MATEUSZ MIESES
POLACY-CHRZEŚCIJANIE
POCHODZENIA ŻYDOWSKIEGO
WYDAWNICTWO M. FRUCHTMANA
Tom II.
Warszawa 1938
KLEINER JULIUSZ
Neofitą w pierwszym pokoleniu, ochrzczonym w wieku chłopięcym jest Juliusz Kleiner (ur. w 1886), profesor uniwersytetu lwowskiego, prodziekan wydziału humanistycznego, członek Polskiej Akademii Umiejętności, autor przepięknej książki o Juliuszu Słowackim, oraz studiów o Krasińskim, jakoteż niedokończonego życiorysu Adama Mickiewicza.
Wobec żydostwa w swych pismach zajmuje Kleiner stanowisko pełne rezerwy. Zastanawiając się nad zagadnieniem pochodzenia matki wielkiego Adama, woli on dojść do konkluzji, że Adam Mickiewicz nie miał nic wspólnego z Żydam i i chodzi tylko o nieporozumienie: pomięszano matkę Adam a z jego żoną, która pochodziła od frankistów. Mistyka żydowska, kabała interesuje Kleinera tylko o tyle, o ile ona może służyć do zrozumienia twórczości Mickiewicza. (Przegląd W spółczesny CIX ).
KONDERSCY HERBU TRZY RÓŻE
Józef Konderski uszlachcony w r. 1782, otrzymał niebawem urząd obywatelski, został komornkiem granicznym sochaczewskim i nabył część dóbr Groty. Pozostawił on dwie córki, żony oczywiście szlachciców polskich: Józefę Michałową Ratowską i Mariannę Szawłowską.
Brat jego, Adam Konderski, jak wielu innych neofitów, chcąc nadmiarem żarliwości w nowej religii kompensować swoją przeszłość innowierczą, został klerykiem i w r. 1791 był kanonikiem inflanckim. Siostra ich Józefa Wiktoria Barbara była zamężna za Staniszewskim (Boniecki X I , 39, Uruski VII , 165).
ALFRED KONAR
Alfred Konar czyli in judaismo Aleksander Kinderfreund ur. w r. 1862 w Warszawie, jest synem Józefa Kinderfreunda, naczelnego lekarza szpitala żydowskiego, który w r. 1891, w siedemdziesiątym drugim roku życia przeszedł na chrześcijaństwo i zmarł w sędziwym wieku w r. 1903. Matka jego pochodziła ze znanej rodziny żydowskiej, Bauerertzów, bardzo już schrystianizowanej.
Konar-Kinderfreund poświęcił się początkowo piśmiennictwu scenicznemu i ogłosił w r. 1885 dramat p. t. Hrabina Sylwia. Później przeszedł do powieściopisarstwa, gdzie okazał talent wcale niecodzienny (Siostry Malinowskie, 1894, Pierwsza miłość 1896, Sanny 1900, W syrenim grodzie 1903, Młodość panny Mani, 1912). Dobry też z niego nowelista (Przed ślubem, 1891). Powieść jego p. t. Bankruci została przerobiona na scenę i była grana w Teatrze Rozmaitości. Ogłosił też komedię 5-aktową p. t. Gąsienica.
Antoni Potocki w swej historii literatury polskiej powiada o Konarze, że „należy do pisarzy rodzajowych, biografów pewnej sfery lub okolicy kraju, przewyższając wielu szczerością obserwacji, dobrą zazwyczaj kompozycją utworów“ (II, 2 92).
Piotr Chmielowski również charakteryzuje Konara jako pozycję dodatnią w dziejach piśmiennictwa polskiego „Temperament żywy, lecz lubujący się nie tylko zastanawiać nad sobą, ale i szperać w sobie. Postacie złożone, subtelne, nerwowe, chorobliwe w usposobieniu bujnym, najstaranniej i najlepiej malował. Pod wpływem filozofii i literatury europejskiej skłonny jest do pesymizmu“ (Encyklopedia Powszechna XXXV , 406).
Tematyka żydowska, o ile się orientuję, była zawsze obca Konarowi.
KONICOWIE
Samuel Konic (1821—1879), właściciel destylarni i fabryki cykorii w Warszawie, zajmował poczesne stanowisko w społeczeństwie żydowskim, był wiceprezesem synagogi na Tłomackim.
Syn jego, Henryk Konic (1860—1934), zmienił wyznanie już jako dorosły mężczyzna na stanowisku, pod koniec 19 wieku. Z zawodu prawnik-adwokat, czynny w palestrze od r. 1886, zdołał uzyskać niezwykłe poważanie i cały szereg godności w społeczeństwie polskim. W okresie, gdy w Rosji nastał parlamentaryzm, Konic zorganizował stronnictwo polskiej partii postępowej; wszedł jako poseł do drugiej Dumy i opracował wraz z Fr. Nowakowskim projekt autonomii Królestwa Polskiego, w drugiej Dumie upamiętnił się Konic mową wygłoszoną na polecenie Koła Polskiego, w sprawie powiększenia wojska rosyjskiego, w której przepowiedział możliwość wojny z Niemcami i przestrzegał, aby o losie Polaków nie decydowano w Berlinie. Następstwem tej mowy, była deportacja Konica i uwięzienie w Niemczech, w okresie okupacji przez Niemców Kongresówki podczas wojny światowej.
Konic uchodził za jednego z najlepszych znawców prawa cywilnego. Zorganizował on Towarzystwo popierania wiedzy prawniczej i od roku 192S wykładał prawo cywilne na uniwersytecie warszawskim. Był on członkiem prezydium Komisji Kodyfikacyjnej, oraz z ramienia rządu polskiego członkiem Komitetu Międzynarodowego prawa awiacyjnego i prawa telegrafu bez drutu.
Konic ogłosił też cały szereg prac fachowych: Wydział oświecenia publicznego i szkoły elementarnej za czasów Księstwa Warszawskiego, 1895, Dzieje prawa małżeńskiego w Królestwie polskim (1818—1936) 1903, Samorząd Gminny w Królestwie Polskim w porównaniu z innymi krajami europejskimi 1906, Wykład prawa cywilnego obowiązującego w Polsce w zestawieniu z kodeksem szwajcarskim w 8 tomach, Otwarcie
i objęcie spadku 1923, Zobwiązanie szczegółowe 1930 i t. d.
Konic redagował od r. 1897 Gazetę Sądową oraz dział prawny Wielkiej Encyklopedii Ilustrowanej i Encyklopedię podręczną prawa prywatnego.
Konic był prezesem mnóstwa stowarzyszeń: Polskiego Towarzystwa Prawniczego, Komitetu Radiowego, Stowarzyszenia Polsko-Francuskiego; był radcą prawnym całego szeregu instytucyj; należał do najbardziej czołowych jednostek pierwszego dziesięciolecia dwudziestego wieku konstrukcyjnie pracujących dla Polski.
Brat Henryka Konica, Józef Stanisław (1861—1912), kandydat nauk przyrodniczych, był docentem na uniwersytecie Warszawskim.
KA ZIMIERZOWA KOSTANIECKA
Kazimierz Kostaniecki, profesor uniwersytetu krakowskiego, znany anatom (ur. w r. 1863), zaślubił w r. 1900 Janinę Marię, córkę słynnego bankiera, pacyfisty, neofity Jana Blocha. Zginęła ona w katastrofie samolotowej w październiku 1937.
KOŚCIELSCY (po Kądzieli)
Józef Teodor Stanisław Kościoł-Kościelski (1845—1911), dziedzic dóbr Miłosław Szarlej i Karczy, wódz polityczny w dawnym zaborze pruskim, który w r. 1881 uzyskał stanowisko członka Izby Panów na podstawie prezentacji ziemiaństwa osiadłego, a od r. 1884 posłował do Reichstagu berlińskiego, gdzie uzyskał z czasem stanowisko prezesa Koła Polskiego, zarazem pisarz polityczny i poeta, — zaślubił Marię Katarzynę, najstarszą córkę Jana Bogumiła Blocha, głośnego swego czasu finansisty i ekonomisty, neofity, zmarłą w r. 1926.
Dzieci z tego małżeństwa: syn Władysław August ur. w r. 1886 i córki: Emilia, która wyszła za Tomisława Jędrzejowicza i Katarzyna, żona Tadeusza Siechenia.
KRAMSZTYKOWIE
Izak Kramsztyk
Izak Kramsztyk był jedynym absolwentem t. zw. Szkoły Rabinów, na której czele stał Antoni Eisenbaum i której przyświecała myśl nie tylko oświecenia, ale i zasymilowania społeczeństwa „starozakonnego”, — który poświęcił się rzeczywiście zawodowi duszpasterskiemu. Ojciec jego, Samuel, był synem i wnukiem rabinów w miasteczku Konstantynogrodzie. Dziad Izaka przeniósł się z Konstantynogrodu do Pragi pod Warszawą, gdzie obok funkcyj religijnych, zajmował się również handlem drzewnym i zbożowym z Gdańskiem. W r. 1794 podczas rzezi Pragi stracił on życie i majątek. Matka jego, córka kupca Borucha z Siemiatycz, była znana jako „pobożna Beila“.
Izak Kramsztyk, syn pobożnych rodziców, ślęczył za młodu nad talmudem, a dopiero w 18 roku życia, w r. 1832, wstępując do Szkoły Rabinów wbrew woli rodziców, zapoznał się z wykształceniem świeckim.
Po ukończeniu kursu czteroletniego w Szkole Rabinów, otrzymał Kramsztyk natychmiast posadę nauczyciela religii i talmudu w tej samej Szkole, którą dopiero co opuścił. Wykłady prowadzii tam w języku polskim. U uczniów cieszył się on mirem, jako pedagog umiejący dotrzeć do duszy młodego pokolenia.
Izak Kramsztyk tym się zapisał w dziejach żydostwa polskiego, że pierwszy wprowadził do synagogi język polski, co w kołach zachowawczych żydowskich przywiązanych do jidyszu swego czasu wiele zgorszenia wywołało. Pierwsze swe przemówienie w języku polskim wygłosił on w synagodze przy ulicy Nalewki 10/V 1852. W ówczesnej synagodze postępowej przy ul. Daniłowiczowskiej odbywały się kazania w języku niemieckim, a to dlatogo, że pierwsi postępowi Żydzi w Warszawie z początkiem 19 wieku pochodzili z Prus.
A nie tylko językiem różnił się Kramsztyk, ale i treść jego kazań była inna. Podczas, gdy „niemiecki” kaznodzieja na Daniłowiczowskiej, Dr. Abraham Goldschmidt nawoływał do przestrzegania przepisów religijnych, do skruchy i dobroczynności, Kramsztyk zmierzał swymi kazaniami do wzbudzenia poczucia obywatelskiego i przywiązania do kraju.
Ruch narodowo polski wszczęty w r. 1861 odbił się silnie w kazaniach Kramsztyka. Patriotycznym tonem swym zwrócił on wówczas na siebie ogólną uwagę społeczeństwa polskiego. Kazania zjednały mu rozgłos wielki i bardzo liczne objawy sympatii.
Mowa jego wygłoszona w marcu 1861 podczas nabożeństwa za poległych (patriotów polskich), którzy w dniu 27 lutego 1861 zginęli przed zamkiem w Warszawie, zaskarbiła mu wielu przyjaciół w społeczeństwie polskim została przedrukowana i w krakowskim „Czasie”. Znajduje się ona też w zbiorowym wydaniu jego kazań (Kraków 1892). Uczcił on tutaj „pamięć tych, których imiona ze czcią i poszanowaniem podawane będą przez ojców dzieciom, aż do późnych czasów”. To uczczenie łączył z egzaltacją religijną specyficznie nastrojoną.
Ofiary brutalności rosyjskiej przeobrażają się w jego wyobraźni w świętych. „Oni obecnie u stóp tronu Wiekuistego, wśród grona aniołów przebywają, ich dusze wśród dusz świętych w chórze serafinów, Bogu wiecznie śpiewają Haleluja i t. d.” Kazanie to kończy się apelem do ludności żydowskiej: „Łączmy się więc w miłości dla kraju z resztą naszych współbraci innowierców, — Nieśmy cześć Bogu w świętej mowie praojców naszych, ale w życiu obywatelskim przywłaszczmy sobie mowę krajową”.
Rozgłos, który uzyskał Kramsztyk w społeczeństwie, sprawił, że rząd rosyjski zarządził wywiezienie go do twierdzy w Bobrujsku, gdzie przebywał rok prawie.
Po powrocie do kraju powołany został Kramsztyk przez Wielopolskiego do wykładu religii Mojżeszowej w szkołach publicznych. Równocześnie zażądał od niego dyrektor Komisji Oświecenia Publicznego, projektu wychowania Żydów.
Kramsztyk wróciwszy na kazalnicę, teraz coraz śmielej podejmował swoją funkcję budzenia ludu żydowskiego w kierunku patriotyzmu polskiego.
W rezultacie znalazł się znów na liście proskrybowanych i został umieszczony w Serdobsku w guberni Saratowskiej.
Po amnestii w r. 1857 zamieszkał Kramsztyk znów w Warszawie, ale nie wrócił już więcej na ambonę, — zawód nauczycielski też był przed nim zamknięty. Nie pozostało mu nic innego, jak zarabiać na życie piórem. Wydawał teraz książki, które pisał w Serdobsku.
W r. 1869 ogłosił Kramsztyk w „Bibliotece Warszawskiej” przekład pracy Deutscha o talmudzie drukowanej w British M useum, który zaopatrzył licznymi własnymi objaśnieniami, nie ustępującymi w swych rozmiarach tekstowi. W r. 1872 opublikował Kramsztyk „Zasady religii mojżeszowej” (Amudej ha-dath we-jesodej ha-Musar), spełniając tym „dawną myśl swoją, ujawnienia zasad religii mojżeszowej przed innowiercami, tak aby ci nie sądzili o zasadach moralnych mozaizmu z wieści lub pokątnych praktyk ludu nieoświeconego”. Pragnieniem Kramsztyka było niweczenie przesądów międzywyznaniowych i szerzenie zgody pomiędzy różnowierczymi odłamami ludności na ziemiach polskich.
W r. 1872 ogłosił Kramsztyk „Przysłowia Salomona przełożone i objaśnione”.
W r. 1870—1871 wydawał on roczniki „Kalendarz dla Izraelitów”. Oczywiście część literacka była skąpa, ale jak na one czasy nie mogło być lepiej. Nowoczesna wiedza judaistyczna nie istniała jeszcze nad Wisłą a o jakiejś beletrystyce judeo-polskiej wówczas jeszcze marzyć nie można było. Część literacka np. rocznika z r. 1871 (5632 aera mundi), obejmuje 68 stron i zawiera: Mowę Kramsztyka mianą ósmego dnia świąt palmowych 24/X 1853, szkic Kazimierza Kaszewskiego o Filonie, nowelkę „Z najniższej warstwy“ Herzberga, przełożoną z niemieckiego, wyjątek z pisma Józefa Schwarza o Palestynie (przekład z hebrajskiego), nowelkę Feliksa Seltzera Abil Wigham czyli Żydzi w zachodnich guberniach cesarstwa. (Szkic obyczajowy z współczesnego życia Żydów).
Izak Kramsztyk zmarł w r. 1881, po wieluletniej chorobie, która mu uniemożliwiła wszelką pracę. Kazimierz Kaszewski wspomina o nim w „Kłosach” r. 1881 w artykule pośmiertnym:
„Czcigodny starzec o duszy Jankiela Mickiewicza” (Z dziejów gminy starozakonnych w Warszawie w XIX stuleciu, 80— 82. Przedmowa do Kazań Izaka Kramsztyka, Kraków 1892, Kłosy 1881, str. 832/3, Encyklopedia Orgelbranda s. v. Jüdisches Lexikon s. v.
Izak Kramsztyk, który łączył harmonijnie gorący patriotyzm polski z przywiązaniem do swego wyznania, nie był w stanie tej harmonii przekazać wszystkim swym potomkom. Część ich zmieniła religię jużto w pierwszej generacji, jużto w drugiej.
Najstarszy syn Izaka Kramsztyka, Stanisław (1841—1896) jeden z piewszych, pięciu magistrów, którzy ukończyli Szkołę Główną w r. 1866, autor wielu prac popularyzatorskich z zakresu fizyki, pisanych nieskazitelną polszczyzną i świetną formą literacką, z pod którego pióra wyszedł cały dział nauk przyrodniczych w Encyklopedii Orgelbranda, sam pozostał wiernym religii swych ojców, ale syn tegoż, Stefan, mając lat 26 przeszedł na chrześcijaństwo i znajduje się na liście u Choińskiego (str. 149).
Syn Izaka Kramsztyka, Marceli (1848—1901) adwokat z zawodu, ogłosił różne prace prawnicze w Gazecie Sądowej, oraz oddzielnie wydał „Zakres egzekucji ruchomej”, ochrzcił się w r. 1893. Syn tegoż Tadeusz, również adwokat zmienił wyznanie w r. 1901 (ib.).
Z córek Marcelego, jedna wyszła za Lewińskiego, profesora szkoły wyższej a druga za Wertheima, dyrektora Pocisku.
ALEKSANDER KRAUSHAR
Alexander Kraushar (1843—1931) nigdy z orłami nie latał, do generałów na niwie nauki czy poezji nie należał, ale stanowił w obu dziedzinach tak odmiennych, odbiegających od siebie, typ jakościowo mocno wartościowy, pożyteczny, o znacznych zasługach.
Jego różne zbiorki wierszy (Listki 1863. Tytan i Arion, Lipsk, 1876, Strofy, 1886, Strofy jesenne 1903) czyta się dotychczas z przyjemnością. Dużo w nich uczucia, artyzmu, tli w nich nie rzadko iskra prawdziwego liryzmu. Jego strofy są „krótkimi refleksjami i racami uczucia, nastrojonego na ton romantyczny. Wielbi Napoleona i nazywa go Prometeuszem, nie może się godzić z pozytywizmem” (Feldman I, 91). Dobrym jest też jego przekład Heinego (Das Buch der Lieder).
Jako naukowiec nie był Kraushar wprawdzie syntetykiem, nie umiał ogarniać perespektywicznie wielkich połaci dziejowych, jednak zasłużył się ogromem prac historycznych, opisujących źródłowo poszczególne zjawiska, sprawy, czy postacie. Stanowią one dotychczas nie na jednym odcinku podstawę do dalszych badań i poszukiwań. Był on ,,niestrudzonym i najpłodniejszym pisarzem historycznym Polski” (Biblioteka Warszawska CCLXVI, 611). Najważniejszymi jego publikacjami historycznymi z zakresu historii Polski są: Olbracht Laski, dwa tomy 1882, Sprawa Zygmunta Unruga w dwóch tomach 1890, (dostał za tę rzecz odznaczenie od księcia Schaumburg-Lippe), Dzieje Krzystofa z Arciszewa Arciszewskiego w dwóch tomach 1892, Towarzystwo Przyjaciół Nauk w ośmiu tomach itd., itd.
Aleksander Kraushar zmienił wyznanie już po sześćdziesiątce. Przez długie lata swego życia łączył on czynny patriotyzm polski ze świadomością pozyty ną żydostwa. Był wówczas asymilatorem, ale nie negatywistą. Pragnął mieć Polaków-Żydów, ale Żydów.
Podczas powstania styczniowego brał Kraushar aktywny udział w ruchu niepodległościowym. Równocześnie w tym okresie na łamach Jutrzenki propagował ideę zakładania osad rolniczych żydowskich w Polsce, celem silniejszego zespalania Żydów z Polską.
Dla historii Żydów w Polsce okazywał Kraushar przez wiele lat żywe zaintresowanie, tak samo jak dla dziejów Polski, na ogół. Wszak scalał on w sobie oba żywioły. Już w pierwszych rocznikach jutrzenki (tom II i III), gdy Kraushar był jeszcze dwudziestoletnim młodzieńcem, ogłosił on pracę p. t. „Epizod z historii Żydów w Polsce podług kronik, notat i podaniowych źródeł”.
W r. 1865 jako młodzian dwudziestodwuletni mierzył Kraushar siły na zamiary i ogłosił Historię Żydów w Polsce. Oczywiście jest to praca niedojrzała. Książka taka nie może być początkiem kariery naukowej, tylko szczytowym zakończeniem. Pozatym materiały do dziejów Żydów w Polsce jeszcze wówczas były bardzo skąpe, nieznane, nie wydobyte z magazynów archiwalnych, nie opracowane. Młodemu Krausharowi nie chodziło też wtedy o wiedzę dla wiedzy, tylko o pewne wnioski natury politycznej, o fundamentowanie naukowe pewnych tez natury społecznej, których zwolennikiem był. Na kartce tytułowej widnieje motto z Victora Cous na w języku francuskim „człowiek poważny nie zajmuje się uciążliwym badaniem przeszłości, po to tylko aby nauczyć się tego co było, lecz by z tego wywnioskować, to co powinno być“.
Książka Kraushara, Historia Żydów w Polsce (2 tomy, okres Piastów i Jagiellonów) zaopatrzona jest w wstęp publicystyczny obejmujący 35 stron. Wieje tutaj łagodny, spokojny wietrzyk pełen nadziei lepszego jutra w duchu liberalizmu szlachetnego onego okresu. Nadciąga powszechna wiosna świata. „Historycy, ekonomiści, poeci i filozofowie, których powołaniem jest rozsiewać ziarna oświaty i cywilizacji po wszystkich krańcach ziemi, nie podsycają już niechęci jednych ludzi przeciw drugim, ale głosząc tolerancję powszechną, badają źródła złego w przeszłości, chcą je w teraźniejszości usunąć i przyszłości wskazać kierunki dalsze na tej drodze postępu”. Jednym słowem pierzchają mroki nocne niesprawiedliwości i słońce wschodzi dla wszystkich mniejszości uciskanych, krzywdzonych, i w sercu Izraela budzi się powszechnie nadzieja i pręży on ramiona ku wschodzącej zorzy. Wiedza na usługach postępu. Barometrem kultury kraju to stosunek państwa danego do Żydów. „Dziś miarą cywilzacji każdego narodu, jest stanowisko zajmowane w nim przez potomków ludu żydowskiego. Wprawdzie nie wszędzie jeszcze nastąpiła w położeniu Żydów przemiana, ale wszędzie widzimy starania ku urzeczywistnieniu tego upragnionego zmierzające celu“.
W dalszym ciągu swej przedmowy Kraushar przechodzi do dziejów Żydów w Polsce, gdzie właśnie w ów czas reformy Wielopolskiego oyly aktualne i pisze z poczuciem godności własnej ,,i nasz kraj nie zostawał na uboczu, wśród tak cywilizacyjnej pracy innych narodów. Żydzi stanowiący w Polsce ósmą część ogólnej liczby mieszkańców i przebywający tu od wieków, jako nieodstępni towarzysze w dniach lepszej lub chmurniejszej doli rodzinnego kraju nie mogli być pominiętym i w rzędzie klas, powołanych do wspólnego udziału w pracy na ekonomicznym polu”.
Kraushar jest zadowolony, że główny artykuł wiary społecznej brzmi obecnie „Wszyscy ludzie są równi wobec prawa. Jedyną przeszkodą dla postępu, dla zrównania wszystkich, znajduje się w spuściźnie przeszłości. Dziś idzie tylko o zastosowanie środków mających tę zasadę wprowadzić w życie i usunięcie różnic zewnętrznych, dzielących Żydów od innych mieszkańców kraju, a których źródło spoczywa w bolesnej księdze ich wspomnień, w przeszłości” .
Kraushar widzi lekarstwo w zupełnym upodabnianiu się Żydów do ogółu ludności. Żydowstwo właściwie to wyznanie, a wszystko inne to naleciałości, z którym należy się uporać. „Odrębny ubiór, zepsuty dialekt i wyłącznie handlowy rodzaj zatrudnienia, są to trzy wybitne cechy w społecznym życiu Izraela, różniące go od wielu narodów, wśród których zamieszkuje” .
Naleciałości te, dyskryminujące Żydów w ghecie zostały narzucone z zewnątrz, twierdzi Kraushar „nie trudno będzie za pośrednictwem historii dowieść, że tylko smutne a niezależne od Żydów samych okoliczności, przyczyniły się do utrwalenia tych różnic, które teraz pod wpływem dobrze pojętej cywilizacji, stopniowo się zacierają i nikną”.
Po linii tego kierunku liberalno-pojednawczego rozwija Kraushar dalej swą tezę, że pobyt Żydów w Polsce był zaw sze z korzyścią dla kraju. „ Z pierwszych wieków przybycia do Polski Żydów, pozostały nam w statutach zachowane przywileje niektóre najdowodniej wykazujące, o ile Żydzi swoją zapobiegliwością przyczyniali się do dobrobytu swej nowej ojczyzny”. — Nienawiść przeciwko Żydom rozpoczęła się szerzyć w Polsce dawnej, dopiero wtedy, gdy zapanował niedołężny Ludwik Węgierski i naród kierujący swój gniew przeciwko przybyszom madziarskim, zwrócił się wówczas w swym wzburzeniu również przeciw Żydom jako obcym. „Słaba protekcja, którą Żydzi się cieszyli za Jagiellonów, została w zupełności zniesioną w epoce królów obieralnych”. — „Nie trzeba jednakowoż sądzić, że Żydzi w Polsce zawsze wyłącznie się handlowi oddawali. Były czasy, w których rękodzieło większe między nimi znajdowało poparcie, aniżeli kramarstwo”. — „Co się tyczy nauk świeckich, do tych z mniejszą gorliwością przykładali się Żydzi, ze względu na przeszkody, jakich doznawali w ich pobieraniu i zastosowywaniu. Nie mając wstępu do szkół publicznych krajowych, ci którzy się chcieli poświęcić umiejętnościom, zmuszeni bywali do szukania przytułku na uniwersytetach zagranicznych”.
Sejm czteroletni zastanawiał się nad reformą Żydów. Wypadki polityczne nie dozwoliły ujrzeć owoców tego zasiewu. Dziś wszystko przemawia za spełnieniem radykalnej reformy w położeniu Żydów. „Cywilzacja bowiem przenikając najgłębsze warstwy społeczeństwa naszego, porobiła już wyłomy w murze odgraniczającym dotychczas Żydów od innych mieszkańców kraju”.
Do skutecznego uporania się z przeszkodami stojącymi w drodze pełnej emancypacji Żydów, konieczną jest znajomość historii. „Chcąc dziś wytłumaczyć sobie niejeden ważny szkopuł w społecznych napotykanych stosunkach, szkopuł o który rozbijają się najlepsze chęci i usiłowania ekonomistów krajowych, trzebaby niejako dogadywać ducha ustaw, obowiązujących w ubiegłych wiekach, odtwarzać w myśli cały proces ich dziejowego działania, z którego takie a nie inne wypłynąć mogły i wypłynęły skutki”.
Wartościowa istotnie jest monografia Aleksandra Kraushara p. t. Frank i Frankiści (Kraków , 1893). Dużo nowego materiału udostępnił on tutaj po raz pierwszy. Monografia
wspomniana ma charakter podstawowy na tym odcinku historii żydowsko-polskiej, aczkolwiek jest w niej dużo braków, przede wszystkim ten, że raushar nie orientując się w materiale judaistycznym i nie znając należycie sabatianizmu, którego odnogą tylko był frankizm, nie zrozumiał tekstów pozostałych po herezjarchu Franku, opartych na homiletyce czy symbolice midraszu czy kabały. Historia Franka i frankizmu przedstawia opracowanie zewnętrznych objaw ów tego ruchu, ale nie jest ujęciem wewnętrznym kulturalno-psychologicznym i religijnym; mimo to jest w swoim rodzaju pracą sztandarową.
Duch asymilacyjny Kraushara, od chwili napisania swej „Historii Żydów“ już w międzyczasie bardzo postępowy przejawia się też niekiedy w tej pracy, zresztą apolitycznej i ściśle naukowej. Wbrew prawdzie, ale ku większej chwale asymilacji krańcowej, twierdzi tutaj Kraushar w przedmowie, że potomkowie pierwszych zwolenników Franka „stawszy się istotnymi i wierzącymi chrześcijanami, obywatelami swego kraju, zerwali już w drugim pokoleniu, szelką nić tradycyj z zasadami agitatora". Tak szybko to nie poszło. Kraushar, który był wypadkom bliższy aniżeli my, wiedział niewątpliwie lepiej od nas, że resztki praktyki tradycyj frankistowskich trwały i utrzymywały się aż do drugiej połowy 19 wieku. Jednak uważał on za potrzebne w interesie swego kierunku to zataić. Kraushar niepotrzebnie komplikował fakt sekciarskiej konwersji frankistów z zagadnieniem powszechnej skrajnej asymilacji obejmującej również i całkowicie wyznanie.
II
Aleksander Kraushar rozpoczął nie tylko swoją działalność dziejopisarską od odcinka żydowskiego; również swoją twórczość poetycką, zainicjował on jako człowiek zakotwiczony głęboko w glebie dziejowej i uczuciowej Izraela. Pierwszy zbiorek jego wierszy p. t. Listki, przedstawia się w wielkiej mierze jako pisana w języku polskim poezja żydowska, której ból i tęsknica wspomnień a i borykania, nadzieje i pragnienia nurtują w specyficznej doli Izraela. Nurtowania tego nie należy wcale rozumieć w znaczeniu tylko psychologicznym, formalnie-biologicznym, rasowym, lecz oczywiście w sensie świadomego współżycia ze swoją społecznością historyczną. Kraushar był w pierwocinach swej poezji człowiekiem ze środowiska żydowskiego, pulsującego własnym życiem, któremu dał wyraz w języku Sarmacji. — Motywy czysto polskie występują tutaj również niekiedy, ale bardzo rzadko (Spowiedź, Gawęda Wiarusa, pamięci Syrokomli), tak samo występują w tym zbiorku tylko wyjątkowo motywy helleńskie (sonet Hellas),
Żydowskie te z ducha wiersze Kraushara są obecnie w zupełnym zapomnieniu. Nie zaszkodzi, że dla przykładu i przypomnienia zacytuję tutaj garść urywków z nich.
Pięknym jest jego wiersz p. t. Ben -Zakkai z okresu boju narodu żydowskiego z legionami Tytusa o Jerozolimę:
Już nad gród święty wróg zionął jadem
Lud Bożej wzywa opieki;
Za chwilę spadnie Syjonu diadem,
Na długo, może na wieki.
W rękach, rycerzy puste kołczany,
Lecz pierś nadzieją uderza
W koło lud smutny, łzami zalany
Zginąć męczeńsko zamierza.
W obronie wiary ród mężnych zginął
Cierpiąc za ojców swych winy,
Tylko duch światła skrzydła rozwinął.
I wzleciał ponad ruiny.
Dużo liryzmu znajduje się też w wierszu Kraushara p. t. Róża Saronu:
Nad Jordanem w Świętej ziemi
Rosła róża z siostry swymi
Wśród Saronu wzgórz:
I wznosiła dumne czoło
Rozlewała Woń wokoło
Najpiękniejsza z róż.
Tam przed wieki wśród bezdroży
Opłakiwał prorok Boży
Swego ludu los;
Lecz proroka łza ofiarna
Z niej to jak z płonnego ziarna
Krzaczek róży wzrósł.
Aż nadszedł człowiek mściwy
On to krzaczek ów szczęśliwy
Zdeptał stopą swą.
I posmutniał szczyt Saronu
U podnoża jego tronu
Dziki zakwitł chwast…
Ból współczesnej biedoty żydowskiej znalazł wyraz wcale mocny u Kraushara w jego wierszu p. t. Handel, Handel. Drga tutaj echo cierpień szerokich rzesz społeczeństwa żydowskiego, dla których pobyt ziemski to istne piekło, jest jednym pasmem katuszy i nędzy:
Wiatr dmie zimny i ponury
Tuman śniegu w oczy miecie
Niebo czarne kryją chmury,
Smutno głucho w Bożym świecie,
Słychać tylko dzwonków drganie,
I z oddali to wołanie:
Handel, Handel!
Z kijem w ręku, w progach domu
Stał Żyd siwy pogarbiony
Łzę ocierał pokryjomu
Wzrok miał w jeden punkt utkwiony;
Na pierś siwa spadła głowa
I wciąż słychać te dwa słowa:
Handel, Handel.
Dziatwa z drogi starca spycha
I wesoło dalej leci
„Boże — jęknął starzec z cicha,
Z czym ja wrócę do swych dzieci?
Nie widziałem ich dzień cały.
Może „Ojcze jeść“ wołały…
Handel, Handel.
Świat się z nędzy mojej śmieje
Że obnoszę wór żebraczy.
A mnie serce kamienieje
Z bólu, hańby i rozpaczy;
Jednak płaczem krzepiąc duszę
Z śmiechem strasznym wołać muszę:
Handel, Handel.
Wszędzie radość i wesele
Wszędzie szczęścia dźwięczą tony.
Lecz ja uczuć tych nie dzielę,
Bom Żyd biedny, Żyd wzgardzony:
Ciernie tylko mam na drodze,
Gdy z tym słowem świat przechodzę:
Handel, H andel.
O wy, którym spływa życie
W szczęściu, w cierpień zapomnieniu,
Jeśli Żyda zobaczycie
Z kijem, z sakwą na ramieniu
Rońcie łzy nad jego losem,
Gd y zawoła słabym głosem:
Handel, Handel…
Tragedię golusu wypowiada elegijnie wiersz Kraushara p. t. Sfinks. Pyta się starzec siedzący nad księgami starego zakonu:
Odpowiedzcie mnie karty, przed wieki skreślone
Karty wielkie a święte jak wyroki Boże
Czyli dla Izraela już wszystko stracone?
Czy niczego już więcej spodziewać się nie może?
Czyż łzy, boleść i skargi, jęk i złorzeczenia
Napróżno tyle wieków serca nam krwawiły?
Czy niedosyć męczarni, niedosyć cierpienia?
Mamyż uledz pod jarzmem ucisku i siły?
Czyż zawsze tak wzgardzeni będziemy od świata?
Dlaczego rodak własny Żyda się wyrzeka?
Dlaczegóż w nim nie widzi: przyjaciela, brata?
Dlaczegóż mu zaprzecza wszelkich praw człowieka?…
Aleksander Kraushar jako młody początkujący wajdelota wiecznego tułacza. Nie traci nadziei lepszej przyszłości, nie wyrzeka się swego społeczeństwa, nie ucieka z pola, nie głosi dezercji, on, dumny ze skarbu Bib i. Mówi o tym jego wiersz p. t. Hagbaha (Podniesienie tory w synagodze, nazwa ceremoniału religijnego). Głoszony tutaj jako ostateczny sukces, triumf ducha, słowa słowa Bożego nad wrażymi siłami fizycznej przemocy i dzikiej zagłady:
Oto (tora) chorągiew naszej przeszłości
Z nią szliśmy w boje gorące
W obronie ojców naszych świętości
Padło rycerzy tysiące
Padali dzielni wśród krwawej bitwy
Zostałą garstkę śmierć czeka
Lecz ta szła naprzód z słowem modlitwy
Zwątpienia będąc daleka
Wróg zionął ogniem i ostrzył noże
Prawicę Wznosząc zuchwałą
Obrońcy padli lecz słowo Boże
Na zawsze przy nas zostało
III
Muza Kraushara z biegiem czasu oddaliła się od tematyki żydowskiej. Malało jego zainteresowanie. Umysł jego był zaprzątnięty sprawami z zakresu historii polskiej. Życie go oddalało. Program asymilacji nie zna połowicznie wytkniętych granic, gdzie asymilujący się może przy reszcie swej dziejowej jaźni się zatrzymać. Konsekwentna asymilacja nie zna kompromisów.
W jego strofach ogłoszonych w r. 1886 znajdujemy motywy żydowskie już tylko bardzo rzadko, ale trzeba przyznać, że opracowanie poetyckie i teraz jest na wyżynie i wyczuć można szczery, głęboki sentyment dla przeszłości. Ilościowo element żydowski w duszy Kraushara cofnął się w zakątek, jakość jednak pozostała dawna.
W śród strof Kraushara znajduje się wiersz p. t. Zemsta Jehowy, który by mógł napisać któryś ze współczesnych poetów syjonistycznych, związanych z tradycją żydostwa i bolejących nad okupacją większej części Palestyny przez Arabów :
Wielbłądy Arabów — przy świątyni ruczaju
Na skałach Libanu lśnią godła meczetu
Chrzciciele Baala… na wzgórzach Synaju
W Chanaan — las minaretów
I milszą dziś tobie kostnica pogańska
I gwiazdom i słońcu składane pokłony
Niż psalm ów Dawida melodia niebiańska
Niż arka przym ierza w świątyni zburzonej.
Niektóre strofy w tym zbiorku dojrzałego Kraushara mają charakter polemiki ciętej, ostrej, mocny ma język, o żądle delikatnym. Kłóci się on z antysemitami, nie wierzącymi w jego polskość.
Jak dobrzy wierni druhowie
Dwaj żyli ze sobą najściślej
Zwierzając się w serc rozmowie
Z najskrytszych dumań i myśli
Lecz rajskiej drużby tej Eden
Skończył się nagłym rozbratem
Dowiedział się bowiem z nich jeden
Że Cham — Semowi nie bratem
Załamanie się asymilacji z powodu niechęci pewnego odłamu Polaków zabolało Kraushara głęboko. Zamieścił on na tym tle w zbiorku Strofy wiersz p. t. Z pamiętnika Polaka Mojżeszowego.
Drugiego marca święcono gody
Bratnimi słowy mnie powitano
I na znak wiecznej dostałem zgody
Mojżeszowego Polaka miano
Lecz krótko trwała pamięć dni owych,
Nie wiem dalibóg za jakie win,
W lat kilkanaście wśród dni grudniowych
W puch rozszarpano moje pierzyny.
Kraushar nie zeszedł więcej z raz obranego gościńca. Skoro postrzegł, że normalna asymlacja językowo-kulturalna i polityczna nie prowadzi do celu, pomyślal o zespoleniu religijnym i wyciągnął ostateczne konsekwencje z tendencji zlania się ze społeczeństwem większoścowym, przeszedł na początku 20. wieku na wyznanie rzymsko-katolickie. Dom jego był w ostatnich latach jednym z najwybitniejszych salonów literackich w Warszawie.
Daleki szmat gościńca dzieli od wynurzeń palestyńskich i historyczno-żydowskich, aż do ołtarza z krzyżem. Kraushar ten szlak przebył. Psychologicznie w warunkach onego czasu, w Warszawie fin du siecle XIX rzecz zrozumiała, aczkolwiek, ze stanowiska żydowskiego nieprzebaczalna.
Jadwiga z Bersonów Krausharowa
Jadwiga (1851—1911), córka Mathiasa Bersona i Marii, urodzonej Lewy, zaślubiła Aleksandra Kraushara, znanego poetę i historyka (zobacz). Wyznanie zmieniła równocześnie z mężem, licząc już wówczas z górą pięćdziesiąt lat.
Jadwiga Krausharowa oddziedziczyła po ojcu zainteresowanie czynne dla literatury i od czasu do czasu ogłaszała różne płody swego pióra. Początkowo próbowała swoich sił w nowelistyce i opublikowała dwa subtelne drobiazgi powieściowe p. t. „Jedna noc“ i „Na Monte Pincio“ . Później zwróciła się do krytyki literackiej i wydała drukiem cały szereg rozpraw i szkiców. W roku 1897 ogłosiła ona szkic bibliograficzno-literacki o Alfredzie de Musset. Krausharowa posiadała szczególne zainteresowanie dla autorów skandynawskich i pisała studia literackie o Brandesie, Kierkegaardzie, Kiellandzie, Ibsenie. Po śmierci zebrał mąż jej Aleksander Kraushar jej pisma i wydał je w książce pod wspólnym tytułem „Szkice i studia“ .
Jadwiga Krausharowa pozostawała w serdecznych stosunkach z Orzeszkową, z którą była w stałym kontakcie listowym. Listy Orzeszkowej do niej zostały ogłoszone w wspomnianym wydaniu pośmiertnym.
Ówczesna inteligencja polska widziała w niej Polkę, wierzącą katoliczkę, obywatelkę bez skazy. W Bibliotece Warszaw skiej (r. 1912, tom CCLXXXV, str. 604) czytamy o niej w wspomnieniu pośmiertnym jej poświęconym: „Urodzona i wychowana w religii mojżeszowej, nawróciła się na katolicyzm już w wieku dojrzałym, by się mocniejszymi węzły z Polską zespolić, a uczyniła to w szczerej wierze; była bowiem odtąd przekonaną i praktykującą katoliczką do końca życia. Słusznie nad grobem podniósł to przywiązanie zmarłej do ziemi ojczystej profesor Władysław Smoleński”.
Z przemówienia Smoleńskiego nad grobem Jadwigi Krausharowej cytuje Aleksander Kraushar we wstępie do zbiorowego wydania pism zmarłej swej żony, o którym już powyżej była wzmianka, następujące słowa uznania: „Świętej pamięci Krausharowa miała uczciwą duszę polską. Pozostawiła po sobie uczucie wdzięczności u tych, którzy mieli sposobność korzystania z darów jej umysłu i serca. Pozostawiła piękną tradycję Polki - Obywatelki”.
KRĘPOWIECCY
Wśród frankistów chrzczonych we Lwowie znajduje się nazwisko Adama Krępowieckiego.
Tadeusz Krępowiecki
I
Jedna z najciekawszych i może najszlachetniejszych postaci, które wypłynęły na wierzch podczas powstania listopadowego i później na emigracji wyróżniały się przez swoją indywidualność, był syn czy też wnuk Adama Krępowieckiego, Tadeusz Krępowiecki. Dziś w zupełności zapomniany, przemilczany z uwagi nie tylko na żydostwo rodziców, ale i ze względu na zapatrywania polityczne. Byłoby wskazane wydobyć jego pamięć spod pyłu zapomnienia i wyjednać mu taką pozycję w świadomości ogółu, na jaką stanowczo zasługuje.
Krępowiecki Tadeusz (przed powstaniem r. 1831 pisał się Szymon), urodzony w r. 1798, po ukończeniu studiów był początkowo nauczycielem dzieci generała Henryka Dąbrowskiego. Stawiał też pierwsze kroki w dziennikarstwie. W r. 1822 redagował on czasopismo „Dziennik nadwiślański”, który jednak miał byt efemeryczny, nie wyszło bowiem więcej aniżeli dziewięć numerów.
Gdy wybuchło powstanie listopadowe Krępowiecki wstąpił do artylerii w korpusie generała Dwernickiego „gdzie się odznaczył męstwem i zdatnością” (Dziennik narodowy, 6. II, 1847).
Należał on do tych, którzy powstanie listopadowe przygotowali „gdy starzy sprzedawali drogo okupione zasługi za łaski, za jałmużnę, za usmiech carewicza, on (Krępowiecki) z młodym pokoleniem, czując w sobie odrodzoną ojczyznę, jej tajemnie ślubował, na rzecz jej głowę pod topór katowski oddawał, sprzysięgał się nareszcie, w tym od wielu szczęśliwszy, że skutecznie. Wielu sprzysiężeń spełzło na niczym, zwietrzało w więzieniach, jego się uwieńczyło blaskiem listopadowym”.
Wróg zewnętrzny, tyran moskiewski „znalazł go w szeregu wojska pod Stoczkiem i Boremlem, wymierzającego przeciw niemu działa, na nim przez chłopów na prędce uzbrojonych zdobyte“ (Demokrata polski z dnia 27 lutego 1847).
Gdy korpus Dwernickiego, przyciśnięty przez przeważające siły moskiewskie przeszedł do Galicji, Krępowiecki nie wytrzymał w niewoli, raźno dał nurka i uciekł z powrotem do Królestwa.
