.


Niech szał ostygłą krew rozżarza,

Niech się nasz skoczny ciągnie rząd

Hen od szpitala do cmentarza,

Od bóżnic aż po mykwy prąd.


Nie mamy chleba ani chały,

Brak mięsa, ryb dla szerszych kół,

Lecz cóż nam wieczne jęki dały?

Okrążyć w tańcu trzeba stół!


Niechaj się koło kręci szerzej,

Bóg ma głębokie morze łaski:

Ten w bożą moc goręcej wierzy,

Kto skroń w uciechy stroi blask.


Z bród, pejsów rzeki potu biegą,

Za gardziel szczęście dusi was.

Nic! pląsać trza do upadłego,

Powtórzcie wszystko jeszcze raz.


Niejeden został smutek stary,

Niejedna troska pali, żre...

Bez zwłoki wyjmcie więc puchary

I żółć zieloną wlejcie w nie.


Bez ust skrzywienia — napój drogi

Wychylcie i bez drżenia rąk,

Niechaj na złość nie znają wrogi

Tych, co wam serce szarpią, mąk.


Kielichy w górę, z ust piosenka,

Dosyć się trapić, smucić dość,

Niech z oburzenia wróg nasz pęka,

Niech będzie światu to na złość!


O, niema prawdy, niema prawa,

I łza litości znikła z rzęs...

Cóż z tego? niechaj wre zabawa

Na co jej cel, i na co sens?


Niechaj cię wzrok nie wstrzyma wrogi,

Kręć się, mój ludu, śmiej się, pij..,

Niechaj zapory znikną z drogi,

Niech pospadają jarzma z szyj.


Przemoc panuje dziś, zakaty!

Znikł ślad ostatni wszelkich cnót,

Więc warto oddać wszystkie światy,

Za jedną chwilę grzechu, złud!


W POLU.

Tłumaczenie: Jan Kirszrot.


Nie jako ptak-jeniec. który się z pieśnią z matni wymyka

Nie jako lew ujarzmiony, gdy kraty łamie więzienia —

Jak pies, o drodzy, obity, wzgardzony, od prześladowców,

Jam dzisiaj uciekł het w pole, czując swą słabość, bezsilność.


Pola, o niwy! Jak cicho!… Spokój dokoła tu jaki!...

Sam Bóg tu błogosławił bezpieczny kącik żywota.

Widzą tu cisi, jak bujnie kwieci się trudów ich ziarno;

Tu dusza moja iść pragnie... i myśl tu tęsknie się zrywa.


Pójdę, het, w pole, posłucham, co mówi Bóg zpośród zboża,

Co szepcze wiatr, swywowlący po dumnych głowicach kłosów,

Co mruczy strumień rozpędem ze szczytów gór spadający,

Co snuje promień słoneczny i o czym myśli pąkowie.


Pójdę na pola, na błonia i w morzu kłosów utonę —

Zleję się z falą złocistą, jej wolnym ruchem popłynę,

Wsłucham się w lasu milczenie i w tajemniczy szum gajów,

Ucha przychylę do gędźby drzew, cichej a uroczystej.


Do łona ziemi wilgotnej przypadnę, twarz w niej utulę,

I płacząc łzami gorzkiemi, zapytam się rodzicielki:

Powiedz, o matko-ziemico, szeroka, wielka, bogata,

Czemu mnie piersi umykasz? Mnie, pani, ach! łaknącemu?


Cisza dokoła... Za szczyty gór przetoczyło się słońce,

Idę powoli wskroś łanów ocieniających mię kłosów,

Od świata niby odcięty tą ścianą złotą, ruchomą...

Nademną niebo przeczyste... wokoło kłosy i kłosy...


Mgły wiewne tają i cały świat w sieć osnuty pajęczą,

Nikłe ich cienie pełzają po czubach kłosów wilgotnych,

Przygasły złote poświaty. Leciutki wietrzyk porusza

Całą tę falę złocistą... i dumną i roześnioną...


Wtem się zerwał wiatr... Uderzył,

Wstrząsnął całą zbóż gromadą —

Wszystkie wraz zadygotały,

Jak strwożonych owiec stado.


Jak lawina z górskich wyżyn,

Którą moc rozpędna stacza,

Uciekały coraz dalej

Od mych tęsknych ócz tułacza.


Kłosy złote! Skąd ten popłoch,

Co was pędzi, goni nagle?

Czemu złoto skier sypiecie

Na ptaszęcych skrzydeł żagle?


Czy tam mknięcie, gdzie obłoki

Dążą, kędy niema cienia?

Tam, gdzie po dniu słońce idzie,

I stęsknionych dusz marzenia?


Pomału jednak wiatr ucichł, rozprostowały się kłosy,

Podniosły czoła pomięte... Uspokoiła się burza...

Lecz inna burza natomiast w duszy się mej rozszalała

I rozdmuchała tlejące iskry w zarzewie ogromne.


Jak nędzarz stoję przed zwartym murem tych kłosów złocistych,

Teraz dopiero przejrzałem, jak wielka nędza jest moja:

Nie moje ręce trudziły się przy was w męce i znoju.

Nie jam kładł w was krew i siły — nie ja też zbierać was będę.


Ni jedna kropla mi potu w tę czarne skiby nie wsiąkła.

Nie moje modły żarliwe dżdżem was od Boga darzyły,

Nie dla mych ócz krasa wasza i pełnych ziaren obfitość,

Nie moja piosenka radosna podczas żniw tutaj zadźwięczy...


Lecz mimo tego jesteście drogie mi, drogie — o pola...

Wasz obraz mi przypomina braci dalekich, w ojczyźnie,

Oni tam hożo pracują — i może właśnie w tej chwili

Pieśń ich rozbrzmiewa odezwem na moje stąd pozdrowienia.


M. BARKAHAN.


MIASTECZKO.


Rzeczka, mostek dwa trzy wozy,

Prom o kilka sterczy staj,

Żydki ciągną za powrozy,

Kmiotek w ślad im wola: daj!


Tuż przy rzeczce miasto leży,

Pod miasteczkiem droga mknie,

Krzyż, przy Męce kwiatek świeży,

Wokół pola, łąki pstre.


Jest i lasek — w tylnym planie,

Z lasku chłopski jedzie wóz,

Kupczyk-żyd rżnie na spotkanie.

Jest przy chłopie w jeden sus.


Jedzie wózek, konik pędzi,

Ogon strzeże go od much;

Chłopek się na słońcu wędzi,

I na workach siedzi zuch.


Żydek gada, prosi, maca

I koniowi zajrzał w pysk,

Ciężka ta handlowa praca

I niewielki daje zysk.


A zdaleka dwaj handlarze

Ten handlowy sławią ruch:

Skarb zarobił na towarze,

Dobry łeb ma, bodaj spuchł!


Taka braci naszej droga,

Tak żyd przędzie życia nić, —

Jesteś kupcem, chwal-że Boga,

Lepiej to niż belfrem być.


M. BASIN.


ZARANIE.


Już leży ostatnia kochanka w spokojnych ramionach zmęczona

Jak gniazdo w potężnych gałęziach, jak pszczoła drzemiąca w swem roju,

Po mieście wędruje milczenie i tuląc swe dzieci do łona,

Kołysze je, nuci im pieśni o wiecznym i niemym spokoju.


Samotnie domostwa się ciągną, jak stare mogilne pomniki,

Ulica, jak ścieżka cmentarna, lub dziecka zmarłego kołyska,

A lampy, jak świece zaduszne, w żałobne stawiają się szyki,

Spuścizną po księgach ciśniętych jest zmokła kartka z śmietniska,


Nie pieska ożywcze szczeknięcia, ni pianie krzepiące koguta.

Ni jedno gwizdnięcie pastucha nie wieści poranka dokoła,

Jedynie cień życia dziennego, jak ciemna, zgłuszona brzmi nuta,

Jak upiór tułaczy i błędny, co zaznać spokoju nie zdoła.


Noc czarna sprzedała swój towar i sklepik swój szczelnie zawarła

Zdaleka kół turkot łomoce od wozu, co dźwiga kamienie,

Dzień z powiek uwolnił źrenice, przyroda powstaje umarła,

A niema tu ptaszka żadnego, co opiałby ranek przez pienie.


L. BERMAN.


BRATNIA MOGIŁA.


Tam, gdzie się kończy drobna mieścina,

Gdzie ruczaj szumi piosenkę swoją,

Stoi mogiła bratnia jedyna,

Piękne ją kwiatki bogato stroją:


Waśnie, niesnaski — te życia posły,

Czół tych, co śpią tam, nie kryją wstydem

Bo śpi tam polak dumny, wyniosły

W czułym uścisku z wzgardzonym żydem.


Życie plugawe ich rozdzieliło:

Ludzi, na jednej zrodzonych ziemi,

W grobie im razem jest bardzo miło.

Braćmi się czują tam rodzonemi!


SAUL CZERNICHOWSKI:

- (20.08.1875 Michajłówka (gub. Taurydzka) – 13.10.1943 Jerozolima) – pisarz żydowski, tworzący w języku hebrajskim, z zawodu lekarz. Od 1922 r. przebywał w Berlinie, od 1931 r. w Palestynie. Jest uważany, wraz z Chaimem Nachmanem Bialikiem, za odnowiciela poezji hebrajskiej w XX wieku. Czernichowski jest ponadto autorem pieśni lirycznych, poematów, sielanek, m.in. Chezjonot we-meginot (hebr., Wizje i smutki; 1898), także poematów, m.in. historycznych, osnutych na tle pogromu gmin żydowskich w Nadrenii podczas pierwszej krucjaty – Baruch mi-Magenca (hebr., Baruch z Moguncji; 1905). Przełożył na język hebrajski m.in. utwory Homera, Platona oraz Kalewalę.


PRZED POSĄGIEM APOLLINA.

Tłumaczenie: Jan Kirszrot.


Przyszedłem dzisiaj do Cię, zapomniany

Boże potężny dni starożytności,

Który pieśniami władniesz ludów młodych,

Wykwitem siły ich świeżej, młodzieńczej!


Boże potężnych pokoleń olbrzymów,

Któryś wywalczył miejsce nieśmiertelne

Dla bohaterskich synów swych o czołach

Dumnie wieńczonych gałęzią wawrzynu —

Któryś podobny sam do bohaterów,

Jeden z dzierżących berło tego świata,

Pan ludów zdrowych i pijanych życiem,

Obcych bolesnym i chorym narodom;

Boże młodzieńczy, urodziwy, świetny,

Wszechwładco słońca i tajemnic życia

Radosnych, pełnych, barwnych i kwitnących,

Co żyjesz w pieśni, w dźwiękach i promieniach —

Do Ciebiem przyszedł dzisiaj.

Czyś mnie poznał?


Żyd jestem. Walka wieczna między nami...

Wszystkie ogromne wody oceanu

Jeszczeby zdolne nie były zapełnić

Otchłannej głębi między mną a Tobą...

I bezdeń niebios i pustyń roztocze

Mniejsze niżeli dal, która oddziela

Twych wielbicieli od wiary mych przodków,

Dziś mnie tu widzisz! Na drodze życiowej

Już niecierpliwym krokiem wyprzedziłem

Wszystkich, co za mną szli i co przedemną, —


I pierwszy dzisiaj do stóp Twoich wracam!

Już mi obmierzły jęki i konanie,

Łamię dziś wszystkie kajdany mej duszy,

Duszy, co kocha i ziemię i życie!

Lud się zestarzał, a wraz z nim Bóg jego —

Siły, tak długo zduszone przemocą,

Ożyły znowu i w świat pragną lotu!

Światło, o światło! drga we mnie nerw każdy;

Życie, o życie! woła każde tętno,

Światło i życie!...

Więc do Ciebie idę —


Boże — i klękam oto u stóp twoich —

Któryś symbolem jest światła i życia!

Pokłon oddaję wszystkiemu, co piękne,

Co jest potężne w tajnikach stworzenia,

Co bohaterskie, wspaniałe i wielkie!

Pokłon tym wszystkim skarbom, zniweczonym,

Przez małych ludzi z trupią, zgniłą duszą.

Zdrajcy! Skarb życia, wzięty z dłoni Boga,

Pana zastępów i pustyń tajemnych,

Pana zdobywców krainy Chanaan,

Związali ciasno pasami thefilim.


D. EDELSZTAT:

- (ur. 9 maja 1866 w Kałudze, zm. października 1892 w Denver) – żydowski poeta tworzący w jidisz, urodzony w Rosji amerykański działacz anarchistyczny. Mając dziewięć lat zaczął pisać swoje pierwsze wiersze, trzy lata później jego utwory zaczęły ukazywać się w miejscowej prasie. Po pogromie Żydów, który miał miejsce 8 maja 1881 postanowił opuścić Kijów. W 1882 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie przyłączył się do powstającego ruchu anarchistycznego, został członkiem działającej w Nowym Yorku grupy "Pionire der Frajhajt" (Pionierzy Wolności). Grupa ta powstała po aresztowaniu w Chicago tzw. Męczenników Haymarket, jednym z postulatów był ośmiogodzinny dzień pracy, poza Davidem Edelstadtem do działaczy należeli Saul Yanowsky, Roman Lewis, Hillel Solotaroff, Mosze Katz i J.A. Maryson. Członkowie grupy zbierali środki na organizowanie wieców oraz na pomoc dla rodzin aresztowanych w Chicago, m.in. zorganizowali rozgrywki piłkarskie, z których dochód wysłano rodzinom oskarżonych. Czynnie głosili propagandę anarchistyczną wśród licznie przybywających emigrantów żydowskich oraz założyli ugrupowanie skupiające tworzących w jidysz, które opublikowało broszurę opowiadającą o zdarzeniach w Haymarket. Ich działalność doprowadziła do powstania ugrupowań anarchistycznych w Baltimore, Bostonie, Filadelfii i Providence. Utrzymywali kontakt z grupą żydowskich anarchistów w Londynie, a David Edelstadt pisał do ukazującej się w Wielkiej Brytanii w jidysz gazety "Arbeter Fraynd". Był trzecim redaktorem naczelnym "Freie Arbeiter Stimme" (Wolny Głos Pracy), gdzie prowadził kolumny tematyczne i publikował swoje wiersze m.in. cykl poświęcony anarchistom z Chicago. Ciężkie warunki bytowe i stałe niedożywienie spowodowały, że zachorował na gruźlicę, której ostry przebieg sprawił, że w październiku 1891 zrezygnował ze stanowiska w redakcji i wyjechał do Denver na leczenie, mimo pogarszającego się stanu zdrowia nie zaprzestał twórczości. Zmarł 17 października 1892 mając 26 lat. Spoczywa na Golden Hill Cementery w Golden w stanie Kolorado.


PROLETARJUSZ ŻYDOWSKI.


Dźwigamy, bracia, podwójne kajdany:

My niewolnicy, my żydzi...

Antysemici zadają nam rany,

I bogacz nas nienawidzi.


Nas, młode kwiatki, co przyszłość nam każe

Ozdabiać społeczną rolę,

Depczą wypchane worki i mocarze,

Chcą w wieczną wtłoczyć niewolę.


Żebraków czynią z nas i niewolników

I głodu straszą nas zmorą,

Nie znoszą nawet skarg naszych i krzyków.

Gwałt przyjąć musim z pokorą.


Lecz bracia, żywie jeszcze siła duszy,

Co zło zalewa jak fala,

Co burzy kaźnie i kajdany kruszy

I więźniów z fortec wyzwala.


Gdy moc ta rzeknie wyzwolenia słowo,

Narody zadrżą dokoła,

A wówczas ludzkość swą księgę dziejową,

Bez hańby, łez czytać zdoła.


Bracia, cierpiącą wyswobodźmy ziemię

I przemoc pogrzebmy krwawą.

Zwalmy z ludzkości niewolnictwa brzemię.

Do walki stańmy wnet ławą!


Im cięższą walka, tem milszem zwycięstwo,

Tem słodszym owoc wyzwoleń

Kto w boju, bracia, wykaże swe męstwo,

Stanie się chlubą pokoleń.


Na co nam życie bez praw i wolności,

Pod batem srogich tyranów?

Ludu roboczy, rozprostuj swe kości,

Nad losem swym się zastanów.


Przysięgniem święcie, że ziemię skrwawioną

I lud uwolnim z ucisku...

Marsz do szeregu, bojownicze grono,

Ład nowy osiągniem w zysku!


DAWID EINHORN:

- (1886 Karelicze k. Nowogródka – 1973 Nowy Jork) – poeta, tłumacz. Jego ojciec przyjął chrzest i był lekarzem w armii carskiej. Po powrocie do judaizmu porzucił ten zawód i poświęcił się studiom talmudycznym. Syna posłał do chederu w Wołkowysku, a następnie do jesziwy w Wilnie. Początkowo pisał wiersze w języku hebrajskim (od 13. roku życia), po zbliżeniu się do Bundu zaczął pisać w języku jidysz. Publikował od 1904 w czasopismach jidysz. Był uważany za czołowego liryka młodego pokolenia. Łączył w swych utworach nastroje romantyczno-impresyjne z treściami narodowymi, zwłaszcza w debiutanckim tomie poezji Sztiłe gezangen (jid., Ciche śpiewy, 1909) oraz kolejnym – Majne lider (jid., Moje wiersze, 1918). Więziony za działalność rewolucyjną w Wilnie (1911/1912), w 1912 wyjechał do Szwajcarii, lata 1915-1920 spędził w Polsce. Po I wojnie świat w jego utworach pojawiają się motywy zaangażowania społecznego-rewolucyjnego. Był także czynnym publicystą. Jego komentarze społeczno-polityczne, publikowane w bundowskim piśmie „Di Lebens-Frage” (jid., Sprawa Życia [Egzystencji]), zostały zebrane w tomie Szwarc un rojt (jid., Czarne i czerwone, 1920). W 1917 w Nowym Jorku i w Warszawie ukazał się jego tom Wen der friling ruft (jid., Kiedy woła wiosna), a w 1922 – Requiem, poświęcone ofiarom I wojny światowej. W 1920 wyjechał do Berlina. Współpracował z prasą jidysz, m.in. jako korespondent nowojorskiego „Forwerts”. Pisał wiersze, prozę oraz utwory dla dzieci. Często sięgał do folkloru, legend i podań. Od 1940 mieszkał na stałe w Nowym Jorku. Do ważniejszych tomów jego wierszy z tego okresu należy Cu der jidiszer tochter (jid., Do córy żydowskiej). W 1951 w Nowym Jorku ukazały się jego dzieła zebrane (Gezamłte szriftn 1904-1951). Był także autorem przekładów biblijnych, które wydawał od 1922. Uważany jest za największego poetę żydowskiego w okresie bezpośrednio po I wojnie światowej, który wywarł znaczny wpływ na wielu innych twórców.


ELEGJE ŻYDOWSKIE.


I.


Ból na mnie cięży tysiąca pokoleń,

Piętno męczarni moje czoło żre...

O, luba moja godzinę wyzwoleń

Kto wie, czy ujrzy kiedy oko me?


Nie wiem, co silniej gnie ciało i duszę:

Życie Kaina, czyli Abla zgon?

Bo mnie podwójne Bóg zesłał katusze:

Męki konania, pogoń z wszystkich stron.


Zewsząd mnie krzywda spotyka, zniewaga,

Za grzechy wszystkich mnie ukarał los...

Gdzież dawna wiara, męstwo i odwaga,

By chwalić Boga wiedziony na stos?


II.


Znikąd pociechy, nic przyszłość nie wróży,

Wejdź w cichy kącik i tam próżno śnij:

Nie widać końca tułaczej podróży:

Wieczna jałmużna i żebraczy kij.


Niebo Bóg zamknął, jak dom — pan bogaty,

Duch święty głuchy na nasz jęk i łzy;

Nasz ból jest większy niż rozległe światy,

A jakże drobni wobec niego — my.


Świece w świątyni zgasły, zmilkło echo,

Zasnął wierzący, bezpotomnie, dziad...

Ponuro — chyba ma służyć pociechą,

Ze razem z nami wolność traci świat?


III.


Przed Twą ruiną śnię, pełen pokory,

Wierzę, że nowy stać się musi cud...

Cyt... czy nie piszą już tam nowej Tory,

By nowe słońce ujrzał ludzki ród?


O, nie! nie pukaj do obcych podwoi,

Bo własny prorok przestąpi twój próg,

On świat po drodze poprowadzi Twojej,

A ludzkość zadmie w Twój prastary róg.


Czy nie dość, Boże, mych łez, mej rozpaczy,

Niechaj się ziszczą moje piękne sny,

Niech bujnem kwieciem kwitnie kij tułaczy,

Dowiedź, że panem świata jesteś Ty!


DO CÓRY IZRAELA.

(sonety)


I.


Twój wzrok odurza i do płaczu wzrusza,

Twój wzrok podnieca i koi zarazem,

Rodzonej matki jesteś mi obrazem,

Bo ciebie pała ciało me i dusza.


Możesz ostudzić namiętności wrzące,

Zaklęciem — zmysłów wywołać zniszczenie

Lub znów zapalić w piersi mej płomienie;

Całą jaźń moją spopielić jak słońce.


Bo w dwóch niebiosach dusza twa skąpana,

W płomieniach Wschodu i w śniegach Północy:

Raz jak Salome jesteś rozpląsana,

Raz cię znów boleść Magdaleny gniecie,

Spowitaś w krepę, zdobnaś w lilji kwiecie,

A twe oblicze zdradza los sierocy.


II.


Od dni młodości twa postać mnie mami,

Odkąd to latem, w piękną noc piątkową,

Czarowne z ust twych poiło mnie słowo,

Tchnące boskością, z Pieśni nad Pieśniami.


Przed sobą łąkę widziałem zieloną,

Blask rakiet lazur opromieniał siny,

Na łące — ciebie, spowitą w wawrzyny

Dokoła — wróżek pląsających grono.


Jak gołębica z rozpostartem skrzydłem,

Jak biała żmijka igrająca w trawie,

Królewska córa z cudownemi oczy,

Raz śnieżno-biała, raz kraśna jaskrawie,

Powabem dla mnie byłaś i mamidłem

I odtąd duch mój za twym ogniem kroczy.


III.


Los cię na siostrę tkliwą obrał, pani!

By z twego wzroku płynęła otucha,

By w niezgłębnionej katuszy otchłani,

Proroczem słowem pokrzepić nam ducha.


Widziałaś ognie gorejących stosów,

Nas do rusztowań wiodłaś i szubienic,

I znów wróciłaś — mimo krwawych losów —

Z matczynem sercem, z parą jasnych źrenic.


Gdy słyszę przeto, jak żelaza dzwonią,

I wodzę wzrokiem po twoich warkoczach,

Po zdjętej smutkiem twojej śniadej twarzy, —

Odległa przeszłość w głowie mi się marzy:

Z zakutą w pęta widzą siebie dłonią,

A po za sobą — ciebie z łzami w oczach.


IV.


Wiara mych ojców mnie nie wychowała,

By twą urodę podziwiać kobiecą;

Widząc twe wdzięki, które zapał niecą,

Z zamkniętem okiem stanąłem jak skała.


Przez długie lata k’tobie mnie wabiło,

W samotni twoje mamiło mnie lice,

Chciałem twą postać bliżej ujrzeć miłą,

Uroczą z ciebie wyssać tajemnicę.


Nagle przedemną rozwarły się wrota,

Stanęłaś w pełni swej krasy i wdzięku,

Boskie przedemną roztaczając raje...

Wnet mą nieśmiałość zabiła tęsknota,

Jąłem przemawiać bez strachu i lęku,

Językiem, którym mówią kwiatów maje,


V.


Szatan mi zmysły zagrzewał do boju,

Napełnił żyły me dzikiemi jady;

Sercowych ogni twarz zdradzała ślady,

Już zaznać szczęścia nie mogłem w spokoju.


Drażniony żądzą, gryziony sumieniem,

Chciałem rymami uśpić sie dźwięcznemi,

Ukoić serce harmonijnem pieniem,

Snem się niebiańskim oderwać od ziemi.


Lecz kształt twój nagle ukoił pokusy,

Wzrok marmurowy zgasił znicz szatana,

Jak zimna rosa, co spływa ze strzechy;

Zmysłowe wszelkie powypłaszał grzechy,

W podziwie kornie ugiąłem kolana,

Pijąc nieziemskie z ust twoich całusy.


VI.


Wonią majowej nocy upojony,

Przed progiem twoim z tęsknicą czekałem,

Ze mną świat cały czatował z zapałem,

Śląc ci na zwiady gwiazd lśniących miljony.


Nagle ktoś podał mi gałąź kwiatową,

Zwiędłe i zeschłe były na niej liście:

Nie czekaj, wyrzekł, na lubej swej przyjście!

Lecz wziąłem gałąź, lekceważąc słowo.


Wierzyłem w ciebie i w twą moc na świecie,

Wiosenną wonią koiłem wątpienie,

Wierzyłem święcie w umarłych wskrzeszenie...

Wtem... jakieś cuda zaszły tajemnicze:

W blasku gwiazd twoje ujrzałem oblicze:

Zeschnięta gałąź nowe dała kwiecie.


VII.


Gra świateł, cieni w zbożu szczerozłotem

I gra promieni w jasnych wód krzysztale

Li ona mogłaby powiedzieć o tem,

Jak cicho w tobie śnień się toczą fale.


Twój wzrok jaśnieje proroctw tajemnicą;

Zda się Debory oko promieniuje:

Jak wieszcza Mirjam masz świetlane lico,

Gdy usłyszała boskie Alleluje.


Więc gdy cię w sadzie widzę na spacerze,

W tył czarne włosy rzucone bez splotów,

A czoło twoje wzniesione ku górze,

Jako przed Bogiem, klękać chęć mnie bierze,

Ze siebie dla cię uczynić podnóże,

I wierzyć w cuda niebios jestem gotów.


VIII.


Z ziemskiemi — swoje porównaj uroki;

Wznieś dumnie czoło i w świat stąpaj śmiało:

Wysmukła palma powita twe kroki,

Wachlarzem listnym pozdrowi twe ciało.


Poranna jutrznia lśnić się nie odważy,

Gwiazda promiennych blasków nie roztoczy,

Kiedy rumieniec zobaczą twej twarzy,

Gdy blaskiem słońca zaświecą twe oczy.


Kwiaty napoją ust twych cudne rosy,

Twe czoło z śniegiem lśnić będzie w zawody;

Przed twoją piersią marmur się rozkruszy...

Noc czarna w krucze twoje wnijdzie włosy,

Deszcz w brwi twe zleje swe perliste wody,

A cały wszechświat utonie w twej duszy.


LITWA.

Tłumaczenie: Mejłech Chmielnicki:

- (1885 okolice Kijowa – 1946) – poeta piszący w języku jidysz, pisarz i tłumacz, lekarz, popularyzator higieny. Dzieciństwo spędził w Galicji. Od 12 roku życia mieszkał we Lwowie. Medycynę studiował we Lwowie i w Wiedniu, gdzie potem rozpoczął praktykę. W 1939 wyemigrował do Nowego Jorku. Zaczynał od pisania wierszy w języku polskim, pozostając pod wpływem Stanisława Przybyszewskiego. Po otwarciu przed młodymi literatami łamów dziennika „Lemberger Togbłat” zaczął tworzyć wyłącznie w języku jidysz, stając się jednym z czołowych przedstawicieli grupy literackim Jung Galicje. Jego wiersze utrzymane w duchu neoromantyzmu, często pełne były nostalgicznych wspomnień z dzieciństwa. W czasie pobytu Ch. w Wiedniu zaczęły się w jego twórczości pojawiać elementy ekspresjonizmu, choć pisarz nadal współpracował z wiedeńskim kwartalnikiem „Kritik” (ukazującym się od 1920), zwalczającym narastające wpływy tego kierunku. Współpracował też z gazetami: „Wilner Tog” (jid., Wileński Dzień), „Najer Fołksbłat” (jid., Nowa Gazeta Ludowa), „Lodzer Tagebłat” (jid., Dziennik Łódzki). Pisał artykuły głównie na tematy med. do nowojorskiego „Jewish Daily Forward” (tłumaczone z j. jid. na ang.), które zyskały mu wielką popularność i były publikowane także w tamtejszej prasie jid. (jego teksty ukazywały się m.in. w: „Forwerts”, „Cukunft”). Wydał drukiem trzy tomy wierszy. Był jednym z pierwszych tłumaczy literatury żydowskiej na język polski (m.in. L.I. Pereca, A. Rajzena), a równocześnie przekładał na język jidysz wiersze polskich i niemieckich poetów.


Oplotły mnie czarem swym pola, gdzie smutek się snuje

po miedzach,

I szepce coś drzewom samotnym i szarym ugorom i rżyskom.

Oplotły mnie czarem bolesnym błękitne, ponure niebiosa,

Co niemo nad ziemią się kłonią, jak matka nad próżną kołyską.


I zmierzchy różowe milczące, co giną, jak chore sieroty,

I noce, co nurzą się niemo w poświacie bladawej, schorzałej,

Poranki, co rodzą się dziwnie, jak uśmiech na ustach przed

śmiercią

I dnie, co za mgłami się kryją, jakgdyby się życia lękały.


Potoki, co cicho bełkocą i błądzą wśród wierzb rozsochatych,

I łąki, gdzie kwiaty jak szczęście i kwitną i giną bezwiednie,

I gaje brzozowe pogodne wśród czarnych bezkresnych ugorów,

Jak jasne marzenia o szczęściu wśród życia szarzyzny

powszedniej.


Oplotła mnie czarem kraina, gdzie słońce za mgłami majaczy,

Gdzie burza nie wyje wśród gromów — li wiatry się wloką z

niemocą,

Kraina, co tęskni w swym smutku i snuje nadzieje w rozpaczy,

Kraina, co pieśń mą zrodziła — stęsknioną, samotną, sierocą.


PRZED KLASZTOREM.

Tłumaczenie: M. Chmielnicki.


Wysokie mury i drobne okienka,

Za niemi cichy, stłumiony szept mniszy,

Zmierzchu poświata poczciwa i miękka —

Tu przystań wieczna dla snów i dla ciszy.


Oto płomyki w okienkach zadrgały,

Płyną z nich modły ponad drzew korony,

Przedemną, zda się, mnich w sutannie białej,

Mnich-widmo staje... słyszę głos stłumiony:


Wszystkośmy, wszystko zajęli na świecie,

Każdą ścieżynę, każdą ustroń mamy...

Przyjdziesz ty do nas, jak zbłąkane dziecię,

Tułacz posępny, zapukasz w te bramy.


Gdy już tam stracisz ostatnią ostoję,

Gdy lic twych żaden wzrok nie rozweseli,

Ujrzysz otwarte klasztorne podwoje —

I światło błyśnie w twej samotnej celi.

Nikt już nie przerwie ci tej ciszy świętej —

Drzewa tu tylko wiodą rozhowory,

Ujrzysz li łany w bezkres rozciągnięte

I błękit nieba, i uśpione bory.


Wszystko zapomnisz... narodu agonję,

Co stliła serce twe w bezsenne noce.

Samotna lilja, więdnąca w wazonie,

Wsiąknie twój smutek i łzy twe sieroce.


FELD.


TAM, GDZIE WYSMUKŁE CEDRY.


Tam, gdzie wysmukłe cedry niebo tną,

Jordanu wody z gór wierzchołków mkną,

Gdzie prochy ojców śpią pod cieniem drzew,

Gdzie Makabeów polała się krew,

Tam gdzie wieczysta wiosna, wieczny maj,

Jest mój cudowny, miły, drogi kraj!


Choć pamięć o nim jest mi tylko snem,

Chociem rozproszon pośród wielu ziem,

Choć mnie niewoli wciąż ogarnia mrok,

Ku Syonowi kieruję swój wzrok,

Choć-by wygnano mnie na świata skraj,

Modlić się będę o ojczysty kraj!


Lecz gdy boleści i rozpaczy syt,

Mam na obczyźnie zakończyć swój byt,

Zanim do nieba docisnę się wrót!

Połóżcie, proszę, mnie twarzą na Wschód,

Niech w ciemnym grobie poznam, co to raj,

Gdy spojrzę w stronę, gdzie leży mój kraj.


Tam czekać będę wśród podziemnych dróg,

Aż sobie naród swój przypomni Bóg,

Aż się przepełni nasza czara łez,

Aż Pan położy bólom naszym kres,

Aż nas uwolni od ciemięzców zgraj

I nam powróci nasz prastary kraj.


JAKÓB FICHMAN:

- (25 listopada 1881 – 18 maja 1958). Urodził się w Bełzie, Besarabii. W wieku czternastu lat wyjechał do Odessy, dalej – Warszawy i Wilna. Od 1912 roku mieszkał w Palestynie, niemniej kilkakrotnie odwiedzał Europę. Uczył, publikował podręczniki i pracował w kilku wydawnictwach, także w redakcji warszawskiej gazety żydowskiej. W Palestynie redagował kilka czasopism, a od 1936 do 1942 był redaktorem Moznaim, dziennika Stowarzyszenia Pisarzy Hebrajskich. Jego pierwszy zbiór wierszy został wydany w Warszawie w 1911 roku, a jego pierwszy zbiór esejów w Odessie w 1919 roku. Fichman otrzymał Nagrodę Aharonovicha (1942), dwukrotnie nagrodę Bialika (1945, 1953), Nagrodę Ussishkina (1947), Nagrodę Ramat Gan (1956) i Izraelską Nagrodę Literacką (1957).


NADCHODZI WIECZÓR...


Nadchodzi wieczór... Puszczam pieśni wodze,

Coraz donośniej brzmi jej dźwięczne echo,

Kocham ruń blado-zieloną przy drodze,

Co wciąż mi w smutku bywała pociechą.

Zachodu słońca uwielbiam purpury,

Lubię, jak w górach brzmią mych kroków dźwięki.

Ja nie złorzeczę, śpiew mój nieponury.

Samotność tylko bije z mej piosenki.

Wieczór... Czerwieńsze coraz są niebiosa,

Miłuję coraz bardziej piękną ziemię,

Hula wiatr wolny, lśni srebrzystą rosa,

Z nich mego smutku tkałem złote brzemię.

Lecz coraz cięższe brzemię w sercu noszę,

I jestem codzień bogatszy, bogatszy.

Skarby me smutek zwiększa i rozkosze,

A wzrok wciąż łaknie, choć patrzy i patrzy.


DAWID FRISZMAN:

- (31.12.1859 Zgierz – 1922 Berlin) – żydowski prozaik, poeta, krytyk literacki i tłumacz, tworzący w języku hebrajskim. Dawid Fryszman urodził się w Zgierzu, był synem Szaula, kupca i uczonego w piśmie ze Zgierza i Fredy Bejli. Dorastał w zamożnej rodzinie. Odebrał zarówno tradycyjną żydowską edukację, jak i świecką. Choć rodzina przeniosła się do Łodzi, Dawid kontynuował edukację religijną w Zgierzu, u Mosze Benneta. W latach 1900-1905 studiował na uniwersytecie we Wrocławiu. Fryszman już jako nastolatek pisał opowiadania, wiersze i artykuły w jidysz, po hebrajsku i niemiecku. Jego utwory publikowane były w periodykach, przede wszystkim w założonej przez Fryszmana, Jehudę Kantora i Jehudę Kacenelsona pierwszej w Cesarstwie Rosyjskim gazecie codziennej w języku hebrajskim „Ha-Jom”, a także w „Ha-Szachar”, czy „Ha-Tkufa”. Był autorem cyklu lirycznych, neoromantycznych opowiadań, osnutych na motywach biblijnych – Ba-midbar (hebr., Na pustyni; 1923). W 1901 r. Fryszman wydawał również tygodnik „Ha-Dor”, a w 1911 r. – gazetę „Ha-Boker”. W wieku 14 lat przetłumaczył na hebrajski Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumasa. Pierwsze pełnie wydanie dzieł Dawida Fryszmana po hebrajsku ukazało się w Warszawie w 1914 roku, ale zarówno przed tą datą, jak i po niej utwory Fryszmana ukazywały się w wielu zbiorach. W roku 1920, w czasie wojny polsko-bolszewickiej, Dawid Fryszman wyjechał do Berlina. W 1922 r. zmarł tam w wyniku powikłań po operacji.
W Zgierzu, gdzie darzono go wielkim szacunkiem, zdecydowano się uczcić rocznicę jego śmierci nadaniem jego imienia żydowskiej czytelni publicznej.


DLA MESJASZA.

Tłumaczenie: S. Seideman.


I.


Stoi kuźnia nad Jordanem;

W kuźni kowal nocą, ranem

Stoi przy robocie.

Ogień nieci, miechem dmie.

Foch-foch! foch-foch! w miechy dmie —

W szczęściu i ochocie.


Na kowadle się płomieni,

Wije, ciągnie, ogniem mieni,

Gore stali płyta.

Huczy, kując, ciężki młot:

Huk, huk! huk-huk! kuje młot —

Stal się gnie i zgrzyta.


Kuj, kowalu! Niechaj błyśnie,

Niechaj tysiąc iskier tryśnie,

Snopem się rozpali!

Już z pod młota bryzga skra:

Błysk-blask! Błysk-blask! Skrzy się skra! —

Brzmi śród iskier fali.


Hej, co kujesz tam kowalu?

Z najlepszego tnę metalu,

W znoju tu pracuję:

Dla Mesjasza konia tnę,

Hejdod, hejdod, z stali tnę —

Dlań podkówki kuję!“


II.


Stoi tkalnia nad Jordanem;

Tkacz nad tkalnią nocą, ranem

Stoi przy robocie.

Snuje pasmo, toczy wał:

Wir-wir! wir-wir! kręci wał —

W szczęściu i ochocie.


Zwija z krosien przędzy zwoje,

Cienkich nici strzępi roje,

Przez płochy przeciąga.

Przeszło raz w raz nogą tknie:

Tup-tup! tup-tup! nogą tknie —

Nić do nici ściąga.


Ledwie dojrzysz — w szumie, huku

Mknie czółenko, jak grot z łuku,

Żwawe toczy pędy.

Hyżo tu i hyżo tam:

Szust-szast! Szust-szast! sam i tam —

nie widzieć kędy.


Hej! Co, tkaczu, tkasz wzorowy?

Z najpiękniejszej tkam osnowy,

W znoju tu pracuję:

Dla Mesjasza szaty tkam,

Hejdod, hejdod pilnie tkam,

Świetną przędzę snuję!"


III.


Siedzi hafciarz nad Jordanem:

Przy krosienkach nocą, ranem

Siedzi przy robocie.

Igła haftu znaczy szlak:

Ścieg-ścieg, ścieg-ścieg! snuje szlak —

W szczęściu i ochocie.


Liczy ściegi, oczka zbiera,

Na krosienkach rozpościera

Wstęgi koronkowe,

Jedwab, złoto srebrną nić:

Ca-ca! ca-ca! srebrną nić —

Blaski lśnią tęczowe.


Haft kneplowy z aplikacją,

Łańcuszkowy z punktuacją,

Ciągły, urywany —

Wszystko w kanwy wplata szmat,

Sztych-sztych! Sztych-sztych! w kanwy szmat,

Cudnie przetykany.


Hej, hafciarzu! Co za znaki?

— „Najpiękniejsze szyję szlaki,

W znoju tu pracuję:

Dla Mesjasza sztandar-cud,

Dlań desenie snuję!“


IV.


Hen — w niebiańskich stref roztoczy

Sześć aniołów lot ochoczy

Wznosi. Zdjęci troską,

U stóp tronu Pana wkrąg,

Heidod! heidod! stają wkrąg

Ufni w łaskę Boską


Wszystko piękno, czystość całą

Jasność, świetność, moc wspaniałą

Cudów w niebios świecie —

Wszystko rączo zbiorą wraz,

Heidod! Heidod! zbiorą wraz

I wolności kwiecie.


Wszystką litość dla cierpienia

I potężne świeże tchnienia

Ducha moc hartowną —

Wszystko w jeden stopią twór,

Heidod! heidod! w jeden twór.

Siłą swą cudowną.


Hej! Co czynisz, straży gromów?

— „Z wyborowych tu atomów

W trosce wciąż tworzymy:

Dla Mesjasza żywość tchu,

Heidod! heidod! żywość tchu —

Duszę dlań tworzymy.


Leci — o biada, biada z nami!...

Już gotowi są z trudami

Wszyscy — kończą żwawi.

I jedynie tylko nam,

Biada! biada! tylko nam

Pan nie błogosławi...


Snać nie dosyć niezliczonych

Wszech atomów zespolonych

Dla tej duszy lotów:

Niestosownie wypadł zbiór,

Biada! biada! mylny zbiór

Górnych nieb klejnotów!


Nie dość piękna i czystości,

Nie dość świetnej tej jasności —

Płonny trud nasz święty...

Ach, zbyt jeszcze-ż słaby jęk

Biada! biada! bólu jęk —

Ciche-ż zbyt lamenty?!...


Płaczą, płaczą aniołowie...

Wtórem łzawym jęk odpowie —

Kędyś, hen! w przestwory!...

A Mesjasza duszy wciąż,

Biada! biada! żywej wciąż

Niema do tej pory!...


MÓJ MEŁAMED I JEGO KOZA.

Poświęca się „popieraczom” piśmiennictwa żydowskiego w różnych językach.


Niechaj zabrzmi oda wierszem a nie prozą

Na cześć mełameda mego z jego kozą.

Był niegdyś mełamed, zwany rabbi Icze,

Raczej nad-mełamed, jakby orzekł Nitzsche;

Człek mądry, uczony, godny stu piramid,

Odziany nie w łachman, lecz w atłas, aksamit.

A miał kozę dzielną, kozę niepowszednią,

Kozę żwawą z włosem gładkim, sierścią przednią;

Kozę ładną, miłą, kozę nad kozami.

Która swoją krasą stado kozłów mami;

Co umiała skakać, pląsać, hopsać gracko,

Beczyć be-me, me-be — słowem kozę-cacko.

A chuda i cienka była także przytem,

Więc się wyróżniała małym apetytem,

Doić zaś się dała, ile kto zapragnie,

Pokorna, spokojna, jak niewinne jagnię;

Potulna, skromniutka, dobrze wychowana,

Lecz trza dalej śpiewać ku chwale jej pana.

Pan ją bardzo kochał, jak nikogo w święcie,

Pieścił ją i głaskał, niby własne dziecię.

Kochał platoniczne, jako owoc rajski,

W szacie różnej: polskiej, żydowskiej, hebrajskiej...

A że serce miał on jak król nie konował,

Więc ją lubił, kochał, hołubił, miłował;

Od rana do nocy ciągle o niej gadał,

Nad każdziutką skazką jej płakał i biadał,

Lub się oblizywał i mlaskał językiem,

Jakgdyby pił szampan, istny Szato-lkem...

O jednem przepomniał wśród miłosnej wrzawy:

Nie dał jej otrębów, ni siana, ni trawy,

Ani kropli wody, by zwilżyć krew, kości —

Za to wciąż jej prawił o wiecznej miłości;

Miłował ją we dnie, miłował ją w nocy,

Tylko o jej doli nie myślał sierocej.

A biedne bydlątko było coraz chudsze,

Zamiast mięsa — kości, ze szczerbami w futrze...


A czy wiecie, jak się z kózeczką skończyło?

Raz w piękny poranek, albo w nockę miłą

Kochający rebe poszedł do obory,

By, jak zwykle, wyznać jej swoje amory,

Lecz strasznie się przeląkł i zdziwił niemało,

Widząc swojej kózki — wyciągnięte ciało.

Wiecie co się stało? Łamcie ręce obie!

Tak pieszczona kózka nagle... zdechła sobie.

Ordynarnie zdechła ta nikczemna koza,

Niech na cześć jej pana brzmią rymy i proza:

On jej dalej złożył swej miłości piętno,

Kazał jej pośmiertną mowę elokwentną

Wyrżnąć takim, którzy rżną podobne mówki,

Nie dostając również ni grosza gotówki.

Za to on i inni tacy „miłośnicy“

Łzy ronili w domu, w knajpie, na ulicy,

Dymem się pachnącym zaciągając z fajki...


Morał sami snujcie z tej niewinnej bajki.


SZEŚĆ.

(Dramat w czterech aktach.)


Siedzi dziewczę przy okienku,

Pierś miłością drży:

Sześć kędziorów ma na czole,

Z każdej strony trzy.


Mknąc ulicą przeszedł młodzian,

Pełen wrzącej krwi:

Ma sześć włosów w czarnych wąsach

Z każdej strony trzy.


Młodzian czule się umizga,

Głos mu tkliwie brzmi:

Sześć całusów śle panience,

Z każdej strony trzy.


Wtem wszedł papa i młodzieńca

Wyrzuca za drzwi,

Daje mu sześć razy w buzię:

Z każdej strony trzy.


SZYMON FRUG:

- Szimeon Szmuel Frug – (hebr. שמעון ) פְרוּג (פרוג ), (ros. Фруг, Семён Григорьевич) (ur. 1860 pod Chersoniem, Ukraina – zm. 1916 w Odessie) – żydowski poeta. Urodzony na Krymie w rodzinie żydowskich wieśniaków. Do 28 roku życia pisał wyłącznie po rosyjsku, potem już w jidisz, a pod koniec życia po hebrajsku. Jego wiersze, często w formie balladowej, mówią głównie o prześladowaniach Żydów i o tęsknocie do Syjonu. Niektóre z nich stały się pieśniami tak popularnymi, że uchodzą za ludowe. Jest autorem wierszy: Miejcie litość, Piasek i gwiazdy. Zmarł w ubóstwie.



PIEWCA CMENTARNY.


Złe chwile miały niejedne narody,

Ich piewcy łkali, lecz zdala przed niemi

Migała zorza wyśnionej swobody,

Skra wyzwolenia dla ojczystej ziemi.


Ale, mój ludu, próżno w świata wirze

Szukam przykładu dla twych łez, twej męki,

Szukam poety, na którego lirze

Znalazłby oddźwięk twój ból, twe udręki.


Ot piewca nuci śmiałą pieśń bojową,

Drugi rolnika sławi trud ofiarny,

A ja pochodnię trzymam pogrzebową,

I szpadel cmentarny.


Kop bez wytchnienia, kop i kop mogiły,

Bez jęku w piersi, bez łez u powieki,

grzeb płonne mary, wymęczone siły, —

Grzeb, grzeb na wieki.


A noc bez świtu, bez końca niewola,

Płacz, płacz, gdy tamten gnębi i spotwarza...