Tutaj jednak czekało go nowe zadanie natury politycznej, wewnętrznej. Zastał wroga wewnętrznego pod postacią różnych kunktatorów, politykierów szukających ugody z nieprzyjacielem, wahających się rzucić wszelkie siły w skoncentrowanym ataku na groźnego ciemięzcę. Przeciwko tej moskalofilskiej kontrrewolucji stanął Krępowiecki hardo. Ugodowcy wprawdzie rychło postarali się o to, aby komenda wojskowa przeznaczyła go na dowódcę dwóch dział, do korpusu generała Różyckiego, mającego wyruszyć na Litwę. Krępowiecki jednak odmówił, tłumacząc się chorobą. Za co Bem w rozkazie dziennym ogłosił go za niegodnego nosić mundur polski. Rząd jednak kazał go puścić na wolność i interpelacja w Sejmie wypadła na jego korzyść (Gadon, I, 146, II, 162, Barzykowski str. 2 ). Pozostał nadal w stolicy i brał udział w wypadkach z 15 sierpnia 1831, kiedy lud w gniewie swoim obliczył się z różnymi sprzedawczykami. Generał Krukowiecki wyniesiony teraz na najwyższą godność z uznania dla dotychczasowej działalności Krępowieckiego, zamianował go swoim adiutantem.
„Gdy stolica padała pod połączoną z Moskalem zdradą wewnętrzną, szukał Krępowiecki w gradzie pocisków już nie rehabilitacji, ale śmierci na wolnej polskiej ziemi. Rzucił się z powierzonym rozkazem w poprzek krzyżowego z dział ognia, — koń wietrzył śmierć, spinał się, wzdragał, nareszcie posłuszny ostrodze ruszył jak strzała przez bruk poorany… padł (koń) od granatu nieżywy” (Demokrata polski l. c.).
II
Krępowiecki, stary nieustraszony powstaniec, walczy również na emigracji odważnie i nieustraszenie, jako czołowy herold i obrońca praw ciemiężonego ludu, w którego ucisku przez sfery ziemiańskie, dopatrywał się on przyczyny upadku powstania listopadowego, — ze sferami konserwatywnymi, z feudałami, ze stronnictwem Białych, piętnując ich publicznie, co tam tych niesłychanie irytowało.
Język francuski znał dobrze już w chwili przybycia. Z uwagi na znajomość języka miał on o sobie wysokie mniemanie i przypisywał sobie wyższość nad innymi członkami Towarzystwa Demokratycznego, do którego należał na emigracji. (Gadon II, 238).
Było to w drugą rocznicę powstania listopadowego, „wszystkie jej (Polski) bóle odnowiły się w dzień świetnej a żałobnej rocznicy — wszystkie odezwały się w kochającym synu (Krępowieckim) i stał się wyrazem, zajęczał wobec obcych i swoich, napiętnował zatracicieli ojczyzny, którzy wyli od wściekłości, którzy odtąd rozlali potoki nieustającej żółci, ale piętna ze swego czoła nie starli” (D em okrata polski l.c.).
Na obchodzie tej drugiej rocznicy powstania listopadowego urządzonym przez Towarzystwo litewskie i ziem ruskich, w obecności Lafayetta i wielu innych Francuzów, wygłosił Krępowiecki przemówienie w obronie warstw szerokich, którym sobie niesłychanie zraził koła zachowawcze i wywołał u nich ogólne zgorszenie.
Przemówienie to ogłosił też Krępowiecki drukiem w Paryżu p.t. Discours prononcé a Paris le 19 novembre 1832, anniversaire de la R evolution Polonaise, 1833.
Dla orientacji czytelnika, celem poznania tego przez historyków przemilczanego przemówienia, dawno zapomnianego chorążego praw włościaństwa ciemiężonego, prekursora dzisiejszych ludowców, zacytujemy tutaj kilka wyjątków w naszym własnym tłumaczeniu. Widzimy w nich głęboki, namiętny, szczery patos demokracji, przepojony żarliw miłością do narodu, którego kulturą się przejął i w którego skład wszedł. Katon cenzor staje przed nami, strofuje ostro, ale kocha. Smaga rózgą wszelkie ułomności, aby poprawić, uzdrowić, doprowadzić do sanacji.
Krępowiecki zaznacza we wstępie, że jeśli zab iera głos, aby uczcić rocznicę powstania, nie czyni tego celem spochlebiania próżności narodowej, źle zrozumianej, lecz przystępuje jako surowy sędzia: ,,oskarżam przed tobą, narodzie najbardziej oświecony świata ,postępowanie tych ludzi, którzy przeszkadzając owemu dobru, co by było dało się zdziałać, unicestwili najlepsze nadzieje i zanurzyli napowrót ojczyznę w otchłani, z której się wydobyła na chwilę. I jest to mój obowiązek oskarżać, gdyż odsłaniać wady naczelników, jest tym samym, co składać hołd narodowi. On, naród jest wielkim i wzniosłym, ale oni, naczelnicy, złymi i gadami“.
W dalszym ciągu zaznacza Krępowiecki, że w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat (1772— 1832), „ żadna próba wyzwoleńcza nie udała się, gdyż nie była robiona dla celów humanitarnych, nie miała za cel interesu ogólnego, lecz tylko interes szlachty i jej korzyść. — „Przy sposobności żadnego powstania nie ogłoszono właścicielem ziemi tego, który ją rosi swoim potem i którą przodkowie tegoż uprawiają od czasów najdawniejszych“.
Chłop pańszczyźniany, którego wbrew interesowi ogółu, ignorowali prowodyrzy szlacheccy w okresie powstania znalazł w Krępowieckim stanowczego trybuna: „Murzyn jest nagim, ale posiada słońce rozpalone i cień liści; na tej nieszczęsnej ziemi pod niebem śnieżystym , gdzie przyroda rozpęta naraz wszystkie swe szaleństwa, człowiek-niewolnik barbarzyńskiego klimatu, cierpi jeszcze bardziej z powodu barbarzyństwa swych panów. Bez ubioru, bez pożywienia, które go utrzymuje przy życiu, walczy on po to tylko by wyrwać plon z ziemi, z którego by mieli korzystać dla zabaw swych, właściciele. Podczas, gdy jeden się rozkoszuje na miękkim łożu, drugi, po morderczej pracy, rzuca swe znużone członki na łożysko ze słomy w chacie ponurej i zadymionej, w lochu, gdzie słońce wcale nie dochodzi. Los zwierzęcia jest znośniejszy aniżeli to“. Krępowiecki przy tej sposobności zwrócił uwagę, jakie nieszczęścia dla Polski już w przeszłości pociągnęła za sobą pańszczyzna. Protestem wobec niewolnictwa chłopa były brzemienne w skutki powstania Kozaków.
Gdyby w listopadzie roku 1830 lud rolniczy został wyzwolony spod jarzma niewoli pańszczyźnianej, powiada Krępowiecki, „wtedy z wnętrza ziemi byliby powstali mściciele (w stosunku do caratu) i człowiek by rozdarł ostatnie ogniwo z łańcucha więziącego naród polski“.
Krępowiecki zarzuca arystokratycznym przywódcom powstania, że nie zatrzymali Wielkiego Księcia Konstantyna jako zakładnika i nie wyruszyli natychmiast z armią na oswobodzenie Litwy, wówczas gdy Rosja jeszcze była osłabioną na skutek wojny z Turcją. „Ruch, obejmujący Litwę wzmocniłby liczebnie armię. Szczęście, odwaga, entuzjazm uczyniłyby resztę. — Dowodzący generał robił w dyplomacji. — Miał on pod Długosiodłem pod swoją komendą trzydzieści tysięcy Polaków, którzy osaczyli osiemnaście tysięcy rosyjskich gwardzistów. Czekało się na sygnał. Z pewnością nie umknęliby. Wojsko czekało: lecz trąbka nie zagrała, gdyż generał nie chciał walczyć. Rzucili się żołnierze do jego nóg. On nie chce, rzecze, stawić na jedną kartę losu narodu: on ma zapewnioną pomoc dyplomatyczną od pana Sebastiani. Gwardziści rosyjscy wydostali się z matni, a on, generał polski, wraca do Warszawy. Jednak Dybicz, który w ostrym mieczu upatrywał dyplomację, napadł go pod Ostrołęką“.
Krępowiecki zakończył swe bolesne oskarżenie kierowniczych sfer ziemańskich następującymi słowami: „Nie szukajcie panowie przyczyny upadku powstania w braku sił; było ich dosyć; też nie w ogromie wroga; on dużo z tego postradał; nie też w interwencji Prus; można było z łatwością temu przeszkodzić przez wystawienie na granicy secin krakusów; ani też w odmowie Anglii i Francji: rozumni ludzie nigdy swego wzroku tam nie kierowali. Powstanie upadło, gdyż ludzie, którzy uchwycili ster, nie byli zdolni do żadnej myśli rewolucyjnej” (w kierunku uwłasnwolnienia włościaństwa).
III
Przemówienie to narobiło ogromnie dużo wrzawy na emigracji, albowiem znalazł się ktoś, który śmiał mówić prawdę, gromić karmazynów, latyfundystów , wielmożów, że ich polityka pańszczyźniana zgubiła Polskę. Biali próbowali reagować. Teodor Morawski skrytykował ogólnie wywody Krępowieckiego w broszurze p. t. „Quelques mots sur l’état des paysans en Pologne (Paris 1833). Członkowie byłego sejmu warszawskiego przez pięć dni zastanawiali się nad środkami, które powinni podjąć wobec wystąpienia Krępowieckiego. Uchwalono nareszcie skierować pismo do generała Lafayetta, obecnego na zgromadzeniu, na którym przemawiał Krępowiecki. Wystylizować to pismo miał generał Plater, ten sam, przeciwko którego nominacji na senatora-kasztelana przez cara Mikołaja I, Sejm warszawski złożył ongiś protest oficjalny.
Lafayette na pismo wysłane do niego odpowiedział rozumnie i taktownie, ale dosadnie, że jemu, jako obcemu, nie wypada się mieszać w spory partyjne i prosił, aby pisma skierowanego do niego nie ogłaszać. Znamiennym jest, że słynny generał Pac, Joachim Lelewel i jeszcze niektórzy inni odmówili swego podpisu na Iiście wspomnianym, skierowanym do generała Lafayetta, to znaczy że przyznali rację Krępowieckiemu.
Adam Mickiewicz, który na emigracji był jednym z filarów konserwy, poświęcił Krępowieckiemu cały, dość długi wiersz o charakterze pamfletowym, aby dać wyraz patriotycznemu oburzeniu sfer ziemiańskich, którzy identyfikowali interes swego stanu z interesem Polski.
Wiersz ów podlany jest sosem mocno antyżydowskim. Jeszcze to był okres, gdy się zdawało Mickiew iczowi, że pochodzenie jego własne da się ukryć.
Zacytujemy tutaj parę wyjątków z tego wiersza:
„Schowaj mnie z łódką w twoje szerokie zanadrze,
Przeciw starozakonnej wojennej eskadrze.
Słyszysz, że działo z Litwy przywiózł Krępowiecki,
I rdzennym strzałem mierzy w cały dom szlachecki.
Chociaż nie mam prócz Parnasu innych posiadłości.
… Jest sławiony w kantyczkach rabin z Świętogrodu,
Najmężniejszy przez wieki u Hebreów narodu,
Który, kiedy Chrystusa związali Rzymianie,
I wystawili na śmiech i biczowanie,
Śmiał w synagodze, zbrojną wziąwszy rękawicę,
Uderzyć bezbronnego Zbawiciela w lice.
Tego męża był prawnukiem naturalnym,
Żyd, który za mych czasów był w Mirze kahalnym.
Sławili go z niezwykłej odwagi niechrzczeni,
Iż śmiał Radziwiłłowi dać figę w kieszeni.
Od tego Żyda idzie sławny mąż w tułactwie,
Który stanąwszy śmiało w paryskiem opactwie,
Związanej od Moskali Polsce dał policzek,
Woła jam kapłan zgody, kłóćmy się i bijmy”.
Krępowiecki, człowiek wielce zasłużony, został obryzgany błotem, obarczony zarzutem znieważenia Polski za to tylko, że w interesie polskiej ludności włościańskiej, domagał się od klasy posiadającej zasadniczych ustępstw.
Polska, to ziemiaństwo i ich interes.
IV
Krępowiecki był jednym z założycieli Towarzystwa Demokratycznego w Paryżu. Tworzył i inne stronnictwa, które współcześni uważali za dziwactwa, między innymi założył „Stowarzyszenie Wyznawców Zasad Społecznych”.
Jaskółka zapowiadająca wiosnę zjawiła się za wcześnie i z przymrozków długo cierpiała, biedowała, tułała się i nareszcie zginęła.
„Nie powiodło mu się nigdzie i w niczym, wydalony został kolejno z Francji i Belgii, osiadł ostatecznie w Anglii, gdzie przebywał aż do śmierci“ .
Krępowiecki założył gromadę społeczną pod nazwą Grudziądz i z Londynu wraz z towarzyszami idei, Kisielem i Dziewickim wydał odezwę „Raport komitetu śledczego” pełną krytyki współczesnych stosunków pańszczyźnianych. Stamtąd posyłał czasem prace dla Pszonki o charakterze polemicznym, ( Z. Wasilewski, Z życia poety romant., str. 75).
W Londynie żył Krępowiecki z pracy swych rąk, nie chcąc korzystać z możliwości zarobkowych, jakie daje pióro, intelekt. Przypominał pod tym względem rabinów starożytnych, którzy potępiali zarobki, płynące z nauki i każdy z nich uprawiał jakieś rzemiosło. Krępowiecki wprawdzie nigdy niczym nie wyraził swego stosunku do żydostwa, ale ta świadomość nie profanowania wiedzy przez myśl zarobkową, pozostała mu po przodkach. Fizyczna konstytucja Krępowieckiego jednak nie znosiła pracy fizycznej i to przyspieszyło jego przedwczesną śmierć w r. 1847.
O ostatnich latach życia jego wśród pracy fizycznej donosi organ konserwatywny Dziennik Narodowy (z dnia 6. II 1847.), zresztą wcale mu nie życzliwy: „Przesuwając swe wyobrażenia społeczne aż do przesady, on, literat, człowiek nie przyzwyczajony do ciężkiej pracy od młodości, uzdatniony w wielu naukach i mogąc tym sposobem zarabiać na życie, ożenił się z wdową, mającą kilkoro dzieci i utrzymującą magiel. W maglu tym pracując po całych dniach, nadwerężył zdrowia a będąc przy tym z natury wrażliwy, znękany troskami prywatnym i i publicznymi, nie mógł zapobiec rozwijającej się chorobie sercowej, z której umarł przedwcześnie”.
Ten sam Dziennik Narodowy charakteryzuje tego męczennika demokracji pojętej społecznie: „nie był on człowiekiem pospolitym z wielu względów, Bóg go obdarzył wielu pięknymi przymiotami. Zdolny, namiętny, wymowny, czuły, z najlepszymi skłonnościami”. Wadą jego było wedle tego organu przeciwników nadmiar temperamentu. „Na nieszczęście brakowało mu rozwagi i zimnego sądu, co go czyniło zupełnie niezdolnym do życia publicznego, w które gwałtownie się rzucił. Co w głowie mu zaświeciło a w sercu zawrzało, było natychmiast wprowadzone w wykonanie i zwykle się nie udawało”. Oto los wszystkich pionierów entuzjastycznych, dla których czas jeszcze nie dojrzał. Nie można o nich nic złego mówić. Zarzuca się im zapalczywość, niepraktyczność, nieznajomość rzeczywistości. Losem proroków jest zazwyczaj ukamieniowanie.
Wedle wiadomości wspomnianego organu zachowawców miał Krępowiecki długo przed śmiercią wrócić „na drogę pojęć chrześcijańskich, katolickich, ale jeszcze w sposób nieujęty, romansowy, jak wielu między nami. Krępowiecki umarł po katolicku zaopatrzony Św. Sakramentami”.
Krępowiecki został pochowany dnia 6 stycznia 1847 roku w obecności licznie zebranych Polaków. Przypomnieli sobie wówczas jego rolę dzielnego oficera powstańczego. Większość obecnych na pogrzebie „stanowili żołnierze i członkowie Towarzystwa Demokratycznego. Sześciu żołnierzy (byłych powstańców) nosiło trumnę na ramionach z domu pogrzebowego na cmentarz. Płacz między żołnierzami był powszechny, nazywali go swym ojcem” (Demokrata polski z dnia 27. II 1847).
Umarł w nędzy. Zostawił wdowę i dwoje nieletnich dzieci. Żołnierze zebrali po pogrzebie między sobą jakąś kwotę na koszt pogrzebu, oraz aby przynieść ulgę pozostałej rodzinie.
Nad grobem przemówił Worcell, członek Towarzystwa Demokratycznego. Tekst przemówienia przedrukowany w „Demokracie Polskim jest ciekawy i zasługuje na zacytowanie z niego tutaj paru wyimków celem uwypuklenia znaczenia tego pochodzącego od Żydów patrioty i obrońcy praw ludu włościańskiego i roboczego: ,,… jakie bogate żniwo poświęceń to jest miłości, przedstawia żywot Krępowieckiego. Pierwszym, ostatnim, ciągłym przedmiotem jego była osierocona, samoistności, wolności mienia pozbawiona ojczyzna”. Następuje w mowie żałobnej wyliczenie faktów tężyzny, okazane przez niego w powstaniu.
Worcell w swym przemówieniu podniósł też społeczne za sługi Krępowieckiego: „Umarł wierny swej myśli — a że wiernym jej został nawet za formy obrębem, dowiódł tego powtórnym i potrójnym wygnaniem, dowiódł jako dziennikarz w jednym, jako żarliwy obrońca zasad na zgromadzeniach w drugim kraju, w Londynie i Jersey; dowiódł nareszcie najsilniej ogłoszeniem nowego hasła demokratycznej wiary w Portsmouth, hasło które wkrótce weszło w powszechnąem igracyjną mowę, gdy raz przez Krępowieckiego w instytucję wcielonym zostało, hasła: Dla ludu przez lud“.
Śmierć Krępowieckiego był to zgon żołnierza na pozycji, w okopach, chociaż nie na froncie, gdzie lecą kuje i zieją armaty. Żal żołnierzy kombatantów był niezwykle głęboki. Zeszedł ze świata ich chorąży, obrońca, opiekun, patron. Podkreślił też, ten moment Worcell w swym cytowanym przemówieniu: „Patrzcie na łzami zalane oczy starych żołnierzy, czwartaków, saperów, ofiar Grudziądza i Fischau, owych maluczkich tego świata, wśród których zamieszkał, których politycznej, umysłowej i materialnej potrzebie ostatnie swe lata poświęcił, których bratem pozostawszy, zyskał z ich ust: ojca — czułe nazwanie, a w ich świadectwach znajdziecie dowód szczerości owych z głębi serca jego wydobytych słów jego: Dla ludu przez lud“.
MARIA HRABINA KRĘSKA
Napoleon hrabia Kręski w Zbiersku w dawnym zaborze pruskim, syn hrabiego pruskiego Konstantyna, sędziego trybunału cywilnego w województwie kaliskim, dziedzic Gręganin,
z dawnej rodziny wspomnianej już w 15 wieku, ożenił się z Marią z Krzyżanowskich, pochodzącą od neofitów (Boniecki XII, 282, Semigotha).
BARONOWIE KRONENBERG
Około roku 1820 powstaje w Warszawie firma bankowa, której właścicielem był Samuel Eleazar Kronenberg (1772-1826), wybitny znawca talmudu, spokrewniony z rabinami, jeden z nielicznych Żydów, którzy w r. 1808 zarzucili strój żydowski.
Po jego śmierci prowadziła przedsiębiorstwo bankowe wdowa tegoż Tekla. Później przystąpił też syn Leopold. W roku 1833 dnia 7 sierpna została firma zapisana do Zgromadzenia Kupców jako „S. L. Kronenberg i syn“ . Kantor miał lokację przy ulicy Miodowej (Nr. hip. 486 b ).
LEOPOLD KRONENBERG
I
Wspomniany Leopold Kronenberg ur. w r. 1811 wypłynął na szerszą arenę w r. 1839, organizując z innymi finansistami administrację dochodów tabacznych po Koniarze, skrachowanym dzierżawcy, neoficie rosyjskim, zresztą też lichym człowieku. Leopold Kronenberg okazał niebawem fenomenalny talent kupiecki. Wziął w swe ręce interes beznadziejnie deficytowy i zdołał w krótkim czasie nie tylko rządowi płacić niespodziewanie wysoki czynsz dzierżawny, ale też sam zarobił przy tej sposobności krocie i niepomiernie się wzbogacił.
W roku 1845 przeszedł Kronenberg na chrześcijaństwo, przyjmując wyznanie kalwińskie. Wychrzcił się on, bo jako Żyd nie mógł się utrzymać administracji dochodów tabacznych rządu rosyjskiego w Kongresówce.
Kapitały swoje, zdobyte przy dzierżawie, zużytkował dla uprzemysłowienia kraju. Założył w r. 1843 cukrownię pod Żychlinem, a w ciągu dalszego dziesięćolecia dwie dalsze cukrownie, największe wówczas w Kongresówce, w Ostrowcu i Walentynowie. Zjednoczone one były w Warszawskim Towarzystwie Fabryk Cukru, gdzie współdziałali jako wspólnicy Henryk i Szymon Toeplitz oraz Wertheim.
Kronenberg skierował swój wzrok ku komunikacji wodnej w Królestwie, będącej wówczas w zupełnym zaniedbaniu, zdanej na laskę flisaków i stworzyi właściwą żeglugę parową na
Wiśle, osiągnął wkrótce to, że ruch statków na tej głównej arterii polskiej przybrał poważne rozmiary, stał się poważną dźwignią handlu a w szczególności skorzystała z tego wieś polska, miała z tego pożytek własność ziemska, oddalona od głównych szlaków lądowych. Eksport drzewa i produktów rolnych został odtąd niesłychanie ułatwiony. Cerealia na ubocznych terenach, dotychczas prawie bezwartościowe, zyskały nagle znacznie na wartości.
Kronenberg budował też koleje żelazne, a mianowicie linię warszawsko-terespolską czyli brzeską, linię nadwiślańską, oraz linię mińską i wiedeńską.
Kronenberg swym geniuszem wyczarował z niczego Bank Handlowy i Towarzystwo Kredytowe, jako też cały szereg innych istytucyj wielkiej wagi, korzystnych dla dobrobytu społeczeństwa: Warszawską Kasę Przemysłowców, Warszawskie Towarzystwo Ubezpieczeń od ognia, Towarzystwo warszawskich fabryk cukru, Towarzystwo kopalń węgla i zakładów górniczych, założone w r. 1873 z uwagi na obciążenie cłem importu węgla zagranicznego a rozkwitu kopalń krajowych.
Zasługi Kronenberga około ożywienia życia gospodarczego Królestwa były olbrzymie tym bardziej, że w znacznej mierze podejmował on wszędzie działalność pionierską. Był on finansistą twórczym, o niebywałej energii, który zapisał swoje imię złotymi zgłoskami w dziejach ekonomicznych ziem polskich pod zaborem rosyjskim. W dziele zbiorowym p. t. Dz ieje Gospodarcze Polski Porozbiorowej, wydanym pod kierunkiem St. A. Kempnera (Warszawa 1922) pełne osiem stronic zajmuje sprawozdanie referujące o działalności Leopolda Kronenberga w dziedzinie bankowości i postępu przemysłowego (I 161—168). „Osobistości równej mu pod względem finansowym, kraj nasz do chwili jego zjawienia się nie posiadał; stąd ogół nasz w każdym po yśle rozleglejszym finansowo-ekonomicznym zwracał myśl i spojrzenie na niego, pragnąc jego rady i pomocy. W postanowieniach swoich śmiały, w postępowaniu stanowczy, w przeciwieństwach wytrwały” (K. Wł. Wójcicki, Kłosy XXVI 249).
W uznaniu za jego owocną działalność dla dobrobytu kraju rząd rosyjski w r. 1868 zaszczycił go szlachectwem herbu Strugi.
Kronenberg jako twórca przemysłu miał w sobie coś z wodza-zdobywcy, pierwiastek iście napoleoński. Napotykanych po drodze współzawodników najsilniejszych kładł na łopatki. W walce z Janem Blochem, którą stoczył w r. 1873 wyszedł zwycięsko, wyparł tego mocarza finansowego z kolejnictwa Kongresówki. Odgłos tego mocowania się Kronenberga z Blochem znajdujemy w literaturze pięknej, w powieści Kraszewskiego p. t. Roboty i prace (Warszawa 1 875).
Zacięty i interesujący bój toczył się przez długi czas pomiędzy Kronenbergiem a grupą Epsteinów o kolej warszawsko-wiedeńską. Była to walka pomiędzy dwoma kapitałami. Za Epsteinami stał kapitał niemiecki, a za Kronenbergiem kapitał fran cuski; dokładniej mówiąc za Epsteinami znajdowało się konsorcjum zorganizowane przez niemieckiego frankfurckiego Rotschilda, a za Kronenbergiem również krył się wielki bankier Żyd, magnat francuski Pereire.
Kronenberg, jako przewidujący polityk gospodarczy wciągnął już w r. 1856 do swojego konsorcjum arystokrację polską (hrabiego Andrzeja Zamojskiego, hrabiego Augusta Potockiego, hrabiego Ksawerego Pusłowskiego, hrabiego Seweryna Uruskiego) i najbogatszego wówczas bankiera-Żyda warszawskiego Mathiasa Rosena i zrobił ze zmagania swego z Epsteinami, kapitału francuskiego z niemieckim, sprawę patriotyczną. Pojedynek ten trwał do roku 1869, i był głośnym w całym społeczeństwie polskim. Żmichowska wspomina w jednym ze swych listów, pisanym w r. 1869 „Agituje się ważna kwestia kolei wiedeńsko-warszawskiej. Warszawa industrialna podzielona na dwa obozy — konserwatystów i reformatorów, niemieckiego i miejscowego zarządu, albo jak mówi gawiedź, obóz Epsteina i Kronenberga“ (Listy II 109).
Z wycięstwo swoje Kronenberg oczywiście wykorzystał w sposób elegancki, po linii patriotyzmu w interesie społeczeństwa polskiego, w myśl haseł rzuconych podczas swej kampanii konkurencyjnej. „Nie zważając wcale na straty materialne usunął cały dotychczasowy zarząd kolei warszawsko-wiedeńskiej i warszawsko-bydgoskiej i ocalił je przed gnębiącym uciskiem niemieckim” (Kłosy XXVI 249) „ Od tej chwili kolej ta stała się przytułkiem dla sił polskich, którym władze rosyjskie broniły przystępu do innych placówek”. (Uwaga wydawcy do Korrespondencji Józefa Ignacego Kraszewskiego i Leopolda Kronenberga, Kraków, 1929, str. 20). Przy tym usuwaniu urzędników niemieckich będących w głównym zarządzie, napotykał Kronenberg wciąż, aczkolwiek nie baczył na to wiele, na wielkie trudności, spowodowane przez konsula niemieckiego barona Rechenberga, który dostarczał rządowi rosyjskiemu wiadomości o jego podejrzanej działalności politycznej (Kronenberg Leopold Julian, Wspomnienia, str. 49).
Kronenberg zreformował racjonalnie Statut Giełdy i Urząd Starszych Kupców .
II
Kronenberg był nie tylko genialnym kupce-przemysłowcem, rozumiejącym ducha czasu, ale wielkim patriotą polskim — działaczem, który szafował wielkimi sumami na cele publiczne.
W r. 1849 złożył on dla Biblioteki Warszawskiej, która wówczas była jedynym poważnym organem prasowym w Warszawie i znajdowała się w ciężkich warunkach, potrzebny fundusz i zapewnił tem u pismu dalsze jego istnienie.
W r. 1861 udało się Kronenbergowi uzyskać koncesję na nowy dziennik w języku polskim p. t. Gazeta Polska. Sukces ten polegał nie tylko na samym fakcie wywalczenia nowej placówki dziennikarskiej w ciemiężonej wówczas Kongresówce, lecz też na przymiotniku ,,Polski“. Rząd rosyjski, węszący wszędzie kramołę, udzielił mimo to Kronenbergowi, z uwagi na pozycję gospodarczą tegoż, zezwolenia na organ, który już w nazwie swojej mieści termin odrębności historycznej i politycznej narodu Piastów i Jagiellonów. Kronenberg interesował się ogromnie tą gazetą. Kraszewski informował go o wszystkich szczegółach redakcyjnych, jak świadczy o tym korespondencja.
Kiedy powzięto piękny zamiar wydawnictwa pomnikowego Encyklopedii Rolnictwa i wezwano Leopolda Kronenberga do wzięcia udziału, chętnie ofiarował swoją pomoc. Na tytułowej karcie czytamy, że wielka ta publikacja podjęta została przy współudziale „L. Krasińskiego, L. Kronenberga i J. Zamojskiego”. Nazwisko Kronenberga znalazło się w samym środku pomiędzy dwoma polskimi karmazynami ze starych rodów na kartce tytułowej wielotomowego zbiorowego dzieła, poświęconego nauce o uprawie ziemi.
Kronenberg założył w roku 1875 znaną Wyższą Szkołę Handlową, własnymi funduszami. Absolwenci tej uczelni nazywają się dotychczas Kronenberczykami, po ex-Żydzie fundatorze. Ufundował on również szkołę techniczną przy warsztatach kolei wiedeńskiej.
Leopold Kronenberg był też czynnym w pracy niepodległościowej w okresie powstania styczniowego. Należał on po głośnym zabiciu pięciu Polaków, dnia 24 lutego 1861 do delegacji, która się udała z prośbą do ks. Gorczakowa o zezwolenie na uroczysty pogrzeb. W mieszkaniu Kronenberga zbierali się mężowie zaufania onego czasu. Rząd rosyjski, uważając Kronenberga za jednego z agitatorów powstania, skazał go z całą rodziną, na banicję (Wieniawski, Pamiętniki, I, 232. K ronenberg, Wspom nienia, str. 27). Po kilku latach pobytu poza granicami imperium rosyjskiego, uzyskał Leopold Kronenberg w r. 1864 zezwolenie na powrót, jego dynamika gospodarcza była potrzebna krajowi. Miał on teraz połączyć lnią kolejową fortecę warszawską z fortecą w Brześciu Litewskim. Linię tę, długą 200 wiorst wybudował K ronenberg po powrocie w ciągu pół roku.
Kronenberg był zwolennikiem umiarkowanego progresu, postępu społecznego związanego z narodowością i religią. Program gazety swej wyłuszczył on w liście do Kraszewskiego z dnia 1 kwietnia 1859 „Tylko dobra wiara — praca sumienna bezstronność w traktowaniu kwestii poszanowania przeszłości, z wykazaniem dla nauki naszej, co było zgubnym — zachęta do postępu na zasadach człowieczeństwa opartego, zgodnie z ideą chrześcijaństwa czystego, a wszystko to na tle narodowym, było, jest i będzie ciągle naszą dążnością, tak w słowach jak i w czynach (str. 4 ) .
Kronenberg, wielki przemysłowiec-społecznik, szermujący hasłami chrześcijansko-narodowymi, cieszył się wielkim mirem u Polaków. Chwalono jego uniwersalność; jego tężyznę gospodarczą i obywatelkość. „On posiadał niepospolity dar wcielania w życie urządzeń społeczno-gospodarczych, przystosowanych do prądów czasu i mocno ufundowanych, a zawierających w sobie zarówno zadatki postępu ekonomicznego, jak pożytku narodowego. W tej najecięższej dobie naszego bytowania, łączył Kronenberg w sobie trzeźwe doświadczenie kupieckie z gorącym poczuciem obywatelskim. Był to bodaj pierwszy w Polsce działacz praktyczny, który interesy zawodowe: bankiera, kupca i przemysłowca ujął w całość rozciągłego programu społeczno-narodowego“ (Dzieje gospodarcze Polski I 160).
Kronenberg figuruje również w Albumie biograficznym zasłużonych Polaków, Warszawa 1903, wśród najznakomitszych osobistości polskich, pisarzy, artystów, wodzów. Czytamy
też o nim tam, że on ,,to nie tylko umysł szeroki, co wiele stworzył i zaprojektował rzecz niejedną, po nim dopiero wykonaną, to nie tylko przykład pracy wśród swoich i dla swoich, to nie tylko energia, ale i serce szlachetne, które kraj ukochało. A z serca tego płynęła i praca i energia i zasługa i wiara w przyszłość” (I 413). „Czy ograniczał się Kronenberg do tworzenia instytucyj tylko finansowych, choćby o szerokim, obywatelskim pokładzie…? Wszak współdziałał i przyczynił się do usiłowań urzeczywistnienia ideałów narodowych. I tu hojnym był, możnym nad wyraz, nad miarę, z zapomnieniem, narażaniem siebie, całego bytu swego. A naród mu wierzył — bo narodowi służył” (l. b. 421). Specjalne wspomnienie o Kronenbergu napisał w tym albumie Henryk Radziszewski.
Encyklopedia Trzaski, Ewerta i Michalskiego, aczkolwiek nieżyczliwa Żydom, sławi Kronenberga, że przez swoją fundację szkolno-handlową, starał się „przełamać wstręt szlacheckiego społeczeństwa do przemysłu i handlu“ .
Imponowało Polakom, że Kronenberg, materialista gospodarczy w życiu praktycznym, jako właściciel organów prasowych, miał swe spojrzenie skierowane nie w kierunku dochodowym, lecz duchowym. Kronenberg, obejmując w posiadanie Ga zetę Codzienną, pisał w liście wystosowanym do Bielawskiego, którego zaprosił do współpracy, następujące znamienne słowa: „Gazeta codzienna nie będzie oparta na rachubie, nie ma mi przynosić dochodów, przeciwnie, ma być przytułkiem dla wszystkiego co się w dziedzinie literatury i nauki pojawi u nas zdolnego, znakomitego i godnego poparcia” (Album Biogr., I 422). Oto człowiek rzadki, ecce homo, któremu brak naśladowców .
III
Leopold K ronenberg początkowo był uważany za intruza w społeczeństwie polskim. Dnia 28 maja 1856 pisał Konstanty Gaszyński do Siemieńskiego „Słyszeliśmy tu (w Baden Baden) że Kronenberg, bankier warszawski, zarekomendował w Berlinie posąg marmurowy Mickiewicza. Żydzi na mecenasów wychodzą. Wdzięczność to może, za idealizowanie Jankla w Tadeuszu” (Stanisław Kossowski, Wśród romantyków i romantyzmu, Lwów 1912, str. 312).
Jednak później zasadniczo się zmieniło. Uchodził on nawet u rdzennych Sarmatów za stuprocentowego Polaka, którego przeciwstawiano Żydom. Niwa w r. 1886 (XXIX, 841) zwalczając tezę Komitetu Giełdowego, który w piśmie do władz wspomniał o wielkich zasługach Żydów K rólestwa dla życia gospodarczego, że oni to głównie powołali do życia wszystkie instytucje kredytowe, czy też placówki przemysłowe (por. artykuł o Janie Blochu), — podkreśla, że to wszystko czynił nie Żyd, lecz Polak Leopold Kronenberg, na którego cześć intonuje tutaj hymn pochwalny, kadzi panegirykiem („Kiedy po ciężkim politycznym rozgromie roku 1864, kraj nasz zaczął na powrót nawiązywać porwane nici społecznej pracy, wystąpił na pierwszy plan człowiek wyposażony we wszystkie dane ekonomicznego przywódcy. Niezmierna bystrość poglądu, gruntowna znajomość stosunków ekonomicznych naszego kraju, rzadki talent organizacyjny, intucyjna zdolność oceniania wartości ludzi, -— obok prawego charakteru, oraz poczucie solidarności społecznej i obywatelskich obowiązków, były to przymioty jednające mu zaufanie i uznanie ogólne. Człowiek ten to ś. p. Leopold Kronenberg. Każdy krok Kronenberga w dziedzinie ekonomii, a nawet nieraz i ogólnie społeczny, wywierał wpływ nieledwie magiczny“ ).
Kroneberg mimo swego ścisłego złączenia się ze społeczeństwem polskim, nigdy nie zapomniał w zupełności o pniu, z którego wyszedł.
Dawał na żydowskie cele filantropijne, początkowo otwarcie. Znajdujemy go wśród ofiarodawców Żydowskiego Domu Schroniskowego w r. 1852, z kwotą rubli 300, — (Nusbaum, Szkice, str. 228), później zadawalał się dobroczynnością anonimową na rzecz Żydów. Żydzi sami nie chcieli korzystać z filantropii imiennej odstępcy. Oficjalnie jednak popierał on Stow. Handlowców-Żydów, które mu też nadało tytuł członka protektora.
Antysemityzm go bolał. Jednym z motywów, które nim kierowały do stworzenia własnego organu prasy, była chęć przeciwdziałania reakcji politycznej, która w latach przed powstaniem styczniowym dawała się Żydom we znaki. Było to w czasie procesu głośnego swego czasu Leśniewskiego z Gazety Warszawskiej z inteligencją żydowską w Warszawie, która go publicznie obraziła w otwartym liście za jego wybryki ksenofobiczne wobec Żydów, — Kronenberg postanowił stanąć na czele dziennika, który by mógł dać wyraz jego poglądom na sprawy społeczne i przytępić ostre przejawy ruchu antysemickiego. Nie chodziło mu wcale o pismo specjalnie filosemekie, ale sam fakt niepropagowania antyjudaizrnu ma swoją doniosłość społeczną. Monopol prasowy ciemnych żywiołów grupujących się około Gazety Warszawskiej miał zostać usunięty. Udało mu się to też wówczas w poważnej mierze. Kronenberg chciał zwalczyć nienawiść, złość ludzką, chociaż o Żydach starego typu miał złą opinię, zapożyczoną z nowego środowiska. Dnia 18 stycznia pisał Kronenberg do Kraszewskiego: „Słusznie p. Boguski utrzymuje, że prócz kilkunastu oświeconych Żydów, reszta jako gnój moralny uważana być może. Jednakże chociaż zresztą kwestia żydowska nie jest u nas najpierwszą i są inne daleko ważniejsze, wszakże los tego nieszczęsliwego plemienia, ani ustnym ani wyłącznie piśmiennym debatowaniem poprawić się nie da. Żeby zwrócić Żydów na drogę cnoty i prawości, potrzeba pomocy władzy i to pomocy nagłej, energicznej, trafnej. Takie jest przynamniej moje zapatrywanie”.
Leopold Kronenberg widział rozwiązane kwestii żydowskiej w asymilacji, w zerwaniu z formami przeszłościowymi konserwatywnego żydostwa; w tym celu finansował on organ żydowski w języku polskim p. t. Jutrzenka, którego redakcję poruczył Danielowi Neufeldowi, człowiekowi zresztą wartościowemu, który pojmował asymilację nie w duchu serwilizmu i posiadał znaczny sentyment i zrozumienie dla skarbów dziejowych judaizmu i kręgosłup wcale prosty, „Jutrzenkę” drukowano na tym samym papierze i tymi samymi czcionkami, co Gazetę Polską i łączyła świadomość żydowską z patriotyzmem polskim.
Leopold K ionenberg oddalony od żydostwa jako takiego, oderwany gruntownie od swego pnia, odczuwał w podświadomości swojej jeszcze zawsze rewerencję dla owego niezmordowanego dynamizmu dziejowego, kiorego przedstawicielem jest wieczny Żyd. Razu jednego w pewnym liście mówiąc o swych planach na przyszłość, przypomniał sobie legendarną postać „Żyda Wiecznego”, który ustawicznie kroczy od miasta do miasta, aż do sądu ostatecznego i siebie z nim porównywał: „Niczego nie lubię robić w połowie. Pan również jest tego zdania, że trzeba wszystko aż do dna wyczerpać. Więc idźmy zawsze i wciąż dalej bez spoczynku, jak Żyd Tułacz. Tak już iść będziemy do końca świata, a może i po końcu świata. Bądź co bądź zawsze dalej śmiało, wytrwale i z dobrą otuchą” (Kronenberg w liście do Kraszewskiego z dnia 2/VII 1862).
Po śmierci Kronenberga tygodnik „Izraelita” zamieścił serdeczny nekrolog (nr. 119, r. 1879), ale ani słówkiem nie wspomniał o jego stosunku do Żydów w jakimkolwiek znaczeniu; sławi tylko na ogół jego fantastyczny majątek i podkreśla jego wielką dobroczynność. „Zgasły słynął wielką fortuną na cały kraj i szeroko poza jego granicami. — Lecz rzadko, nader rzadko, rozgłos imienia kojarzy się tak ściśle z uznaniem zasług położonych na polu dobra powszechnego, rzadko szacunek dla przedstawcieli fortuny olbrzymiej jednoczy się z uczuciem wdzięczności za doznane dobrodziejstwa w setkach i tysiącach, jak to o ś. p. Kronenbergu powiedzieć można“).
Leopold Kronenberg był żonaty z Ernestyną Rozalią Leo, która jeszcze jako Żydówka została zapisana do metryki, a potem dopiero jako kilkuletnie dziecko w r. 1831 otrzymała luterański chrzest wraz z ojcem swoim Leopoldem Augustem, głośnym swojego czasu lekarzem, pochodzącym z Prus Wschodnich czy też z Leszna. Bratu swej żony, Wiktorowi Edwardowi Leo (1828-1901) ochrzczonemu również w r. 1831 poruczył on po ustąpieniu Kraszewskiego redakcję Gazety Polskiej.
Leopold Kronenberg miał braci: 1) Ludwika (1793-1882), agenta Banku Polskiego, agenta giełdy warszawskiej, który pozostał przy żydostwie i był członkiem Komitetu Synagogi przy ulicy Daniłowiczowskiej, 2) Stanisława Salomona (1809— 1843) doktora medycyny, ordynatora szpitala św. Ducha, którego córka wyszła za bankiera Aleksandra Bogumiła Oppenheima w Paryżu, 3) Henryka Andrzeja, doktora medycyny, naczelnego lekarza szpitala dziecięcego w Moskwie, prezesa rady opiekuńczej na Pradze w Warszawie, rzeczywistego radcę stanu (1874), nobilitowanego w r. 1875 z herbem Koroniec, żonatego z Katarzyną Sevirand; z małżeństwa tego pochodził syn Wiktor, (1840— 1905) adwokat przysięgły, który był radcą prawnym i wiceprezesem kolei fabryczno-łódzkiej, 4) Wła dysława Alfonsa (1814— 1893) urzędnika do szczególnych poruczeń, kierującego służbą Administracji Rządowej Dochodów Skarbowych w Królestwie, kawalera orderu św. Stanisława III (Reychman, str. 111- 115).
SYNOWIE LEOPOLDA KRONENBERGA
I) Stanisław Leopold Kronenberg (1840-1894) był od r. 1878, od czasu śmierci ojca, prezesem zarządu Drogi żelaznej Terespolskiej, prezesem zarządu Banku Handlowego w Warszawie, dziedzicem dóbr Wieniec, Wolica, Gustorzyn; ożenił się z Elżbietą Półtoracką. Stanisław Leopold Kronenberg jako zarządca dróg żelaznych i innych instytucyj, musiał stosować środki bardzo ostrożne i subtelne w najgorszych czasach ucisku carskiego i rusyfikacji, „w celu uratowania Polaków od usuwania ich z posad“ (Leop. Julian Kronenberg, Wspomnienia, str. 37). Kontynuował on też linię społeczny ojca swego, był inicjatorem i głównym założycielem tak pożytecznej instytucji jak Kasa Mianowskiego. W swej młodości, podczas wojny prusko-francuskiej należał Stanisław Kronenberg do tych Polaków, którzy pośpieszyli na pole walki, by pomóc starej sojuszniczce Polski, zagrożonej w swej egzystencji przez żołdaków pruskich. Został on tam promowany na porucznika na polu walki, a później otrzymał Krzyż Legii Honorowej. Stanisław Leopold Kronenberg ogłosił wspomnienia wojenne w języku francuskim p. t. Quelcques souvenirs et appreciations d’un officier d’Infanterie, Paris, 1871. Pisał o nim Kraszewski w Ateneum II 526-540.
2) Władysław Leopold Kronenberg (1824-1892) wybitny muzyk i filantrop, wielki ofiarodawca na cele dobroczynne i społeczne, był żonaty z Małgorzatą Łucją Chevreaux.
3) Leopold Julian Kronenberg (1849-1937) odziedziczył po ojcu i braciach olbrzymi majątek i naczelne stanowiska w różnych instytucjach gospodarczych, prezesurę zarządu kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, prezesurę zarządu Banku Handlowego, kierownictwo gospodarką wiejską w dziedzicznym majątku Strugi.
Poza majątkiem, był Leopold Julian obywatelem, patriotą, człowiekiem o wielkiej kulturze, melomanem, który również społecznie starał się wyżyć, jednak zawsze po linii filantropii o kolorycie mocno patriotycznym, lub też religijno-chrześcijańskim.
Jemu swe istnienie zawd zięczają: Towarzystwo Dobroczynności w Warszawie, Zakład św. Salezego na Tamce, Za kład dla sierot im. Jachowicza i szereg innych.
Za czasów carskich wywalczył on budowę pomnika Mickiewicza w Warszawie, i był też współtwórcą gmachu politechnicznego.
Wraz z Emilem Młynarskim i Aleksandrem Rajchmanem był on założycielem Filharmonii warszawskiej, sam też był kompozytorem i wielokrotnie dyrygował koncertami tamże.
Już w Polsce niepodległej, mimo podeszłego wieku, nie ustaje w ożywionej działalności. W okresie plebiscytu śląskiego był on inicjatorem i duszą Komitetu Zbiórki na Fundusz Śląski. Poza tym budował Leopold Julian Kronenberg szereg kościołów we wsiach, stanowiących jego własność, ofiarował księgozbiór z 10000 tomów dla biblioteki im. Asnyka w Kaliszu i t d.
Leopold Julian Kronenberg za swe zasługi na polu gospodarczym i społecznym uzyskał w roku 1897 baronię od rządu rosyjskiego.
W ostatnich latach swego życia ogłosił Leopold Julian Kronenberg kilka broszur a mianowicie: Wspomnienia (króciutkie pamiętnikowe reminiscencje), O muzykach (spostrzeżenia o artystach), oraz po francusku (Dernières années du regne de Napoleon III, Souvenirs d ‘un temoin oculairc, Varsovie 1936). W tej ostatniej publikacji opisuje on wystawę paryską w r. 1867 oglądaną przez niego w wieku chłopięcym, oraz daje on wspomnienia z okresu wojny prusko-francuskie.j (1870—71) i kreśli też stan sztuki i nauki Francji za czasów drugiego cesarstwa; wszystko rzecz jasna pobieżnie, urywkowo, po pamiętnikarsku.
W ostatnich broszurach Kronenberga znajdujemy często poglądy o skrajnie nacjonalistycznym endeckim nastawieniu. Dowiadujemy się z jego „Wspomnień”, że „Stronnictwo narodowo-demokratyczne — rozwijało bardzo pożyteczną działalność narodową, która gruntownie utrwalała w naszym narodzie zasady narodowe porządku społecznego i nieodzownej walki z prądami socjalno demokratycznymi”. Leopold Julian Kronenberg potępiał socjalną-demokrację za jej antynarodowość, gdyż była tym elementem „który stawiał przeszkody stronnictwu narodowemu do kształcenia mas ludowych w kierunkach trzeźwo narodowych” (str. 122—123). Dmowski, wódz endecki, jest dla niego człowiekiem opatrznościowym „człowiek szerokiego umysłu i niepospolitej wiedzy, posiadający niewątpliwie kwalifikacje na męża stanu”, chociaż przyznaje, że „pewna krańcowość rzuca drobny cień na te kwalifikacje, jednak nie ujmuje ona zalet, jakie on objawia w swojej działalności” — „Stworzony przez niego Obóz Wielkiej Polski, jest dowodem wielkiego rozumu i wielkiej troski o przyszłość nowych generacyj” (ib. str. 106). Tak samo wyraża się on przychylnie o innej osobistości, kiedyś przez endeków sławionej „Paderewski, wielki Polak, wielki umysł, wielki charakter, wielkie serce, wielki artysta, wielki muzyk, — jednym słowem wielki człowiek” (O muzykach).
Leopold Julian Kronenberg uważał się za stuprocentowego chrześcijanina. Wzmiankuje z lubością w swych Wspomnieniach jak pobierał w szkole naukę religii chrześcijańskiej. Uszczypliwości pod adresem Żydów nie znajdują się w jego pismach, chyba wzmianka przypadkowa zabarwiona politycznie, o tym, że z chwilą zwycięstwa bolszewików w zarządzie sowietów, zajęli stanowiska głównie Żydzi działajacy pod płaszczykiem rosyjskich nazwisk, i że widział w Petersburgu jakąś delegację bolszewicką o bardzo wyraźnym typie semickim, pozatym wzmiankuje o Żydach zupełnie przedmiotowo; przpomina zupełnie objektywnie pewien fakt, który zaszedł kiedyś w Filharmonii: ze względu na to że nie przyjmowano z zasady Żydow, postanowili Żydzi bojkotować tę instytucję „a ponieważ najliczniejszymi amatorami i wielbicielami muzyki byli i są u nas Żydzi i oni prawie w całości wypełniają salę Filharmonii”, w konsekwencji bojkotu słuchała bardzo wyborowej muzyki w Filharmonii, tylko bardzo szczupła garstka ludzi w raz z nieliczną młodzieżą szkolną i uniwersytecką, wpuszczaną za darmowymi biletami. — Dopiero po zaangażowaniu kapelmistrza Birnbauma i przyjęcia pewnej ilości zdolnych artystów Żydów , bojkot został przełamany (str. 165).
Podczas wojny światowej przebywał Leopold Julian Kronenberg w Petersburgu, otrzymał z ramienia Czerw. Krzyża kierownictwo wydziału ekspedycji aprowizacyjnej dla armii północnej. Później pozostał on przymusowo przez pewien czas pod bolszewikami i w drodze zamiany wrócił do Polski.
Leopold Julian Kronenberg ożenił się ze słynną swego czasu śpiewaczką dramatyczną Józefinę Reszke (1856-1891). Pisze on o niej już w późnym wieku w swych Wspomnieniach, że w końcu lat 70-tych i w początku 80-tych zeszłego stulecia, święciła kolosalne triumfy w Paryżu, Hiszpanii, Anglii i Włoszech: „znakomta wówczas śpiewaczka dramatyczna Józefina Reszke, która obdarzona wyjątkowo pięknym głosem o bardzo obszernej skali, mogła wydobywać niezwykłe dramatyczne akcenty“.
Syn jedyny z tego małżeństwa Leopold Jan Kronenberg nie odznaczył się w życiu gospodarczym. Skończył sie złoty łańcuch tężyzny handlowej. Podczas Wielkiej Wojny uzyskał on w armii rosyjskiej rangę porucznika i krzyż św. Jerzego za męstwo. Później wstąpił on w tej samej randze do korpusu generała Dowbór-Muśnickiego. Leopold Jan baron Kronenberg zaślubił Wandę de Montalto.
KRYSIŃSCY
Jeden z najpoważniejszych i najobrotniejszych frankistów był Jehuda syn Nosena. On podpisał wraz z Salomonem Szorem, późniejszym Franciszkiem Wołowskim, supliki wystosowane dnia 16 maja 1759 przez ogół frankistów do króla polskiego oraz do prymasa, brał również udział w dyspucie kamienieckiej i lwowskiej (Kraushar, I, 139, 150) i uchodził w okresie masowego przejścia frankistów na chrześcijaństwo u ludu polskiego we Lwowie za ich naczelnika (Pamiętniki Thulliego, Przewodnik Literacko-Historyczny, XXIII, 372).
Jehuda syn Nossena (Natana) po chrzcie nazywał się Dominik Antoni Krysiński. Byli jeszcze inni Krysińscy spośród frankistów ochrzczonych: Walenty Krysiński, który w gronie najwierniejszych odwiedził Franka w Częstochowie (ib. I, 223), Jan K rysiński (ib. I, 371), oraz Józef Krysiński, chrzczony w Warszawie.
Nobilitowani Krysińscy herbu Leliwa
W herbarzu Uruskiego (VIII, 103) oraz Bonieckiego (XIII, 387) czytamy, że w r. 1793 zostali uszlachceni następujący Krysińscy: Krysiński Jan, kapitan artylerii, Ksawery, późniejszy generał audytor wojsk polskich, Walenty i Maciej chorąży w wojsku litewskim, oraz Dominik, późniejszy ekonomista. Poważniejsze znaczenie w społeczeństwie uzyskali Ja , Ksawery i Dominik; omówimy każdego z nich z osobna.
Generał Jan Krysiński
Jan Krysiński kapitan artylerii w wojsku polskim w r. 1793, ukazuje się w roku 1831 początkowo jako pułkownik, a później jako generał brygady i komendant twierdzy Zamościa (Źródła do dziejów wojny polsko-rosyjskiej, Warszawa, 1931, II, 108, 271 , III, 6, 9 7 , IV , 40) .
Bliższe szczegóły o nim znajdujemy u Prądzyńskiego (I , 277, 576, II, 321, III, 166, IV, 194). Pisze ten o Janie Krysińskim, że „był z familii neofitów, którzy się godnymi ludźmi i bardzo dobrymi Polakami zrobili”. Jan Krysiński był człowiekiem nadzwyczaj czystych rąk: „Za Konstantyna był on zrazu dowódcą baterii, którą utracił dlatego, że on może jeden między pułkownikami, żadnych nie chciał ciągnąć z niej zysków“.
Gdy wybuchła wojna polsko-rosyjska z końcem listopada 1830, otrzymał wkrótce Jan Krysiński od naczelnej komendy polskiej nominację na komendanta twierdzy Zamościa, gdzie też niebawem pokazał co umie. Prądzyński przytacza zdanie generała Dwernickiego o Krysińskim „Pułkownik Jan Krysiński jest nieoceniony w gorliwości o dobro tak garnizonu, jak i mego korpusu. Pułkownik Krysiński wiele mi dopomógł a szczególnie do urządzenia arytlerii“.
Jan Krysiński jako komendant Zamościa nie zamknął się w murach twierdzy w oczekiwaniu pasywnym na sposobność obrony. Prądzyński opowiada jak razu jednego w toku wypadków wojennych roku 1831, Krysiński, dowiedziawszy się z przejętych rozkazów Dybicza do Kreutza o rozłożeniu i zamierzonych ruchach trzech batalionów rosyjskiego korpusu litewskiego, wysłał cztery kompanie piechoty wraz z działami na wozach do Uściługa, które też wpadły do miasteczka niespodzianie. Batalion rosyjski, zaskoczony, został rozbity, pięciu oficerów i 360 żołnierzy rosyjskich dostało się do niewoli. W ręku Polaków pozostała też chorągiew, którą wraz z całym łupem do Zamościa
w triumfie zawieźli.
Sukces Krysińskiego nie polegał na samym rozbiciu kilku oddziałów rosyjskich, miał on strategicznie o wiele większe znaczenie. Informuje nas o tym Barzykowski w swej Historii
powstania listopadowego, Poznań 1882, str. 294: „Pułkownik Krysiński, dowódca twierdzy zamojskiej, przezorny oficer, dowiedziawszy się o tym, że Bobikow idzie na pomoc generałowi rosyjskiemu Kreutzowi, od gońca przejętego przez straż bezpieczeństwa powiatu hrubieszowskiego odprowadzonego do Zamościa, uważał za konieczne pójść na pomoc Dwernickiemu i w tym celu przedsięwziął wyprawę na Uściług… chciał rzucić postrach i tym samym połączeniu się rezerw z Kreutzem przeszkodzić… Wyprawa jak najlepiej się udała… W Uściługu po raz pierwszy zabrzmiały działa polskie na ziemi ruskiej i zapowiedziały zbliżanie się wojsk polskich do uciśniętych braci. Kreutz przelękniony aż za Wieprz i Łęczno się cofnął”. Generał Józef Dwernicki w swych Pamiętnikach (Lwów 1870) tak samo podkreśla doniosłość zwycięstwa Krysińskiego, że przeszkodził korpusowi rosyjskiemu Kreutza, zajmującemu wówczas województwo lubelskie, w łączeniu się z dalszym wojskiem rosyjskim. „ To niespodziane z zjawienie się żołnierzy polskich tak groźne w skutkach, przejął strachem oddziały nieprzyjacielskie, zajmujące inne punkty, z których nagle cofnąwszy się dopiero w łucku nad Styrem zebrane zostały”. Franciszek Wężyk, kasztelan-senator, b. prezes krakowskiego Towarzystwa naukowego pisze o załodze Zamościa, że dobrze się zasłużyła ojczyźnie” (Powstanie Królestwa Polskiego w r. 1830/1831, Kraków 1895).
Wacław Tokarz, nowoczesny historyk powstania listopadowego (Wojna polsko-rosyjska, Warszawa, 1930), zna tylko pochwały dla Jana Krysińskiego: „Komendant Zamościa, ruchliwy i energiczny pułkownik Jan Krysiński, urządzający już poprzednio drobne wyprawy z twierdzy, zorganizował napad na stojący w Uściługu batalion Żytomierskiego pułku piechoty” (str. 216).
Jan Krysiński uwiecznił się w historii powstania listopadowego tym, że był ostatnim dowódcą wojskowym, który kapitulował przed Rosją, a to z bronią w ręku, niezwyciężony. Pod dał się, bo prócz niego już wyemigrowało wszystko, albo też legło pod jarzmo triumfującego caratu. Dalsza walka byłaby niepotrzebnym rozlewem krwi.
Tokarz donosi „Zamość blokowany od dawna przez Kaisarowa, nie wiedząc w końcu nic o położeniu ogólnym, nie chciał się poddać nawet po kapitulacji Modlina. Krysiński oświadczył, że nie może polegać na informacjach nieprzyjaciela o upadku Modlina i przejściu armii do Prus. Wywołało to oburzenie w Petersburgu. „Panowie Ci, pisał Czernyszew do Paszkiewicza, i ich dowódca zasługują na surową lekcję. Później nadszedł rozkaz, aby załodze Zamościa dać dwa dni do zastanowienia się, a po upływie tychże wziąć się do szturmu bez żadnego pardonu i obciążyć odpowiedzialnością komendanta i jego doradcę. Na szczęście Kaisarow, szef oblegującej armii zgodził się już poprzednio na to, aby załoga wysłała trzech oficerów do Warszawy i Modlina w celu zbadania stanu rzeczy. Po otrzymaniu informacyj od oficerów własnych, dopiero Zamość kapitulował.
Jan Krysiński stojąc na czele twierdzy Zamościa pokazał nie tylko jak dzielnym, ale też jak wiernym Żyd być umie.
Jan Krysiński, który jako komendant Zamościa ze swoją załogą, wielki zakres kraju na około samej twierdzy, to znaczy, znaczną część województwa lubelskiego zajmował, cieszył się wielkim mirem u ludności. Prądzyński wspomina o tym, że „od całej ludności gorliwie doznawał pomocy”.
Audytor generalny Ksawery Krysiński
Jeske-Choiński przemilcza zupełnie Jana Krysińskiego, czyni jednak wzmiankę w swym spisie neofitów o Ksawerym Kry sińskim bracie jego, który był generai-audytorem wojsk polskich.
Ksawery Krysiński pozostawił po sobie publikację następującą: Prawa karzące wojskowe, wypisane z księgi praw pod tytułem Le guide des juges militaires Xawerego Krysińskiego audytora generalnego wojsk polskich (w francuskim kontekście: auditor gen. de l‘armée royale polonaise) przełożone i z dołączeniem wzorów, skarg, inkwizycyj, wotowań i wyroków. We Warszawie 1824.
Żydowskie pochodzenie generał-audytora Ksawerego Krysińskiego było swego czasu ogólnie znane w Warszawie. Prądzyński opowiada o tym w związku ze zajściem, jakie miał
z niejakim Kąsinowskim, urzędnikiem Komisji rządowej wojny, z którym był w zażyłości „Szli raz obaj starce ulicą. Kąsinowski opowiadał Krysińskiemu rozwlekle pewne zdarzenie, gdy wtem pies przyczepił się do niego i warcząc za nimi idzie. Kąsinowski kilka razy odpędza psa: a pójdziesz. Ale pies bynajmniej spłoszyć się nie daje. Na koniec Kąsinowski zniecierpliwiony, zatrzymuje się i mówi: a cóż u licha, myślałby kto, że Żyda poczuł. Ale zaledwie mu się te słowa wyrwały, zwraca uwagę na Krysińskiego i nuż go przepraszać: Wybacz Kolego. Dalipan, że nie chciałem Ci przemówić (I, 277).
Ksawery Krysiński miał syna Tomasza, żonatego z Barbarą Rydecką frankistką, których syn, urzędnik w Cesarstwie wylegitymował się z szlachectwa w roku 1839 (Urski VIII, 109).
Dominik Krysiński
Brat powyższych Dominik Krysiński (1786—1853) nobilitowany razem z rodzeństwem już jako siedmioletnie dziecko, wybił się w dziedzinie ekonomii oraz też w życiu politycznym kraju.
Barzykowski w swej Historii Powstania listopadowego (Poznań, 1882, II, 85) opowiada o nim „deputowany wychrzta, za młodu guwerner i towarzysz za granicą hrabiego Działyńskiego, co dało mu sposobność zwiedzić obce kraje i słuchać znakomitych profesorów na uniwersytecie berlińskim i paryskim. Wyniósł on z tego korzyści, oddawszy się szczególnie ekonomii politycznej w Paryżu. Kiedy wrócił z Działyńskim do Polski, dostał od niego sto tysięcy złotych gratyfikacji i w Warszawie za wielce mądrego ogłoszony, został mianowany profesorem uniwersytetu warszawskiego do nauk politycznych, wykładał je z wielką emfazą, ale i pożytkiem. Był to człowiek dowcipny, bystry, ale mało orginalny“.
Dominik Krysiński już w 21 roku życia był członkiem słynnego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Nauczał w Szkole Prawa w Księstwie Warszawskim z wielkim pożytkiem dla słuchaczy, za co otrzymał pochwałę od ministra Łubieńskiego. Swoją katedrę ekonomii politycznej uzyskał Dominik Krysiński w r. 1817, zaraz po utworzeniu wszechnicy, ale długo tutaj nie wytrzymał. Po roku z przyczyn od niego niezależnych musiał się usunąć od katedry.
Krysiński brał i po utracie katedry nadal aktywny udział w życiu naukowym społeczeństwa. Od roku 1828 był on prezydiującym wydziału Umiejętności w Towarzystwie Przyjaciół Nauk. Z biegiem czasu został zaszczycony członkostwem Akademii Paryskiej.
Dominik Krysiński ogłosił liczne prace fachowe, jużto jako oddzielne książki (O ekonomii politycznej, Warszawa, 1812), jużto w rocznikach (O arytmetyce politycznej, tom XXI, Niektóre myśli o gospodarstwie narodowym, tom XXII).
Krysiński nie był z rodu uczonych izolujących się na wysokiej turni swych badań naukowych i swej teoretycznej wiedzy, z dala od bieżącego życia ogółu społeczeństwa. Brał on udział w życiu publicznym, gdzie jego wiadomości z zakresu ekonomii się przydawały. Posłował na Sejm wielokrotnie. Dwa razy w latach 1820 i 1826, a później w okresie powstania listopadowego wszedł do Sejmu jako deputowany w marcu roku 1831 z VIII cyrkułu Warszawy.
Współcześni relacjonują o jego działalności poselskiej chlubnie, że gdy jako „deputowany został on mianowany członkiem deputacji prawodawczej, zrzekł się płacy do tego stopnia przywiązanej”. Odznaczał się on zdolnościami retorycznymi. — Był on „znany z pieknej wymowy, jak zarazem i dowcipu“ (Wójcicki, Cmentarz Powązkowski, III, 183). Z dumą wspomina o jego walorach parlamentarnych frankista współczesny Jan Czyński (Israel en Pologne, str. 52).
Powstanie listopadowe rozpłomieniło cała jego energię. Drukował podburzające artykuły przeciwko Moskwie (Kraushar, Towarzystwo Przyjaciół Nauk, IV, 306).
W Sejmie był Krysiński zawsze posłem opozycyjnym. Uważał za swój obowiązek odsłaniać błędy i nawoływać do naprawy. Od pierwszej chwili insurekcji listopadowej wzywał do uzdrawiania stosunków wewnętrznych, do usprawniania ad ministracji finansowej, do sanacji machiny państwowej w duchu demokracji, celem umożliwienia odbudowy Polski. Wydał on wówczas cały szereg ulotek politycznych, krytykujących Sejm i dyktaturę Chłopickiego.
Przeciwnicy jego twierdzili, że wziął się do pióra, ponieważ miał żal do społeczeństwa, iż o nim w chwili wybuchu powstania zapomniano i nie powołano go na ministra (Barzykowski, II, 87).
Dla ilustracji jego poglądów, jego szczerego przejęcia się sprawą niepodległego państwa polskiego, oraz też jego prawdziwego demokralyzmu, wzorowanego na najlepszych przykładach zachodnio-europejskich, zacytujemy tutaj niektóre wyjątki z wspomnianych ulotek. Są to rzeczy od dawna na ogół zapomniane.
W ulotce zatytułowanej „Niektóre uwagi nad tym posiedzeniem Izby poselskiej, które się dyskusją o projekcie Rządu zajmowało”, pozwolił sobie Krysiński otwarcie oświadczyć „niedołężna ręka ministra w tej chwili może być zabójcza” — Złożył to oświadczenie, nie z racji jakiegoś rewolucyjnego burzycielstwa. „Co do mnie, czy trzeba mi dowodzić, że ciągle hołdowałem i hołduję świętym i zachowawczym zasadom? — Któż więcej ode mnie pragnie, aby ich panowanie w kraju rozszerzane było? Lecz pytam się, czy nie mogę zajść pewne okoliczności, w których konieczność jest pierwszą zasadą? Naród w obecnym niebezpiecznym położeniu, w chwili całą przyszłość stanowiącej, powinien się był w wyborze władzy wykonawczej otoczyć wszystkimi praktycznymi rękojmiami”.
W innej ulotce sygnowanej jako pierwsza, zaraz po wybuchu powstania, występuje on między innymi z krytyką przestarzałego feudalizmu pozostałego z czasów przebrzmiałych, który utrudnia swobodny rozmach sił narodu polskiego w jego najcięższych chwilach. Czynił to Krysiński ze stanowiska polityki państwowej z dużym zrozumieniem dla układu sił w ustrojach parlamentarnych u wielkich narodów najbardziej oświeconych. Panowie polscy „nie są w stanie pojąć prawdziwej dzisiejszej (— rok 1831 — ) europejskiej w państwach konstytucyjnych arystokracji. Nie wiedzą, że arystokracja jako kombinacja polityczna uważana, jest elementem niezbędnym w organizmie państw, elementem ciągle walczącym przeciw elementowi demokratycznemu, by ten w demagogię nie był zamieniony, tak nawzajem rozwijający się swobodnie element demokratyczny, nie pozwoli powstać oligarchji. Z tej walki, którą jeszcze zbawienna zachowawcza władza moderuje, pozostaje ten harmonijny układ polityczny, do którego ludzie przy swych ułomnościach i wadach dojść mogą. Takiej arystokracji feudaliści nie pojmują”.
Krysiński wytknął też, że arystokracja rodowa, swoje wybraństwo zanadto ciasno rozumie. „Nie pojmują, że rozmaitego rodzaju jest arystokracja — że istnieje arystokracja siły, rozumu, cnoty, honoru, wewnętrznej godności, talentów, nauk i niepodległości z położenia majątkowego wynikającej, — oni nie znają, tylko jedną najwięcej od szczęśliwego trafu zawisłą arystokrację, to jest arystokrację urodzenia. — Ta ma dla nich coś czarującego, — chcieliby do niej całą zacność narodu przywracać. Wszystko co nie nosi imienia historycznego, wszystko co nieobjęte Niesieckim, Paprockim, lub Wielądkiem, nie powinno do narodu należeć. — Dla nich każdy człowiek nowy, który własną energią, własnymi siłami, i zdolnościami wywalczy, pomimo największych przesądów i zaporó , zaszczytne towarzyskie położenie, jest zabijającą trucizną“.
Oto jędrne słowa demokraty, patrzącego pod kątem widzenia pozytywnej ekonomii sił w społeczeństwie. Ta sama myśl podniesiona też w tej ulotce w innej formie. „Niepodległość towarzyska, pracą, przemysłem zdobyta jest u nich w pogardzie. Tylko w atmosferze wspomnień historycznych lub herbowych zaszczytów oni oddychać mogą swobodnie. Znam jednego znakomitego Polaka, dla którego ta atmosfera tak dalece drugą stała się naturą, że usta jego przyzwyczajone do wymawiania samych arystokratycznych imion, nie mogły się przez długi przeciąg czasu przyzwyczaić do wymówienia bez pomyłki historycznego imienia jednego ze znakomitych profesorów uniwersytetu warszawskiego“.
W ulotce Krysińskiego po wybuchu powstania, znaczonej numerem trzecim, woła on nadal donośnym głosem „przeciw zbrodniczym nadużyciom”, cytuje jako krytyk gospodarki finansowej, przykłady dzielnych ministrów Skarbu we Francji (Sully, Colbert) i Anglii (Pitt) i powiada „co szczególniej znamionuje europejską finansową epokę, to jest to, że kiedy Sully, Colbert, Neker znagleni byli mozolną pracą i długą nauką śledzić jak najskrupulatniej główne źródła pomyślności narodów, na której się jedynie opiera trwała pomyślność skarbowa, nasz minister skarbu Lubecki, porzucając ten bity gościniec, unosi się niesłychanym lotem a bez najmniejszego naukowego lub praktycznego usposobienia, bez najmniejszego zgłębienia przyczyn bogactw i pomyślności narodów, sam w własnym natchnieniu pojmuje system nowy podźwignienia upadłego Królestwa Polskiego finansów”.
Patriota Krysiński nie chciał niczego zasłaniać, ukrywać ze szkodą dla interesu ogółu. Diagnoza dobra, rozpoznająca istotę choroby, to pierwszy najważniejszy krok w lecznictwie. Krysiński uważał za konieczne piętnować nadużycia. Na innym miejscu tej samej ulotki powiada on „Niedołężny zarząd Ministerstwa Skarbu Węgleńskiego wraz z karygodnym marnotrawstwem grosza publicznego nieboszczyka księcia Namiestnika, postawiły stan naszych finansów na brzegu przepaści. Taki jest zawsze skutek, kiedy na czele spraw publicznych, stawają ludzie, którzy dla braku dzielności w charakterze, nie umieją się w pierwszej chwili oprzeć nieprawym wymaganiom, oprzeć temu wszystkiemu co nosi cechę nadużycia lub występku”.
Krysiński gromił wyższe instancje za tolerowanie nadużyć „w rządzie konstytucyjnym nie ci są występnymi, którzy bezpośrednio dopuszczają się zbrodni, dopuszczając się występku lub nadużycia, ale ci którzy na wysokim szczeblu hierarchii władz publicznych zostając, patrzą obojętnie na popełnione zbrodnie, występki i nadużycia”.
Krysiński we wspomnianej ulotce oskarża Zajączka, że przez marnotrawstwo grosza publicznego, postawił stan naszych finansów na brzegu przepaści.
Krysiński głosi chwałę fachowości i przypomina, że jako deputowany nie przychodził na posiedzenia, gdy w r. 1820 roztrząsano nowy projekt procedury karnej, bo „prawa się nie
uczył, zna się tylko na cyfrach” jako ekonomista i pragnąłby, aby wszędzie w państwie tylko fachowcy mieli ster w ręku.
Wszechwiedzy nie uznaje. Krysiński wytyka ministrowi Staszicowi: „Staszic, którego imię z wielu przeważnych względów, a mianowicie z tego co dla rozwinięcia nauk matematycznych i fizycznych dawniej w kraju naszym zupełnie zaniedbanych uczynił, — chcąc być niestety uniwersalnym, miał niczym niepohamowaną manię mieszania się do praktycznej administracji, o której nie miał najmniejszego wyobrażenia”.
Krysiński w Sejmie roku 1831, jako daleko widzący Europejczyk, ganił ostro niedołężność dyplomatyczną rządzącej grupy arystokratycznej, która niczego nie nauczyła się i nie dorosła do zadania w decydującej dla narodu chwili. Pierwsze jego przemówienie w kwietniu tegoż roku było dojmującą krytyką dyplomacji polskiej rządu narodowego. Dowodził on, że niedoświadczenie czyli niezręczność sprawiła stan obecny. Krysiński domagał się w Sejmie, aby rząd złożył wszystkie papiery ściągające się do zewnętrznych stosunków. Równocześnie domagał się on, aby ministrowie byli mianowani nie przez Rząd, lecz przez Sejm.
Przemówienia Krysińskiego w Sejmie wzmacniały kręgosłup opozycji, „wystąpienia gwałtowne jego, który używał pewnej reputacji uczonego i pewnego wzięcia — dodało otuchy i tak zuchwałej Nowej Polsce i coraz bardziej rozkiełznywała swoje pióro”, pisze Barzykowski (II, 88 , autor nastawiony na prawo.
Przeciwnicy Krysińskiego posądzali go, że sprężyną jego działalności opozycyjnej, jest ambicja osobista, chęć wejścia do rządu. Były kasztelan-senator Królestwa Kongresowego, Franciszek Wężyk, pisze: Świadomi rzeczy twierdzili, że Krysiński pragnie zostać ministrem „i w rzeczywistości przeciwnicy reformy rządu, chcąc Krysińskiego pozyskać, obiecywali mu w nagrodę ministerstwo Skarbu. Nie mógł się na tej posadzie utrzymać Alojzy Biernacki dla niedołęstwa swego… Izba poselska domagała się innego szafarza grosza publicznego. Trzech członków rządu dało swe głosy za Krysińskim. Lecz stanął w opozycji Czartoryski i upadł z ministerstwa Krysiński” (Franciszek Wężyk, Powstanie Królestwa Polskiego, Kraków 1895, str. 148). Konserwatywny Czartoryski nie chciał postępowca.
W podobny sposób referuje o Krysińskim wspomniany już wyżej Barzykowski, który jako zachowawca nie chciał w Krysińskim dopatrywać się czysto ideowych umotywowań. Wspominając o jego krytyce dyplomacji rządu powstańczego, zauważa Barzykowski: „Krysińskiemu zdawało się, iż był natus na ministra skarbu. Teraz zachorował na dyplomację i pojąć nie mógł, jak dyplomacja krajowa, bez niego obejść się może, skoro on nie jest ministrem spraw zagranicznych a przynajmniej ambasadorem i to ambasadorem do dworu wiedeńskiego” (III, 274).
Dominik Krysiński był człowiekiem o wielkich walorach i jeszcze większych możliwościach, które jednak nie wszystkie znalazły okazję do realizacji. Dobry żaglowiec nie może się obejść bez wiatru. Potomność o nim, dzielnym i mężnym pionierze demokracji, postępu, myśli europejskiej na glebie Sarmacji w zupełności zapomniała. A szkoda. Oto los wychrztów. Dla Żydów był w zupełności obcym, a obcy znów mu pochodzenia nie przebaczyli. Sam Dominik Krysiński o Żydach nigdzie w swych przemówieniach czy broszurach nie wspominał. Ale cóż z tego, inni pamiętali i pogrążyli go w nurty Lety.
Dominik Krysiński pozostawił synów Zygmunta, mecenasa w Warszawie, Michała, urzędnika w rządzie gubernialnym warszawskim i Ksawerego, prokuratora sądowego.
Zygmunt Krysiński, syn Dominika, grał ongiś wybitną rolę w palestrze warszawskiej „ukończył dwa wydziały, prawny i matematyczny, posiadał nadzwyczajną biegłość w układaniu zawiłych planów klasyfikacyjnych i rozstrzyganiu kwestyj hipotecznych” — „Niezrównany typ palestranta starej daty o którym krążył niewyczerpany zasób facecyj i anegdot z prawniczego świata — „Była to natura nawskroś adwokacka, stworzona do nieustannych kontrowersyj, walcząca z amatorstwa, z potrzeby i z konieczności byle jakiej walki” (Kraushar, Palestra Warszawska, str. 78, Kłosy, XLV , 337). Portret jego wykazuje rysy specyficznie semickie. Zygmunt Krysiński w późniejszym wieku popadł w melancholię z powodu śmierci żony, która się spaliła.
Bratankiem Zygmunta Krysińskiego był Leon Krysiński, syn inspektora szkół rządowych, urodzony w r. 1847, głośny swego czasu adwokat warszawski, „słynący niepospolitym talentem oratorskim“ (Kraushar, Warszawska Palestra, str. 201), który pierwszy przełamał tradycję wyłączności frankistowskiej i zaślubił katoliczkę pochodzenia słowiańskiego, Marię Przyłuską.
Syn Leona Krysińskiego, również Leon, adwokat z zawodu, zaślubił hrabiankę Felicję Rzewuską, primo voto Rembielinską. Dalszym synem Leona Krysińskiego był Józef Krysyński dr. medycyny, wybitny dermatolog.
Bratem Leona Krysińskiego starszego był Stanisław Dominik Kazimierz Krysiński (1847— 1897), chemik-technolog, magister nauk matematycznych, zajęty w jednej z cukrowni i w
tym charakterze napisał pracę p. t. Wykład sacharynometrii optycznej (Warszawa 1875). Później przeszedł na medycynę i jako lekarz dyplomowany, osiadły w Warszawie, poświęcił się głównie nauce Eskulapa. Ma on tę zasługę, że zapoczątkował wydawnictwo Słownika terminologii lekarskiej w Polsce. W języku niemieckim ogłosił p.t. Pathologische und kritische Beiträge zur Mutterkornfrage, Jena 1888. Po jego śmierci w latach 1898— 1899 wyszło jego trzytomowe dzieło p.t. Osadnictwo anatomiczne w 3 częściach.
Z tych Krysińskich pochodził też Idelfons Krysiński (Jeske-Choiński, str.84), (1795-— 1870) początkowo lekarz powiatowy w Radomiu, a później w Sandomierzu. Po wybuchu powstania listopadowego, Krysiński wstąpił do służby lekarskiej w korpusie Dwernickiego i po bitwie pod Boremlem uszedł do Galicji. Po powrocie z uchodźtwa w r. 1845, pracował Idelfons Krysiński od r. 1848 jako naczelny lekarz w szpitalu Jana Bożego, skąd w r. 1866 został usunięty na mocy rozporządzenia wojskowej Komisji Śledczej (Wielka E. P. XLI-—XLII, 221). Patriotyzm Kryńskiego irytował zaborcę moskiewskiego i skłonił do usunięcia zasłużonego starca.
M aciej Krysiński wspomniany w akcie nobilitacyjnym z roku 1793 jako chorąży w wojsku litewskim kwitował później służbę wojskową i zabrał się do pracy przemysłowej. W latach
1800—1820 był głośny jego browar. Synowie jego: Julian, komisarz obwodu gostyńskiego, Hieronim, nauczyciel w Warszawie, Teofil urzędnik w Komisji Skarbu w Warszawie, wylegitymowani ze szlachectwa w roku 1839 (Uruski VII, 108, Jeske-Choiński, str. 83).
W r. 1831 słyszymy o Krysińskim adiutancie generała Giełguda (Źródła, I, 282), o Aleksandrze Krysińskim, kapitanie, adiutancie generała Ramorino (Źródła, IV, 186), o doktorze Alfonsie Krysińskim, naczelnym lekarzu korpusu, który okazywał ogromne starania dla armii (Dwernicki, Pamiętniki, Wilno, 1858, str. 108) w ogniu dopełniał swoje powinności gorliwie w opatrywaniu rannych (Źródła, I, 332) i generał Dwernicki go przysłał w charakterze dywizyjnego doktora, aby zrobił różne przedstawienia Komisji Rządowej Wojny i naczelnem lekarzow i, względem potrzeb tyczących się służby zdrowia w jego korpusie (Źródła , II, 35). Niewątpliwie, i oni pochodzili ze wspólnego pnia nowej szlachty frankistowskiej z r. 1793. Rdzennego rodu Krysińskich w Polsce nigdy nie było.
Najprawdopodobniej, z uwagi na nieistnienie dawnej polsko-słowiańskiej rodziny Krysińskich, należy tutaj też zaszeregować, Anzelma Dobromira Krysińskiego (1836-1885) znanego swego czasu warszawskiego architekta, który upamiętnił się przez budowę Gmachu Szkoły Technicznej na Pradze i wielu innych budynków monumentalnych, oraz Karola Krysińskiego jednego z najdzielniejszych dowódców powstania w roku 1863 , naczelnika wojskowego oddziału radzyńskiego, który stoczył szereg zwycięskich potyczek z Moskalami.
Inną gałąź Krysińskic-frankistów przedstawiają potomkowie Macieja Krysińskiego, znanego w latach 1800—1820 piwowara warszawskiego. Tegoż syn Teofil, urzędnik w Komisji Skarbu, zaślubił secundo voto w r. 1839 Aleksandrę Orłowską, córkę piwowara Józefa Orłowskiego i Ewy Wołowskiej. Krysińscy będąc przez Ewę Wołowską skoligaceni z Wołowskimi, byli w konsekwencji w powinowactwie też z żoną Mickiewicza, której matka była Wołowską z domu. Między Krysińskimi a Mickiewiczami panował przeto ton familijny. W korespondencji Adama Mickiewicza, znajdujemy list tegoż do żony swej z początku lutego 1839, w którym spotykamy zdanie „Krysiński był rad z widzenia Ciebie, znalazł Cię zupełnie zdrową” (Pisma Adama Mickiewicza, III, 403). Członek rodziny dowiadywał się o zdrowie krewnej.
FELIKSOWA JANOWA KUCHARZEWSKA
Feliks Jan Kucharzewski (1849—1935) inżynier, profesor honorowy uniwersytetu warszawskiego, członek Akademii Umiejętności w Krakowie był żonaty z neofitką Michaliną Rosenblum.
KURATOW SCY
Marek Kuratow, swego czasu głośny adwokat warszawski, świetny cywilista, zmienił wyznanie i nazwisko, żona jego była siostrą matki Handelsmana. Z Kuratowa stał się Kuratowski. Z synów, Kazimierz ur. w r. 1896 jest matematykiem, wykładał on do r. 1921, do r. 1927, jako docent na uniwersytecie warszawskim, a od roku 1927 jest on profesorem matematyki na politechnice Iwowskiej. Kazimierz Kuratowski ogłosił liczne prace z zakresu matematyki w pismach polskich i zagranicznych (WKP str. 126).
KWIECIŃSCY HERBU GRYF
Józef Kwieciński
I
Na Krakowskim Przedmieściu w W arszawie pod nr. 68 obok Muzeum Przemysłu i Handlu znajduje się kościół Bernardynów, na klórego frontonie widnieje napis: Anno restauratae salutis MDCCLXXXVIII Stanislao rege, religionis studio, Josephus Kwieciński aedem hanc sacram extruetam suo aere frontem ornavit (W roku wskrzeszenia zbawienia 1788 za króla Stanisława Augusta, z gorliwości religijnej Józef Kwieciński ozdobił sumptem swoim front tego świętego kościoła po zbudowaniu).
To nie był jedyny jego uczynek na rzecz gmachu kultowego rzymsko-katolickiego. Wystawił on też kaplicę dla obrazu Matki Boskiej i urządził tam kryptę dla siebie i swoich najbliższych.
Klasztor Bernardynów w Warszawie posiada kronikę p. t. Futera anuquitatis et posteritatis, która przynosi następującą wiadomość o Józefie Kwiecińskim, jako o hojnym orędowniku: „Tenże sam najszczodrobliwszy dobrodziej, najsławniejszy Józef Kwieciński, który kościol nasz nowym frontem przyozdobił, wskutek swej religijności i nabożeństwa do N .P.Marii widząc bardzo szczupłą kaplicę w przedsionku naszego kościoła, gdzie starożytny obraz Błogosławionej Dziewicy Marii, — zbudował kaplicę znacznie obszerniejszą i ozdobniejszą dla umieszczenia ku Czci powszechnej tegoż obrazu, pod której to kaplicy sklepieniem urządził rodzaj grobu dla siebie i dla rodziny”.
Kwieciński został pochowany faktycznie w tej kaplicy. W aktach parafii św. Jana znajduje sie o tym notatka, gdzie nawet tytułowany jest jako szlachcic „Generosus Josephus Kwieciński viduus annos circiter 73, senectute confectus. Sepultus apud religiosos pp. Bernardinos in Capella suae fundationis” (Szlachetny Józef Kwieciński wdowiec lat około 73, dotknięty starością. Pochowany u zakonników Bernardynów kaplicy własnej fundacji).
Józef Kwieciński nie był przeciętnym łykiem miejskim, widzimy, że był on szlachcicem, a nawet piastował poważne urzędy publiczne.
Kronika Bernardynów wyżej wzmiankowana tytułuje go „poccilator sanocensis” — podczaszy sanocki.
Wiemy skądinąd, że Kwieciński nabył w r. 1783 kamienicę - pałac od Ignacego Potockiego, obecny Hotel Angielski przy ulicy Wierzbowej w Warszawie, który dawniej należał do Sanguszków. Znane też jest, że w r. 1784 wybudował on dla siebie kamienicę na Mariensztadzie (pod ur. 9 /2647 A, zwana dawniej „pod Łabędziem”) w której urządził swe mieszkanie. Pozatym trudnił się też handlem zbożowym i wystawił na Solcu magazyny obszerne.
Gdy zmarł urządzono mu wspaniały pogrzeb, za który spadkobiercy hojnie zapłacili, złożyli kwotę 216 złotych, co daleko przekraczało normalną cenę onych czasów. W księgach parafialnych św. Jana widnieje w tym samym okresie jako przeciętny wydatek pogrzebowy, kwota 3, 5, a najwyżej kilkudziesięciu złotych.
II
Józef Kwieciński szlachcic-podczaszy sanocki robiący interesa handlowe w Warszawie za czasów króla Poniatowskiego przedstawia zagadkę. Magazyny zboża na Solcu nie znajdowały się na linii działalności normalnego szlachcica polskiego.
Tradycja polska zachowała o nim pamięć, jako o bogatym mieszczaninie. Sobieszczański w swojej Historii Warszawy pisze: „Kościół Bernardynów na Krakowskim Przedmieściu został dokończony z funduszu niejakiego Józefa Kwiecińskego syndyka Bernardynów, bogatego mieszczanina, który przyłożył się do dzieła pod warunkiem, iż umieszczony będzie napis na czele, który by mu przyznawał całkowite wybudowanie tej facjaty, lubo się tylko w ¾ przyłożył; na co chętnie się zgodzono i napis ten dotąd na tablicy istnieje” (str. 240).
Walery Przyborowski ( Z przeszłości Warszawy, Warszawa 1902, str. 165), który wprawdzie wie dokładnie, że w kronice Bernardynów Kwieciński figuruje jako szlachcic i podczaszy sanocki, jednakowoż opowiada o nim, jako o mieszczaninie warszawskim, który zasłynął w mieście z wielkich bogactw i donosi, że tenże był pierwotnie biednym człowiekiem i trudnił się wożeniem piasku i cegieł do licznie wzniesionych w tym czasie budowli w Warszawie, jednak raz kopiąc piasek, gdzieś tam za Wisłą miał znaleźć ogromne skarby ukryte przez Szwedów, jak sobie ludzie opowiadają. Kwieciński wedle tej relacji, pozostał zawsze skromnym i pracowitym człowiekiem i posiadając na Solcu spichrze przepełnione pszenicą nie korzystał z swego majątku, nie mieszkał w swym pysznym pałacu na ulicy Wierzbowej, tylko w domku na Mariensztadzie, albo nawet na Solcu w pobliżu swych śpichrzy.