O, jak jest straszna, jak męcząca dola

Poety — grabarza.


WEZWANIE.

Tłumaczenie: M. Kazanowicz.


Jam poznał ciebie, gdym dziecięce roił sny,

Gdym prządł nadziei nić czarownie i wspaniale,

Gdy jeszcze oczom mym nieznane były łzy,

Gdy cierpień dusza ma nie znała jeszcze wcale.

I tyś zjawiła się w jaśnieniu srebrnozłotem,

Spowita wieńcem róż i szatą jedwabistą,

Wieczornych skrzących się w lazurze gwiazdek splotem, —

Gołąbką z jasnych nieb, anielską i przeczystą.

I rzekłaś wówczas mi w natchnionym swym rozgwarze:

O, spójrz, jak cudny las, jak cicho drzemią niwy,

Jak po zakrętach ich z wietrzykiem lekkim w parze

Wieczorny, złocąc się, mknie ognik migotliwy.

O, spójrz — strumyka plusk, dalekich echo gór,

Pieściwy promień gwiazd, woń świeża róż w przestrzeni,

Jakby zlewają się w niebiański jeden chór

Promieni, barw i brzmień, tchów lekkich i odcieni.

O, spójrz, jak cicho wkrąg i jasno niepomiernie,

Jak wszystko splata się w harmonje, w zgodne pary;

Posłano cię w ten świat, abyś kochając wiernie,

Żyjących w świecie tym miłości uczył, wiary.


Tyś lutnię dała mi... Odwagą żywą tchnące

Palce drgających strun dotknęły zamaszyście,

I rozległ się ich grzmot, i dźwięki czarujące

Strumieniem wartkim z nich runęły potoczyście.

Jam potem wzywał cię, gdy w drżącej piersi mojej

Burzliwe ze snu w lot zbudziły się zapały,

Nadciągły chmurnych dum, złowieszczych uczuć roje,

Gdy jadem duszę mą zwątpienia opryskały.

I tyś zjawiła się spokojna, ale blada:

Zastygły krople łez w źrenicach zadumanych,

Owiała cisza cię, lecz wzrok twój lśnił jak szpada

I igrał złoty blask po rysach twych świetlanych.

Wtem głowę k’piersi mej schyliwszy do połowy,

Z miłością rzekłaś mi, słodyczą i pociechą:

Przejasnym oby był twój odtąd szlak życiowy,

Śnij kochaj, marz i wierz i znajdź u innych echo!“

Jam chciwie słowa twe, jak tchnienie chwytał świeże,

I nowa struna wnet na lutni się zjawiła,

Wnet o miłości pieśń zabrzmiała oraz wierze

I przepotężna w niej ukryta była siła.

Jam wzywał ciebie, gdy w szeregach bojowników

Za miłość, prawdy blask chorągiew wzniósłszy świętą,

Stargałem siły swe pod wrogów ciężką piętą,

Gdy nędznych zbirów tłum wśród dzikich pień i ryków

Postrącał wszystko w kał i niszczył z całą mocą,

Co w ciągu wielu lat o szczęściu mi prawiło.

I oto zjawiasz się... płomienne skry migocą.

Niewinne czoło twe, co wonią tchnęło miłą

Owija z cierni wian... Krew sączy się ze skroni,

Lecz z oczu iskrzy się tajemna jakaś siła...

Wtem długi smutny wzrok utkwiwszy w niebios toni,

Tyś smętnym głosem swym proroczo przemówiła:

Czy widzisz tu tę krew?... O, bądź nieustraszony,

Niech ona, jak i mnie, nie gniewa cię, nie złości...

Ufając w prawdy świt i znosząc ból szalony,

Cierpienia innych ucz i mężnej cierpliwości.


I w chórze wieszczych strun wtem jeszcze jednej struny

Dźwięk głuchy rozległ się, przeciągły i hjobowy,

Niby objętej snem plusk fali srebrnorunej,

Niby ostatni stęk w piosence pogrzebowej...


Już wiele dni i lat zmieniło się w kolei:

Mej duszy wielki ból, co dotąd uśmierzała

Czarowna, dziwna moc miłości i nadziei,

Cierpliwość szorstko dziś dławiła wiecznotrwała.

Lecz boleść wznawia się... Nawałą wrąc ulewną,

Z dna chorej duszy mknie obłokiem ciemno-szarym...

I teraz znowu cię z tęsknotą wzywam rzewną

W rozpaczy modląc się z nieustającym żarem.

O, zjaw się ku mnie, zjaw! Już sił mi zbrakło wcale,

Rozdarły serce me nienawiść, wstręt niewoli;

Jam wierny tobie był: kochałem szczerze, stale,

Śmiech odpowiedzą był na miłość mą atoli.

Wierzyłem, lecz że wkrąg, tak gęsty mrok był jeszcze,

Ginęło wszystko to, co święte i przeczyste,

Na mą zbolałą skroń okrutnych przekleństw deszcze

Polały zewsząd się... Zawiodłem się zaiste!

W tęsknocie ciężkiej jam wsze struny poprzebierał,

Na lutni, którą-ś mi wręczyła czarująco, —

I struna rwała się za struną, i zamierał

Ostatni całkiem dźwięk pod ręką mą drgającą...

O, teraz zjaw mi się! z płonącym w sercu zniczem,

W cierniowym wieńcu swym i z ostrem ócz żelazem;

O, przybądź teraz znów i bądź mi drogowskazem!

O, przybądź, wielka ma, bez ciebie jestem niczem!


UNIEŚCIE MĄ DUSZĘ.

Tłumaczenie: M. Kazanowicz.


Duszę moją unieście w błękitną tę dal,

Gdzie rozłożył się stęp bujny, złoty,

Przeogromny, jak wieczny mój smutek i żal,

Jako brzemię mej cierpkiej zgryzoty.


Tam mą wiarę gorącą i jasne me sny

I me dawne obudzę nadzieje

Tam po stepie rozkosznym gorące me łzy

Wielką falą pienistą rozleję.


A gdy dźwięczniej w strun metal uderzę — wnet z kruż

Zapomniane wyleją się dźwięki,

Po olbrzymim się stepie rozlegną — wszerz, wzdłuż

Moje bóle, tęsknoty i męki.


Duszę moją unieście w błękitną tę dal,

Gdzie rozłożył się step bujny, złoty,

Przeogromny, jak wieczny mój smutek i żal,

Jako brzemię mej cierpkiej zgryzoty.


ZMARTWYCHWSTANIE.

Tłumaczenie: Jakub Appenszlak:

- pseud. Pierrot (1894 Warszawa – 1950 Nowy Jork) – publicysta, prozaik, tłumacz, krytyk literacki i teatralny. Pionier literatury polsko-żydowskiej (m.in. jako współpracownik Biblioteki Pisarzy Żydowskich wydawnictwa Safrus). Współpracował z wieloma czasopismami polskimi i polsko-żydowskimi, m.in. z: „Izraelitą”, „Złotym Rogiem” (jako sekr. redakcji), „Prawdą”, Głosem Żydowskim”, „Chwilą”, „Naszym Kurierem”. Był wydawcą i redaktorem naczelnym „Naszego Przeglądu” (1923-1939) oraz prezesem Żydowskiego Towarzystwa Krzewienia Sztuk Pięknych. Napisał scenariusz do filmu Szachar, jom we-lajla szel Erec Israel (hebr., Świt, dzień i noc Palestyny) z 1934, do którego muzykę skomponował W. Szpilman, a wyreżyserował Henryk Bojm. Związany był z Organizacją Syjonistyczną w Polsce (frakcja Et Liwnot). Tuż przed wybuchem II wojny światowej wyjechał do Genewy, skąd przeniósł się do Nowego Jorku. Redagował pisma polsko-żydowskie (m.in. „Naszą Trybunę, 1940-1950), współpracował z polskim rządem w Londynie. Działał w wielu organizacjach na rzecz żydowskich uchodźców z Polski (m.in. w Association of Refugees and Immigrants from Poland; Federation of Jews from Poland in the U.S.A.; American Federation of Polish Jews; Canadian Federation of Polish Jews). Był autorem dzieła (wydanego w formie książkowej) Mowie polskiej: Poemat; powieści Piętra (Dom na Bielańskiej) (1933); The black Book of Polish Jewry (1943); oraz przekładu Państwa żydowskiego T. Herzla (1915 i dalsze wydania), a także Pamiętników Herzla (t. 1, 1932); przetłumaczył też Notatki komiwojażera (1925) Szołema Alejchema; Motke Ganew (jid., Motke Złodziej, 1925) Sz. Asza.



W błękitnym, wieczornym namiocie nieba,

Daleko gwiazda wieczorna lśni,

A niebo czyste bez jednej chmurki,

W bezruchu wszechświat cały śni.


Dokoła cicho tak, spokojnie,

Tobie tylko, dzieciątko me, źle...

Obcy tobie spokój, odpocznienie,

A noc ślepa, głucha w czarnej mgle.


Gwiazdy twojej nie czują tęsknoty,

Jasne owe, lecz zimne jak stal,

Jeno w mroku błyszczą oczy sowie

I nietoperz leci w ciemną dal...


A na starym śpiewa gdzieś cmentarzu

Ptak bezsenny, skryty w grobów cieśń,

W deszczu treli, dźwięcząca jak srebro,

Płynie słodka, czarująca pieśń.


I ptak śpiewa: „O wy, stare groby!

Niosę wam radosną, świętą wieść,

Wam, co trwacie w strasznym śnie, głębokim,

W noc, co jarzmem dusze, zda się gnieść.


Wiedzcie! Wzejdzie kiedyś jasna jutrznia,

Swojem światłem, czystem niby łza,

Mroczne wasze rozświetli rojenia,

Grób ogrzeje, co w martwocie trwa...


Mesjasz idzie już, niedługo przyjdzie,

Wybawiciel — który zbudzi was,

Do nowego was obudzi życia

I odwali śmierci ciężki głaz"!


Ptaku głupi! Pieśń twoja kłamana

Dawno ją, o bardzo dawno znam,

Mesjasz idzie, już niedługo przyjdzie",

Zadaleko on od naszych bram!


Ci co zmarli mogą długo czekać!

Ale naród nasz — to żywy trup!

Cały naród napół obumarły

Więzi go wygnania wielki grób!


Własną mocą i gorącą wiarą

Z głębokiego się obudzi snu

I sieć nocy zerwie dłońmi swemi,

Sieć utkaną z czarnych mroków lnu.


Bowiem naród nasz stary i chory,

Musi sam grobowy zwalić głaz,

Sam o własnych siłach niech się wyrwie

Z grobów swych, albowiem żyć mu czas.


Niechaj rośnie siłą swą i mocą,

Jak na wiosnę żyzną młody gaj

I niech pójdzie sam, o własnych siłach,

Tam, gdzie własny jego dom i kraj...


I dopiero wtedy Mesjasz przyjdzie,

W traw dywany, w kwiatów kraśny rój,

Przyoblecze wszystkie nasze groby

Jak w odświętny, uroczysty strój.


I na niebie jutrznia się uśmiechnie,

Zejdzie w cień udręki naszej czas,

I ujrzymy, jako w srebrnem świetle

Stanie cały świat dokoła nas.


LEGENDY WSCHODU.

Tłumaczenie: Alfred Lor.


Pamiętną mi wszechnicy sień, —

Tam czystej wiedzy promień złoty,

Niby słoneczny świecąc dzień,

Pchnął duszę mą w nadziemskie loty.

Ale jest stokroć droższą mi

Pamięć dziecinnych przeszłych dni,

Młodości znikł tęczowy sen.

Lecz często zjawi się przedemną

Szereg wesołych, szkolnych scen:

Klasa z tablicą w rogu ciemną,

A nauczyciel — gołąb siwy —

Pomnę, przy małym siedzi stole,

W oczach mu zapał drga prawdziwy,

Jasną zadumę ma na czole,

A twarz rozbłyska smutna, blada,

Gdy świętej księgi baśnie, dziwy

Przeciągłym głosem opowiada...


Młodości ma, — straconyś raj!

Twe słońce raz nam tylko świeci,

Zgodnym wianuszkiem, siądźcie, dzieci,

O, lutnio, dźwięcznie przeszłość graj!

Opowiem bajkę.


Święty kraj

Od niebywałej cierpiał suszy,

Nie dawał cienia liść spalony;

Złotawą główką kłos nie ruszy,

Nie szumią zaschłe drzew korony,

Niwę — jesieni plon bogaty —

Słońce zmieniło w szkielet nagi,

Wyschły strumienie, zwiędły kwiaty...

Naród nieszczęsny — bez odwagi,

Gdy opuściła go nadzieja,

Tłumnym potokiem szedł do chaty

Świętego rabbi — czarodzieja:

O, mężu prawy, pomóż nam

I do niebiańskich módl się bram,

By Bóg odmienił ciągły gniew

I zesłał deszcz na zeschły siew!"


Z pobliskich na najwyższą z gór

Wstępuje z ludem rabbi święty,

Mknie w niebo psalmów zgodny chór,

Kadzideł dym wodnemi skręty

W modrej przezroczy gdzieś przepada...

I płyną modły uroczyste,

Niosąc przed Boga jęk i ból,

Lecz jasna dal, lecz niebo — czyste

I upragniona dżdżu kaskada

Spalonych nie ożywia pól!...


I słońce wciąż ziemię piecze i pali,

Lecz któż tam wychodzi z mglistej oddali?

W skromnem odzieniu wędrowiec ubogi

Spocząć chce — pewno z dalekiej jest drogi,

W górę wzniósł ręce, kij rzucił na stronę,

I płyną modły proste a natchnione,

Bóg, co wichrami kieruje na ziemi! “

Wnet wicher huczy skrzydły potężnemi.

Bóg, który z różnych zgromadza stron chmury!"

Nagle ściemniały przezrocze lazury.

Bóg, który ziemię łaknącą nasyca,

Od dzieci swych nędzę odwraca i głód!”

Po chmurach wije się wąż — błyskawica.

W oczach narodu wypełnia się cud:

Na góry, na lasy, na łan szeroki

Z obłoków płyną ożywcze potoki,

Dziękczynnym hymnem rozśpiewał się lud...


I pyta gościa rabin stary:

Ktoś zacz? Być może jasno czyta

Twój wzrok w tajnikach świętej wiary,

W księdze, co dla nas grzesznych skryta,

W niej często w jednym tkwi wyrazie

Siła, co zgęszcza chmur fiolety?

A może mówię do ascety?

Alboś prorokiem i w ekstazie

Coś rzekł przed chwilą nie pamiętasz?


Nie, rabbi... patrz, ot elementarz,

Jam nauczyciel prosty szkolny.”

Ale dla czegóż jest powolny

Rozkazom twoim żywioł wszelki?"

Nie wiem... Ja staram się kropelki

Mądrości, która wiecznie świeci,

Przelewać w serca małych dzieci.

I codzień szczerze błogosławię

Tego, co chlebem nas obdziela,

Co żyć pozwala nam łaskawie,

Świata — wielkiego stworzyciela...”


SKRZYPCE.


Dzień dobry, panowie, jam muzyk bez skaz:

Mam skrzypce i w grze wprawną rękę.

Hej, dziatki-struneczki, poruszcie się wraz,

Cyt... baczność! zaśpiewam piosenkę,


Sulamit, co mężem Srul-grajek jej był,

Pomyślnie dziś zległa, szczęść Bożel

Powiła mu syna — daj Panie jej sił

I dziecko błogosław to hoże.


Wijają i niańczą go żona i mąż,

Kołyszą, śpiewając do chrypki,

A malec kochany powiększa się wciąż,

Hej, żwawo zagrajcie me skrzypki.


Grajeczek kołyskę opuścił nawpół,

Szczebioce i chodzi pomału,

Już mknie do chederu — „uczęszcza do szkół",

Graj skrzypko, graj pełna zapału.


Już kuje a.b.c. w biblijnych brnie mgłach,

Do nauki pała jak łuna,

Już skończył trzynastkę, wiek ducha, *) wtem — trach?

Co stało się? Pękła mu struna.


Dzień idzie za dniem i za rokiem mknie rok,

Liczniejsze minęło lat grono,

Poważny uczynił on w życiu swem krok:

Zaręczył się — ma narzeczoną!


A ot jest po ślubie — żoneczkę już ma,

Kochają się młodzi, szczęśliwi,

Wnet został i ojcem, lecz skrzypka wciąż gra,

Teść jeszcze bezpłatnie go żywi.


Wikt jednak darmowy zakończył się — ach!

On walki o byt stał się sługą,

Nastroić chce skrzypce, urwało się, trach!

Pękniętą już ma strunę drugą.


Ma córkę „do wzięcia" wysmukłą jak słup,

A drugą już też — bez uroku:

Konkury, wesele — a długi po czub,

Bez złota nie zrobisz ni kroku.


Znów mija lat kilka — a starość już mknie,

Kłopoty od nocy do rana;

Po strunach żywota smyk rżnie wciąż i rżnie.

A już struna trzecia stargana.


Li jedna została — tak ciągnie do nut,

Nasz muzyk grać pragnie gorąco.

Do skrzypiec się bierze, daremny jest trud,

Zapóźno — melodje się mącą.


Skrzypeczki skowyczą i jęczą jak w łzach;

Nie idzie z nich nic — do pioruna!

Struneczka się ciągnie i ciągnie, wtem trach!

Ostatnia podarła się struna.


Na ziemi bez strun leżą skrzypki, — bez sił,

Jak człowiek co serce mu pęka,

Któż wie, że są skrzypce, że grajek z nich żył?

Skończona bezmyślna piosenka!


*) Z ukończeniem lat trzynastu zaczyna się dla żyda dojrzałość religijna.


NAGROBEK.

(Wiersz napisany po pogromie w Kiszyniowie.)


Ofiary drogie, czyste, święte

Za naszą wolność, za nasz byt...

Wróg jeszcze bije, rąbie, siecze,

Zwycięstwa" jeszcze nie jest syt.


Kat jeszcze swoich rąk nie obmył

Z krwi naszych synów, naszych cór:

Wciąż wiszą jeszcze zamki stare

I stoi jeszcze stary mur.


Nie możem dziś was opłakiwać:

Powietrze nienawiścią tchnie,

Pierś dyszy gniewem, buntem, zemstą,

A burza mknie i rwie i zwie.


Nam czasu brak na łzy, szlochania,

Na żale, skargi, jęk i zgrzyt...

Ofiary czyste, jasne, święte

Za naszą wolność, za nasz byt...


Uderza bęben, grzmią szofary,

Sztandary wieją z wszystkich stron:

Dopiero bój się rozpoczyna,

Lecz bój na życie i na zgon.


Ale wśród burzy dzikich gromów

I pośród wrzasku wrażych zgraj,

Wam ciche śle „El mole rachmim" *)

Dziś cały naród, cały kraj.


*) Modlitwa za umarłych.


DAWNIEJ A DZISIAJ.


Krymki i pantofle z pończochy długiemi,

Pejsy zawijane aż po lica spód,

Długie łapserdaki, sięgające ziemi,

Morze niestrzyżonych, rozczochranych bród,


Czapki sobolowe, jarmułki, „letniki“

Przy kapocie lśniący atłasowy pas...

Gdzie się podział czas ów barbarzyński, dziki.

Głupi, lecz kochany starodawny czas?!


Dziś żydzi we frakach z białą kamizelką

Galopują dziarsko wśród błyszczących sal,

Żydówka w brylantach jest dziś panią wielką,

Codzień raut i piknik, fajwoklok i bal.


Wszystko delikatne, subtelne, kształcone,

Gdzie spojrzeć — medali i dyplomów las...

Gdzie są dawne czasy nazawsze minione,

Głupi, barbarzyński, lecz kochany czas?


Gdzie są dawni męże i dawne kobiety,

Gdzie jest serc żydowskich bogobojny wdzięk,

O, gdzie jest skąpany w rzewnej łzie obfitej.

Z głębin serca mknący, nasz żydowski stęk?


Gdzie druh-brat zwyczajny szczery, starodawny.

Bez ukłonów kłamnych i fałszywych kras?

Gdzie się podział głupi, dziki, niezabawny,

Lecz miły, kochany bezpowrotny czas?


POGROM.


Krwi strumienie, łez potoki,

Pożar niszczy wzdłuż i wszerz:

Znów ktoś dzikie, krwawe hasła

Pośród ciemnych rzucił rzesz.

Matki jęczą, ojce płaczą,

Dzieci krzyczą, starce drżą,

Na ulicach leżą trupy,

Ziemia ich zroszona krwią.

Bracia żydzi! miejcie litość,

Głos męczonych mknie do nieb:

Dajcie zmarłym na całuny,

Ofiarujcie żywym chleb.


Chociaż trudno współczuć zdala.

Gdy się tych nie widzi mąk,

Łatwo zgadnąć ból i rozpacz

Ofiar nędznych, dzikich rąk.

Z setek serc jęk jeden płynie,

Jeden ogień z setki chat,

Cały naród jest sierotą,

Gdy ktoś za cześć jego padł.

Bracia-żydzi! miejcie litość,

Głos męczonych mknie do nieb,

Dajcie zmarłym na całuny,

Ofiarujcie żywym chleb.


Krwi strumienie, łez potoki...

Pełen zgliszczy wielki gród,

W okna strach zagląda, trwoga,

Trza ratować, koić głód,

Słaba nasza ręka w boju,

Jej się nasz nie lęka wróg,

Niechże czułe serce nasze

Śle pociechę pośród trwóg.

Bracia-żydzi! miejcie litość,

Głos męczonych mknie do nieb,

Dajcie zmarłym na całuny,

Ofiarujcie żywym chleb.


TE DEUM.


Dzięki ci, Panie, wszechmogący Boże,

Że nie ukryłeś mnie pod skrzydła swoje,

Gdy mnie ciemięzców otoczyły roje...

Żem nie utopił ich krzywdy w pokorze.


I za to, Panie wielki, chwalę Ciebie,

Że mknąc po krajach w niewolę z niewoli,

Jam niewolnikiem nie był swojej doli...

Za męki ziemskie nie chcę nagród w niebie.


Chcę z dumnem czołem iść po życia drodze

I wrogom swoim oświadczyć mam męstwo.

Że nie wybaczę, iż mi ślą przekleństwo

I że mnie krzywdzą niewinnie a srodze.


Dzięki Ci za to, że jam tęsknić w stanie

Za życiem pełnem szczęścia i wolności...

Za gniew mój, w którym bunt namiętny gości,

Dzięki ci, Boże, wszechmogący Panie!


PIASEK I GWIAZDY.


Księżyc i gwiazdy, powiew wiosny świeży,

Noc piękna śpiewa swoją pieśń bez słów,

Prastara księga na stole mym leży.

Po raz tysięczny czytam dziś ją znów.


Czytam i myślą we wspomnieniach grzebię,

Głos Boga słyszę, co brzmiał dawno już:

Mój ludu, będziesz, jak gwiazdy na niebie

I jako piasek nad brzegami mórz!


O, Panie, starzy mędrcy nas uczyli,

Że ściśle pojąć trzeba słowa twe:

W należnem miejscu i właściwej chwili

Każde ze słów twych musi spełnić się.


O, tak! zasady tej życie nie plami,

Potwierdza świetnie ją obecny czas:

Jak z piaskiem każdy, co chce, robi z nami.

Bezkarnje wszyscy nogą depcą nas.


Tak, jako piasek nędzny, jak kamienie,

Nas pośród wszystkich rozproszyłeś ziem,

Lecz gdzie gwiazd niebnych złociste płomienie,

Czem do gwiazd, Panie, podobniśmy, czem?!


KIELICH.

Tłumaczenie: H. Czerwiński.


Powiedz mateńko, zaliż to prawda —

Iż przed boskimi tam... trony

W niebie — jak dziaduś, siwy powiadał —

Jest kielich wielki... złocony?


Ileż to razy podłość wysmaga

Ludzka — te biedne rzesze tułacze —

Bozia łzę w kielich gorzką uroni

I nad ich dolą zapłacze...


A gdy się łzami po same brzegi

Wypełni kielich złocony —

Zejdzie na ziemię,

ów w pieśniach śniony

I upragniony

Przez cały lud cierpiący,

Mesjasz — mateńko?...”

— „O tak ty moja dziecino,

Prawda — kochanie!"

Smucąc się matka odpowie, —

A dziecko główkę podpiera

Wątłą rączyną

I chwilę duma, — poczem pytanie

Zadaje nowe. „Powiedz, mateńko,

Szczebiocze dziecię — czy się uzbiera

Kiedyś w kielichu łez tyle,

By szedł ten Mesjasz drogi na ziemię,

Zanim będziemy wszyscy w mogile?”

...A może kielich bezdenny?"

I niknie z lica uśmiech promienny —

I myśli dziecię, patrzy matce w oczy,

Zali się dusza jej nie rozmroczy?

I smutno dziecinie...

Błysnęła łezka, jak perła,

W matczynych rzęsach.

Potem na czoło opadnie…

...Czy dziecię myśli jej zgadnie?

Przyjmij, kielichu, coś w niebie,

i tę łzę ludzką do siebie...


TRZY KSIĘGI.

Tłumaczenie: Leo Belmont:

- właśc. Leopold Blumental; używał też innych pseudonimów, m.in. Leon Bielski, Lew Gorski, Acosta (1865 Warszawa – 1941 tamże) – prozaik, dramaturg, poeta i publicysta piszący po polsku, redaktor „Wolnego Słowa” (1907-1913). Absolwent prawa Cesarskiego UW. Jako publicysta śmiało występował w obronie liberalizmu (pięciokrotnie więziony przez władze carskie). Był niezwykle płodnym pisarzem. Propagował esperanto (por. Zamenhof Ludwik); był założycielem Polskiego Towarzystwa Esperantystów. Chrzest przyjął już w wieku dojrzałym (przed 1913). Publikował m.in. w „Izraelicie” (zerwał współpracę po proteście H. Nussbauma). Z czasem – zwłaszcza w okresie międzywojennym – jego wypowiedzi nabrały cech wrogich wobec judaizmu (występował również jako jego „znawca”) i niechęci do Żydów. W „negatywnych cechach ich charakteru” dopatrywał się wpływu getta. Wśród wielu wydanych książek sprawom żydowskim poświęcił m.in.: poematy Drży głos bolesny mój… (1908) i Klątwy ghetta (1908); Krótkie streszczenie odczytu… „Polski Żyd XVIII stulecia”. (Polacy i Żydzi w XVIII wieku w pojęciu współczesnego im Żyda-filozofa), (1908); Mojżesz współczesny. Powieść-studium (t.1: Rozdroże Teodora Herzla; t. 2: Fata morgana państwa żydowskiego, 1931); Mojżesz współczesny (1930); Pyrrhusowe zwycięstwo rabinów w sprawie uboju rytualnego czyli „Szechita” w świetle Talmudu… (1936); Kwestia żydowska. Deklaracja OZON-u i komentarze (1938) oraz – opatrzone wstępem – tłumaczenie autobiografii S. Majmona (1913). Zmarł w październiku 1941 w getcie warszawskim. Pochowany został na cmentarzu ewangelickim (za jego grób gminie ewangelickiej zapłacił Judenrat).


I.


PIEŚŃ NAD PIEŚNIAMI.


Ach śpiewaj: Zapala się zorza wieczorna,

Zefirów skrzydełka chłód niosą,

I zdrzemnął się kraj gileadzki i marzy

Mgłą siną spowity i rosą.


Jedynie na szczycie Karmelu skalistym

Różowe promienie się kładą,

Górzystą drożynką pastuchy spóźnione

Już pędzą ostatnie swe stado.


Ach, gdzieś ty, mój luby? gdzie namiot twój biały?

I kędyż trwa droga daleka?

Gdzie pasiesz twe stado? i gdzie odpoczywasz

Gdy słońce w południe dopieka?


Czyś głos mój dosłyszał? Czy widzisz namiętność.

Co czarnem wystrzela mi okiem...

Ach! długo szukałam mojego kochanka,

Gdy ziemia spowiła się mrokiem.


Ach! długo szukałem i nam go nakoniec!..

Wzrok jego mnie pali, zachwyca,

On lewą swą rękę pod głowę mi złożył,

A prawą tak pieści me lica!


Sklepieniem nad nami splatają się cedrry,

Zamknęły nas mirty ścianami,

A trawy wilgotne i róże sarońskie

Rozsłały się łożem pod nami.


Przecudne obrazy!.. Tę pieśń nieśmiertelną

Salomon — król tworzy na tronie;

A jasny poranek promieńmi wesela

Na czole mu igra i plonie....


Młodzieniec w koronie po lirze swej szybko

Białemi przebiega palcami,

I pieśń z aromatów i z ogniów — miłosna

Dźwięcznemi się leje falami...


lI.


PRZYSŁOWIA.


Już lira miłosna, kwiatami spowita,

W dalekim gdzieś kącie spoczywa;

Pod chmurną, poważną milczenia pieczęcią,

Już słodka się pieśń nie odzywa...


Poranek ustąpił upałom południa,

I oto z ust króla surowo

Wylewa się potok kipiący — płomienny;

To „przysłów“ potężne mknie słowo.


Gryzącą satyrą biczuje swawolę

Rozkoszą, wygodą pomiata,

I pracę wytrwałą, w swej wielkiej mądrości,

Osadza na tronie wszechświata.


Tak, praca wytrwała, robota wesoła

W porannej różowej godzinie,

A cichy spoczynek i ciepła modlitwa,

Gdy zmierzch wraz z wieczorem nadpłynie.


Pić wodę jordańską z trzeźwego kielicha,

Zjeść małą garść ziaren suszonych,

Pokrzepić się we śnie marzeniem niewinnem

Oddychać śród lasów zielonych!...


Stroń, synu, od uczty pijanej, szalonej,

Od dzikiej namiętnej swawoli;

I nigdy nie zawierz objęciom kobiecym,

Bo one to uczą niewoli!...


Ach, nie wierz słodkiemu ogniowi rozkoszy,

W nim siła nazawsze przepada;

Na łzy i na smutek ponury się zmienia

Wesołość, i śmiech, i biesiada...


Tak, słodko — zapomnieć, lecz prędko się skończą

Minuty rozkosznych twych złudzeń...

Sen pierzchnie za chwilę i radość twą przerwie

Okropna godzina przebudzeń.


Więc przeklnij hulanki pijane, szalone,

I stroń od namiętnej swawoli,

Nie rzucaj się nigdy w objęcia kobiece,

Bo one to uczą niewoli!..“


***


Z królewskiej wyżyny śniącego Libanu,

Ze wzgórz Efraimu zielonych,

Zstępuje bogini poznania, mądrości,

I spieszy do komnat złoconych.


Jej głowa potężna, laurami spowita,

Jaśnieje w wieczności koronie...

Południe swe złote promienie rzuciło

Na czoło twe, o Salomonie!


Mąż wielki w koronie nad księgą się schyla

A z ust jego głośno, surowo,

Słów potok się leje, jak rzeka kipiąca:

To „przysłów" wspaniałe mknie słowo...


III.


EKKLEZYJASTA.


Na zachód schyliło się słońce czerwone,

I zmierzch wieczorowy, ponury,

Cichutko się przekradł przez okna pałacu

I cieniem swym okrył marmury.


Spójrz, tam pod kolumną On siedzi... Na plecy

Kędziory mu srebrne spadają,

A myśli głębokie, a myśli pochmurne

W przygasłych mu oczach błyskają.


Poznałem już wszystko, co serce przynęca, —

Tak szepce on z gorzką tęsknicą, —

Zrywałem najlepsze rozkoszy owoce

Zuchwałą i silną prawicą.


Potęga i rozkosz i tłumy służalcze

I władza, co światy zagarnia, —

Ach wszystko to marność, o! marność bez celu,

Dla ducha chorego męczarnia...


Tajemnej mogiły granice tak wązkie

I sen tam i ciemność na wieki.

Jak żebrak spać będę pod pysznym grobowcem

Ja, niegdyś od smutków daleki...


I lata przeminą, i pomnik zapadły

Mą wielkość zagrzebie ruiną...

I echa mej sławy w pamięci potomków

Powoli na zawsze zaginą.


Używaj więc swojej młodości, młodzieńcze,

W zbytkownych rozkoszach miłości,

Śród gwarów i śmiechów pijanej biesiady

I w wirze szalonej radości!...


Bo lata — sekundy, jak wicher, przebiegną;

Czas wszystko, co przeszło, zagarnia;

ach, wszystko to marność, o! marność bez celu,

Dla ducha chorego męczarnia!”


I zaszło już słońce za góry chermońskie,

Co szczyty swe wyniosły w półkole...

I wieczór legł cieniem na czole królewskiem,

Na bladem, zmarszczonem już czole.


Król-starzec w koronie nad księgą się schyla

Pochmurną i siwą swą głową, —

I złote marzenia szczęśliwej przeszłości

W pamięci odtwarza na nowo...


FATA MORGANA.

Tłumaczenie: Leo Belmont.


Nie tam, gdzie nieba strop, palącym dysząc znojem,

W powietrze leje żar i wskroś tęsknotą tchnie,

I gdzie czerwony step piasczystem łonem swojem

W bezbrzeżną tonąc dal, w ponurym drzemie śnie;

Nie tam, gdzie z braku wód znużona karawana

Leniwy wlecze krok, brnąc w piasku po kolana,

Gdzie smagły stepów syn, Beduin z chmurnym wzrokiem,

Swój zaostrzony słuch wytęża nadaremnie,

I chwyta każdy dźwięk, i tęskni potajemnie,

Śród tych zamarłych stron, pod niebem tem szerokiem,

Nie tam, lecz tutaj, tu, gdzie zorza taka blada,

I gdzie w wilgotną mgłę blask słońca tęsknie wpada,

Tu śród północnych stref, ja marzę... ileż razy

Powietrzny szereg widm i światła i obrazy!...


Żegnajcie wszyscy wy, współbiesiadnicy mili,

Wy, coście ze mną wraz za głośną sławę pili!

Od moich dawnych snów uciekam w szlak surowy;

Ja innych kwiatów chcę. ja zorzy szukam nowej,

I inna sława dziś błysnęła mi w oddali

W tajemnej czarów mgle... Nie szczękiem groźnej stali.

Nie ślepych mocą sił, nie krwią, co bucha z łona, —

O, sława ta nie tem zdobyta i kupiona:

Z tablicą mądrych praw, z cudowną pieśnią wieszcza,

Przed cichy kroczy tłum i tam się zjawia ona,

I wróżbą wielkich dzieł zdziwiony słuch upieszcza,

I wszystkich podłych dróg klnąc ciemność i zawiłość,

Zwiastuje prawdy blask, wszechwolność i wszechmiłość,

Na głowie wieniec ma, nie z mogił smętnych szyków

Zebrane kwiaty w nim — i tron jej nie ruina:

Ma ona zastęp sług, lecz nie ma niewolników,

Modlitwę zna bez łez, wesołość zna bez wina.

Nie gwarna uczta jej — lecz za to wolna droga

Prowadzi przed jej stół. I nie pytają tam:

Gdzie jest ojczyzna twa? W jakiego wierzysz Boga?

Za kogoś wznosił miecz, czyś ty podobny nam?!“

Przybądźcie wszyscy tu, przybądźcie prawem gości:

Ktokolwiek zrobił coś dla prawdy, dla miłości,

Kto walczyć z mrokiem, z złem, szedł śmiało na bezdroże;

Kto kroplę szczęścia wlał w ludzkiego bólu morze!”

I oto idą już... od wschodu, od zachodu,

Z południa pysznych pól, z północnych idą śniegów...

Ach, słyszę brata głos — jak zabrzmiał śród szeregów.


Wiem, niestety

Że to jest tylko sen, dziwaczny sen poety,

Co może nigdy, ach, nie wcieli się w tym bycie,

A ja zeń, Boże mój, me całe czerpię życie!


Gdy śmierć i zło i mrok ze wszystkich pełzną stron,

Ten sen użycza sił i wiarą moją — on

Jak cherubina blask lśni śród cmentarnej głuszy,

Tak lśni mi wiara ta, o Panie moich losów!

Więc nie daj zniknąć jej ze smutnych mych niebiosów,

Nie dozwól zgasnąć jej w zbolałej mojej duszy!


OPOWIEŚCI DZIADUNIA.

Tłumaczenie: R. H. I Samuel Hirszhorn.


Coś smutnego czytasz, dziadku,

W książce starej i zniszczonej,

Bo spływają łzy obficie

Po twej twarzy pomarszczonej.


Ale rzuć te smutne myśli,

Porzuć książkę smutnej treści,

Opowiadaj nam wesołe

Bajki, baśnie, opowieści.


Nie znam, dziatki, żadnej baśni,

Ludzie inni wiele znają,

Czczą te baśnie jak świątynię,

I swą prawdą nazywają.


Ja wam lepiej to opowiem,

Co prastare głosi dzieło,

Książka zmięta zniszczona:

Wiele lat już upłynęło.


Gdy dziadkowie wasi starzy,

Jeszcze czytać się uczyli,

Dziećmi byli maleńkiemi

I w ojcowskim domu żyli.


Dobrze dzieciom w domu było

Pod ojcowskiem czujnem okiem,

Na rodzimych polach, niwach,

Na przestworzu, na szerokiem,


Ale myśmy byli skorzy

Do niesnasek każdej chwili

I w sąsiedzkich grzązkich błotach

Bardzo często się brudzili.


I rozgniewał się nasz ojciec,

Kazał tułać się po świecie:

Z sąsiadami, rzekł on, żyjcie

Jeśli do nich tak ciągniecie".


I poszliśmy na tułaczkę

Coraz dalej, coraz dalej,

Nie lubili nas sąsiedzi

I okropnie traktowali.


Ten, by duszę nam znieprawić,

Skarby nam przekładał duże,

I choć naszej chciał zagłady

Bywał wilkiem — w owczej skórze.


Ów nas krajać, spalić kazał

Z okrucieństwem najstraszniejszem,

Dla zbawienia w życiu przyszłym,

I dla męki w teraźniejszem.


Byli ludzie tam jak żmije,

Jak kamienie, jak zwierzęta:

Każda chwila się stawała

Wśród nich ciężka i przeklęta.”

Ależ, dziadku, przecież długo

Trwać nie mogło takie życie?

Długo, długo, moje dzieci,

Ale czemuż się dziwicie?


To, co było — jest i teraz

I, być może, zawsze będzie,

Bo zwierzęciu ciągle ciasno

Z tem co ludzkie, w jednym rzędzi.


Źle nam było, źle nam będzie,

Silne wciąż nas tłuką pięście,

Lecz zła dola jest nam drogą,

Bo w niedoli — nasze szczęście.


Posłuchajcie: burza wyje,

Morze huczy, aż przestrasza

Szerokie, jak nasza wiara,

Głębokie, jak boleść nasza.


Pieniąc, kłębią się bałwany,

Te symbole naszej męki:

Fale te — to są łzy nasze,

Burza ta — to nasze jęki,


Wody w morzu tym wzbierają

Z każdym dniem, każdą godziną

A z powrotem w ciągu wieków

Fale pieniąc się wciąż płyną.


Ale za to po odpływie,

Gdy wstępują w brzegi fale,

Pięknym drogim podarunkiem

Obdarzają nas wspaniale.


Gdzie przed chwilą się widziało

Łzy, cierpienia i zgryzoty,

Teraz, wzrok nasz napawając,

Cenne, drogie lśnią klejnoty.


Szafirami, rubinami

Nie są drogie te kamienie,

I nie służą dla strojnisiów

Jako ciała upiększenie.

Te kamienie drogocenne

Naszą duszę zdobią, piększą,

By szlak życia oświecała

Swą jasnością jeszcze większą.


To jest, dziatki, wiara nasza,

Wiara twarda, jako kamień,

Wiara, która lśni jak słońce,

Jasnym blaskiem bez omamień.


Ze spokojem i bez strachu

Znosim wrogów ciężkie pięście,

Bo w nieszczęściu nasza wiara,

A w tej wierze — nasze szczęście."


Tak dziadunio bardzo często

Opowiada smutne dzieje,

Opowiada, płacze rzewnie

I przez łzy się cicho śmieje.


GOLDBERG.


DWÓCH CHASYDÓW.

(Na nutę „Dwóch grenadjerów")


Dwóch dzielnych chasydów do Kocka coś mami:

Na Kuczki chcą iść do cadyka:

Jak święty ich rebe rozmawia z duchami

Usłyszeć — ich żądza przenika.


Wtem słyszą po drodze wieść smutną, straszliwą,

Aż biedni zadrżeli ze zgrozy:

Za jakąś praktykę nabożną, czy dziwo

Cadyka zabrano do kozy.


Strapiła chasydów ta wieść niewesoła,

Aż skóra im cierpnie na grzbiecie:

O, biada mi, bracie, — z nich jeden zawoła:

Od tego mnie nagła śmierć zmiecie.


I drugi ma oczy łzą smutku zroszone,

Lecz nie chce snać umrzeć za młodu:

śmierć dla cię nietrudna, — ja dzieci mam, żonę

Te zdechną bezemnie tu z głodu.

O, cóż nas obchodzi i żona i dzieci,

Skierujmy nasz wzrok do obłoków,

Niech sobie zdychają, jak psy, w kupie śmieci,

Nasz rabbi, nasz rabbi śród oków.


Mam prośbę do ciebie: w ostatniej minucie,

Gdy snem już wieczystym zadrzemię,

Pochowaj mnie, bracie, na kockim kirkucie,

Bo w Kocką ja pragnę wnijść ziemię.


I tałes sobotni z srebrzystym wyłogiem,

Z szerokiem rzemieniem naczółki,

I szofar, dzban wódki — u raju przed progiem

Bym trąbić mógł z rebem do współki.


Spokojnie zachranię tak pośród mogiły

Wiecznego mi snu nic nie skłóci,

Aż kiedyś usłyszę cadyka głos miły,

Gdy w szabas mi zmires *) zanuci


Wtem rebe podepcze na grobie mym liście

To śmierć mi wnet życiem upiększy:

Wychylę kruż wódki — zatrąbię siarczyście

I hejnał wypuszczę największy.


*) Zmires — śpiewki sobotnie.


MICHAŁ GORDON:

- (1823 Wilno – 1890 Kijów) – poeta, zwolennik haskali; szwagier Jehudy Lejba G., na którego wywarł znaczny wpływ. Debiutował elegią na śmierć M.A. Gincburga (1846). Współpracował z wieloma czasopismami hebrajskimi. Pisał w językach jidisz i hebrajskim. Poza utworami poetyckimi opublikował m.in. historię Rosji – Di Geszichte fun Rusłand (jid.; 1869). Sławę przyniosły mu wiersze w języku jidysz. Część z nich weszła do kanonu literatury ludowej (wiele krążyło w odpisach po całej strefie osiadłości, niektóre znane sątylko z przekazów ustnych). Najbardziej pełne ich wydanie ukazało się pt. Jidisze lider (jid., Żydowskie pieśni [wiersze], 1889). B gorącym zwolennikiem haskali. Atakował chasydyzm i cadyków. Pod względem formalnym jego wiersze stanowią etap pośredni między twórczością ludową a poezją profesjonalną. Wywarły one duży wpływ na kształtowanie się literatury jidysz.


MÓJ TESTAMENT.


Mam wkrótce umrzeć, moje dziecię,

I w lepsze życie wybrać się,

Więc nim na tamtym będę świecie,

Wysłuchaj szczerze słowa me.


Jam ci zasady wpajał zdrowe,

Przez cały życia mego czas:

Masz czułe serce, mądrą głowę,

Więc słowa me nie pójdą w las.


Lecz skreślić muszę w testamencie

Słów kilka, nim mi zbraknie tchu:

Gdy skończysz dzienne swe zajęcie

Wczytuj się w to, co piszę tu.

Gdy urodzony jesteś żydem

Bądź nim do końca twoich dni,

To imię z czcią noś, nie ze wstydem,

Bo ono w dziejach chwałą lśni.


Choćbyś w najwyższej był godności,

W żydostwie trwaj wśród obcych rzesz,

Są ludzie pełni dla nas złości,

To dzicy głupcy, wierz mi, wierz.


Bo nazwa „żyd“ jest naszą sławą,

Mimo, że nędzny jest nasz los,

Broniliśmy jej walką krwawą,

Mknąc pod katowski miecz, na stos.


Wogóle ludzkość, świat nasz cały

Ma prawo wieść swobodny byt:

Bogacz i nędzarz, wielki, mały,

Mocny chrześcijanin, słaby żyd.


Więc nie gardź, dziecię me, nędzarzem,

Choć Bóg go dotknął dolą złą,

Nie korz przed możnych się ołtarzem,

Bo wszyscy ludzie równi są.


Na robotników biedne tłumy,

Co noszą wodę, rąbią drwa,

Nie miewaj spojrzeń, pełnych dumy,

Bo nie jest hańbą praca cna.


Dla głupców nawet nie miej wzgardy,

Bo gdy jest dziki ten i ów,

To przeto, że ma łeb zbyt twardy,

Trzeba im rozum lać do głów.


Nieszczęsnych wspieraj wciąż usłużnie

Twych zysków dzieląc z nimi plon,

I nie śmiej pytać przy jałmużnie

Biednego, jakiej wiary on.


Nawet tatara, czy cygana

Datkiem i dobrem słowem krzep:

I on na obraz stworzon Pana,

Podaj mu wodę, sól i chleb.

Niech pycha mózgu ci nie zaćmi,

Byś, będąc żydem, pojąć mógł,

Że wszyscy ludzie są nam braćmi,

Bo wszystkich stworzył jeden Bóg.


Tak ojciec twój, przed zwarciem powiek,

Pojmuje cnót życiowych szczyt:

Niech będzie z ciebie zacny człowiek,

Lecz i zarazem dobry żyd!


A. GRAFMAN.


BUDOWA RUIN.


Niejeden wzniosłem gmach okazały, —

Być budowniczym kazał mi los,

Lecz się szalone wichry zerwały

I zamieniły je w ruin stos.


Dziś na tułaczce jestem na nowo,

Pustynią stał się rodzimy gmach,

Huragan wyje smutno, grobowo,

W ręku kij trzymam, wędrując w łzach.


Lecz będę ciągle wznosił pałace,

Mimo wiatr silny i ciemną noc,

Bo tem chcę moją uwiecznić pracę,

Że ruin po niej zostanie moc.