Dlaczego Sobieszczański przemilcza szlachectwo Kwiecińskiego? Z jakiego powodu Przyborowski wspominając rangę szlachecką Kwiecińskiego przechodzi nad nią do porządku?
Z tytułem szlacheckim Kwiecińskiego łączy się pewien moment, który rzuca światło i wyjaśnia całą przeszłość i istotę jego, rozwiązuje jego zagadkową postać handlującego nobilis, jednak to z rdzennym chrześcijaństwem pobożnego dobrodzieja klasztoru nie bardzo jest w zgodzie. Lepiej rzucić zasłonę, poco ruszać.
Józef Kwieciński został uszlachciony w roku 1764 wraz z całą grupą innych neofitów i jest wspomniany wyraźnie w Aktach Kanclerskich (Nr. 45, str. 6, Archiwum Główne Królestwa). (Volumina legum t. VII, Boniecki XIII, 306). Został on przypuszczony do herbu przez ród Kwiecińskich, wspomnianych już w r. 1840 (Uruski VIII, 254).
Józef Kwieciński był nowochrzczeńcem i z mocy zmiany religii uzyskał nobilitację. Był więc szlachcicem, ale żyłka kupiecka mu pozostała i stąd handel uprawiany przez niego z sukcesem na Solcu. Jako neofita okazywał też gorliwość religijną nieprzeciętną dla swego nowego wyznania, jak się to często dzieje i wspierał subsydiami kościoły i klasztory.
III
Neofita Józef Kwieciński został uszlachciony w r. 1764, wypłynął w Warszawie dopiero około r. 1783. Gdzie był w międzyczasie? Kiedy został zaszczycony urzędem podczaszego Sanoka? Co jest w rzeczywistości z wożeniem piasku?
Na to daje nam odpowiedź tradycja przechowana u Żydów warszawskich odnośnie do Kwiecińskiego, którą spisał Cytron w swej książce jidyszowej o Meszumedach.
Wedle relacji Cytrona (II, 188— 201) wzięty nie wiadomo z jakiego źródła miał Józef Kwieciński pochodzić z WiIna, nazywał się poprzednio Chaim i zmienił wyznanie, będąc już żonatym i dzieciatym. Uczynił to za namową księdza Turczynowicza, który onego czasu, nie bez sukcesu uprawiał propagandę religijną wśród Żydów na Litwie. Józef Kwieciński po chrzcie opuścił rodzinę swoją i będąc zupełnie samotnym, poświęcił się interesom i nie mając teraz żadnych przeszkód w drodze dzięki swemu nowemu wyznaniu, szybko się dorobił wielkiego majątku, zakupił dobra ziemskie w Sanockim, zamieszkał w pałacu i uzyskał urząd podczaszego. Majątek wielki jednakowoż mu szczęścia nie dał. Serce jego rwało się ku swym dzieciom, ku swej żonie, które ongiś tak daleko opuścił w ferworze neofickim. Często znikał teraz ze swego pałacu i błąkał się niewiadomo gdzie. Szukał swej rodziny, która po chrzcie ojca i męża, opuściła swe miejsce pobytu ze wstydu i hańby. Gdy zauważył, że ślad rodziny prowadzi do Warszawy, podczaszy sanocki—neofita sprzedał swe włości, zwiał i postanowił w przebraniu furmana, wożącego cegły na Solcu, odszukać swoich najdroższych, którzy przed nim, jako ziemianinem, zdołały się schować. Nareszcie wyśledził gdzieś w zaułku warszawskim, wśród biedoty, swe podrosłe potomstwo w raz z żoną. Teraz maskarada stała się już zbyteczną, znikł furman z Solca, znikła na przedmieściu równocześnie uboga Żydówka, rzekoma wdowa z dziećmi — i zjawił się w Warszawie bogaty kupiec chrześcijański, który zaczął skupywać kamienice, handlował zbożem i zalśnił jako ofiarodawca kościoła. Chrześcijanie w Warszawie, poznawszy w nim byłego furmana, sądzili, że tenże nagle się wzbogacił, znalazł jakieś skarby ukryte, podczas gdy w rzeczywistości zakonspirował się na pewien czas jako przewoźnik, celem łatwiejszego wyśledzenia kryjówki swej żony i dzieci. W kamienicy warszawskiej zamieszkał później razem z córką, która się na to zgodziła i przyjęła wiarę ojca. Kim był Kwieciński, eksfurman, w rzeczywistości, wiedzieli współcześni Żydzi warszawscy dokładne, albowiem znajdowali się między nimi tacy, którzy go znali z Litwy, pamiętali jak przeszedł na chrześcijaństwo i przeniósł się celem zakupienia majątku na Sanocczyznę. Rzeczywiste personalia Kwiecińskiego odkryli chrześcijanie dopiero po jego śmierci, na podstawie dokumentów osobistych, znalezionych wśród jego papierów. Stąd w aktach pośmiertnych Kwiecińskiego, wzmianka o nim jako szlachcicu i podczaszym sanockim, podczas gdy na napisie kościelnym, w ogóle nie ma wzmianki, że należał do stanu rycerskiego.
Potomstwo Józefa Kwiecińskiego.
Córka Józefa Kwiecińskiego, która przyjęła chrzest, wyszła za niejakiego Szanowskiego, który rzekomo sam miał być neofitą. Miał on syna Edwarda, którego znów syn Szymon, żonaty z Krystyną Grudziewiczówną, miał syna Wincentego, który był pomocnikiem, zarządzającego pałacami cesarskimi w Warszawie i wylegitymowany w r. 1861 w Królestwie, otrzymał przyznanie praw nowego szlachectwa w r. 1866 (Cytron l. c., Uruski, l. c.).
KRZYŻANOWSCY HERBU JASNA GÓRA
Potomkowie uszlachconego w r. 1764 neofity Franciszka Krzyżanowskiego są szczegółowo podani u Bonieckiego (XIII, 52) i u Uruskiego (VII, 143). Ot zwykli hreczkosieje, ziemianie pospolitego typu (zobacz Wstęp).
ANTONI LANGE
I
Antoni Lange (1861—1929) był niewątpliwie najwybitniejszym poetą polskim pochodzenia żydowskiego doby przedwojennej.
Ogłosił on wartościowy poemat Pogrzeb Shelleya (1900), zbiórki znakomitych lirycznych wierszy (Poezje I, 1895, II 1898, Wybór poezyj 1900, Pogrobowcom).
Dzięki swym studiom w Paryżu, posiadał Antoni Lange dokładną znajomość literatury francuskiej i informował społeczeństwo polskie o najnowszych prądach literackich, o parnasizmie i symboliźmie w książce swojej p. t. Studia z literatury francuskiej (1897). Tłumaczył doskonale z francuskiego nieznanego dotychczas w Polsce Baudelaire‘a (Kwiaty grzechu). Sięgnął też do Indyj i spolszczył „Nal i Damajanti“ . Pisał również powieści i nowele.
Lange górował nad całą plejadą współczesnych pisarzy polskich, swoją szeroką perspektywą intelektualną, która jednak nie sięgała w głąb; jego horyzont obejmował mnogie epoki, cywilizacje, światy kulturowe, ale nie przenikał ich. „Intelektualista oparty na szerokich zainteresowaniach naukowych, przerzucał się on z niesłychaną łatwością, w wiecznym poszukiwaniu nęcącej go prawdy od studiów nad sanskrytem i literatury staroindyjskiej, od dociekań filologicznych i fantazyj językoznawczych, do zagadnień religijnych a nawet matematycznych i technicznych. Lange tworzył wsłuchany w echo hymnów wedyckich, w kabałę i Zendawestę, w Koran, w księgi proroków, w mistrzów kosmogonii.
Niektórzy krytycy uważali, że intelektualizm Langego był przeszkodą dla wysokiego polotu jego Muzy. Feldman pisał o nim „intelekt zabija w nim instynkt, wszechstronne odczuwanie zabija oryginalność”, oraz też zaznacza „intelekt dający zawsze zajmujące, nierzadko głębokie asocjacje myślowe, w dziedzinie uczuć pozbawiony jest bezpośredniości” (II, 34/35).
Opinia Feldmana w tym wypadku jest przesadna. Dębicki powiada na temat zarzutu zbytniego intelektualizmu, robionego Langemu przez krytykę współczesną „Był to zarzut
słuszny i niesłuszny. Niesłuszny dlatego, że poezja polska, która cierpiała zawsze na przerost uczucia, mogła tylko skorzystać na tym, iż zjawił się poeta, w prowadzający do liryki obok uczuciowego, także pierwiastek intelektualny” — „ W poezji jego splątają się, łączą się, pozornie z sobą sprzeczne pierwiastki intelektu i uczucia, wyrozumowanego pesymizmu i oderwanego od rzeczywistości, wysokiej próby intelektualizmu romantycznego (Tygodnik Ilustrowany r. 1929, str. 244).
Sam Feldman przyznaje na innym miejscu, że „ze wszystkich poezyj Langego bije bezbrzeżna żrąca rozpaczliwa nostalgia ideału” (II , 18).
Cezary Jellenta charakteryzuje Langego jako prawdziwego wirtuoza wiersza i umysł wykształcony i stara się tłumaczyć chłodem parnasowców, który wieje od niego, dlaczego on dotąd „nie ma tego wysokiego uznania, na jakiby bezwarunkowo ze stanowiska „czystej sztuki” zasługiwał” (Galeria ostatnich dni. Wizerunki, rozbiory, pomysły. Kraków 1897. str. 296).
Wysokie zdanie ma o Langem również Antoni Potocki w swej Historii Literatury, aczkolwiek na ogół nie odnosi się on do Żydów życzliwie i nie zapomina też przy tej sposobności podkreślić momentu pochodzenia Langego.
Antoni Potocki widzi w Langem przedstawiciela poetyckiego szczepu semickiego i pisze o nim „po Klaczce pierwszy to wybitniejszy, a rasowo semicki poeta w literaturze polskiej. Podczas gdy Klaczko odznacza się niepospolitą werwą stylową, wprowadza on do poezji nową odmianę kultu słowa”. Dalszym przedstawicielem umysłowości typu semickiego tej samej kategorii wedle Potockiego to świetny retor-historyk Askenazy. Szeregowanie to w jednym rzędzie z Klaczką i Askenazym jest znamienne. Potocki kreśli sylwetkę Langego w ten sposób „Ten poeta intelektualistyczny, ten reflektor świetlnych i dalekich miraży poetyckich — kocha i cierpi i rozpłomienia się nie tylko odbijając światło. Ukochaniem jego jest przede wszystkim żywioł słowa. A wszakże ono zawsze jest arką przymierza i pali się w nim owe Logos prawodawcze dusz ludzkich, jak w kryształowej amforze”. W dalszym ciągu tej charakterystyki wymykają się spod pióra Potockiego niektóre aluzje do
jego pochodzenia. Czytamy u niego „wiekuiste metamorfozy Antoniego Langego, charakteryzują nie tylko autora, który jak wieczny tułacz pielgrzymuje bez wytchnienia wśród światów poezji, one są zarazem symptomatem i szkołą młodszych”. Potocki widzi też ujemną stronę intelektualizmu Langego w poezji, plastykę odtwarzającą wzrokowymi środkami, rzeczy z pola widzeń (II, 8 3).
II
Jaki jest stosunek Langego do żydostwa, z którego wyszedł. W poezji na ogół stara się on nie dotykać tej tematyki. W wierszach Langego spotykamy dużo motywów greckich, tu i ówdzie znajdujemy motywy chrześcijańskie, nie rzadko występują tradycje z półwyspu lotosu, ale Izraela unika. Obawiał się, aby go ktoś nie pomawiał o jakieś zakotwiczenie o pień starych Hebrajczyków. Woli naśladować sonety wedyckie, snuć na lirze legendę nowozelandzką o stworzeniu kobiety, recytować mit o bogach z wysp Tonga, zobaczyć Eden ze Starego Zakonu przez pryzmat raju utraconego Miltona, którego pierwszą pieśń przełożył, aniżeli pomyśleć o skarbnicy Judei. Jeżeli sobie przypomina nazwą grecką piątej księgi pentateuchu Mojżesza „Deuteronomion”, to przybiera ona u niego całkiem inne znaczenie (Dwadzieścia kilka sonetów końcowych, w jego zbiorku p. t. Rozmyślania, drukowanym w Krakowie w r. 1906, nosi nazwę Deuteronomion czyli Powtórzenie).
Czy Antoni Lange, niepospolity poeta, jeśli nie był związany z tradycją duchową żydostwa, nie cierpiał nigdy jako człowiek masy żydowskiej, nie odczuwał bólu Ahaswerowego wiecznego tułacza, bez przerwy krzywdzonego, gnębionego w sposób mniej lub więcej brutalny nawet w okresie największego rozkwitu liberalizmu? Gdzie krzyk poetycki duszy Izraela wyrywającej się z kajdan i katuszy ku słońcu zbawienia, tęsknionej, rozmarzonej za świtem, za sprawiedliwością, za królestwem Bożym? Gdzie żal i smętek rasy, któraby już chciała zobaczyć kres swego pątnictwa?
Uczucia odnośne znalazły wyraz w twórczości poetyckiej Langego, ale bez etykiety żydow skiej. Czytelnik psycholog powinien zrozumieć bezsygnaturową, neutralnie zabarwioną emanację duszy, nękanej rozpalonymi kleszczami golusu, — w sposób należyty.
Ze zbioru Rozmyślania zacytuję tutaj wiersz III:
„Obozowiskiem koczują po ziemi:
I nie mam nigdzie spokoju dla głowy —
I zawsze smutno mi i wszędzie źle mi
I czekam, rychłoż zniknie gwar bojowy.
Niedługo zwinąć przyjdzie mi namioty —-
I z żalem patrzę wstecz w ubiegłe noce,
Jak wiele pracy, — jak wiele tęsknoty,
Jak wielkie trudy, — jak liche owoce.”
Do tego samego typu należy też inny wiersz z tego samego zbiorku (XLV) .
Hej gdzie kres
Wichrów i burz?
Gdzie woń róż
Z krwi i łez?
Bodaj zczezł
W ogniu zórz
W zorzy dusz
Mroku bies!
Antoni Lange napisał poemat „Latający Holender” (Fragmenta, Warszawa 1901), pozornie opiewa on w nim los żeglarza skazanego, wedle podania ludowego wielu krajów, na wieczne tułactwo, na nieśmertelność związaną z bezdomnością bezkresn. Kto jednak umie patrzeć się głębiej, dojrzy tutaj Żyda wiecznego, nie będącego w stanie żyć normalnym życiem, jak wszystkie inne narody na własnej ziemi, pod własnym dachem, ani też zginąć, rozpłynąć się, stopić się z innymi społeczeństwami.
Podam tutaj dla przykładu kilka większych urywków:
… I czemu na wieki zostałem przeklęty
I czemu przez morskie się tułam odmęty
Bez chwili wytchnienia bez końca?
Jam Wieczny wędrowiec — nie dla mnie grobowiec
Nie dla mnie blask tęczy i słońca
W otchłani mej duszy noc czarna szaleje
Tęsknota wieczysta w złotą nadzieję
Jak w złote gwiazd wieńce przybrana
I wiecznie na fali — na ciemnej, na słonej
Aż płaczą delfiny , — aż płaczą trytony,
Mój okręt się błąka ponury
Gdzie nie był — nie błądził — nie rzucał kotwicy
Ten morza Ahaswer — ten syn błyskawicy
Syn chmur i tęsknoty bez końca.
Na morzach głębokich — na lądach szerokich
W krainie lodwisk i słońca
Na ziemi indyjskiej gdzie lasy palm kwitną
Nad Nilem był głębią szeroką błękitną —
Gdzie Jordan się w gaje wplata —
W Kartaginy murach, w Hellady marmurach
I w Romie władczyni wszechświata
I nieraz gdy błądził po morzach bez końca
A zdala drgał zachód purpurą krwi słońca
On roił: O zejdź moje brzemię!
I wołał snu głodny — przez obszar ten wodny
Na ziemię! Na ziemię! Na ziemię!
Więc płynie wygnaniec na dzikie narody
Gdzie w sercach nie zagasł pierwotnej pogody
Dziewiczy blask żywy i świeży
Na C ymbry — na Scyty -— na Skandii gór szczyty
Ku Thule ostatniej rubieży
To czemu wciąż błądzę pomiędzy morzami
I czemu nie zaznam mogiły?
O śmierci, zejdź ku mnie: spoczynek jest w trumnie.
Gdzie ogniem już nie płoną ryby.
A skoro śmierć głucha mych dni nie ogarnie —
To czemu nie wejrzy na moje męczarnie
Tych bogów, milcząca gromada?
Niech światy przepadną!
Niech słońca pobledną!
Zagłada! Zagłada! Zagłada!
I błądzi po morzach — po morzach szerokich —
A światła mu gasną — i w cieniach głębokich
Bez celu — spoczynku, końca
Przez bogów zaklęcie — na strasznym okręcie —
On płynie do słońca, bez słońca.
III
Antoni Lange uważał czasem za konieczne, aczkolwiek bardzo rzadko się to zdarzało, wyjść z formalnego ukrycia wobec narodu żydowskiego, zrzucić przyłbicę i wyraźnie się odezwać o społeczeństwie z którego wyszedł. Czynił to oczywiście nie na wyżynach Olimpu, w jakiejś pracy z zakresu poezji, lecz w publikacji publicystycznej, w związku z pewnymi wypadkami w życiu politycznym, które miały miejsce w kraju.
W r. 1911 ogłosił Antoni Lange broszurę p. t. O sprzecznościach sprawy żydowskej, z uwagi na zaognienie kwestii żydowskiej w ówczesnej Kongresówce.
Lange występuje tutaj, o ile chodzi o religię żydowską, jako zażarty wróg, jako typowy meches pośledniego gatunku, w sposób płytki, powierzchowny, nie dający sie wcale pogodzić z jego potencją poetycką. „Religia żydowska to jest przyrodzone kalectwo ducha żydowskiego, obłęd szczepiony przez dwa tysiące lat w biernych istotach, zamkniętych w stęchłym powietrzu niewoli duchowej. — Religia żydowska rozwijała się w mroku i nędzy — i pomjając dawne, a po dziś utrwalone obyczaje z okresów barbarzyńskich, zdeformowała się w stan karykatury” (str. 69). Na Boga Biblii hebrajskiej miota obelgi blasfemiczne, które mogły się tylko zrodzić w mózgownicy inteligenta mówiącegow sposób literacki o wszystkim, ale nie znającego niczego gruntownie, chcącego w sposób snobistyczny wykazywać swoją wyższość za każdą cenę i na każdym kroku. Znajdujemy tutaj takie zwroty horendalne jak „Tylko bardzo pierwotny człowiek mógł obmyśleć tak straszliwego Boga jak Jehowę — i tylko jakaś wiekowa ślepota mogła utrzymywać kult tego monstrum, którego słusznie herezja manichejska nazywała szatanem” (str. 61) . Gdyby Antoni Lange miast powierzchownej znajomości tekstów religijnych niektórych religii wschodnich, był się nieco więcej orientował w sposób naukowy, poważny w religioznawstwie porównawczym i przy tym postarał się mitygować nieco swój ferwor neoficki, — niewątpliwie jego sąd o monoteizmie biblijnym byłby całkiem inaczej wypadł.
I poza religią nie ma dla Izraela u Langego poważania, sprawiedliwości, zrozumienia. Żydzi jak o społeczność historyczna to dla Langego plemię koczownicze, jakim byli cztery
tysiące lat temu. Wszystko jest u nich, jak zwykle u koczowników — tymczasowe, nietrwałe i niestateczne. Lange ocenia negatywnie nawet handel żydowski, jako robotę koczowników, pozbawioną podstaw trwałych i realnych, nie mogącą przeto żadnej rzeczywistej usługi przynieść krajowi.
W tej pracy Lange nigdzie nie utożsamia siebie z Żydami. Przeciwnie podkreśla swoją inność. Znajdujemy u niego np. taki zwrot: „Jako Polak bezwarunkowo żądam zniesienia granicy zamieszkania (ograniczającej wolne osiedlenia się Żydów w „istynnej” Rosji), aby nadmiarowi Żydów ułatwić możność odpływu z Polski. Czynię to nie ze stanowiska liberalnego, nie w interesie Żydów, ale w interesie swoim” (str. 16). Mógłbym parę dalszych przykładów przytoczyć, w tym samym stylu.
Rozwiązanie kwestii żydowskiej widzi Lange w krańcowej asymilacji. „Powinna to być asymilacja pełna, ostateczna, bezwzględna i nieodwołalna” (str. 20). Jego pragneniem jest, „wyzwolenie Żydów od żydostwa” (str. 70). Religia żydowska ma zniknąć. „Takie wyzwolenie może się odbyć w sposób dwojaki: przez sformowanie gminy wolnej, bezkonfesyjnej, o ile by taka organizacja była w naszych warunkach możliwa: po wtóre droga chrztu na jedno z wyznań kulturalnej Europy łacińskiej.” (str. 71).
Lange poleca walkę z „żargonem” jako „karykaturalnym językiem”, ale to przez „żargon” sam: „Dziwi mnie, że nasza inteligencja żydowska pozostawiła sprawę literatury i prasy żargonowej litwakom, ludziom obcym, którzy nie rozumieją zupełnie tutejszych stosunków, sama natomiast nic nie robi. Czy istnieje w żargonie historia Polski? czy istnieje historia Żydów w Polsce? … Dlaczego Izraelita nie drukuje się przynajmniej do połowy w żargonie?” (str. 70).
Syjonizm potępia Lange jako naukę najbardziej kłamliwą i bałamutną, która łudzi Żydów i nie-Żydów rzekomą emigracją czy też powrotem do Palestyny, co oczywiście nigdy nie nastąpi, ale potwierdza, utrwala, podnieca i do histerii doprowadza żydowską tymczasowość i cudzoziemskość (str. 15).
Lange, głoszący zupełne stopienie się Żydów z Polakami, nie zamyka oczu na to, że tu nie chodzi tylko o to, aby Żydzi się upodabniali do Polaków. Chodzi o proces o wiele głębszy i bardziej zasadniczy ,,jest to zlanie się całkowite, biologiczne i psychologiczne — Polaków z Żydami i Żydów z Polakami w jeden naród, jeżeli jest to unicestwienie Żydów, jest to również odsłowiańszczenie, semityzacja Polaków… Asymilacja w Polsce jest zarówno anty-żydowska, jak i anty-sarmacka. W Polsce wobec wielkiej ilości Żydów nie może być mowy o innej asymilacji… jak zjednoczenie realne i bezpowrotne obu plemion” (str. 50).
Po tym zjednoczeniu Lange dużo się spodziewa, chociaż sam przypisuje partnerowi żydowskiemu tyle ujemnych walorów. Lange kończy swoją książkę tezą dytyrambiczną, pełną radości przyszłościowej, promieniującą optymizmem: „Asymilacja Żydów w Polsce jest to stworzenie nowej rasy. Jest to stworzenie nowego człowieka i nowego Boga. Instynktowny opór plemienny Polaków i Żydów nie dopuszcza do tego wyniku.” Lange jest pewien, że „Nowa ta rasa — przeobraziwszy siebie — świat przeobrazi. W każdym razie na czele tej nowej rasy stoją dwaj najwięksi ludzie, jakich wydała Polska, jeden z nich przez matkę swoją Barbarę Majewską — z najwyższym podobieństwiem; drugi przez matkę swoją, Justynę Krzyżanowską, bez żadnej wątpliwości należy w połowie do plemienia żydowskiego. Imiona ich: Adam Mickiewicz i Fryderyk Chopin.” (str. 77).
Lange zwalcza tendencje dysymilacyjne antysemitów à la Jeske-Choiński, którzy zmierzają do wyobcowania nawet Żydów zasymilowanych już w dalszych pokoleniach; sam poleca jednak wykonanie czegoś, co my tutaj w tych artykułach w wielkiej mierze czynimy, jednak dla innych celów i wychodząc z innych założeń. „Prawdziwie użytecznym byłby inny dykcjonarz, (aniżeli zestawienie Choińskiego), a mianowicie słownik Żydów i osób żydowskiego pochodzenia zasłużonych w Polsce na rozmaitych polach działalności, w tymże słowniku należy pomieścić po wtóre wszystkie osoby, w których przez linię macierzystą, bliższą lub dalszą, płynie krew żydowska, innymi słowy — ludzi pochodzenia mieszanego. Taki dykcjonarz dałby ciekawy materiał antropologiczny, co mianowicie rasa żydowska — bezpośrednio lub pośrednio — przyniosła Polsce” (str. 56).
Ciekawe jest stanowisko Langego, który wylewa kubły na judaizm i na „kastę“ żydowską, jednak ceni wysoko komponent żydowski w obcych kulturach. Czy to nie w rzeczywistości kadzidło pod adresem własnej zasymilowanej indywidualności, która powinna się stać wedle niego prawzorem dla wszystkich potomków Izraela. Dziwna duma rasowa żydowska się przebija w tej asymilacyjnej koncepcji Langego; ceni domieszkę rasy żydowskiej w innych społeczeństwach nad miarę, przy równoczesnej pogardzie dla wszystkiego co ta rasa samodzielnie stworzyła, wyczarowała, a to nawet często w warunkach możliwie najgorszych.
HRABIOWIE LANCKOROŃSCY (po kądzieli)
I
Zaczynamy od barona Piotra Pawłowicza syna Pawła Filipowicza Szafirowa (1669 —1739) wice kanclerza i dyplomaty rosyjskiego. Dziadek jego Szafir pochodził z Polski i przyjął prawosławie w roku 1654, zmieniając przy tym nazwisko na Szafirow. Syn Filpa, Paweł był tłumaczem przy poselstwach. Syn Pawła, Piotr zaszedł w hierarchii urzędniczej niezwykle wysoko i uzyskał tytuł barona. Siostra Piotra wyszła za chrzczonego Żyda Abrahama Wesołowskiego, który był adiutantem Piotra Wielkiego, a później w roku 1715 otrzymał nominację na rezydenta przy cesarzu Karolu VI w Wiedniu.
Baron Piotr Szafirow wybił się dzięki swej znajomości obcych języków. Służył on początkowo jako główny tłumacz w ministerstwie spraw zagranicznych Rosji. Następnie towarzyszył on Piotrowi Wielkiemu w jego podróżach po Europie zachodniej, po czym uzyskał nominację na wicekanclerza. Na tym stanowisku okazywał on zdolności dyplomatyczne wysokiego gatunku. Brał udział we wszystkich wyprawach wojennych i współdziałał przy zawarciu wszelkich traktatów pokojowych za Piotra Wielkiego, Katarzyny i Anny Iwanówny z państwami zagranicznymi. Zapisał się w dziejach Rosji szczególnie tym, że mu się udało wbrew wszelkim minorowym oczekiwaniom, zawrzeć pokój nad Prutem z Turcją w r. 1711. Później zdołał nawet zadzierżgnąć dobre stosunki pomiędzy Rosją a Turcją przez trakat adrianopolski z r. 1713. Mimo swoich zasług został on jednak wskutek zwady z księciem Menszykowem w r. 1723 przez gosudara pozbawiony wszystkich urzędów i zesłany na Sybir. Po dwóch latach jednakowoż został z powrotem restytuowany w swych godnościach.
Baron Szafirow był też intelektualistą o pewnych zdolnościach pisarskich. Ogłosił rozprawę o wojnie szwedzkiej, drukowaną w Petersburgu w r. 1710 i 1722. Przypisują mu też diariusz Piotra Wielkiego, który książę Szerebatow ogłosił drukiem.
Piotra Szafirowa kwalifikuje historiografia angielska jako jednego z „most eminent diplomatist” Piotra Wielkiego (The Cambridge modern history plained by Lord Acton, Cambridge 1908 V 603).
Baron Szafirow uzyskał taki mir, że jego rodzina figuruje w złotej księdze szlachty rosyjskiej (Comte d’Almagro, Notice sur les principales familles de la Russie, Paris 1843 str. 76).
Dokładny rodowód żydowski barona Piotra Szafirowa znajduje się w Jewrejskiej Encyklopedii XV, 920. Ogólnie wspomina o nim jako o synu Żyda chrzczonego, zbiorowe dzieło historyczne wydane przez Lavisse‘a i Rambauda (Histoire generale du XV-e siècle à nos jours, ouvrage publié sous la direction de Ernest Lavisse et Alfred Rambaud, Paris 1924, VI, 697). British Encyclopaedia (XXIV, 760, 11 wydanie) podaje o Szafirowie, że prawdopodobnie był on pochodzenia żydowskiego. Przemilcza jego pochodzenie żydowskie Encyklopedia Powszechna (XXIV 526), która zresztą przynosi o nim obfite informacje ogólnej natury z których skorzystaliśmy powyżej.
II
Baron Szafirow skoligacił się z różnymi rodami magnackimi. Dzięki niemu dostała się krew żydowska do dwudziestu rodów książęcych w najrozmaitszych krajach, między innymi uzyskali przodków Żydów w swych tablicach genealogicznych książęta suwerenni niemieccy Holstein-Beck oraz mediatyzowany ród książęcy, ongiś panujący Sayn-Wittgenstein. Spokrewnili się z Żydami w ten sposób nawet dziedziczni marszałkowie kościoła rzymskiego, włoscy książęta Chigi (Otto Forst Battaglia, Das Gehemnis des Blutes, str. 69).
Krew żydowska weszła przez koligacje z Szafirowem też do arystokratycznych rodów polskich, a to w sposób następujący.
Baron Szafirow wydał córkę swoją Natalię za hrabiego Gabriela Iwanowicza Golowkina (1660— 1734), który na polu pod Połtawą w r. 1709 został zamianowany pierwszym wielkim kanclerzem państwa rosyjskiego, pełnił swój urząd przez lat dwadzieścia i był jednym z największych magnatów swego czasu.
Syn z tego małżeństwa hrabia Mikołaj Golowkin miał córkę Elżbietę, która wyszła za hrabiego Leona Potockiego, członka Rady Państwa, ambasadora w Nepolu i Sztokholmie, z hetmańskiej gałęzi Potockich czyli Srebrnej Piławy, syna Seweryna, posła na Sejm Czteroletni i Anny z książąt Sapiehów, wnuka Józefa, wielkiego krajczego koronnego, dziedzica Tarnopola, Tyśmienicy, Stanisławowa, Lyścia i t. d., żonatego z Teresą z hrabiów Ossolińskich (Uruski XIV 289).
Jedna z córek hrabiego Leona Potockiego i jego żony potomkini Szafirowów, Leonia wyszła primo voto za Kazimierza hrabiego Lanckorońskiego. Hrabia Kazimierz Lanckoroński (linia wodzisławska) dziedzic Chodorowa, Komarna, Rozdołu i Wodzisławia, szambelan austriacki, dziedziczny członek Izby Panów pozostawił z żony swej Leonii z Potockich, córkę Elżbietę, zaślubioną Karolowi bar. de Vaux, generałowi wojsk austriackich i syna Karola dziedzica na Wodzisławiu, Jagielnicy i t. d., szambelana austriackiego i dziedzicznego członka Izby Panów. Hrabia Karol Lanckoroński w ten sposób pochodzi po kądzieli przez Potockich i Golowkinów od neofity Szafirowa. Hrabia Karol Lanckoroński z żony Franciszki z hrabiów von Attems, ma syna Antoniego ur. w r. 1893 (ib. VIII, 274).
LANDOWSCY
W roku 1892 zmienił wyznanie adwokat Marian Landowski (ur. w r. 1847) syn Joela, wraz z żoną Eweliną (ur. w r. 1858).
Córka Wanda Aleksandra osiągnąwszy przepisowe lat czternaście w r. 1893 poszła w ślady rodziców i również się wychrzciła. Landowska wyróżniła się potem na polu muzyki jako wybitna odtwórczyni starej muzyki zwłaszcza jako klawesynistka. Komponuje też pieśni i utwory fortepianowe. W kołach fachowych i znawców cenione są jej rozprawy z zakresu dziejów muzyki jak: „Bach et ses interpreters”, „La musique ancienne“ (1908).
W latach 1913—1919 Landowska wykładała w konserwatorium w Berlinie. Od roku 1927 stoi ona na czele Ecole de Musique Ancienne w Sam-Leu-la-Foret pod Paryżem, którą sama założyła.
LASCY
Pierwszym mężem Atalii (Jity) córki Samuela Zbytkowera, był Karol Jan (Chaim) Laski syn Natana, kupca, zamieszkałego w miasteczku Lask. Posiadał on bank w Warszawie przy ulicy Miodowej. Był dobrym Żydem i nigdy nie myślał o zmianie wyznania. Zmarł gdzieś przed rokiem 1800.
Zostało dwoje dzieci: Józef i Sender Baruch. Gdy matka ich, zamężna po raz wtóry za Fränklem wychrzciła się wraz z mężem i dziećmi z drugiego małżeństwa, przyprowadziła ona na łono kościoła katolickiego, wbrew woli rodziny, owe dwoje dzieci osieroconych po ojcu.
Józef, czy też Ludwik Józef Laski (ur. w r. 1793) służył w wojsku polskim w roku 1813 i zajmował się rolnictwem. Syn tegoż Antoni (1823— 1899) był dzielnym przemysłowcem, należał do konsorcjum Epsteinów, eksploatującego kolej żelazną warszawsko-wiedeńską, gdzie piastował godność wiceprezesa, stał na czele zakładów Putiłowskich w Petersburgu jako dyrektor i zaślubił Gertrudę Jawornicką (1823— 1904).
Sender Baruch czyli Aleksander Karol Bernard Laski (1796—1830) był bankierem i pozostał spólnikiem w interesie swej matki i ojczyma, w banku S. A . Fränkel. Za zasługi oddane rządowi przy zaciąganiu pożyczki wewnętrznej, otrzymał on w r. 1839 dziedziczne szlachectwo Królestwa Polskiego z herbem Laski.
Aleksander Karol Bernard Laski miał dwóch synów, którzy początkowo pracowali jako wspólnicy w banku rodzinnym, pozostałm po ojczymie Fränklu, a później przeszli do naczelnych stanowisk w wielkich instytucjach kredytowych.
1) Aleksandra Wiktora Antoniego Józefa, prezesa banku Polskiego w latach 1862— 63, który po powstaniu styczniowym przeniósł się do Paryża, gdzie został dyrektorem firmy J. Hombey et Co, a następnie osiedlił się w Londynie, gdzie znów uzyskał stanowisko dyrektora Maesterman-Bank, instytucji kredytowej, posiadającej rozległe stosunki z Ameryką Południową i Indiami. W Londynie zaślubił on pannę de Lisboa, córkę Chevaliera Jose markiza de Lisboa, posła brazylijskiego w stolicy nad Tamizą.
2) Władysława Karola Jana Tadeusza, dyrektora Banku Międzynarodowego z pensją 160.000 rubli, rzeczywistego radcę stanu, żonatego z Stefanią Ilińską, córką marszałka szlachty gubernii wołyńskiej, hrabiego Janusza Ilińskiego i Oktawii z Morawskich (Uruski VIII 280, Cytron I 22, Jeske-Choiński str. 96, Semigotha str. 744, Reychman 118, Peretz, Żydzi w Polsce Odrodzonej II 434).
HRABIOWIE LASOCCY (po kądzieli)
Felicja Zofia Wołowska herbu Czerwony (1832—1906) córka frankisty, Ernesta Adama Wołowskiego na Bieżuniu i Żurominie, bankiera warszawskiego, (zob. art. Wołowscy) (wspólnika bankiera Salwiana Jakubowskiego, sędziego pokoju, i Barbary z Maryewskich, wyszła za Bronisława Juliusza Edmunda hrabiego (belgijskiego) Lasockiego pana na Bieżuniu i Słupsku w Królestwie Polskim , Sierakowie, Dębnikach i Jaworniku w powiecie krakowskim, Chmielu w powiecie liskim, wiceprezesa Rady Nadzorczej Banku dla Handlu i Przemysłu w Krakowie (1828—1885).
Dzieci z tego małżeństwa: I. Czesław Adam Feliks hrabia Lasocki, pan na Dębnikach, poseł na sejm galicyjski w r. 1883, prezes rady myśliwskiej (1852—1891), który ożenił się z Idalią córką Jana Pereświt-Sołtana, marszałka szlachty gubernii mohilewskiej, kawalera orderu św. Anny, II. Maria Lasocka ur. 1851 zaślubiona w r. 1875 Leonowi Paszkowskiemu dyrektorowi Banku dla Handlu i Przemysłu w Krakowie. III. Zocia Lasocka, która zaślubiła Witolda Osten Ostachowicza, IV. Stefania Lasocka zaślubiona Kazimierzowi Rzewuskiemu, inżynierowi kolejowemu, V . Hrabia Józef Adam Feliks Bronisław Lasocki, ur. w r. 1861, rotmistrz ułanów, żonaty z baronówną Romaszkan, VI. Hr. Zygmunt August Lasocki, ur. w r. 1867, dr praw , starosta w Tarnobrzegu, radca namiestnictwa za czasów austriackich, właściciel dóbr Sieraków, żonaty z Zofią z Szemelowskich, córką notariusza i burmistrza miasta Lwowa w latach 1869—1870, VII. Jadwiga Lasocka, ur. w r. 1868, zaślubiona w r. 1901 Gustawowi Romerowi, d-rowi praw, właścicielowi dóbr Zabelcze w powiecie nowosądeckim, posłowi na sejmy galicyjskie do r. 1867, VIII. Idalia Lasocka, ur. w r. 1877 (Uruski VIII, 300, Borkowski str. 537).
To pierwsze pokolenie, którego matka była Wołowską rozrodziło się w dalszej linii i znów skoligaciło się z całym szeregiem rodzin. Po mieczu stwierdzamy: Hrabia Czesław Lasocki miał następujące dzieci: 1) Hrabiankę Janinę Marię urodzoną w r. 1878, zaślubioną w r. 1897 Antoniemu Lasockiemu-Dołęga, właścicielowi dóbr Domanikowo, 2) Hrabiego Bronisława Tytusa Lasockiego, ur. w r. 1882, właściciela dóbr Rybaki w powiecie krakowskim, 3) Hrabiankę Marię Czesławę, ur. w r. 1884, zaślubioną Zenonowi Skirmuntowi herbu Przyjaciel odmienny, właścicielowi dóbr Porzecze i Teklinopoł na Litwie, 4) Hrabiego Wacława Albina Michała, ur. w r. 1885.
Hrabia Józef Adam Feliks Bronisław Lasocki miał następujące dzieci: 1) Hrabiego Stefana ur. w r. 1897, 2) Hrabiego Jana Kazimierza ur. w r. 1899, 3) Hrabiankę Teresę Różę ur. w r. 1900.
Po kądzieli wyszczególnienie potomstwa córek pani Lasockiej z Wołowskich za daleko zaprowadziłoby w swych detalach, ale rzecz jasna, że przez jedną osobę Wołowskiej, dziesiątki rodzin z arystokracji zostały wciągnięte w orbitę rasy żydowskiej. Ale to tylko jeden z dziesiątków tysięcy możliwych przykładów. A teraz w tych warunkach bawić się w czystość aryjską, czy to nie istna szopka.
Związek małżeński hrabiego Lasockiego z frankistką postawił heraldyków przed trudnym zadaniem. Należy wywindować oną frankistkę do błękitnej księgi. Musi się znaleźć rada. Herbarzy nikt tak bardzo nie bierze pod lupę. Wprawdzie Wołowscy nobilitowani to w najlepszym wypadku szlachta z przed doby, a ponadto z rodu neofitów, ale to nic nie szkodzi. Da się to jakoś pogodzić z szczerozłotą koroną hrabiowską, należy tylko jedno nieco przyfryzować, a drugie przemilczeć.
W Przewodniku Heraldycznym Ad. Am. Kosińskiego (Krakóww 1877) znajdujemy na marginesie hrabiów Lasockich następującą uwagę ,,Wołowscy herbu Bawół nobilitowani na sejmie Czteroletnim, wydali kilku znakomitych zasłużonych mężów jak Frańciszka senatora w r. 1791, Jana Kantego naczelnika prokuratorii, senatu i dziekana uniwersytetu” (str. 418). O pniu żydowskim starych uczonych Szorów z poważnej dynastii rabinów tutaj oczywiście, ani słówka.
Zresztą wszelkie dane powyższe są przekręcone, zmyślone.
Herb Bawół posiadali Jan i Teodor Wołowski od r. 1839, a nie bankier Ernest Adam Wołowski. Borkowski podaje herb Czerwony, ale i to nie jest ścisłe, albowiem herb ten uzyskał Stanisław Wołowski. Adam Ernest Wołowski w ogóle szlachcicem nie był. Pozatem należy podkreślić, że żaden Wołowski nie został nobilitowany na Sejmie Czteroletnim i że Franciszek Wołowski nigdy nie byl senatorem, tylko posłem, a w r. 1831/2 był jeszcze małym chłopczykiem.
Tak się robi genealogie. Byłby najwyższy czas, aby w tej domenie próżności ludzkiej zrobiono raz porządek. Wskazanym by było, aby komisja składająca się z nieuprzedzonych, rozpatrzyła zapodania rodzinne różnych herbarzy w znacznej mierze polegając na własnych informacjach stron. Takie prywatne informacje nie mogą już w zasadzie służyć historiografii, gdyż ich jedynym celem i zadaniem, jest wywyższanie własnego rodu.
ALFRED JAN LAUTERBACH
Alfred Jan Lauterbach, od szeregu lat chrześcijanin, syn Bernarda poważnego obywatela
żydowskiego w Warszawie, prokurenta firmy Samuel i Michał Berson, sekretarza Komitetu zarządu warsztatów rzemieślniczych przy Gminie Starozakonnych, należy obecnie do najwybitniejszych znawców sztuki w Polsce współczesnej.
Ogłosił on: Die Renaissance in Krakau w r. 1911, Styl Stanisława Augusta 1918, Klasycyzm Warszawy w 18 wieku oraz zbiór studiów z historii i teorii sztuki p.t. Pierścień sztuki 1929. W latach 1919—1928 pracował Lauterbach jako radca ministerialny w departamencie sztuki Ministerstwa Wyznań Re ligijnych i Oświecenia Publicznego. Od r. 1928 stał on na czele państwowych zbiorów sztuki, w czerwcu 1937 został Lauterbach zwolniony ze swego stanowiska bez widocznego powodu. Wtajemniczeni twierdzą, że padł ofiarą czystki spowodowanej przez doktrynę nie uznającą mocy przekształcającej sakramentu chrztu. Dowodu na to, że rasizm przyczynił się do jego zwolnienia nie ma, ale istnieje rachunek prawdopodobieństwa.
ZOFIA LENARTOWICZOWA
Zofia córka Józefa Szymanowskiego (zob.), przyrodnia siostra Celiny Mickiewiczowej z rodziny frankistowskiej wyszła za Teofila Lenartowicza, znanego poetę, Lirnika mazowieckiego, dnia 8 maja 1861 we Florencji i zmarła w r. 1903.
Była ona wedle opisu Marii hrabiny Walewskiej ,,osobą piękną, pełną zalet i wielkiego ducha. Miała iście męski dar… Niczym nie strudzona, nigdy nie zniechęcona, szła przez życie z odwagą i siłą. Była osobą wysoko wykształconą. Malowała starannie. — Dawała lekcje francuskiego, włoskiego i niemieckiego”.
Po śmierci Celiny Mickiewiczowej, Zofia będąc jeszcze niezamężną, zaopiekowała się jej dziećmi. Zastępowała matkę i musiała wszystko opromienić swoją osobą. Pojechała z Marią, późniejszą panią Górecką, do Włoch aby ją zapoznać ze sztuką. Adam Mickiewicz korespondował z nią podczas swej podróży na Wschód, zachowały się jego listy do niej z Marsylii (12/IX , 1855) i z Konstantynopola (29/X , 1855). Wedle własnych twierdzeń Adam był z nią zaręczony po śmierci żony i miał się z nią żenić, tylko wyjazd jego na Wschód i śmierć przeszkodziły temu, Władysław Mickiewicz jednak przeczył temu, a również i Adam Mickiewicz nigdzie o tym nie wspomina.
Zofia Lenartowiczowa była wcale zdolną malarką. Portrety rodzinne, które wyszły spod jej pendzla, posiadają wartość artystyczną. Podobizna Celiny Mickiewiczowej z obiema córkami, podobizna Adama Mickiewicza i t. d. Malowała też najchętnie obrazy świętych, św. Annę albo też Matkę Boską. Podczas choroby męża, Teofila Lenartowicza, która trwała lata, Lenartowiczowa zmuszona była zarobkować kopiowaniem obrazów i malowaniem portretów, a choć pod ciężarem tej pracy uginała się fizycznie, okazywała nadzwyczajną troskliwość w pielęgnowaniu chorego męża.
Lenartowiczowa była gorącą patriotką. W pamiętnikach swych, które z autografu znajdującego się w Bibliotece Mickiewiczowskiej, wydał Henryk Biegeleisen, pisze ona „Jeśli nie podzielam obecnie losu tych kobiet polskich na Sybirze dogorywających, zawdzięczam okupom składanym sługom moskiewskim. Z więzienia udało mi się wydobyć, ale mająteczek mój niewielki padł ofiarą i zaledwie tyle zostało mi grosza, by wyżyć parę lat. Prawdziwą przyczyną mego wyjazdu (z kraju do Francji), była potrzeba odetchnienia w kraju wolnym, gdziebym nie spotykała na każdym kroku śladów krwi bratniej, tylu morderstw i gwałtów“. — „ Z bólem serca opuszczałem kraj, z którym mnie wiążą nierozerwalne więzy rodzinne i tyle, tyle uczuć, z jakich się splata dzisiaj dla tysięcy Polskich dzieci, wieniec męczeński”.
Po śmierci żony pisał o niej Lenartowicz „ Zmarła żyła w poświęceniu, najszlachetniejsza istota jaką w moim życiu napotkałem. Po zgonie jej jestem bez świata, bo ona była moim światem”.
(Tygodnik Ilustrowany r. 1903, str. 65; Henryk Biegeleisen, Żona poety; Boy Żeleński, Bronzownicy; Władysław Mickiewicz, Moja M atka, str. 76— 8 3).
LELEWELOWIE?
Henryk Loelhoefel von Loewensprung przybył z Prus Wschodnich za czasów Augusta II i uzyskał nominację na lekarza królewskiego. Posiadał on już z domu szlachectwo nadane przez króla pruskiego Wilhelma przodkowi jego Jerzemu Fryderykowi Loelhoefel w r. 1713. W r. 1766 uzyskał syn lekarza Henryka, Karol Maurycy, polski indygenat, przyczym zmieniono nazwisko na Lelewel.
Synem Karola Maurycego był Joachim, największy historyk Polski 19 wieku (1786— 1861), badacz na miarę europejską, o szerokiej perspektywie, który nie tylko przysłużył się dziejopisarstwu krajowemu, lecz też uzyskał rozgłos w piśmiennictwie naukowym zachodniej Europy, jako wybitny znawca geografii średniowiecznej, a w szczególności arabskiej (Geographie du moyen age, Paris 1836, Geographie des Arabes, Paris 1851) oraz też numizmatyki (Numismatique du moyen age, Paris 1836).
Pozornie nie ma tutaj żadnych żydowskich ingrediencyj.
Jeżeli jednak przypatrzymy się bliżej różnym genealogicznym zapodaniom, zobaczymy pewne sprzeczności. Podczas gdy jedni poprzestawają na pochodzeniu wschodnio-pruskim, inni twierdzą, że rodzina Lelewelów wzięła swój początek w Austrii, otrzymała nobilitację za cesarza Ferdynanda II, za którego czasów jego przodek Jan był radcą Eggenbergu (Miesięcznik Heraldyczny IV , 97 str.), skąd później się przeniosła do Prus Wschodnich. Znowu niektórzy mniemają, że dom Lelewelów mieścił się w ziemi Liwskiej.
Genealogia u różnych heraldyków się wikła, jest nie zgodna. Coś tu nie w porządku, prawda zatajona, przysłonięta.
Zagadkę tę rozwiązuje nam Jan Czyński. Opowiada on, że początkowo Joachim Lelewel odnosił się z wielką animozją do Żydów , co też stwierdza jego korespondencja (por. list jego z dnia 28/XII, 1817, Listy, I, 292) i że w pewnym wypadku przy sposobności sporu z Walerianem Beniowskim neofitą na emigracji (zob.) wykrzykiwał nawet, że nie ma zaufania do wychrztów nawet w szóstym pokoleniu. Jednakże, informuje nas Czyński, gdy jednego razu po takiej niepohamowanej erupcji nienawiści ze strony Lelewela, rozeszła się na emigracji wśród Polaków pogłoska, wypłynęła wiadomość, niewiadomo z jakiego źródła, że on sam, Lelewel, jest potomkiem Żydów i że przeto występuje tak hardo i nieubłaganie przeciw Żydom, bo od nich sam pochodzi i pragnie przez głoszenie nienawiści ukrywać swoją własną proweniencję szczepową, — Lelewel jakby się odmienił. Nie zdezentował wprawdzie pogłoski, ani też nie potwierdził jej, ale nabrał w stosunku do Żydów ustosunkowanie pozytywne, przyjazne, wprost aktywistyczne w swej życzliwości. (Czyński, Israel en Pologne, Letters adressees aux Archives Israelites, Paris 1861, str. 26).
Znać, że skoro Lelewel zauważył, iż tajemnica jego wykryta i nienawiść do Żydów mu się nie może przydać do zamaskowania pochodzenia, obudziła się w nim duma osobista i z przekory do wszystkich uwłaczających potomstwu Izraela, starał się odtąd być pomocnym Żydom w potrzebie.
Musimy sobie wyobrazić w takim razie sprawę w ten sposób, że lekarz Augusta II, dziadek Joachima Lelewela, należał do tego samego typu doktorów królewskich co Izak Hiszpański za Zygmunta I, Salomon Kalahore za Zygmunta Augusta, Chaim Vitalis Felix za Michała Wiśniowieckiego, Emanuel de Jona za Sobieskiego, z tą różnicą, że zmienił wyznanie i wyszukał sobie pień szlachecki, gdzieś zdala od Polski.
Lelewel zaledwie przeszedł na orientację prożydowską sam zaproponował i wypracował znaną proklamację emigracji polskiej do Żydów zamieszkałych w Polsce, pełną akcentów serdecznych. Proklamacja została później wydrukowana w Pismach zbiorowych Lelewela (Odezwa Polaków znajdujących się w Belgii do Izraelitów, Polska, dzieje i rzeczy jej, tom XX , str. 256).
W dwadzieścia kilka lat później wystosował Lelewel swój znany filosemicki list do księgarza Merzbacha, w którym potępił niezwykle ostro rozpętaną w r. 1859 nagonkę przeciwko Żydom, oraz stanowisko sądu w tej sprawie. Dochodzą do nas z tego listu słowa mocne, pełne oburzenia, które całą swoją osnową zdawają się zaświadczyć pochodzenie żydowskie autora: „Zawadza to sądowi, że Żydzi lat ośmset płodami polskiej ziemi żyją. Żyją płodami powszechnej rodu ludzkiego żywicielki, nie ogłodziwszy innych tej ziemi mieszkańców; żyli płodami jakie nabywali za grosz własnego zarobku, odziewali się własnym trudem; żupany, kontusze, obuwie, fraczki, katanki szlachcie przyrządzali; stroili ich jubilerką; herby im na sygnetach wyrzynali i liczne w ich ekonomice, jakich nie obliczam, usługi czynili. Kiedy bieda to do Żyda. — Żydzi nie chodzili z dziadami kościelnemi żebrać, ani z kapturnikami kwestować. Sami sobie wystarczali, żyli czosnkiem i cebulą, nie zbytkowali, nie hulali, nie zalewali się; w obyczajach surowi i moralni nie rozpustowali, odziewali się sami wedle możności łachmanami albo sajetą; nędzarz między nimi jałmużnę znalazł. Budowali sobie synagogi, szpitale, o powszechną plemienia tego instrukcję dbali (Polska, jej dzieje i rzeczy jej, XIX, Poznań 1865. Sprawa żydowska w r. 1859).
Żaden Żyd narodowy współczesny, nie mógłby dać godniejszej odpowiedzi aniżeli dał ten znakomity badacz dziejów, gdy został zadraśnięty na punkcie swej rasowej dumy, tak długo dławionej w ukryciu.
BARONOWIE LENVAL-LOEWENSTEIN
Seweryn Jakub Henry k (1833—1895) i Leon Władysław (1836—1930) synowie Jakuba Loewensteina, kupca i obywatela miasta Warszawy, wnukowie Salomona Loewensteina, byli założycielami i właścicielami S. A. „Lilpop, Rau i Loewenstein“ i uzyskali w r. 1884 od Wielkiego Księcia Sachsen-Koburg i Gotha szlachectwo dziedziczne i tytuł baronowski, przy czym zmienili swe nazwisko rodzinne Loewenstein na de Lenval. Rodzina Lenvalów zajmowała się filantropią, ufundowała Instytut Higieny dzieci w Warszawie, na który podarowała plac i kapitał 20,000 rubli.
Wspomniany wyżej Leon Władysław Loewenstein — baron Lenval przeszedł na wyznanie kalwińskie w r. 1857 jako młodzieniec dwudziestojednoletni, studiował agronomię i by później długi czas dyrektorem fabryki wyrobów tabacznych. Syn tegoż, baron Leon Mieczysław Lenval urodził się w Warszawie w r. 1872 (Reychman, str. 131, Jeske- Choiński, str. 261. Biblioteka Warszawska r. 1903, tom IV, str. 611).
LEO
Leopold August Leo
Leopold August Leo pochodził z Królewca, rzekomo z rodziny sefardyjskiej i osiadł w Warszawie za czasów Królestwa Kongresowego, wraz ze swoją żoną Julianną Lewi pochodzącą z Leszna w Wielkopolsce.
Był to człowiek nauki, dla którego lecznictwo nie było tylko rzemiosłem, lecz i przedmiotem badań. Wydawał on w latach 1828/9 czasopismo medyczne Magazzin für Heilkunde und Naturwissenschaft i ogłosił: Ideen und Erfahrungen über die Behandlung der asiatischen Brechruhr 1832, Über die Heilung der jetzt herrschenden Cholera 1848.
Początkowo okazywał zainteresowanie dla spraw żydowskich.
Należał on do żydowskiej Izby doradczej składającej się z 5 członków i 5 zastępców, dodanej do Komitetu obejmującego wyłącznie chrześcijan, powołanego do życia w roku 1825, którego zadaniem było zajmować się sprawami Starozakonnych w Polsce, do ustalenia ich bytu materialnego i moralnego.
Dnia 11 października 1831 przeszedł Leopold August Leo na wyznanie protestancko-luterańskie z żoną i trojgiem dzieci.
Miał on dwie córki 1) Józefę Amalię (1824— ), która 1 voto było zaślubioną lekarzowi Stanisławowi Kronenbergowi, a 2 voto Szymonowi Rosenowi, bankierowi warszawskiemu, 2) Ernestynę Rozalię, zamężną za słynnym bankierem Leopoldem Kronenbergiem (Nussman, Szkice historyczne z życia Żydów w Warszawie 145, 188, Jeske-Choiński 201, R eychman).
Edward Leo
Synem Leopolda Augusta Leo był Edward Leo (1828—1901) swego czasu bardzo poważny adwokat warszawski, długoletni redaktor Gazety Polskiej w Warszawie (1874—1897).
Jako redaktor zasłużył się on ogromnie piśmiennictwu polskiemu. Na łamach Gazety Polskiej za redakcji Lea spotykamy wszystkie prawie najwybitniejsze nazwiska z ostatniego dziesięciolecia 19 wieku. Felieton w Gazecie Warszawskiej pisywał Henryk Sienkiewicz, dział krytyczny i literacki redagował Piotr Chmielowski, recenzował książki prawnicze Aleksander Kraushar i t. d. Gazeta Polska Edwarda Lea ogłosiła po raz pierwszy Szkice węglem i Listy z podróży Henryka Sienkiewicza. Ona to pierwsza wprowadziła go na szerokie tory europejskiego rozgłosu.
Dom Edwarda Lea stanowił swego czasu ośrodek życia duchowego, literackiego i towarzyskiego w Warszawie. Głośne były jego salony pod tym względem. Wszystko co było onego czasu wybitniejszego, cała śmietanka literacka, dziennikarska i towarzyska, cała elita duchowa, przesuwała się tu przed oczyma stałych uczestników sobót Leowskich, ogniskowało się tam i spalało. Tam odzwierciedlał się ruch naukowy i artystyczny całego kraju, każda ważniejsza kwestia polityczna poddawana była dyskusji, znajdował oświetlenie gruntowne, tam społeczne i ekonomiczne sprawy omawiane były wszechstronnie. — Był to ostatni salon warszawski w większym stylu. Między gośćmi znajdował się tu często arcybiskup Chościak-Popiel jako kolega szkolny Edwarda Leo, przychodził też Henryk Sienkiewicz.
Leo był salonowcem nie tylko w swoich apartamentach, ale też jako adwokat. Podobny z powierzchowności do angielskiego lorda, odbijał się pan Edward od szarego tła obrońców kratkowych i wnosił wszędzie gdzie się ukazywał, pogodną atmosferę towarzyskości. Jako adwokat poczytywał Edward Leo proces sądowy, za środek dla ujawnienia publicznie swego humoru i dowcipu, jakimi łaskawe nieba duchową jaźń jego obdarowały. Był on też utalentowanym mówcą. Łatwość wysławiania się i wykwintne maniery łączyły się u niego z erudycją literacką.
Do dziennikarstwa właściwie zabrał się Leo przypadkowo. Gdy szwagier jego Leopold Kronenberg nabył Gazetę Codzienną, której redakcję powierzył Kraszewskiemu, zaczął tam Leo ogłaszać sprawozdania teatralne i muzyczne, później współpracował jako publicysta i prawnik obeznany z życiem przemysłowym kraju. Wreszcie w r. 1874 objął redakcję jako redaktor naczelny.
Leo Edward miał syna jedynaka Edwarda Paulina, który zmarł w 37 roku życia (1852—1899). Śmierć jego dotknęła go bardzo ciężko. Usunął się po tym nieszczęściu rodzinnym w zacisze domowe, i wycofał się z dziennikarstwa, oraz w ogóle z życia towarzyskiego.
Leo Edward był żonaty primo voto z neofitką Pauliną Bruner, secundo voto z frankistką Stefanią Zielińską. Zostawił pięć córek. Piotrową Wertheimową, żonę konsula perskiego, Józefową Lipińską, Helenę, Henrykową Wolfową, Rosnową.
(Biblioteka Warszawska r. 1901, tom III, str. 385. Wielka Encyklopedia XLIII, 222, Kraushar,
Palestra Warszawska, str. 114, Jeske-Choiński, str. 201).
Wnuczka Edwarda Leo jest poetka polska Jadwiga Lipińska (zob.).
BARONOWIE I HRABIOWIE LESSER
Stanisław Lesser (1817—1890) właściciel domu bankowego w Warszawie, pochodził z poważnej rodziny kupieckiej żydowskiej w Warszawie. Ojciec jego Levy Lesser był kupcem pierwszej gildii, posiadaczem domu handlowego, synem Abrahama Lessera, przybyłego w drugiej połowie 18 wieku z Leszna do stolicy Polski.
Stanisław Lesser (1817—1890) ze zmianą wyznania miał wolną drogę do wszystkich możliwych godności, został konsulem peruwiańskim, konsulem generalnym saskim i bawarskim i t. d., uzyskał też szlachectwo, a wnet i baronię W. Ks. Sachsen Meiningen. Stanisław Lesser założył cukrownię Elżbietów, był Starszym Giełdy Warszawskiej, Radcą Handlowym Banku Polskiego i t. d.
Brat Stanisława Zygmunt (1818—1896) wspinał się po drabinie tytułów jeszcze wyżej. Otrzymał w Rzymie, jako chwalebny wyznawca chrześcijaństwa odznaczający się dystynkcją, urząd szambelana papieskiego oraz tytuł hrabiego papieskiego (conte papale), który to tytuł papieski zatwierdził klerykalny rząd hiszpański Burbonów w r. 1884. Dla ex-Żyda w pierwszym pokoleniu sukces niecodzienny. Hrabia papieski Zygmunt Lesser szukał odpowiedniej małżonki z tej samej sfery wysokiej arystokracji i zaślubił primo voto Laurę z hrabiów Krasickich, hrabinę Dunin-Borkowską, damę Krzyża Gwiaździstego i Orderu Gwiaździstego. Secundo voto pojął za żonę Marię hrabiankę Jellacic.
Ze synów Stanisława barona Lessera, tylko czwarty, Jan Konstanty (1850-1930) kontynuował działalność gospodarczą swych przodków i prowadził nadal interes bankowy swego ojca, a to pod firmą „Stanisław Lesser“ i był członkiem Warszawskiego Komitetu Giełdowego (1917-1930). Dalsi synowie Stanisława poświęcili się zawodom wolnym a to: Władysław Leon (1846-1925) był chemikiem, Kazimierz Aleksander (1847-1919) był doktorem filozofii, chemikiem, docentem Państwowej Akademii Rolniczej w Elden , Bronisław Łucjan (1852-1922) był inżynierem, dyrektorem cukrowni Elżbietów , Wiktor Stanisław Zygmunt (ur. w r. 1853) reprezentował jako konsul rząd portugalski w Warszawie, Stanisław Maurycy Konstanty (1855-1929) był artystą muzykiem, solistą opery warszaw skiej, profesorem konserwatorium warszawskiego (Reychman str. 122).
LESSEROWIE SŁUŻĄCY MUZOM
Rodzina Lesserów okazywała też poważne zdolności na wyżynach parnasowych i nauki, a nie koniecznie tylko celowała na posadzkach salonów society.
AUGUST SAMUEL LESSER
August Samuel Lesser (ur. w r. 1840) syn Floriana, wnuk Zygmunta będącego bratem wyżej wspomnianego Levyego Lessera, był polskim artystą dramatycznym a później wyjechał za granicę i uzyskał z biegiem czasu stanowisko dyrektora teatru w Budapeszcie. Wiarę zmienił jeszcze w Warszawie jako młody człowiek, wraz z matką w r. 1862. Dwie siostry jego przeszły na chrześcijaństwo w r. 1867. (Jeske-Choiński, 202, 258).
ALEKSANDER LESSER
Stanisław baron Lesser i hrabia Zygmunt Lesser mieli starszego brata Aleksandra Lesssera (1814-1884), który swego wyznania nie zmienił, tytułów arystokratycznych i wawrzynów gospodarczo-finansowych nie szukał, poświęcił się muzom i w dziedzinie sztuki znaczne sukcesy uzyskał.
Poznawszy malarstwo historyczne, kwitnące w całej pełni w Monachium, stał się on jednym z twórców malarstwa historycznego w Polsce. Swe obrazy opierał na poważnych studiach dziejów kraju ojczystego. Klasyczny kierunek charakteryzuje jego całą działalność artystyczną. Główne jego dzieła to: „Wizerunki królów polskich“, 40 portretów królów polskich, malowanych wedle wzorów pomnikowych, wydane przez Dzwonkowskiego. (Aleksander Lesser, Królowie polscy. Wizerunki zebrane i rysowane przez Aleksandra Lessera, objaśnione tekstem historycznym przez Juliana Bartoszewicza Warszawa 1860), „Kadłubek piszący kronikę w Klasztorze” (Znajduje się w Zachęcie w Warszawie), „Obrona Tremowli”, „Młody Bolesław Krzywousty wyjeżdża do Morawii“, „Pięciu poległych w r. 1863“ (Zachęta w Warszawie), „Pożegnanie Henryka z Lignicy ze św. Jadwigą”. Za „Wizerunki królów polskich” został Lesser mianowany członkiem Towarzystwa Naukowego w Krakowie, oraz otrzymał od króla szwedzkiego wielki złoty medal z napisem Letteris et artibus, i od króla saskiego pierścień brylantowy. Malował on też obrazy na chrześcijańskie motywy relig jne. Cenione są jego obrazy przedstawiające Wniebowzięcie Chrystusa i św. Magdalenę.
Fachowa krytyka ówczesna wyraża się o Aleksandrze Lesserze w ten sposób: „ W licznych swoich obrazach, tak religijnych jak i historycznych, b. p. Adeksander Lesser, odznaczał się sumiennością traktowania przedmiotu i rysunkiem poprawnym. Największą jednak zasługą artysty było to, że wraz z ś. p. Januarym Sucholeskim, pracował nad wprowadzeniem historycznego żywiołu do naszego malarstwa. „Wydobycie zwłok utopionej Wandy”, „Habdank“ , „Obrona Trembowli” były najbardziej wydatnymi dziełami b. p. Aleksandra na tej dziejowej drodze” (Biblioteka Warszawska CLXXIV 160).
Henryk Struve pisał o nim „Aleksander Lesser należał do tej niewielkiej liczby przedstawicieli sztuki polskiej, którzy wywarli wpływ stanowczy na rozwój i dokonali przełomu w jej postępie historycznym. — Nie godzi się zapomnieć, że Lesser wraz z Suchodolskim byli pierwszymi malarzami historycznymi u nas, że bez Lessera nie byłoby zapewne Matejki, że bez „Obrony Trembowli”, „Habdanka”, „Wizerunków królów polskich” i. t. d. nie oglądalibyśmy zapewne ani „Skargi“ , ani „Sejmu” i „Rejtana”, ani „Grunwaldu”, „Hołdu Pruskiego” i „Sobieskiego”, (Kłosy, 1884, str. 36).
Kraszewski chwali Lessera nie tylko jako artystę, lecz również jako archeologa, gdyż jako malarz gruntownie się zaznajomił z przeszłością: „pierwszy u nas z potrzebnym zasobem wiedzy zwrócił się na pole historii krajowej i prawie wyłącznie się jej poświęcił. Nadzwyczaj sumienny musiał też rozpocząć od gruntownego badania zabytków przeszłości i w znajomości ich, w ocenieniu nikt mu nie sprostał”. — „Do zasług artystycznych łączą się u niego zasługi około archeologii krajowej w najobszerniejszym tego słowa znaczeniu. Nikt lepiej nad niego nie znał pamiątek polskich rozsianych po całej Europie. Wydane przez niego „Wizerunki królów polskich” są owocem też studiów najrozciąglejszych, opartych na medalach, pieczęciach, sztychach, rzeźbach, między którymi umiał czynić wybór bardzo trafny. Portrety królów te, są i pozostaną długo jedynymi, na których można polegać, bo w nich fantazja na wodzy była trzymana przez naukę i krytykę. Nie ma tu żadnego z akcesoriów najobojętniejszego, któreby nie było obmyślane i ściśle z chronologią sprawdzane. Gdzie nie sstarczyło pomników, tam opisy kronikarskie, podania zużytkowane zostały”. Kraszewski uważa Aleksandra Lessera za znakomitego artystę w swoim rodzaju, przy czym podkreśla: „u nas stoi na czele tych, co sztuce kierunek narodowy nadać usiłowali” (Kłosy 114 str. 182) … Żyd nawet jeszcze nie ochrzczony tym, który starał się nadać sztuce polskiej kierunek narodowy! gdzie jesteście, rasolodzy? Dziś jest on wprawdzie pod względem technicznym przestarzały, ale kto uczynił zadość najlepszym ze współczesnych, ten pracował rzeczywiście dla wszystkich czasów.
Aleksander Lesser udzielał się też społecznie. Był jednym z założycieli Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Królestwie Polskim. Rozwijał też szeroką działalność pisarską w Kłosach i Sprawozdaniach Towarzystwa Zachęty. Zamieszczał tam kroniki artystyczne.
Dla judaizmu nie okazywał Aleksander Lesser żadnego zainteresowania, choć nie zerwał z religią mojżeszową. Nie szukał on motywów ani w dziejach Izraela starożytnego (z wyjątkiem obrazu „Zwycięstwo Dawida nad Goliatem”), ani też z życia współczesnego Żydów. W hebrajskim roczniku He-Asif (I 133), znajduje się wzmianka pozgonna o Aleksandrze Lesserze, gdzie jedynie wspomniane jest, że Aleksander Lesser pochodził z poważnej rodziny żydowskiej. Nic poza tym, co by się tyczyło kontaktu z kulturą Izraela, czy też żywym społeczeństwem.
STANISŁAW LESZCZYŃSKI (po kądzieli)
Aniela Szymanowska, przyrodnia siostra Celiny Mickiewiczowej (zob.) z frankistów wyszła za Jana Nepomucena Leszczyńskiego (1806 -1886) ze starego rodu szlacheckiego herbu Korczak, właściciela głośnego swego czasu zakładu naukowego. Władysław Mickiewicz w swych Pamiętnikach wspomina parokrotnie o swym wuju Leszczyńskim w Warszawie.
Synem tego małżeństwa był bardzo znany swego czasu w Warszawie adwokat i działacz społeczny Stanisław Leszczyński (1856-1908). Jako obrońca ilekroć „zabierał głos zawsze
miał do powiedzenia coś własnego w zawiłej kontrowersji prawnej, zawsze ubierający swe myśli w nieskazitelną szatę polską”. Jako działacz społeczny poświęcił całą swoją energię szerzeniu oświaty w Polsce pod zaborem rosyjskim. W r. 1904 jeździł do Petersburga w delegacji, która domagała się reformy szkolnictwa w duchu polskim. Od roku 1893 stał jako prezes na czele Wydziału czytelń bezpłatnych przy Warszawskim Towarzystwie Dobroczynności i udało mu się, rzecz jasna przy współudziale innych, uczynić z tych czytelń wielką organizację oświatową. Księgozbiory czytelń pod jego kierownictwem urosły z 22,000 tomów w r. 1893, do 66,000 tomów w r. 1907. Przy czym ze strony władz zaborczych nie tylko nie było żadnej pomocy, ale piętrzyły się przeszkody. Sekundowały wówczas rządowej opozycji do oświaty ludowej w Polsce, również niektóre własne koła reakcyjne (kampania księcia Michała Rodziwiłła, oraz znanego antysemity Jana Jeleńskiego, przeciw czytelniom za czasów Imeretyńskiego). W r. 1899 został Stanisław Leszczyński zamknięty na dwa miesiące w Cytadeli, za należenie do tajnego stowarzyszenia oświaty ludowej.
Stanisław Leszczyński posiadał ciekawą pamiątkę po rodzinie matki swej, która była pochodzenia żydowskiego, obraz malowany przez jego ciotkę Zofię Lenartowiczową (zob.) z domu Szymanowskiej, z którą Mickiewicz po śmierci żony swej miał się nawet żenić. (Biegeleisen, Matk a poety. str. 119, Boy-Żeleński, Bronzownicy)
Wielka Encyklopedia Ilustrowana, (XLIII-XLIV str. 308), której wiele z powyżej podanych szczegółów co do działalności oświatowej Leszczyńskiego zawdzięczamy, nie wspomina ani słówkiem, że był on bratem ciotecznym Władysława Mickiewicza, ani też, o pochodzeniu matki tegoż, albowiem mogłoby szydło semickie wyleźć z worka, a to zawsze dla pewnych rodzin przemilczać wygodniej.
BOLESŁAW LEŚMIAN
I
Bolesław Leśmian, zmarły 6 listopada 1937, jeden z największych poetów współczesych Polski, autor Sadu rozstajnego, Łąki, Klechd Sezamowych, Napoju Ciernistego, notariusz z zawodu w Zamościu, pochodzi ze starej inteligenckiej rodziny żydowskiej. Pradziadkiem jego, ojcem babki po mieczu, był Antoni Eisenbaum (1791-1852), pierwszy dziennikarz żydowski w Warszawie, który w r. 1823 założył czasopismo utrakwistyczne polsko-niemieckie, gdzie niemczyzna była drukowana zgłoskami żydowskimi, p. t. Dostrzegacz nadwiślański — Der Beobachter an der Weichsel, którego w r. 1823 wyszło pięć numerów, a w r. 1824 — 37 numerów. Antoni Eisenbaum, sam samouk, spełniał wielką misję oświatową wśród Żydów. Stał na czele t. zw. Szkoły rabinów, instytucji postępowej, której zadaniem była europeizacja Żydów, początkowo od r. 1828 jako gospodarz i nauczyciel,a później od r. 1835 jako dyrektor, aż do samej śmierci w r. 1852. Sam mówił płynnie po polsku, niemiecku, francusku i włosku. Drukował artykuły w prasie warszawskiej przed r. 1831, w obronie Żydów i podpisywał się literami AZ. Polacy współcześni go chwalili, że „gorliwie był oddany myśli zbliżenia swych współwyznawców do reszty ludności i przyczynił się do pomnożenia liczby Izraelitów dobrze językiem władających” (Wielk a Encyklopedia Powszechna XVII 1004). Myślał o reformie kultu żydowskiego. Założył synagogę przy szkole, stworzył z uczniów chór i sprowadził kantora zza granicy ( Z dziejów gminy starozakonnych w Warszawie str. 1) Jego nagrobek był pierwszym na cmentarzu żydowskim o napisie polskim.
Zięciem Antoniego Eisenbauma, mężem córki Reginy, był Bernard Lessman, dziadek poety. Bernard Lessman był z zawodu pedagogiem. Wykładał on od r. 1838 w szkole rabinów matematykę w klasach niższych. Znał on kilka języków cudzoziemskich, a przede wszystkim gruntownie język francuski. Przetłumaczył na język polski Przygody Fenelona i poza tym przełożył dla Polaków znane swego czasu niemieckie podręczniki języka francuskego Ahna i Ollendorfa, które się doczekały w przekładzie polskim kilku wydań. (Ahna F. nowa metoda praktyczna i łatwa nauczenia się w krótkim czasie języka niemieckiego z zastosowaniem do użytku młodzieży polskiej przez Bernarda Lessmana, wydanie trzecie poprawione i powiększone. Warszawa 1865).
Bernard Lessman miał syna Aleksandra Stanisława ur. w r. 1851 inżyniera z zawodu, który był naczelnikiem oddziału mechanicznego południowo-zachodnich dróg i w r. 1890 przeszedł na wyznanie ewangielicko-luterańskie (Jeske-Choiński str. 202). Bolesław Lessman liczył lat 11, gdy jego ojciec wyrzekł się mozaizmu i przyjął religię Chrystusa. Leśmian to tylko pseudonim, to forma literacka nazwiska Lessman.
Bolesław Leśmian nie produkował dużo. Był mimo to artystą wielkiej miary, jego Muza rodziła raz na wiele lat. Nie należał do versifexów o rozmachu hurtowników. Ale co wydaje na świat, to kruszec szlachetny pierwszej próby, ruda oryginalna wydobyta z głębin własnych. Dawał rewelacje poetyckie, olśniewa przeżyciami i apercepcjami nowymi. Jeszcze parę lat przed wojną pisał o Leśmianie Antoni Potocki w swej Historii Literatury (I 330) „Rzetelnej pracy ducha są wyrazem poezje Bolesława Leśmiana — żyje własnym życiem do głębi i w zupełnej prawdzie”. Ostap Ortwin rozkoszuje się Łąką Leśmiana, powiada o niej z entuzjazmem słowa pełne zachwytu niezwykłego: „Książka ta przynosi z sobą nową, nieznaną dotąd w literaturze nie tylko naszej, formę obcowania z przyrodą, zbogaca naprawdę nowym dreszczem. To jest jej niepospolitym czynem odkrywczym, w tym tkwi jej odrębne, swoiste i mocą swą fascynujące piękno. Wierzyć się nie chce, że chodzi tu o tę samą, tak aż do przesytu dobrze nam znajomą, tylekroć odegraną i odmalowaną naturę… Nie znam w literaturze analogii do tego rodzaju przedstawienia przyrody, które najprostsze, najpowszedniejsze na pozór epizody jej życia przeobraża w zjawy feerii” (Przegląd Warszawski r. 1922 IV 272 ). Był on przedstawicielem czystej l‘art pour l’art, zakochanym w pięknie wszechświata, mistrz o czarownym języku, poetą o nastawieniu kosmicznym, szukał tajemnic zaświata, prabytu, wajdelotą nawskroś religijnym w znaczeniu najgłębszym. Religijność jego nie ogradza się ciasnymi formami metafizyki tłumu i nie zamyka się w zaściankach jakichś pozytywnych symboli istniejących wyznań.
II
Żydowstwa pozytywnego, ani też właściwego chrześcijaństwa u niego w poezji nadaremnie szukać. Lubi Wschód, pisze Klechdy Sezamowe, Przygody Sindbada żeglarza, rzeczy fantastyczne dla młodzieży, bawi go bogata symfonia barw, dalekich krain południa, ale w zasadzie nie ma w tym nic szczególnego. Podobne upodobania spotykać tez można u t. zw. rdzennych Aryjczyków.
Wiersz zatytułowany u Leśmiana „Betleem” (Napój ciernisty), nie głosi cudu ewangelicznego, tytuł jest tylko punktem wyjścia dla uwag rezonujących o charakterze filozoficznym. Nie ma tu dogmatycznego chrystianizmu.
… gdzie Magowie? odeszli. Badacze ich cienia
głoszą, że wraz z kadzidłem i myrrą i złotem
w kurz się marny rozwiali pod tej karczmy płotem
gdzie droga w nicość skręca. Tyle — ich istnienia.
Gdzie Maryja? — Mów o niej z niebem lub mogiłą
Nikt nie wie — i nikt dzisiaj nie odpowie tobie
A gdzie Bóg. Już oddawna pochowany w grobie
Już szepcą, że go nigdy na świecie nie było i t. d.
Leśmian pragnie wiedzieć o życiu pośmiertnym. Dla niego kres życia ziemskiego nie oznacza jeszcze końca absolutnego bytowania. Po drugiej stronie okopów jeszcze się coś dzieje. Religijny jego umysł zapatrzony jest w dal pozagrobową. Jego wiersz Zaklęcie głoszący wizję jakiegoś smętnego bezruchu zmarłych, przypomina niektóre teksty z psalmów (30, 10) czy Jezajasza (38, 18) czy Hioba (10, 2 2 ). Chodzi o reminiscencję świadomą czy o podświadomą analogię wyrosłą z tej samej gleby. Wiersz Zaklęcie brzmi:
Ptaku nocny coś bywał za świata rubieżą
I widziałeś umarłych, — mów, co czynią? — Leżą
A co jeszcze? — Wciąż leżą bez przerw, bez wytchnienia
Niema dla nich ni słońca, ni wiatru, ni cienia,
Nie modlą się, nie płaczą, nie śnią i nie wierzą
I nic — tylk o tak leżą,
Nic, tylko tak leżą.
Leśmian współczuwa z bólem wszystkiego co żyje i wzywa do modlitwy. Ucho wrażliwe dosłyszy tutaj echa modlitwy hebrajskiej (mi bacherew, mi baraaw) odmawianej w Nowy Rok i Sądny dzień:
Módlmy się wśród drzew
Za zdeptany wrzos
Za przelaną krew
Za zburzony los
I za śmierć od kul
I od byle rdzy
I za cudzy ból
I za własne łzy
Leśmian o tej, pokrewnej w pewnej mierze hebrajskiej, modlitwie zapewne nigdy nie słyszał. Ale istnieje dziedzictwo krwi bez słów. Ribot w swojej ciekawej i wcale nie przestarzałej książce p. t. La heredité, wskazuje, jak pisklę gęsie zaledwie wychodzące na świat, już goni do wody i umie od siebie pływać. Świat organiczny przedstawia ciągłość pokoleń. Mogą zwolennicy mutacjonizmu w biologii twierdzić, że nabyte właściwości nie są dziedziczne, jednak co przez dziesiątki wieków impregnowało psychę nie przechodzi jak oliwa po ceracie. W jakiś sposób ryją się ślady w plaźmie.
Ze starego testamentu zaczerpnął Leśman motyw do swego „Eliasza”, wziął wątek do pięknego poematu, w którym opiewa, jak prorok Eliasz, który zajechał na wozie ognistym do niebios, szuka tam Boga, ale go nie znajduje i daremne są starania jego (Napój Ciernisty str. 203). Leśmian dał nam w tym wierszu, jeden ze szczytów swej twórczości poetyckiej. Legenda biblijna pobudziła go do kongenialnego, przepysznego, olśniewającego wzlotu w bezkres metafizyczny. Czujemy w tym poemacie dech, tchnienie kosmiczne, rozmach perspektywistyczny, napotykany chyba w niektórych psalmach (139, 7-9).
Wziął go wicher i uniósł na ognistym wozie
Leciał rozzuchwalony w powietrzu i grozie
Płaszcz swój rzucił na ziemię, by z wyżyn rozstania
Płaszczem ziemię dosięgnął na znak pożegnania
I odtąd już go nigdy na ziemi nie było
Wszechświat stał mu się błędną wokół mogiłą
Mija w pędzie planety, gwiazdy stałe, słońca, mgławice
Ale prorok, w tęsknoty zapodziany trudzie
Nie zrażał na to rojne w niebiesach bezludzie
Upojony tchem mgławic, zwycięsko rozpędny
Wsparty o krawędź wozu a sam — nadkrawężny
Ścigał bezkres i piersią czuł radość pościgu
Stąd już blisko do Boga! Już Eliasz zobaczył
Jak Bóg smugą świetlistą w chmurze zaznaczył
Eliasz z wozu wynurzył swą pierś i urwiście
Zwisł nad głębią i dłonie w przód rozwarł jak liście
I tak trwał niby nagła mroków roślina
Co pnączem swego ciała w bezmiary się wspina
I wargami zaznawszy chłód gwiezdnych przezroczy
Do Boga wzwyż i na wprost mówił w cztery oczy:
W szechświat skończył się. W oczach niby gwiazd utrata
Utkw iła mu nagle nieskończoność wszechświata
Zmógł się z lotem ostatnią swych pragnień bezsiłą
I odtąd go nigdy w wszechświecie nie było.
Wóz się zachwiał. Skry jego niby ślepie wilcze
Lśniły, przejrzawszy na wskroś zmysły tubylcze
I spełniło się… Eliasz czuł przez jedną chwilę
Że spełniło się właśnie… I czuł tylko tyle
Pochłonęła go drętwa i pełna ciszyzna
W edział, że Bóg — daleko — że nic mu nie wyzna.
Specyficznego ,,bolu golusu” napotykanego zazwyczaj więcej czy mniej wyraźnie u poetów pochodzenia żydowskiego nie znajdujemy u Leśmiana. Oderwał się on za wcześnie i za gruntownie od społeczności żydowskiej, jako członek rodziny już dawno zasymilowanej, aby w jego duszy miało się utrwalić owe ciche, elegijne łkanie, ktore kwili w zakamarkach psyche każdego potomka Izraela, z racji tragedii dziejowej nie chcącej się skończyć i wciąż znowu wracającej do życia. Nie znać u niego akordów beznadziejnego liryzmu ludu-męczennika, ani też w formie pochodnej społecznego patosu.
Leśmian zna tylko ogólne kosmiczne zło, które dławi. Pod tym względem przypomina on czasem Kasprowicza:
Za młodych lat szeptałem żarliwie i skrycie
Modlitwę o wydarzeń tragicznych przeżycie
O łzę, która się w oczach rosiście przechowa,
Na pokarm dla mgieł nocnych, na treść dla słowa.
I nastał dzień, co grozą poranił mi duszę —
I musiałem go przeżyć… on wiedział, że muszę
A już stało za drzwiami to złe co niweczy
Szumy mego ogrodu nad gęstwią wszechrzeczy.
LEWANDOWSCY
W r. 1840 przeszedł na wyznanie augsburskie weterynarz Jakub Henryk Lewandowski, autor licznych prac ze swego zakresu, pochodzący z Kalisza.
Syn jego, Leopold (1833— 1896), ochrzczony jako dziecko równocześnie z ojcem, (Jesks-Choiński str. 203) wybił się jako skrzypek i kompozytor muzyki tanecznej.
Leopold Lewandowski szybko dojrzewał. Już jako młodzieniec siedemnastoletni zdobył on na konkursie urządzonym przez dyrekcję teatrów warszawskich, miejsce skrzypka w orkiestrze opery. Mając lat 24, to zn. w r. 1857 został on powołany na dyrektora orkiestry teatru Rozmaitości.
Leopold Lewandowski napisał nie mniej, niż dwieście mazurów, „które jego imię, -— jak pszą współcześni — szeroko po kraju i poza jego granicami rozsławiły” (Encyklopedia Powszechna XVIII, 349). Poza tym skomponował on znaczną ilość polek, kontredansów, polonezów, marszów. Na tym polu przez kilkadziesiąt lat swej działalności ani jednego nie spotkał rywala.
Leopold Lewandowski pomimo swego stuprocentowego żydostwa pod względem rasowo-biologicznym, zdołał z głębin swej duszy wyczarować tony i melodie, odpowiadające w zupełności nastawieniu muzycznemu narodu polskiego. W Encyklopedii
Powszechnnej Ilustrowanej czytamy: ,,Wszystkie jego tańce odznaczały się piękną, orygnalną melodią i jędrną rytmiką; wszystkie były oparte na nucie narodowej. Cenne zalety wyrobiły im wziętość nadzwyczajną w całej Polsce a Lewandowskiemu zjednały zasłużony i zaszczytny tytuł polskiego Straussa” (XVIII 349). W podobny sposób również i Ultima Thule podkreśla, że jego muzyka taneczna oparta jest ,,na nucie narodowej” (VI 443).
FRANCISZEK SALEZY LEWENTAL
Franciszek Salezy Lewental (1839-1902) urodził się jako Salomon Lewental we Włocławku. Jego ojciec Dawid, który zmarł w r. 1868 był z zawodu nauczycielem języka i literatury hebrajskiej, przy tym posiadał stary Lewental pewne zdolności literackie i ogłosił zbiór poezji i wierszy w języku hebrajskim w r. 1844 p. t. Ajeleth ha-Szachar, oraz przełożył w r. 1861 z języka Germani i na idiiom Biblii, wybór ,,parabelii z autorów niemieckich Herdera, Krummachera i Günsberga” p. t. Kewod ha-Lewanon. ,,Dawid Lewental godził religię z oświatą, przedstawiał wzór prawdziwego Izraelity, tak rzadki niestety w naszej epoce” (Izraelita III 3 80).
Franciszek Salezy czyli Salomon Lewental wykształcił się w znanej szkole rabinów w Warszawie. Po ukończeniu tejże wstąpił jako pracownik do wydawnictwa Jana Glüksberga, który grał onego czasu potężną rolę wśród plutokracji warszawskiej i nawet jeden z Epsteinów ożenił się z jego córką. Lewental po kilkuletniej pracy w przedsiębiorstwie Glüksberga poślubił córkę tegoż. Niezadługo zeszedł ze świata teść i Lewental objął całe przedsiębiorstwo wydawnicze wraz z drukarnią. Po roku i żona zmarła, tak, że Lewental pozostał przy wydawnictwie teścia sam jeden. Lewental po latach pojął za żonę córkę wielkiego finansisty warszawskiego Matiasa Bersona, głośnego onego czasu kolekcjonera i miłośnika historii, siostrę żony Aleksandra Kraushara.
Lewental wnet wybił się jako wydawca wielkiego typu, na wzór Orgelbrandów. Od roku 1866-1890 wydawał on tygodnik Kłosy, którego redaktorem był Lewestam, a później Antoni Pietkiewicz (Adam Pług). Od roku 1872 puszczał on w świat bibliotekę najcelniejszych utworów literatury europejskej, wychodzącą pod reakcją Piotra Chmielowskiego. Poza tym ogłosił Lewental swoim nakładem cykl zbiorowych dzieł Korzeniowskiego, Kremera, Rzewuskiego, Kraszewskiego, tanie wydanie dzieł Orzeszkowej, Jeża, Fredry, Syrokomli, ilustrowany album Jana Matejki, oraz wiele pojedyńczych utworów powieściowych i poetyckich.