JEHUDA HALEWI:

- Halewi Jehuda, właśc. Juda Ben Samuel ha-Lewi (1075, Toledo lub Tudela – 1141, Egipt) – żyd. filozof i poeta, tworzący w języku hebrajskim i arabskim; związany z arabsko-żyd. kręgiem kultury hiszpańskiej. Pod koniec życia wyjechał do Ziemi Świętej; wg legendy został stratowany przez arabskiego jeźdźca, gdy schylił się, by ucałować ziemię. Twórczość H. jest szczytowym osiągnięciem poezji hebrajskiej pozostającej w sferze arabskich wpływów kult.; elementy literatury arabskiej (m.in. poet. forma kasydy) w utworach H. uległy twórczej asymilacji; pisał poezje świeckie liryczne i epickie (opiewał wino, przyjaźń, miłość) oraz hymny i poematy rel., które weszły do liturgii żyd. (pijut). Najsłynniejszym dziełem H. jest zbiór poematów opiewających Palestynę Syjonidy (pol. przekł. fragmentów w: Historia narodu i literatury żydowskiej 1929), w których wyraził m.in. ideę Palestyny jako przyszłej siedziby narodu żydowskiego. Najważniejszym dziełem filozoficznym H. jest napisany po arabsku dialog Al-Chuzari (znany też pod hebrajskim tytułem Al-Kozari), w którym m.in. uznał wyższość prawd wiary judaizmu nad prawdą rozumową (w sensie Arystotelesowskim), religii bowiem dana jest najwyższa forma poznania, jaką jest proroctwo. Wiele motywów z jego twórczości wykorzystał H. Heine; H. wpłynął także na F. Rosenzweiga.


PIEŚNI MORSKIE.


I.


Niepomny domu, ojczyzny kochanej,

Śmiało po tafli puściłem się fal;

Napowrót nieście mnie, żwawe bałwany,

Na łono matki, hen w odległą dal!


Wietrze zachodni, uwolnij mnie z sieci,

Popchnij mą łódkę na ojczysty brzeg,

Na skrzydłach orlich serce me tam leci,

Niech nie mniej szybki będzie i twój bieg.


Pośpiesz się, wietrze, w tem szlachetnem dziele,

I wnet się cofnij od mych drogich ziem,

By się od ciebie nowi przyjaciele

Moi o szczęściu dowiedzieli mem.


II.


Morze się gniewa i marszczy i zżyma,

Wije się, drgając, jak zatruty wąż,

Nagle wściekłemi spogląda oczyma,

Zakołysało się i warczy wciąż.


Morze skowycze, i warczy i wyje,

Otwiera paszczę, pełną białych pian.

Otchłań wyłania fale-lwy i żmije

Co w dziki, krwawy puszczają się tan.


Oto dolina rozwarła się nagle...

To znowu góra wyskoczyła z fal...

Maszty się chylą, powiewają żagle,

Ty, serce moje, twarde bądź jak stal.


Bo wszechmocnego Boga masz na niebie

Morze rozcina jego wielka dłoń,

On do ojczyzny poprowadzi ciebie,

Po przez przepaści, przez wzburzoną toń.


III.


Na niebie księżyc świeci piękny, szczytny,

W dali jak djament lśni zwierciadło wód,

W opończy swojej sino-aksamitnej

Noc przyszła, niosąc ukojenia cud.


To nie noc wcale, to Saba-królowa,

Złocisty na niej połyskuje strój,

Oddycha cicho jej pierś marmurowa,

Spowita w złoto i rubinów rój.


Jak owce z trzody rozbiegły się fale,

Osobno każda drga w leciutkim śnie,

Drży srebrne morze i gwiazdy-opale,

Gdzie morze, niebo, gdzie bałwany, gdzie?


Dwa morza — nocy skołysało brzemię,

Śpią jak dwaj bracia jednej matki krew;

Jest jednak trzecie morze, co nie drzemie: —

Me serce — nowy powstaje w niem śpiew.


PŁACZ, SYONIEONIE! *)

(Tren żałobny na dzień zburzenia świątyni, 9 Aba)

(Urywek z ,,Kinnoth“).


O, płacz, Syonie chlubo narodu,

Jako niewiasta w bólach porodu

I jako dziewa po oblubieńcu,

Co stracił życie w weselnym wieńcu.


Świątynia nasza do cna zburzona,

Pośród kapłanów świętego grona;

Wróg barbarzyński w bluźnierczym szale

Dziś ją plugawi, szydząc zuchwale.


Anielskim śpiewem kohen, lewita

W cudownym chramie Boga nie wita,

Nie płyną modły ich ku wyżynie —

Krew braci naszych tam tylko płynie.


Muzyczne wszelkie znikło narzędzie,

Więc wszędzie niemo i głucho wszędzie,

Nie zwiedza więcej ściętego grodu

Synedrjon — poczet mędrców narodu.


Dym ofiar wonny wzwyż się nie słupi,

Pierworodnego nikt nie wykupi,

Samotny stoi ołtarz skalany,

Bo pierzchła rzesza i jej kapłany.


Płaczą królewskie Dawida dzieci,

Korona złota na nich nie świeci;

Złamane, smutne z żałobą w duszy,

Ich widok chyba i kamień wzruszy.


Cześć nasza z drogich uciekła zgliszczy,

Odkąd wróg niecny pustoszy, niszczy,

Odkąd nas wszystkich przystraja społem —

Miast szat odświętnych — worek z popiołem.


I świętobliwi nazarejczycy

Leżą, jak zdechłe psy na ulicy;

Dzieciom, na oczach u matki — wdowy,

Wróg o kamienie roztrzaskał głowy.


Po tej ohydzie — nieprzyjaciele

Z niedoli naszej czynią wesele:

Zniszczywszy wszystko ogniem i stalą,

Ucztują, tańczą i w bębny walą.


Być wielkie grzechy nasze musiały,

Bo zniknął Syon i naród cały,

Z wielkiego państwa dzisiaj ni znaku,

Lud jak w żałobnym idzie orszaku.


Ruiną stał się gród nasz uroczy,

Czarna śmierć po nim złowrogo kroczy,

Bluźnierca, dysząc złością przeklętą,

Burzy, bezcześci każdą rzecz świętą.


O ciężko nam jest w tej smutnej porze,

Lecz i Twe imię skalano, Boże!

Czy niedość kara Twoja nas boli?

Kres racz położyć naszej niedoli.


*) Wiersz ten przypisywany przez niektórych Jehudzie Halawiemu dajemy według wolnego przekładu żydowskiego dokonanego przez L. Kestina.


J. HEFTMAN:

- Heftman Josef Chaim (1888 Brańsk – 1955 Tel Awiw) – poeta i dziennikarz, piszący w językach hebrajskim i jidysz. Publikował w pismach „Ha-Sziloach” i „Ha-Tkufa”. W 1908 wszedł do zespołu redakcyjnego „Ha-Cefiry”. W 1912-1913 redagował czasopismo „Di Jidisze Woch". Był także współpracownikiem gazety „Der Moment”. Należał do współorganizatorów ruchu He-Chaluc w Polsce. Był wydawcą jego publikacji. W 1920 wyjechał do Palestyny, gdzie reprezentował He-Chaluc na konwencji Histadrutu, a następnie był sekretarzem Komitetu Narodowego (hebr. Waad Leumi), reprezentującego społeczność żydowską w Palestynie oraz sekretarzem N. Sokołowa w czasie jego pobytu w Palestynie. Był autorem hymnu trzeciej alij(j)i – Anu nihje ha-riszonim (hebr., Będziemy pierwsi). Do Polski powrócił w 1922. Wznowił wydawanie „Ha-Cefiry”. Działał w Organizacji Syjonistycznej, będąc związanym z jej frakcją Al ha-Miszmar. W 1932 ostatecznie wyemigrował do Palestyny, gdzie początkowo wydawał pismo „Ha-Jom” (hebr., Dzisiaj), a od 1935 – „Ha-Boker” (hebr., Poranek). Był współzałożycielem i przewodniczącym Izraelskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Wybór jego pism ukazał się w 1956.


ZŁODZIEJKA.


Niebo ponure... Łzy rzewne mu płyną,

Morze się gniewa, falą miotą siną...

Cóż tu się stało?

Kradzież, okropną kradzież popełniono,

Olbrzymią, nie małą!

Dal, nieskończona dal morska zginęła,

A niebu skradziono

Calutki błękit, ten szczyt arcydzieła...

Nie dziw, że niebo spowiło się w chmury.

A morze wszczęło wielki krzyk ponury.


Ale się kradzież na szczęście wykryła,

Mórz błękit w oczach masz ty, moja miła!

Szelmo-dziewczyno!

Skąd się do ciebie wzięły takie oczy?

Djablo podobne do morskiej przezroczy,

Tak są głębokie, tak w tajną dal płyną!

To nie twa własność,

Ich lazur, jasność

Dalibóg, droga, skradzione, skradzione...

Śmiejesz się, mrugasz, lice masz czerwone?...

Boisz się wyznać, co zdradza twój śmiech?

Zbądź trwogi, dziewczę, nie dostaniesz pałek,

Niebo tak duże, że ściągnąć kawałek,

Dalibóg, nie jest taki ciężki grzech.


Ha, pięknie, ładnie! złodziejką-ś została,

Lecz nową kradzież wykryłem dziś, mała!

Tak, to rzecz pewna,

Słuchaj: zostałem i ja okradziony,

Przytaczam fakt ci, nie żadną rzecz mylną,

Poprostu serce porwano mi całe,

A w zbrodni czuję tej — rączki twe białe,

A żem nie jest z drewna

Proszę cię, dla mnie być nieco przychylną..?


Na inne zbrodnie twe spuśćmy zasłony:

Kradzież u nieba nic mnie nie obchodzi.

Niech morze warczy, że je okradł złodziej...

Lecz ja bezwzględnie karzę przeniewiercę:

Więc oddaj coś mi skradła — moje serce.


MENACHEM HURWICZ.


MOJA GWIAZDECZKA.


Niebo gwiazd miljonem świeci,

Strop od świateł tych się roi,

Lecz ze wszystkich gwiazdek, dzieci

Jedna duszę moją poi.

Mniej od wszystkich innych błyska

Ta gwiazdeczka moja mała,

Lecz mi tak jest swojska, bliska,

Pierś ma ku niej żarem pała.

Bez niej ból mi serce gniecie...

Na największych gwiazd plejady

Nie zamienię nigdy w świecie

Tej gwiazdeczki mojej bladej...


Dużo krajów świat ma cały,

Ale kocham tylko jeden:

Ten kraj przodków moich chwały

Dla mnie jest jak raj, jak Eden.

Gwiazdka ma blask nędzny zsyła

Wśród promiennych nieb kobierca,

Dla mnie ona jednak miła,

Bo w głębinie tkwi mi serca.

Ze wszech krain — ideałem

Dla mnie świętej ziemi postać,

Tyle ich przewędrowałem,

Że we własnej pragnę zostać.


SAMUEL JAKÓB IMBER:

- Imber Samuel Jakub, pseud. Jan Niemira, Sz. Jakobi (24.02.1889 Jezierna/Sasów koło Złoczowa – 1942 Złoczów?) – żydowski poeta i publicysta, tworzący w języku jidysz, hebrajskim i polskim, autor znanego poematu Esterka (1911), opisującego historię miłości króla Kazimierza III Wielkiego i Esterki, ponadto modernistycznej poezji w języku jidysz oraz polskim, sygnowanej pseudonimem. Pochodził z rodziny o tradycjach literackich (był bratankiem Naftalego Herca Imbera, autora Ha-Tikwa, hymnu państwa Izrael). Otrzymał wychowanie tradycyjne, uczęszczał do gimnazjum w Złoczowie i Tarnopolu, odbył studia w zakresie anglistyki i literatury porównawczej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim (1935). Debiutował w roku 1905. W czasie I wojny światowej służył w armii austriackiej, następnie w Wiedniu wydawał miesięcznik „Najland” (1918–1919), reprezentujący orientację neoromantyczną i impresjonistyczną. W latach 1923–1928 mieszkał w Ameryce, gdzie założył pismo polityczno-literackie „Di Gegenwart”. Od roku 1928 działał w Krakowie, współpracował z prasą jidysz („Hajnt”), żydowską w języku polskim („Nowy Dziennik”, „Chwila”). Publicystyka w języku polskim, zebrana w tomie Asy czystej rasy (1934) i drukowana we własnym czasopiśmie „Oko w Oko” (1936–1937), była zaciętą polemiką Imbera z ówczesnymi publikacjami antyżydowskimi w prasie polskiej. Zamordowany przez nacjonalistów ukraińskich.


CZAS SERCE ME OBDZIERA...


Czas serce me obdziera ze świetlistych zórz,

I wnet myśli jak dzikie gołębie napędza,

Co szyję wyciągają pod rzeźniczy nóż:

Tak roi mi się nasza ruina i nędza.

Lecz białe te gołębie w czarną postać wcielę,

Przeistoczę je w kruki, — dość już cierpieć, dość!

Nie pozna nikt tych ptaków, spalę je, spopielę

Na ogniu, który wznieca nienawiść i złość.


ŚMIERĆ KAZIMIERZA WIELKIEGO.

(fragment z poematu „Esterka”.)


I.


I właśnie w owo mgliste zaranie,

Kiedy Esterkę zdjął strach i ból,

Król Kaźmierz jedzie na polowanie,

Do lasu obok Opoczna pół.

Tu droga wiedzie w dolinę tę.

Gdzie lube dziewczę król poznał swe.


Królewski orszak drzemie głęboko,

Lecz króla widzeń nawiedza rój;

Świetlany sen mu rozjaśnia oko!

Król spiesznie namiot opuszcza swój,

Na konia wsiada, w dolinę mknie,

Gdzie poznał dziewczę kochane swe.


Cień nocy ciemnej ledwie się chowa,

Dolina w gęstych spoczywa mgłach,

Hen gdzieś się śmieje lub płacze sowa,

Króla zdejmuje drżenie i strach:

Pomyślał: duchy są pewnie złe

W miejscu, gdzie dziewczę pokochał swe.


Gdy król się zbliżał do modrej rzeki.

Wnet stanął dęba królewski koń;

Już luby domek był niedaleki,

Wtem król ze siodła spadł niemal w toń,

Zemdlał i życia zakończył dnie

W miejscu, gdzie dziewczę pokochał swe.


II.


Narodu idą gęste kolumny,

Rzucają w mogiłę wzrok,

Mknie orszak szlachty mocnej i dumnej,

Ludu też kroczy wiele u trumny,

Pogrzeb sprawiono mu świetny, szumny,

I suną z powrotem krok.


Z powrotem kroczy orszak żałobny,

Spowity w smutek jest lud;

Grób taki śliczny, strojny, ozdobny,

Wkrótce i pomnik stanie nadgrobny,

Lecz lud samotny tak, tak osobny,

Sierocy owiał go chłód.


Gdzie duch królewski przeszedł po ziemi.

Zdjął wszystkich żal i ból.

Lud cały płacze łzami rzewnemi,

On dobro czynił dłońmi własnemi,

Chłopi bez niego bezbronni, niemi,

Umarł im ojciec, nie król.


Wszystkich przejęła żałość gorąca,

Lecz pocieszyli się wnet,

Esterka tylko łkała bez końca;

Dla niej ostatni zgasł promień słońca,

Umarł narodu jej cny obrońca,

Kto dziś go zbawi od bied?


Żal ziemię polską całą pożera,

Umarł tak drogi jej mąż;

Esterka stale w okno spoziera,

Ze łzą w dal patrzy, gdzie górna sfera,

Sroga dla kraju nastała era,

Lecz ona widzi go wciąż.


SZ. IMBER.


HATIKWO.


Nie straciliśmy nadziei,

Choć zły los nie drzemie,

Że ujrzymy kraj ojczysty,

Naszą świętą ziemię.


Póki tęskność w sercu gości

Wiecznego narodu,

Póki z marą o przyszłości

Rwie się on do Wschodu.


Póki zbożnie mkną pielgrzymi,

Do ojczyzny miłej,

By się modlić u pomników

Naszej sławy, siły.


I dopóki u świątyni,

Co dziś jest ruiną,

Brzmią westchnienia siwych starców,

Łzy młodzieńców płyną.


Póki w niemilknącym szumie,

Jordan wody toczy,

Póki żyd o Syon błaga,

Ledwie przetrze oczy.


Póki o ojczyźnie drogiej

Żyd piosenkę nuci,

Można wierzyć, że Wszechmocny,

Wolność nam powróci.


Pamiętajmy o nakazie,

Co dał wódz nam stary:

Póki jeden żyd pozostał,

Nie postradać wiary!


Nie straciliśmy nadziei,

Choć zły los nie drzemie,

Że ujrzymy kraj ojczysty?

Naszą świętą ziemię.


ELJASZ IZGÓR.


WIELKIE I MAŁE.


Nędzna rdza często zgryza stal potężną,

A mały robak niszczy wielki dąb.

Góra przed kroplą wód jest niedołężną,

Przed pianą morską pada skały zrąb.


Skra wielkie gmachy w ruinę obraca

I spustoszenie srogie szerzy wkrąg,

Gmachy, co wzniosła długa ludzka praca,

Co setki mózgów dźwignęły i rąk.


Lecz choć rdza silna, nie chcę siły takiej,

Wolę być słabym, lecz twardym jak stal,

Nie chcę gryźć dębów, jak nędzne robaki.

Nie chcę być drobną kroplą morskich fal.


Pragnę być wielki, jak słońce, jak skały,

Jak zamki, owoc ludzkich prac i chlub;

Duszę mą wielki porywa, nie mały,

Choć mały wielkich często strąca w grób.


GHETTO.


Uliczki ciasne i tonące w biocie,

Niskie chałupki; sprzęty: stół i łóżko;

Szyby wybite, zapchane poduszką,

Kominy krzywe, jak pazury kocie.


Kramy sprzedają łojówki i śledzie,

Tasiemki, mydło, cytryny i masło;

Handlarz byt w nędzy i rozpaczy wiedzie,

Ma kark schylony, źrenicę wygasłą.


Dziateczki mają duże głowy wodne,

Rączki i nóżki cienkie, jak patyczki,

Zsiniałe wargi, oczy skrzące, głodne,

Wąskie piersiątka i wyschłe języczki.


Rzężą serduszka i płoną oczęta,

Kaszlą i duszą się biedne ptaszęta;

Wciąż gniazdko rzuca nowy gość maleńki:

Dziecięce mnożą się grobki-trumienki...


JEHOASZ:

- Jehoasz (Jehojosz), właśc. Szlomo Blumgarten (1871 Wierzboły – 1927 Nowy Jork) – żydowski poeta, tłumacz i leksykograf, tworzący w języku jidysz. Od 1890 r. mieszkał w USA. W jego poezji – z elementami liryki osobistej – widać wyraźny wpływ utworów Heinricha Heinego i Henry’ego Wadswortha Longfellowa, także inspirację legendami chasydzkimi. Jego relacja z podróży do Palestyny Fun Nju Jork biz Rechojwojs un curik (jid., Z Nowego Jorku do Rechowot i z powrotem; t. 1–3, 1917–1918) jest dokumentem o walorach literackich. Autor nowego, pełnego przekładu Starego Testamentu (1909–1927), którego wyszukany, archaizujący styl języka jidysz stał się nowoczesnym kanonem. Jehojosz tłumaczył na jidysz z hebrajskiego, angielskiego i rosyjskiego. W 1911 r., wraz z Ch. Spiwakiem, wydał słownik hebraizmów w języku jidysz. Autor zbiorów poezji: Naje szriften (jid., Nowe pisma; t. 1–2, 1914), In geweb (jid., W tkaniu; t. 1–2, 1919–1921). Polskie przekłady jego utworów ukazały się w antologiach literatury żydowskiej (1980, 1983).


RÓWNOŚĆ SODOMSKA.


Jak nam powiada stara legenda,

Co po spleśniałych księgach się szwęda,

Sodoma słynna z swej gościnności

Tak przyjmowała przybyłych gości,

Co z obcych krajów przywędrowali,

By w pięknym grodzie mieszkać najstalej.

Wykwitna była dla nich gospoda

(Kronikarz każdy adres wam poda)

A w niej żelazne wciąż stało łóżko,

Jak się należy: z kołdrą, poduszką;

Łóżko ni duże, ni małe było,

W sam raz — spać było w niej bardzo miło;

Gdy jednak gość był nieco za długi,

Wnet operator mknął na usługi

I delikatnie wziąwszy puginał,

Zbytni kęs nogi zręcznie ucinał;

Gdy się okazał przybysz zamały,

Nogi do końca mu nie sięgały,

Zaczęto ciągnąć go z całej mocy,

Że jeszcze tejże uroczej nocy

Na cudne niebo Opatrzność Boża

Już z gościnnego wzięła go łoża.


Tak w cnej Sodomie zawsze się działo,

Bo równość była tam modłą stałą:

W poglądach, wierze, kulturze, — nodze,

Kto nie chce równy być wedle miarki

Musi być za to ukaran srodze.

Na szczęście przyszedł deszcz smoły, siarki

I czczący równość ten gród anieli

Z bożego świata wnet djabli wzięli.


WOJNA KLEPEK i OBRĘCZY.

(Bajka).


Przy wina beczce

Obręcze i klepki

Żyły w ciągłej sprzeczce.

Spór był zawięty i krzepki.

Barbarzyńcy — klepki wołały —

Wy, piekła postacie,

Bezlitośnie nas uciskacie

Przez żywot cały.

Otaczając niby nas opieką,

Zachowujecie się jak pany,

Nas za niższe uważając stany.

Nie zajdziecie, ciemięzcy, daleko.

Zobaczmy wreszcie,

Któż wy jesteście,

I co znaczycie?

My wina ochraniamy życie:

Gdy obręcz spadnie

Wszystko dalej jest dobrze i ładnie,

Lecz niech w klepce powstanie szczelina,

A beczka zwolna jest bez wina.

Zaś obręcze na to im odrzekły:

Niedorzeczny cały gniew wasz wściekły,

Całe wasze szczęście,

Że my trzymamy was w kupie,

Przez gniot nasz, przez nasze pięście.

Gdy tylko zluźniamy ciemięstwo,

Kres waszej przychodzi jedności,

Rozpadacie się jak kości

W zgniłym trupie.

Im nasze zwiększa się zwycięstwo,

Tem lepiej dla beczki i dla jej napoju,

Które my ochraniać mamy,

Stanowiąc zbawienne ramy

Ładu i spokoju.

W ten sposób kłócą się coraz bardziej

Klepki i obręcze,

Każdy przeciwnikiem gardzi,

A w siebie patrzy jak w tęczę.

Nie mogą dojść do pojednania

Na punkcie, kto wino ochrania.

Tymczasem wśród tych pięknych zwadek

Zdarzył się brzydki wypadek:

Szpunt,

Na który przez cały bunt

Przeciwnicy mili

Wcale nie patrzyli

(Li siebie samych uznając za grunt)

Wyślizgnął się troszeczkę,

Opuścił beczkę,

I za chwilkę małą

Całe wino się wylało.


SMUTNY NARÓD.


Narodem żałoby jest biedny mój lud,

On smuci się nawet w weselu...

Twój wygląd, twój wzrok, twoja mowa, twój chód

Tchnie jękiem i łzą, Izraelu!


O stracie wolności żałosny ów śpiew,

Wąż wspomnień minionej twej chwały,

Przeniknął ci w duszę, i wślizgnął się w krew,

Mózg toczy, rwie serce w kawały.


Ot Pesach przychodzi, podniosła to noc,

Świątecznie lśni domek twój szary,

W jedzeniu obfitem zaczerpnąć chcesz moc

I wina pić cztery puhary.


Więc siedzisz przy stole, na tronie, jak król,

Królestwo masz małe wokoło,

Żoneczka przybrana w aksamit i tiul,

A dziatki się śmieją wesoło.


Lecz cóż masz na sobie? grobowy to strój,

W śmiertelnej koszuli król dumny:

Do głowy widm czarnych wnet tłoczy się rój,

Owiewa duch śmierci, strach trumny.


A nim kielich trunku masz zbliżyć do warg,

Jesz jaje na pierwszy początek,

To znak jest wygnania, katuszy i skarg,

I innych niesłodszych pamiątek.


To znów jesz „charojses“ na prac ciężkich znak,

Tej gliny, co gniotłeś w Egipcie,

Jak może wieczerza, jak wino iść w smak,

Ponuro, choć ziemią zasypcie!


Narodem żałoby jest biedny mój lud,

On smuci się nawet w radości,

Kraj drogi stracony, dziś nędza i głód.

Co dziwna, że smutek w nim gości.


MORD RYTUALNY.

(Z księgi Kahalnej.)


Dom Boży szczelnie ludem zapełniony,

Kantora rzewne w niebo płyną tony,

Jako na Paschę przystało.

Mieszkańcy ghetta ubrani odświętnie;

Promienni wiarą, modlą się namiętnie,

Czcząc Boga prośbą i chwałą.


Kantora pienia echem dźwięczą w dali,

Gromada w modłów długich tonie fali,

Błagając Pana nad Pany...

Wtem drzwi bóżnicy szorstko się otwarły,

Lice nabożnych z przestrachu zamarły:

Wszedł nagle gość niespodziany.


Tłum, zbrojny w kije, zawzięcie się tłoczy,

Ma dzikie twarze i szatańskie oczy,

Krzyk jego sięga do nieba:

Chrześciańskie dziecko od wczoraj zginęło,

Wyście je skradli, to wasze jest dzieło,

Wam krwi do macy potrzeba.


O, wy zbrodniarze, wy wrogowie krzyża!"

Wtem z tłumu wychrzta do szafy się zbliża,

Gdzie zwoje Zakonu leżą.

Tam martwe ciało znajduje dziecięce:

Pokłute piersi, gardło, nogi, ręce

Buchają jeszcze krwią świeżą.


W piersi się biją Izraela syny,

Gorzki jest owoc niespełnionej winy,

Twarz ciżby zemstą się żarzy.

Już czują wynik ponurej zamieci,

Pogrzeby dziadów, ojców, matek, dzieci,

Ofiary krwawej potwarzy.


Przy wschodniej ścianie stoi rabin stary,

On jeden nie drży... Pełen świętej wiary

Do rzeszy mówi w te słowa:

Bóg Izraela bezkresne ma siły,

On może zmarłych obudzić z mogiły,

Nasz Bóg, wszechmocny Jehowa!"


Anioła śmierci nie straszy go kosa,

Proroczy wzrok swój podnosi w niebiosa,

Na boży cud czeka śmiele.

I oto zmarły budzić się poczyna,

Ożyły członki, zajaśniała mina,

Krew żywa zawrzała w ciele.


— „Teraz, kochany, idź i pokaż godnie,

Kto z nas popełnił tę ohydną zbrodnię,

Co hańbi imię człowiecze"...

Rabina słowo zaraz w czyn się wciela,

Trup" wnet jak w kleszcze wziął — donosiciela

I przed sam ołtarz go wlecze.


Potem znów skonał ten trup zmartwychstały:

Przygasły oczy i członki skostniały,

Cud spełnił swe przeznaczenie...

Rabin w kąt wrócił, ukrył twarz w tałesie,

Blask z oczu zniknął, głos w niebo się niesie,

Znów czoło spowiły cienie.


I znów modlitwy brzmi rozciągłe pienie,

Lud już nie błaga, lecz śle dziękczynienie,

Za cud Wiecznego czci imię.


Ten fakt zapisał do księgi kahalnej

Reb Cwi, człek zbożny i stylista walny

W kwiecistem słowie i rymie.


SURMA i LUTNIA.


Okrutna wojna wre dookoła,

Wojenna surma donośnie woła,

Szermierzy do boju wzywa,

I ot wiszącą na ścianie lutnię,

Ogarnia zazdrość, więc woła smutnie:

Jaka ta surma szczęśliwa.


Lecz po namyśle, rzecze spokojnie:

I ja wziąć udział potrafię w wojnie,

Choć lubię pokój i ciszę:

Gdy w walce zmoże śmierć bohatera,

Dla mnie się zaraz misja otwiera:

Grą słodką go ukołyszę.


PATRJOTYZM.


Na świecie pewien kwiatek znam,

Bez deszczu, rosy bujnie rośnie;

Nie stawia mu brak słońca tam,

Piękniejszy w zimie jest niż w wiośnie.


On rośnie w śniegu i wśród burz,

Gdy żadnem zielem nie lśni błonie;

Burza mu daje błękit, róż,

Jaskrawe barwy, słodkie wonie.


Gdy piorun bije, wali grad,

Gdy wszystko ginie od zamieci,

Najpiękniej kwitnie ten mój kwiat,

I najwspanialszym blaskiem świeci.


Ten kwiat się patrjotyzmem zwie,

Wykwita z narodowej duszy,

Ożywcze soki ból mu śle,

Żywią go męki i katusze.


NIEDŹWIEDZIA RÓWNOŚĆ.

(Bajka.)


Hasło wolności, co od dawnych czasów

Istnieje z wielkim pożytkiem dla ludzi,

Zaczęło także krzewić się śród lasów:

Zwierz dotąd dziki, krwiożerczy, zuchwały

Nagle się budzi

I głosi piękne, wzniosłe ideały.

Zwłaszcza wśród młodszych zwierząt,

Których nierząd

Dotychczasowy do głębi porusza,

Rwie do wolności się wrażliwa dusza.

Postanowili

Nie czekać ni chwili

I wszyscy ławą:

Od wilczej szlachty do owczej hołoty,

Walczyć o wolność i prawo

I złamać podłą przemoc lwa, despoty

Lwa, który jednem machnięciem ogona

Strach szerzył pośród zwierzęcego grona.


Cni towarzysze, — wrzasnął lis wymowny —

(Jak wiadomo, zawżdy

Lis się odznacza miłością do prawdy)

Czy my jesteśmy niewolnicy, klowny,

By bez szemrania, cisi jak gołębie,

Od lwa brać po gębie

I jeszcze kiesy wypróżnić dlań głębię?

By raz na zawsze zwolnić się od batów,

Radziłbym wysłać paru delegatów.

Ot dwa naprzykład czcigodne niedźwiedzie,

Do kóz i owiec i koni i krów,

Co w jeszcze cięższej od nas jęczą biedzie,

Że niema więcej już krwawych tyranów,

Że zwierz wszelaki, czy to ten czy ów,

Będzie na wieki cały, szczęśliw, zdrów,

Bo już nie będzie ani sług, ni panów.

Lecz, zacna rzeszo, dobrze się zastanów:

Trza dodać jeszcze warunek;

By bratni śród nas ustalić stosunek,

Każdy swą musi przyłożyć robotę,

By wspólnie całkiem zwyciężyć despotę.


I tak też było: gdzie tylko posłowie

Braterstwo w pięknej głosili przemowie

Spotkali wszędzie wiele entuzjazmu,

Każdy zrozumiał, ideał w łeb lazł mu...

Ba, wół z niedźwiedziem będą całkiem braćmi,

A może nawet zasiędą pospołu

Do jednego stołu —

Rzekł byk — już nic mi głowicy nie zaćmi,

Ostatnią kroplę krwi dam z przyjemnością,

Byle się cieszyć wolnością, równością...

Czy mógł kto lubić lwa, co ciało gryzł mu,

Więc bardzo dużo było patrjotyzmu.


I ot bój zawrzał, pełen gniewu, grozy:

Krowy i owce, byki, psy i kozy,

Walczyły dzielnie, bo znęcił każdego

Niedźwiedzi manifest miły,

Wszyscy do walki, jak ćmy w ogień biegą,

Ostatnie swoje wytężają siły,

Aż w końcu wojsko to dzielne, zwycięskie

Święciło wroga ostateczną klęskę:

Na ziemi martwe lwa już leżą kości,

A kraj niedźwiedzi zażywa wolności.


Nagle się zbliża owca, w troje zgięta,

Do starszego z niedźwiedzi,

Co właśnie nad lwa kością dziś się biedzi

I tak doń rzecze:

Wspólny dziś mamy dzień wolności święta,

Bo odkąd społem szła zwierzęca trzoda.

Jest jedność i zgoda.

Lecz czy i moje rozluźnią się pęta?

Czy ja też państwa będę miała pieczę?

Czy twardy orzech owczego problemu

Jest rozgryziony całkiem po owczemu?


Co ? — odrzekł niedźwiedź wymownie a pięknie,

A brzuch od śmiechu omal mu nie pęknie.

Ty, owco podła, też nie chcesz obroży?

Bratnie się tobie marzą ideały?

Za ten czyn zuchwały

Z wami niż wprzódy będzie jeszcze gorzej,

Wy owce, dziki zwierz i niekulturny,

Śmiecie się równać do nas, warstwy górnej?

Wy buntownicy, anarchji szatany,—

Dla was stworzone są tylko kajdany...

Zresztą, czy nie dość wam jeszcze równości,

Że gdyśmy przeciw lwiej walczyli sile

Razemście z nami pogrzebali kości

W jednej mogile?!


DWAJ PACJENCI.


W szpitalu stoją łóżka dwa:

W jednej półżywa postać szara,

Twarz blada, wzrok spowija mgła,

W mózgu maligny krąży mara,

On szepce coś: rzęzi lub łka:

Pogromu świeża to ofiara.


Tuż obok w łóżku leczy guz

Człek inny — „moskal“ niezawodnie:

Ten sam go przyprowadził wóz,

Co tego, nad kim spełnił zbrodnię;

I jego pogrom tutaj wniósł:

Zrabować buty chciał, lub spodnie...


Nad każdym z tych pacjentów dwóch

Wnet deska zamknie się grobowa,

Żyd zmawia modły, czyniąc ruch,

Moskal" spowiedzi szepce słowa,

Uleci w niebo obu duch,

Po każdym z nich zostanie wdowa.


Rzucają wzajem na się wzrok,

Niema w nim złości, nienawiści:

Któż nakierował zbójcy krok,

Dla czyjej było to korzyści?

Może tej krwi niewinnej tok

Sen o braterstwie kiedyś ziści?


Może mogiły czarnej próg

Świetlany owoc ludziom wyda,

Że jest dla wszystkich jeden Bóg:

Dla chrześcianina i dla żyda;

Że nie rosjanin żyda zmógł,

Lecz dobro zmogła tu ohyda.


Szyderczym śmiechem szatan drwi,

Z tej, co się życiem zwie, świątyni:

Strumienie łez i rzeki krwi

do trumnianej płyną skrzyni;

Na świecie łuna wojny lśni,

Aż śmierć pokoju nie uczyni.


JÓZEF JOFFE.


CO ZA HAŁAS?


O, co za hałas, że ja piję?

Rżnę własne wino, a nie czyje,

Bo gdy zasycha gardło me,

Czy tłuszczem mam smarować je?


O, tak! do dziewcząt krew mi pała,

Lecz cóż mam począć z żądzą ciała?

Czy gdy niewieści ujrzę ród,

Jak święty mam się kłaść na lód?


Gdy gorszą moje was piosenki,

Niech z ust wam ich nie płyną dźwięki,

Bo nie przez swe morały cne

Zmusicie do milczenia mnie!


LEJB JOFFE:

- Jaffe; (1875 Grodno – 1948 Jerozolima) – publicysta, poeta, syjonista. W młodości związał się z ruchem Miłośników Syjonu. Pisał wiersze początkowo po rosyjsku, potem – w języku hebrajskim. Studiował w Heidelbergu. Wziął udział w I Światowym Kongresie Syjonistycznym i od tego czasu, aż do swej śmierci, działał w ruchu syjonistycznym (związany był z jego Demokratyczną Frakcją). Był członkiem CK Rosyjskich Syjonistów (1907–1918) i wydawcą kilku czasopism. W 1918 przeniósł się z Rosji do Wilna. Został prezesem Syjonistycznej Organizacji Litwy. W 1920 osiadł w Palestynie. Od 1923 pracował w Keren ha-Jesod, którym kierował w 1926–1948; zginął w zamachu bombowym na siedzibę tej instytucji.


PIEŚŃ WIOSENNA.


Promienna wiosna k’ nam przybyła

Świetlane nowe dźwięczą pieśni,

W żyłach gra świeża krew i siła

Dusza z ponurej wyszła cieśni.


Po długiej zimie cud Bóg czyni:

Ziemia wydaje plon bogaty;

Zakwitły drzewa na pustyni,

Na grobie rosną piękne kwiaty.


Natura pieśnią drga wesoło,

Świat Boży się odnowił cały,

Miast śmierci, życie wre wokoło,

Nieznane pieśni nam zabrzmiały.


Uczucie nowe wśród nas gości,

Marzenia w duszy drgają, żyją:

O nowej mocy, o młodości,

Brzmią nowe słowa: wolność, Syon.


Pełen radości, szczęścia, dumy

O nowem życiu żyd dziś marzy,

Nadziei się dźwignęły tumy

Wśród słabych, chorych i nędzarzy.


I głos młodzieży słychać miły:

Żydzie, rzuć gnuśność, niedołęstwo,

Chcemy ci wszystkie oddać siły,

Odwagę, młodość, pracę, męstwo.


Choć nas niewoli gniotło brzemię,

Nie zgasła dzielność nasza stara,

Za naród nasz, za naszą ziemię

Nie ciężka żadna nam ofiara.


Gdy nam Syonu sztandar wieje,

Płacz nas ogrania i wesele,

Stare się budzą w nas nadzieje,

Szczytne przed sobą czujem cele.


Świeci i grzeje słońce Wschodu

Znów wśród niewoli mrocznej cieśni,

Mknie nowa wiosna dla narodu,

Odżyły stare jasne pieśni.


ELEAZAR KALIR.

(Wiek VII lub X)


MODLITWA O DESZCZ.


Praojciec Abram, wybraniec Twój,

Biegł do Cię wartko, jak wody zdrój;

Błogosławiłeś go wolą wzniosłą,

Niby drzewinę, w wodzie wyrosłą.

Od ognia strzegłeś go i od wody,

By mu się żadne nie działy szkody;

On, jak przy wodzie. Twe słowo siał, —

Ty nie skąpiłeś mu łask ni chwał.


Niech w imię jego olbrzymich cnót,

Spadną nam hojnie strumienie wód!

Gdy spieszył wodę aniołom nieść,

Abram usłyszał radosną wieść:

Jałowa, niby bez wód krzewina,

Sara urodzi niebawem syna.

Wkrótce usłyszał Abram Twój zew,

By lać, jak wodę, Izaaka krew,

Lecz Izaak zbożnie przed stopy Twe,

Jak wodę, serce wylewał swe.

Niech w imię jego olbrzymich cnót,

Spadną nam hojnie strumienie wód!


I na Jakóba zechciej mieć wzgląd:

On z laską przeszedł Jordanu prąd.

Wciąż pełen wiary, bez grzechów, skaz,

Od źródła śmiało odwalił głaz,

W odważnej walce poszedł w zawody

Z aniołem, co był z ognia i wody;

Odtąd go ręka Twoja okala:

Płomień nie może go zmódz, ni fala!

Niech w imię jego olbrzymich cnót,

Spadną nam hojnie strumienie wód!


Wyciągnion z wody na Nilu brzeg,

Był wielki Mojżesz, niezwykły człek;

Przyszłego teścia gdy ujrzał trzody,

Pasterkom pomógł zaczerpnąć wody,

Gdy złaknął naród, który on pasł,

By zdobyć wodę, uderzył w głaz:

Nagle na rozkaz potężny Twój,

Z kamienia wody wytrysnął zdrój.

Niech w imię jego olbrzymich cnót.

Spadną nam hojnie strumienie wód!


Aron, w opończe spowity pstre,

Pięć razy w wodzie zanurzał się;

Gdy szedł do chramu przed Tron nad Trony,

Umaczał ręce w wodzie święconej.

Gdy w modłach duszę miał wylać całą,

Strumieniem wody oblewał ciało;

Gdy lud do cielca mknął, jak wód fala,

Od tych grzeszników trzymał się zdała.

Niech w imię jego olbrzymich cnót,

Spadną nam hojnie strumienie wód!


Kiedy z Egiptu umknął Twój lud,

Tyś go przez wodne bałwany wiódł,

A gdy piekące uczuł pragnienie,

Wód osłodziłeś gorzkie strumienie;

Za to dla ciebie, mężny jak lew,

Jak wodę potem przelewał krew;

I dziś nas ratuj, wszechmocny Boże,

Gdy nas niedoli zalewa morze...

Niech więc Twój zbożny doczeka lud,

By spadły hojnie strumienie wód!


MODLITWA O ROSĘ.


Udziel nam, Panie, ożywczej rosy,

By suchą ziemię zwilżyć spragnioną,

Niechaj się ziarnem napełnią kłosy,

Rozkwitnie zboże i winne grono.

Zwal od nas ciężkie nieszczęścia brzemię,

I od posuchy zbaw naszą ziemię.


Wikwintny bogacz i nędzarz bosy,

Błaga Cię, Boże, o trochę rosy!


Ześlij nam trochę ożywczej rosy,

Byśmy rok mieli syty, szczęśliwy,

Niech drzew wierzchołki strzelą w niebiosy,

Niech zielenieją stołeczne niwy.

Niech miasto próżne i opuszczone

Dawnego blasku wdzieje koronę.


Wykwintny bogacz i nędzarz bosy,

Błaga Cię, Boże, o trochę rosy.


Niech zwilżą krople ożywczej rosy

Ziemię przez ciebie błogosławioną,

Chwalebne zabrzmieć nie mogą głosy,

Kiedy boleścią drga nasze łono.

Ześlij Twą łaskę przez ros tumany

Na naród ongi przez Cię wybrany!


Wikwintny bogacz i nędzarz bosy

Błaga Cię, Boże, o trochę rosy!


Ześlij kropelkę ożywczej rosy

Na pełne płodów zeschnięte góry,

Poco z rozpaczy rwać mają włosy

Niewinne ludu syny i córy?

Zwilż tylko nieco nasze zasiewy,

A ku Twej chwale zadźwięczą śpiewy!


Wykwintny bogacz i nędzarz bosy

Błaga Cię, Boże, o trochę rosy!


Udziel nam trochę ożywczej rosy,

A pełne będą szpichlerze nasze.

Zadźwięczą raźno sierpy i kosy,

I my będziemy śpiewać, jak ptaszę.

Duch nasz zostanie wiarą zroszony,

Jak zbawczą rosą suche zagony.


Wykwintny bogacz i nędzarz bosy

Blaga Cię, Boże, o trochę rosy!


Ześlij kropelkę ożywczej rosy,

By nam nie przepadł nasz chleb codzienny,

Ty, który rządzisz naszymi losy,

Nie wyjałowisz krainy plennej.

Nas nie opuści w tej ciężkiej doli

Pasterz, co wywiódł lud swój z niewoli.


Wykwintny bogacz i nędzarz bosy

Błaga cię, Boże, o trochę rosy!


DAWID KASSEL:

- pseud. Dowid Kisel (1881 Mińsk – 1935) – poeta, pisarz, tworzący w języku jidysz. W młodości związał się z Bundem. W jego wydawnictwach debiutował jako poeta. Po poślubieniu poetki, Sary, siostry A. Rajzena, osiadł na stałe w Warszawie. W tym czasie tworzył głównie nowele i opowiadania, które ukazały się m.in. w zbiorach: Szriftn (Pisma, 1912); Noweln (Nowele, 1913); Dwojrełe (Deborka, 1919). Publikował także podręczniki, antologie prozy oraz tłumaczenia dzieł J.J. Rousseau, L. Tołstoja, M. Lermontowa i J. Verne'a. Jego nowela autobiograficzna Mojszełes kinderjorn (Dzieciństwo Moszka, 1921) uważana jest za ważny etap rozwoju literatury dziecięcej w języku jidysz.


LITWACZKI.


O, litwaczki, moje siostry!

Sąd wybaczcie mój zbyt ostry:

Wśród tysiąca — pełnej kras

Niema jednej chyba z was.


Macie czarne włosy, oczy,

Ale serca to nie mroczy,

Gdy w sobotni letni dzień

Mknicie w sadu gęsty cień.


Jedna śni w miłości szczęście,

Druga leci na zamężcie.

Ach ten mąż! na posag dlań

Skąpi wciąż huf Soń i Tań.


A ta jedna zakochana

Martwi w nocy się i zrana,

Pierś jej pęka, serce drży:

Może luby li z niej kpi.


Więc wszystkimi gardzi chłopcy,

Każdy dla niej podły, obcy,

Bladą twarz ma, błędny wzrok,

Gdy „na kursa“ wlecze krok.


L. KESTIN.


LAGBOJMER W LESIE *).


Raźno, gwarno maszerują dzieci,

Dziś ich święto, mają wolny czas;

Z procą, strzelbą młode wojsko leci,

Krzyk i śmiech ich budzi śpiący las.


Z chederowej wypuszczeni cieśni,

Mają wzrok promienny, dźwięczny głos;

Przeszłość naszą opiewają w pieśni,

Naszą sławę, szczęście, świetny los.


Gwar dziecięcy tęsknoty napędza,

Za minionym wdziękiem dawnych lat,

Pierzcha boleść życiowa i nędza:

I żyd kiedyś żył wesół i rad!


Znowu cicho! zmilkły dziatek pienia,

Las pogrążon w swoim zwykłym śnie,

Lecz lagbojmer obudził wspomnienia

I uśpiona pieśń z serca się rwie.


*) Lag Ba—omer, trzydziesty trzeci dzień okresu „Omera“, czyli

Sefiry". Dzień ten uważany jest za półświęto wśród żałobnej „Sefiry" przyczem według tradycji dzieci wybierają się wtenczas na wycieczki za miasto.


ŚWIECZKI CHANUKOWE.


W chwili rozpaczy, nędzy i zgryzoty,

Kiedy dokoła ponuro i ciemno,

Do dawnych dziejów wznieś fantazji loty,

One pociechą natchną cię przyjemną.


Sen miły, słodki duszę twą ogarnie

I myśl w niebiańskie uniesie wyżyny,

Odnowi przeszłość: rozkosz i męczarnie,

Walki, zwycięstwa, bohaterskie czyny.


Więc zapal, żydzie, dziś świeczki jarzące,

Które wypłoszą z duszy twojej mroki,

Zaświecą jasno, jak promienne słońce

I w kraj nadziei skierują twe kroki.


H. KLUGER.


prof. H. Graetz ur. 1817 um. 1891 r.

HENRYKOWI GRAETZOWI.

(W setną rocznicę jego urodzin 1817— 1917.)


Niegdyś Izrael na swej własnej ziemi

Żył własnem życiem, zwyczajami swemi,

Otoczon ludów licznych wielką czcią;

Lecz grom się zerwał, by ukarać winy,

I strącił naród ze szczytnej wyżyny,

Zburzył świątynię, ziemię zbryzgał krwią.