O Lewentalu jako wydawcy pisze Biblioteka Warszawska (r. 1902 t. IV 196) „Jeden z najruchliwszych i najbardziej zasłużonych wydawców polskich“. Tygodnik Ilustrowany (r. 1902 str. 797) wypowiada się o nim: „dodać należy, że w wydawnictwach Lewentala nie było nigdy t. zw. makulatury, przeciwnie wszystkie książki cenne, pozytywne i posiadające trwałą wartość. — Sama Biblioteka najcelniejszych utworów europeskich, której redaktorem przez długie lata był Piotr Chmielowski, stanowi poważną pozycję w naszym dorobku wydawniczym” —-- „Wiele energii pracy i kapitału włożył on również w wydawnictwa periodyczne. Na pierwszym miejscu należy wymienić Kłosy, tygodnik ilustrowany, który wychodził przeważnie pod redakcją Adama Pługa, przyczyniając się niemało do popularyzacji sztuki i drzeworytnictwa polskiego. Drugim, mniej doniosłego znaczenia, ale bardzo poczytnym i uczciwie prowadzonym pismem był Tygodnik romansów i powieści, redagowany w ostatnich czasach przez Kazimierza Kraszewskiego. Duże znaczenie i wpływ posiadał nieistniejący dziś (1892) Świt, prowadzony przez Marię Konopnicką. Nazwiska redaktorów świadczą, że Lewental powierzając kierownictwo swoich organów ludziom wybitnego talentu i zasługi, traktował swoje zadanie poważnie”.
W r. 1887 został Lewental współwłaścicielem Kuriera Warszawskiego.
Lewental posiadał jako człowiek szeroki gest „cieszył się sympatiami wielu literatów, a między innym i Kraszewskiego, któremu ofiarował w swoim czasie kaucję dla uwolnienia go z więzienia pruskiego“ (b ).
Lewental podczas tego całego okresu szeroko zakrojonej aktywności wydawniczej był Żydem i to czynnym w gminie żydowskiej i w życiu charytatywnym dla szerokich mas naszego ludu. Pracował jako jeden z trzech opiekunów Ochronki przy ulicy Nowolipie nr. 34, wraz z Mathiasem Bersonem i Julianem Goldbergiem. Był przez kilkanaście lat członkiem zarządu Gminy Starozakonnych, oraz członkiem komitetu synagogi na Tłomackiem, jakoteż długoletnim kuratorem Szpitala Starozakonnych. Fundował pulpit do czytania tory w synagodze, na którym był umieszczony napis z jego nazwiskiem. (Nussbaum, Szkice Historyczne 173, Z dziejów Gminy Starozakonnych w Warszawie str. 82, Frenk II 49-60).
Budzący się w Królestwie antysemityzm w latach osiemdziesiątych, a to pod wpływem wrażych wichrów, które wiały wówczas z Niemiec, warsztatu pracy różnych Steckerów i Ahlwardtów, dawał się we znaki Lewentalowi.
Jego Kłosy traciły wciąż abonentów, tak dalece, że w r. 1890 był Lewental zmuszony zwinąć ten tygodnik, tak znakomity i swego czasu zasłużony. Lewental wcale nie miał zamiaru chować pod korzec przyczyny konieczności likwidacji tego czasopisma, w które włożył tyle energii i kapitału oraz dobrej woli; w ostatnim numerze tego periodyku ogłosił wyznanie, bardzo ciekawe. Mówi z niego Żyd świadomy siebie, człowiek z charakterem, który zwykł mówić gdy potrzeba prawdę i nie chyli się do niczyjego strzemienia. Wyznaje, że on miał najlepsze chęci, zamiary, ale twarda nienawiść go rozczarowała.
Podamy tu te najbardziej charakterystyczne urywki: „Ostatnie Słowo… Niedobór wskutek rozszerzenia ram Kłosów, podniesienie się kosztów wydawnictwa i zmniejszenie się liczby prenumeratorów, czyni rocznie po kilkanaście tysięcy rubli i naraził mnie w niespełna 9 lat ostatnich na stratę 93 tysięcy rubli”.
„… Przystąpiwszy do wydawania Kłosów, oparłem je na podstawie miości do kraju rodzinnego, humanizmu w całej rozciągości znaczenia tego słowa. Powołałem do współpracy najznakomitszych pisarzy i malarzy polskich. —„
„… Czasy i pojęcia zmieniły się: Zasady humanizmu przez Kłosy krzewione zbankrutowały, zaczęto ludzi cechować i sorlować; jak dla bydląt różne dla niej stwarzając zagrody. Nie pytają się więcej, jak pracuje, ale kto pracuje. — Powstali fałszywi prorocy, w których wierzyć zaczynano; Kłosy zaś nie schodzące z raz obranej drogi, traciły popularność a z nią i prenumeratorów.”
„Niektórzy ze współpracowników Kłosów utrzymywali, że moje wyznanie szkodzi pismu; nie chciałem wierzyć, aby współziomkowie moi, pod których dach wnosiłem chleb duchowy, urabiany rękoma Krasickich, Słowackich, i t. d. szli za hasłami Hartmanów (Edward Hartmann był filozofem niemieckim, jednym z twórców antysemityzmu)”
„Podobne twierdzenie uważałem za ciężką obelgę, społeczeństwu memu wyrządzaną. — Gdy jednakowoż napaści na mnie, rzekomo z tytułu wydawania Kłosów stawały się coraz częstszym a nie tylko żaden głos nigdy w obronie mojej nie odezwał się, ale nigdy ani jednego słowa nie zaznałem zachęty, postanowiłem pismo doprowadzić do lat dwudziestu pięciu i je zamknąć.”
„… Kiedyś historia osądzi, o ile Kłosy przyczyniły się do rozwoju drukarstwa, papiernictwa, ilustratorstwa i drzeworytnictwa krajowego; o ile było pismem zacofanym i katolickim jak mianowali jedni, żydowskim drudzy, a spekulacyjnym wszyscy razem.”
„Zwijam je z bólem serca, bom się z ich życiem zżył i z nimi chlubił; kiedyś naród może spostrzedz, że stracił posterunek duchowy uczciwy i niezleżny, gdzie najlepsi synowie jego wartę trzymali.”
II
Kłosy były pierwszorzędnym organem o charakterze literackim, czysto polskim. Jeśli Lewental pragnął kiedyś przeciwdziałać w swym organie antysemityzmowi, czynił to tylko w dawkach homeopatycznych, przemycał tu i ówdzie niezwykle rzadko, jakąś uwagę lub artykuł o treści dodatniej pośrednio czy bezpośrednio dla żydostwa. Był niewolnikiem własnego zakapturzenia.
Marginesowo pisał Lewental o antysemityźmie w Kłosach, raz w związku z artykułem Jeske-Choińskiego o Bertoldzie Auerbachu. Sprawa miała się tak: Po śmierci Auerbacha, Żyda niemieckiego, który swego czasu uchodził za wybitnego powieściopisarza, ogłosił Jeske-Choiński artykuł o nim w Kłosach, w którym pisał, że Auerbach należał do szczęśliwców, którzy umierali spokojnie, na to zamieściła redakcja bardzo znamienną uwagę niżej linii, będącą oskarżeniem dla ruchu antysemickiego: „zdaje się, że w tej mierze myli się autor; ostatnie bowiem chwile Auerbacha pełne były goryczy z powodu ruchu antysemickiego, jak o tym świadczy jeden z jego przyjaciół literackich, z którym rozmawiał Auerbach krótko przed wyjazdem z Berlina „Przyjacielu, rzekł Auerbach, mam zamiar opuścić Berlin na zawsze, gdyż jestem Żydem, a widok srogości i brutalności, z jakimi współwyznawcy moi są traktowani jest mi nieznośny. Nie wierzyłbym nigdy, aby to dziś jeszcze stało się możliwym; w tej podniecanej wciąż nienawiści tkwi tyle zwierzęcości, że przyznaję się otwarcie, nerwy moje ucierpiały…. gdy mnie więcej nie będzie, powie pan to wszystkim” … Bertold Auerbach zmarł z boleści, jaką mu ziomkowie jego sprawili” (Kłosy r. 1882 str. 159)
W podobny sposób starały się Kłosy pomóc Żydom, przez podkreślanie, przy nadarzającej się sposobności, miru zażywanego przez Żydów-patriotów wśród społeczeństwa polskiego. W wiadomości pośmiertnej o słynnym rabinie-patriocie Meiselsie czytamy w Kłosach (rok 1870 str. 123) „nie brakło na pogrzebie chrześcijan którzy w zmarłym ocenili wyższego człowieka zacnego charakteru i duchem obywatelskim”.
U wybitnych ludzi pochodzenia żydowskiego Kłosy częstokroć akcentowały pochodzenie żydowskie: niech społeczeństwo polskie wie, że naród żydowski wydaje ze swego łona wartościowe jednostki. U słynnego muzyka, Żyda niemieckiego Ignacego Moschelesa kładą nacisk na to, że był „synem izraelickiego kupca” (1871, str. 8). W nekrologu po głośnym swego czasu i zasłużonym wielce Francji ministrze skarbu Napoleona III, Achillesie Fouldzie, który był Żydem i został pochowany na cmentarzu protestanckim, piszą Kłosy: „W końcu nadmienić wypada jeszcze, że wiele pism niemieckich powątpiewa o przejściu Foulda z wiary mojżeszowej na wyznanie ewangelickie, przypisują protestancki jego pogrzeb intrygom żony i powolności paryskiego rabina, który nie chciał wywołać zgorszenia” (rok 1867 str. 295). Gdy słynny filantrop angielsko-żydowski Montefiore zmarł, zamieściły Kłosy o nim nekrolog siedmioszpaltowy (rok 1885 str. 134-137) pełen dytyrambów.
Ciekawem i charakterystycznem jest, że Meir Ezofowicz Orzeszkowej ukazał się najpierw w odcinku w Kłosach w roku 1878, przy czym redakcja łosów poprawiała tę powieść w niektórych m iejscach w duchu bardziej filosemickim.
O malarzach, Żydach, którzy zresztą cały swój talent poświęcili Polsce znajdują się w Kłosach obszerne wspomnienia pośmiertne. (O Gottlibie zostały tam ogłoszone dwa artykuły (1879 str. 55, 87), tak samo o Aleksandrze Lesserze (rok 1884).
Lewental, jako były uczeń szkoły rabinów przypomniał sobie dyrektora tej uczelni Eisenbauma w dwudziestopięciolecie jego zgonu i zamieścił artykuł o nim pióra K. Wł. Wójcickiego (Kłosy 1877 str. 69). czelnia, na której czele tenże stał, która była przez dziesięciolecia ośrodkiem kultury polskiej u Żydów, chwalona tutaj: „Dzieje tego zakładu rabinów , który wydał tak pożyteczne owoce, zasługuje na oddzielną wyczerpującą monografię”. Eisenbaum „pragnął młodych synów Izraela podnieść na stanowisko obywateli kraju, chociaż tłumy zagorzalców pogrążone w przesądach biły przeciwko niemu”.
Cytaty powyższe z Kłosów skoncentrowane w artykule biograficznym na jednym miejscu robią wrażenie obfitości. W rzeczywistości chodzi o materiał skąpy i nieliczny. Musimy pamiętać, że wszystko co ja tutaj podaję z Kłosów, należy rozparcelować na 25 roczników, czyli 50 grubych tomów półrocznych. Oczywiście plon drobny.
Akcja obrończa Lewentala w Kłosach przeciwko wdzierającemu się antysemityzmowi była w rzeczywistości za nikła i słaba. Przygodna tyralierka przeciwko natarciu bezwzględnego
wroga Żydom nie przysłużyła się wcale, a wydawcy może zaszkodziła.
Jako wydawca Kłosów figurował Lewental tylko ze skrótem inicjałowym imienia. Zamiast Salomona, widniała litera S z kropką. Nie zdawała się jednak ta połowiczność na nic.
Nauczony doświadczeniem przy Kłosach zastosował Lewental w Kurierze Warszawskim inną metodę. Tutaj w ogóle nie było nazwiska jako wydawcy. Podpisywali za wydawnictwo Antoni Pietkiewicz (Władysław Bełza) i Szymanowski (syn Wacława). Żydostwo we wszelkiej formie tu było tabu. Na współpracowników zaangażował niektórych wojujących antysemitów, znanych szowinistów, aby odwrócić uwagę od faktu, że właściciel jest Żydem. Antysemici musieli jednak się godzić na to, aby jako współpracownicy Kuriera Lewentalowskiego, nie tykali Żydów. Jeske-Choiński na łamach Kuriera, gdzie stale współpracował nie popuścił nigdzie cugli swemu rumakowi żydożerczemu i trzymał się w ramach objektywnego liberalizmu. W r. 1896 przyjął Lewental za redaktora endeckiego polityka, Franciszka Nowodworskiego, późniejszego deputowanego do Dumy rosyjskiej. I on trzymał się tutaj zasady noli me tangere w stosunku do zagadnienia żydowskiego.
W duszy Lewentala kotłowało. Pomału zmiarkował, że asymilacja połowiczna nie prowadzi do celu, że bez zrównania wyznaniowego, niema narodowej łączności w społeczeństwie, gdzie różnica religijna więcej znaczy, jak wszelkie spoidła kultury, języka i kierunku państwowo-politycznego. Spostrzegł, że mimo swych wielkich zasług musi się ukrywać ze swoim nazwiskiem za figurantami słowiańskimi. Polskość go jednak pociągała — ofiarował jej aparatowi literackiemu swe najlepsze lata i swój wielki talent wydawniczy. Jednego pięknego dnia się zdecydował pojechać do Rzymu; tam wyciągnął konsekwencję ze swego światopoglądu i przyjął chrzest. Dawniejszy radny kahału i bóżnicy stał się rzymskim katolikiem, obiit Salomon, natus est Franciscus Salesius.
Swego chrztu Lewental długo nie przeżył.
Córki jego powychodziły za samych rdzennych Polaków. Najstarsza Zofia wyszła za Ferdynanda Hoesicka, redaktora Kuriera Warszawskiego, cenionego autora prac o Słowackim, Chopinie, Klaczce, Tarnowskim, Sienkiewiczu. Druga zaślubiła obywatela ziemskiego Mińskiego (Mińscy to stara szlachta sięgającą pamięcią 15 wieku. Uruski, XI, 369). Trzecia stała się żoną Bronisława Gubrynowisza, profesora polonistyki, wydawcy dzieł Słowackiego, autora różnych poważnych prac (Rozwój powieści w Polsce do połowy 18 wieku. Adam Krechowiecki jako powieściopisarz). Syn Bronisława Gubrynowicza i córki Lewentala, posiada hiszpański tytuł barona. Czwarta córka wyszła za Feliksa Mrozowskiego.
HORTENSJA Z BERSONÓW LEWENTALOWA
Hortensja Lewentalowa (1856-1923) druga żona Salomona, później po chrzcie przemianowanego na Franciszka Salezego, przeszła na chrześcijaństwo wraz z mężem w r. 1902. Jako Żydówka nazywała się ona Ernestyna. Na biednych ofiarowała w r. 1877 rs. 10.400 (Nusbaum, 234).
LEWIŃSCY
Istnieją Lewińscy frankiści. Adalbertus Georgus — Wojciech Jerzy Lewiński figuruje na liście ochrzczonych frankistów z dnia 13 kwietnia 1760 (Kraushar I 359) Przybierali nazwisko Lewiński i inni neofici z domu Lewi (lewici). W roku 1806 zmienił wyznanie Józef Stanisław Lewiński (dawniej Lewi) ur. w r. 1748, z żoną Eufrozyną Aleksandrą ur. w r. 1772 i dziećmi, Jakubem Walentym lat 14, Michałem Aleksandrem lat 12, Ludwikiem Janem lat 8, Marianną Karoliną lat 17, Izabellą Marianną lat 15. (Jeske-Choiński str. 148).
GENERAŁ JAKUB LEWIŃSKI
Jakub Lewiński urodzony w r. 1792 ochrzczony w r. 1806 obrał karierę wojskową, wstąpił w r. 1807 w rok po zmianie wyznania do armii księstwa warszawskiego i wspinał się raźno po drabinie oficerskiej. W r. 1809 brał on udział w kampanii polsko-austriackiej, jako oficer sztabu głównego, przydzielony do 8 pułku piechoty, w szeregach którego walczył pod Raszynem i został też wówczas podany do krzyża Virtuti Militari. W r. 1811 został kapitanem. Kampanię rosyjską odbył w r. 1812 jako szef sztabu 7 dywizji kawalerii. Po wojnach napoleońskich został on szefem sztabu całej kawalerii polskiej, złożonej z dwóch dywizyj, zostających pod dowództwem generała Różnieckiego.
Po wybuchu powstania listopadowego brał Lewiński czynny udział w pracach nad rozbudową kawalerii i należał do Rady Obrony. Awansowany na pułkownika został dnia 26 lutego 1831 r. szefem sztabu korpusu generała Umińskiego. Dnia 11 marca 1831 widzimy w rozkazie naczelnego wodza, pułkownika Lewińskiego jako szefa sztabu pierwszego korpusu jazdy. (Źródła do dziejów wojny polsko-rosyjskiej II 10). Dnia 10 kwietnia 1831 objął Lewiński komendę nad dwoma pułkami i jednym szwadronem jazdy. Komendanci korpusów ubiegali się o jego współpracę. Dnia 7 maja 1832 generał Jankowski pisze do naczelnego wodza „Na dowódcę jazdy lub prowadzenia jednej z kolumn upraszam JW generała, aby raczył mi zostawić pułkownika Lewińskiego, którego wszystkie dyspozycje znalazłem jak najlepsze, przeto wielką byłby mi pomocą“ (ib. II 281). Ku końcowi wspomnianego pisma powtarza generał Jankowski jeszcze raz swoją „prośbę względem pułkownika Lewińskiego, gdyż nie wiem komu zostawić komendę na prawym brzegu Nawi”. Jako szef sztabu gen. Lubieńskiego brał Lewiński udział w bitwach pod Nurem, Ostrołęką i w. i. Dnia 24 czerwca 1831 awansował Lewiński na generała brygady, po czym uczestniczył w bitwie pod Mińskiem Mazowieckim. (Pamiętniki Jakuba Lewińskego z r. 1831, Poznań 1895. Encyklopedia Wojskowa IV 34. Tokarz. Wojna ros-polska z r. 1831. str. 289)
Lewiński był to człowiek o nastawieniu etycznym, nie tylko wojak żądny krwi. Znać działała u niego tradycja żydowska. Ujmował się podczas powtania listopadowego za Żydam i i chrześcijanami, podczas gdy różni dowódcy w szpiegomanii swej, tak znamiennej dla tej wojny, wszędzie wietrzyli konfidentów rosyjskich i wieszali ich bez właściwego przewodu sądowego, bez dochodzeń i bez zbadania okoliczności, wśród których ktoś coś zdziałał.
Czytamy we wspomnianych wyżej Pamiętnikach generała Lewińskiego, że generał Umiński „otrzymawszy denuncjację, że w Makowie Żydzi sprzyjali i rozmaite usługi oddawali korpusowi jenerała Sackena w Ostrołęce stojącemu, polecił mi napisać do pułkownika Kuszla, aby z pułkiem swoim najniesforniejszym ze wszystkich pułków naszego wojska, udał się do Makowa i miasto one zburzył i zrabował. Na przedstawienie moje, że tym sposobem winni i niewinni ukarani zostaną, a co gorsze, że pułk Kuszla do reszty rozpustnym i niekarnym się stanie cofnął wprawdzie swe polecenie, ale nieszczęście chciało, że właśnie pułkownik Kuszel nadjechał. Skoro go tylko zobaczył, zawołał: Pułkowniku, pozwól twemu pułkowi pohulać przez dwie godziny w Makowie” —
Lewiński opowiada w związku z tym zdarzeniem, o innych podobnych aktach samowoli w stosunku do rdzennych obywateli ziemskich, niesłusznie podejrzanych, których mu zaledwie udało się salwować. Umiński chciał powiesić pewnego dziedzica Światłowskiego, za to, że posądził o porozumienie się z Moskalami, lecz on, Lewiński ze swoim zmysłem dla sprawiedliwości zdołał go wyratować od niechybnej śmierci.
Z ubolewaniem wspomina Lewiński o analogicznych wypadkach w odniesieniu do szarego tłumu wcale nieżydowskiego, gdzie ludzie podczas tej wojny r. 1831 ginęli na stryczku pod zarzutem szpiegostwa, bez uwzględnienia okoliczności: „W Serocku generał Umiński powiesić kazał siedemdziesięcioletniego starca dróżnika, dawnego szwoleżera gwardii Napoleona, oskarżonego o to, że przed kilku dniami zmuszony był służyć za przewodnika kompanii. Wincenty Niemojewski, gdy się o tym dowiedział, sam rzekł Umińskiemu. „Jakże mogłeś tak okrutny i niesprawiedliwy wyrok wydać. Gdyby ciebie bagnetami kłuto, byłbyś to samo czynił” (str. 26).
Lewiński, dzielny żołnierz-obywatel po upadku powstania nie siadł na gruzach i nie lamentował bezczynnie na emigracji, jak to czyniło wielu innych w jałowych swarach i narzekaniach, lecz zabrał się do produktywnej pracy pokojowej dla siebie i społeczeństwa. Po powrocie do kraju, otrzymał od Banku Polskiego zajęcie przy budowie dróg bitych. Brał poza tym udział w wydawaniu Biblioteki Warszawskiej, w założeniu szeregu zakładów dobroczynnych, oraz Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Po wypadkach lutowych w r. 1861 został Lewiński wybrany do t. zw. Delegacji obywateli Warszaw y i był nawet przez pewien czas jej wiceprezesem.
Na starość osiadł na roli i cieszył się wielkim mirem u sąsiadów.
Umarł w r. 1867.
Brat Jakuba Lewińskiego ożenił się z Wiktorią, siostrą znanej pisarki polskiej i działaczki Narcyzy Żmichowskiej. Narcyza Żmichowska wspomina o Jakubie Lewińskim w związku z jego śmiercią: „Pan Jakub (Lewiński) stryj mojej siostrzenicy umarł nagle, prawie pośród rozmowy, którą z największą przytomnością umysłu prowadził. Otoczony małą gromadką wiejskich gospodarzy obywateli, żartował z nich, że więcej w budynki niż w ziemię kapitału wkładają, — stawiał za przykład skromne i niepokaźne stawiane za granicą folwarczne zabudowania. Mówił o przemyśle koniecznym dziś do podtrzymania rolnictwa, — i że już późno było, wstał po czapkę, by do ujścia się sposobić, — padł na ziemię i już więcej przytomności nie odzyskał — Pan Jakub ze swoją domierzającą osiem dziesiątką w rodzinnych stosunkach naszych reprezentował jeszcze najżywotniejszą energię, najzupełniejszą przesiębiorczość. (Listy do rodzin i przyjaciół, Kraków 1885 II str. 83)
Żydowskie pochodzenie generała Jakuba Lewińskiego z reguły przemilczają polskie źródła historyczne. Rzadki wyjątek stanowi generał Prądzyński, który o tym informuje, przy czym bardzo dodatnio się wyraża o dzielności generała Lewińskiego a donosi równocześnie o nieprzyjemnościach z racji pochodzenia żydowskiego, które w pewnym konkretnym wypadku nie ominęły tego zasłużonego polskiego dowódcy wojskowego.
W pamiętnikach Prądzyńskiego czytamy uwagę o generale Jakubie Lewińskim: „Urodził się Żydem. Rodzice jego z wszystkimi dziećmi przechrzcili się.” W tym związku znajdujemy tam opinię niezwykle korzystną dla Lewińskiego ze stanowiska militarnego: „Generał Lewiński służył w wojsku polskim nader znakomicie i w całym wojsku był ceniony. Podnosi go ta okoliczność, że będąc wiele lat, jako szef sztabu jazdy przy osobie generała Różnieckiego, sława jego i dobre imię nawet cieniem podejrzenia skażone nie zostały (II 415). „Lewiński był to niezawodnie jeden ze zdolniejszych oficerów armii polskiej, był mężny, czynny, roztropny i w zdaniach umiarkowany”. (ib.)
Miał on jednak ze strony wodza generała Skrzyneckiego następującą wielką przykrość na tle rasistowskim, wskazującą jak wszelkie walory osobiste nie są w stanie razem przeciwważyć grzechowi urodzenia: Generał Skrzynecki powziął początkowo zamiar wysłania Lewińskiego na Litwę z korpusem pomocniczym, jednak niebawem zawahał się co do osoby dowódcy i wysłał innego oficera: „przypomniał sobie za kilka dni pochodzenie Lewińskiego i przywidział sobie, że z tego powodu nie można ukazywać go na Litwie jako wybawcy, jakim zdawało się naturalne powołanie generała polskiego, co Litwinom upragnioną pomoc przyniesie” (ib.) Tak referuje Prądzyński. Warto sobie zapamiętać jak odwieczną i niezmienną jest głupota ludzka.
LOEWENBERGOWIE
Leon Loewenberg (1796-1872) był kupcem pierwszej gildii, aktywnym również w życiu społeczno-charytatywnym Żydów. Już w r. 1843 był on członkiem Rady szczegółowej Domu Przytułku Sierot i Ubogich Starozakonnych. Składał on różne poważne datki na Dom Schronienia przy Gminie żydowskiej: W r. 1845 rs. 1500, w r. 1863 zł. 20,300, zaś w r. 1868 ofiarował na rzecz biednych kwotę zł. 4000. (Nussbaum, Szkice str. 227, 231, Jutrzenka III 410).
Spadkobiercy jego, posiadali bezpośrednio po tegoż zgonie jeszcze jakieś głębsze poczucie spólnoty z społecznością żydowską. Gdy Leon Loewenberg był zapisał przed swoją śmiercią na Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności rs. 9000, — spadkobiercy dołożyli do tej kwoty dalsze rs. 6,000 i z tej kwoty został wówczas urządzony Przytułek dla Starozakonnych opuszczających szpital, według przepisów religijnych (Nussbaum, Szkice, str. 28).
Syn Leona Loewenberga, Samuel (1832—1900), był konsulem generalnym Hiszpanii w Warszawie, tak samo też syn Samuela. Izydor Józef (1855—1900), z zawodu adwokat przysięgły, który po ojcu objął generalny konsulat. (Reychman, str. 128).
LOEWE
Adam Adolf Loewe (1811—1885), który przeszedł na kalwinizm w r. 1830, był w latach 1838— 1848 budowniczym powiatu warszawskiego, głośnym na owe czasy, który pozostawił po sobie dużo budynków monumentalnych: pałace cesarskie w Warszawie, kościoł ewangelicko-reformowany tamże itd.
Adam Adolf Loewe gwoli swoim zasługom na polu architektury, został przez rząd zaszczycony licznymi odznaczeniami. Był kawalerem orderów św. Stanisława III kl. i II kl. W roku 1877 otrzymał on dziedziczne szlachectwo cesarstwa rosyjskiego.
Ożenił się z neofitką Emilią Glücksberg.
Synowie jego: 1) Jan Mikołaj (1842—1903), przemysłowiec i kupiec w Moskwie, 2) Władysław Karol (1843—1893, inżynier z zawodu, był dyrektorem zarządzającym rafinerii kijowskiej a przytem konsulem królewsko-belgijskim w Kijowie, 3) Kazimierz Franciszek (1845— 1924), inżynier architekt, był budowniczym powiatu sochaczewskiego, oraz budowniczym rządu gubernialnego w Warszawie, był on twórcą gmachu Banku Dyskontowego w Warszawie. Władysław Karol Loewe tak dalece celował w religijności, że został przez swych współwyznawców wybrany prezesem kolegium Kościoła ewangelicko-reformowanego w Warszawie. Był on też przewodniczącym koła inżynierów cywilnych (Reychman, str. 131—132).
JADWIGA LIPIŃSKA
Wnuczką Edwarda Leo (zobacz), adwokata i redaktora, neofity integralnego w drugim pokoleniu, z córki jego Stefanii (ur. 1860) zamężnej za Józefem Lipińskim (1847—1915) jest Jadwiga Lipińska ur. około r. 1890 poetka, autorka kilku zbiorków poezji (Źródło 1908, Kwiaty maku 1913). Ma ona zasługę, że pierwsza na język polski przełożyła wiersze Walta Whitmana, które zamieściła w zbiorku „Kwiaty maku“.
Wśród jej wierszy spotykamy się czasem z motywami z Starego Testamentu tak np. czytamy w jej zbiorku Źródło:
Uzbrój mi ducha, Panie, bym jak archanioły
Okute stalą serce swe nie-przyjacioły
W proch obróciło. Na głowę Samsona
Błagam Cię Panie daj bym uzbrojona
Oślą paszczęką czy mieczem ognistym
Równe w swym sercu odnalazł męstwo
Które nadaje hufcom płomienistym
Śmierć lub zwycięstwo.
Nie bluźnię Tobie, Boże Abrahamów,
Któryś przymierza arkę kazał pośród chramów
Skryć pełnym złota, mirry i kadzideł
Błagam Cię Panie — od szatańskich sideł
Racz nas wyzwolić , — pozwól niech potarga
Dłoń niewolnika pęta.
Widzimy, że historia starego Izraela z okresu sędziów bawi jej wyobraźnię. Jednak i motywy religijne chrześcijańskie, rzecz jasna u niej występują, aczkolwiek już bez typowej neofickiej przesady. Ona nie może być uważana za neofitkę strictu sensu. Urodzona już w religii Chystusa z ojca rdzennego chrześcijanina, ale w każdym razie jest ona 50 % Semitką.
Subtelnie po chrześcijańsku ze symbolem Ukrzyżowanego, kończy się jej z talentem napisana „Modlitwa”:
O śmierć się modlę Boże nieśmiertelny
Bo mi się w walce białe skrzydła starły
Nie jestem z takich co walczą i kruszą
Jako zwycięzcy przez śmierć na wyżyny,
Lecz się borykam z śmiertelną katuszą
I nie zwyciężam — choć jestem bez winy
Żem duchem zawisła na Twym krzyża godle
O śmierć się modlę.
U Lipińskiej znać syntezę literacką dwóch spuścizn religijnych, równoległą do jej złożoności biologicznej. Jednak synteza harmonijna bez rozdźwięków ukazuje się przed naszymi oczyma. Dwuźródłowość emanowała z siebie całość może niewielką, ale uzgodnioną w sobie.
TEKLA KSIĘŻNA LUBOMIR5KA
Książę Marcin Lubomirski, syn Antoniego, miecznika koronnego, który słynął ze swej rozrzutności i swego awanturniczego życia i już w bardzo młodym wieku w r. 1757, dzięki swemu urodzeniu zaawansował na generała wojsk polskich, później w roku 1775 był pułkownikiem en chef regimentu pieszego polowego i posłem na sejm, był głośnym swego czasu z swych wyczynów erotycznych. Trzykrotnie zawierał związki małżeńskie i wyspecjalizował się w tej mierze w znajomościach z baletnicami i aktorkami, że mu król Stanisław August jako fachowcowi od erotyki powierzył zarząd widowisk publicznych w Warszawie. Przehulawszy wszystko opuścił Lubomirski w roku 1787 Polskę, osiadł w Frankfurcie, gdzie niedaleko w Offenbachu mieli frankiści swoją centralną siedzibę, zbliżył się do tych półchrześcijańskich sekciarzy i poślubił jedną z nich, frankistkę Ewę Łabęcką. Ewa Łabęcka uzyskała nagle mitrę książęcą. Po śmierci męża w r. 1811 wyszła Łabęcka za zwykłego śmiertelnika frankistę Piotrowskiego (Boniecki, XV, 78, Kraushar, II, 120, Brückner, Dzieje Kultury Polskiej, III, 36).
O Marcinie Lubomirskim i jego małżeństwie frankistowskim przynosi ciekawą relację Niemcewicz w swych „Pamiętnikach czasów moich” (1868, str. 52). Czytamy tam: „Jeden z najmajętniejszych naszych panów, trzymał w stolicy królewskiej batalion nadwornej piechoty, która publicznie zaciągała wartę u niego z muzyką i bębnem. Mniejsza, że hulał, lecz niejednych się dopuszczał przestępstw publicznych. By się z nich wywinąć pojął za żonę córkę feldmarszałka austriackiego Hadka. Protekcja związku tego wszystko pokryła. W kilku latach stracił prawie cały swój majątek. Na koniec udał się do niejakiego Franka, Żyda polskiego, wodza nowej sekty znanej pod nazwą Szapaświnnków w Aszaffenburgu, dokąd się Frank przeniósł, złączył się z nim książę Marcin, a jak mówiono został pół-Żydem i pojął córkę jego” .
Niemcewicz pomieszał Łabęcką z Ewą Frankowną i zamienił Offenbach z Aszaffenburgiem.
LUTYŃSCY
Teodor Lutyński wykazany w spisie neofitów uszlachconych w r. 1764 był ulubionym dworzaninem Karola Radziwiłła. Potomkowie Ludwik i Aleksander w połowie 19 wieku byli urzędnikami rosyjskimi. Uruski informujący nas o tym, nie czyni najmniejszej wzmianki o przodkach Żydach (IX, 225).
ŁABĘCCY HERBU ŁABĘDZI GROT
Adherent Franka, Moszko z Podhajec nazwał się po chrzcie Thomas Eleasarius Podhajecki-Łabęcki, również przyjął chrzest jego pięcioletni synek zwany po chrystianizacji Kazimierz Szymon (Kraushar, I, 334, 354).
Istniał jeszcze Józef Bonawentura Łabęcki, ożeniony z frankistką Piotrowską, którego syn Antoni, urodzony w r. 1773 wybił się jako prawnik polski (Jeske-Choiński, 86).
Anton i Łabęcki
Antoni Łabęcki (1773—1764) syn Józefa Bonawentury, wybitnego adherenta Franka, i Anny z Piotrowskich, również rodziny frankistowskiej, był po ukończeniu szkól pijarskich w roku 1789, początkowo czynny w kancelarii Sejmu Czteroletniego. W ciągu trwania Sejmu wyszło spod pióra jego kilka ulotnych pism okolicznościowych wierszem i prozą bezimiennie. Niezadługo potem został Łabęcki sekretarzem i bibliotekarzem księcia Aleksandra Sapiehy, którego żona była zaprzyjaźnioną z Marią Antoniną królową francuską i zginęła też pod gilotyną. W roku 1807 powołał Antoniego Łabęckiego Feliks hr. Lubomirski do nowo zorganizowanego księstwa warszawskiego, na sekretarza Ministerstwa Sprawiedliwości. Równocześnie poruczył mu rząd Księstwa tłumaczenie procedury sądowej cywilnej Napoleona na język polski na użytek sądów, oraz też wykład nauki postępowania sądowego i notarialnego w nowo utworzonej wówczas Szkole Prawa. Wykład w Szkole Prawa spowodował, że Łabęcki napisał treściwe przedstawienie postępowania przed Sądem, pod tytułem ,,Krótki rys procesu”.
W r. 1809 został Antoni Łabęcki adwokatem. Przez lat z góry 20 oddawał się zawodowi obrończemu. Współcześni podnoszą, że uważał za swe zadanie „obronę niewinności ucięmiężonej i rozwikłania węzłów prawa”, równocześnie odstręczał on „strony od procesów godząc zwaśnionych”, a udzielając rad chętnie „zjednał sobie wielu przyjaciół i poważanie, zyskał dobre imię między współobywatelami”.
Dzięki swemu mirowi w społeczeństwie, został Antoni Łabęcki w r. 1817 powołany przez księcia Namiestnika Zajączka, na marszałka, pierwszego od wskrzeszenia Królestwa odbyć się mającego Sejmiku warszawskiego. Dwukrotnie zasiadał on w Izbie poselskiej jako deputowany Warszawy w latach 1818 i 1820. W roku 1822 otrzymał Antoni Ł abęcki szlachectwo z herbem Łabędzi grot.
Ożeniony był z frankistką Ewą Wołowską. Zostawił dwóch synów. Hieronima, dziedzica dóbr Raków i Władysława, dziedzica dóbr Okęcie. (K. Wł. Wójcicki, Cmentarz Powązkowski pod Warszawą, Warszawa 1856, II, 196, Uruski, IX, 232, Jeske-Choiński, str. 86).
Hieronim Łabęcki
Wybitne stanowisko w społeczeństwie uzyskał Hieronim (1809—1862), syn Antoniego Łabęckiego, z zawodu prawnik, żołnierz-uczestnik powstania listopadowego, który się poświęcił górnictwu jako nauce.
Górnictwo w Królestwie Polskim wiele mu zawdzięcza. Jako pisarz zajmował się on górnictwem pod względem historycznym, technicznym i przemysłowym. Pierwszy skreślił ogólne dzieje górnictwa w Polsce, napisał mnóstwo wartościowych rozpraw dla rozmaitych czasopism. Utworzył lub ustalił dawniejszą zaniedbaną lub zaobczoną terminologię górniczą z pomyślnym skutkiem. Napisał w r. 1841 historię górnictwa polskiego w dwóch tomach, przedstawiając w niej obraz historyczny i statystyczny kopalń od najdawniejszych czasów. Pozatem publikował do elementarnego użytku „Początki nauki kopalnictwa” (1843), przełożył na język polski Bendandanta, „Wykład początków mineralogii, które to dzieło wzbogacił wiadomościami o składzie geologicznym Polski (1848) Pogadanka o żelazie (1856).
Pod koniec życia był wicedyrektorem górnictwa w Królestwie Polskim (Jeske-Choiński, str. 87, Orgelbrand, XVII s.v.). Córka Antoniego Łabęckiego zaślubiła Felicjana Hubego, właściciela Falencina pod Warszawą.
Dalsi Łabęccy
Ciotka Hieronima, siostra Antoniego Łabęckiego, Tekla urodzona w r. 1774 głośna w dziejach frankizmu wytrwała jako dama dworu przy Ewie Frankównie aż do śmierci tejże. Wyszła ona primo voto za arystokratycznego zwolennika frankizmu Księcia Marcina Lubomirskiego (zobacz), człowieka o bardzo bujnej przeszłości.
Brat stryjeczny Hieronima Łabęckiego, Józef Łabęcki był prefektem miasta Mariampola za Księstwa Warszawskiego, właścicielem Trębek w powiecie gostyńskim, ożenił się z frankistką Barbarą Wołowską. Syn Antoni z tego małżeństwa zaślubił Marię Suchorzewską, córkę Franciszka, pułkownika wojsk polskich, wnuczkę Jana, posła na sejm czteroletni. Córki powychodziły za mąż za różnych rdzennych Polaków (Jeske-Choiński, str. 87, 88) , zostały wcielone do rodzin Zakrzew skich, Hussów, Szczytów i Woyciechowskich. Emilia Łabęcka wyszła za księcia włoskiego Fitalia mieszkającego w Palermo.
Żona Józefa Łabęckiego, Barbara Wołowska, była siostrą stryjeczną Jana Kantego Wołowskiego i przeto bliską krewną pochodzącej z Wołowskich Marii Szymanowskiej. Córki Łabęckich jako kuzynki tejże wspomina Chmielowski w swym życiorysie Adama Mickiewicza (II, 16, 17).
Mickiewicz poznał Łabęckie w Dreźnie, gdzie przebywały z rodzicami. Skąd akuratnie Drezno, jako ich miejsce pobytu? Możliwe, że działały tutaj jakieś tradycje sabatiańsko-frankistowskie. Wolf Eibenschütz, syn głośnego uczonego i mistyka rabina hamburskiego Rabbi Jonatana Eibenschütza, — znany ze swego przyjaznego stosunku dla frankizmu, wychrzczony i baronizowany (Freiherr von Adlersthal) , miał swoją siedzibę w Dreźnie. Porges Edler von Portheim opowiada w swoich pamiętnikach, że jako młody człowiek w r. 1798 podróżując na dwór Franka do Offenbachu, wstąpił po drodze, do Drezna do Eibenschütza. Ten go serdecznie przyjął, ugościł i obdarował.
Jeżeli w latach dwudziestych 18 wieku Łabęccy mieszkali w Dreźnie, to niewątpliwie działały jakieś stare wspomnienia frankistowskie. Należy pamiętać, że Tekla Łabęcka wytrwała w Offenbachu aż do r. 1817. W Dreźnie mogła ta ciągłość potrwać parę lat.
MAJEWSCY
Wśród frankistów ochrzczonych spotykamy się z nazwiskiem Majewskim kilkakrotnie: Michał Majewski lat 8, Joachim Majewski lat 18, Anna Marianna żona Dominika Majewskiego z Rohatyna, Anna Majewska żona Hilela z Turcji (Kraushar, I, 348 , I, 351, I, 372).
Majewski to typowe nazwisko neofickie, o czym już była wzmianka w wstępie. Istniała wprawdzie i stara, rdzenna szlachta o tym nazwisku, ale nieliczna i rzadko wspomniana. Byli Majewscy herbu Stary koń, wywodzących się ze wsi Maje w ziemi ciechanowskiej wspomniani jeszcze w r. 1499. Paprocki nazywa ich Majani i określa jako ród starodawny i znaczny (str. 113). Franciszek Majewski był pisarzem kęcinskim w roku 1610, Andrzej — dziedzicem dóbr Maje w r. 1700, Ignacy Majewski był w r. 1779 generał-majorem wojsk polskich (Uruski, s. v.). Egzystowali i Majewscy herbu Nałęcz, też stara szlachta. W roku 1697 podpisali elekcję z ziemią chełmską. Stanisław Majewski herbu Nałęcz był wiceregentem grodzkim krasnostawskim (ib.).
Z nazwiskiem Majewski spotykamy się nieraz w społeczeństwie polskim w ciągu 19 wieku: Podpułkownik Majewski był dowódcą pułku czwartego w powstaniu narodu polskiego r. 1831 i odznaczył się szczególnie w bitwie 8. IX. 1831 (Źródła do dziejów wojny polsko-rosyjskiej, Warszawa, 1831, IV, 235) , zdaje się ten sam wspomniany w lutym tego roku jako major jeszcze (ib. I, 425). Pewien Polak Władysław Majewski był w r. 1870 administratorem dóbr księcia Wittgensteina (Władysław Mickiewicz, Pamiętniki, III, 28). Trudno jednak ustalić, którzy Majewscy z chrześcijan dawnych pochodzą, a którzy z narybku, chyba że istnieje jakaś lokalna tradycja ustna. W Przemyślu np. mieszkał generał-lekarz Majewski, zmarły przed kilku laty, o którym fama twierdziła, że pochodził od Żydów .
Prawdopodobnie jednak przemawia za tym, że w większości wypadków należy Majewskich niewiadomego pochodzenia zaszeregować do potomków neofickich, albowiem ilość nowochrzczeńców, którzy sobie obrali nazwisko Majewski była daleko liczniejsza aniżeli one rody starodawne rdzennych Majewskich. (zobacz: Adam Mickiewicz).
HELENA MALEWSKA
Helena, siostra Celiny Mickiewiczowej, córka Marii i Józefa Szymanowskich wyszła za przyjaciela Adama Mickiewicza, Franciszka Malewskiego, rosyjskiego radcę stanu w Petersburgu, syna rektora uniwersytetu wileńskiego. Rasowo była ona stuprocentową Żydówką po mieczu i kądzieli.
Współcześni ją chwalą, że była „kobietą pełną dobroci i światła i przykładną żoną i dobrą matką licznego potomstwa” (Morawski, Pamiętniki, str. 174).
Helena Malewska żyła w warunkach bardzo dostatnich. Mąż jej dostawał jak na one czasy poważną pensję w łącznej kwocie 8,000 rubli rocznie, prócz mieszkania i opału. Obracała się w najlepszym towarzystwie wielkopańskim, a to w wielkiej mierze dzięki stosunkom odziedziczonym po matce słynnej pianistce. W jednym ze swych listów do siostry swej Celiny opowiada ona „Księżna Aleksandra Golicynowa, była Chodkiewiczowa, która tutaj (na letnisku) bawiła od kilku tygodni, jest jedną z najdawniejszych i najlepszych znajomych najdroższej mamy”.
Swoją pozycję towarzyską wśród Rosjan wykorzystywała Malewska w interesie Polaków, którzy cierpieli w onym okresie tak bardzo pod knutem rosyjskim, a to częstokroć nawet ze strony zmoskwiczonych jednostek bliskich im pod względem pochodzenia. Okazywała ona dużo odwagi, śmiałego eksponowania się w warunkach, gdy wielu rdzennych Polaków z obawy przed terorem, trzymało się na uboczu. Podczas gdy jej mąż rasowy Sarmata, trzymał się w rezerwie i tylko w tajemnicy się udzielał, ona latorośl przeszczepiona z rodu frankistów, z „natury żywa i wrażliwa, nie umiała uciekać do tych ostrożności. Słuchała ona jedynie swego serca i wystawiała tysiąc razy zdrowie i stanowisko na niebezpieczeństwo, by tylko ulżyć doli bliźniego, lub otrzymać łaskę dla skazańców politycznych”.
Odwaga Heleny Malewskiej w obronie męczenników dla sprawy polskiej, przekraczała wszelkie granice i nieraz udzielała ona lekcyj patriotyzmu rodowitym Polakom, którzy z oportunizmu wyrzekli się swej narodowości, dla pełnego żłobu moskiewskiego. Narażała się przy tym wielce samowoli carskiej. Raz oświadczyła ona ministrowi rosyjskiemu Turkułowi, jednemu z tych Polaków, na służbie carskiej, którzy własną karierę stawiają ponad wszystko, — że nie wyjdzie z gabinetu, póki nie podpisze ułaskawienia pewnego zesłańca na Sybir. Turkuł rozwścieczony zagroził, że każe ją wyrzucić. Odpowiedziała „inaczej nie wyjdę”. Oczywiście nie miał odwagi wykonać groźby. Helena Malewska postawiła na swoim, mimo nahalnej zapowiedzi ministra carskiego „Obawa skandalu w stosunku do żony wysokiego urzędnika (którą była Malewska) zwyciężyła, strach przed kompromitacją wobec panującego i Turkuł podpisał uniewinienie” (Władysław Mickiewicz, Pamiętniki, II 81).
Malewscy mieli czworo dzieci (Adasia, Marię, Józefa i Jana). Maria wyszła za brata ciotecznego Władysława Mickiewicza, Józef był później inżynierem.
MATUSZEWSCY
Nazwisko Matuszewskich było u neofitów w dawniejszych czasach nierzadkie. Wśród frankistów znajdował się Mateusz Matuszewski dawniej Chaim, wraz z synem Józefem, oraz Mateusz Matuszewski dawniej Szloma z żoną Anną dawniej Gidą , z córką Anną, oraz z synem Onufrym.
Z frankistów pochodził Leon Matuszewski, obywatel ziemski, właściciel Makolina, żonaty z frankistką, Jadwigą Jasińską. Córki — Julianowa Jasińska (zob.), Burchartowa, Sękowska. Z tego samego pnia frankistowskiego pochodzi też Michał Matuszewski profesor liceum w Warszawie w r. 1820 (Jeske-Choiński, str. 90).
Matuszewscy potomkowie frankistów pomieszali się z Matuszewskimi starą rodziną polską. Bez specjalnych badań metrykalnych po parafiach i w papierach rodzinnych, trudno dziś zadecydować w każdym konkretnym wypadku, o jakich Matuszewskich chodzi.
W drugiej połowie 19 wieku żył znany krytyk o skłonnościach do mistyki i parapsychologii Ignacy Matuszewski (1858—1903) autor znanej książki o „Diable w poezji“, czy jego dziadek kiedyś należał do orszaku zoharytów Franka? Mistyczne nastawienie jego, przypominające Wacława Szymanowskiego, przemawiałoby za tym, ale to jeszcze nie żaden dowód. Potom stwo jego jednak w każdym razie ma krew żydowską w swych żyłach, albowiem ożenił się on z neofitką Beinówną z mieszczańskiej rodziny żydowskiej w Warszawie. Brat jej Stefan Bein również ochrzczony, był swego czasu starszym sensalem giełdowym i cieszył się poważaniem w kołach finansowych stolicy.
Minister Ignacy Matuszewski
Synem z małżeństwa pisarza Ignacego Matuszewskiego z Beinówną, jest Ignacy Matuszewski polski mąż stanu, były minister pełnomocny i przedstawiciel rządu polskiego w Budapeszcie, zdolny ekonomista, były kierownik Ministerstwa Skarbu, który w latach 1920—1924 stał na czele drugiego oddziału polskiego sztabu jeneralnego i w latach 1926— 1928 był dyrektorem departamentu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
MERZBACHOWIE
Zygmunt Merzbach (1801—1852) był znanym księgarzem w Warszawie, który do końca życia wytrwał w judaiźmie. Sobieszczański w swej książce p. t. „Rys historyczno-statystyczny miasta Warszawy” ogłoszonej w roku 1848, wspomina o czynnym i zamożnym księgarzu S. H. Merzbachu odznaczającym się licznymi nakładami i stawia jego zasługi w jednym rzędzie z zasługami księgarni Orgelbranda (str. 46). Wielka Encyklopedia Powszechna podaje o nim, nie tylko, że był jednym z wydawców polskich, ale też, że był przyjacielem Kraszewskiego i gorącym patriotą (t. XLV, str. 849). Posiadał on pewien talent wierszowania i jego przekłady z liryki niemieckiej miał podobno chwalić Niemcewicz (Karol Dresdner, Udział Żydów w poezji polskiej XIX wieku, Miesięcznik żydowski rok II, str. 418).
Henryk Merzbach (1836— 1903) syn Zygmunta po ukończeniu studiów za granicą w Wrocławiu i Brukseli, próbował swe siły w dziedzinie poezji. W r. 1858 ogłosił on obraz liryczny w pięciu ustępach p. t. Malczewski, z którego dochód przeznaczył na pomnik dla Ignacego Komorowskiego, oraz zbiorek p. t. Lutnia, poemat młodego rozmiłowanego w życiu szaleńca. W dwa lata później ukazał się w Neapolu zbiorek jego wierszy p. t. Głos wędrowca. W roku 1859 skierował do niego, jako do przedstawiciela młodej inteligencji żydowskiej, Joachim Lelewel swój znany list dotyczący ówczesnego konfliktu polsko-żydowskiego.
W r. 1860 osiadł on na stałe w Brukseli, gdzie objął dyrekcję księgarni królewskiej Ch. Mucquardta.
Powstanie styczniowe natchnęło go duchem patriotyzmu polskiego, co znalazło wyraz w jego zbiorku wierszy p. t. Z wiosny (2 wydanie Bruksela, 1865). W tym zbiorku zwraca się Henryk Merzbach w ferworze patriotyzmu w niektórych wierszach, również do Żydów, których wzywa do pielęgnowania miłości do ojczyzny polskiej, co się u niego spaja z postępem i europeizacją, z ukulturalnieniem w sensie nowoczesnym z zupełną emancypacją. Zacytujemy tutaj urywek z jego wiersza p. t. „Do matki Izraelitki“:
Ucz twego syna miłości i wiary
Niech idzie pod postępu znakiem
Pod znakiem pracy, nauki i ofiary
Niech żyjąc w Polsce — zostanie Polakiem
Bo nie będziesz jak dawni Żydzi
Cierpiał pod jarzmem wstydu, nienawiści
Za wiarę ojców nikt go nie wyszydzi
I słowa prawdy dla niego nie ziści
Razem z ziomkiem na ojczystej ziemi.
Lać ma łzy szczęścia, lać i potu trudy,
Cieszyć się z nimi i orać wraz z nimi
I dzielić trudy, pracę i zasługi.
Po upadku powstania Henryk Merzbach należał do tych, którzy mimo klęsk wierzyli w ostateczne zwycięstwo dobrej sprawy polskiej i ogłosił w r. 1867 w Brukseli publikację na temat posłannictwa narodów w języku francuskim p. t. „Quelques mots sur la mission historique des peuples“.
W roku 1871 wydał Henryk Merzbach zbiorek wierszy p. t. Strzaskana Lutnia z podtytułem ,,Z wspomnień ostatniego powstania” z mottem „Ananke”. Przemawia z tego zbiorku człowiek, którego fatum ananke złamało poprzez nieszczęścia polityczne narodu do którego się zalicza. Moment żydowski już tutaj wcale nie istneje. Strzaskana lutnia kreśli w poszczególnych pieśniach szlak Polaka: Prolog — Dziecię — Młodzieniec — Syn — Polak — Powstanie — Więzień — Epilog. Szczery ból patriotyczny na wzór wierszy Pola przemawia z tych wierszy:
Ach lata cierpień wyrwały z mej duszy
Ostatnie dźwięki i płacz mój ostatni.
Tyle się kajdan obiło o uszy
I taki straszny słyszałem jęk bratni
I tyle gromów co w pierś mą trzaskały,
Ze struny lutni rozbiłem o skały
Na zawsze szczęścia zapadły się wrota
A w sercu moim cmentarz zamiast chwały
I sam zostałem — sierota.
W r. 1876 publikował Merzbach mały szkic dziewięciostronicowy w języku francuskim p. t. Deux Soeurs, zawierający patriotyzmem przesiąknięte reminiscencje z nad jeziora Garda. Opowiada on jak w towarzystwie przyjaciela przygodnie podczas łódkowania na jeziorze Garda zawiera znajomość z dwiema bardzo pięknymi siostrami cudzoziemkami: jest bardzo ucieszony, ale je szybko żegna i opuszcza na wiadomość, że w Polsce wybuchło powstanie przeciwko ciemęźcy rosyjskiemu, a ojczyzna potrzebuje swych synów.
Merzbach na obczyźnie nadal kontynuował swoją twórczość w języku polskim: w r. 1882 w ydał rymowane humorystyczne listy z Belgii (Listy Agrykoli i Agrykoli), oraz zbiorek wierszy p. t. „Z jesieni”, w którym pierwszy wiersz poświęcony jest Krausharom, dalsze wiersze tyczą się podróży do Hiszpanii oraz tematów patriotycznych (toast wygnańców w rocznicę powstania listopadowego czytany na bankiecie emigracji polskiej w Belgii, dnia 22. I. 1868 w B rukseli). O szczepie z którego wyszedł nie pamiętał Henryk Merzbach już wcale. W roku 1888 ogłosił Merzbach monografię o Lelewelu, z którym się stykał w Brukseli.
Henryk Merzbach uzyskał za granicą poważne stanowisko społeczne, był prezesem wystawy księgarzy i drukarzy belgijskich w Paryżu i w tym charakterze w katalogu wystawowym, umieścił on „Historię księgarstwa, drukarstwa i sztycharstwa w Belgii”, za co został zamianowany członkiem honorowym trybunału handlowego w Brukseli.
Ożenił się z hrabianką Paulina Le Hardy de Beaulieu.
W Brukseli ogniskowała się koło niego cała kolonia polska, bawiąca tamże.
Ze synów Henryka Merzbacha wybił się Karol Zygmunt Henryk (ur. w r. 1875) pułkownik dyplomowany sztabu generalnego wojsk belgijskich, komandor orderu Leopolda z palmą,
autor licznych prac z dziejów emigracji polskiej w Belgii.
MICKIEWICZE (po kądzieli)
Adam Mickiewicz
I
Zygmunt Krasiński w jednym ze swych listów do Cieszkowskiego z r. 1848, pisze o największym poecie Polski, a może całej Słowiańszczyzny „Mickiewicz — to doskonały Żyd. Czy wiesz, że matka jego była Żydówką, która się przechrzciła przed pójściem za ojca jego? Niezawodnie. Stąd w tym człowieku taki zakrój. Kabała, Talmud, Dawid… energia… wszystko razem. Miłość ojczyzny i Wallenrodyzm” (Krasiński, Listy do Cieszkowskiego, Kraków 1912, II, 37) . Niemiecki pisarz Karl August Varnhagen von Ense (1805—1858), donosi w swym Dzienniku (Tagebücher, XIV, 276) z dnia 20. V. 1858, że słyszał od K. K. Pawłowej Jaenischówny „Mickiewicz sei ein Jude gewesen“ — cum scartabellatu (Mickiewicz był Żydem).
W zbiorze Biblioteki Rapperswylskiej znajduje się notatka Leonarda Chodźki o Adamie Mickiewiczu z r. 1834, gdzie znajduje się poprawka autorska niewiadomo z którego roku „że ojciec był pochodzenia żydowskiego, a matka jego była nawróconą” (por. Juliusz Kleiner, Adam Mickiewicz, I, 10).
Niewątpliwie do pochodzenia starozakonnego Mickiewicza robił aluzję złośliwą anonimowy krytyk jego w r. 1844 w Przeglądzie Politycznym (Paryż) w artykule zatytułowanym „Teraźniejszość i przyszłość”, w którym nazywa tegoż Azjatą (por. Władysław Mickiewicz, Życiorys Adama Mickiewicza, III, 263).
Do swego pnia żydowskiego przyznał się Adam Mickiewicz wyraźnie w rozmowie z hrabią Xawerym Branickim: Adam M ickiewicz, avec qui j’avais vecu dans une grand intimite, m‘avait dit plusieurs fois: mon père etait un Mazur, ma mére line convertite de fraiche date. Par consequent, je suis semilechite, semi-israelite: ce dont je me fais gloire — Adam Mickiewicz, z którym żyłem w wielkiej przyjaźni, powiedział mi kilkakrotnie: Mój ojciec był Mazurem, ma matka zaś nawróconą świeżej daty. Następstwem tego, jestem na poły Lechitą, na poły Izraelitą, z czego jestem dumny (Porte de la panitence, Paris 1879).
Świadectwo Branickiego ma szczególne znaczenie, z uwagi na węzeł przyjaźni, który go łączył z Mickiewiczem. Branicki dostarczał funduszów dla Tribune des Peuples, którego naczelnym redaktorem był Adam Mickiewicz (Wład. Mickiewicz, Życiorys Adama Mickiewicza, IV, XLIX). Branicki finansował też legiony Mickiewicza w roku wiosny ludów. „Niemałą pomoc miał w organizacji legionów (r. 1848) Adam Mickiewicz od Ksawerego Branickiego w pieniądzach i w pływach. Wspominam o tym, bo obowiązkiem każdego uczciwego patrioty jest oddać hołd ludziom tak szlachetnym i hojnym w popieraniu interesów narodowych, jakim był hrabia Branicki” (Alojzy Ligęza Niewiarowicz, Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, str. 139). Raport policji paryskiej z roku 1852 donosi o Adamie Mickiewiczu, że on „jest we wielkiej zażyłości z Branickim, dla którego jest we wszystkich sprawach politycznych i literackich wyrocznią. Hrabia płaci na utrzymanie i wychowanie jego dzieci” (Wład. Mickiewicz, I. c. IV , p. XLIX). Również córka Adama, wspomina Branickiego jako bardzo życzliwego jej ojcu (Maria Górecka, Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, Kraków 1889, str. 153). Mickiewicz mógł się jemu wyjątkowo zwierzyć z tego, co ukrywał przed wszystkimi, nawet przed swymi przyjaciółmi, o czym nawet taki Domeyko nie wiedział (Korespondencja Adama Mickiewicza, IV , 8, Paryż 1885 ), ale cała emigracja po cichu o tym szeptała.
Po ogłoszeniu książki Branickiego wystąpił przeciw niemu na łamach Gazety Warszawskiej Korotyński (1879, numer 254). Zaczął on od uszczypliwych uwag „Jeden z panów polskich zamyślał się poświęcić piśmiennictwu w takim wieku, kiedy najgorętszych intencyj skutek nie wieńczy. Nie mogąc tedy na zwykłej drodze dorobić się zasłużonego i chlubnego rozgłosu, postanowił zdobyć go szturmem, na drodze zgorszenia i rzeczywiście znalazł poklask opłakany, jak opłakana była robota”. Korotyński żyjąc z dala od emigracji, sądził w swej naiwności, że Branicki występuje z jaką rewelacją, dotychczas nikomu nie znaną, zmyśloną gwoli robieniu sensacyj, poklasków i, tymczasem była to rzecz, ogólnie rozpowszechniona w pewnych kołach od wielu dziesiątek lat.
Korotyński wysuwa argument zasadniczy „Mamy dowód, że matka poety Barbara z Majewskich była mostowniczanką mińską, to jest córką urzędnika maleńkiego, stojącego na przedostatnim szczeblu długiej drabiny urzędów powiatowych, w każdym razie urzędnika, który według praw ówczesnych mógł być tylko szlachcic z dziada, pradziada, gdyby nawet szlachectwo przyszło z przyjęcia chrztu, to ledwo prapradziad Barbary Mickiewiczowej, a prapradziad autora Grażynybył Żydem”.
Rozumowanie mylne i błędne od początku do końca.
Przede wszystkim nie należał się wcale Barbarze z Majewskich tytuł mostowniczanki, chociażby się znalazł na jednym z dokumentów urzędowych. Był to zwyczaj szlachecki przydawania wszystkim urodzonym tytułów, jeżeli zaś nie było prawdziwych, to dawano urojone, jako tako dopasowane do osoby. Ojciec Barbary żadnym mostowniczym nie był (Chryzostom Lądzic, Rocznik III Pamiętn. im Mickiewicza, 203, Tretiak, Młodość Adama Mickiewicza, str. 9). Więc przesłanka całej argumentacji odpada. W rodowodzie Adama nie ma nigdzie o tym, że matka jego była mostowniczanką. Wierzbowski przyjmuje łagodnie, że zapewne istniał taki dopis na kopii, którą miał Korotyński.
Ponadto należy zauważyć, że tylko nobilitowani drugiej kategorii (cum scartabellatu) musieli czekać na urząd, aż do trzeciej generacji, zaś ci co uzyskali szlachectwo praeciso scartabellatu posiadali natychmiastowy dostęp do wszystkich urzędów. Ochrzczeni Żydzi w dawnej Polsce nie raz natychmiast otrzymywali wysokie nominacje (por. Józefowicze, Jakubowscy i t. d.). Wszyscy nobilitowani neofici z roku 1764, otrzymali szlachectwo praeciso scartabellatu.
Euzebiusz Łopaciński wyśmiewał przed paru laty (w Wiadomościach Literac. z dnia 20.III. 1932, Matka Poety, czy naprawdę Adam Mickiewicz z matki obcej ) świadectwo hrabiego Branickiego, napomykające o tym, że wedle relacji tegoż Mickiewicz pochodził po mieczu z Mazurów „Mazurzy jak dotąd wytoczyli jeszcze — i słusznie procesu rewindykacyjnego o ród Rymwid-Mickiewiczów, będącym rdzennym na Litwie przynajmniej od 17 wieku”.
Łopaciński nie uwzględniał terminologii narodu polskiego w języku Mickiewicza. W mowie potocznej Mickiewicz nazywał nie tylko przynależnych do szczepu mazurskiego, ale ogół Polaków mianem Mazurów, bez względu na pochodzeniu. Mickiewicz nazwał „mazurkami” panny Łabęckie z pnia frankistowskiego, pochodzące ze wschodniej Galicji (Chmielowski, Adam Mickiewicz, II, 15), tylko z u agi na to, że były spolszczone.
A może przodkowie Mickiewicza po mieczu przybyli doprawdy z Mazowsza? Franciszek Mickiewicz opowiada w swych Pamiętnikach, że w rodzinie przechowywano pamiątki po przodku, który uczestniczył w wyprawie wiedeńskiej Sobieskiego. Ponieważ wiemy, że Litwa w tej wyprawie udziału nie brała, tylko Korona, wynika z tego, że ów waleczny antenata Adama, który pod Wiedniem walczył pod rozkazami króla Jana III, ujrzał światło dzienne gdzieś w Koronie, skąd dopiero później się przeniósł do ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego. W takim wypadku mógłby Mickiewicz wedle tradycji rodzinnej faktycznie pochodzić w linii męskiej od Mazurów, chociaż zresztą istnieje inna możliwość, że pochodził od Tatarów. Branicki, który posiadał tyle zasług wobec wielkiego Adama, wcale nie powinien być obiektem ironii i jego informacje mogą być brane poważnie.
Ksawery hr. Branicki popełnił błąd, że pierwszy w książce wypowiedział prawdę, która się tułała do tej chwili w rękopisach, pamiętnikach, listach i uzyskał za to powszechne potępienie. Człowiek tej miary, który jeszcze w r. 1863 należał do rządu narodowego w Paryżu, wraz z Czartoryskim i ośmiu innymi notablam i polskimi, jest przeilczany we wszystkich encyklopediach. Nawet ostatnio nie zamieścił o nim artykułu, Słownik Biograficzny Akademii Umiejętności w Krakowie. O pochodzeniu matki Mickiewicza milczą jego biografowie, Chmielowski, Kallenbach i wielu innych. Własne dzieci, Władysław i Maria Górecka, które o ojcu każdy im znany szczegół referują, o pniu i rodowodzie matki ojca nie mówią ani słowa. Ostatnio zdał Kleiner sprawę w tomie pierwszym swego życiorysu Adama Mickiewicza o stanie kwestii pochodzenia tegoż. Drugi tom narazie nie wyszedł.
Charakterystyczna relacja znajduje się w Krakowskim Nowym dzienniku z dnia 14 grudnia 1931 „W odczycie ogłoszonym przed kilku laty Krakowskim kolegium wykładów naukowych, przytoczył Haecker niezmiernie ciekawy fakt, że Mickiewicz w dzieciństwie bawił na wakacjach u brata swego dziadka po matce, który był niechrzczonym Żydem. Kiedy piszący te słowa (dziennikarz N. Dz.) zwrócił się później do prelegenta z zapytaniem, czy te niezwykle ciekawe a nieznane szczegóły opublikuje, redaktor Haecker odpowiedział z goryczą, że odczyt ten ściągnął na niego tyle przykrości, że nie chciałby po raz drugi narazić się na to“.
III
Matka Mickiewicza była neofitką, z Majewskich. Powstaje pytanie, z których. Rodzice Barbary Mickiewiczowej nazywali się Mateusz i Anna. Wśród frankistów znajdujemy Hillela i Annę Majewskich. Prawdopodobnie Hillel przezwał się Mateusz, gdy przyjął chrzest.
Wierzbowski wywodzi Mickiewiczową nie od frankistów, lecz od wychrztów pospolitych, nobilitowanych za króla Stanisława Augusta (o których jeszcze później będzie mowa z osobna), od Józefa Jerzego Majewskiego, który był intendentem komory płockiej i w r. 1764, gdy wyszedł zakaz przyjmowania Żydów do komór celnych, z obawy przed utratą swego stanowiska przyjął chrzest i został uszlachcony w roku 1783 (Teodor Wierzbowski, Z badań nad Mickiewiczem i utworami jego, Warszawa 1918, str. 21).
Wywód ten jest niesłuszny, albowiem nobilitowany z r. 1764, nazywał się Józef Jerzy, a dziadek Adama — Mateusz, zresztą i herb niezgodny. Józef Jan Majewski, neofita, otrzymał herb Dziób, podczas, gdy herbem ojca Barbary Mickiewiczowej był Stary Koń. Tak samo tutaj nie wchodzi w rachubę Antoni Majewski herbu Lew Żółty również z neofitów r. 1764, z tych samych powodów.
H rb Stary Koń, to godło starej rodziny szlacheckiej o wysokim stanowisku społecznym. W jaki sposób otrzymał ojciec Barbary tak znaczny herb? Wszak wiemy, że był ekonomem, który służył u sędziego ziemskiego Józefa Uzłowskiego i na starość był u niego na chlebie łaskawym (Tretiak, Młodość Adama Mickiewicza, str. 9). Niezamożność Majewskich podkreśla też W. Korotyński, Kilka szczegółów o rodzinie i t. d. Mickiewicza (Wilno, 1861). Źródło herbu Stary Koń u biednego szlachetki miał swój powód niewątpliwy w tym, że jako neofita został on przyjęty do nazwiska i herbu starego rodu. Przykładów na to moc. Już była o tym mowa w wstępie tej książki. Neofita Hillel Mateusz Majewski został na Litwie noblitowany, ale go nikt nie obdarował przy tej sposobności majątkiem. Tylko herb
starego rodu uzyskał, nic poza tym. Mateusz Majewski pozbawiony sprytu robienia majątków, osiadł jako biedny oficjalista u jakiegoś dziedzica, bez urzędu, bez godności publicznych i tak swój żywot skończył.
Łopaciński we wspomnianym artykule w Wiadomościach Literackich, powołuje się na dokument z dnia 25. VIII. 1801, który aktyfikował Mikołaj Mickiewicz ojciec poety, wedle którego jego własny teść, Mateusz Majewski, był synem Michała Majewskiego i mężem Anny z Orzeszków córki Michała.
Świadectwo takie ma tyle wartości, ile pochodzenie frankońskie neofickiej rodziny Powidzkich i staropolska genealogia Jakubowskich lub Rawiczów — bankierów w Warszawie. Świadectwo własnego zięcia nie wchodzi w rachubę. Gdzie wzmianka o Majewskich, biednej szlachcie, przodkach Mateusza Majewskich, w dokumentach poprzedzających urzędowanie zięcia Mikołaja Mickiewicza? Jest rzeczą zrozumiałą sama przez się, że Mikołajowi Mickiewiczowi zależało na tym, aby rzucić zasłonę na niedawną przeszłość żydowską rodziny żony swej. Czynił co mógł. Akt, który wyszedł z pod pióra człowieka zainteresowanego, nie może, rzecz jasna, stanowić przeciwwagi, przeciw twierdzeniom ludzi tej miary, co Zygmunt Krasiński, Chodźko, Branicki i w. i.
Frankiści wprawdzie niechętnie wchodzili w pierwszych pokoleniach w koligacje z rdzennymi chrześcijanami, ale takie wypadki się tu i ówdzie zdarzały np. małżeństwo Lubomirskiego z Łabęcką.
Nazwisko Majewskich wskazuje wyraźnie na pochodzenie. Zależało na tym, aby to zataić, zakryć, substytuować innym nazwiskiem. Wedle Januszkiewicza (Czas 1859, nr. 117-120) miała matka Mickiewicza być z domu Orzeszków. Opinię tę przyjął nawet Uruski w swym herbarzu (Rodzina X 381). „Barbara Orzeszkówna, wdowa po Majewskim”. Wedle Łopacińskiego to była babka. Jednak to mało prawdopodobne. Skąd do Mateusza Majewskiego, biednego ekonoma, koligacja z rodziną Orzeszków, starą szlachtą podlaską, która dawała w tym okresie starostów, stolników (Pińsk) rotmistrzów (województwo brzesko-litewskie)? Marcin Matuszewicz (Pamiętnik 1714-1765. Warszawa 1876) wspomina o Orzeszkach jako mocnych w powiecie pińskim (IV 283). Z nich rekrutowali się marszałkowie powiatowi (II 92), strażnicy, (IV 173), majorowie i sędziowie ziemscy (I 223, 225). Niewątpliwie ten cały związek z Orzeszkami to fikcja, skonstruowana celowo już przez ojca Adama, aby zahaczyć w jakiś sposób swoją żonę o chrześcijańskich protoplastów.
Pozostaje jeszcze zagadnienie, które już poruszył w sensie opozycyjnym Pigoń: czy dają się stwierdzić pierwiastki semickie w twórczości i życiu Mickiewicza? O tym ogłosimy osobną pracę.
CELINA MICKIEWICZOWA
Żona Adama Mickiewicza, córka Marii Szymanowskiej, (zob.) była rasowo stuprocentową Żydówką, pochodziła od Frankistów. Adam Mickiewicz uważał w rzeczywistości też swoją żonę za pełną Żydówkę, jak to wynika wyraźnie i dokładnie z przemówienia jego wygłoszonego w kole Towiańczyków dnia 21/VIII 1841, w którym wspomina żonę swoją jako Izraelitkę (Władysław Mickiewicz, Życiorys Adama Mickiewicza. III 33).
Adam Mickiewicz już wcześnie jako znajomy Matki jej, gdy Celina była jeszcze podlotkiem, wpisał podczas swego pobytu w Petersburgu, do jej imiennika, wiersz wskazujący na uczucia sympatii, pozostałe nie bez wzajemności:
Opowiem to towarzyszom
Że na prawym flanku
Ja w tej armii byłem pierwszym grenadierem…
Celina Mickiewiczowa była osobą bardzo piękną, wzniosłej postawy, oblicze jej przypominało portrety cesarzowej Elżbiety. (Niewiarowicz, Alojzy Ligenza, Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, Lwów 1879, str. 77).
Gdy Celina osierocona po matce, zamieszkała u siostry swej Malewskiej w Petersburgu, przypomniał sobie Mickiewicz swoją znajomość z nią i napisał do niej list, aby przyjechała do Paryża, w celu zamążpójścia (Chmielowski II 236).
Adam Mickiewicz, żeniąc się z Szymanowską spokrewnioną z Wołowskimi, wszedł w ścślejszy kontakt z całą grupą Frankistów, zadzierzgnął węzeł rodzinnej łączności z jej dzoadkiem i babką, wujami, ciotkami i t. d. W liście wysłanym z Paryża przez Celinę do dziadka i babki Franciszka i Barbary Wołowskich (dnia 22/VII 1835), umieścił Adam Mickiewicz dopis: „jako mąż Celiny całuję rączki kochanego dziadunia i drogiej babuni” (Pisma A. M. III 380). Szczegóły ciekawe co do styczności Mickiewicza z Wołowskimi w Paryżu, znajdzie czytelnik w artykule o Franciszku Wołowskim.
Przed śmiercią żądała Celina, aby jej przyprowadzono krewne, które kochała: p. Wołowską i p. Faucher (ur. Wołowską), z którymi się czule pożegnała, polecając ich opiece niektórych biednych, którymi się zajmowała (Górecka, Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, Kraków 1889 str. 138). Dobre żydowskie serce się w niej odezwało. Kiedy skonała rzekł Adam Mickiewicz: „Oto odeszła wielka dusza“ (Władysław Mickiewicz, Moja Matka str. 97).
Dzieci Adama Mickiewicza, Władysław, pani Górecka i t. d. były już z uwagi na pochodzenie matki półkrwi. Władysław okazuje w swych pismach nawet znajomość hebrajskiego. (zob.)
WŁADYSŁAW MICKIEWICZ
O ile pochodzenie żydowskie matki wielkiego Adama, może być przedmiotem sporu, dyskusji, różnicy zdań, polemiki naukowej — według mnie zresztą niesłusznie — stanowi żydowska genealogia żony Adama, matki Władysława Mickiewicza (1838-1926), rzecz przez nikogo nie kwestionowaną, bezsporną, pozadyskusyjną. Znamy dokładnie jej żydowskich przodków z obu stron. (zob. Celina Mickiewiczowa)
Władysław Mickiewicz bez względu na rodowód ojca, był przez matkę swoją rasowo pół-Żydem .
A jednak? Czy alians Adama Mickiewicza z osobą pochodzenia żydowskiego miał skutki ujemne, zgubne dla polskości, rozkładcze dla kultury narodu słowiańskiego, biologicznie szkodliwe pod względem rozwojowym? Rasologowie niech tutaj wypowiedzą swoją opinię.
Stwierdzamy przeciwnie. Podczas gdy synowie wielkich ludzi na ogół, żyjący w klauzurze rasowej, jak Goethe, Schiller czy Napoleon, przedstawiali typ degeneratów, byli kreaturami mało wartościowymi, syn Adama Mickiewicza, był pełnowartościowym człowiekiem. Nie był oczywiście geniuszem, — tacy się nie rodzą codzień, ale był jednostką wcale nieprzeciętnej miary; stanowczo mu się należy kartka pamiątkowa w dziejach literatury polskiej.
Stymulans semicki działał tutaj dodatnio. Władysław Mickiewicz, będący z matki Żydówki z pewnością przez nikogo nie kwestionowanej, zaskarbił sobie w życiu duchowym, politycznym i towarzysko-emigracyjnym Polski niepospolite zasługi.
Żaden z wielkich poetów ludzkości nie miał tego szczęścia, co Adam Mickiewicz, który w synu własnym z matki obcej, znalazł swego dzielnego biografa, bibliografa, oraz tłumacza i wydawcę.
Władysław Mickiewicz jeszcze będąc młodzieńcem wydał w roku 1866 po francusku „Pierwsze wieki historii Polski” swego ojca, a w roku 1870 opublikował spis bibliograficzny dzieł Adama Mickiewicza, stanowiący pierwszą dotychczas wartościową bibliografię wielkiego poety. W r. 1882 ogłosił Władysław Mickiewicz przekład francuski dzieł poetyckich swego ojca, Chefs d‘oeuvres poetiques d‘Adam Mickiewicz. W r. 1888 opuścił prasę życiorys Adama Mickiewicza napisany przez Władysława w języku francuskim. Później ta sam rzecz wyszła też w języku polskim. W r. 1907 publikował Władysław Mickiewicz zbiór artykułów ojca swego z czasopisma La Tribune des Peuples. Już po wojnie światowej ogłosił Władysław książkę o Legionie Adama Mickiewicza. (1921).
Władysław Mickiewicz nie ograniczał się do ojca. Pisał też o wielu innych rzeczach. W okresie powstania styczniowego informował świat o Polsce w różnych broszurach francuskich (Note sur l‘etat des choses en Polgne 1862, La question polonaise 1863, Letre au comte Montalambert sur l‘insurection polonaise). Później w r. 1867 zabierał on parę razy głos w sprawie narodu polskiego (Congrés de Genéve, Protestation polonaise contre la paix (pomiędzy Austrią a Prusami), Lettre a M. le President du congrés par Ladislas Mickiewicz), poza tym Congres de Moscou, Lettre a M. M. Palacky et Rieger deputés bohemiens.
Władysław Mickiewicz trudnił się też dziennikarstwem, przez długie lata był korespondentem dzienników L’Opinion w Rzymie, Gazetta d ‘Italia we Florencji, Pringolo w Neapolu.
Władysław Mickiewicz rozwijał w Paryżu też działalność wydawniczo-oświatową, w interesie emigrantów polskich bawiących na obczyźnie, z dala od własnych ośrodków duchowych; stał on na czele księgarni luksemburskiej, która ogłosiła 68 tomików oraz też szereg przekładó w arcydzieł literatury polskiej.
Władysław Mickiewicz uprzystępnia za pomocą przekładów własnych publiczności francuskiej skarby piśmiennictwa polskiego, tłumaczył tak dzieła swego ojca, jak i utwory wielu innych polskich autorów (dzieła Zygmunta Krasińskiego (1869-1870), pamiętnik Rzewuskiego — Recit d‘un vieux gentilhomme polonais 1886, Ułan i Bez serca Kraszewskiego i w. i.). Pierwszą jego publikacją był francuski przekład Opowieści kozackich Michała Czaykowskiego (Contes Kozaks, Paris 1857)
W r. 1908 ogłosił Władysław Mickiewicz pracę o emigracji polskiej.
O politycznej swej działalności nie zapominał nawet będąc w sędziwym wieku. Jako staruszek już dawno po osiemdziesiątce, przy pomocy swej córki, podczas Wielkiej Wojny pracował on niezmordowanie nad wyswabadzaniem Polaków z obozów francuskich jeńców wojennych, organizował pomoc materialną dla polskich ofiar wojny we Francji, brał wybitny udział w pracach politycznych dla odbudowania Polski, zabierał w jej obronie głos w prasie, rozsyłał noty do rządu (Koczorowski, Dodatek do Pamiętnika Adama Mickiewicza III, 453). Grał rolę ambasadora Polski w Paryżu (Tygodnik Ilustrowany r. 1924 str. 36)
Naukową działalność Władysława Mickiewicza uznał naród polski. W r. 1919 został on zamianowany pierwszym honorowym profesorem wskrzeszonego uniwersytetu polskiego w Wilnie.
II
Same pisanie, same działanie w duchu narodu polskiego, dla którego żył, to nie wszystko. Władysław Mickiewicz też żył, tchnął starą, rdzenną, żywiczną polskością. Jego dom był przez długi okres ośrodkiem prom eniującym, soczewką słoneczną życia polskiego, atmosfery polskiej, kultury polskiej nad Sekwaną.
Gdzie pierwiastek semicki matki jako dysonans? Nikt o tym nie pamiętał i nikogo to nie raziło.
Znaczenie domu Władysława Mickiewicza dla Polonii uchodźczej, opisało, sławiło, chwaliło nie jednokrotnie już wielu rdzennych autorów polskich.
Po nominacji Władysława Mickiewicza na profesora honorowego w Wilnie, pisał Tygodnik Ilustrowany, że to odznaczenie mu się należało ,,za polskość i ton tej polskości, którą na obczyźnie w Paryżu utrzymywał przez kilkadziesiąt lat życia. — Władysław Mickiewicz, niemal jeden, on i jego dom — na gruncie paryskim przechowali po dziś dzień (1818 r.), tę jakąś świetlistą niepokalaność, którą błyszczało imię Polski w r. 1832“. — „W nim to, emigrancie tęskniącym, więcej niż w jakimkolwiek z Polaków na ziemi własnej osiadłym, przechowała się nietknięta tradycja dawna polska. Tradycja umysłowości i kultury obyczajowej, polska i nieodparcie polska jest atmosfera moralna gospodarzy, ich wytworna prostota, szczerość, ton rozmowy, świat zainteresowań. Dom ten i ci ludzie pozostali tam na uchodźtwie, jako bezcenna pamiątka po tej Polsce, do której się przecież nie przestajemy zwracać myślą, jako ku czemuś niepowrotnemu, a tak drogiemu dla naszego sentymentu”. (Tygodnik Ilustrowany r. 1919, str. 684).
„Przez lat przeszło sześćdziesiąt zbierała się u państwa Władysławów Mickiewiczów co poniedziałku Polonia stale w Paryżu mieszkająca lub przybywająca z kraju. Wszyscy znajdują tu złudzenie kąta ojczystego i żywe ognisko domowe”. (Tyg. Il. r. 1924 str. 3 6).
O znaczeniu domu Władysława Mickiewicza dla polskości i Polski napisał również Koczowski cały dytyramb pełny pochwał „Przez ostatnie lat pięćdziesąt mieszkanie Władysława Mickiewicza przy ul. Guenegaud 7 w Paryżu stanowiło jakby ambasadę duchową Polski dla cudzoziemców, była świątnicą kultu Adama Mickiewicza i tradycji Wielkiej Emigracji dla Polaków. — Dom Władysława Mickiewicza był miejscem pomocy materialnej i moralnej dla Polaków, którzy jej potrzebowali, był źródłem informacyjnym, naukowym, literackim i praktycznym, był ogniskiem siły duchowej i wiary w słuszność sprawy polskiej w czasach, kiedy w ojczyźnie było najciężej i najgorzej”.
„Niezłomna wiara w zmartwychwstanie Polski, nieugięta prawość i wierność przekonania, czyniły go w oczach błądzącej i wątpiącej nieraz emigracji, rodzajem przewodnika duchowego ku przyszłej, lepszej i szczęśliwszej Polsce” (Koczorowski, dodatek do pamiętników Władysława Mickiewicza, III 453 ,4).
Pomagała Władysławowi w trzymaniu tego ośrodka swego na wysokości, żona jego Maria. „Obok wielkich zasobów umysłu i bogactwa serca, pani Mickiewiczowa, posiadała jeden talent, ginący coraz bardziej w dzisiejszym życiu gorączki. Była najmilszą w świecie panią domu. Na pomoc przychodziła jej żywość umysłu, wrodzony wdzięk towarzyski, świetna pamięć, ale przede w szystkim ciepło własnej duszy, które promieniuje na otoczenie” (Tyg. Ilustr. r. 1924, str. 36).
Była to para dobrana „Władysław Mickiewicz, który w latach młodości znał wszystkich budowniczych kultury Polski, sztuki i nauki, Maria Mickiewiczowa córka przyjaciela Adamowego, Malewskiego, filomaty, przekazywali młodszym pokoleniom, najszlachetniejsze tradycje polskie. Oboje urodzeni na obczyźnie, spędzając całe życie we Francji, zachowali tę tradycję w nieskazitelnej, najczystszej postaci, wzbogacili ją gorącem własnych serc i najszlachetniejszej bezinteresownej i głębokiej myśli“ (Koczorowski I. c. III 434).
A może siłą atrakcyjną tego ośrodka paryskiego, który stanowił dom Władysława Mickiewicza, był emanacją żony Władysława, rdzennej Polki od dziada pradziada?
Maria z Malewskich Mickiewiczowa była tak samo półkrwi jak Władysław Mickiewicz. Matka żony Władysława, Helena Malewska była z domu Szymanowską z frankistów, siostrą Celiny Mickiewiczowej Adamowej. Matka Władysława, była siostrą matki Marii. Oboje byli rodzeństwem ciotecznym. Ona po matce oddziedziczyła 50% krwi, istności, plazmy, ciągłości biologicznej, akuratnie tyle, co jej mąż. (zob. Szymanowscy) Jest to rzecz ciekawa i godna zastanowienia się dla rasistów. Oboje gospodarzy w połowie pochodzenia żydowskiego a dom, centrum ukochanej polskości; czy to nie najlepsza odpowiedź ze strony pulsującej rzeczywistości na różne nieżyciowe teorie i doktryny?
III
Jak się odnosił Władysław Mickiewicz do Żydów, do judaizmu?
Przełożył on Meira Ezofowicza Orzeszkowej na język francuski. Z tego jednak w oderwaniu od innych szczegółów życiowych, jeszcze niczego nie można wywnioskować, albowiem i wiele innych rzeczy tłumaczył.
Władysław Mickiewicz raz nazwał emigrację polską we Francji po roku 1831 „zjawisko tak nadzwyczajne przypominające exodus Żydów z Egiptu“ (Władysław Mickiewicz, Pamiętniki I 20). Porównanie to ciekawe w konstrukcji, nastawieniu i orientacji, może być spadkiem pozostałym po nastrojach Ksiąg Pielgrzymstwa i mesjanizmu Towiańskiego, ale może też wskazywać na wiadomości indywidualne, na znajomość osobistą Biblii i zżycia się z nią. Wiemy przecież skądinąd, że Władysław Mickiewicz znał język hebrajski (Oeuvres Posthumes).
„Jednym z najwybitniejszych przyjaciół Władysława Mickiewicza, który może najsilniej zaważył na jego rozwoju umysłowym, był o 11 lat od niego starszy współpracownik i przyjaciel jego ojca Armand Levy“ (Piotr Koczorowski l. c. III 442). O tym Armandzie Levym pisał Władysław Mickiewicz charakterystyczne słowa: „Jakkolwiek Armand Levy był Izraelitą z pochodzenia, wychowany przez matkę w religii katolickiej, jednak zajmował się wyzwoleniem Żydów w krajach, gdzie byli oni prześladowani” (Pamiętniki I 151).
Przez Armanda Levy‘ego uzyskał Władysław perspektywę szeroką, nieograniczającą się do jednej narodowości prześladowanej, lecz obejmującą wszystkie gnębione i prześladowane ludy. Władysław Mickiewicz w towarzystwie Levy‘ego w r. 1859, wybrał się do Włoch i zapoznał się tam z najwybitniejszymi działaczami politycznymi, śniącymi o odbudowie Italii zjednoczonej. W październiku 1859 osiada on w Genewie wraz z Levym, żeby w wolnej Szwajcarii wydawać dziennik oddany sprawie uciśnionych ludów, pod znamiennym tytułem L‘Esperance - Nadzieja. W dzienniku tym umieścił Władysław Mickiewicz liczne przekłady z języka polskiego. W r. 1860, gdy Władysław Mickiewicz postanowił się przedostać do zaboru rosyjskiego, pozostawił swemu przyjacielowi świadomemu pół-Żydowi Levy‘emu, pieczę nad dalszym wydaw nictwem L‘Esperance.