Żydowskie państwo zgniótł na długie lata,

Na wszystkie strony rozproszył nas świata,

W luźne atomy zmienił ludów kwiat...

I jako naród na strzępy rozdarty,

Rwały się także dziejów naszych karty,

Po wielkich czynach zginął wszelki ślad.


Wtedyś Ty przyszedł, mistrzu niezrównany,

Zrosiłeś duchem dziejów naszych łany,

Ogień gienjuszu swego tchnąłeś w nas;

Martwe fragmenty, upowite w pyły,

Na żywą całość cudnie się złożyły,

Służąc pomnikiem po wieczysty czas.


Jak świetlna wieża, co rozjaśnia morze,

Tyś w wiekopomnym promiennym utworze

Na morze dziejów naszych rzucił świt;

A z tego morza i z toni podania

Minione życie cudnie się wyłania.

Żywy narodu maluje się byt.


Wspaniały obraz dawno zmierzchłej chwili.

Gdy władli króle, prorocy uczyli,

I lud się trudził pod cieniami drzew;

Gdy ponad bytu powszedniego wrzawę,

Wielkiego Boga wynoszono sławę

Przez modły rzeszy i kapłanów śpiew.


To dramat, pełen boleści i wdzięku,

Gdzie bohaterzy bez skargi i lęku

Dawali życie wśród psalmowych pień;

Płonęły stosy, padały ofiary,

Niejeden zginął mocny naród stary,

Ale Izrael przetrwał po dziś dzień.


Te cudne dzieje maluje twe dzieło,

Co niejednego z nas wiarą natchnęło,

Że lepszych losów godzien jest nasz lud;

Więc póki przeszłość swą mamy w estymie,

My, dzieci, wnuki czcić będziem twe imię

I wiecznie cenić twój natchniony trud.


J. A. LEJZEROWICZ.


ŻÓŁĆ.


Nie szukam złota, ani sławy,

Wszystko, co daje świat plugawy

To dla mnie marny kram...

Gdzie się podziała moja dusza?

Nic nie obchodzi jej, nie wzrusza,

Żółć jeno w piersi mam.


Jako u zatrutego węża,

Żądło się we mnie wciąż wytęża,

Chcę ugryźć, wpuścić jad;

Niechaj mną jednak nikt nie gardzi,

Samego siebie gryzę bardziej,

Niż cały nędzny świat


A. LESIN.


NASTROJE.


Wieczór jest zły i w żałobie głębokiej,

A serce smutek rozdziera i strach,

Pędzą i gonią złowróżbne obłoki;

Pełne tajemnic, zagrzebane w mgłach.


Niebo to w jedną, to w drugą mknie stronę,

goni je trwoga i ponura moc,

Chmury zmykają drżące i strwożone,

Aż je porywa huragan i noc.


Tak dnie mijają, miesiące i lata

Na tym padole rozpaczy i łez:

Mnóstwo pokoleń ucieka ze świata,

W ciemnej nicości znajdując swój kres.


Tak życia ludzkie znikają w mogile,

Tajemny śmierci porywa je mrok...

Smutny jest wieczór, ranek, wszystkie chwile,

Pierś drży ze strachu, łza zasępia wzrok.


SZ. MARTYNOWSKI.


LUDZIE A NIEBO.


Pragniesz przyszłość znać, kochanie?

Spójrz! Czy widzisz łan cmentarny?

Oto, co się z ludźmi stanie,

Taki spotka nas kres marny.


Patrz, jak walki wrą najkrwawsze,

W morzu łez i krwi świat tonie,

Ale niebo tak jak zawsze

Śmiechem gwiazd i słońca płonie.


Słońce drwi, śląc blaski swoje,

Lśni szyderstwem gwiazd plejada,

A świat ludzki, jak much roje,

Pada, pada, pada, pada.


HILEL MAŁACHOWSKI.


SŁOWO PROROKA.

Jezajasz 58.


Cóż wy myślicie, podstępne świętoszki,

Że waszych oszustw nie widzę, obłudy?

Próżno ofiarą — jak pogańskie bożki —

Chcecie, Mnie — Boga, przebłagać za brudy.


Do świątyń mkniecie i zgięci we troje,

Chcecie pokornie upaść na kolana;

Zakonu mego całujecie zwoje,

A w niebo woła krew przez was przelana;


Przez posty Mego ujść pragniecie sądu,

Mój gniew przebłagać przez pochlebstw wymowę,

By znów nazajutrz grzęznąć wśród nierządu.

Gnębić sierotę i ciemiężyć wdowę.


Nie znajdzie drogi do Bożej litości,

Kto krzywdzi biednych, z bliźnim walki toczy;

Nie ten jest zbożny, kto klęka i pości,

Ten jest nim, kogo zdobi czyn uroczy.


Nie pragnę modłów ku pustej zabawie,

Sprawiedliwości chcę, prawdy i cnoty;

Bez ofiar dobry czyn pobłogosławię,

Bom Ja Bóg Wieczny, a nie cielec złoty.


Nie mnie szanujcie, lecz me słowo Boże,

I namiętności złe ujmijcie w karby;

Wówczas wam szczęścia zajaśnieją zorze,

Dam wam pomyślność, i zdrowie, i skarby.


MENACHEM.


POLSKA.

(Streszczenie większego poematu.)


Jam nie wzrósł, Polsko, wśród twych żyznych łanów,

Mój pradziad nie szedł nocą po twej drodze

Z tłomokiem, towar dźwigając dla panów;

Dziad nie drierżawił młyna ani szynku,

Gdzie chłop i szlachcic spijali się srodze,

Ani handlował butami na rynku...

Lecz, choć na innej całkiem wzrosłem glebie,

Ja znam cię, Polsko, i pojmuję ciebie.


Wiem, że nad tobą czarne chmury wiszą,

Ponure cienie krążą wśród twych zgliszczy;

Że kurz okrywa żywy ślad twej sławy,

Sławy, co żadna przemoc jej nie zniszczy;

Że brzmi w powietrzu pieśń twa, tchnąca ciszą,

Bez słów, jak nasza pieśń u wód Babelu...

I ot ja, wieczny wędrowiec bez celu,

Najtkliwiej doli twej współczuwam krwawej,

Ja z pocieszeniem przybywam do matki;

Co po swych dzieciach siedzi na pokucie;

Więc przyjm me szczere serdeczne współczucie,

Choć ból tak świeży, — tak srogi, tak rzadki...


Nie błogosławię’ć, pobożna czcicielko

Lekkomyślności bożka... Jemu właśnie

Ofiarę drogą złożyłaś i wielką

Z życia swych synów, co w hełmie i zbroi

Cześć ci zdobyli, która nie zagaśnie:

Chwałę wietrznicy, co ciągle się stroi,

Krwi na gałganki nie żałując swojej...

Nie mogę ciebie błogosławić przeto

I dziś, nieszczęsna, lecz lekka kobieto!


Zbyt drogą dla nas była twa gościnność:

Za oddychanie twem powietrzem, pani!

Wśród wonnych lasów, pól ghetowej cieśni

Żądałaś od nas zbyt kosztownej dani...

Czcząc przytem jednak szlachetność, niewinność

Tyś nas na stosie wzniośle nie spalała,

Jako współwiercy twoi owocześni;

Nie dałaś w ręce kata na katusze,

By tem dla Boga była większa chwała

I by zbawione były nasze dusze;

Nas na cyrkowe nie pchałaś areny,

By nas tam dzikie rozszarpało zwierzę,

Jakto czynili szlachetni rycerze

Z wilczemi kłami i sercem hyjeny.


Twe damskie serce innej chciała płacy:

Patrzałaś z ganku wykwintnych pałacy,

Jak nędzne, śmieszne, wylęknione żydki

Z wzniesioną połą długiego chałatu

Przed psem zmykają, by ocalić łydki,

Przed psem, co szczują na nich twe junacy.

Upita winem, liczyłaś z rozkoszą

Chłosty, co spadły na helotów plecy;

I tak anielsko śmiałaś się z tej hecy:

Jak oni ciosy krwawe mężnie znoszą,

Jak w dzikiej nucie, w której cześć zamarła,

Ku chwale swemu dowcipnemu katu

Majufes płynie im z chrypłego gardła!

To była płaca, co nasz lud ci dawał

Za łyk powietrza i za chleba kawał.


Z przesytu zamków mknąc do chałup głodu,

Z lekkości twojej żyd mógł ciągnąć zyski:

Stał się potężnym „skarbnikiem narodu".

Wszystko mu w ręce oddawał twój nierząd:

Ogrodu zieleń, drwa lasu, pól zboże,

Ryby ze rzeki i mięso od zwierząt,

Ptastwo i mleko, trumny i kołyski;

Bo ręce twoje były nazbyt hoże,

By tknąć się pracy, prócz kruża i miski...

Lecz chciałaś z żyda zrobić niewolnika,

Co rączkę pańską całuje w pokorze,

Śpiewa majufes i koziołki fika,

Pracuje ciężko, no i z głodu zdycha..

Lecz ukarana została twa pycha...


O, tak współbracia moi cię okpili!

Z mozolnej pracy bez wytchnienia chwili

Kawałek chały mają na sobotę,

Na śluby córek płotki z twojej rzeczki;

Pijają wino — przy kidusz , hawdule,

Mężczyzni stroją się w tałes, kapotę,

Dzieciaki w cyces, kobiety w peruki,

W lagbojmer jeżdżą na leśne wycieczki...


Tak schedę dziadów przetrwaniają wnuki,

Zebrali skarby, ukryte w szkatule,

Schowane w ziemi, wciśnięte gdzieś w rowy,

Wielki kapitał mają narodowy:

Trzy łokcie płótna na całun grobowy.

Dziś jesteś pełna szlachetnego gniewu

I „gwałtu!" wołasz ze źrenicą łzawą:

Niewolnik ukradł plon mojego siewu

Nietylko ciało owija w łachmany,

Lecz z ducha także otrząsa kajdany,

Chce żyć jak człowiek, nie jak rab nękany!'”

Walkę mu tedy wypowiadasz krwawą.

Toczoną rączkę wkładasz w beczkę śledzi,

W jedwabnej sukni stajesz przy szynkwasie,

Twa drobna nóżka po bruku się biedzi,

Przy dziegciu nosek twój traci na krasie...

Pragniesz się zemścić nad krnąbrnym narodem,

Za winę buntu ukarać go głodem.

A tak wojując, uśmiechasz się dziarsko,

Znacząco mrugasz: „a nuż raby podłe

Znów przyjdą dłoń mą uścisnąć szynkarską.

Na starodawną kark pochylą modłę,

Dawne mi skoki powtórzą sobacze,

A ja im chętnie przebaczę, przebaczę"...


Wybacz mi, Polsko, kraino przyszłości!

Choć nienawiści przekraczasz Rubikon,

Choć ku mym braciom złością pałasz dziką,

Żałuję ciebie... Gniew, co w tobie gości,

Pijane oczy, rozwścieczone lico,

Mówi, że sama jesteś niewolnicą...

Lecz przyjdzie chwila: skra, co tkwi w twem łonie,

Promiennym ogniem wolności zapłonie,

Wtedy, jak grzeszna Magdalena ongi,

O przebaczenie prosić będziesz sama

I nam wybaczysz... A syny wygnania

Staną przy tobie dumni jak posągi,

Wolni i równi, lecz pełni kochania,

Ucichną klątwy i wojenna gama

Złączeni w prawie, tej spójni jedynej,

Staną przy sobie wszystkie kraju syny,

Ojczyzna wszystkich do ofiar zachęci,

A smutna przyszłość zginie w niepamięci,


L. MEYER.


SŁUCHAJ, IZRAELU!"

Tłumaczenie: Aleksander Kraushar:

- pseud. Alkar (1842 Warszawa – 1931 tamże) – historyk, poeta, tłumacz, prawnik; zięć Mathiasa Bersohna. Był absolwentem warsz. Gimnazjum Realnego (uczył się w jednej klasie z H. Wawelbergiem), a potem ukończył Wydział Prawa w Szkole Głównej. W okresie powstania styczniowego (1863) współredagował pisma „Prawda” i „Niepodległość” oraz organizował druk wojskowych broszur w Lipsku. Po studiach wykonywał zawód adwokata. Od poł. lat 80. XIX w. wycofywał się z uprawiania zawodu. Jego dom był ogniskiem życia kulturalnego w Warszawie. Był związany z dążeniami asymilatorskimi (por. asymilacja; asymilatorzy), które potęgowały się w ciągu jego życia, aż po tzw. totalną asymilację, zbliżenie do Narodowej Demokracji i przyjęcie z żoną chrztu w kościele rzymskokatolickim (1903). Debiutował na łamach „Jutrzenki”. Jako publicysta, poeta i historyk współpracował z wieloma pismami, wydawanymi w języku polskim (w tym z „Izraelitą”). Przede wszystkim znany jest jako historyk. Był jednym z najpłodniejszych dziejopisów polskich. Nie potrafił jednak tworzyć dużych syntez; jest autorem wielu cennych studiów oraz publikacji o charakterze źródłowym. Do najważniejszych jego prac, poświęconych Żydom należą: młodzieńcza, wykazująca tendencje asymilatorskie, i poddana druzgocącej krytyce przez S.A. Berszadskiego, Historia Żydów w Polsce (t. 1: Okres piastowski, 1865; t. 2: Okres jagielloński, 1866); oraz – zachowująca do dziś wagę podstawowego opracowania w tej dziedzinie – Frank i frankiści polscy (t. 1–2, 1895). Opublikował także M. Bersohna Dyplomatariusz dotyczący Żydów w dawnej Polsce… (1910). Miał duże zasługi dla rozwoju życia naukowego, m.in. jako współzałożyciel i prez. Towarzystwa Miłośników Historii oraz organizator Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i członek Komisji Historycznej PAU. Wydał kilka zbiorów wierszy. Wątki żydowskie, pojawiające się w nich początkowo dość często, przestały dochodzić do głosu w latach 90. XIX wieku.


I.


Rozpocznij, dziecię, modlitwy słowa,

Słowa tak dawne, jak pieśń wiekowa,

Słowa nam dane, jak zakład Boży,

Jako podpora w pośród bezdroży,

Nie znajdziesz ludzi na ziemskiej kuli,

Coby głęboko ich prawd nie czuli;

Czy też żalowi oddani złemu,

Czy to ich sercu ulgi potrzeba,

Ślą owe słowa pod błękit nieba:

O, Izraelu, wierz Panu swemu!"


II.


Wstawaj chłopczyku! Wstawaj dzieweczko!

Bo już na niebie świeci słoneczko,

Umyjcie rączki, tak Pan Bóg każe,

Włóżcie ubiorki, umyjcie twarze,

Potem przystąpcie do księgi owej,

I mówcie słowa z karty wiekowej"

Tak budzi dziatki każdego rana

Matka, gdy prace już rozpoczęte,

Lecz najprzód czyta te słowa święte:

O, Izraelu, czcij swego Pana!“


III.


Gdy po dniu pracy, trudu i trwogi,

Znów żyd wstępuje w domowe progi,

Lub gdy zebrawszy swej pracy plony,

Znowu powraca w domowe strony;

Wtedy z łzą w oku, z sercem dziękczynnem,

Modły swe składa w kole rodzinnem,

Gdzie siedzi żona, dziatwa kochana,

I znowu wznosi modlitwy słowa

Modlitwy starej, jak pieśń wiekowa:

O, Izraelu! wielb swego Pana!“


IV.


Jeśli Izrael oddany skrusze,

W dniu uroczystym wznosi swą duszę

Ponad znikome pokusy świata;

Wówczas pieśń jego myślą bogata,

Po wszystkich krańcach zgodnym brzmiąc chórem

Milknie i gaśnie wraz z nieb lazurem,

Gdy już gwiazdeczki nikną nad ranem,

I wtedy święta brzmi pieśń wiekowa,

Wzniosła, jak duchów tajna rozmowa;

O, Izraelu, kórz się przed Panem!"


V.


W dniach, gdy nienawiść świat ku nam głosił,

Gdy Żyd stokrotną wciąż śmierć ponosił,

W dniach, gdy za wiarę w jednego Boga,

Śmierć go czekała straszna, złowroga,

On, by pozostać w swych ojców wierze,

Oddawał życie w krwawej ofierze;

Twarz jego smutna, łzami zalana,

Lecz usta jeszcze głoszą zwycięzko,

Słowa płacone śmiercią męczeńską:

O, Izraelu, wierz w swego Pana“!


VI.


Rozpocznij, dziecię, modlitwy słowa,

Słowa tak wzniosłe, jak pieśń wiekowa,

Słowa, co nosił żyd na sztandarze,

Gdy już ojczyste stracił ołtarze,

I dziś on jeszcze ten sztandar ściska,

Gdy życie milknie — gdy śmierć już bliska,

Gdy już wieczności dotyka progu,

Gdy już spoczywa w śmierci kolebce,

Jeszcze zmartwiały te słowa szepce:

O, Izraelu, żyj w Panu Bogu!"


S. J. NADSON:

- (1862 - 1897)


ŻYD.

Tłumaczenie: B. Londyński i Saul Wagman:

- 1893 Warszawa – podczas II wojny światowej, wschodnie ziemie Rzeczpospolitej, zajęte przez Sowietów [?]) – dziennikarz, tłumacz, poeta polsko-żydowski; brat A. Ważyka i L. Trystana. W młodości należał do nielegalnych kółek socjalistycznych. Brał udział w strajku szkolnym w 1905. Wraz z J. Appenszlakiem, założył tygodnik „Błat” (1918). Następnie podjął współpracę z „Naszym Kurierem” i „Nowym Dziennikiem”. Od 1923 był współredaktorem i sekretarzem redakcji „Naszego Przeglądu”. Publikował artykuły i tłumaczenia literatury (prozy, dramatów i poezji), przede wszystkim w prasie polsko-żydowskiej (m.in.: „Chwila”, „Miesięcznik Żydowski”). Podróżował do Palestyny i Stanów Zjednoczonych. Reportaże z tych wyjazdów publikował w „Naszym Przeglądzie” i w „Unzer Ekspres”. Należał do grona najważniejszych tłumaczy literatury żydowskiej; m.in. współpracował z serią „Biblioteka Pisarzy Żydowskich” (wyd. Safrus, od 1924). Jednak większość jego przekładów jest rozsiana po ówczesnych czasopismach. W formie książkowej opublikował m.in.: tłumaczenie z języka jidysz trylogii J. Opatoszu W lasach polskich (1923) oraz antologię nowel żydowskich Płomienie i zgliszcza (1925), których autorami byli: Sz. Asz, D. Fryszman, E. Kaganowski, J. Mastbaum, H.D. Nomberg, I.L. Perec, Moryc Rosenfeld, Z. Segałowicz, L. Szapiro, I.M. Weissenberg. Udzielał się społecznie, m.in. zasiadał we władzach Żydowskiego Komitetu Ratunkowego, Żydowskiego Towarzystwa Krajoznawczego oraz organizacji sportowej Makabi. Po wybuchu II wojny światowej prawdopodobnie znalazł się na terenach zajętych przez Związek Radziecki i popełnił samobójstwo.


Jam wzrastał obcy ci, narodzie podeptany,

Jam nie dla ciebie snuł natchnione pienia;

rędzia nauk twych i twego jarzma rany,

Obcemi były mi, jak twe wspomnienia.

I gdybyś, jako wprzód, był silny i szczęśliwy,

I gdyby cały świat cię nie poniżał,

Ja byłbym inne czuł dążenia i porywy,

Z miłością bym do ciebie się nie zbliżał.

Ale, gdy widzę dziś, jak gnębi cię ohyda,

Jak zginasz czoło swe w daremnej skardze,

Gdy hańbę zda się mieć, kto nosi imię „żyda",

Gdy gawiedź, widząc cię, ma srom na wardze;

Gdy jako podły pies, wróg na cię zęby szczerzy,

Gdy chce ćwiartować cię, w zawiści głodzie, —

Daj skromne miejsce mi śród tłumu twych szermierzy,

O, biedny mój narodzie!


Obcy wyrosłem ci, shańbiony ludu mój,

Nie tobie’m śpiewał w chwile natchnienia,

Twych cudnych legend czar i twego życia znój

Jest mi tak obcy, jak twe wierzenia.

Jam ongi, gdybyś znów szczęsny był, siłę miał,

Przed ludy nie stał z czołem zniżonem,

Gdyby twój wolny duch ku słońcu pędził wewał,

Jabym ku tobie nie szedł z pokłonem.

Ale za naszych dni, gdy nieba sięga szczyt

Twych mąk i czekasz próżno zbawienia,

Ale za naszych dni, gdy sama nazwa „żyd“

Dla tłuszczy hasłem jest potępienia.

I gdy twój liczny wróg, jak sfora żerczych psów,

Rwie trzewia twoje w zaciekłym głodzie,

Pozwól powiększyć mi szermierzy twoich huf

Mój pohańbiony biedny narodzie!


LEJB NAJDUS:

- (pseud. Lejbke Rejchels, Leonardo) (6.11.1890 Grodno – 23.12.1918 tamże) – poeta jidysz, tłumacz. Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej o tradycjach oświeceniowych. Odebrał wykształcenie religijne i świeckie (m.in. w gimnazjum w Wilnie). W jidysz debiutował w 1907 roku. Wydał tomiki poetyckie Lider (1915), Di flejt fun pan (1918), Intime nigunin (1919). Bliski dekadentyzmowi, wprowadził do poezji jidysz wzory liryki europejskiej, a jego twórczość odznaczała się wirtuozerią formalną. W liryce o wyszukanych formach poetyckich wyraził nostalgię za tradycją żydowską; wprowadził do poezji żydowskiej motywy antyczne. Pozostawił również lirykę w języku rosyjskim. Tłumacz Puszkina, Lermontowa, Baudelaire’a, Verlaine’a, Heinego na jidysz. Ukazały się jego utwory zebrane: Dos buch fun poemes (jid., Księga poematów; 1923) i Litwisze arabeskn (jid., Litewskie arabeski; 1924). Polskie przekłady jego poezji opublikowano w Antologii poezji żydowskiej (1983).


OCZY WSCHODNIE.

(Z motywów wschodnich.)


Gdy patrzę, luba, w twoje czarne oczy,

Widzę noc wschodnią z mgławemi lazury,

Tonącą w woni kwiecia, ros przezroczy,

Strojną w gwiazd rzędy, niby w pereł sznury.


Hen z mgły dalekiej płomyczek wygląda,

Jakby pierś nocy płonęła pożogą;

Snać z karawaną wiedzie ktoś wielbłąda

Od palm oddechu zwilgoconą drogą.


Szmer z winnic słychać, jak głos ducha ruin,

Cichutki trawy wiew kołysze ziemię,

W oddali nuci pieśni swe beduin,

Co przed swą chatą leży, lecz nie drzemie.


Gdy czarna rzęsa twoje oko skuwa,

I sen dziewiczy na łoże cię mami,

To zdaje mi się, że w twem oku czuwa

Noc cicha wschodnia z perłami-gwiazdami.


HIRSZ DAWID NOMBERG:

- (ur. 1876 w Mszczonowie, zm. 1927 w Otwocku) – pisarz, publicysta, działacz społeczny i polityczny, poseł na Sejm Ustawodawczy w II RP. Był w dużej części samoukiem. Ukończył jesziwę, wychowywał się w środowisku hebrajskojęzycznym, ale w krótkim czasie zdołał opanować język polski, niemiecki i rosyjski. Studiował na Uniwersytecie w Jenie i Heidelbergu. Początkowo publikował po hebrajsku w gazetach Ha-Cofe, Ha-Dor i Ha-Zman. Później pisał w jidysz. Nakłonił go do tego Icchok Lejb Perec. W 1897 osiadł w Warszawie, gdzie zatrudnił się jako nauczyciel języka hebrajskiego. Jednocześnie pisał dla warszawskich tytułów prasowych wydawanych w jidysz, takich jak Hajn i Der Moment. W tym czasie związał się z nurtem fołkistowskim. Wkrótce potem został posłem na Sejm Ustawodawczy. Stało się tak, ponieważ mandat piastowany przez innego fołkistę, Noacha Pryłuckiego, został unieważniony. Nomberg wszedł więc w skład izby za niego. W 1920 zrezygnował jednak z funkcji posła, motywując swą decyzję chęcią poświęcenia się twórczości literackiej. Nomberga zastąpił Chaim Rasner. Był współtwórcą Związku Literatów i Dziennikarzy Żydowskich w Polsce. W 1921 wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Zmarł na gruźlicę i został pochowany na cmentarzu żydowskim przy ulicy Okopowej w Warszawie (kwatera 31, rząd 2). Jego nagrobek jest dziełem rzeźbiarza Abrahama Ostrzegi. Nomberg był znanym nowelistą, krytykiem, felietonistą i publicystą. W swoich utworach skupiał się na opisach życia różnych grup społecznych, głównie ludzi samotnych, zagubionych i biednych, ale także inteligencji i osób młodych. Jego dzieła to także opisy podróży do Ameryki, Palestyny, Europy Zachodniej i ZSRR. Utwory Nomberga drukowane były w zbiorach: Dos felieton-buch (jid. Felietony, Warszawa 1924), Gezamłe werk (jid. Dzieła zebrane, Warszawa 1922), Szriftn (jid. Pisma, Warszawa 1908–1909, 1919, 1926). Pisał także sztuki teatralne. Szczególnie popularna była jedna z nich – Di miszpoche (jid. Rodzina), wystawiana na scenach teatrów m.in. w Warszawie, Wilnie, Rydze, Berlinie i w USA. Zajmował się również przekładami, tworzył też wiersze dla dzieci oraz kuplety i pieśni.

OPUSZCZONA KOCHANKA.

(Na motyw ludowy)


I.


Kupię ja deseczki sobie,

Mam pieniądze już,

I łódeczką śliczną zrobię,

W nurt się puszczę mórz.


Udam się corychlej w drogę,

W cudną siną dal,

Długie swe rozpuszczę żagle,

Popłynę śród fal.


Puszczę żagle, łódź poleci,

Wiatr przyspieszy bieg,

Wietrze drogi, nieś łódeczkę

Hen na tamten brzeg.


Na wielkiego morza brzegu

Leży piękny gród,

Tam młodzieniec się przechadza

Tuż przy prądzie wód.


Jak on mile się uśmiecha,

Mówi, nuci śpiew...

Czy wie, jak mi serce bije,

Jak mi pała krew?


II.


O półzmroku na tym brzegu

Stanęła ma łódź:

Patrzę — z dziewą spaceruje,

Miałby zdradę knuć?


Gdy mnie ujrzał, wnet zawołał:

O, Rachelko ma:

Przybiegł i w mą łódkę skoczył,

Pierś mu ogniem drga.


Pieści, ściska mnie, całuje,

Bawi słowem swem,

Przyszła tamta i przewraca

Łódkę na wierzch dnem.


Razem z nim do morza wpadam,

Ryba łyka nas:

Nasza łódź samotnie płynie

W smutku długi czas.


Płynie łódź-sierota, gnana

Przez wiatr, burzę złą;

Niechaj po nas kadysz zmówi,

Kto zobaczy ją.


KOŁYSANKA.


Biegną, pędzą chmury czarne,

Wiatr wyje i dmie,

Z mgieł Sybiru śle ci ojciec

Ukłon, dziecię me!


Wiatr nam czułe śle ukłony,

Cicho, dziecię, sza!

Tam twój tatuś stoi z taczką

W ręku szpadel ma.


Kopie coraz głębiej, głębiej,

Blady niby trup;

Nie smuć się: dla fałszu, krzywdy

Kopie wieczny grób.


To nie pierwszy, nie ostatni

Z tych, co zmógł ich bój.

Nie płacz: wielkim bohaterem

Jest ten rodzic twój.


Na mężnego bojownika

Wyrośniesz i ty,

Śpij, kochanie, siły nabierz

Nie płacz, na co łzy?l


I. L. PEREC:

- Perec Icchok (Izaak; Icchak) Lejb (Leon; Lew; Lejbuś), zw. „ojcem poezji żydowskiej” (1851 Zamość – 1915 Warszawa) – poeta, prozaik, dramaturg, krytyk, klasyk literatury jidysz i hebrajskiej. Pochodził z rodziny Żydów sefardyjskich, która została sprowadzona do Zamościa w XVI w. przez Jana Zamoyskiego. Otrzymał tradycyjne wykształcenie religijne. Ukończył wydział prawa jako eksternista; po zdaniu egzaminu w 1876, wykonywał m.in. zawód adwokata prywatnego. Po przeniesieniu się do Warszawy (1888) podjął pracę urzędnika w Warszawskiej Gminie Starozakonnych (m.in. przez wiele lat pracował w kancelarii Wydziału Cmentarnego; 1898-1916). Początkowo był zwolennikiem haskali, jednak z czasem przeszedł na pozycje narodowe. Pierwsze utwory pisał w języku polskim (1870-1878). Uznanie przyniosły mu wiersze i poematy z 1875-1888, pisane w języku hebrajskim. Przełom w jego twórczości i debiut w języku jidysz stanowił poemat Monisz (1888). Był także prozaikiem; napisał m.in. Bakante biłder (jid., Znane obrazki [Sceny rodzinne], 1890, 1903); Biłder fun a prowinc-rajze (jid., Obrazki z podróży po prowincji, 1891); Fołkstimłeche geszichtn (jid., Opowiadania ludowe, 1909; wydanie w j. hebr. – 1918); Chsidisz (jid., Motywy chasydzkie, 1908); polskiego wydania opowiadań ukazywały się w: 1925, 1929, 1953, 1958. Zasłynął również jako dramaturg, pisząc: Di gołdene kejt (jid., Złoty łańcuch, przen.: Tradycja pokoleń, 1909; pierwsza wersja tego utworu z 1903 nosiła nazwę Der nisojen; jid., Próba); Baj nacht ojfn ałtn mark (jid., Nocą na starym rynku, 1907); Churban be(j)t cad(d)ik (hebr., Upadek [Zniszczenie] dworu cadyka, 1903). Napisał także komedię A moł Iz gewen a mejłech (jid., Razu pewnego był sobie król). Niektóre tytuły nowel weszły na stałe do języka jidysz, stając się wyrażeniami przysłowiowymi bądź symbolicznymi, np. Bońcie Milczek, Di frume kac (jid., Bogobojna kotka), Sztrajmł (jid., Lisia czapa [Lisiura]). Od początku swej twórczości zajmował się także publicystyką. Był twórcą związanym z trendami nurtującymi literaturę światową, atakowany zarówno przez kręgi zachowawcze jako „heretyk”, jak i przez koryfeuszy ówczesnej krytyki. Był człowiekiem-instytucją. Przyczynił się do powstania w Warszawie wiodącego centrum literatury jidysz, m.in. dzięki wydawnictwom: „Perec-Błetłech” (jid., Gazetki Pereca) i „Jontew-Błetłech” (jid., Gazetki [Pisemka] Świąteczne) – w okresie 1865-1915 ukazało się ok. 300 pozycji wydanych z jego inspiracji oraz w serii Jidisze Bibliotek (jid., Biblioteka Żydowska, 1891-1895). Zabiegał o podniesienie poziomu teatru żydowskiego, stając się twórcą krytyki w tej dziedzinie; w 1909 założył m.in. w tym celu Towarzystwo Literackie. Niejednokrotnie podkreślano jego związki z literaturą polską. Żydowska Sekcja PRN-Clubu w Polsce w okresie międzywojennym przyznawała nagrody literackiej jego imienia. W 1901 w Warszawie ukazało się wydanie jubileuszowe jego dzieł, pt. Szriftn (jid., Pisma); w 1908-1925 wydano jego Ałe werk (jid., Dzieła zebrane, t. 1-18, Nowy Jork-Wilno); zaś po wojnie w języku jidysz ukazały się Ałe werk fun I.L. Perec (Dzieła zebrane I.L. Pereca, t. 1-11, 1947-1948) oraz w języku hebrajskim Kol kitwe(j) I.L. Perec (t. 1-10, 1948-1960). Poza tym, ukazały się też pamiętniki Majne zichrojnes (1913-1914).


Z proroków.


BÓG SIĘ PYTA.


Jeśli mną przepełniony świat,

Poco mi wznosisz chram?

Alboż ja jem lub piję rad?

Co z twoich ofiar mam?


Na co mi wołów mięso, krew?

Zjedz sam je lepiej wprost!

Lub twoje własne tłuszcz i krew?

Więc porzuć śmiało post.


A modły twe — błaganie łask?

Nam ścierpieć mord i łup?

A gdy się modlisz — na co wrzask

Czy-m głuchy jest jak trup?


A ręce twe, co zginasz wpół?

Wiem, że są długie zbyt.

Poco swą głowę schylasz w dół,

Czy ci za myśli wstyd?


NIE SĄDŹ.


O, nie sądź, bracie, że świat jest szynkownią,

Gdzie drogę trzeba torować do beczki

Pięścią, pazurem i źreć, pić, jak inni;

Patrzeć zdaleka szklanemi oczyma,

Mdleć i połykać o głodzie swe śliny,

Ściągnąć żołądek, co w dreszczach dygoce...

O, nie sądź, bracie, że świat jest szynkownią...


O, nie sądź, bracie, że świat nasz jest giełdą,

By mocny słabym, zbir zacnym handlował,

By od dziew biednych kupować ich hańbę,

Od niewiast mleko z piersi, mózg od mężczyzn,

Od dzieci uśmiech niewinny, — co bywa

Nieczęstym gościem na licu dorosłych...

O, nie sądź, bracie, że świat nasz jest giełdą...


O, nie sądź, bracie, że świat dzikim lasem

Dla wilków, lisów, rabunku, oszustwa;

Niebo zasłoną, by Bóg nie zobaczył;

Że mgła jest, by nam na ręce nie patrzeć,

Ziemia — by wessać krew ofiar przemocy...

O, nie sądź, bracie, że świat dzikim lasem.


Świat nie jest karczmą, ni giełdą, ni lasem:

Wszystko się mierzy i wszystko się waży;

Ni łza, ni kropla jedna krwi nie ginie,

Nie gaśnie próżno ni jedna skra w oku.

Łzy rzeki tworzą, z rzek powstają morza,

A z mórz potopy i z iskier pioruny...

Nie sądź, że niema ni sądu, ni sędziów...


POBUDKA.

Otuchą krzepcie dziś mój lud,

By mężniał duch na życia trud

I mocno w ręku dzierżył ster!

Nie bądźcie wichrem dla tych skier,

Co w sercach tlą — bo jadem noc.

Lecz pobudzajcie jego moc,

Lecz podsycajcie płomień ten,

Bo jadem noc i śmiercią sen!

Otuchą krzepcie wciąż mój lud.


Otuchą krzepcie lud wśród burz —

Niejedną noc on przetrwał już,

Niejeden on już toczył bój —

A w błękit wznosił sztandar swój,

A dumnie pośród burzy trwał,

Jak hardy, granitowy wał...

Otuchą krzepcie dziś mój lud.


PRAWDA I KŁAMSTWO.


Kłamstwo jest bez nóg — wszak wiecie —

Tak brzmi w księgach świętych motto;

Kłamstwo jedzie więc w karecie,

A zaś prawda brnie piechotą.


Prawda pada ze zmęczenia,

Z ciągłych marszów ma nagniotki;

Kłamstwo, pełne powodzenia,

Pędzi cwałem, jak kokotki.


I na prawdę bryzga błotem,

Batem ją uderza w lica...

Drwią przechodnie: — Nie wie o tem,

Że trza na bok zejść — nędznica!


J. J. PROPUS.


NOC PORANNĄ MROCZY JAŚNIĘ.


Noc poranną mroczy jaśnię,

Starość się przybliża siwa,

Oko coraz bardziej gaśnie,

W sercu coraz zimniej bywa.


Kwitną, więdną i schną kwiaty,

Wschodzi i zachodzi słońce;

Ja całemi słyszę laty

Tylko wiatry szalejące.


Drwię z starości smutnej, podłej:

Przyjdź, otwarte masz wierzeje;

Chcę zaduszne zmówić modły

Za tęsknotę, za nadzieję.


NOE PRYŁUCKI:

- Pryłucki (Priłucki) Noach (Noe, Noe Germanowicz), pseudonim i kryptonim Aleksander C., Iks, Oktawa (1882 Berdyczów – 1941 lub 1942 Wilno?) – publicysta, adwokat, etnograf, filolog, literat, działacz społeczny i polityczny, poseł na Sejm RP; syn Cwiego P. Studiował na uniwersytecie warszawskim i w Petersburgu. W 1904–1905 działał w organizacjach syjonistycznych, brał udział w wiecach uniwersyteckich, za co został na dwa miesiące uwięziony, a potem relegowany z uczelni. W 1915 stał się rzecznikiem traktowania Żydów polskich jako autochtonicznej grupy krajowej (postulując jednak zachowanie żyd. odrębności kulturowej) i organizatorem stronnictwa fołkistów. Był aktywny w wielu żydowskich organizacjach społecznych i kulturalnych, m.in. był prezesem organizacji Szuł-Kułt i – przez pewien czas – Żydowskiego PEN-Clubu, członkiem zarządu JIWO oraz Centrali Drobnych Kupców Żydowskich. W 1916–1918 wchodził w skład Rady Miejskiej miasta Warszawy, a od 1918 – w skład Tymczasowej Rady Stanu Królestwa Polskiego; w 1922 został wybrany do Sejmu Ustawodawczego i Sejmu RP, jako jedyny przedstawiciel fołkistów. Nie wstąpił do Koła Żydowskiego (właśc. Wolnego Zjednoczenia Posłów Narodowości Żydowskiej; lecz tworzył jednoosobowy Klub Żydowskiego Stronnictwa Ludowego. Współpracował z licznymi czasopismami, wydawanymi w języku hebrajskim i jidysz, m.in. z dziennikami „Der Weg” i „Unzer Leben”, a wraz z ojcem, założył i współredagował warszawski dziennik „Der Moment” oraz jego popołudniówkę – „Warszewer Radio”; prowadził salon literacki przy ul. Świętokrzyskiej. Przez pewien czas (od 1909) prowadził też w Warszawie praktykę adwokacką, z której zrezygnował na rzecz pracy naukowej i kulturalnej. Zbierał żydowskie pieśni, przysłowia, zajmował się żydowską dialektologią, historią literatury, teatru, muzyki, leksykografią i bibliografią. Redagował liczne czasopisma, efemeryczne wydawnictwa w języku jidysz, m.in.: „Der Junger Gejst” (Młody Duch), „Gołdene Funken” (Złote Iskry), współpracował z tygodnikiem „Teater-Wełt” (Świat Teatru) (1908). Był autorem wierszy; m.in. cyklu liryków erotycznych Farn mizbejech (Przed ołtarzem, Warszawa 1908); wydał też Jidisze fołkslider (Żydowskie pieśni ludowe, Warszawa 1911, 1913), Lider un majsełech fun tojt (Pieśni i bajki o śmierci, Petersburg 1913), dwa tomy Noach Priłuckis zamłbicher far jidiszn folklor, filologie un kulturgeszichte (Noacha Pryłuckiego zbiory żydowskiego folkloru, filologii i historii kultury, Warszawa 1912-1919). W okresie międzywojennym ukazało się 10 tomów jego Pism, z których tom Barg arojf (W górę, Warszawa 1917) ma charakter wspomnieniowy. Pisywał także w języku polskim, m.in. w „Życiu Żydowskim” (1917–1919). W języku polskim wydano w dwóch tomach jego Mowy (Warszawa 1920–1922). Po wybuchu II wojny światowej opuścił Warszawę i znalazł się w Wilnie, gdzie na uniwersytecie objął katedrę języka i literatury jidysz. W 1940, wspólnie z I. Rabonem, wydał almanach literacki Unterwegns (jid., Po drodze). Po napaści Niemiec na Związek Radziecki wszelki ślad po nim zaginął.


NIE CHCĘ SPOKOJU!


Spokojem w życiu szarem się brzydzę:

Niech-że ja kocham, niech nienawidzę,

Niech wrę, niech dążę, snuję nadzieję,

Niech-że ja płaczę i niech się śmieję,

O, nie krępujcie mi rąk i nóg,

Bym żądzę życia ujawnić mógł!


Niech-że przeklinam, niech błogosławię,

Niech burzę, wznoszę, niech śnię na jawie,

Niech stare światy zwalę do końca,

Niech nowe nieba dźwignę i słońca,

O, nie krępujcie mi nóg i rąk,

Życie bez dążeń jest pełne mąk!


PAULA PRYŁUCKA.


ŻYD.


Przed czasem zestarzały,

Twarz bladą ma, jak płótno,

We troje zgięty cały,

A oczy patrzą smutno.

Już zaraz od spowicia

Trapiony, uciśniony,

Stałego nie zna życia,

Wciąż gnany na wsze strony...

Rozpaczy szczyt —

Oto jest żyd!


Byt jego w płacz się wciela

I nikt mu łez nie utrze,

Dziś nie zna on wesela,

Z przestrachem śni o jutrze.

Od urodzenia dźwiga

Kłopotów pełną paczkę,

Okrutnie los go ściga...

Wprzęgnięty w ciężką taczkę.

Wlecze swój byt —

Oto jest żyd!


Lecz całe życie godnie

O kraju przodków marzy,

Po ludzku żyć swobodnie

U starych chce ołtarzy,

Czy jednak się doczeka,

Gdy śmierć co kroku czyha?

Kraj przodków lśni z daleka,

A dola dusi licha...

Lecz wiary syt,

On wierzy w świt.

Oto jest żyd!


NASTROJE.


Po kamieniach i po kwiatach

Biegłam z żąszą mą gorącą

By z wiatrami hulać, szaleć

Koić łzy, co spokój mącą.


Po dolinach i po morzach

Biegłam tchnieniem mem głębokiem

Czy mię Boży cud przywita

Przyjacielskim swoim wzrokiem?


Po snach mknęłam i po życiu

Upowita w natchnień zorzy

Chciałam marzyć z „nim" i dążyć

Lecz się cud nie spełnił Boży.


KAJDANY DZWONIĄ.


Kajdany dzwonią, dzwonią, dzwonią

A dźwięk ich płynie w dal błękitną,

Dziś w nich bojownik prawdy jęczy,

Co za ideę walczył szczytną.


Kajdany dzwonią, dzwonią, dzwonią,

I „sprawiedliwość" czynią godnie:

Wczoraj je dźwigał zbój okrutny,

Co z zimną krwią popełnia zbrodnie.


Kajdany, skruszcie się, stopnijcie

I do przeszłości przejdźcie nocy:

Zbrodniarza wy nie poprawicie.

A wolne duchy drwią z przemocy.


P. M. RASKIN:

- Philip Max Raskin (1880-1944). Autor zbiorów „Pieśni o Żydach” (1914 r.), „Pieśni Wędrowca” (1917 r.). Urodził się w Szkłowie w Rosji. Mieszkał przez pewien czas w Anglii. W 1915 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Pisał wiersze w języku angielskim, hebrajskim i jidysz.


PESACH.


Pomnę, jak dokoła dziadka

Siedzi dzieci tłum radosny,

A na dworzu wietrzyk wieje,

Świeże tchnienie nowej wiosny.


Pierwsze słońca lśnią promienie

I twarzyczki grzeją młode,

Złoto leją w dziadka oczy

I mu grzeją siwą brodę.


Kocham dziadka wzrok rozumny,

Zamyślone jego oczy;

W ustach jego — starych dziejów

Zmartwychwstaje kształt uroczy.


Cudne nam obrazy wskrzesza,

W barwy zdobiąc je tęczowe:

Stare bajki opowiada,

Stare, ale wiecznie nowe.


Mówi nam o dniach paschalnych,

Co przybyły do nas w gości,

Mówi nam o święcie żniwa

I o świętych dniach wolności.


Pesach dla nas świętem wiosny

Uroczyście wciąż je czcimy:

O, nietylko piękne wiosny —

Naród ma też brzydkie zimy.


Wtenczas wiosna nasza przyszła:

Srogie były zimy chłody,

Lecz nam słońce wnet przyniosło

Promień szczęścia i swobody.


O niewolnym ludzie prawi,

Co bez kraju, bez ojczyzny

Obcym zamki wznosił, mając

Na swem ciele batów blizny.


Co kajdany dźwigał ciężkie,

Całe wieki znosząc mękę,

Nie próbował więzów skruszyć,

Lecz całował katom rękę.


Nagle mąż się zjawił wielki,

Siła pchnęła go nieznana,

Stargał pęta, przemógł wroga

I zniweczył moc tyrana.


Pojął, że w krzywdzonym ludzie

Drzemie wzniosłych czynów zaród.

Tchórzów zmienił w bohaterów,

Niewolników w wolny naród.


Szlak ciernisty do wolności

Musiał przebyć lud wybrany,

Aż przed wolą jego — morza

Rozstąpiły się bałwany.


Słup ognisty wiary w puszczy

Towarzyszy żydom stale...

Wszystko dziadek opowiada,

Oczy święcą mu w zapale.


Wtedy wiosna nasza była,

Kres nieszczęsnej, smutnej doli,

Potem lato przyszło piękne:

Byt bez jarzma, bez niewoli".


Powiedz, dziadku, długoż trwało

Lato, czas ten wymarzony?

Głos staruszka nagle słabnie,

W dół ma łzawy wzrok utkwiony.


Och, i później, dziatki drogie,

Były zimy, pełne zgrozy:

Gęste chmury, nawałnice,

Burze, wichry, grad i mrozy.


Znów od długiej srogiej zimy

Dusza ludu zmarzła skrzepła,

Ileż sił zmarniało, zwiędło

W braku słońca, w braku ciepła.


Naród znowu stracił męstwo,

Wznosi zamki znów za... blizny,

Dźwiga ciężkie obce jarzmo,

Znów bez kraju, bez ojczyzny".


Powiedz, dziadku, wywróż, drogi

Czy się skończy i ta zima?“

Z oczu starca łzy się sączą,

Odpowiedzi długo niema.


Tak, kochani, wciąż po zimie,

Wiosna k’nam się zjawia w gości,

Wiecznie jarzmo trwać nie może,

Lud dojść musi do wolności.


Znów się muszą w nim obudzić

Wola, duch, poczucie mocy,

Musi słońce wzejść swobody,

Po niewoli długiej nocy.


Lecz tymczasem, drogie dzieci,

Nim ten czas nastanie sławny

Pesach musi być pamiątką

Li po wiośnie zmierzchłej, dawnej!”


SZOWUOS.


Starym obyczajem biedny i bogaty

We święto Szowuos dom ozdabia w kwiaty.

Lecz choć raźno zwyczaj ten obchodzą tłumy,

Jednak w mojej głowie budzi smutne dumy.

Gdy spostrzegam kwiaty w pełnym ich rozkwicie,

Przedemną powstaje całkiem inne życie.

Widzę kraj nasz stary, co go Boża wola

Ozdobiła w palmy i zielone pola.

Co tam zboża w polu, traw na sianożęci,

Natura bogata święto zbioru święci!

Tam się czci wesoło święto dojrzewania,

Nie jak w krajach smutku, na ziemiach wygnania.

Męże tam jak cedry, niewiasty jak palmy

Hymny wolne pieją i pobożne psalmy.

A ochocza młodzież: dziewice, młodzieńce

Z pól wracają, niosąc świeżych kwiatów wieńce.


Wtem głos słyszę z nieba: dość marzyć, poeto!

I miast pól i kwiatów widzę nędzne ghetto.

Och, utracił dawno żyd rodzimą grządkę,

Odtąd ma w szowuos kwiaty — na pamiątkę.

To nie żyd już zdrowy i do czynu skory,

Nie żyd wieśniak krzepki, jeno tułacz chory.

Tu żyd siać zapomniał, młócić i bronować,

Za to się nauczył — cierpieć i wędrować.

Na ten widok serce wybucha okrzykiem:

Czy na wieki, żydzie, będziesz niewolnikiem?

Czyś na zawsze stracił wolę, moc — zakaty?!

Czy wciąż zbierać będziesz tylko obce kwiaty?

Wciąż po cudzej glebie będziesz dreptał grzązkiej,

Bez własnego kwiatka, bez swojskiej gałązki?

Zdala-ż od ojczyzny, jej pól i ogrodów

Wciąż obchodzić będziesz święto pierwszych płodów?!


PO POGROMIE.

(Pisano po rozruchach antyżydowskich w Rosji.)


Znów po świecie się roznosi

Pogromowy dziki siew,

Znowu leją się jak strumień

Nasze łzy i nasza krew.


Znów się tułać z miejsca w miejsce

Musi żyd, by znaleść schron,

Znów zbestwione katy hańbią

Cześć sióstr naszych, cór i żon.


Znowu męczennicy nasi

W poniewierce są jak śmieć:

Niepoznani, w grobie wspólnym

Nędzny pogrzeb muszą mieć.


Znowu ofiar jest bez liku,

Co przysparza wroga dłoń,

Znów o pomoc błagać musim,

Chociaż hańba pali skroń.


Znowu stary naród zginać

Przed ciemięzcą musi kark,

Jego broń — El mole rachmim,

Co mu rzewnie płynie z warg.


Tylko jęczeć możem, płakać

I rozpaczy zrobić ruch...

Oto w co się dziś zamienił

Makabejski dawny duch.


Więc pytanie śle w niebiosa

Dumny i świadomy żyd:

Boże, co jest trudniej przenieść

Naszą boleść, czy nasz wstyd?!


SZCZĘŚLIWEGO ROKU!


Czysto, niewinnie, bez życia brudów,

Wabiąc jasnością nasz mętny wzrok,

Z morza żywota pełnego cudów

Wypływa na świat dziś Nowy Rok.


Witaj nam, drogi, i służ najgodniej,

Jak dobry anioł pośród nas siądź,

Czyń, byśmy byli dumni, swobodni,

O, Roku, nowym naprawdę bądź!


Nowego ducha daj, nowe cele,

Skutecznym uczyń nasz bój, nasz trud,

By nowa radość, nowe wesele

Opromieniały nasz stary lud.


Lata poprzednie się nam sprzykrzyły,

Ty nas, jak ojciec, do serca tul,

By nas minęły, — spraw, druhu miły,

Stare katusze i stary ból.


Stare przekleństwa, stare cierpienia

Zbyt nam życiowy wyssały sok...

Troski wygnania i rozproszenia —

Niech wszystko zmiecie to Nowy Rok!


W KUCZCE.


Noc chłodna, cicha — przestrzeń nieb

Miljonem gwiazd pokryta;

Dziad siwy siedzi w kuczce swej

I w świętej księdze czyta.


Niby brylantów, pereł sznur

Migają gwiazdek krocie:

Jak długo, dziadku, powiedz mi

Przesiedzisz w swym namiocie?


Milczysz, by żaden wyraz ci

Powszedni ust nie zmazał,

O duchach czytasz? — powiedz kto

Ci z nich się dziś ukazał?


Doniosłą jest modlitwa twa,

Z duchami mowa — słodką;

Odemnie ukłon oddać racz

Prastarym naszym przodkom.


Gdy ojciec Abram zjawi się,

Poznaj go z naszym wiekiem:

Izmael ustatkował się

Już nie jest dzikim człekiem.


Prędzej niżeli Ezaw-brat

Żydowi da kęs chleba:

Od rodzonego brata zbiedz

Do przyrodniego trzeba.


Gdy Izaak zaś odwiedzi cię

Ezawa przedstaw szczęście:

Choć go nie błogosławił nikt,

Moc dóbr mu dały — pięście.


Bez przerwy walczy mieczem swym

O przedmiot niby wzniosły,

A biedny Jakób śle mu w dar

Barany, capy, osły.


Gdy Jakób przyjdzie, prawdę mu

Rżnij bez obłudy cienia:

Z dwunastu dziś zostało mu

Półtrzecia pokolenia.


A lud ten pośród wielu ziem

Labanom licznym służy,

Ma przez „pałeczki" chleba kęs

Wśród wiecznej swej podróży.


I przed Mojżeszem prawdy złej

Nie skrywaj pod zasłoną:

Lud jego gniecie glinę wciąż

Okrutnym faraonom.


Jak dawniej lud ten krnąbrny jest,

I choć jest dumny wielce,

Niekiedy kornie schyla łeb,

Gdy widzi — złote cielce.


A gdy proroka święty duch

Na ziemię naszą wraca,

Każ mu na powrót prędko iść:

Zbyteczna jego praca.


Mów mu, że tu swój wieszczy byt

Wieść musiałby przedwcześnie:

Nie grzeje nas wymowy żar,

Nie poją jeszcze pieśnie.


Powiedz mi dziadku, ale — ach!

Czemu wytrzeszczasz oczy?

Może już teraz z wyżyn nieb

Przychodzi gość proroczy.


O, widzę, dziadku, że twa twarz

W powagi mgle się chowa,

Odchodzę już, dobranoc ci,

Pamiętaj moje słowa!


NASZE HASŁO.


Dosyć na obcej ciężko orać roli,

Na korzyść innych nieść mozolny trud,

Nie chcemy jęczeć w jarzmie i niewoli,

Obcych utuczać, sarnim cierpieć głód.


Dość niebotyczne dźwigać piramidy,

Co faraonów wszelkich zdobią kraj,

Czas się wyzwolić z ucisku ohydy,

Zmienić obczyznę na ojczyzny raj.


Czas już niewoli rozkruszyć kajdany

Hańbie wygnania czas położyć kres,

Podnieść na duchu nasz naród nękany,

Czyny wykrzesać z tęsknoty i łez.


Trzeba porzucić płacz gnuśny i zgniły,

Smutek, co cięży na piersi jak kloc,

Trzeba zjednoczyć nasze wspólne siły

W wielką, potężną i owocną moc.


Trzeba pracować z pomyślnym wynikiem,

Siać, by w przyszłości dojrzał piękny płód;

Ten jest nikczemnym tchórzem, niewolnikiem,

Kto o to nie dba, by wyzwolić lud.


Niech naszem hasłem będzie jedność, zgoda,

Wiara w zwycięstwo i swobody maj,

A nas nie minie sowita nagroda;

Lud odrodzony, odzyskany kraj.


PIEŚŃ LETNIA.


Prosisz mnie, luba, bym ci dzisiaj piosnkę

Zaśpiewał letnią o wesołej treści:

Już mi się pieśni sprzykrzyły żydowskie

Powiadasz— pełne smutku i boleści.


Nie mogę — mówisz — znieść dźwięków ponurych,

Gdy wszystko wkoło hołd radości niesie:

Kwiatki na łące, ptaszęta w lazurach,

Trawka w dolinie i źródełko w lesie.


Tam, gdzie żniwiarze swoje pieśni dzwonią,

Gdzie dźwięczy śmiech ich pogodny bez końca,

Udaj się, luby, z swą natchnioną skronią

I przynieś dla mnie pieśń życia i słońca.


O, nie znasz, luba, duszy marzyciela,

Poety, który na obczyźnie śpiewa:

Wszystko się dla mnie w czarną postać wciela,

Bólem tchną kwiaty, i kłosy, i drzewa.


Nie naszem ziarnem są zasiane pola,

Nie nasza piosnka rozbrzmiewa w dolinie,

Miast kwiatów — ciernie daje nam niewola,

Z ust naszych jęki, płacz rwą się jedynie.


O gdzie jesteście, doliny i góry,

Ojczyzny naszej, gdzie pola i gaje?

Bez was ja smutny chodzę i ponury,

Bez was i lato szczęścia mi nie daje.


O palmach, cedrach, luba, ciągle marzę,

Lustrzanych źródłach, co srebrem migocą,

A serce moje jest wspomnień cmentarzem,

Na którym pieśń ma roni łzę sierocą.


J. REINGOLD.


MOJA PIEŚŃ.


Wam, cni towarzysze, wam, bracia rówieśni,

Co w znojach trawicie swe dnie,

Wam śpiewam żałosne, mąk pełne me pieśni

I jęk mego serca wam ślę.

Choć nie wiem, czy echem odezwą się w duszach,

Czy czyja zakipi z nich krew,

O mękach wciąż śpiewam, mozołach, katuszach,

Nędzarzom poświęcam mój śpiew.


Stworzyły mą lutnię: głód, nędza, cierpienia,

A w sercu głęboko na dnie

Tkwi ból i bojowo nastrają me pienia,

Do walki z wyzyskiem lud zwie.

Więc nie wie ma pieśń, co to śmiech, co wesele,

Jej nuta: zgrzytanie i gniew,

Lub krwią i żelazem tchną smutne me pienia:

Nędzarzom poświęcam swój śpiew.


Estradą mi warsztat, maszyny orkiestrą,

Wtóruję wciąż dzikiej tej grze,

Kieruje zaś majster, kapelmistrz-maestro,

Bez końca muzyka ta rżnie.

Melodya to stara, ponura, żałosna,

Jak wicher, co wyje śród drzew;

I nie wie ma gęśl, co to słońce, co wiosna,

Nędzarzom poświęcam swój śpiew.


ABRAHAM REISEN:

- (1876 Kojdanów, Białoruś – 1953 Nowy Jork) – poeta, nowelista, publicysta, redaktor; brat Zalmana R. Jako samouk, uzyskał znakomitą znajomość literatury jidysz, hebrajskiej oraz rosyjskiej i zachodnioeuropejskiej. Na jego pisarstwo duży wpływ wywarła twórczość Szolema Alejchema i I. L. Pereca. Debiutował poematem Wen dos łebn Iz farbitert (jid., Gdy życie staje się gorzkie, 1891). Swoje wiersze i nowele publikował w różnych czasopismach żydowskich, uprawiał przeważnie małe formy literackie: krótkie opowiadania, humoreski, eseje. W 1895-1896 służył w armii rosyjskiej, gdzie grał w orkiestrze wojskowej, pisywał także pieśni. W 1908 zamieszkał w Warszawie, lecz w czasie I wojny światowej przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. W okresie międzywojennym przyjeżdżał do Warszawy często i tu publikowano jego utwory, m.in. również w przekładach na język polski (m.in. w „Naszym Przeglądzie”). Twórczość R. jest bardzo bogata, rozproszona w wielu czasopismach i tłumaczona na różne języki (m.in. na hebr., niem., wł., hiszp., węg., duński, rosyjski). Wydał: Menczn un wełtn (jid., Ludzie i światy, t. 1-2, 1908), Gezamłte werk (jid., Dzieła zebrane, 1908), Geształtn (jid., Kształty, 1909), Gute brider (jid., Dobrzy bracia, 1909), Humoreskn-buch (jid., Humoreski, 1920), 50 wierszy (dla dzieci, 1926?), Niu-Jorker nowełn (jid., Nowojorskie nowele, 1929) i inne. Jego utwory poetyckie ukazywały się również w polskich antologiach poezji żydowskiej, w przekładach Zewa Szepsa (Londyn 1980) i Jerzego Ficowskiego (Warszawa 1983).


TĘSKNO MI.

Tłumaczenie: M. Chmielnicki.


Tęskno mi, luba, więc imię twe szepcę,

A może ty wspomnisz dziś o mnie,

Tak cicho w mej biednej maleńkiej izdebce,

I jasno i mile, choć skromnie,

I jasno i mile choć skromnie —

Lecz nikt nie przychodzi tu do mnie.


Tęskno, najmilsza, i lat młodych żal...

I siedzę, gdy wieczór nadchodzi,

Wpatrzony gdzieś w pustkę, wsłuchany gdzieś w dal.

Wiatr skargi posępnie zawodzi,

I zda mi się — ktoś tu przychodzi.


O WY, PERŁY MOJE!

Tłumaczenie: M. Chmielnicki.


O, wy perły moje,

Łzy wy me dziecięce,

Czy was pozbierały

Czyjeś dobre ręce?

Po dalekich krajach

I po ziemi całej —

Wszędzie wy się, perły,

Cicho rozsypały,

Pójdę ja po świecie,

Wrócę ja przez życie,

Zbierać perły moje,

Niżąc je na nicie.


HURAGAN. *)


Uderzył huragan w mą biedną chatynę

I zniszczył dobytek mój cały:

I drogie pamiątki, i życie człowiecze

Ofiarą żywiołu się stały.

Czy mogę się gniewać na burzę i piorun,

Co z ślepą szaleją wszak siłą?

Lecz to mnie oburza, przygnębia i rani,

Że słońce też przy tem świeciło.

Wiatr, burza i piorun — im wszystko daruję:

Spełniły rozkazy nieb godnie,

Lecz jakże tam słońce tak jasno świeciło,

Spokojnie się patrząc na zbrodnię?!


*) Wiersz ten jest aluzją do pogromu kiszyniowskiego.


NA NUTĘ PASCHALNĄ.


Przez całą zimę w sercu mem

Czułem ciemności moc przeklętą,

Lecz przyszedł jasny wiosny dzień

I przyniósł z sobą Pesach-święto.

Już wyprzątnięty chumec-kwas:

Społeczne waśnie, kłótnie, swary;

Pomknęły wszelkie troski het,

Ponury, zimny smutek stary.

Panuje w duszy seder-ład,

Tak pięknie, jasno i tęczowo,

Pójdź w me objęcia, luba ma,

I w sercu mojem bądź — królową!


HANDLARZ.


By módz pędzić nędzny byt,

Chodzi z workiem biedny żyd,

Bieży ciągle z domu w dom,

Krzyczy, nie wie, co to srom;

O, jak smutnie głos mu drży,

Gdy wciąż po podwórzu grzmi:

Handel, handel!


Któż jesteście, żydzie mój?

Co was trapi: głód czy znój?

Na Krochmalnej mieszkam ja,

W dziurze, gdzie panuje mgła,

Z żoną, dziećmi różnych lat,

W zimie wciąż tam wieje wiatr,

W lecie, wiośnie — z nieba łask,

Słońca tam nie wchodzi blask;

Pędzić wciąż mi każe los,

A mój drżący woła głos:

Handel, handel!


Innych słów mam także moc;

Lecz te zna spokojna noc,

Gdy mnie ona do dom pcha,

Złamanego pracą dnia;

Słowa te w mej piersi wrą,

Zlane łzą, zroszone krwią...

Lecz zadużo gadam już,

Może mnie przepędzić stróż...

Sprzedaj pan, coś: łachman, but,

Bym ukoić mógł swój głód!

Handel, handel!


JÓZEF ROLNIK:

- (1879-1955), poeta. Urodził się w pobliżu Miru (Białoruś) w rodzinie młynarza. W 1899 r. wyemigrował do Nowego Jorku, zadebiutował jako poeta żydowski w Forverts w 1900 r., powrócił do Europy w 1901 r., by ponownie wyemigrować do Nowego Jorku w 1907 r. Rolnick był jednym z pierwszych poetów amerykańskich w języku jidysz. Należał do grupy literackiej Di Yunge. Porównany z Robertem Frostem.


DO CZARTA, KSIĘGI!


Do czarta księgi, ich twórców zatłukę!

Precz mełamedzi, idźcie precz odemnie!

Ja wolę poznać kochania naukę,

I jak być przez ,,nią“ kochanym wzajemnie.

Wykułem Talmud i komentarz wszelki,

Zbawienie niosłem umarłym i żywym;

Nauki jednej nie poznałem wielkiej,

Jak dziewę kochać i być z nią szczęśliwym.


SARA REJZEN:

- (1885 w Kojdanowie w obwodzie mińskim – 25 października 1974 w Nowym Yorku). Tłumaczka, poetka. Córka Kalmana Reisena, siostra Abrahama i Salmana. Od 1908 do 1914 przebywała w Warszawie, potem w Mińsku, gdzie pracowała jako nauczycielka, jednocześnie pisząc utwory teatralne. Po śmierci ojca (1925) przebywała w Wilnie, gdzie współpracowała z żydowskimi czasopismami, jak i, jako tłumaczka, z wydawnictwem Kletzkin. W 1933 wyjechała do Nowego Yorku.


ŻYCIE.


Polem krwawego boju jest życie,

Więc weź ze sobą błoń,

Łzy twe i jęki niech płyną skrycie,

Dla ludzi Jasną miej skroń.


Życie bezdusznym jest okrutnikiem,

Lecz z dumnem czołem idź,

O bólu swoim nie płacz przed nikim,

Nikt słabych dziś nie zwykł czcić.

Życie jest dla nas krwiożerczym katem,

On stryczek dla cię ma;

Więc walcz i broń się przed strasznym światem,

Li to ci szczęście da.


NOWOCZESNA BOHATERKA.


Gdy ujrzał ją, pokochał wraz,

A jest on znawcą żeńskich kras:

Jej oczy są, jak morza toń.

Przez oddech jej tchnie kwiecia woń,

Jej głos to cudnej skrzypki dźwięk,

Jak dąb ma kształt, jak słońce wdzięk,

Lecz niczem cud jej ócz i lic,

Posagu bowiem nie ma nic.


Nie dla niej stworzon ślubu mirt,

Z nią można wieść jedynie flirt,

A gdy rozkoszy bierze gust,

Można się tulić do jej ust.


Inna jest brzydka niby noc,

Niezgrabna, ciężka jako kloc,

Gruba jak wieprz, lepka jak ćma,

Ale jej papa posag da.


On pierwszą strącił w dół, jak trup,

Z drugą legalny bierze ślub.


MORRIS ROSENFELD:

- Rosenfeld (Rozenfeld) Moryc (Morris) właśc. Mosze Jakub Alter (1862 Boksze k. Sejn – 1923 Nowy Jork?) – poeta piszący w języku jidysz. Dzieciństwo i młodość spędził w Warszawie. W 1882 wyjechał do Stanów Zjednoczonych, skąd powrócił w 1883. Rok później ostatecznie opuścił kraj. W Londynie nauczył się krawiectwa, którym miał potem zarabiać na życie w tzw. work-shopach, po osiedleniu się w Nowym Jorku (1886). Debiutował w tymże 1886, a w 1888 ukazał się jego pierwszy tom wierszy Di gloke (Dzwon), zawierający pieśni rewolucyjne i ludowe. Opublikował dwadzieścia zbiorów poetyckich, wśród których największy rozgłos przyniósł mu Dos lider-buch (Księga pieśni, 1897), zwłaszcza po dotarciu do czytelników spoza kręgu języka jidysz, najpierw w tłumaczeniu na język angielski pt. Songs from Ghetto (1898), a potem na język niemiecki Lieder des Ghetto (z ilustracjami M. Liliena, 1902); w j. pol. ukazał się jako Pieśń z Getta (1908). Będąc z przekonań socjalistą, stał się przede wszystkim bardem uciskanego proletariatu, choć w swej twórczości sięgał także do tematyki odrodzenia narodowego i lirycznej. Współpracował z kilkoma nowojorskimi czasopismami. Jego sytuacja materialna pogorszyła się, gdy zaczął tracić wzrok i musiał porzucić pracę zarobkową. Nie poprawiło jej zakończone sukcesem artystycznym tournée po Europie Środkowo-Wschodniej (m.in. po Galicji). Choć jego utwory tłumaczone na kilka języków były śpiewane na mityngach robotniczych, on sam koniec życia spędził w niedostatku i zapomnieniu, borykając się z kłopotami zdrowotnymi. Ukazało się kilka edycji jego dzieł zebranych: Szriftn (Pisma, t. 1-6, 1908-1910); Gezamłte szriftn (Pisma zebrane, t. 1-3, 1912) oraz Dos buch fun libe (Księga miłości, 1914). Losy poety stały się tematem sztuki H. Leiwika oraz powieści Leona Goldenthala Toil and Triumph (1960).


MOJA PIEŚŃ.

Tłumaczenie: Alfred Tom:

- (1879-1944)


Nie stroik złoty moją krtań

Układa do śpiewania;

Nie możnym niosę korną dań,

Gdy gęśl ma pieśń wydzwania.

To niewolnika płacz i jęk

Do śpiewu pierś mą budzi —

i drga, jak płomień, pieśni dźwięk

Za pokrzywdzonych ludzi.


Ot, czemu nikną siły me

I pasmo dni się zrywa; —

Gzem wynagrodzić może mnie

Nędzarza dłoń życzliwa?

Za łzę on też mi płaci łzą —

I oto-m nagrodzony;

Miljony łez mym skarbem są,

I płaczę za miljony.


W WARSZTACIE.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Gdy dziko w warsztacie zahuczą maszyny,

Tak jest mi, jak gdyby mój duch we mnie spał;

Sam w sobie jakoby przepadam bez śladu,

Świadomość zanika — maszyną-m się stał!

Pracuję bez końca, pracuję bez miary,

Już tyle zrobiłem, a praca wciąż trwa;

Dla kogo i na co — nie pytam i nie wiem,

Bo jakże-ż maszyna zamyślać się ma?


Wymarły uczucia i myśli wymarły —

Uśmierca je gorzki i mąk pełny trud;

Najlepszą treść duszy, najczystszą, najgłębszą,

Szlachetne porywy i wzloty — on zgniótł.

Pierzchają sekundy, minuty, godziny,

Przemija mych nocy i dni długich ciąg:

Ot, koło obracam, jak gdybym je gonił,

Nieświadom czynności zdrętwiałych mych rąk.

A zegar w warsztacie nie cichnie na chwilę:

Wskazuje i bije i cyka tu wciąż; —

Ach, pomnę! znaczenie przedziwne tych cykań

Przed laty uczony wyjawił mi mąż.

Jak przez sen, coś jeszcze dotychczas pamiętam:

Że zegar jakoby mą myśl budzić miał

I... co?... Nie pytajcie mnie, już zapomniałem,

Nic nie wiem, maszyną-m bezduszną się stał!


Lecz nieraz, gdy bicie zegara usłyszę,

Inaczej rozumiem już sens jego słów;

Wrażenie mam nieraz, że woła wahadło:

Nie próżnuj, do pracy zabieraj się znów!"

I w dźwiękach zegara gniew majstra poznaję,

A w twarzy zegara — jest majstra zła twarz;

Uczuwam, że zegar do pracy nagania

I łaje: „Maszyno, maszyno, szyć masz!“


I wtedy dopiero, gdy wrzawa ustaje, —

W obiadu czas, kiedy już wyszedł mój pan,

W mej głowie zaczyna coś świtać powoli,

Niedolę swą czuję i ogień mych ran.

I gorzkie łzy moje, ach, łzy te gorące

Mój obiad zwilżają, mizerny chleb mój;

Jedzenie mię dusi, nie mogę jeść, biada!

Okrutna-ż to praca, o krwawy-ż to znój!


W południa czas warsztat wygląda, jak pole

Walk strasznych, gdy broni przycichnął już dźwięk;

Wokoło, ach! tyle ciał widać poległych,

Ku niebu się zrywa przelanej krwi jęk.

Za chwilę ryk trąby do szturmu zawoła,

Umarli powstają — znużony ich krok,

I walczą żyjące te trupy — za obcych,

Aż wszystkie padają i chłonie je mrok.


W katuszach na plac ten bojowy spoglądam,

W mem sercu rozpala się zemsta i złość,

A zegar — pojmuję go teraz! — mnie budzi:

Niech koniec nastąpi, niewoli już dość!"

On myśl mą rozjaśnia, orzeźwia uczucia

I uczy, że chyżo ucieka mój czas:

Nędznikiem jam był, gdy milczałem dotychczas,

Przepadnę, gdy z ścian tych nie wyrwę się wraz!


Ów człowiek, co we mnie spał dotąd, się budzi,

Niewolnik, co czuwał, zapada w sen tuż.

Ha, teraz właściwa godzina nadeszła,

Kres musi nastąpić, niedoli dość już!

Wtem słychać świstawkę — wszedł majster — zgiełk rośnie,

Bój wkoło się wszczyna — faluje tłum głów —

Pochłania mię gwar — o nic nie dbam — nic nie wiem —

Maszyną bezduszną, maszyną-m jest znów!


PRZY MASZYNIE DO SZYCIA.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Spójrzcie na tego człeka tam!

On sił resztkami żyje; —

Lecz bez ustanku, dzień za dniem

Wciąż szyje, szyje, szyje.


Uchodzą dni, miesiące w dal

Za rokiem rok upływa;

Przygarbił mu się wątły kark,

Lecz praca trwa straszliwa.


Z czoła mu ciurkiem kapie pot,

Rumieńce niemoc spędza;

Nie siła już pracuje tu,

Lecz pcha i goni — nędza!


Noc tyle mu wyssała łez,

Od lat już nie schną oczy, —

A każda suknia, którą szył,

We łzach się gorzkich moczy.


Jakiż go jeszcze czeka los?

Trapiony coraz srożej,

Długo-ż ma straszne koło gnać?

Co temu kres położy?


Nie wiem; — lecz tego-m pewny jest:

Gdy padnie raz bez sił,

Wnet inny go zastąpi człek

I będzie szył i szył...


ŁZA NA ŻELAZKU.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


W warsztacie duszno, mrok i chłód!

Żelazko pcham — to w tył, to w przód!

Męczy mnie kaszlu suchy dźwięk,

I z chorej piersi rwie się jęk.


Jęczę i kaszlę, serce łka;

Wilgnie mi oko, spada łza;

A łza ta — mimo ognia żar —

Kipi i kipi wciąż, bez miar.


Znikł sił mych ślad wśród długich mąk —

Żelazko mi wypada z rąk;

A owa łza, ta ciężka łza,

Łza moja wciąż na ogniu drga.


W mem sercu — ból, a w głowie — szum,

Na ustach słów mam gorzkich tłum:

Łzo, druhu wierny, powiedz mi,

Czemu-to nie chcesz zniknąć ty?


O niema łzo, powiedz mi wraz,

Czy w oku mem jest dużo was?

Czyś jest ostatnią może łzą,

Którą mi dzisiaj losy ślą?


Lub możesz posłem: chcesz mi rzec,

Że zaraz więcej będzie ciec?

I to też powiedz, druhu mój,

Czy skończy się ten ciężki znój?”


Więcej-bym pytań zadał jej,

Tej mojej łzie, łzie ciężkiej mej, —

Lecz słowom położyły kres

Potoki świeżych gorzkich łez:


Pojąłem wówczas, chyląc skroń,

Że wielka jeszcze łez mych toń.


MÓJ SYNUŚ.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Maleńkie dziecię w domu mam —

Chłopczyna to jest chwat:

Gdy ujrzę go, to zda mi się,

Że moim cały świat!


Lecz rzadko, ach, widuję go,

Gdy czuwa — w ciągu dnia;

A w dom gdy wracam, on już śpi,

Bo noc oddawna trwa.


Do pracy mię wygania świt,

A wczas mam w późny mrok:

Obca mi własna moja krew,

Ach, obcy dziecka wzrok!


Dowlokę się do izby mej

Zbolały i bez sił, —

Od bladej żony słyszę wnet,

Jak grzeczny synuś był;


Jak słodko gwarzył, pytał wciąż:

Mamusiu, powiedz mi —

Kiedyż-to tatuś wróci już?

Przyniesie dla mnie trzy?


Słucham, z zapartym szepcąc tchem?

Syneczku, słuszność masz!“ —

Ojcowska miłość pali pierś —

Zobaczysz moją twarz!"


Już nad łóżeczkiem schylam się

I widzę, jak snów rój

Porusza drobne wargi mu:

Gdzie, gdzie jest tatuś mój?"


Całuję błękit jego ócz —

Otwarły się. „O, mów,

Poznajesz tatę“? — Ujrzał mnie

I zamknął oczki znów.


Tu stoi, skarbie, tatuś twój

I tobie trzy dać chce.“

Usteczka poruszają się:

Ach, gdzie jest tatuś, gdzie?"


Ból ściska serce me, do dna

Goryczy-m spełnił kruż:

Raz, synu mój, obudzisz się,

A mnie nie będzie już!


ROZPACZ.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


O, gdybyż dzień jeden w tygodniu mieć wczas,

Od jarzma być wolnym jedyny choć raz!

I pana zapomnieć skrzywioną, złą twarz,

Zapomnieć, że cierpieć pokornie — los nasz,

Zapomnieć warsztatu i krzyki i huk,

Niewoli straszliwej za sobą mieć próg!...

Zapomnieć się pragniesz i wytchnąć chcesz ładnie?

Niedługo na spokój ci czekać wypadnie!


Już liście i kwiaty opadać chcą z drzew,

Wnet ptaki zanucą ostatni swój śpiew,

I w szereg cmentarzy zamieni się świat!

Ach, jak-by swą wonią orzeźwił mię kwiat!

I, zanim traw skonu nastąpić ma dzień,

Jak radbym wietrzyka choć raz użyć tchnień!

Na polu być pragniesz z zielenią i rosą?

Ha, dobrze! zaniosą cię w pole, zaniosą!


Staw srebrzy się w słońcu i ciągnie się w dal, —

Nieziemskie jest piękno i czar jego fal.

Jak mile chłodziłaby kąpiel mą skroń!

Chęć wielka mię bierze zanurzyć się w toń,

Bo w pracy staszliwej opadłem tak z sił,

Wyzdrowiałbym, gdybym raz wodą się zmył! —

Wykąpać się tobie tak bardzo zachciało?

Nie troskaj się, wkrótce obmyją twe ciało!


W warsztacie jest ciemno i kłębi się dym —

Więc bluza ma brudna w podziemiu jest tym!

Podobna-ż, bym jeszcze o czystość tu dbał?

Lecz wszystko za czystą koszulę-bym dał?

Toć godzi się chyba, by prawy mógł człek,

Po ludzku pracując, być czysty jak śnieg!

Więc białej odzieży tak prosisz z pokorą?

O, w biel cię niebawem całego ubiorą!


Las wonną świeżością tchnie, drzew jego cień

Jest miejscem, gdzie puściłbym wodze swych śnień.

Ptaszęta ślą tęskne piosenki swe tu,

A słodkie ich tony kołyszą do snu...

W warsztacie natomiast duszący jest dym, —

Ach, jakżebym w lesie orzeźwił się tym!

Ochłodzić się pragniesz? To cóż ci po borze?

Toć cały niebawem ochłodniesz już może!


Jak wielkim bogactwem prawdziwy jest druh!

Przez niego nadzieją pokrzepia się duch!

Przyjaciel prawdziwy osładza nam byt

I w życia mrok wnosi radosny swój świt;

Lecz jam jest sierotą, samotnym jak głaz —

Nie darzy przyjaźnią mnie nikt z pośród was!

O, będziesz niedługo miał druhów obficie;

Czekają już oni na twoje przybycie!


W WARSZTACIE I W DOMU.


Choć pierś ma w kaszlu drga chorobliwie,

W zaduchu trawię me dnie;

Dobywam plony na cudzej niwie,

Nie zieję zemstą, żalu nie żywię,

Lecz serce me bólem tchnie.


Wzrok mam schorzały, błędny, sterany,

A oczy są pełne łez;

Zbolałej duszy piekące rany

Na zewnątrz rwą się poprzez łachmany,

Zwiastując mi szybki kres.


Choć rany zieją, krwawią się, pieką,

W podziemiu pędzę mój byt;

Pod zimnych majstrów srogą opieką,

Godziny nudne, jak żółw, się wleką, —

W sercu rozpaczy mam zgrzyt.


Gdy w progi domu wracam wieczorem,

O których od rana-m śnił,

Jam nie człowiekiem już, lecz upiorem;

Z duchem złamanym i ciałem chorem

Na łóżko padam bez sił.


Na drugiem łóżku żona ma leży,

Kołysząc dziecko do snu,

I śpiew żałosny z piersi jej bieży

O doli cichych pracy rycerzy,

A kaszel wtóruje mu.


O swoich dumam i szlochać chce się:

Gdy dzisiaj skosi mię zgon, —

Cóż mym najdroższym jutro przyniesie.

Kto dłoń im poda w życiowym lesie,

Kto chleba da im i schron?


Kto ich nazajutrz pieczą otoczy,

Uchroni od gwałtów, zdrad?

Czy ktoś im otrze spłakane oczy,

Czy ich przygarnie cny lud roboczy,

Czy z torbą puści ich w świat?


Dumam do późnej godziny, w której

Powieki kleją się w śnie...

Lecz ot, zabłysnął ranek ponury, —

Znów mknę, gdzie nędzy syny i córy

W mozołach pędzą swe dnie.


DO LUBEJ.


O luba moja, tyżeś to?!

Czy tu mam snuć miłości nić!

Czy ty naprawdę pragniesz tu

W warsztacie przy mym boku być?


Kochane dziecię, rzuć tę myśl!

Nie tu dla marzeń cichy kąt:

Tu włada żar i gwar i szum —

Zaklinam cię, o, uchodź stąd!


Nie wolno mi cię widzieć tu,

Całować pięknych twoich lic:

Tu wszystko-m sprzedał — dłoń i wzrok

I czas i moc — tu nie mam nic!


Choć śmiercią jest bez ciebie byt,

Na wszystko błagam cię: idź, idź!

Tu wre zacięty bój o chleb —

Kto głodu ujść chce, musi szyć.


Do mej izdebki później przyjdź,

Gdy noc otuli dawno świat;

Tam, wolny, złożę u twych stóp

Mych uczuć żar i myśli kwiat.


Tam oprę skroń o twoją pierś,

Wynurzę treść mych żądz, i śnień

I, pieszcząc dłoń, opowiem ci,

Co dał mi długi, smutny dzień.


Całować będę usta twe,

Gorących łez wypłaczę zdrój;

Najdroższy życia mego skarb —

Skarb lutni mojej — będzie twój.


Do śpiewu natchnie moją gęśl

Twej duszy czar i ciała wdzięk;

I każdy szept twych bladych warg

Obrócę w ton, przekształcę w dźwięk...


Lecz teraz, luba, musisz iść!

Tu miłość traci wszelką moc:

Dla nas nastaje życia świt,

Gdy wszystkich już uśpiła noc.


CZEM JEST ŚWIAT?


Jeśli sypialnią jest ten nasz świat,

A człowiek śpiącą istotą, —

Chciałbym przez życia niewiele lat

Nić marzeń snuć szczerozłotą.


Chciałbym mieć złote łoże, jak król,

Śnić miłość, wolność i szczęście;

By snu nie płoszył mi żal, ni ból,

Ni zemsty ściśnięte pięście.


A jeśli życie — to suty bal,

Z jakiej mnie krzywdzą zasady?

Chciałbym też tańczyć wśród gładkich sal

I miejsce mieć u biesiady.


Ja świetnie trawię najtłustszy kęs,

A trunek mnie z nóg nie ścina;

Czemu chleb jadam, miast smacznych mięs,

I piję wodę — miast wina?


A jeśli znów ogrodem jest świat,

Chcę deptać trawy kobierce;

Nie tam iść, kędy pan puścić rad,

Lecz kędy zapragnie serce.


Na czole chciałbym mieć wianek z róż —

Dość mam korony cierniowej!

I z lubą, chyląc miłości kruż,

Rwać mirty i liść laurowy.


Lecz jeśli placem boju jest świat,

Gdzie słabych zwycięża silny,

Niczem mi ojciec własny, ni brat —

Nad wszystko bój mi jest pilny!


W obronie słabych, — gdzie gnębi wróg,

W sam ogień wpadnę z pośpiechem,

A jeśli kula mnie zwali z nóg,

Potrafię skonać ze śmiechem!


DOKĄD?

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Dokąd-to idziesz, piękne dziecię?

Patrz, ziemię jeszcze kryje noc,

I taki cichy wkoło świat,

Nie zabrzmi nigdzie głosu ślad; —

Sen świeżość dałby ci i moc!

Swą główkę we śnie kwiatek chyli,

I w gniazdku jeszcze ptak nie kwili..,

A ciebie dokąd-to wiatr gna,

Tak wcześnie już, o, biedna ma,

Nim się zaczęło świtanie?

Idę zarobić coś, panie."


Dokąd-to idziesz, piękne dziecię

Tak pusto wszędy, taki chłód,

Mrok miasto skrył i zieleń pól,

Spoczywa wszystko, umilkł ból;

I słabnie wciąż twój drobny chód...

A jeśli dzień się nie uśmiecha, .

Jak przyjść od nocy ma pociecha?

Noc głucha, ślepa, noc jest zła; —

Dokąd tak późno, biedna ma?

Może na czyjeś spotkanie?

Idę zarobić coś, panie.”


SŁOWIK DO ROBOTNIKA.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Dziś letni jest dzień, dziś cudny jest dzień!

Czy słyszysz ton mojej piosenki?

Słoneczko śle z nieba pąk złotych swych lśnień,

Mej braci skrzydlatej bór pełen jest pień,

A z trawki much lecą pobrzęki;

Zdrój szemrze, w dolinie strumyka brzmi gwar,

Błoń — kwiatów rozlewa woń słodką i czar:

Już dość twojej w fabryce męki!

I tobie przyroda nie skąpi swych tchnień —

Dziś letni jest dzień, dziś cudny jest dzień!

I każdy z przyrody dziś ręki

Radości dostaje, ociera swe łzy, —

Lecz wszyscy pytają, gdzieś podział się ty:

I twoja jest cząstka tu, będziesz ją miał, —

Ach, weź, robotniku, weź dzisiaj swój dział!


Dziś letni jest czas, dziś cudny jest czas!

Motylek już taniec swój wszczyna,

Spójrz, deszczyk się mieni tysiącem swych kras,

Tam góry się piętrzą, zieleni się las,

Zapachu jest pełna dolina;

Owieczki igrają śród kwiecia i drzew,

Pastuszek usłyszał pastuszki swej śpiew —

Już cudów nadeszła godzina!

Nie zwlekaj więc, drogi! Żyć jeden masz raz —

Dziś letni jest czas, dziś cudny jest czas!

Niech trochę zaczeka maszyna!

Tak długo pracujesz już we dnie i w noc,

Tak idzie na marne żelazna twa moc!

Po latach męczarni — radośnie raz żyj

I śmiało z rozkoszy kielicha dziś pij!


Dziś letni jest dzień, dziś cudny jest dzień!...

Ach, krótkie jest pieśni mej trwanie:

Wybije godzina za kilka już mgnień,

Gdy wrony posępnej przesunie się cień,

A moje zamilknie śpiewanie.

Dopóki więc z drzewa dziś nucę ci ten

O szczęściu, miłości złocisty mój sen,

Nie zwlekaj, aż wszystko ustanie!

Nie zawsze niebiosa tak pełne są lśnień —

Dziś letni jest dzień, dziś cudny jest dzień!

Skorzystać zeń trzeba, kochanie!

Podobnie jak ty przy maszynie swej schniesz,

Tak wszystko na ziemi zanika, ach, też;

Króciutkich chwil parę — to żywot jest twój:

O chwilę się spóźnisz — przegrany jest bój!.


STARY KRAWIEC.


Przy igle strawił lata młode,

Wiek cały musiał szyć i szyć;

Pot ciurkiem kapie mu na brodę,

Białą jak na igle nić.

Majstrzy go wszyscy mają w cenie,

Każdemu z nich sprzedawał trud;

A jednak puste ma kieszenie,

A żona, dzieci cierpią głód.


W pracowni widać go o świcie,

Gdzie już pracuje w pocie lic.

Zarabia całe swoje życie

I nigdy nie roztrwonił nic.

A jednak wiecznie cierpi biedę

Ten niestrudzony, pilny mąż;

I, gdzie coś dostać znów „na kredę”

Przy pracy o tem myśli wciąż.


On milczy, jak warsztatu mury;

Przed majstrem go ogarnia strach;

Wstrętne mu strajki, awantury,

A święty mu — krawiecki fach.

On milczy, ten męczennik stary, —

Jedynie kaszel mówi zań;

Łzę przykrywają okulary,

A ciągły katar dusi krtań.


Gdy młodsi z towarzyszów grona,

Nań spojrzą, serce im się rwie;

Ten starzec — postać ta skulona —

Straszliwą dla nich wróżbą tchnie.

Już widzą śmierci szpony czarne —

Nagrodę za uczciwy trud...

I oni pójdą tak na marne,

Nim staną u mogiły wrót.


NA SPACERZE.


Słoneczko lśni mile. Przez miejską ulicę

Z chłopczykiem mym idę: wybladłe ma lice

W wystawie się piętrzą owoców tysiące —

On do nich spojrzenia posyła gorące;

To rączkę wyciągnie, to tupnie znów nóżką —

Jak chętnie-by spożył rumiane jabłuszko!

Uderza mu serce, napoły przytomnie

To wzrok do owoców kieruje — to do mnie.

O, wiem, czego pragniesz, nieszczęsne me dziecię, —

Lecz owoc nie dla nas dojrzewa na świecie!


Idziemy więc dalej... Z sklepowej wtem szafki

Wabiąco nań patrzą prześliczne zabawki.

Mój chłopczyk z uśmiechem już na nie spogląda,

A potem znów na mnie — czy wiem, czego żąda.

Przymila się, stroi pocieszne swe miny

I gwałtem mnie ciągnie do lśniącej witryny.

Ach, wiem, czego łaknie to serce dziecinne —

Chce także, jak dzieci zabawić się inne.

Chcesz cacko? Czy nie wiesz, kochane me dziecię,

Że cacka nie dla nas istnieją na świecie?


Przysiągłem więc wówczas, że miejskim już szlakiem

Nie będę przechodził z nieznośnym chłopakiem.

On płacze i błaga: „na spacer chce, ojcze!"

Choć wiem, że dlań w domu powietrze zabójcze,

Lecz: „cicho!" mu mówię, a serce mi pęka,

Że dręczy się już ta istotka maleńka,

Że zgrzyt już się wziera w serduszko dzieciny —

Ach, za cóż to wszystko, za czyje to winy?!

A jednak, hamując swój płacz pokryjomu,

Odzywam się szorstko: masz siedzieć tu, w domu!


PRACOWNIA.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Stoi mizerota —

Dom o starym murze;

Na dole jest karczma

Bóżnica — na górze.

Tam — do pijatyki

Pospólstwo zasiada,

Tutaj — kupka żydów

Nad wygnaniem biada.


Ale wyżej, wyżej

Gdy się kto wgramoli,

Ujrzy izbę mroczną, —

O, biadaż jej doli! —

Rzadko kiedy mytą

I czyszczoną rzadko,

Której brud jest ojcem

A wilgoć jest matką.


W izbie tej się stale

Pracowicie trudzi

I, zda się, bez skargi —

Aż trzydziestu ludzi.

Mężczyzn oraz kobiet

Garstka wynędzniała —

Potargane dusze

I powiędłe ciała!


Tutaj się rozbija

Majster — podła dusza:

Wrzeszczy, klnie, wymyśla —

Jak zwierz, się rozjusza.

Bo on królem tutaj —

Mąż więc, czy niewiasta

Słuchać go powinni,

Słuchać go — i basta.


LEW.


I czemuż wy swój brzuch, do stu!

Pasiecie mięsem tłustem,

A mnie rzucacie kość, jak psu,

Co wszystko zmiata z gustem!


Jak psu, co wciąż bezdomnie gna

I wszystko żre w potrzebie,

A gdy ktoś gnat mu z łaski da,

Jest jakby w siódmym niebie!


Jak psu, co, wiecznie cierpiąc głód,

Za nędzny ochłap wszelki

Pokornie liże panu but,

Jejmości — pantofelki.


Ostrożnie ze mną! Bom ja lew,

Ząb wcale mam nie tępy, —

A gdy mi w żyłach zawre krew,

Rozszarpię was na strzępy!


Znam las, znam step — tam ze mnie chwat.

Ujrzałem dzień pod drzewem;

A kiedy ryknę — zadrży świat,

Struchleje przed mym gniewem!


To nic, że dziś w milczeniu trwam,

Nie sądźcie, żem tak głupi,

Gdy złamię kratę, biada wam!

Obrócę w stos was trupi!


NA CMENTARZU.


Noc cicha. Po niebie szybują mgły czarne;

Lśni księżyc i gwiazdy migocą.

Bóg snu mnie zaciągnął na pole cmentarne,

Gdzie wszystko tchnie śmiercią i nocą.


Kto leży w mogiłach — wie o tem dno dołu;

Złe z dobrem jest w jednym tu szyku,

Ze szczęściem tu ból pogrzebany pospołu,

A pan śpi przy swym niewolniku.


Niekiedy wiatr liście u drzew zakołysze,

I słychać przedziwne wyrazy;

Pozatym znów głucho, czuć ciszę i ciszę,

Umarli — ci milczą, jak głazy.


Ach, ileż tu mogił! Kto rzec się odważy,

Gdzie leży człek biedny, pan możny,

Gdzie groby bogaczów, mogiły nędzarzy

Gdzie leży pobożny, gdzie zdrożny?


Błoń wiatru muskają leciutkie podmuchy,

Pieściwie szeleszczą drzew liście:

O, święty wam pokój, samotne wy duchy,

Niech spokój wam służy wieczyście!"


Wtem bóg snu mi rzecze: „Patrz, wkoło kamienie,

Na prawo i tam po lewicy;

Napozór te same pod niemi śpią cienie, —

Czy jednak nie widzisz różnicy?"


Przyglądam się grobom, nie szczędząc uwagi;

Ból serce mi targa i gniecie:

Ten grób taki łysy, ubogi i nagi,

Na tamtym lśni zieleń i kwiecie.


Dlaczego — bóg rzecze — ten grób jest tak łysy,

Jak dobrze spostrzegłeś ty właśnie,—

Nad tamtym lśnią kwiaty i płaczą cyprysy?

Przyczynę ci zaraz wyjaśnię.


Ten człek, czyj grób zdobi kwieciste okrycie!,

Odzierał lud biedny ze skóry,

Trudzącej się rzeszy zatruwał on życie,

Zamęczał jej synów i córy.


Do ust jego krew robotnicza się lała,

On gniótł, dobroczyńcą się mieniąc;

Stąd żył on wygodnie, stąd nabrał on ciała

I urósł w potęgę i pieniądz.


Ten znój wyzyskanych, te łzy, ten pot krwawy,

Co z ludzi wytoczył przed laty,

Dziś kwieciem wytryska, grób zdobiąc plugawy:

To krew robotnicza — te kwiaty.


Nie, inny mieć winien tych kwiatów kobierce, —

Męczennik je winien mieć trudu:

Wydały je mózg robotniczy i serce,

Łzy męki, mozoły, krew ludu.


Wtem słyszę: szum dziwny, złowrogo wiatr wieje,

Jak gdyby zgorszony grabieżą:

Oddajcie im kwiaty, oszuści, złodzieje, —

Te kwiaty do biednych należą!“


Wiatr zmienił się w burzę, wiatr huczy i wyje,

Grzmi zdala wrzask dziki, wrzask trupi,

I słychać wołanie, niewiedzieć już czyje:

Oj, głupi ty byłeś, oj głupi!"


Z mogiły nędzarza ktoś naraz wychodzi, —

Głos woła wyniosły, królewski:

Ciemięzco, nietylko mych kwiatów tyś złodziej

I trumny twej moje są deski!


Nietylko twa trumna, lecz całun twój biały,

I pomnik twój, razem z nagrobkiem,

Co masz tylko — nasze to znoje ci dały,

To wszystko jest naszym dorobkiem!”


Duch skończył i w górę się wzbijał z szelestem,

A gromy nie ścichły i wycie;

Wciąż wołał: „Czekajcie, już mądry dziś jestem,

Za wszystko wy nam zapłacicie!"

Ze strachu-m się zbudził, lecz ducha wyrazy

Po dziś mi na jawie się roją:

Mojemi nietylko są kwiaty i głazy,

Lecz wszystko własnością jest moją!”


DO ZDOBYWCÓW ŚWIATA.


Troszeczkę mniej, troszeczkę więcej...

Czemu tak gnasz, do stu tysięcy!

Ty łowco nikłych cieni?!

Czy płód podłości twej i siły

Wraz z tobą pójdzie do mogiły,

Lub śmierć na życie zmieni?


Mąż czarny ostrzem lśniącej kosy

Najlepsze wytnie kwiaty, kłosy

Na życia twego błoni;

Nie weźmie darów — jest bez skazy,

Wykona czasu wnet rozkazy,

I nikt cię nie obroni.


Niech tylko śmierć się z tobą zmaga —

Wnet pierzchnie moc twa i odwaga...

Ach, jaka straszna zdrada!

Patrz, usta toną w zimnej pianie:

Zawiłe życia tak zadanie

Śmierć rozwiązuje blada.


O pomoc wołasz? Bądź spokojny,

Nie ujdziesz cało już z tej wojny —

Napróżno się zapędzasz!

I cóż zdobyłeś, królu dumny?

Włożono cię do ciemnej trumny,

Umarłeś tak jak nędzarz!


Troszeczkę mniej, troszeczkę więcej...

Dość już pogoni tej zwierzęcej! —

Za każdym, nakształt cienia,

W ślad stąpa szczwany łowca stary

I ciska wszystkie życia dary

Na fale zapomnienia.


WOLNOŚĆ.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Gdy ucho nic dokoła

Dosłyszeć już nie zdoła

Gdy zdawna wszyscy śpią;

Śród niemej ciszy nocy —

Jak gdyby z czarów mocy —

Dostrzegam nagle ją: _


Kobietę urodziwą

I silną, lecz — o, dziwo! —

Policzki blade ma;

Włos złoty jej ramiona

Pokrywa, jak opona;

W jej oku błyszczy łza.


Spoziera na mnie w męce;

Podnosi obie ręce:

Z nich zwisa kajdan skręt!

I mówi głosem łzawym:

Mym zbawcą bądź łaskawym,

Uwolnij mnie z tych pęt!”


Żal chwyta mnie głęboki —

Kieruję do niej kroki,

By pęta zdjąć z jej rąk...

Lecz wnet odbiegam: żmija

Potworna, patrz! owija

Kajdany mocne wkrąg.


Na całe krzyczę gardło,

Lecz wszystko, jakby zmarło,

Śpi wciąż kamiennym snem.

Zdrętwiałe prężcie kości!

By wolność dać wolności,

Do boju hej ze złem!”


I biegnę tu samotnie,

Powtarzam krzyk stokrotnie —

Lecz trwa bez końca noc:

Daremnie pierś się trudzi,

Słodkiego snu tych ludzi

Nie przerwie żadna moc.


Więc widząc jej katusze,

Sam jeden pomóc muszę,

Choćbym miał zginąć tu!

I rzucam się na żmiję! —

Wtym: „głupcze!" śmiech skądś bije —

I budzę się ze snu...


NIEWOLNIK PIÓRA.


Sądziłem, że w warsztacie źle,

Że lepiej jest w redakcji, —

Lecz ciężki spotkał zawód mnie

I zmusił do reakcji.


To pióro, co służyło mi,

Dziś źródłem jest ucisku:

Kroplami teraz piszę krwi

I mało stąd mam zysku.


Jam niegdyś stroił cały świat

W trykoty, aksamity, —

Dziś obcym już nie szyję szat,

Lecz jestem sam „obszyty"!


Któż dziś złagodzić zdoła mi

Cierpienia duszy srogie!

Ból skrycie w głębi serca tkwi —

Lecz zdradzić go nie mogę.


Otwórzcie mi pracowni drzwi —

Do igły znów zasiędę!

Tocz, majstrze, ile chcesz mej krwi —

Narzekać już nie będę.


Chcę w pracy znów, jak wół, jak koń,

Dni trawić bezprzytomnie;

Lecz sprzedać mogę tylko dłoń,

Pióro — należy do mnie!


PIEWCA W NIEWOLI.


Już nie brzmiała pieśń natchniona

Długie, długie dni, miesiące;

Duch złamany, pierś zraniona.

Muzy mej zagasło słońce.

Płodzę „cięte" artykuły,

O programy kopje kruszę, —

Zamiast ton snuć z liry czuły.

Słodką pieśnią poić dusze.

Wieszczy cherub pcha leniwie

Rydwan prozy brudno-szary,

Uczuć wzniosłych już nie żywię,

Pierzchły myśli, prysły mary!


Chwastem ma porasta gleba,

Kwiaty chylą główki smętne;

Chwalę wciąż dla kęsa chleba.

Co mi obce, co mi wstrętne.

Rżnę sensacje na skinienie,

Z nędznikami wszczynam kłótnie;

Czy tak zbrukam me natchnienie

I roztrzaskam moją lutnię?

Pióro codzień maczam w błocie,

O powszedniej śniąc potrzebie;

Już nie umiem w pełnym locie

Po fantazji bujać niebie.


Grzęznę, tonę coraz głębiej

W dziennikarskim lepkim kale;

Próżno rozpacz serce gnębi,

Próżno się na los mój żalę.

Biada temu, kto mozolną

Sprzedał dłoń — śród maszyn szumu;

Stokroć biada, kto myśl wolną

Na usługi sprzedał tłumu.

Nie, już dłużej nie wytrzymam.

Piekło to porzucić muszę;

Niech już lepiej chleba nie mamy

Ale niech mam wolną duszę!


PIEŚNI Z ULICY NĘDZY.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Z ulicy nędzy płynie dźwięk —

Okropneż to są pieśnie!

Czemu z mej piersi rwie się jęk

I oko wilgnie? Skąd ten lęk,

Aż serce drży boleśnie?

Ach, pieśń, co w żyłach ścina krew, —

Ulicy-m nędzy słyszał śpiew!


Rodzynki, migdały" *)... Nie znacież tych słów?"

Nad kołyską matka je śpiewa.

Znużona siedzi u dziatek głów,

Nędza ją dusi, lecz znów i znów

Pieśń o „złotej kózce" pobrzmiewa.

Dzieci chorują, mąż skonał śród plag;

Rodzynki — w pieśni, w izbie chleba brak.


Z niewinnych ust dziecięcych brzmi

Piosenka słodka, żwawa...

O pieśni młoda! — przejdą dni,

A czysty dźwięk pochłonie ci

Straszliwa maszyn wrzawa;

I zgłuszy fabryk stuk i gwar

Tej muzyki dziecięcej czar.


Ot badchon **), pośród śmiechu gam,

Dla młode] śpiewa pary...

Warsztatu dzieci! los wasz znam:

Już jutro powrócicie tam,

By zostać po wiek stary.

Badchon, śpiewając wam, się śmiał

Och, jabym z głębi serca łkał!


Tam, śpiewkę nucąc, blady człek

Przy prasie swej się męczy;

Dziw, że mu dźwięki niosą lek!

Wtym wzrok mój na cień śmierci wbiegł,

Co tu na skrzypkach brzęczy: —

Pojąłem, że już blizki dzień,

Gdy życia dech uleci zeń.


Z ulicy nędzy pieśni ty,

Co we mnie tchniesz katusze!

Pierś moja dzikim gniewem drży,

Pięść zaciśnięta, w oku skry, —

Zgnieść tę niedolę muszę!

Zawiele nędzy dręczy nas —

Już tę ulicę zamknąć czas!


*) Piosenka o „rodzynkach i migdałach" oraz o „złotej kózce” — żydowska kołysanka ludowa.

**) Badchon — żartowniś, rozweselający gości na weselach

żydowskich.


ADA NEGRI.


Mam siostrę ja rodzoną

W krainie pełnej kras.

Śpiewaków leśnych grono,

Gdy wiosny przyjdzie czas,

Z cudownej jej piosenki

Brać dla się może wzór;

Jej ton jest słodki, miękki —

Subtelne jego dźwięki

Brzmią, jak aniołów chór.


Pieśniarze i anieli

Ten podziwiają śpiew.

Jej piosnka nie weseli —

W niej żal brzmi, zgrzyt i gniew.

Ból wielki ma w swej lutni,

Opiewa dolę złą;

Nie dla opasłych trutni —

Dla tych, co wiecznie smutni,

Nastraja lirę swą.

Nieraz, gdy myślę o niej,

To hołd jej złożyć chcę, —

Więc dzisiaj uścisk dłoni

Za morze ku niej ślę.

I ja mam łez miljony,

Opiewam ból i płacz

Mej braci pokrzywdzonej;

Gorące me ukłony

Od druha przyjąć racz!


DRZEWO Z GHETTA.


W New-Yorskim ciasnym ghetto,

Gdzie rwetes miejski wre,

Prastare stoi drzewo,

Zawodząc żale swe.


Zdumione wkrąg spoziera —

I dziwnie tęskno mu:

Samotne, samiuteńkie,

Nieszczęsne jestem tu.


Dym fabryk mam dokoła

I wrzask kupczących mas; —

O gdzieście, dawne ptaki,

i gdzie jest dawny las?


O gdzieście, wiatry świeże? —

Ja wasz pamiętam chór!

O gdzieście wy, lazury?

Gdzie nieba jaśń bez chmur?


O gdzieście wy, olbrzymy?

Już nie pędzicie wcwał

Na dzikich swych rumakach,

Od których las aż drżał!


Wspominam inne czasy,

I z piersi rwie się jęk:

Ach, dawnych zmilkł olbrzymów

Srebrnego śmiechu dźwięk!


Jak pięknie słonko lśniło,

Ptak pieśni nucił rad;

Pogodny i świetlany —

Ponętny był to świat!


Dziś widzę skrzętne mrówki,

Spieszące tu i tam;

Z przyrodą człek się rozstał,

Zamienił ją na kram.


Cóż pocznę ja, sierota,

Na takim nędznym tle?

Zabraliście przyjaciół —

To weźcie też i mnie!


Zetnijcie mnie toporem

I rzućcie szybko w piec:

Ja nie chcę — jako pomnik —

Wolności grobu strzec.


DO KWIATÓW JESIENIĄ.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Kwiaty, wy najcudniejsze na ziemi istoty

Całowane od słońca, utkane z promieni

I z eteru, najmilsi druhowie miłości!

Wy, któreście do wiosny tu przybyły w gości, —

Jeno dla tych kwitniecie, co zadowoleni,

Lecz obcy wam mdlejący z głodu i spiekoty


Do tych ślecie swe blaski i słodkie uśmiechy

Którym szczęście obficie roztacza swe dary;

Tych, co do woli w niebios kąpią się błękicie,

Wy, kwiaty, upiększacie jeszcze i stroicie, —

Lecz obceście nieszczęsnym, którzy bez uciechy

W pocie czoła życiowe dźwigają ciężary.


Tam, gdzie podłość ukrywa obłudnie swe plamy,

Podnosząc uczciwością ubarwione skrzydła, —

Klawisze opiewają waszą woń i blaski,

A sytych pań i panów sytych grzmią oklaski;

Tam pierś zdobicie dumnej z swej piękności damy,

I rozpusty wieńczycie szpetne malowidła.


Dlatego obojętnie patrzę, jak konacie...

Nie obchodzi mnie wichru pomruk śród gęstwiny;

Nie dla mnieście kwitnęły w uroczym ogródku,

Nie dla mnieście uśmiechy miały w moim smutku,

Obceście mi w dzisiejszej, jak i w dawnej szacie;

Więdnijcie, kwiaty! — nie mam dla was łzy jedynej.


DO CZYTELNIKÓW.


Zjawiłem się, jak w marcu ptak skrzydlaty,

By wieścić wam maj nowy, nowe słońce

I życia skrę w zmartwiałe wetchnąć kwiaty,

Obudzić z snu obszary ziemi śpiące.


Lecz ziemski grunt zamarzły był, zdrętwiały:

Bezkresna błoń — wychudła i jałowa: —

I pieśni me samotnie tutaj brzmiały,

W niczyją pierś ich nie przenikły słowa.


O, świecie zły! dać chciałem bujny plon ci: —

Tyś ze mnie drwił, sypałeś sól na rany:

Czego on chce, czemu nam spokój mąci?

To warjat jest, przez djabła opętany!


Jak może kwiat na glebie wzróść wyschniętej?

Jak może pieśń wydzwonić gwara dzika?

Jak może głaz zaświecić, jak djamenty?

To mrzonkarz jest, rozsądek mu zanika!“


Ale mój śpiew rozbrzmiewał coraz śmielej,

A śmiech przez łzy drgał głośniej i potężniej, —

Potwarcy już wysłuchać mnie musieli,

Przestali drwić szydercy niedołężni.


Obfity plon wydały — „martwe łany“,

Odgłosem z nieb zabrzmiała — „dzika gwara”,

Przydrożny „głaz“ — roztoczył blask świetlany,

Wcielona w byt została — płonna „mara".


Bo nie zły duch oskrzydlił moje pienia —

Przez lutnię mą mówiła prawda krwawa:

Wszechmocny Bóg użyczył mi natchnienia,

A z piersi mej wybuchnął śpiew, jak lawa.


Oniemiał wnet potwarca i szyderca —

Nad pieśnią mą niejeden łkał boleśnie:

Bom ludzki ból wysnuwał z głębi serca,

Kochałem świat, dla niego-m tworzył pieśnie.


Pragnieniom mym już uczyniłem zadość:

Dziś miljon serc uderza razem ze mną,

Siałem śród łkań — dziś za to zbieram radość,

Bom znalazł znicz, co noc oświetla ciemną!


ZIEMIA ŚWIĘTA.


O, nie mogę, wielkie ludy świata!

O gościnę kornie błagać was.

Mnie z ojczyzną święty węzeł splata —

Ja w niej widzę tyle czarów, kras.


Pełne łez są moje błędne oczy,

Kiedy dawny swój wspominam blask,

Gdy był moim — luby kraj uroczy

A zaś obcy — prześladowców wrzask.


Gdy nie znałem wiecznej tej pogoni,

Nie wiedziałem, co to „ghetta" cieśń, —

Ody daleko po Jordanu toni

Echem dźwięczał śmiech mój i ma pieśń.

Gdym owieczki pasał, w dal wpatrzony,

A wokoło kwitł mój łan, mój sad,

W których bujne wydawały plony —

Moje drzewo, kłos mój i mój kwiat.


Jeszcze oczy me się ogniem żarzą,

Gdy zadźwięczy z dawnych czasów ton,

Bo w nim słyszę, jak umarli gwarzą

I ślą nakaz mi z rodzimych stron.


Zda się słyszę głos bliskich mi ludzi:

Dość się tułać, przyjdź już do nas, przyjdź!”

Serce drży mi, tęsknica się budzi:

Ach, jak chciałbym po dawnemu żyć!”


Zda się świecą znów świątyni mury,

Kwitnie Karmel i Saronu gaj!

Balsam płynie, jaśnieją lazury —

Odżył ludu mego dawny maj.


Póki snuję ową marę błogą —

Godziż się do tych wyciągać dłoń,

Którzy ludu mego znieść nie mogą

I piętnują hańbą jego skroń?


Nie, nie żebrzę dachu, ludy świata,

I nie błagam was o ziemi szmat:

Mnie z ojczyzną stary węzeł splata,

Ona milsza mi, niż cały świat!


NA ROZDROŻU.


Wśród gęstej mgły, znękany, drżąc jak liść,

Ja widzę wkrąg bezkresne szlaki mnogie,

Z góry grzmi głos: „Tułaczu, ruszaj w drogę!”

O, Boże, racz mi wskazać, dokąd iść!


Zbolały, w dal wytężam wzrok i słuch:

Chcę widzieć, skąd mi jasny świt zabłyśnie,

Gdzie droga zła, gdzie można przejść pomyślnie:

Gdzie woła mnie — chcę słyszeć — wierny druh.


Niestety, och! gdzie spojrzę — wszerz i wzdłuż —

Nieznany świat się ciągnie: lądy, wody:

Tu widać las, tam pola i ogrody —

Gdzie znajdę dom? czy jest on bliski już?


Serce mi drży, ból dręczy mnie i strach:

Gdzie znajdę schron, gdzie odpoczynek błogi?

Do ziemi już przyrosły słabe nogi, —

Myśl pnie się wzwyż i buja w złotych snach.


A z ziemi głos potężny woła: „Pędź!”

O, Boże! kres już połóż mojej męce:

Mój przyszły los we Twoje składam ręce,

Ufny, że dasz mi kiedyś ziemi piędź.


Tyś ongi mnie przez wielkie morze wiódł,

Dałeś mi kraj, gdym przeszedł przez pustynię:

Czy także dziś w wędrówce swej nie zginie

Izrael Twój, wybrany przez Cię lud?


Ja słucham Cię, Tyś ojciec mój i Bóg!

Każesz mi iść — więc mknę w szalonym pędzie:

Niech mi Twa dłoń przewodnią gwiazdą będzie —

Niech strzeże mnie od krzywd i błędnych dróg!


I, kryjąc ból, protestu tłumiąc głos,

Ja w rękę kij ujmuję znów tułaczy:

Przyspieszam krok, lecz oko w niebo patrzy,

Bo w Twoją dłoń złożyłem byt i los!


MARSZ WYGNANIA.


Trzymam wciąż wędrowny kij,

Słyszę głos: „Tułaczu, mknij!"

Nie wiem, co to druh, co brat,

Zły jest na mnie cały świat,

Wciąż do cudzych pukam bram,

Dzisiaj tu, jutro tam.

Dnia nie spędzam tam, gdzie noc,

Nigdzie własnej ziemi piędź —

Wiecznie: pędź, pędź, pędź,

Póki tylko służy moc!


Przeszłość ma zapadła w proch,

Słowa me — na ścianę groch:

Moja chwała — zmierzchły mit,

Tytuł mój — przeklęty żyd,

Moje życie — wieczny ból,

A mój wpływ — okrągły nul.

Moja wiara — wyzysk, mord,


Język — gwara dzikich hord,

Moje przyjście na świat — grzech

Pędzę byt, jakby na śmiech,

Sądzi mnie: bat, ogień, miecz;

Zewsząd: precz, precz, precz,

Muszę błagać, ronić łzy,

Gdy oprawca smaga, lży.


Tak przechodzi dzień, rok, wiek —

Ciągle swój przyspieszam bieg:

Każdy pies i każdy bies

Może zrobić ze mną kres:

Lżyć mnie, bić — zyskowny fach...

Wieczny strach, strach, strach,

Wciąż przekupuj, żebrz i proś,

By cię nie zjadł jakiś ktoś,

Gorszy-m nawet jest, niż trup,

Bo mnie nie chce przyjąć — grób!


PROROCTWO.


Cyt... Słyszę głos z krainy zórz —

Więc ucho zwracam doń:

Odświętne szaty zaraz włóż

I harfę pochwyć w dłoń.


Nie bój się nocy gęstej mgły:

Ni ludu mego snu:

Ty właśnie masz go zbudzić, ty!

Pobudkę zagraj mu.


Niech lud mój dowie się z twych pień —

Lud z wszystkich świata stron —,

Że idzie świt, że znika cień,

Że nocy nadszedł skon.


Że dam mu dawny jasny los,

Wytrępię gwałt do cna;

Kajdany cisnąć chcę na stos,

Wygnania wyschnie łza.


Stworzę mu raj, bo już za kraj

Łzy jego przeszły kruż...

Wyzwolin maj ty dziś mu graj!

Cierpienia zgniotłem już.


NASZA ŁÓDŹ.


Ileż łodzi na dno poszło,

Nim ujrzały zbawczy brzeg, —

Nasza łódź wciąż dumnie płynie,

Choć niejeden minął wiek.

Niczym szlak jej niebezpieczny,

Ni bałwanów wściekła chuć, —

Nasza łódź ma żywot wieczny,

Nasza łódź, potężna łódź!


Na największych morzach świata

Ongi wiodła życia dnie:

Na Czerwonem i na Martwem,

A po Czarnym teraz mknie,

Urągała każdej fali,

Co ją chciała niszczyć, psuć —

I spokojnie płynie dalej

Nasza łódź, prastara łódź.


Nie pancernik to wojenny,

Nie technicznej sztuki cud, —

Choć, śród ognia dział spokojnie

Śmiało sunie w dal bez szkód.

Nie pytajcie, gdzie przyczyna,

Nie próbujcie wniosków snuć:

Nasza łódź — to łódź jedyna,

Nasza łódź spokojna łódź!


Zresztą, czemu to się dziwić,

Że drwi z niebezpieczeństw wciąż?

Toć kapitan jej — człek zdolny,

Doświadczony, dzielny mąż,

Burze znosi z hardym czołem,

Prąd najwartszy umie pruć:

Woda tego jest żywiołem,

Kto prowadzi naszą łódź!

Lecz szalona ta wędrówka

Trwać niedługo będzie już:

Tyle lat łódź nasza płynie

Śród krwiożerczych nurtów mórz,

Podróż kończy się straszliwa, —

Słychać głos: „Kotwicę rzuć!“

Widać ląd — niech odpoczywa

Nasza łódź, tułacza łódź!


SEFIRA *)


Dziś pragnę, by śmiała się trochę ma lira —

Nie idzie jej... Cóż to, u licha, za pech?!

Ach, prawda! toć u nas jest dzisiaj sefira:

Cóż wogóle, zresztą, żydowski wart śmiech?


Uśmiechasz się, bratku, O, nie, tyś szyderca! —

Czy radość żydowska naprawdę ma sens?

Czy gdy się żyd śmieje, śmiech tryska mu z serca?

On niby się śmieje, a łza spływa z rzęs.


A co za czar samo żydowskie ma życie?

A co za wdzięk — cały żydowski ma los?

Obłoczki srebrzyste igrają w błękicie,

Na dworze tak pięknie… — ty siedź i rwij włos!


W ogródku tak pachnie, lśni słońce, wiatr chłodzi;

Gaj szumi, ruczaju pieściwie mknie prąd...

Cóż tobie do tego? Cóż to cię obchodzi?

Dla ciebie sefira, więc płacz i wleź w kąt!


A lato urocze, ta życia pociecha?

Żyd w łkaniu i we łzach spotyka ten raj.

Oj, drwiąco się ono do żyda uśmiecha:

Czy może go lato pocieszyć i maj?


To nędzarz, co nie ma, gdzie głowy przychylić:

Nim każdy pomiata, jak duży jest świat,

Cóż może mu słowik wyśpiewać, wykwilić?

Cóż powie mu drzewo, co szepnie mu kwiat?


A gdy się żyd w śpiewce oderwie od płaczu,

Czy kiedyś wesela jaśnieje w niej świt?

O, nie! Słyszę w nucie tej: „ruszaj, tułaczu!”

Ton każdy mi mówi, że śpiewa go żyd.


Spróbujcie tej piosnce przysłuchać się sami

Jeżeliście znawcy i wiecie, co dźwięk,

Niechcąco wy wnet zalejecie się łzami,

Bo w niej usłyszycie zgrzytanie i jęk!


Znajdziecie w tych pieśniach dźwięk surmy bojowej

Z walk dawnych, gdy jeden na wrogów szedł stu:

Dziś brzmią one dziko, jak odgłos grobowy,

I mogą umarłych obudzić ze snu.


Psalm rzewny, pokutny i gorzkich pieśń żali —

Ot motyw najstarszy dziś żyda jest nut:

Gdy kraj mu ojczysty wrogowie zabrali,

Bóg zatruł mu szczęście i radość mu zgniótł.


Ach, odkąd wróg zajął ojczystą błoń żyzną

I bożą świątynię zniweczył do cna,

Li szofar **) płaczący jest żyda spuścizną,

I na nim raz w roku dotychczas żyd gra.


Gitary i hafty, i fletnie, cymbały, —

I klarnet, i skrzypki, i gęśl — wziął mu wróg,

Wziął wszystkie je, co mu w radości dni grały:

Zostawił jęczący, wyschnięty ten róg!


Dziś, choćby żyd śpiewał hymn wzniosły do wiosny,

Choć śmiałby się, skoczną choć nuciłby pieśń,

We wszystkiem brzmieć musi ton smętny, żałosny,

Wygnania i ghetta w tem czuć będzie cieśń.


Pragnąłem, by śmiała się trochę ma lira:

Nie idzie jej — płonne są chęci me snać,

Ach, tak! zapomniałem: toć dzisiaj sefira,

Czy wogóle, zresztą, żyd umie się smiać?!


*) Sefira — siedem tygodni żałoby, przypadające między Paschą (Wielkanocą) a Świętem Tygodni (Zielonemi Świątkami) z któremi się wiąże wiele smutnych wspomnień z historyi żydów, np. rzezie gmin nadreńskich w r. 1096.

**) Szofar — róg barani, na którym się dmie codziennie w ciągu miesiąca Elul oraz w dwa dni Nowego Roku żydowskiego, nawołując do skruchy.


ŻYDOWSKI MAJ.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Znowu przybył maj skrzydlaty —

I swój czar roztacza wkrąg:

Wszystkie trawki, wszystkie kwiaty

Znów zbudziły się śród łąk.

Pola tęczą barw się mienią,

Lasy znowu się zielenią;

Pośród wonnych, świeżych drzew

Znów słowika dźwięczy śpiew.

Znów maluje ziemię wiosna;

Gdy powiodła pędzlem raz,

Ruń zabłysła wnet radosna,

Cały zazieleniał las.

Znowu słońce z niebios świeci,

W łonie ziemi ciepło nieci

I pieszczotą słodką swą

Do uciechy prosi ją...

Znów zieleni się i kwitnie

Młody ludzkich uczuć sad:

I fantazje cudne szczytnie

Serca zaludniają świat.

Jasne, złote sny się snują

I budują

Niebios szczyty,

I prowadzą

Nas w błękity:

Wszędy lśnią się

Szczęścia zorze,

Których każdy doznać może.


Lecz — ot z pochyloną skronią

Zbliża się zgrzybiały mąż:

Nad wiosenną kwietną błonią,

Jęcząc, głową kiwa wciąż,

Mózg mu pali myśl żałosna,

Z wiosny wcale nie jest rad:

Jego słońce, maj i wiosna

Prysły już od wielu lat.

Wiecie, któż to ten cień żywy,

Komu maj — to baśń i mit,

Kto, gdy cały świat szczęśliwy.

W piersi ból ma, w duszy — zgrzyt?

To męczennik stary — żyd!...

Nie fantazją jasną wionie

Jego błędny, szklany wzrok:

W jego łonie

Rozpacz płonie:

Stara rana jest związana

Z wspomnieniami zmierzchłej doby:

Zimne zwłoki, trupy, groby —

Zmierzch młodości, szczęścia zmroki

Kwiatek z grządki, listek z drzewa

Krwawą dlań ironją drga:

Krzak — jakgdyby nań się gniewa,

Każda ptaszka jest nań zła.

Obce kwiaty, obce głogi,

Obcy świat i obcy maj!

Obcy ludzie, obce bogi,

Obca wiosna, — obcy raj!..


O, nie drwijcie ze mnie kwiaty!

Piękneście — przyznaję wam!

Lecz piękniejsze żyd przed laty

Własną stopą deptał — tam...

W jego kraju — pomarańcze

Żyzną ozłacały błoń,

A przecudne kwiecie — Boga

Własna tam sadziła dłoń.


Powie wam to cedr Libanu

I Saronu każdy kwiat:

Dotąd po ich dawnym panu

Został im w pamięci ślad.

Góra powie wam Oliwna,

Karmel — kraj nasz cały ten

Zapytajcie pięknych trupów

O zamierzchły piękny sen!

W tej uroczej żyd krainie

Woń Edenu wdychać mógł;

Tam on wzniosłą miał świątynię,

Gdzie mu się objawiał Bóg.

W jego świętym brzmiał namiocie

Archaniołów słodki śpiew,

I radości żyd doznawał —

Bujał wśród niebiańskich stref.


Tam — w nadziemskich natchnień wirze —

Niegdyś żyd na swojej lirze

Wyczarował upojony

Najcudniejszych pieśni tony,

Co z tym czarem i z tą wonią

Nigdy już tu nie zadzwonią: —

Ach, na niemej wierzbie hen

Wisi ludu mego sen!...


Przeminęło już!... Lecz oto

Znowu w marzeń wchodzisz kraj —

Słyszysz, bracie? „Witaj!" — zdala

Wzywa ciebie nowy maj.

Otrzyj łzy swe — nie zginąłeś,

Choć cię długi trapił znój —

Nowe lata, dobre lata

Idą, biedny żydzie mój.

Słyszysz, jak z za chmur opony

Płyną tu niebiańskie tony,

Archanielskich pieśni wiew —

Słyszysz, słyszysz nowy śpiew?

Znowu pachnąć będzie esrog *)

Tysiącami swoich łask.

Znowu śpiewać będziesz, pasąc

Owce swe śród kwietnych łąk:

Znów żyć będziesz, jak przed laty,

Pędząc dni szczęśliwych ciąg.

Po okrutnej twej włóczędze

Pełnym życiem czas już żyć!

Jeszcze będą u stóp Morja

Bohaterskie serca bić...

Nikt cię gnębić już nie będzie,

Kres twych mąk nastąpi wraz:

W domu pozostaniesz swoim,

Jak w ów dawny, złoty czas.

Tylko dzielnie wstąp na ścieżkę,

Co cię w kraj twój zawieść ma!

Przy zapadłym świętym murze

Tli się dotąd żywa skra!…


*) Esrog — rajskie jabłko, gatunek cytryny: używa go się wraz z gałęzią palmową przy nabożeństwie podczas święta ,,Szałasów“.


NA MORZU.


Na morzu huragan w piekielnym grzmi szale:

O, patrzcie, jak wszystko chce porwać do dna...

Po nurcie mknie okręt: niesiony przez fale,

On wije się, skacze, i jęczy, i łka.


Kołyszą się maszty i żagle trzepocą,

Ogarnia go fala ze wszystkich już stron:

Bój krwawy wybucha i wre z całą mocą:

Łódź zmaga się z morzem na życie i zgon.


Lecz płonne okrętu są wszystkie wysiłki —

To naprzód popycha, to cofa go prąd,

Podrzuca go, bawi się nim nakształt piłki,

Wnet połknie go chciwie lub wyplwa na ląd.


Grzmi morze, a fala — jak bestja mknie wściekła:

Gotuje się, warzy i kipi na dnie:

Krwi żąda huragan — morderca, syn piekła,

A otchłań w swą paszczę rwie wszystko i rwie.


Wtem gwar się rozlega; to jęczy załoga —

W strop nieba uderza modlitwa i płacz,

A każdy do swego udaje się boga;

Od śmierci okropnej wybawić nas racz!”


Ze wszystkich swych grzechów się każdy spowiada;

Krzyk kobiet i dzieci — jak morza grzmi wrzask,

Drży ciało i dusza; „O, biada, nam, biada!

O, zmiłuj się, Boże, i udziel swych łask!“


Jedynie dwóch mężów w trwożliwym tym tłumie

W milczeniu trwa, spokój nie schodzi im z lic;

Na dole w kajucie swej siedzą w zadumie,

Jak gdyby wokoło nie działo się nic.


A morze wciąż huczy i warczy i wyje,

Huragan straszliwy wypełnia swój sąd

A kocioł i komin — jak dwie syczą żmije,

Zaś oni w milczeniu zajmują swój kąt.


Na morze się patrzą z kajuty podwodnej —

Wichury szalona nie wzrusza ich moc,

Jak gdyby ich na świat wyzionął grób chłodny

W ponurą, bezgwiezdną i mgieł pełną noc.


O kto wy jesteście i czyjeście syny,

Że morza bezdenna nie straszy was głąb,

Że prośby nie macie, ni łezki jedynej,

Gdy śmierć na nas ostrzy krwiożerczy swój ząb?


Naprawdę-ż jesteście synami mogiły?

Nie macie rodziców, ni dziatek, ni żon —

Nikogo, kto byłby wam bliski i miły?

I życie wam jest obojętne, jak skon?


Nie macie-ż ojczyzny i o niej nie śnicie?

Nie nęci was miasto rodzinne i dom, —

Że z niemą patrzycie pogardą na życie,

Nie straszy was śmierć i nie wzrusza fal grom?


Czy modlić się nikt was nie uczył za młodu

Do Boga, co życie dał wam, jak i nam?

Czy wy ojczystego nie macie narodu

I obcy wam kraj i rodzina i chram?...


Już maszty i żagle rozbite przez fale,

Łódź trzeszczy od razów i jęczy od plag;

Harcują bałwany, zawodzi wiatr żale,

A jeden z tych mężów podróżnym rzekł tak:


O, nie! nie rodziły cmentarne nas łany.

Na świat nie wydała otchłani nas toń:

Nam życie darował też anioł świetlany —

Kochało nas serce, pieściła nas dłoń.


I matka nas czule tuliła do łona,

Ściskała, chodziła za nami krok w krok;

Chowała wśród innych rówieśnym nam grona,

A ojciec swój tkliwy zatapiał w nas wzrok.


Nasz dom nam wrogowie okrutni zniszczyli, —

Co było najświętsze zniweczył nam kat;

A ci, którzy byli nam drodzy i mili,

Bez środków, bez celu rozpierzchli się w świat.


Kochana ojczyzna, och! — dla nas jest wrogą;

Poznacie ją, gdy wam przypomnę jej tło:

Pogromem i gwałtem, zniszczeniem, pożogą

Każdziutkie oddycha ziemicy tej źdźbło.

Żydami jesteśmy! Z nas były olbrzymy:

Dziś świat, jak plugawą wyrzuca nas rzecz!

A chcecie dowiedzieć się, dokąd dążymy?

Nas jankes „do Rosji" z powrotem gna precz.


Bezdomni my żydzi, nadomiar ubodzy,

A jankes tam goni, skąd przyszliśmy doń:

Cóż świat nas obchodzi — powiedźcie nam, drodzy!

Czym milsze nam życie niż modra ta toń?!


Wy macie — wiem — za czem i tęsknić i płakać:

Ojczyzny dalekiej hen nęci was kształt,

I macie wy czego żałować, co kochać, —

Za morze nie gnały was nędza i gwałt.


Lecz myśmy zbyteczni na ziemskim tu globie, —

Nikt nie chce krzty ziemi użyczyć tu nam,

Nikt na nas nie czeka, nie woła ku sobie:

Jedziemy, lecz dokąd — o, nie wiem ja sam!


Niech grzmi sobie żywioł ten zły, rozpętany,

Niech huczy i wyje i rzuca łódź w dal:

Jesteśmy samotni — piekące zaś rany

Najlepiej zgasimy śród zimnych tych fal!


KINNOTH *)


Gorzki tren — zgrzyt

Dorocznie żyd

Z łzą świeżą musi nucić:

Wygnan mój lud,

Splugawion — ród: —

Do kogoż mam się zwrócić?


Mój wolny duch

Dziś — marny puch, —

Gdzie dawna ma potęga?

Gdzie znajdzie kąt

Narodów trąd —

Ten nędzarz i włóczęga?


I w noc, i w dzień,

Śród duszy drżeń,

Do Boga łkam: o, biada!

Lecz znać mych mąk

Nikt nie chce wkrąg —

I Bóg nie odpowiada.


Zajaśniał brzask...

Tyś pełen łask,

Ach, doszły Cię me jęki!...

O, złudzeń szczyt!

Ten nowy świt

Przedłuża tylko męki...


I z każdym dniem,

Śród obcych ziem,

Wciąż niżej schylam głowę!

I każdy rok

Zagęszcza

I żale śle mi nowe"…


*) Kinnoth — bolesne pieśni żałoby, recytowane w rocznice zburzenia świątyni jerozolimskiej.


ŚWIECZKI CHANUKOWE *)

Tłumaczenie: Alfred Tom.


I.


O, maleńkie świeczki wy!

Baśń opowiadacie mi —

Istnych dziwów świat:

O tym, jak się lała krew,

Wrzało męstwo, pałał gniew

Tam — za dawnych lat...


Patrząc w słodych waszych drgnień,

Śnię — i snu zmierzchłego cień

Błysków szepce grą:

Pełnią-ś ongi walczył sił,

Żydzie, tyś zwycięzcą był!"

Boże, prawdaż to?


Ład i zgoda kwitły tam,

Gdy narodem byłeś sam,

Gdyś szedł z wiarą w dal:

Miałeś niegdyś własną błoń,

Miałeś niegdyś krzepką dłoń!...

Ach, jak tego żal!


O, maleńkie świeczki wy!

Dawnych mąk stłumione skry

Rozniecacie wraz:

W głębi serca tak coś drga,

I za łzą się toczy łza —

Co to będzie z nas!


*) Chanuka — święto, obchodzone ku wspomnieniu o Makabeuszach, największych żydowskich bohaterach narodowych. W ciągu ośmiodniowego trwania tego święta zapala się co wieczór małe świeczki.


II.


Niezawsześmy, jak dzisiaj, byli

Narodem, który ciągle biada:

I myśmy wroga nauczyli,

Że dzielnie żyd orężem włada.


I myśmy też za wiarę swoję —

Z odwagą lwa, z nieludzkiem męstwem —

Rzucali się w śmiertelne boje,

Niejednem wieńcząc je zwycięstwem.


Ale pokoleń szereg długi

Przewinął się na czasu fali:

Osłabliśmy i jasne smugi

Dawnego ducha postradali.


Pożarła siły naszej szczęty

Niewola długa i straszliwa, —

Lecz Hasmoneów *) ogień święty

W prawnuków dotąd krwi się skrywa.


I choć potężne, twarde dłonie

Cepami tłukły nasze ciało,

Ten dawny ogień dotąd płonie,

I morze krwi go nie zalało.


Tak w mękach grzęźliśmy po szyję —

Zostały muchy z dawnych męży:

Lecz w nas ideał czysty żyje:

Któż z was, narody, go zwycięży!


*) Hasmoneowie — rodzina bohaterska kapłanów z walk żydów o niepodległość w wojnie z Syryjczykami.


MIERZENIE GROBÓW *)

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Patrzcie, przedem stara Mina,

A w ślad za nią Pessa idzie!

Mina płacze śród modlitwy,

Pessa zaś rozciąga nić.


I gorące, ciche kapią

Łzy na modlitewnik stary: —

Ledwie dosłyszalnie szepce,

Ze ściśniętem gardłem, Mina:


Wielki Boże wszystkich światów!

Ja, służąca twa mizerna,

Ciche tu przybytki, mierzę —

Sprawiedliwych ciche groby.


Wszystkie nieme te pagórki

Mierzę teraz, dobry Boże!

Gdzie pobożni spoczywają —

Dzieci twoje ukochane,


Co zanoszą święte pienia

Przed twój tron w wysokim niebie —

Każdy z pomieszkania swego,

W wiekuiście słodkim śnie...


A z tej wymierzonej nitki

Zrobi ze czcią i bojaźnią

Świece twa służąca Pessa:

By zakonu się uczono.


I błagano cię o łaskę,

Obyś zawżdy chciał wysłuchać

Jakóbowych modłów szczerych

I łzy dojrzał Izraela!..."


*) Mierzenie grobów — panujący w Polsce i na Litwie obyczaj żydowski: kobiety, którym zachorował ktoś z rodziny albo inna bliska osoba, „mierzą” nitką groby pobożnych nieboszczyków. Nitki tej używa się następnie jako knotu do świec, które się ofiaruje do domu modlitwy.


KIDUSZ-LEWANA. *)


Po toni niebios, po lazurze

Za chmurką chmurka żwawo mknie;

Migocą gwiazdy małe, duże,

A księżyc blady tonie w mgle.


Grobowa cisza las owiewa,

Znikł wokół wszelki życia ślad,

W zadumie niemej stoją drzewa,

Śpią ludzie, ziemia — cały świat.


Daleko — w lasu hen głębinie —

Żyd stary stoi z dzieckiem swem:

Za księżyc prośba z ust mu płynie

Do Pana niebios, wód i ziem:


Do łaski, Boże, wzywam Twojej,

O, słuchaj głosu mego drżeń!

Niech blask księżyca się podwoi

I świeci, jak w stworzenia dzień.


Toć w piśmie twoim mamy ślady,

Żeś wielkie stworzył światła dwa:

Czemu jest księżyc dziś tak blady —

Blask jego ledwie mruga, drga?“


Modlitwa starca ciszę porze, —

Poważnie się zasłuchał las,

Jej odgłos ginie w głuchym borze,

Zapada w zdrój, uderza w głaz.


A dziecko patrzy w niebios tonie,

I myśl mu w główce rodzi się:

Czemu ta gwiazdka jasno płonie,

A tamta ledwe błyski śle?“


Ta myśl mu wielce snać dolega,

Bo ciągle patrzy w gwiazdek jaśń:

Prawdaż, co mówił mi kolega?

Jam odeń słyszał taką baśń.

Że bogacz gwiazdę dużą jasną

Ma, której połysk długo trwa;

A biednych gwiazdki małe gasną,

I rychło je zasnuwa mgła.


Że ludzkich losów świt i cienie

Tłumaczą ot te gwiazdki — patrz!

I kryją szczęście, ból, cierpienie,

Radości, smutki, śmiech i płacz.


Ta gwiazdka — widzisz — co wciąż blednie,

Czy to nie los, tatusiu, nasz.

Toć w domu u nas zimno, biednie,

A ty masz zawsze smutną twarz.


Czy, może, ona także z czasem,

Jak tamte, zyska światła noc

Czy się za gęstym schowa lasem,

I ciemna ją pokryje noc“.


Chce mieć odpowiedź ten maleńki.

Ach, ojciec zna ubogich los!

Łzy z ócz mu płyną, z piersi jęki,

Lecz w gardle mu zamiera głos.


*) Kidusz-Lewana— błogosławienie księżyca: modlitwa przy ukazaniu się pełni, odprawiana pod gołym niebem .

KĄPIEL RYTUALNA.


Siarczysty mróz... Niewiasty dwie

Dziewczynę piękną wiodą,

By ją przed ślubem, jak Bóg chce,

Oczyścić rzeczną wodą.


Nie lękaj się, rozjaśnij wzrok —

Pan znak już daje z nieba;

Już zaszło słońce, już jest zmrok —

Zanurzyć się już trzeba.


Nie grymaś, nie przeczuwaj bied —

Toć Bóg jest z nami wszędzie;

Jak rybka wskocz i wyskocz wnet —

Na zdrowie ci to będzie."


Ach, wiotkie ciało drży, jak wić,

W zimowej zawierusze:

Gdy żyda chcesz małżonką być,

Zawczasu znoś katusze!


Dziewczyna weszła, wyszła z wód —

O ciepłej myśli szacie:

Nieszczęsna! próżny był twój trud —

Mężczyzną spojrzał na cię!


Znów piękne ciało — pośród drżeń —

Zanurza biedna w toni:

A tamten stoi wciąż, jak pień,

I oczy zwraca do niej.


Mróz tnie, śnieg oczy ćmi, jak dym,

I broi śród powietrza,

Skostniały ręce ciotkom cnym —

Dziewczyna coraz bledsza.


Zrób, jak obrządek uczy nas,

Nie wzdragaj się, kochanie:

Bluźnierca znikł — wejdź jeszcze raz,

Wejdź, nic ci się nie stanie."


Nie zmaże tego ludzka dłoń,

Co stoi w rytuale...

Dziewczyna weszła w rzeki toń,

Lecz nie wróciła wcale.


STRUMIEŃ.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Jak długo czas cię będzie gnał,

Wędrowny ty ruczaju?

Kto tobie, powiedz, życie dał?

I w jakim spoczniesz kraju?


Matką mi wielkiej góry szczyt,

Gdzie cudne kwiaty rosną,

Gdzie z palm zielenią igra świt,

Szybują orły wiosną.


Jasnego nieba czar i noc

Wisiały nad mą twarzą.

Słuchałem w każdą cichą noc,

Jak słodko gwiazdy gwarzą.


Lecz zapragnąłem w dal iść — w dal!

I spadłem z mej wyżyny:

A od tej chwili bieg mych fal

Mnie w obce rwie doliny.


Dlatego pędzę tu i tam

I wody moje szumią,

I nie masz dla mnie domu bram,

Co ból i troskę tłumią.


I od tej pory gna mnie już

Tajemna jakaś siła, —

Aż raz mnie rzuci w otchłań mórz:

Tam będzie ma mogiła!...


KONIEC ŚWIĄT.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Po świętach! — Od łez modlitewnik splamiony:

Już esrog wyschnięty, już namiot zniesiony:

Powiędły już liście — niedawne zielone,

I palmę zamarłą ciśnięto na stronę;

Zdeptana gałązka na ziemi widnieje:

Kochany mój, oto są twoje nadzieje!


To leżą powiędłe marzenia świetliste,

To leżą zdeptane radości twe czyste:

Wymarły tu leży świat szczęścia uroczy,

Za którym stęsknione goniły twe oczy: —

To pragnień twych, twojej miłości jaśń złota:

Tu wierny nasz obraz swojego żywota!


Liść gnije — czas kończy zniszczenia już dzieło;

Po wszystkiem — a nie wie nikt, skąd się to wzięło;

Już esrog wywietrzał, już palma złamana,

Służący bóżniczny wymiata je zrana...

Wiatr wionął — i, jakby lecąca w dal strzała,

Z przed oczu nam piękność tak w dal uleciała...


Przychodzę k’wam z krainy muz wspaniałej:

Ów cudny kraj odmienne świty piększą —

Tam zużył Bóg swój gienjusz, rozum cały,

Potęgi swej zostawił część największą.


Tam błogo mi, tam ma siedziba główna,

Swobodnie pierś oddycha, dusza marzy:

Tam żaden król mi ziemski nie dorówna,

I dumnie tam z największych drwię mocarzy!


Tam moją skroń korona zdobi złota,

A ciało me anielska tuli szata:

Tak cudne są, że ludzka ich istota

Nie kupi tu za żadne skarby świata!


Gdy tylko chcę — nadziemskie pieśni śpiewa

Słoneczny krąg, srebrzysty sierp księżyca:

A nieba strop tonami się zalewa,

I ucho me upaja i zachwyca.


Gdy pragnę śnić, wyłania się, jak z toni, —

Ramiona z drzew zwracając do mnie swoje —

Cienisty las, barw pełen, dźwięków, woni:

Wstępuję weń i marzę tam i roję.


W krainę śnień świetlanych się unoszę

I snuję tam fantazji nić subtelną:

Polotu jej słodycze i rozkosze

Człowieczą pierś stępiłyby śmiertelną.


Gdy dusza ma uciechy jest już syta,

I ból i jęk pociąga ją i mami, —

Na ziemski glob mnie dłoń prowadzi skryta,

I z wami się zalewam tutaj łzami.


Gdyż wszędzie tu — na nędznym ziemskim globie,

Króluje ból i zgrzyty i rozpacze,

A ludzki śmiech — to śmiech zmarłego w grobie:

Więc pośród was jedynie łkam i płaczę!


MELODJE ELULOWE. *)

Tłumaczenie: Alfred Tom.


I.


Szofaru się odezwał ton —

Niepogód bliskie przyjście;

Na trawy łąk przychodzi zgon,

Z drzew opadają liście.


I ziemia traci piękna znak,

Świat — szarą mgłą osnuty:

Posępnie w borze śpiewa ptak

I wzywa do pokuty.


Tak tęskne tony na ten śpiew,

Jak gdyby nas żegnały;

Ach, pieśń ta w żyłach ścina krew

I serce rwie w kawały!


I szumi wiatr, zajęczał las —

Marzenia swe rozwiewa...

To sądu dzisiaj przyszedł czas

Na drzewka i na drzewa.


O, ludzie! leśne drzewa wy!

Czujecie-ż wichru moce?

Niech młódź i starość zgrozą drży! —

On wszystkich was zdruzgoce!


*) Elul — według kalendarza żydowskiego, nazwa szóstego miesiąca (przypada we wrześniu) będącego okresem skruchy i pokuty.


II.


Ach, wietrznie i chłodno...

Patrz, jesień jest blada!

W dolinie usycha już kwiat;

Powaby znikają,

I w senność zapada

Śmiertelną — calutki nasz świat.


Wiatr łamie i zrywa

Powiędłe badyle

I targa listowie śród drzew:

Już bór się spowiada:

Za chwilę, za chwilę

Najświętszy zamilknie też śpiew,


Wędrowne ptaszęta

Szybują w wyżynie

I z nami żegnają się już.

Kochanie, o gdzież to

Kres dróg waszych ginie?

I kiedy wrócicie z za mórz


I na dół spływają

Żałosne ich tony

A tyle w nich bólu i trwóg:

Ach, wiemy, że musim

W dalekie mknąć strony, —

Czy kiedyś wrócimy — wie Bóg!


III.


Jest chłodno i burzliwie...

Po lesie chodzę sam

I zbieram zwiędłe liście

I, patrząc na nie, łkam:


O liście, martwe liście!

Mnie z wami zrówna czas:

I ze mnie on to zrobi,

Co ot uczynił z was!


I do mnie wiatr — szaleniec

Ma też niebawem przyjść

I zerwać z drzewa życia —

Pożółkły, zwiędły liść.


Już nad mą głową czuję

Jesiennych grozę burz,

Już czuję, jak usycham,

Jak na dół spadam już..."


IV.


Minęły cudne lata dni —

Już zima niedaleka.

Jak strasznie szybko — biada mi!

W dal dzień za dniem ucieka.

Niedawno jeszcze śmiał się las —

Dziś zewsząd płynie skarga;

Przejmuje dziwna zgroza nas,

I przestrach duszę targa.


Miłość zapadła w ciężki sen

I marzy sobie w ciszy;

Posępny, przeraźliwy tren

Me ucho wszędy słyszy.

A dusza ma uczuła chłód

I z ciała się wyrywa:

Świat — stary, żywot —pełen żmud,

Przyroda — nawpół żywa.


Ach, czemuż z oczu płynie łza,

Gdy kres nadchodzi lata?

O, czemu serce w bólu drga,

I strasznie pierś kołata?

Ach, czemu mnie ogarnia lęk,

Gdy kwiaty więdnąć poczną,

Gdy wiatru pierwszy dziki dźwięk

Zwiastuje zimę mroczną.


Ja nie wiem, co ten znaczy strach

I co mych łez przyczyną:

Wiem tylko, że co rok w tych dniach

Łzy dziwnie chętnie płyną;

Wiem tylko, że mnie dotknął cios,

Że pełna pierś żałoby,

Że w głębi duszy szepce głos:

Patrz, groby, groby, groby...


STWORZENIE CZŁOWIEKA.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Gdy Najwyższy tworzył ongi

Ten nasz przecudowny świat,

Czynił tak, jak żywnie pragnął,

Nie słuchając żadnych rad: —


Wszystko wedle własnej woli,

Li na własny bacząc plan,

A robotę długą, trudną

Doskonale spełnił Pan.


Lecz gdy doszedł do człowieka,

Jakoś mniej mu gładko szło,—

Zwołać przeto był zmuszony

Uskrzydloną radę swą.


Wysłuchajcie mnie, anieli!

Zebrać się kazałem wam,

Byście radą mi pomogli,

Jak człowieka stworzyć mam.


Bądźcie mi pomocne, dzieci,

Lecz pomyślcie dobrze wprzód!

Na nasz wzór ma być stworzony.

Bez wad żadnych, pełen cnót!


Bo mu władcy berło daje

I z płomienia mego skrą,

By powietrze opanował,

Mórz ogromy, ziemię tę.


Jego mocy ma się poddać

Wszystko tutaj, wzdłuż i wszerz:

Ptak w powietrzu, ryba w wodzie,

Oraz w lesie — dziki zwierz.“


Radę trwoga ogarnęła:

Niech człowieczek — proch i dym —

Ma w powietrzu władzę — z czasem

Przyjdzie w niebie spór wieść z nim!"


Przeto Bogu tak odrzekli:

Stwórz człowieka na nasz wzór,

Daj mu rozum, daj potęgę,

Nie daj tylko — skrzydeł z piór.


Nie, nie wolno mu mieć skrzydeł —

Miecza musi mu być dość!

Niech nie wchodzi ten do nieba,

Kto posiada ziemską włość!"


Macie słuszność — Bóg odrzecze —

Mądry wasz anielski sąd;

Lecz wyjątek jeden zrobię —

Jeden wasz poprawię błąd.


Skrzydła będzie miał poeta!

Wzniesie się nad wszystkich on!

Wstęp do nieba ma jedynie

Wieszcz i jego lutni ton.

Z pośród was zaś jeden ma być

Gotów zawsze w dzień i w noc —

Przypiąć skrzydła mu, gdy świętej

Pieśni w nim się budzi moc."


GŁOS NA PUSZCZY.


Na puszczy, na dalekiej,

Gdzie wiatru rządzi wiew,

Samotny ptaszek siedzi

I smętny nuci śpiew.


Żałosnej dźwięk piosenki

Brzmi, jakby odgłos z nieb,

I budzi martwą ciszę

I nagi budzi step.


On budzi martwe nieba

I niemym stepom gra; —

Lecz martwe — wciąż jest martwe,

W niemocie — nieme trwa.


Dla kogo, piewco drogi,

Brzmi twój niebiański ton?

Kto ciebie słucha, czuje?

Toć pusto z wszystkich stron.


Gdy nawet całą duszę

W swój cichy włożysz śpiew, —

To czyją pierś on wzruszy

I czyją wzburzy krew?


Niedługo śpiewać pięknie

Potrafisz, patrząc w dal:

Twe serce rychło pęknie,

Bo je rozsadzi żal.


Oj, próżno pieśnią darzysz

Bezludny dziki kąt:

Samotny tu przybyłeś

I sam ulecisz stąd.


ZNOWU ŚPIEWAM.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Znowu śpiewam! Mojej pieśni

Znów dziś biją zdroje!

Znowu bracia niech rówieśni

Ujrzą duszę moję!

Dolę chcę, niedolę lichą

Opowiedzieć w rymie...

Całe-m lato siedział cicho —

Będę śpiewał w zimie!


Kiedy życia czar zanika,

I wesele kona:

Kiedy zamilkł śpiew słowika,

A już kracze wrona;

Gdy się wątłe lasu szaty

Stają pastwą burzy,

I mróz rzeźbi złudne kwiaty, —

Można-ż milczeć dłużej?


Gdy na niebie niema słońca,

Tej życia osłody:

Kiedy zima trwa bez końca,

I panują chłody;

Kiedy smutku płyną fale

W przyrody zwaliska:

Niechcąc, się zawodzi żale

I łza z oczu tryska.


Kiedy w śnieżnej szacie swojej

Drzemią nieme góry:

Kiedy las zziębnięty stoi,

Cichy a ponury;

Kiedy słodki śpiew — pątnika

Już nie wita z kniei;

Kiedy w serce chłód przenika,

I oko się klei: —


Wtedy, wtedy śpiewać muszę,

Bo już słyszę kroki

Maja, co w tę niesie głuszę

Boskie swe uroki.

Poprzez gęstej mgły oponę

Już dostrzegam w dali

Jak gałęzie hen zielone

Jasne słonko pali…


Przeto znowu mojej pieśni

Dzisiaj biją zdroje,

I pokazać wam, rówieśni,

Pragnę duszę moję,

Dolę chcę, niedolę lichą

Opowiedzieć w rymie...

Lutni! latem spałaś cicho —

Dźwięczyć będziesz w zimie!


DO MEJ NĘDZY.


O, nędzo! Tyś mi siostrą drogą

I drużką mą od wczesnych lat

Prócz ciebie, nie mam tu nikogo —

Obcy mi ludzie, obcy świat.


Dokoła siebie czuję zdradę,

Lub serca zimne, jako głaz:

Jedynie twoje lica blade

Śmieją się do mnie w każdy czas.


Ojczulkiem byłaś mi i mamą —

Pamiętam od kolebki cię:

Twe oko mętne wciąż tak samo,

Kościsto-chude ręce dwie.


Do szkółki potem, jako dziecię,

Gwałtem zanosił mnie twój garb ,

W szczęśliwy wiosny czas — me kwiecie

Malował kir twych mrocznych farb


Byłaś mi także swatką chłubną —

Formalną załatwiłaś cześć;

Byłaś rabinem, druchną ślubną

I tkliwie rzekłaś: „Boże szczęść!"


Gdzie tylko spojrzę — widzę ciebie,

Jesteś mi wierna dziś, jak wprzód:

I na nadziei mych pogrzebie

Szłaś przy mnie do ostatnich wrót


A gdy mą pierś targają bóle

I od rozpaczy pęka skroń, —

Jedynie ty mnie pieścisz czule,

Po przyjacielsku ściskasz dłoń.


O, czuję wciąż twój krok miarowy,

Twych siwych włosów widzę pleśń;

Czoło ci zdobi kwiat grobowy,

Na ustach masz cmentarną pieśń.


Gdy w bólu rzucę się na łoże,

Niepomny życia strat i zdrad, —

Wnet zjawiasz się i w nocnej porze

Tulisz mnie połą czarnych szat.


Więc przyjmij dank, kochana nędzo,

Najdroższa! Tyś z krwi mojej krew!

Zapanuj nad mych myśli przędzą —

Twoją ma lutnia i mój śpiew!...


LISTKI JESIENNE.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


I.


Siedzę sam, a dziwnych tchnienie

Uczuć ogarnęło mię

Jakieś, zda się mam życzenie,

Ale nie wiem, czego chcę...

Czy mi życie mąk śle zmory?

Czy radości da mi kwiat?

Tu z nas dwojga ktoś jest chory! —

Ja? — powiedźcie — czy też świat?


Pędzą chwile w życia boju —

Kresu brak pogoni tej,

Ale żadna z nich spokoju

Nie użycza duszy mej,

Nie mam słów, do płaczu-m skory,

Własnych nieświadomy strat...

Tu z nas dwojga ktoś jest chory! —

Ja-ż to jestem, czy też świat?


II.


Miłuję wicher, kocham morze, —

Bo jak ten wicher jestem biedny,

Jak morze, huczy serce me

Kocham ja chmury, kocham noc, —

Bo jak te chmury, płakać umiem,

A jako noc, jest żywot mój.


III.


Świat — taki stary, codzienny,

Żywot — tak nikły i zmienny,

Ziemia — tak pełna plam:

Czas — tak zamglony i lotny,

Człowiek — tak głupi, przewrotny —

Cóż tutaj pocznę sam!


IV.


Dużo-m się śmiał, za to-m szlochał tak wiele!

Ze łzą się zawsze łączyło wesele

Radość stargały zawieje —

Stare to dzieje!...


Mówiłem, lecz często-m nie wyrzekł słowa;

Milczenie było głośniejsze, niż mowa,

Bo z niego bólu głąb zieje —

Stare to dzieje!...


Nienawidziłem i kochałem dużo

Szarpany codnia pragnień burzą,

Nieba-m chciał rozbić wierzeje —

Stare to dzieje!...


V.


Kędy zwrócę kroki swoje,

Gdzie spoczywam i gdzie stoję; —

Straszny mam przed sobą cień:

Bladość lice mu pokrywa,

Z oczu łza za łzą mu spływa,

W wyschłej twarzy — ciągłe drżenie,

Z oczu patrzy mu zdrętwienie: —

Strach mej duszy targa rdzeńl


Pisać chcę — na papier wchodzi,

Czytam — w książce go spotykam;

Ach, napróżno go unikam

Ze wszech sił! — on zewsząd godzi:

Przed oczyma błądzi — biada! —

Nieodstępna ta szkarada.

Kiedy w zimny zejdę grób,

Zerwę ten niewolny ślub...


VI.


Daleka — droga, krótki — dzień,

A słońce już zachodzi,

I woda szumi, znika brzeg —

A jam w tonącej łodzi!


Daremny bój! Szalony wiatr

Straszliwa pieśń zawodzi;

Bezkresne — morze, dziki — prąd,

A jam w tonącej łodzi.


O, żegnaj, słońce, żegnaj mi!

Świt jutro znów cię zrodzi, —

Lecz ja — jak groźny morza huk! —

Ach, jam w tonącej łodzi


CZARODZIEJSKI OKRĘT.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Już ostatni promień słońca

Na spiczaste pnie się drzewa,

A wieczoru cienie szare

Oplątują ziemię wkrąg.


Na sąsiednich wzgórzy szczytach

Z dali jeszcze zdoła oko

Po ostatnich krokach słońca

Purpurowy dojrzeć ślad.


Długie krwawo-kraśne nici

Wiszą na zachodniem niebie,

W chłodnym kąpią oceanie

Gorejące końce swe.


Senne się ślizgają fale

Skroś wieczoru opon ciemnych,

Które zwolna, drżąc, spadają

Na niezmierne łono wód.


Lekko słaby wietrzyk wieje

Na drobniutkie, ciche fale,

Które szemrzą coś i szepcą —

Któż rozumie mowę tę?


Tu, z żaglami rozpiętemi,

W ogniach mieniąc się zachodu,

Okręt mknie przez wód ogromy,

Ale dokąd — któż to wie?


Wiosłem, zda się, czary jakieś

Poruszają: jak na skrzydłach

Pędzi okręt: może duchów

Hufiec goni za nim wciąż?


Niema majtków w nim: lecz oto

Dziecię stoi i zbolałe,

Wsparszy się o maszt wysoki,

Płacze, gorzkie roniąc łzy.


Długie, złote mu kędziory

Na ramiona opadają:

Wstecz ogląda się z westchnieniem...

Okręt zaś wciąż mknie i mknie.


I chusteczką srebrno-białą,

Trzepocącą się w powietrzu,

Pozdrowienia śle zdaleka —

Ono ze mną żegna się...


Moje serce bić zaczyna —

Płakać chce się: cóż się stało?

Ach! to dziecię znam — o, Boże!

Tam ulata młodość ma!...


WSPOMNIENIA.


Pójdźmy, luba, w gaj zielony

Pod wyniosły dąb:

Tam ci serce me otworzę,

Duszy mojej głąb

Zajrzysz tam do tajemniczych

Mego życia ksiąg:

Ujrzysz ogrom tam rozkoszy,

Ujrzysz bezmiar mąk.

To mi oko się rozjaśni,

To utonie w łzie.

Piękne, słodkie, młoda lata,

Gdzie jesteście, gdzie?


Patrz, jak pary suną w tańcu,

I muzyka gra;

Serce rośnie: znać tu szczęście

Stały pobyt ma.

Raz, dwa, trzy — marsz w środek, luba,

Spędź z twarzyczki pons!

Jak cudowne płyną tony —

Wraz się puśćmy w pląs!

Jak mi błogo — toć na świecie

Wcale nie tak źle...

Piękne, słodkie młode lata,

Gdzie jesteście, gdzie?


Grajże, grajku, jeszcze chwilkę,

Przydłuż nam ten raj!

Gdy szał tańca nas upaja —

Grajże, grajku, graj!

Twoje granie brzmi, jak odgłos

Stu anielskich lir;

Lubej skroń wianuszek zdobi,

Porywa ją wir.

Spiesz się, luba, bo niedługo

Koniec będzie grze...

Piękne, słodkie młode lata,

Gdzie jesteście, gdzie?


O, ponętne młode lata, —

Czasie złotych snów!

Zamiast zdroju życia — widzę

Czarny grobu rów.

Gdzie jest luba, gdzie są pląsy,

Gdzie ten wianek z róż?

Gdzie ten grajek, gdzie muzyka?

Nie wrócicie-ż już?!

Czy zobaczę jeszcze kiedy

Druhów młodych lat?

Gdzie — na górach, czy dolinach

Wasz odszukam ślad?


Czy mi wolno choć zdaleka

Rzucić ku wam wzrok

I rozjaśnić waszym blaskiem

Dni mych gęsty mrok?

Głupie mary, głupie żądze!

Co czas pchnął w kraj złud,

Żaden człowiek nie powróci —

Płonny jego trud!...


DŁUGA CHWILA.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Siedzę z moim wielkim smutkiem —

Stary, opuszczony mąż:

Oto już po lecie krótkiem,

A ja wzdycham, płaczę wciąż,

Już poczyna więdnąć kwiecie,

Wszystko mdleje, wszystko schnie,

Wiatry srożą się, zamiecie, —

Czegóż mnie się czekać chce?


Ach, jak pędzą życia chwile!

Ach, jak znika czasu ślad!

Jeszcze mam nadziei tyle,

A już ze mnie siwy dziad,

Lata płyną, czas ucieka —

Nie powróci nigdy już:

Ach, toć cały byt człowieka

Chwilą, co się ciągnie w dłuż.


HANDLARKA ŚWIEC.


W zgiełku miejskiego rynku, na skrzynce przy słupie

Siedzi biedna przekupka: oblicze ma trupie,

Kościste, suchotnicze: lecz rysów uroda

Świadczy, że to kobieta całkiem jeszcze młoda.

Nie rozkosz, ni dostatek, ni dobre jedzenie

Zrobiły na jej twarzy takie spustoszenie.

Siedzi i skrycie wzdycha, czuwając u pudła,

A nędzną pierś jej ciągnie dziecina wychudła;

Szkielecik mały płacze, ssie, śpi — lecz od spania

Co chwila odrywają go matki wołania:

Paniusie, kupcie świeczki, palą się — aż proszę!

Niech los mój lśni tak jasno! — para za trzy grosze!”


Towaru ma ździebełko, skrzynka — tycia mała,

Lecz dotąd się kobieta sama wyżywiała.

Czy słonko się uśmiecha, czy z nieba łzy płyną,

Siedzi biedna kobieta z wybladłą dzieciną,

Prowadząc ten swój handel, — a nigdy nikomu

Nie skarży się, choć często brak jest chleba w domu.

Zresztą, przed kim ma biadać? martwy słup nie słucha,

A oprócz tego słupa — nie ma ona druha,

Lecz chociaż głód jest u niej gościem nie tak rzadkim,

Nie splamiła rąk swoich jałmużną, ni datkiem —

Ona sprzedać-by tylko swoje świeczki chciała

I chleba sobie kupić — to jej żądza cała.


Ot szabas *) już za pasem: na cześć gościa tego

Ludziska się krzątają, i tłoczą, i biegą:

Ten niesie ryby, mięso, ów — butelkę wódki,

Lecz któż z nich o handlarce pomyśli bladziutkiej?

Kogoż to dziś obchodzą jakieś świeczki głupie?

Gospodyń myśli toną w kompocie i zupie.

A biedaczka wyciąga z świeczkami swe dłonie:

Dwie świeczki za trzy grosze — jak świt każda płonie!"

Lecz nikt jej tu nie słyszy, — ochrypły głos ginie

We wrzawie gwarnej tłuszczy, w owym ludzkim młynie:

Matczyny tylko słyszy głos dziecina blada

I nań rzewniejszym coraz płaczem odpowiada.


Długoż-to wśród tej zimnej, bezdusznej ulicy

Może wyżyć przekupka, ten trup bladolicy?

Jak długo się borykać będzie z głodem, nędzą,

Nim ją one nareszcie w mogiłę zapędzą?

Czy długo jeszcze piersi jej potrafią wiotkie

Wyżywiać nawpół żywą niewinną istotkę?

Matczyną wprzód łyknęła łzę czasem ta mała,

Lecz teraz matka wszystkie już łzy wypłakała:

Już nie ma czego żłopać pijaczka maleńka,

Matka ledwie oddycha i serce jej pęka,

Ale z warg jej wyschniętych wciąż słychać wołanie:

Mam świeczki na sobotę — kupujcie je panie!"


Na rynku cicho: święta przybywa sobota,

A na chodniku stoi koszyczek — sierota,

Obok niego przy słupie w zadumie głębokiej

Zdrętwiała postać siedzi — to handlarki zwłoki.

Nikt o tem jeszcze nie wie, nikt nie spostrzegł trupa —

Bogaczom dzisiaj głowę zaprząta spraw kupa;

Toć przeddzień jest soboty, więc wedle porządku —

Należy przedewszystkiem myśleć o żołądku,

Któż mógł więc zauważyć tak błahe zdarzenie?

Tymczasem rynek nocy okrywają cienie,

Na niebie się ukazał księżyc srebrnolicy,

A ludzie widać szabas poszli do bóżnicy.


W bóżnicy dziś tak schludnie, tak jasno, tak mile;

Kantor śpiewa, w głąb serca wchodzą jego tryle,

Lecz czemu świecznik jakby dotknięty niemocą?

Świeczki ciemno się palą w nim, ledwo migocą?

Nie mogą snać narzędziem być pustej parady,

Bo one śmierć swej drużki opłakują bladej;

To jej świeczki? bogaci, w spóźnionej swej skrusze,

Zapalili je tutaj za dwie zgasłe dusze.

Ba! bogaci uczynią wszystko dla zmarłego —

To święty obowiązek!... Żywy — co innego!

Najgłówniejsza rzecz — dusza: ciało to puch marny, —

Po śmierci się zawozi je na łan cmentarny.


Przyjaciółki nieszczęsnej, świeczki! wy musicie

Zaświadczyć, że dwóch istot zatracono życie;

Że, gdzie żyją w dostatkach opaśli nędznicy,

Nędzarze umierają z głodu na ulicy:

Że, gdzie na zbytki pieniądz, jako wosk, topnieje —

Tam śmierć głodowa — zwykłe ludzi pracy dzieje!

Oświetlać czy się godzi ten świat zły, wszeteczny?

Schowajcie, świeczki, blask swój na sąd ostateczny!

Niechaj tam przy wspaniałym Przedwiecznego tronie

Wasz blask, świeczki-duszyczki, jak słońce zapłonie;

I światło rzućcie stamtąd na nasz padół krwawy,

Gdzie dla jednych — śmierć z głodu, dla drugich zabawy.


*) Szabas — sobota.


BEZBRONNY.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Jak bohater, gdy na placu

Boju zgubił, swoją broń,

Celem wszystkich jest pocisków,

A bezsilna jego dłoń:


Bez nadziei — w boju życia,

Gdzie się wszystkich waży los,

Stoję i — struchlały — czekam,

Aż mnie czasu dotknie cios.


SIWE WŁOSY.


O, siwe włosy, kwiaty mogiły!

Wasz widok strachem przejmuje mnie:

Jakoście bardzo prędko przybyły...

Czy śmierć was do mnie w poselstwie śle?


Czy życia mego blask gaśnie snadnie

I skon się zbliża — ten bytu cel?

Toć już miast kwiatów — zima szkaradnie

Przystraja głowę mą w śniegu biel!


Nie tchnij tak mrozem, zimo, dokoła —

Niech śnieg nie smaga mię w twarz, jak bat!

Toć-że niecnie mam, co rozgrzać zdoła —

Zimny jest dla mnie calutki świat.


Pierzchłe, co było mym ideałem,

Złotych nie ziścił się przedmiot śnień;

Napróżno oczy me wypłakałem,

Próżno-m z tęsknoty osłabł, jak cień.


Com wielbił — porwał prąd zapomnienia;

Znikł bezpowrotnie błogi czas ten,

Gdym w lot się zrywał, gdym snuł marzenia

I wierzył w szczęścia ułudny sen.


WIECZNA TAJEMNICA.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Przedmiot wzgardy i kochania —

Wszystko jedno Nic pochłania.

Rwie w nieskończoności dal, —

Tam, gdzie niknie śmierć i życie,

Gdzie prasiły przędą skrycie

Ciszę śród wieczności fal.


Dziwnych myśli gęste mroki

W piersi budzą strach głęboki,

Gdy pomyślę, pełen drżeń, —

Że ten żywot nasz, pragnienia,

Żale, czyny i dążenia —

Że to sen jest, nikły cień.


Gdy pomyślę, że szlachetni

Cierpieć muszą, jak źli, szpetni,

Że ich wszystkich łączy grób;

Że, co jasność rozdzieliła,

Związać może mroków siła —

Serce pęka mi śród prób!


O, nieskończoności ciemna,

Nieobjęta i tajemna!

Nigdyż nam nie błyśnie świt?

Wszystko tłucze i kaleczy,

I rozprasza i niweczy —

Twoja Nicość czy twój Byt!


GDY CIERPIĘ.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Wobec mąk mych — gdy milczycie,

Myślę nieraz: może wy

Współczujecie mi — bezradni...

I w mem oku stają łzy.


Lecz, gdy wobec cierpień moich,

Rozprawiacie pośród drwin

O mych mękach, mej niedoli; —

Jam na straszny gotów czyn!


Wtedy chciałbym w swoje dłonie

Chwycić świat, jak garstkę piór,

I roztrzaskać go, jak Samson

Ruszył niegdyś z posad mur.


Padnę, lecz i wy padniecie!

Co mnie spotka, to i was!

Gdy żyć razem nie możemy —

Umrzeć możem wszyscy wraz!


OSTATNIE ŻYCZENIE.


W życiu uciech jest niemało,

Lecz snać na mnie los jest zły:

Z tego, co się mnie dostało,

W oku łzy mam wciąż i łzy.


Przeto wiecznie łkam i płaczę

I do śmierci wołam: „Przyjdź!"

Zabierz bóle i rozpacze —

Dalibóg, nie warto żyć!


Ledwie wzejdzie słonko boskie,

Wschodzi też mej nędzy mrok:

Żal, katusze, biedę, troskę,

Widzę, gdzie skieruję wzrok.


To mi duszę rwie na ćwierci,

Rwie krew z ciała, z mózgu — szpik,

Czego zwlekasz, władco śmierci?

Przyślij wnet ją, przyślij w mig.


Śmierć mi będzie tkliwą siostrą,

Zbawicielką będzie mi:

Kosę jej uściskam ostrą,

Niechaj przetnie nić mych dni.


Śmierć marzeniem moim calem,

Jak na ucztę spieszę w grób;

Dość na świecie już cierpiałem,

Śmierci droga, koniec zrób!


WALT WHITMAN.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


O ty, w którego rozśpiewanej piersi

Potężnie dwie otchłanie się złączyły:

Głębina niebios promiennego rana

I ziemi głąb, milczeniem głuchym skuta;

W którego sercu żarzyło się słońce

I srebrzył miesiąc, gdzie jaśniały błogo

Orszaki gwiazd —dalekich światów bezmiar

W którego sercu zieleniały maje

I gdzie huk gromu zgodnie się kojarzył

Z szczebiotem ptaszka, ze słowika trelem;

W którego śpiewie czarodziejskim żyje

Przyrody cała wszechmoc i bezkresność: —

Proroku nieśmiertelny, wielbię ciebie

I w proch upadam przed twym wielkim prochem.


SŁOWIK CMENTARNY.

Tłumaczenie: Alfred Tom.


Gdzie się wznoszą tamte wzgórza,

Gdzie doliną idzie szum,

Stary cmentarz się wynurza:

Na nim jest pomników tłum.


Stare groby, nieme głazy,

Grubym porośnięte mchem;

Co rok może parę razy

Dotknie stopą ktoś tych ziem.


Stare wierzby, wyschłe drzewa

Smętne w dal spojrzenia ślą,

Martwa cisza je owiewa,

Przeraźliwą zgrozą tchną.


Zrozpaczonym okiem patrzy

Na pagórki znów i znów

Najcudniejszy nasz śpiewaczy

Ptak — cmentarny słowik ów.


On żałobne nuci pieśni,

Z sęku skacząc wciąż na sęk;

Dla leżących w grobów cieśni

Płynie onych pieśni dźwięk.


Jakże strasznie jego trele

Pośród mogił drgają tam!

Lecz on właśnie chętnie, śmiele

Śpiewa u cmentarza bram.


Nie wiosenki uśmiech błogi,

Nie anioły i nie bogi —

Prawy dziś opiewa wieszcz;

Nie strumienie, pól makaty,

Który jeno ma bogaty, —

Ale grób, budzący dreszcz.


Nędze widzi on, katusze:

Z ran, co pieką jego dusze,

Nieustannie bucha krew, —

Na cmentarzu wielkim świata

Z jego lutni w dal ulata

Smutku, bólu pełen — śpiew,


A. RUWENI.


ŁZY.


Utkwiła we mnie wzrok i zapytała mnie:

O, starcze, powiedz mi, czemu twe łzy są białe?

Co ci rozsadza pierś, co z ócz wyciska łzę?...

Ja rzekłem, dziecko me, odkryję-ć serce całe.


Mój smutek długo trwa wśród łez perlistych ros,

Za rokiem mija rok, straszliwej pełen treści,

Ot widzisz białe są, jak białym jest mój włos:

Uczynił białym go los cierpień i boleści.


Spojrzała na mnie znów i wyciągnęła dłoń,

Współczucia pełen wzrok posłała w moją stronę

I zapytała mnie, w łez moich patrząc toń:

O, czemu, powiedz mi, łzy Twoje są zielone?


Czy nie wiesz, dziewczę me, że łez mych wielki kruż

Zupełnie próżny jest, płacz stracił swą osnowę,

Dziś tylko śmiać się w łzach, dziś tylko szydzić już

Potrafję, więc me łzy zielone są, żółciowe.


Płakała ze mną wraz, zraszając liczko łzą,

Pojęła wnet mój ból i życia ciężkie brzemię...

O powiedz, starcze mi, dlaczego czarne są

Te łzy, co zwolna z ócz spadają ci na ziemię?


O, dziewczę, główkę schyl, zagadki znajdziesz klucz,

Marnować po co czas na pustą mam gawędę?

Łzy przeto czarne są: źrenicę czarną z ócz

Wylewam bowiem dziś i płakać już nie będę.


HUGO SALlS.


ROK 1861.


W Warszawie znikły wyznaniowe zwady:

Tłumy polaków i żydów gromady

Na placu klęcząc, modłą się do Boga:

O, Panie, pomóż nam wypędzić wroga

Dość już uciskał nas moskal nikczemny,

Wyszliśmy wreszcie z kryjówki podziemnej,

By mocną ręką i głową udolną

Wspólną ojczyznę odbudować wolną.


Z zamku straszliwie grzmią moskiewskie działa,

Padają polskie i żydowskie ciała:

Podła hołoto, za twój bunt zuchwały,

Poznasz, co turmy i karne oddziały,

Nieprawomyślność swą opłacisz krwawie...

Lękliwsi rychło pierzchają w obawie,

Lecz ich wstrzymują, czując rozkaz boski,

Ksiądz katolicki i rabin żydowski.


Słowa duchownych spokój krzewią błogi:

Bracia rodzeni, pozbądźmy się trwogi,

Stójmy odważnie, bo choć różni wiarą,

Jedną w ojczyźnie przeszłość mamy starą;

Gdy moskal ujdzie, żydzi i polacy

We wspólnej świętej połączą się pracy...

Rabin i kapłan ściskają swe dłonie,

Na znak, że jedno uczucie w nich płonie.


Tak dwaj pasterze, idąc przed gromadą,

Krzepią modlitwą ją, pieśnią i radą;

Pieśń narodowa z pobożną się splata,

Żyd obejmuje polaka, jak brata.

Wzwyż przed kościołem mkną czapki, jarmułki;

W bóżnicy wszyscy modlą się do współki,

By dobry wynik był świętego dzieła,

Śpiewając: „Jeszcze Polska nie zginęła"!


Co widzę? Próżny kościół i bóżnica,

Posępne cienie mroczą wszystkim lica,

Niedawnej zgody znikły wszystkie ślady,

W zacisznym kącie stoi rabin blady,

Twarz załzawioną obrócił do wschodu:

Prędko przeminął szał tego narodu:

Polak i moskal — o, co za ohyda! —

Wołają zgodnie: duśmy wroga-żyda!


ZUSMAN SEGAŁOWICZ:

- pseud. Swengali, Aleksander Jaawec (od nazwiska rodowego matki) (1884 Białystok – 1949 Nowy Jork) – poeta i prozaik, piszący w języku jidysz. Kształcił się w szkołach prywatnych i w domu. Debiutował wierszem w języku rosyjskim w 1903; a w języku jidysz – w 1904, któremu pozostał już wierny do końca życia. W młodości krótko działał w Bundzie, za co go aresztowano. Brał udział w rewolucji. Po 1906 mieszkał w Łodzi. Pierwsze tomy poetyckie (1909 i 1912) były utrzymane w liryczno-sentymentalnym nastroju. Szczególne uznanie przyniósł mu poemat In Kuzmir (Kazmerz; W Kazimierzu, 1912). Okres I wojny światowej spędził w Rosji – w Odessie, na Krymie i Kaukazie, potem w Kijowie i Moskwie, gdzie publikował prozę i wiersze. W 1916–1917 służył w armii rosyjskiej. Nie stał się entuzjastą rewolucji komunistycznej, której był świadkiem, w przeciwieństwie do swego młodszego brata, Wolfa-Hirsza S. (1890–1937), rozstrzelanego z grupą żydowskich intelektualistów w Mińsku. W 1919 osiadł w Warszawie. Współpracował z wieloma czasopismami, m.in. z „Hajntem”; „Momentem”; „Łodzer Togbłat” (jid., Łódzka Gazeta Codzienna); „Literarisze Bleter”; a także z londyńskim „Cajt” (jid., Czas) i nowojorskim „Tog” (jid., Dzień). Za najwybitniejszy utwór z tego okr. jest uważany poemat Regine (1920). Wkrótce jednak w znacznym stopniu odszedł od poezji i stał się bardzo poczytnym prozaikiem, ukierunkowanym na zaspokajanie potrzeb czytelnika masowego. Publikował swe utwory w odcinkach w prasie jidysz ("Hajnt”; „Moment”). Kilka z nich doczekało się także przekładów na język polski, m.in.: Di wiłde Cilke (1922; Cylka z lasu, 1929); Di brider Nemzor (1929; Bracia Nemzor, 1936). Działał w Związku Literatów i Dziennikarzy Żydowskich, w którym m.in. pełnił funkcje przewodniczącego i wiceprzewodniczącego. Do poezji powrócił tuż przed wybuchem wojny. Wybór jego wierszy w przekładzie M. Szymla ukazał się pt. Wczoraj śpiewałem (1936). W 1939 opuścił Warszawę; przez Litwę, Związek Radziecki, Bułgarię, Turcję i Syrię dotarł w 1941 do Palestyny. Ostatecznie osiadł w Nowym Jorku (1947). Jego poetyckie utwory z tego okresu, zebrane w tomach A bojm fun Pojłn (Drzewo z Polski, 1945) i Icter (Teraźniejszy, 1948), są poświęcone opłakiwaniu świata Żydów polskich oraz ich zagłady. Jest też autorem kilku tomów prozy wspomnieniowej: dotyczącego przeżyć w Rosji – Fun Rusłand, fun der rewolucje (jid., Z Rosji, z rewolucji, 1920) i Majses fun der rusiszer kazarme (jid., Powiastki z rosyjskich koszar, 1926); o życiu literackim w międzywojennej Warszawie – Tłomackie 13, fun fabrent necht (1946; Tłomackie 13 [adres Związku Literatów i Dziennikarzy Żydowskich], z unicestwionej przeszłości, 2001); o okresie wędrówki do Palestyny – Gebrente trit (Płonące kroki, 1947) i spędzonym tam czasie – Majne zibn jor in Tel Awiw (Moje siedem lat w Tel Awiwie, 1949).


W KAZIMIERZU NAD WISŁĄ.

(fragment z poematu.)


Boże! Gdybyśmy wielkie morza mieli,

Tęsknotę moją ukryłbym wśród burz...

Sam na sam z drogą wolnością w topieli

Błogosławieństwo słałbym nurtom mórz...

Gdyby nam skały zesłali anieli,

Co zrębem — chmury niebne tną jak nóż,

Na sam szczyt wszedłbym conajwyższej skały,

By wsie i grody u nóg mych leżały.


Nieliczni jednak rzucają doliny

I mężnie na szczyt wspinają się gór,

Nie każdy lubi samotny, jedyny

Skracać swe wczasy w towarzystwie chmur,

My inną rozkosz mamy, judzkie syny:

Gliniaste rzeki, do których jak w rów

Przy taszlich *) corok grzechy

Do nieba jęków śląc żałosne gamy.


Gór pasma u nas są gośćmi rzadkiemi

Dziecięciem dolin jest nasz polski żyd...

Więc do Kaźmierza tęsknię, do tej ziemi.

Gdzie bodaj wzgórki słodzą ludzki byt...

O twych ruinach mówią nawet niemi

I kozy sławę niosą ci, nie wstyd;

Kościół na górce, co po przez ulicę,

Dumnie na „wielkie" patrzy kamienice.


Brodatą widzę naszą brać kochaną,

Faktorów, kupców — oto dzierżą straż:

Zgarbieni, bladzi... Żony ich co rano

We Wiśle myją chudą, czarną twarz,

Chłopaków bosych ilość nieprzebraną

Z pięknemi licy i oczy tu masz,

Ubraną w cyces — tu człek mocny w wierze —

Ot dziewa z płaczem ślub w bóżnicy bierze.


Przewoźnik stary modli się przy Wiśle,

Nie mówi z nikim, dumny niby król,

Sam arycykapłan powstaje w umyśle,

Gdy siwy mąż ten w nurt leje swój ból...

Ale do rzeczy... Bieg koni nakreślę,

Wśród gór kredowych i zielonych pól:

Z tej strony — góry, jak do nieba schodki,

A z tamtej — pola i szum rzeki słodki.


Żegnaj mi, cudne ubogie miasteczko!

Do miasta jadę, gdzie króluje dym...

I tam wre handel, choć nie sianem, sieczką;

Tam przedmiot targu: cnota, wiara, rym,

Tam bratniej duszy nie znajdziesz ze świeczką,

Przyroda czarem nie upaja swym...

Żegnaj! Mój furman jak cadyk wygląda,

Śpi niby niedźwiedź, a chrap ma wielbłąda.


Snem zarażony, powoli sam drzemię,

Piękny mnie w wozie ukołysa sen:

Kazimierzową widzę we śnie ziemię:

Dziewczyna trzyma uzdę: włos jak len,

Tu tych piękności bardzo liczne plemię,

Liczniejsze niżli wśród stołecznych scen...

Już gdzieś widziałem ją, a teraz ona

Namiętnie ku mnie wyciąga ramiona.


Wtem wszystko znika... Wóz mną wściekle wstrząsa,

Furman się zbudził i wyciera wzrok,

Na słup najechał, gniewnie wargi kąsa,

Odtąd uważniej śledzi koni krok...

Wokoło drzewa stare, bryka pląsa,

Zgraje wron płoszy, tych krzykliwych kwok,

Co na złość dzisiaj przeraźliwie kraczą,

Większą mnie jeszcze przejmując rozpaczą.


Na niebie księżyc ukazał się złoty,

Żyd drogą idzie, na karku ma wór,

Krok wolno suwa i pełen tęsknoty

Wzdycha żałośnie do rodzimych gór...

Żegnaj Kaźmierzu, mary me i psoty,

Już słyszę turkot wielkomiejskich fur...

Zagwizdnął pociąg — dość przyrody dzikiej,

Kultury" słychać wstrętny zgiełk i krzyki!


*) Taszlich — obyczaj, według którego w Rosz-Haszana (Nowy Rok) żydzi zbierają się na brzegu rzeki i wypróżniają z kieszeni okruchy chleba dla ryb, co zarazem symbolizuje wyrzucanie grzechów, przyczem odmawia się odpowiednie modły i urywek z proroka Micheasza, gdzie znajdują się słowa: „I ciśniesz (w taszlich) do otchłani morskiej wszystkie ich grzechy“.


N. SOKOŁOW:

- (1859 [1961?] Wyszogród – 1936 Londyn) – pisarz, publicysta, przywódca syjon.; ojciec Floriana S. Pochodził z kupieckiej rodziny z Wyszogrodu, wywodzącej swój ród od Natana Naty ben Szlomo Spiry. W dzieciństwie, wraz z rodzicami, przeniósł się do Płocka. Otrzymał tradycyjne wykształcenie religijne, uzyskując miano il(l)uja. Resztę rozległej wiedzy (w tym znajomość kilku języków) zdobył samodzielnie, wbrew rodzinie, rozwijając zainteresowania kulturą świecką. Z polecenia dziadka, Efraima Icchaka, przełożonego gminy żydowskiej w Wyszogrodzie, pielgrzymował do znanych autorytetów religijnych, a z własnej inicjatywy – także do cadyków w Kocku i Górze Kalwarii. Debiutował w 1873 w wydawanym w Brodach czasopiśmie „Ha-Iwri” (hebr., Żyd); trzy lata później współpracował już z „Ha-Cefirą”, a potem był jej współredaktorem (od 1886) i od 1892 – redaktorem naczelnym. Współpracował też z pismami „Ha-Mag(g)id” i paryskim „Archives Israélites”. Swą pierwszą książkę, Mecuke(j) arec (hebr., Filary ziemi, 1878), poświęcił geografii powszechnej. Był wówczas typowym maskilem. W latach 80. XIX w. osiadł w Warszawie. By utrzymać rodzinę, imał się różnych zajęć, m.in. zabiegał o uzyskanie posady rabina we Lwowie. Pogromy w Rosji oraz wydarzenia w Królestwie Polskim skłoniły go do przemyśleń nt. antysemityzmu; zebrał je i wydał w zbiorze artykułów pt. Sinat olam le-Am Olam (hebr., Wieczna nienawiść do Wiecznego Ludu, Warszawa 1882). Idee związane z tzw. odrodzeniem nar. zaczęły jednak dochodzić do głosu już w wydawanym przez niego rocz. „Ha-As(s)if”. Wciąż jeszcze jednak współpracował z tyg. „Izraelita”, którego był redaktorem w 1896–1902, publikując na jego łamach własne teksty. Pracował również w Komisji Historycznej Biblioteki Judaistycznej w Warszawie. Publikował też prace literackie w językach jidysz i hebrajskim, w tym powieść hist. Cad(d)ik we-nisgaw (hebr., Sprawiedliwy i wyniosły, Warszawa 1882) oraz felietony i opowiadania w „Di Jidisze Bibliotek” (1891) I. L. Pereca. Po lekturze książki Państwo żydowskie nadal z sarkazmem wyrażał się o marzeniu T. Herzla, podobnie jak wcześniej o ideach, zawartych w Autoemancypacji L. Pinskiera. Jednak kiedy w czasie I Światowego Kongresu Syjonistycznego, jako korespondent „Ha-Cefiry”, przeprowadził wywiad z ojcem politycznego syjonizmu, stał się żarliwym zwolennikiem idei budowy państwa żydowskiego w Palestynie. Podczas II Kongresu (1898) został już wybrany do komisji kulturalno-literackiej. Kiedy w 1902 ukazała się w języku niemieckim książka Herzla Altneuland, przełożył ją natychmiast na język hebrajski (nadając tytuł Tel Awiw). W 1898–1904 w jego warsz. mieszkaniu odbywały się spotkania dyskusyjne, zw. „poniedziałkami sokołowskimi”, gromadzące również wielu przedstawicieli żydowskiej kultury (uczestniczyli w nich m.in.: Szalom Alejchem, Sz. Asz, I. Bernstein, I. Grünbaum, M.A. Hartglas(s), L. Zamenhof), które przyczyniły się do krystalizacji środowiska syjon. w Warszawie. Od 1899 przewodził syjonistom w walce o władzę w Gminie warszawskiej. Jego działania i postawa doprowadziły do ostrego konfliktu ze środowiskiem chasydzkim, które na niego i wydawaną przez „Ha-Cefirę” rzuciły klątwę. Straciwszy stanowisko redaktora „Izraelity”, skupił swą uwagę na działalności politycznej i społecznej. Interesował się wydarzeniami w Rosji, dokąd kilkakrotnie wyjeżdżał; informował organizacje żydowskie na Zachodzie o sytuacji Żydów i działaniach cenzury w tym kraju, angażował się w rozmaite przedsięwzięcia, związane z rewolucją 1905 roku w Królestwie Polskim. W 1906 założył w Warszawie dziennik w języku jidysz „Der Telegraf” i wkrótce potem wyjechał do Brukseli. Jego działalność zwróciła nań uwagę władz carskich, które wysłały za nim list gończy. By uniknąć aresztowania, wyjechał (1906) do Londynu, skąd wkrótce przeniósł się do Kolonii, obejmując redakcję pisma „Die Welt”. Współpracował też z warszawskim syjonistycznym „Głosem Żydowskim”. Od 1907 był członkiem biura Światowej Organizacji Syjonistycznej (ŚOS). W Berlinie założył jej organ, „Ha-Olam”. W 1908 zaaranżował swe aresztowanie i proces; wyrok, skazujący go na zapłacenie grzywny, zdjął zeń oskarżenia i umożliwił dalszą działalność. Dalej wyjechał do Stambułu, by wraz z W. Żabotyńskim i W. Jacobsonem, zabiegać o autonomię dla Żydów w Palestynie. W tym też celu założył tygodnik literacki „L’Orient”, zapraszając do współpracy m.in. pisarzy polskich. W 1909, w związku z kryzysem w łonie ŚOS, zrezygnował z pełnionych tam funkcji i powrócił do Warszawy, wznowił wydawanie „Ha-Cefiry”. W 1911, po zwycięstwie opcji, z którą był związany, wszedł do egzekutywy ŚOS, w związku z czym osiadł w Berlinie. Angażował się nadal w sprawy polskie; w 1912 kandydował w wyborach do Dumy w Białymstoku, wpłynął też na poparcie przez Żydów warsz. przedstawiciela PPS-Lewicy Eugeniusza Jagiełły w II turze wyborów, co stało się przyczyną bojkotu ekonomicznego i fali wystąpień antysem. w Królestwie Polskim. Współpracował z „Przeglądem Codziennym”. Prowadził zabiegi dyplomatyczne na rzecz Żydów rosyjskich i akcje propagandowe, mające na celu uzyskanie wsparcia dla idei syjonistycznych w Wlk. Brytanii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Okres I wojny światowej spędził w Anglii, gdzie zaprzyjaźnił się z Ch. Weizmannem i uczestniczył w zabiegach, uwieńczonych wydaniem deklaracji Balfoura. W ich trakcie sformułował kluczowy cel ruchu syjonistycznego, jakim miała być „żydowska siedziba narodowa” (Jewish National Home) w Palestynie. Potem był wiceprzewodniczącym Komitetu Delegacji Żydowskich przy Konferencji Pokojowej. W 1921 został przewodniczącym Egzekutywy ŚOS, a w 1931 – prezydentem tej organizacji, zaś w 1935 – honor. prezydentem. Równocześnie pełnił wiele innych odpowiedzialnych funkcji w ruchu syjon. (m.in. wsparł ideę powołania instytucji Keren ha-Jesod i był autorem jej nazwy). Będąc przez kilka dziesięcioleci wpływową osobistością ruchu syjonistycznego, stał w nim ponad podziałami politycznymi. Do końca życia nie należał do żadnej partii. Kilkakrotnie odwiedzał Polskę, współpracował z wydawaną tu prasą żydowską. W jego domu używano języka polskiego (listy do żony oraz dziennik pisał po polsku.) Ostatnim jego publicznym wystąpieniem było uczestnictwo w obchodach pierwszej rocznicy śmierci J. Piłsudskiego w Londynie (1936). Prowadził bardzo ożywioną działalność pisarską i publicystyczną w językach hebrajskim, jidysz, polskim, niemieckim, rosyjskim, angielskim, francuskim, włoskim, hiszpańskim; opublikował 30 książek i ok. 4 500 artykułów; m.in. wydał: obszerne, dwutomowe dzieło History of Zionism, 1600–1918 (1919; skrócona wersja w języku niem. została wyd. w 1921); Baruch Spinoza u-zman(n)o (hebr., Baruch Spinoza i jego czasy, 1929); socjol. studium Ha-Ani ha-kibuci (hebr., Kolektywne Ja, 1930); historię ruchu protosyjonistycznego (przedherzlowskiego) Hibbath Zion (1934); 3-tom. zbiór esejów biograficznych Iszim (hebr., Ludzie [Osobowości], 1935). W 1956 jego szczątki zostały przeniesione do Izraela i pochowane na Górze Herzla w Jerozolimie.


MENTOR GAZECIARSKI.


Wiosna — zapewniam jako znawca —

Najlepszy gazet to wydawca:

Wypuszcza cały rocznik duży

Numerów przednich z jednej róży;

Las wstępne szumi artykuły,

Depesze śle śpiew ptasząt czuły,

A strumyk — czytelnicze trzody

Poi przaśnemi kronik wody;

A feljetonów słodkie miody

Znosi motylek srebrno-siny,

Że aż z rozkoszy łykasz śliny...

Korespondencje nam specjalne

Bąki, chrabąszcze brzęczą walne...

Niech czci świat cały, wszelki kraj

Mentora redaktorów — maj!


TEODOR SOŁOHUB.


LEGENDA.

Tłumaczenie: S. Wagman


Pod dźwiękiem cudnej harfy

Swe psalmy Dawid składał,

I wtedy wiatr w pokorze

Na ziemię cicho padał.


I wody już nie ciekły,

Ptaszkowie byli niemi,

Hymn jeden tylko dźwięczał

Po wszystkich krańcach ziemi.


A gdy się Dawid męczył,

Śpiewając hymn Jehowie,

Wnet zewsząd pospieszały

Zluzować go ptaszkowie,


I wody zaszumiały,

Wkrąg sławiąc imię Boże,

I chwałą wielogłosą

Wtórzyło im przestworze.


JAKÓB STEINBERG:

(1887-1947) Urodził się w Białej Cerkwii, ale uciekł do Odessy, gdy miał 14 lat, dołączając do Bialika i innych żydowskich intelektualistów hebrajskiego koła literackiego. W 1903 r. Steinberg przeniósł się do Warszawy, gdzie był aktywny w kręgu literackim Pereca. W 1910 r. przeniósł się do Szwajcarii; studiował na uniwersytecie w Bernie i Lucernie. W tych latach publikował prace w języku hebrajskim i jidysz, zwłaszcza w gazecie "Der Fraind" (דער פֿרייַנד). W 1914 r. Steinberg wyemigrował do Palestyny i od tego czasu pisał wyłącznie po hebrajsku. W 1929 r. poślubił Lizę Arlosoroff, siostrę Haima Arlosoroffa, którego pisma później redagował.



MOI CZYTELNICY.


O, gdzie przebywasz, cny czytelniku?

Co dla cię dźwięczą moje ballady?

Czy w sklepie siedzisz, wśród zgiełku, krzyku,

Czy mkniesz z mą pieśnią na barykady?


Czy w palestyńskim pracujesz sadzie

I pot z kraśnego płynie-ć oblicza?

Czy paki dźwigasz gdzieś tam w Kanadzie?

Czy ci Australja schronu użycza?


Lub może w cichym bóżnicznym kącie

Wśród galicyjskiej ghettowej cieśni,

Przy drżącym świeczki łojowej loncie,

Wchłaniasz me twory i nucisz pieśni?


A może zjadacz mych dzieł płomienny

W mej wyobraźni istnieje chorej?

Tak nieraz żebrak w swej marze sennej

Dukatów widzi olbrzymie wory...


A. CH. SZEPS.


MŁODOŚĆ.


Jak mogę żyć wśród srogich burz żywota,

Gdy wstrętną jest mi walka, — lubię ciszę,

Gdy dziecka płacz mem czułem sercem miota,

Gdy wonny wiatr mnie poi i kołysze?


Gdy serce me w dreszcz wprawia śpiew ptaszyny,

Porywa mnie słoneczny zachód krwawy,

Gdy dusza ma z modlitwą mknie w wyżyny,

Gdy błękit nieb mnie mami, zieleń trawy.


Jak mogę żyć wśród życia prozy lichej,

Gdy kochać chcę, całować usta hoże,

Gdy dziewy wzrok mnie nęci, róż kielichy,

I gdy mnie wdzięk pokonać łatwo może.


K. SZAPIRO.


RACHELA.

Tłumaczenie: C. Majersonówna


Słychać głos w Ramie, jęk i gorzki płacz:

to niepocieszona Rachela opłakuje swe dzieci.

Jeremiasz 34,14.


Pośród pól Betleemskich odludnej krainy,

Widać kamień samotny na starym kurhanie,

W beznadziejnem milczeniu tej sennej równiny.

Jakaś postać majaczy w tumanie.


Pochylona, gdzie Jordan leniwie się toczy,

Skamieniała z rozpaczy i niema —

Łza bolesna przesłania zamglone jej oczy —

Skroń ujęła rękami obiema.


Wątłe ciało kobiety żałosny płacz wstrząsa —

Noc dokoła z swym mrokiem i ciszą wieczystą,

W święte wody Jordanu łza spływa gorąca

I tam zlewa się z falą przejrzystą...


Z. SZNEJUR:

- Szneur Zalmen; (1886 Szkłów – 1959 Nowy Jork) – poeta oraz prozaik, piszący w językach jidysz i hebrajskim; potomek Zalmana ben Barucha Szneura z Ladów. Pochodził z rodziny ortodoksyjnej. Należał do „wielkiej trójcy” poetów hebrajskich (wraz z Ch.N. Bialikiem i S. Czernihowskim). W 1900 przybył do Odessy, a następnie – z polecenia Bialika – w 1902 podjął pracę w wydawnictwie „Tuszij(j)a” w Warszawie, gdzie wydawał czasopismo dziecięce „Olam Katan”, jak również debiutował w języku hebrajskim i jidysz. W 1904 przeniósł się do Wilna. Okres wileń. był zarazem początkiem jego sukcesów literackich, odniesionych dzięki wierszom zawartym w Im szkij(j)at ha-cham(m)a (hebr., O zachodzie słońca, t. 1-2, 1906-1907), będącym pieśniami buntu przeciw konwencjom i starym obyczajom getta. Od 1906 mieszkał w Szwajcarii i Paryżu. Duży rozgłos przyniosły mu zwłaszcza tom poezji Manginot Israel (hebr., Melodie Izraela, 1912) oraz – napisany pod wpływem procesu M.M. Bejlisa – wiersz Jeme(j) ha-bejnajim mitkar(e)wim (hebr., Średniowiecze powraca, 1913). W czasie I wojny światowej był internowany w Berlinie. W 1922 został współzałożycielem wydawnictwa Ha-Sefer, które m.in. wydało jego poemat Wilna (hebr., Wilno, 1923). W następnym roku przeniósł się do Paryża. Po zajęciu Francji przez Niemców uciekł do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał od 1941; a w 1951 osiadł w Izraelu. W okresie międzywojennym powrócił do pisania prozy w języku jidysz, w której dochodziły do głosu jego wspomnienia z okresu dzieciństwa. Światu małych żydowskich miasteczek kresowych (sztetł) poświęcił także tom Ansze(j) Szklow (hebr., Mieszkańcy Szkłowa, 1944). Wśród późniejszych jego cyklów poetyckich duże znaczenie miał i liczne kontrowersje wzbudził Luchot g(e)nuzim (hebr., Ukryte tablice, 1948), księga poetyckich wyimaginowanych apokryfów przeciwników Biblii. Przez wiele lat współpracował i brał udział w redagowaniu licznych czasopism, wydawanych w językach hebrajskim i jidysz w Polsce i za granicą (m.in.: „Cukunft” [jid., przyszłość], „Ha-Boker”, „Ha-Zman”, „Jidisze Cajtung” [jid., Gazeta Żydowska], „Der Moment”, „Parizer Morgnbłat” [jid., Paryska Gazeta Poranna], „Dawar” [hebr., Słowo]). Pod koniec życia poświęcił wiele uwagi pionierskiej pracy budowy Izraela.



SPRZECZNOŚCI ŻYCIOWE.


Kto słaby — w roli jest bardzo ponurej,

Bo człek zwierzęciem na tej ziemskiej glebie,

Więc w pogotowiu trzymam wciąż pazury:

Czy mam bliźniego rozszarpać, czy — siebie?


Błękitne niebo, wszędzie kwiaty rosną,

Akacje kwitną; tak pięknie, tak błogo,

Ruczaje szumią, przyroda tchnie wiosną...

Czy mam się napić, czy utopić kogo?


Tu zbrodnie życia, tu jego rozkosze,

Jak się z tym sprzecznym pogodzić obrazem?

Półbarw, półtonów na świecie nie znoszę,

Jak nienawidzieć i kochać zarazem?


O bądź mi luba mostem w życiu naszem,

Między tem, co nas odpycha i mami,

Głowę ci za to uściskiem opaszę,

Pobłogosławię cię i zroszę łzami.


W SANKACH GÓRSKICH.


Siedź w domu, jeśli ci zima niemiła,

Mnie śnieg upaja, czule wita mróz.

Ziemia tak biała, jakby nie grzeszyła,

Jam też bez winy — czyste dziecię muz.


Mam długą brodę i zmarszczone czoło,

Lecz lubię sanki, — szparki wóz bez kół,

O, jak są lekkie, jak skaczą wesoło,

Gdy w nich jak strzała lecisz z góry w dół.


Choć są niewielkie, żwawe są me sanki,

Dzikie, ogniste, jak arabski koń,

Z bryłami lodu śmiele stają w szranki,

Drwiąc, pędzą cwałem bo przez śnieżną toń.


Gdy chcę — wstrzymuję ich bieg buntowniczy,

Mam mięśnie, jakbym wiek żelazo kuł,

Rumaka sanki wiążę, jak na smyczy...

Lecz, z drogi! znowu pędzę z góry w dół!


Wzwyż i wdół całun przeciąga się biały,

Jam z gór wierzchołka jak meteor spadł,

Śnieg prószy w oczy jak srebrne kryształy,

Kręci się niebo, ziemia, cały świat.


Mknę w jasną przepaść — cóż mi śmierć i życie!

Strach biały z białą radością się splótł,

Maleją domy, drzewa we wszechbycie,

Kocham drobiazgi te, jak nigdy wprzód.


Śmieję się, wiatr mi także drwiną wtórzy,

Wlecze mnie dziko, rwie w otchłani głąb,

Mężnie, wesoło w twarz zaglądam burzy,

Bo orle skrzydła czuję i lwi ząb.


KRAŚNE JABŁKA.


Kraśne jabłka i zielone cienie,

Pól aksamit, jedwab niebnej dali

I głośnego śmiechu słodkie drżenie,

Dźwięcząc, tonie wśród powietrznej fali.


Pójdź-no do mnie, dziewczę, luba wróżko!

Rwać owoce zielono-czerwone:

Mnie jabłuszko i tobie jabłuszko

I na szyjce całuski, skradzione.


Pójdź! Tu dzwoni, brzęczy, jak rój muszek

Dzwonią kwiaty wśród grządki-kobierca:

Mnie kwiatuszek i tobie kwiatuszek

I gorące tulenie do serca.


Pójdź! snów złotych wskrzesim znikłe cienie,

Zmierzchłą przeszłość, radości i smutki:

Mnie marzenie i tobie marzenie,

I na uszko sekrecik cichutki.


MIEJ WROGÓW!


Nie życzę skarbów ci, ani przyjaźni:

Druh tylko nudzi, dokucza i drażni,

Bogactwo durzy, upaja jak wino;

Bądź w gronie mocnych, co z potęgi słyną,

Co wodzą w świecie rej, —

Więc wrogów miej!


Miej wrogów, bracie, jaknajwięcej wkoło,

Bądź głazem, który młotom stawia czoło,

Miej wrogów, którzy rąbią, mrożą, palą...

Ze rdzy drwić może. kto jest złotem, stalą.

Kto pewien siły swej,

Więc wrogów miej!


Kędziory złote, przyjaźń, miłość, kwiaty

Przychodzą same, — zwłaszcza gdyś bogaty.

Jak liść jesienny padną ci pod stopy,

Jak płód gron winnych, jak na polu snopy,

Tylko im nieco swego złota zlej, —

Więc wrogów miej!


Miej wrogów! Nawet kiedy przyjdzie chwila,

Gdy włos siwieje, i gdy rany palą,

Gdy starość gnuśna moc woli przesila,

Gdy ból, tęsknota bucha mętną falą,

Zawołaj: wolo Niebios, dziej się, dziej!

I wrogów miej!


Choć wytknie palcem cię potwarzy siewca:

Oto wróg ludu, zbir, nędznik — nie piewca!

My żony, dzieci mamy, miłość, szczęście,

A on zgrzyt zębów i ściśnięte pięście,

On sprawcą całej naszej doli złej!“

Ty wrogów miej!


Nie wierz im! Bogom ich nie tobie służyć,

Ich hasła płodem fałszu i nadużyć,

Twe „kłamstwo" twórcze, ich „prawdy" ubogie,

Chcą taniem szczęściem zagrodzić ci drogę,

Więc ucho swoje skłoń ku radzie mej

I wrogów miej!


L. SZPIRO.


JUŻ BLISKO...


Już blisko... Zdala już dolina lśni,

Z kominów kłęby dymu mkną w niebiosa,

Młyn śpi, staw miga i srebrzy się rosą...

Wszystko wygląda jak w minione dni.


Witam cię, stawie ukochany mój,

I stary młynie na wodzie cichutkiej,

Rozkosze u was zostawiłem, smutki,

Z młodości miłej cały wspomnień rój.


Błogosławione bądź, miasteczko me,

Gdzie po raz pierwszy ujrzałem dzień biały,

Powracam do cię bez miecza i strzały,

Z życiowej wędki, co na świecie wre.


Pokój ci, grodzie, kolebko mych snów,

Miły mi każdy kwiat twój, każdy kolec,

Znów pragnę walczyć: zwyciężyć lub poledz

Na łonie twojem grę rozpocząć znów.


MOJŻESZ TAJCZ:

- (1882 Wileńszczyzna – 1935) – prozaik, poeta, publicysta, piszący w języku jidysz. Pod wpływem A. Rajzena, w 1902 rozpoczął karierę literacką. W 1904 przeniósł się do Warszawy, gdzie zajął się pracą dziennikarską jako jeden z grupy literatów litwaków. Potem osiadł w Odessie. Pisał wiersze liryczne i krótkie opowiadania. Po rewolucji 1917 tworzył wiersze mieszczące się w nurcie liryki rewolucyjnej i opowiadania. Był też autorem dramatu Dowid un Basszewe (1920). Współpracował z wydawanym w Moskwie dziennikiem „Emes” (jid., Prawda) oraz był moskiewskim korespondentem nowojorskiego dziennika „Frajhajt” (jid., Wolność) i ukazującego się w Buenos Aires „Di Prese” (jid., Prasa). Oczyszczony z fałszywych oskarżeń (1922), pod koniec życia cieszył się znaczną popularnością, którą m.in. przyniosły mu opowiadania i nowele z tomu Tojt fun chawer Wulje (jid., Śmierć towarzysza Wulje, 1928). Po śmierci Tajcza ukazał się wybór jego utworów (1936).


MOJE SIEDLISKO.


Póki nie zniknął wiosny ślad,

Ma dla mnie kącik boży świat,

Póki wydaje ziemia plon,

Na łąk murawie znajdę schron,

Przepędzę dzień, gdzie kwitnie kwiat,

Noc — pośród grubych zboża szat...

Uśpi mnie lekki wiatru wiew, —

Obudzi mnie słowiczy śpiew,

Wśród skrzętnych pszczół ukoję głód,

Napije się z strumyka wód.


POD WSIĄ.

Tłumaczenie: S. Wagman.


Pode wsią u krzyża stoi kraśne lato,

Błogosławiąc pola świetlejące smugi.

Od rozbrzasku krokiem wolnym i poważnym

Aż pod samą rzekę idą sobie pługi,

A dalej na łęgu tam trudzą się kosy.


I deszczem skier niecąc srebrzyste pałanie,

Z trawami się wdają w poszumną gawędę

O błogim spoczynku we śpichrzu na sianie,

A tuż za strumieniem trzoda na popasie,

Mały pastuch duże psy trzyma na smyczy,

Nad wodą skrzypiący wóz sunie z ładunkiem

I kołami, ile w moście desek, liczy.

A tam, gdzie się rzeka na ścieżaj rozwiera

Nagle młyn żydowski żywo zakołatał;

Młynarz nie ma ziemi i orać nie umie,

Tedy z ziemią bożą przez ten młyn się zbratał.


JÓZEF TUNKEL:

- używał wielu pseud., m.in. Der Tunkeler (1881 Bobrujsk – 1949 Nowy Jork) – pisarz, satyryk, tworzący w języku jidysz, tłumacz, karykaturzysta. Jego ojciec był mełamedem. Ukończył Wileńską Szkołę Rysunkową (1899). Zamieszkał w Odessie. Karierę plastyka musiał porzucić ze względu na chorobę oczu. Debiutował w 1901 wierszami, a następnie felietonami i humoreskami, publikowanymi w prasie jidysz. W 1906-1910 przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie m.in. wydawał czasop. satyryczne. Następnie osiadł w Warszawie. Od 1911 był stałym współpracownikiem dziennika „Der Moment”, m.in. jako redaktor cotygodniowego działu satyrycznego „Der Krumer Szpigel” (jid., Krzywe Zwierciadło). Okres I wojny światowej spędził w Rosji (Bobrujsk, Odessa, Kijów). Potem znowu mieszkał w Warszawie. Nadal współpracował z prasą jidysz, inicjował wydawanie gazetek, kreślił karykatury, tłumaczył sztuki dla sceny żydowskiej oraz sam zaczął pisać na jej potrzeby – głównie dla teatrzyków i kabaretów literackich (jednoaktówki i drobniejsze formy). Sam również występował. W 1935 jego sztukę Gots ganowim (jid., Boży złodzieje) wystawiła Trupa Wileńska. W 1939 wyjechał do Europy Zachodniej. Po wybuchu wojny przebywał w Belgii, a następnie we Francji; swą „odyseję” uciekiniera opisał w książce Golus (1943). W 1941 udało mu się przedostać do Stanów Zjednoczonych, gdzie przede wszystkim współpracował z pismem „Forwerts”. Był płodnym pisarzem. Wydał osobno kilkanaście większych i mniejszych książek, głównie satyr i felietonów, ukazujących się w Warszawie, a w czasie I wojny światowej w Kijowie; m.in. debiutancka Der krumer szpigel (jid., Krzywe zwierciadło, 1911); Di bolszewistisze hagode (jid., Bolszewicka hagada [opowieść], 1918); Frejłecher teater (jid., Wesoły teatr, 1931); opis podróży do Palestyny – Fort a Jid kejn Erec Jisroel (1932), ale też zbiór bajek, który stał się lekturą szkolną.


HUMORYSTA.


Ot go widzicie, jak siedzi w żałobie:

Czoło zmarszczone,

Za uchem się drapie,

Twarz ma okrutną,

Bladą jak płótno,

Jakby rodziców pochował dziś w grobie,

Stracił kochankę (nie żonę).

Oczy zbójeckie ma i krwawą minę,

Jakgdyby na czczo zjadł zgniłą cytrynę...

Nie sądźcie, nędzne filisterskie gapie,

Że jakąś wadę ma strasznę w wątrobie...

Lub stał się babą, i (co dziś nie w modzie)

Jest przy porodzie...

Nie, cni sąsiedzi:

On teraz siedzi,

Wściekle się biedzi

W pocie czoła,

By dla dziennika kart

Wymyślić dobry żart,

Aby się śmiała publiczka wesoła.


Nie przeczę — zbyteczne wrzaski! —

I humorysta to wieszcz z bożej łaski,

Lecz jeśli rządzi nim „mus" a nie Muza.

Jeśli redakcja dlań nakształt zamtuza,

Bo li gdy dreszcz sprzeda,

Ustanie bieda,

I li gdy z mózgu wyciśnie dowcipy

Będzie dopuszczon do krypy;

Jeśli pikantne odwali kawały,

Mieć będzie but cały,

Wtedy — niech duch wasz obrazy nie zazna —

Macie nie wieszcza, lecz błazna!

Kpiarz gazeciarski! weselić ma, łechtać,

Czerń czytelniczą do śmiechu podbechtać,

Pieprzny sos warzyć, by od błazeństw fali

Zacni ludziska z chichotu pękali...

I oto siedzi zgorzkniały

I struty,

W głowie mu żadne nie lśnią ideały,

Jeno kapota i spodnie i buty.

A serce drapią mu pazury kocie...

Tak w czoła pocie

Siedzi wieszcz smutny przy smiesznej robocie

A blade wargi miotają w publikę

Przekleństwa dzikie:

Niechaj tem motłoch djabłów porwą krocie"!

I tworzy... humorystykę.


KŁÓTNIE DZIENNIKARSKIE.


Że jest w Warszawie, druhu, wierz,

Zresztą przysięgam, wznosząc paluch:

Gazeta Pchła, gazeta Wesz,

Gazety: Pluskwa i Karaluch.

A że jest ze mnie szczwany lis,

A styl posiadam zamaszysty,

Więc od powyższych czterech pism

Dostaję często słodkie listy.


Gazeta Pchła pisze mi tak:

Wyrżnij artykuł, pełen swady,

Ze wszy polotu całkiem brak,

Że za nic wyższe ma zasady,

Że wolno zbyt rozwija chód,

Że obca jej działalność szersza,

Ja cięty pamflet rżnę, jak z nut,

I zgarniam po pięć kop od wiersza.


Redaktor Wszy, ambitny człek,

Pisze mi: wyrżnij, panie zdolny,

Że Pchła zbyt szybko suwa bieg,

I nie szanuje myśli „wolnej".

Na nierozważny lud pcha czyn,

Rzucając go w anarchji łono...

Ja rżnę artykuł, pełen drwin,

I każę sobie płacić słono.


Karaluch Pluskwy zganić woń

Każe, co zatruć nas potrafi,

A Pluskwa karalucha w dłoń

Każe wziąć, z racji pornografji.

Ja rżnę, nie szczędząc krwawych plag

I klnę, jak urwis z ponad Wisły,

Bo za nic dziś nie płacą tak,

Jak za wzajemne pism wymysły.


A przytem pisząc serca krwią

i wyższym się kierując duchem,

Potrafię skłócić Pluskwę z Pchłą

I Wesz powaśnić z Karaluchem.

Bo z tego czerpię strój i wikt

I cosik się na dziewę utnie...

Niech odtąd więc nie mówi nikt,

Że zbędne są dzienników kłótnie.


MIRJAM ULINOWER:

- 1890 Łódź – 1944 Oświęcim) – poetka tworząca w języku jidysz; żona kupca i działacza społecznego w Łodzi, Wolfa U. (1893-1944). Sławę przyniósł jej wydany w 1922 w Warszawie tom poezji Majn bobes ojcer (Skarbczyk mojej babki). Zawarte w nim utwory nawiązują do tradycyjnych pieśni ludowych, a ich treść wiąże się z owianym romantyczną aurą kultem świata kobiet żydowskich w polskim sztetł. Drugi tom wierszy autorka przygotowywała do druku bezpośrednio przed wybuchem II wojny światowej. Zachowały się tylko nieliczne fragmenty tej książki. Do wiosny 1944, wraz z rodziną, przebywała w getcie łódzkim. Jej mąż został powołany przez Ch. Rumkowskiego do drugiego składu Rady Starszych (Judenrat). W jej pokoiku spotykali się pisarze, poszukujący rady poetki (w tym przede wszystkim młode łódzkie literatki). Deportowana w sierpniu 1944 do Oświęcimia, zginęła tam razem z mężem, córką i kilkumiesięczną wnuczką.


PIERŚCIONEK.

Tłumaczenie: S. Wagman.


Obyś go nigdy, nigdy nie zdjęła,

Czy radość, smutek ześlą ci nieba,

Chyba, gdy ręce swoje myć będziesz,

Jak Bóg przykazał, do kęsa chleba."


Noszę go, noszę ten pierścień mały,

Zdobny w klejnocik, kamyk niebieski.

Myć rąk, babuniu, niema do czego

Bo ręce stale myją mi łezki.


O, łatwo, wierzaj mi, babciu droga

Ja ustawiczne te posty znoszę,

Tylko, że biały palec mój wiotki

Od nich zeszczuplał, usechł potroszę.


Lecz pierścioneczka zato-m ci strzegła,

Niby jabłuszka czarnego w oku,

Do lichwiarskiego zastawów domu

Z nim nie zbliżyłam przenigdy kroku,


Bo z nim rozłąki serce me, babciu,

Nawet przez dzionek nie strzyma pierwszy,

Choć w życiu coraz mi ciaśniej, ciaśniej,

A pierścień coraz szerszy, i szerszy.


MARK WARSZAWSKI:

- 1845 [1847, 1848] Żytomierz – 1907 Kijów) – poeta, twórca pieśni. Studiował, a następnie pracował jako adwokat w Kijowie. Wykonywał pieśni dla własnej przyjemności, będąc autorem słów oraz muzyki. Nie spisywał ich. Za namową Szolema Alejchema, wydał zbiorek 25 z nich (wraz z nutami), pt. Judisze fołkslider mit notn (1900). Zdobył on znaczny rozgłos, choć zawarte w nim utwory nie były przygotowane z myślą o jakichkolwiek kryteriach artystycznych. Nawiązywały natomiast do klasycznych motywów żydowskich poezji ludowej, do której kanonu weszło wiele z nich. Pod względem formalnym były one bardzo różnorodne. Zostały napisane w dialekcie języka jidysz, używanym na Wołyniu.


PRZYPIECEK.


Na przypiecku płomyk gore,

Szerząc ciepło swe,

W izbie siedzi rebe z dziatwą,

Uczy A i B.

Spójrzcie, dziatki, na litery

Co widzicie, co?

Mówcie za mną raz, mówcie jeszcze raz:

Komec alef — o.


Uczcie chętnie się i pilnie

Rebe każe wam:

Temu, kto zrozumie prędzej

Chorągiewkę dam.

Spójrzcie, dziatki, na litery i t. d.


Idźmy naprzód bez obawy,

Ciężki pierwszy trud,

Lecz, kto Tory się nauczy.

Nie wie co to głód.

Spójrzcie, dziatki, na litery i t. d.


Gdy, dziateczki, dorośniecie,

Każdy pojmie sam,

Ile łez tkwi w tych literach,

Ile płaczu tam.

Spójrzcie, dziatki, na litery i t. d.


Gdy was gołus ciężki zmęczy,

Co grzbiet w dwoje gnie,

Zaczerpniecie sił z tych liter,

Gdy zajrzycie w nie.

Spójrzcie, dziatki, na litery i t. d.


MORYC WINCZEWSKI:

- właśc. Bencjon Nowachowicz (1856 Janów na Litwie – 1932 Nowy Jork) – poeta, publicysta, działacz socjalistyczny. Pochodził z rodziny ortodoksyjnej. Otrzymał tradycyjne wykształcenie religijne oraz ukończył szkołę miejską w Kownie. Od 1870 mieszkał w Wilnie, gdzie zdobywał wiedzę, będąc samoukiem. Jako poeta, debiutował w 1873, publikując w języku hebrajskim na łamach tygodnika „Ha-Mag(g)id” oraz w języku rosyjskim, a w języku jidysz – w 1877. W 1873-1875 zaangażował się w sprawę żydowskiego ruchu socjalistycznego, pozostając pod wpływem A. S. Libermanna, z którego kręgiem w Królewcu był ściśle związany w 1877. Został aresztowany w 1878, a następnie wydalony z Prus oraz Danii. Osiadł w Londynie, prowadząc aktywną działalność w tamtejszych żydowskich kręgach socjalistycznych, zwłaszcza jako wydawca czasopism i publicysta (piszący w języku jidysz), m.in. wydawał pismo „Der Pojliszer Jid” (jid., Polski Żyd). W 1894 zamieszkał w Nowym Jorku. Tam także prowadził intensywną działalność wydawniczą (m.in. był współzałożycielem czasop. „Forwerts” i „Cukunft”). Jako poeta, był uważany za twórcę żydowskiej poezji socjalistycznej w języku jidysz. Jego utwory poetyckie (m.in. Jidisze Marseillaise), jak również felietony i satyry polit. (w tym zebrane w tomie Meszugener filozof; jid., Zwariowany filozof) cieszyły się dużym powodzeniem, mimo przeładowania ich treściami publicystycznymi. W 1924 rząd sowiecki przyznał mu rentę. Przyjaźnił się z J. Gordinem, któremu poświęcił książkę wspomnieniową. W 1919 był członkiem delegacji American Jewish Congress na konferencję pokojową w Wersalu.


PIOSENKA NIEWOLNIKÓW.


Niebiosa należą do Pana nad Pany,

A szlachcic-pan ziemską wziął błoń,

Nędzarzem władają żelazne bałwany,

Choć jego stworzyła je dłoń.

Pan wszystko zagarnął i chce coraz więcej,

Być królem by chciał mórz i ziem,

Rej wodzi wciąż „górny dziesiątek tysięcy”.

Społeczna śmietanka i krem.

Zabrali nam siłę, i mózg nasz, i ciało,

O mało nie wzięli i dusz, —

Nie sądźcie, że jednak nam nic nie zostało,

Więc cóż pozostało nam, cóż?

Swobodny duch, nadziei hart

I wiary moc, jak skała,

Niestarta cześć śród dziejów kart

Nam przyszłość pozostała!


Nauką bogaczów zawładła też klika,

A sztuka nie nasza to rzecz,

To nie artykuły są dla niewolnika,

Odpocznij i znów taczkę wlecz.

Troszeczkę oświaty nam dają, jak z łaski,

I za to pozyskać chcą cześć.

Pań słodkie uśmiechy i panów oklaski,

Nad tłumy w honorach się wznieść.

My mamy się trudzić, nie bawić w czytanie:

Masz łeb, to nad pracą go susz,

Ciemnota to dla nas jest cne przykazanie,

Więc cóż pozostało nam, cóż?

Swobodny duch, nadziei hart

I wiary moc, jak skała,

Niestartą część śród dziejów kart.

Nam przyszłość pozostała.


On płynie w rozkoszy, nam z oczu łzy płyną,

Bo my niewolnicy, on — król,

Dla niego są ciasta, i mięso, i wino,

Aksamit, i jedwab, i tiul;

Skarbonki w kantorach, w skarbonkach banknoty,

Wyłącznie należy to doń.

On szasta pieniądze na konie, kokoty,

A my harujemy, jak koń.

By mieć dla rodziny mizerny kęs chleba,

Musimy za siedem gnać mórz,

Duchowny dla ulgi kwit daje do nieba...

Więc cóż pozostaje nam, cóż?

Swobodny duch, nadziei hart

I wiary moc, jak skała;

Niestarta cześć śród dziejów kart —

Nam przyszłość pozostała!


Niebiosa należą do Pana nad Pany,

A ziemię wziął szlachcic do łap,

Nędzarzem władają żelazne bałwany,

On sługa maszyny, jej rab.

Na kołach żelaznych skórzane te pasy,

Z nędzarskich zrobione są skór,

Rzecz nasza jest tylko napełniać im kasy,

Dać siłę swych synów, wdzięk cór.

I wara ci, druhu, wybuchnąć protestem.

Masz milczeć i wiernie mu służ.

Więc, czem, zapytajcie, ja nędzarz tu jestem,

I cóż pozostało mi, cóż?

Swobodny duch, nadziei hart

I wiary moc, jak skała,

Niestarta cześć wśród dziejów kart,

Nam przyszłość pozostała.


WŁODZIMIERZ ŻABOTYŃSKI:

- Władimir Zeew; (1880 Odessa – 1940 Nowy Jork) – działacz syjonistyczny, twórca i przywódca Nowej Organizacji Syjonistycznej, pisarz, poeta, tłumacz i publicysta. Pochodził ze średniozamożnej rodziny żydowskiej. Kształcił się w szkołach rosyjskich. Studiował prawo w Brnie i Rzymie. W 1903, w obliczu niebezpieczeństwa pogromu w Odessie, był jednym z inicjatorów utworzenia samoobrony żydowskiej. Po pogromie w Kiszyniowie jednoznacznie opowiedział się za programem syjonistycznym. Został delegatem na VI Światowy Kongres Syjonistyczny, na którym głosował przeciw ugandyjskiemu planowi osiedlenia Żydów. Był członkiem redakcji syjonistycznego, wydawanego w języku rosyjskim, pisma „Razswiet”; wypowiadał się przeciwko asymilacji Żydów, antysemityzmowi oraz programowi Bundu. Był jednym z twórców tzw. programu helsińskiego, kładącego jednakowy nacisk na popieranie osadnictwa żydowskiego w Palestynie, jak i na działalność edukacyjną, prowadzoną wśród Żydów w diasporze (tzw. syjonizm syntetyczny). W 1909, z ramienia Światowej Organizacji Syjonistycznej (ŚOS), kierował syjonistyczną działalnością wydawniczą oraz polityczną w Konstantynopolu. Przystąpienie Turcji do wojny uznał za zapowiedź nieuchronnego końca imperium otomańskiego i szansę dla ruchu syjonistycznego w Palestynie. Wraz z J. Trumpeldorem, zainicjował utworzenie Legionu Żydowskiego, który uczestniczyłby w wyzwalaniu Palestyny spod władzy tureckiej. W 1917 władze brytyjskie wyraziły zgodę na stworzenie oddziałów żydowskich, ostatecznie scalonych w jeden regiment. Po zakończeniu I wojny światowej, wobec narastającej wrogości ludności arabskiej, opowiadał się za pozostawieniem Legionu w Palestynie. W 1920 był jednym z organizatorów żydowskiej samoobrony w Jerozolimie. Wszedł w skład władz Keren ha-Jesod, a następnie do Egzekutywy Syjonistycznej. Coraz ostrzej krytykował politykę Wielkiej Brytanii na Bliskim Wschodzie oraz bierność kierownictwa ruchu syjonistycznego. W 1923 wystąpił z Egzekutywy Syjonistycznej i opuścił ŚOS. Żądał powrotu do idei powołania państwa żydowskiego, proponowanej przez T. Herzla, odtworzenia Legionu Żydowskiego, a także podjęcia aktywnych działań na rzecz zmian w polityce Wielkiej Brytanii w Palestynie, a przede wszystkim dopuszczenia masowej imigracji Żydów. W 1925, na zjeździe w Paryżu, zwolennicy Ż. proklamowali utworzenie Światowego Związku Syjonistów-Rewizjonistów (rewizjoniści). Ż. stanął na czele ruchu. Coraz wyraźniej opowiadał się za wyjściem frakcji rewizjonistycznej ze ŚOS. Po dojściu Hitlera do władzy domagał się całkowitego bojkotu gosp. Niemiec i sprzeciwiał się porozumieniu o transferze, zawartemu przez Agencję Żydowską. W 1935, po wprowadzeniu klauzuli dyscypliny i zakazu niezależnych działań politycznych, uchwalonych przez Ogólną Radę Syjonistyczną, została powołana do życia Nowa Organizacja Syjonistyczna; Ż. został jej prezydentem. Ogłosił początek strategii zawierania sojuszy z rządami państw eur. zainteresowanych emigracją Żydów. Twierdził, że cały wysiłek ruchu syjonistycznego powinien zostać skierowany na stworzenie państwa żydowskiego oraz masową emigrację Żydów, a nie na bieżącą politykę poszczególnych krajów diaspory. W 1936 sformułował program ewakuacji 1 mln. 500 tys. Żydów ze wsch. Europy do Palestyny w ciągu 10 lat (w tym 750 tys. Żydów polskich), realizowany w oparciu o międzynarodową pomoc. Projekt ten spotkał się z życzliwym zainteresowaniem rządu polskiego, był zarazem ostro krytykowany przez wielu Żydów jako przyznający w istocie rację antysemitom, twierdzącym, że Żydzi w poszczególnych krajach są elementem obcym. Prowadził rozmowy z władzami polskimi, starając się uzyskać ich przychylność dla organizowanej w Polsce nielegalnej emigracji Żydów do Palestyny. Po wybuchu II wojny światowej żądał stworzenia odrębnych oddziałów żydowskich, walczących z Niemcami u boku państw sprzymierzonych, a także obecności oficjalnej reprezentacji Żydów na przyszłej konferencji pokojowej. W 1940, podczas wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, gdzie szukał poparcia dla idei powołania armii żydowskiej, zmarł nagle na serce. Jego szczątki zostały przewiezione do Izraela i pochowane na Wzgórzu Herzla.


NAD GROBEM TEODORA HERZLA.

(20 Tamuza.)


On nam nie umarł, jak Mojżesz przed laty,

Na samym progu ziemi obiecanej,

Kędy już zbliska widział lud wybrany

Ojczyzny starej kraj piękny, bogaty, —

On ofiarował żywót swój świątyni

I nie zapomniał ciebie, Jeruzalem,

Lecz cię nie ujrzał i poległ w pustyni,

A gdy sny nasze czas jawą uczyni,

Jeno proch mistrza złożymy tam z żalem.


Teraz legendy sens pojąłem ściśle,

Że pogrzebano ongi w dzikiej puszczy

Nietylko zbiegów z podłej tchórzów tłuszczy,

Na czyich grzbietach, duchu i umyśle

Wycisnął bat egipski wieczne piętno:

Lecz, że tam, zdala od ziemi rodzimej,

Gdzie się unoszą w niebo piasku dymy,

Zginęły duchy potężne, — olbrzymy

Z płomiennem sercem i duszą namiętną.


Tak! Jam podanie ujrzał w blasku słońca:

Po puszczy świata, śród mąk i katuszy,

Nie lat czterdzieści, lecz jubileuszy

Nasz naród tuła się, błąka bez końca; —

Lecz ten, kto zginął nam na obcej ziemi,

Nie był nędzarzem sprzedanym w niewolę

I upodlonym baty egipskiemi, —

Nie! to był orzeł z skrzydłami orlemi

l z orlim smutkiem na wyniosłym czole.


To duch potężny był, dumny, głęboki,

I grzmiało, jako dzwon, jego wołanie?

Naprzód! Skierujcie na wschód swoje kroki,

Za wszelką cenę niechaj się tak stanie!"

I pięknie śpiewał nam o przyszłym bycie.

Gdy w swoim wolnym kraju pędzić życie.

Będziemy społem, jak bracia rówieśni...

Lecz, choć nam uszedł w pełnym dni rozkwicie,

Już dokończymy sami jego pieśni!


Niech nas dobije jarzmo! męczarnie,

Niech strzępy Tory świętej wiatr rozwieje,

Niech z naszych synów wyrosną złodzieje,

A dom nierządu córki nam przygarnie,

Niech będziem ludów trądem i zakałą

W on dzień ponury, w ową chwilę szarą,

Gdy zapomnimy twoją pieśń wspaniałą

I ciebie, któryś padł za nas ofiarą.


Twój głos był dla nas, jak niebiańska manna

I nasze dusze karmić wciąż był gotów, —

Dziś młot potężny wypadł z rąk tytana:

Lecz uderzymy w sto tysięcy młotów:

Ich grzmiący turkot naszą boleść zgłuszy,

Praca się stanie ucztą głodnej duszy,

Przez wszystkie przejdziem zapory i tamy,

Zębami zgryziem kamienie śród drogi,

Będziemy pełzać, gdy się zmęczą nogi,

Ale do końca pieśń ową dośpiewamy!


Tak ongi ojciec nasz, Izrael mężny,

Z obozem stanął u swej ziemi progu,

Wtem szlak zagrodził mu sam Bóg potężny,

Lecz Jakób umiał czoło stawić Bogu. . .

Nas fala życia miota, nakształt słomki,

Byt nasz zamienił się w walki arenę,

Lecz, bogobórco, myśmy twe potomki,

Zwyciężyć musim „za wszelaką cenę”,

Niech bodaj Bóg ci grozi, Izraelu,

Do wytkniętego dojść potrafisz celu!


Śpij orle wielki, królewski trybunie,

Niedługo może przyjdzie chwila błoga,

Gdy w upragniony pochód lud nasz sunie:

Do swej ojczyzny, do świętego grodu,

I zaturkocze krok twego narodu,

Tumanem kurzu pokryje się droga,

Zaskrzypią koła, powieją sztandary

I marsz wesoły zadźwięczy na strunie...

Wówczas lud cały, od Don do Barszewy,

Mogiłę zwiedzi, gdzie leży wódź stary

I pieśń żałobną zanucą ci chóry,

Girlandy złożą ci Syjonu dziewy,

Nad grobem zabrzmią wolnościowe śpiewy,

A echo pomknie hen w jasne lazury!




WYDAWNICTWO B-cia Lewin-Epstein i S-ka

Warszawa, Gęsia 5.


1) Achaad-Haam:

Na rozdrożu (dwa szkice)


2) Prof. Dr. Majer Bałaban:

Z historji Żydów w Polsce, (szkice i studja).


3) S. Hirszhorn: Antologja Poezji Żydowskiej.


4) S. Hirszhorn: Historja Żydów w Polsce od Sejmu Czteroletniego do wojny europejskiej (1788 — 1914).



Opracowanie: Hirszhorn. Rekonstrukcja.