Armand Levy szedł Władysławowi Mickiewiczowi na rękę w sprawach ściśle polskich. Podczas powstania styczniowego zajmował się Władysław Mickiewicz przy pomocy Armanda Levy‘ego, organizowaniem polskiej szkoły wojskowej w Cuneo we Włoszech (Koczorowski, III, 445).
Wraz z Armandem Levym wydał Władysław Mickiewicz nowy przekład Ksiąg pielgrzymstwa narodu polskiego.
Bliżej zetknął się z masami żydowskimi Władysław Mickiewicz podczas swej podroży do Polski w r. 1861. Żydzi polscy zrobli wówczas wrażenie dodatnie. Był to zresztą okres, gdy ogół narodu polskiego życzliwie się ustosunkował do Izraela.
Władysław Mickiewicz opowiada w swych Pamiętnikach, jak podczas odwilży Żydzi przeprawili go przez Berezynę, w sposób pomysłowy, po lodzie topniejącym, przy czym zauważa ,,Segur w swych Pamiętnikach o rejteradzie roku 1812 tak się wyraził: Żydzi są żeglugą Polski” (II, 49).
Nastrój patriotyczny wśród Żydów warszawskich obserwowany przez niego podczas manifestacji narodowo-polskich w r. 1861, ogromnie się spodobał Władysławowi Mickiewiczowi i wspomina o tym w swych Pamiętnikach „Żydzi biorą udział w manifestacjach politycznych. Rabini wygłaszają kazania na temat: „Niech język mój wyschnie, jeśli zapomnę cię o Jeruzalem moje”. — „Władze rosyjskie się wściekają, bo nie wiedzą jak Żydom zabronić wzdychania za Jerozolimą. Żydzi chodzą też do kościołów katolickich, gdzie śpiewają hymny narodowe. Katolicy bywają w synagogach, na co nasz kler patrzy niechętnym okiem”.
Władysław Mickiewicz był parokrotnie w synagogach warszawskich, jużto w związku z manifestacjami, jużto z okazji uroczystych świąt żydowskich. Jakaś iskierka z płonącego krzaku Synaju jeszcze tliła w głębi jego duszy.
Dnia 3 sierpnia 1861 był Władysław Mickiewicz w synagodze na nabożeństwie żałobnym, które się tam odbyło za księcia Adama. Tłum śpiewał hymn narodowy, wtem zjawił się naczelnik policji, ażeby rozproszyć nabożnych, zerwał oznaki żałobne i zabronił nabożeństwa (II, 135). Władysław Mickiewicz był wzruszony śpiewem synagogalnym ,,Żydzi zaintonowali psalmy bez organów, kolejno śpiewali mężczyźni i kobiety, każdy głos jedną strofkę. To daje pojęcie o starożytnych chórach“.
Dnia 5 września 1861 w Nowy Rok żydowski udał się Władysław Mickiewicz do synagogi, by oglądać nabożeństwo żydowskie i zauważa, że śpiewano podczas modlitwy wówczas pieśni patriotyczne. Niespodzianką wzruszającą był dla niego dźwięk szofaru: „Rozległ głos rogu dziwnie przejmujący. Nie znam tradycji, która tłumaczy dlaczego dnia tego dźwięczy róg“.
Władysław Mickiewicz oglądał też ceremoniał błogosławieństwa ludu przez „kohenów“ w synagodze, mających przy tej ceremonii zasłonięte oczy. Opisuje on to szczegółowo, jako rzecz, która na nim zrobiła wrażenie (II, 1484).
O poszczególnych Żydach, których poznał Władysław Mickiewicz podczas swego ówczesnego pobytu w Warszawie nie wspomina w swych Pamiętnikach, krom neofity Kronenberga, który mu zaimponował. Wyraża się o nim bardzo dodatnio, ceni jego energię gospodarczą i jego życiowy rozum: „Kronenberg bardzo mi się podobał. Jego patriotyzm nie ograniczał się do zbierania starych wydań albo do przedrukowania dawnych autorów. Powiedział mi, że jest gotów zawsze poprzeć każdy czyn polski… Zrobił na mnie wrażenie inteligencji jasnej i jednostki zdolnej w razie potrzeby do nie szczędzenia ofiar dla Polski”. Z Kronenbergiem zapoznał go Kraszewski, który mu opowiadał „o tajnej pomocy, jaką Kronenberg niósł całemu szeregowi osób i przedsięwzięć, tłumacząc mi przy tym, że z nie małym trudem to czyni, aby nie wpaść w oko rządowi. Nie ufał dyskrecji tych, którym pomogał i obmyślał mnóstwo kombinacji, ażeby go księgi bankowe nie zdradzały” (II, 93).
Władysław Mickiewicz cytuje znamienne powiedzenie Kronenberga, z którym się później jeszcze zetknął w Paryżu. Kronenberg się skarżył, że brak w Polsce zdolnych ludzi do rządzenia krajem, przy czym zauważył „Wielu jest gotowych oddać życie za Polskę, ale nie wielu może jej wskazać drogę“. (ib.).
Będąc w Warszawie rozglądał się Władysław Mickiewicz za krewnymi po kądzieli, za różnym i Szymanowskimi i Wołowskimi i t. d., samymi potomkami Żydów, byłymi frankistami i tutaj ich stwierdził całą moc: ,,dowiadywałem się o krewnych ze strony matki, których jeszcze nie miałem czasu poznać, pragnąc odnowić zerwane przez lat tyle węzły rodzinne. — Nie była to rzecz łatwa, tylko ze strony babki, już nie mówiąc o ciotecznym dziadku, wuju w Petersburgu i kuzynie w Kronsztadzie, mieliśmy w Warszawie dwóch dziadków ciotecznych i dwie babki cioteczne, prócz całej gromady wujów i kuzynek. Widziałem ich prawie wszystkich. Opowiadania najstarszych odtwarzały czasy z przed roku 1831” (III, 12).
Z ich ust zapewne usłyszał Władysław Mickiewicz niektóre zachowane u niego tradycje frankistowskie, ściśle sekciarskie. Pomówimy o tym w osobnej pracy, poświęconej zagadnieniu, jak długo tradycje frankistowskie się utrzymały.
IV
Jako człowiek o subtelnej kulturze i półkrwi żydowskiej, który dla spraw żydowskich zachował pewne zrozumienie i jakiś pietyzm, nie mógł Władysław Mickiewicz zająć obojętnego stanowiska wobec antysemityzmu, jako ruchu demagogicznego, aczkolwiek w onych czasach nienawiść do Żydów nie wykraczała jeszcze poza ramy czysto wyznaniowe, a Władysław Mickiewicz przecież był rzymskim katolikiem.
O akcji antyżydowskiej, którą w latach osiem dziesiątych 19 wieku kierował we F rancji Drumond, wyraża się Władysław Mickiewicz mocno nieprzychylnie. Opowiada następującą historię dyskredytującą tego przywódcę ruchu antysemickiego nad Sekwaną w onych czasach: „Znana jest geneza pamfletu „La F rance juive” Drumonda. Napisał był do naczelnego rabina Paryża, że chwila jest odpowiednia do kampanii przeciwko Żydom, że on jeden zdolny jest jej przeszkodzić, o ile otrzyma sumę niezbędną na założenie dziennika. Rotschild odmówił gotówki. Wówczas Drumond napisał do pewnego spekulanta, że chwila jest stosowna do skutecznej kampanii przeciw Żydom, że on sam może ją prowadzić, byle tylko otrzymał sumę potrzebną na założenie dziennika. Tym razem oferta została przyjęta. Ta dwojaka korespondencja została ogłoszoną, nie wyrządzając mu najmniejszej szkody”. (I, 294).
Władysław Mickiewicz już jako staruszek w r. 1912 wystąpił przeciw antysemityzmowi endeckiemu, panoszącemu się w Polsce.
Roku onego, w dwa lata przed wojną światową wyszła w Paryżu książka pod tytłuem „La question juive en Pologne“ (Kwestia żydowska w Polsce), zawierająca ankietę w sprawie żydowskiej przeprowadzoną w Polsce z przedmową profesora Sorbonny, Seailles. W wspomnianej ankiecie wypowiedzieli się przeciw agitacji antysemickiej różni wybitni pisarze polscy jak Krzywicki, Zakrzewski, Balicki, Rodziewiczówna, Patek i w. i.) W książce powyższej został przedrukowany też list Władysława Mickiewicza skierowany do jego przyjaciela Begey‘a w Tu rynie, ogłoszony tegoż samego roku w książce Attilia Begey’a „Andrzej Towiański a Izrael” (Andre Towiański et Israel).
List ten bardzo ciekawy i znamienny, podam tutaj w moim własnym przekładzie, aczkolwiek znajdują w nim się czasem akcenty neofickiego chrystianizmu.
„Istnienie ludu żydowskiego poprzez wieki od chwili swej rozsypki, jest jedną z zagadek najbardziej kłujących dziejów. Dziś wielu katolików a nie mniej niedowiarków, nie widzi innego rozwiązania dla tego zagadnienia, jak one próby wygnania, konfiskaty i wytępienia, które tyle razy w średniowieczu i za naszych czasów próbowano”.
„Pewien dziennik katolicki, który zdobi każdy ze swych numerów krzyżem, wydrukował przed kilku laty, gdy plądrowano Żydów w Algerii, zdanie następujące: „Chrześcijanin panował przez trzy dni w Algerii. I p. Drumond utrzymywał, że najlepszym środkiem rozwiązannia kwestii społecznej, jest konfiskata bogactw żydowskich i ich rozdzielenie wśród proletariatu”.
„To pogorszenie się choroby (recrudescence) antysemityzmu jest symptomem osłabienia aktywności chrystianizmu. Jest łatwiej zabić człowieka, aniżeli go przekonać. Gdy Kościół był znużony by triumfować poprzez przykład i poprzez słowo, uciekał się on do stosów, tak samo jak później Rewolucja francuska, gdy nie miała więcej w sercu dewiz swych: braterstwa, wolności, równości, lecz tylko na wargach, — zamiast otwierać swe ramiona dla szlachty, uważała ona za rzecz o wiele prostszą ją gilotynować“.
„… Antysemityzm powołuje się dla swego usprawiedliwienia na stare grzechy Izraela, nie uwzględniając Żydów, którzy mniej albo więcej ulegli powolnemu wpływowi chrześcijaństwa”.
„Antysemita zapomina szczególnie, że on sam praktykuje, to, co zarzuca Izraelowi. Czy wyższość Nowego Testamentu nad Starym, nie polega na zastąpieniu prawa talionu (oko za oko) — przez zarządzenie, aby za zło odpłacić dobrem …?”
„Otóż antysemta nie wierzy więcej we wszechmoc ewangelii, w urzeczywistnienie zapowiedzi Chrystusa; on wygląda zwycięstwa wyłącznie gwałtu, on nie głosi więcej miłości, lecz tylko nienawiść, jemu nie starczy już prawo talionu (oko za oko), albowiem on gotów bić i niewinnego Żyda, bez zbadania jego czynów, li tylko z racji, że tenże jest Żydem”.
Władysław Mickiewicz przyznaje w dalszym ciągu, że Żydzi posiadają swoje wady, że wysługują się panującej niesprawiedliwości i stoją po stronie silnych przeciwko słabym, że schlebiają autokracji rosyjskiej i kapralstwu pruskiemu, i schodzi na temat syjonizmu: „Sjoniści wyobrażają sobie, że będą mogli wrócić do Palestyny, nim pojęli, dlaczego opatrzność ich wygnała” — „Nie mniej jest prawdą, że nikt nie otworzy ócz Żydom, oddając ich pogardzie i zniewadze, włączając wszystkich w potępienie, na które zasługują tylko niektórzy z pośród nich.”
„Antysemita powinien rozpoczynać od egzaminu własnego sumienia. Czy on klnie Żyda, za to, że wyzyskuje nieszczęśliwców, czy za to, że ten mu przeszkadza wyzyskiwać na własną korzyść? Czy on zwalcza pasożyta, czy stara się tylko wyłączyć konkurenta? Było bardziej wskazane, przypominać sobie tę ogromną liczbę wściekłych przeciwników Izraela, którzy czczą złotego cielca zarówno z finansistami żydowskimi najbardziej oddanymi kapitałowi, którzy eksploatują robotnika z większą bezwzględnością jak Żydzi, których zagłady oni się domagają.”
„Czy Żydzi są jedynymi, którzy odwracają się plecami od uciskanych i kadzą ciemiężycielom? Nie widzieliśmy w tych dniach jak socjalistyczna Rada Miejska Paryża udała się do Petersburga, aby zaofiarować krzyż zdobyty w Sewastopolu władzom rosyjskim, które ze swej strony wcale nie uważają za konieczne pozbyć się trofei pozostawionych masowo przez Francuzów na śniegach roku 1812. Ekstatycznie chwalili oni ludność (ambilite) satrapów rosyjskich, nasyconych łupami Polski.”
„Niech antysemici rozpoczną kochać małych, krwawić się na korzyść biednych, nie podać ręki prześladowcom. Aż do tej chwili, źle się urządzili, że gromią przeciw Izraelowi, ci sami którzy są najgorszymi nieprzyjaciółmi ewangelij. Pisarz katolicki Leon Chaine powiedział: „Antysemityzm jest doktryną nienawiści. Ten który przyszedł na ten świat by zbawić wszystkich ludzi, nie może pokrywać i błogosławić swymi dwoma ramionami na krzyż, wojnę i eksterminację, przeciwko rasie, z której on sam wyszedł.”
Władysław Mickiewicz kończy list ten, powiedzeniem charakterystyczynym, że epidemie moralne, opóźniające powszechną szczęśliwość „są tak częste, jednak stokroć bardziej mordercze, aniżeli cholera i żółta febra”.
Oryginalne jest tutaj ujęcie Władysława Mickiewicza; podczas gdy sfery zachowawcze zarzucają Żydom zazwyczaj buntowniczość, rewolucjonizm, ferment antyrządowy, Władysław Mickiewicz widzi w Żydach wyłącznie tylko finansistów, żyjących z eksploatacji słabych, piratów kapitału płaszczących się przed chwilowymi dzierżycielami berła. Władysław Mickiewicz patrzył się przez pryzmat lokalnych stosunków francuskich, a to z przed wielu dziesięcioleci, na gospodarcze stosunki Żydów w ogóle. Ale to tutaj drugorzędne, akcydentalne. Rozchodzi się nam o główną linię, a tu trzeba przyznać, Władysław Mickiewicz wykazał dobrą wolę i energię w kierunku obrony Żydów. Czy znał Władysław Mickiewicz strukturę gospodarczą Żydów polskich, czy słusznie osądził prawo talionu u Żydów, to w tym wypadku mniej ważne.
MILEWSCY
W Prusiech zostali w r. 1866 nobilitowani Milewscy pochodzący z rodziny żydowskiej, ochrzczonej w r. 1803 (Stanisław Mikulszyc). Inni znowu Milewscy to szlachta neoficka pochodzącą z Królestwa, nawrócona w r. 1798 (Semigotha, str. 795).
HRABIOWIE MNISZCHOWIE (po kądzieli)
Mniszchowie mają w swych żyłach krew żydowską. Leon Potocki, ambasador rosyjski w Neapolu, miał żonę, która była wnuczką hrabiego Gabriela Iwanowicza Golowkina, którego żona była znów córką barona Szafirowa, wicekanclerza rosyjskiego, neofity (por. artykuł o Lanckrońskich). Córka Leona hrabiego Potockiego, Anna, wyszła za Andrzeja hrabiego Mniszcha (ur. w r. 1823). Syn z tego małżeństwa, Leon hr. Mniszech ur. w r. 1849 był austriackim szambelanem (Kosiński, str. 468, Uruski, XI, 177). Leon hr. Mniszech w prostej linii był w ten sposób potomkiem po kądzieli neofity. Leon hr. Mniszech ożenił się sam z Marią de Montault, córką m arkiza Józefa. (Zobacz jeszcze Poniatowscy).
MARIA HRABINA MORSZTYNOWA
Bronisław hrabia Morstyn, adwokat (1849—1903) był żonaty z Marią (ur. w r. 1865), córką Henryka Reychmana bankiera warszawskiego, Radcy handlowego Banku polskiego (1819—1892) i Róży z Bernsteinów (1827—1908). (Reychman, str. 158).
JÓZEFOWA ALEKSOWA MORAWSKA
Józef Aleksy Morawski (1791—1855) tajny radca, senator, dyrektor główny prezydiujący w Komisji rządowej przychodów, był mężem neofitki Anny Bergson wnuczki Szmula Zbytkowera, znanego finansisty z okresu Stanisławowskiego.
MÜNCHEIMEROWIE
Adam Mümcheimer (1830—1904) syn ochrzczonego w roku 1825 fabrykanta guzików Karola Zygmunta (1789—1875), wnuk Abrahama, grawera i pieczętarza, przybysza ze Śląska, — zasłużył się wielce jako muzyk i kompozytor polski, którego talent i technikę współcześni chwalili (Kłosy, XIV, 255). Od roku 1856 był on dyrektorem muzyki, baletu i melodramatu w Teatrze Wielkim w Warszawie, a od roku 1872 dyrektorem Opery Warszawskiej. Napisał liczne opery (Łucznik, Mazepa) w których wzorował się na Meyerbeerze, mnóstwo uwertur, kwartetów i pieśni.
Syn tegoż R yszard (1875—1934) inżynier drogowy z fachu, był w odbudowywanej Polsce inspektorem drogowym ministerstwa robót publicznych, oraz radcą ministerstwa komunikacji.
Jan Müncheimer (1802—1879), syn Samuela mistrza kunsztu pieczętarskiego (1766— 1871) brata Karola Zygmunta, wyżej wspomnianego, był artystą medalierem i rytownikiem na miedzi i stali. Kształcił się on w Paryżu, dokąd został wysłany kosztem rządu Królestwa Polskiego. Po powrocie do kraju objął on w Banku Polskim posadę naczelnego sztycharza, przy wyrabianiu pieniędzy papierowych. Medale przez niego wykonane, zalecają się znakomitym wykończeniem. Był sekretarzem kolegialnym. Podnosił on i rozwinął drzeworytnictwo polskie (por. Kłosy, XXIII, 319).
Syn Jana Müncheimera, Aleksander Wojciech (1812—1860) służył w armii rosyjskiej, gdzie się dosłużył rangi pułkownika. Syn Aleksandra, Wojciech doszedł w armii cara do stopnia generał-majora (Reychman, str. 137—139).
JAN MUSZKOWSKI
I
Jan Muszkowski od roku 1920 dyrektor Biblioteki Ordynacji Krasińskich w Warszawie, redaktor Przeglądu Księgarskiego, pochodzi z rodziny warszawskiej Muszkatów.
Jan Muszkowski ogłosił swoją dysertację doktorską w Lipsku (Xenien-Verlag, 1909) p. t. Spartacus eine Stoffgeschichte, jeszcze jako dwunazwiskowiec wyraźny: Muszkat-Muszkowski.
Dysertacja powyższa sama dla siebie wskazuje na umysł uzdolniony w kierunku krytyczno-bibliograficznym o silnym akcencie literackim. Muszkowskiego interesowały w tej pracy dzieje Spartacusa, znanego przywódcy powstania niewolników przeciw Rzymowi, ze stanowiska tematu literackiego w różnych opracowaniach beletrystycznych. Jest to w zasadzie rozbiór psychologiczno-tematowy, daleki od owej nudnej banalności krytyki szablonowej.
Jan Muszkowski analizuje postać Spartacusa u Lessinga (Entwurf), u Grillparzera (Entwurf), w biografii A. Meissnera, u Pietera Pypers (Spartacus, tragedia), u Rollo‘a (tekst do opery), u Langsdorfa (tragedia), u Hebbla (fragment), oraz w wierszach Cypriana Norwida, Franciszka Nowickiego i t. d. Literatury angielskiej, czy narodów romańskich tutaj nie uwzględni, nosił się bowiem Muszkowski z zamiarem napisania osobnej pracy o temacie Spartakusowym w piśmiennictwie zachodniej Europy.
Była to praca pionierska, jedyny prekursor, który przeszedł pługiem na tej glebie tematowej to Müller, Spartacus und der Sklavenkrieg in Geschichte und Dichtung, Salzburg 1905, tenże traktował jednak całą rzecz powierzchownie, po łebkach.
Jan Muszkowski napisał kilka prac z zakresu bibliotekoznawstwa „O wrogach i miłośnokach książki” (1923), „Sprawa książki w nowej ustawie prasowej” (1928), „Życie książki” (1936), pozatem wydał rocznik bibl. w r. 1927, oraz ogłosił szereg studiów w Przeglądzie bibliograficznym w latach 1900—1918.
II
Za młodu jeszcze w okresie przynależności do żydostwa Muszkowski ogłosił małą dwudziestostronicową broszurę p. t. Typy żydowskie w literaturze polskiej (Odczyt wygłoszony dnia 20 kwietnia 1911 w sali Filharmonii warszawskiej, nakładem redakcji Izraelity).
Autor stojący na stanowisku asymilacji zajmuje mimo wszystko stanowisko godne. Przebija się pewna nuta świadomości własnej. Przeszkodą w drodze do zlania się Żydów z Polakami, widzi Muszkowski nie tylko w fanatyźmie Żydów, ale w równej mierze w nietolerancji drugiego partnera. Jeśli trzeba oświaty kagańca, to nie wyłącznie dla mieszkańców ghetta. Wspominając o znanej książce Niemcewicza p. t. Lejba i Sióra, pisze on „ważnym jest fakt, że autor polski przyjmuje istnienie prądów wolnomyślicielskich wśród Żydów i wyobraża sobie możliwość organicznego wcielenia Żydów do społeczeństwa polskiego. Sama przez się nasuwa się uwaga, że wcielenie może się urzeczywistnieć dopiero wówczas, gdy zasklepienie się fanatyczne w przesądach ortodoksyjnych ogółu chrześcijańskego, ustąpi miejsca kulturalnej tolerancyjności. Konieczność oświaty i rozszerzenia widnokręgów myślowych jest równie palącą w zastosowaniu do obydwu odłamów ludności”.
Muszkowski z zadowoleniem w tej broszurze z r. 1911, obserwuje, jeśli jakiś pisarz polski opisuje Żyda jako takiego, a nie koniecznie pod kątem widzenia polityki narodowościowej. „Stwierdzam ogromny postęp w poglądzie Orzeszkowej na Ży dów , — w stosunku do zapatrywania autorów poprzednich. Tamci pisarze cenili Żyda, o ile był Polakiem. Orzeszkowa usiłuje się wgłębić w jego duszę, poznać wpływy pod których działaniem narastał i szanuje go za tę walkę, co ją wypowiedział duch wolny ciasnocie sfanatyzowaniu. — Do literatury o Żydach wprowadza Orzeszkowa pierwiastek nie tylko narodowy, ale i ogólnoludzki”.
Muszkowski charakteryzuje w tej broszurze mechesów, że „posiadają złudzenie należenia do społeczności chrześcijańskiej zdobyte przez formalność obrządku kościelnego”. Sam wówczas stał na stanowisku, że również polskość wyznania mojżeszowego może być pełnowartościową. Naprowadza Jankiela z Pana Tadeusza „ten Żyd artysta jest na wskroś polski. Godzi się podkreślić to pojmowanie sztuki narodowej przez największego poetę polskiego, tym silniej, że słyszy się głosy, iż Żyd z samej racji swego pochodzenia, nie może być twórcą czy działaczem prawdziwym”.
Muszkowski nie wytrwał w koncepcji asymilacji narodowej, bez zmiany religii i sam się poddał pod złudzenie należenia do społeczności chrześcijańskiej przez formalność pewnych ceremonij religijnych.
NATANSONOWIE
Protoplastą tej rodziny był Selig Natanson (1795—1879) pionier przemysłu mydlarskiego w Kongresówce. Gdy Selig Natanson się wzbogacił, zapisał się do zgromadzenia Kupców, jako kupiec handlujący towarami łokciowymi.
Selig Natanson przeszedł później do bankowości i razem z dwoma synami Henrykiem i Jakubem, o których jeszcze będzie z osobna mowa, założył Dom Bankowy, p. t. S. Natanson i Synowie, rozwijał przemysł cukrowniczy, oraz współdziałał przy założeniu Banku Handlowego (Żydzi w Polsce Odrodzonej, II, 531, Dzieje Gminy Żydowskiej w Warszawie, I 79). Kronenberg Leopold junior wzmiankuje w swych Wspomnieniach, że Dom Handlowy „Natanson i Synowie” jako „bardzo przedsiębiorczy i solidny”.
Synowie Seliga Natansona, jednostki nieprzeciętne, pozostali przez całe życie Żydami i zdziałali wiele na polu kulturalnym i charytatywnym dla swych współwyznawców .
Henryk Natanson, syn Seliga (1829—1895) należał swego czasu do najwybitniejszych księgarzy warszawskich, którzy swoją rzutkością wydawniczą i swym duchem przedsiębiorczym ogromnie się przysłużyli piśmiennictwu polskiemu. Wydawał on przez długi czas powieści Kraszewskiego, ogłosił też dzieła naukowe tłumaczone, jak Kopernika, Foissaca, Humboldta. Wydane przez niego książki słynęły swego czasu z piękna i staranności. Swoją księgarnię zwinął Henryk Natanson w r. 1866, i przeszedł do bankowości oraz przemysłu, jak to już wyżej wspomnieliśmy.
Henryk Natanson brał żywy udział w życiu żydowskim, należał on do najdzielniejszych członków Komitetu budowy Synagogi postępowej na Tłomackiem, a później był przez długie lata jej prezesem. Już wcześnie okazywał on zainteresowanie dla żydostwa. W okresie wielkiego roznamiętniema antysemickiego w r. 1859 zwrócił się on do najgłośniejszego wówczas polskiego pisarza-prozaika, do Kraszewskiego z listem, by zechciał się wypowiedzieć w walce prowadzonej przez Gazetę Warszawską przeciwko Żydom (Korespondencja Kraszewskiego w Bibliotece Jagiellońskich, por. wstęp do Korespondencji, Kronenberg-Kraszewski, XX). Henryk Natanson jest wspomniany już w r. 1863, jako członek Komitetu Synagogi przy ulicy Daniłowiczowskiej, równocześnie z Samuelem Kontzem i Toeplitzami, (Jutrzenka, III, 393) , i był jednym z opiekunów dla dzieci żydowskich wraz Mathiasem Bersonem i Neudingiem w r. 1862 (Nussbaum, szkice, str. 173).
Syn Henryka Natansona Kazimierz Eryk (1853—1935) był prezesem Banku Handlowego, członkiem Rady stanu, założycielem Nowej Gazety; pozostał Żydem, jako ostatni ze swej rodziny, aż do swej śmierci. Był on politycznie skrajnym asymilatorem, niemniej jednak dostawało mu się jako Żydowi, niemało połykał pigułek ze strony antysemitów. Opowiadają, że w r. 1902 czy 1903, gdy po odsłonięciu pomnika Mickiewicza, odbył się bankiet wydany przez Kronenberga, Władysław Rab ski zauważywszy, na tym bankiecie Kazimierza Natansona głośno wyraził swoje zdziwienie, że również Żydzi biorą udział w tej uroczystości. Powstał skandal towarzyski. Kazimierz Natanson wyzwał go na pojedynek.
Synowie Kazimierza Eryka, chrześcijanie:
1) Jan Leski (ur. w r. 1882) historyk i geograf, autor licznych prac z zakresu dziejopisarstwa (Dzieje Polski nowożytnej, Epoka Stefana Batorego, Atlas szkolny historyczny).
2) Józef Eryk (1853—1829) były prezes zarządu Warszawskiego Towarzystwa kopalń węgla i zakładów hutniczych, który zajmował się też przyrodoznawstwem i należał jako członek do Komitetu Kasy Mianowskiego, 3) Michał Eryk (ur. w r. 1861) właściciel dóbr Żółwin, zaślubiony z Julią Kęcką, 4) Antoni Eryk (1862—1933), który był ordynatorem szpitala na Czystem i wiceprezesem warszawskiego Towarzystwa Ginekologicznego, 5) Stefan, literat i dziennikarz, naczelnik wydziału Kultury i Sztuki w Magistracie warszawskim, zaślubiony z Jadwigą Dąbrowską.
LUDWIK NATANSON
Bratem Henryka Natansona, był Ludwik Natanson (1822—1896), również Żyd do zgonu swego.
Był on przede wszystkim wybitnym lekarzem-uczonym. W interesie rozkwitu nauk medycznych w Polsce, redagował on od r. 1849 Tygodnik lekarski poświęcony medycynie, chirurgii, akuszerii i weterynarii i ogłosił też w r. 1858 „Krótki zarys anatomii ciała ludzkiego, jakoteż umieszczał w czasopismach różne przyczynki fachowe z zakresu neurologii. Pozatym pracował on też jako przemysłowiec, będąc członkiem zarządu Towarzystwa Fabryk cukrowych, oraz Towarzystwa Mirkowskiej Fabryki Papieru.
Ludwik Natanson nie spoczął na laurach Eskulapa i Merkurego, pracował też dla społeczeństwa w ściślejszym znaczeniu. Twierdził on zazwyczaj o sobie, że jest nie tylko lekarzem, ale i obywatelem (non solum medicus, sed etiam civis sum ), przykładał rękę do każdej pracy, którą pożyteczną dla społeczeństwa nazywał, stąd zaznaczył się na polu higieny publicznej, szpitalnictwa itd. (por. Ateneum, 1896, III).
Ludwik Natanson myślał o doli swych braci i propagował przewarstwowienie ich. W r. 1879 ogłosił on odczyt p. t. „O uczeniu rzemiosła”, który wydał jako broszurę, z czego dochód był przeznaczony na osady rolne dla Żydów . Nie zadawalał się tylko teorią, ale też wcielał swe pomysły w czyn. Przy gminie żydowskiej w Warszawie istnieje dzięki jego inicjatywie po dziś dzień Szkoła rzemieślniczo-przemysłowa imienia dra Ludwika Natansona.
Ludwik Natanson uzyskał gwoli swej aktywności społecznej, godność prezesa gminy żydowskiej w stolicy Polski, na którym stanowisku pozostał aż do swej śmierci, bez przerwy przez ćwierć wieku. Zmarł krótko przed swym jubileuszem 25 letniego piastowania godności tej. Jako prezes gminy żydowskiej „nie był on tytularnym tylko przewodniczącym, lecz rzeczywistym, niestrudzonym, świadomym dobra ogółu działaczem. Materialny stan gminy, który objął w stanie zadłużenia, pozostawił zasobnym, a w administracji zaprowadził lepsze porządki”.
Energii Ludwika Natansona zawdzięcza swe istnienie również monumentalny szpital dla starozakonnych, którego budowa rozpoczęła się w r. 1887, za co też go nawet syjoniści swego czasu chwalili (Luach Achiasaf r. 5658, str. 311), aczkolwiek nie krył się nigdy swymi zapatrywaniami asymilatorskimi.
Władysław Szeliga Natanson
I
Syn Ludwika Natansona, Władysław Szeliga-Natanson (1863—1937) uzyskał poważne stanowisko w polskiej nauce, — ale już z dala, daleko od starego żydostwa.
Władysław Natanson zmienił wyznanie już w pełni wieku w r. 1900, a już rok przedtem otrzymał na uniwersytecie krakowskim katedrę zwyczajną fizyki matematycznej. Od roku
1900 był on rzeczywistym członkiem Akademii Umiejętności w Krakowie. W latach 1907— 1914 był Władysław Natanson redaktorem Wydawnictw Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Akademii Umiejętności w Krakowie.
W 1923 został Władysław Natanson wybrany rektorem uniwersytetu i w tym charakterze witał on marszałka Francji Focha, którego najstarsza wszechnica Polski wówczas uczciła doktoratem honorowym. Jego powitalne przemówienie do naczelnika sił zbrojnych Francji, triumfatora-wodza z Wojny Światowej, pełne jędrnych i mądrych zdań, godne i zharmonizowane, znalazło powszechne uznanie onego czasu.
Badania Władysława Natansona odnosiły się głównie do termodynamiki, budowy materii, energetyki, optyki, zajmował się zagadnieniem jednolitości materii w różnych stanach skupienia. Ogłosił on trzydzieści kilka prac z dziedzny fizyki (Wstęp do fizyki teoretycznej 1890, Zasady Teorii promieniowania 1917, Wiadomości z nauki fizyki 1921, Pierwsze zasady mechaniki undulacyjnej i t. d.).
Władysław Natanson jako pisarz przyrodniczo-filozoficzny, odznacza się barwnym językiem, pierwszorzędnym stylem literackim, bardzo dalekim od suchości formułek matematycznych. Miał on oczy otwarte, umiał się patrzeć jasno, trzeźwo i rozumnie w świat.
Władysław Natanson był przez długie lata reprezentatywnym mężem fizyki polskiej, kontynuatorem równorzędnym Wróblewskiego i Witwickiego.
Historia nauk przyrodniczych miała w Natansonie również znakomitego badacza dziejowej przeszłości w poszukiwaniu dróg prawdy. Był on też historykiem przyrodoznawstwa.
Władysław Natanson należał równocześnie do typu badaczy-uczonych o szerokim horyzoncie, którzy posiadają dystans do swego przedmiotu i nie gubią się w szczegółach i poza poszczególnymi drzewami, ogarniają też las jako całość. Miał on coś z filozofa-mistyka w sobie.
W r. 1908 ogłosił Władysław Natanson: Odczyty i szkice. Przemawia z tych pięknie i żywo napisanych, jednak zupełnie zapomnianych doskonałych szkiców i prelekcyj człowiek nauki o filozoficznym nastawieniu, który uświadamia sobie jaki drobny rąbek rzeczywistości nauka zdolna odsłonić i zdaje sobie sprawę, co za nikłą muszką, przemijającą jedniodniówką jest człowiek z całą swoją cywilizacją w wszechbycie. Brzmi tutaj podświadomie często owa nuta Koheletowa o nicości wszystkiego, powtarzająca się też wielokrotnie i później w księgach moralizatorskich (Sefer ha-jaszar Rabbenu Tham) i poezji filozoficznej (Jedaja w Bechinoth Olam) żydostwa średniowiecznego. Głos przodków odzywa się z podziemi.
Pisze w wspomnianej pracy Władysław N atanson „W drobnym zakresie naszych sił i możności, odnosimy zwycięstwa nad upodobaniami natury; ale zwycięstwa pozorne, bo okupione natychmiast straszliwym marnotrawstwem nagromadzonych we wszechświecie zasobów, zwycięstwa chwilowe, bo skazane od razu na zagładę. Każdy kawałek węgla wydobyty spod ziemi, każda karafka wody oczyszczonej, przefiltrowanej i t. d. jest takim chwilowym zwycięstwem… Czując, że nie możemy zapobiedz (sile niszczycielskiej natury), usiłujemy przynajmniej zwalniać i hamować przebieg nieodwracalnych podzjawisk. Taki ostatecznie kres wszystkich naszych składów, zbiorników, archiwów, muzeów, bibliotek i t . d., — ale to wszystko jest walka liścia z wichurą jesienną. Wszystko to będzie, jest już dziś łupem nieodwracalnych podzjawisk. Wszystko to w proch się obróci, w pył bezimienny” (str. 23).
Natanson nie gubi jednak się w beznadziejnym pesymizmie myślicieli indyjskich, nie zapada w otchłań ślepą, bezmyślnej ciemnej woli Schopenhauera. Pozostaje mu jak mędrcom żydowskim, jako cel istnienia indywidualnego: nauka, wiedza sama dla siebie, bez dalszych zadań. Bez celu dalszego, mówiąc językiem tradycji żydowskiej „Thora li-szemo“ , wiedza skromna, cicha, bezpretensjonalna la science pour la science. Pisze w wspomnianej książce Natanson „Mało wiemy, nic prawie. Zaledwie rozpoczęliśmy pochód na drodze do poznania praw przyrody. Zdawałoby się, że każdy krok po tej drodze, wyczerpuje siły pokolenia, które go uczyniło. Po każdym kroku takim, ludzkość musi przystawać i oswajać się z nowym widokiem, ale pochód trwa i nauka wzrasta. Dlaczego ten pochód? Jaki cel ma nauka? pocóż chcemy poznawać naturę? Nauka nie ma celu. Prawdziwy owoc życia jest koniecznością wyższą nad ludzkie zamiary, jest nieuchronną falą wydarzeń, który wiekuiście potrząsa istnieniem” (str. 25).
Natanson z wyższego punktu widzenia wie, że nie ma wiecznych rzeczy na polu wiedzy, że wszystkie teorie naukowe posiadają charakter czasowy, ustawicznie się luzują. Natanson przy tym wyraźnie cytuje werset z Biblii. Porównywano dawniej teorie do czasowych rusztowań, które ku ułatwieniu pracy wznoszą budowniczowie. Dodajmy, że gdy jedno rusztowanie, już niepotrzebne odpada, odsłania się wówczas nie gmach prawdy gotowy, lecz tylko rusztowanie nowe następne. Każda teoria w nauce ma do spełnienia pewne zadanie, przeto każda ma kres właściwy istnienia. Każda ma swoją powinność, ale wspólny ich cel jest, ukazywać nam owe, jak Pismo Święte nazywa: rzeczy wielkie nieograniczone dziwy, którym nie masz liczby (Hiob, IX, 10) (Odczyty i Szkice, str. 128).
II
Władysław Natanson uczony, badacz przyrody o zainteresowaniu kosmicznym, nie gubił nigdy człowieka jako takiego z oczu. Uważał go za klejnot i treść bytu. Potępia wszelkie krzywdy dziejące się na tym padole płaczu, oskarża ludzkość z akcentem i emfazą trybunów starego Izraela, przemawia z patosem proroków: „Czy pracujemy solidarnie, lojalnie, żeby wzmóc człowieka potęgę, ażeby przysporzyć zdrowia, światła, szczęścia całej ludzkości. Bynajmniej; wolimy grabić lub niszczyć, prześladować, ciemiężyc, zabijać. Człowiek człowiekowi wyrywa, warstwa lub grupa społeczna wydziera klasie, stanowi, lub tak zwanemu stronnictwu, naród walczy z narodem, państwo napada na państwo, a w tych sporach, bojach, wojnach, zatargach tracimy i cofamy się wszyscy i zwycięzcy i zwyciężeni, podupadamy i poniżamy się wszyscy; źli jesteśmy, a stajemy się gorsi. — Żyjemy jak ludzie a nie jak szakale; może kiedyś na czarnej tej ziemi, potrafimy być mniej nieszczęśliwi” (Porządek natury, str. 195).
Tyrania go razi do gruntu, tyrania we wszystkich jej formach. Jest to cecha starożydowska. Człowiek stworzony na to by był sługą Bożym, a nie sługą ludzi pouczali już starożytni rabini. Krótko przed śmiercią w swej książce o „Prądach umysłowych w islamie” (str. 18), pisał Władysław Natanson: „Nie ma na Wschodzie ograniczeń we władzy, ani miary w odwecie czy zemście… Takie pojęcia panowały od niepamiętnych czasów od Pekinu, aż do Petersburga i t. d. Vae victis. Takie zasady, nieco złagodzone, przebrane, z lekka opudrowane, upięte, okryte frazesem i t. d. panują jeszcze dzisiaj w Europie. Wieki przeminą a takie obyczaje, takie poglądy będą uważane za słuszne, za sprawiedliwe”.
Rodzicielka człowieka, matka wywołuje u Natansona głęboki szacunek, wszak już Talmud porównywał matkę z glorią Bożą. Władysław Natanson napisał Hymn do matki w którym czytamy piękne, psychologicznie zgłębione słowa miłości do życiodawczyni: „Matka jest wszystkim dla dziecka, dziecko dla matki jest wszystkim. Kochamy matkę, za to, że jest, że jesteśm y… Natura chce istot, chce życia, chce cierpień i bólu, chce łańcucha idących za sobą pokoleń; natura daje matkę dziecięciu. Kobieta całą duszą pragnie pójść za jej głosem; z dumą, z uradowaniem jedno jedyne, lecz gigantyczne zadanie… (Kobieta) jest bliższą dziecku, albowiem jest bliższą naturze. Zawiły i chwiejny mężczyzna myli się łatwo w połowicznych swych próbach, gubi się w swych fikcjach, w swych maskach, które długo noszone, jego sam ego w końcu w błąd wprawiają. Kobieta jest prostsza; idzie intuicyjnie do celu. Najsilnieszy duch męski bywa igraszką nieuchronnych w życiu przeciwności i spadków. Kobieta trwa mocno; ma pewność instynktu na swoje usługi, nie umie i nie chce przypuszszać, wątpić, rozmyślać i argumentować. Żyj dzieckiem promieniująca szczęściem mateczko i t. d. (Porządek natury, str. 187).
III
Z żydostwa zachował Władysław Natanson krom ogólnego nastawienia psychologicznego, ujawniającego się w koheletowej pogardzie dla całego harmideru bytu, krom admiracji dla wiedzy jako takiej i wyostrzonego zmysłu dla sprawiedliwości i wyjątkowej czci dla matki-rodzicielki, — skłonność do cytow ania wersetów z Starego Testamentu, niby jakiś myśliciel angielski.
Zacytowaliśmy już powyżej jeden taki przykład z książki jego p. t. Odczyty i Szkice. Innych przykładów dostarcza nam jego książka p. t. Porządek natury, gdzie szkic o Baconie zaczyna się mottem „Stwórca w Swej chwale ukrywa tajemnice, król w swej sławie odkrywa tajemnice. Księgi Przypowieści XXV, 2”. Szkic o Newtonie w tej samej książce poprzedzany mottem: „czy śladem Bożym pójść zdołasz? Wszechmocnego — czy odnaleźć potrafisz. Ks. Hiob, XI, 7“. Dla Starego Testamentu ujawniał Władysław Natanson wielkie poważanie. W książce swojej p. t. Prądy umysłowe w islamie (Warszawa, 1927), która wyszła parę tygodni przed jego śmiercią znajdujemy następującą ciekawą i znamienną uwagę dotyczącą oceny Koranu w stosunku do Starego Testamentu, ilustrującą opinię autora o Biblii starego Izraela „Koran niewątpliwie jest powinowaty proroctwom i żalom, gniewom i groźbom, które w Starym Testamencie tętnią niezrównanym urokiem i mocą; jakże im ustępują w bogactwie strun dźwięcznych, w poezji czarującego natchnienia” (str. 3).
Jako filozof-fizyk cenił Władysław Natanson ogromnie monoteizm Izraela, oraz jego wielkiego przedstawiciela filozoficznego Mojżesza Majmonidesa, już to ze względu na jego rozmach unifikacyj w naturze, jużto ze względu na etyczne konsekwencje. W książce „Prądy umysłowe w islamie” pisze on „Majmonides miał nieukrywaną niechęć, niemal wzgardę dla rojeń platońskich; jego metafizyka jest surowa i prosta jak monoteizm hebrajski. Wszystkie rozprawy, wszystkie dociekania Majmonidesa, są przesiąknięte gorącą wiarą, przekonaniem, pewnością: jeden jest Bóg, Bóg jest jedność. Nie tylko jednak monoteizm przenika Stary Testament. Bóg jest źródłem wszystkiego co wielkie i wspaniałe w naturze, co jest czyste i sprawiedliwe w człowieku, co w nim jest pradziwe i mądre. Powtarzając tę myśl za prorokami, za mędrcami swego narodu, Majmonides mógł rzec o sobie co powiedział Spinoza: niektórzy zaczynają od rzeczy stworzonych, niektórzy od ludzkiego umysłu, ja zaś rozpoczynam od Boga. Stary Testament jest opanowany, jeśli tak wyrazić się wolno przez centroteizm zupełny. Bóg jest jednością. Tworząc świat, Bóg w dzieło Swoje tchnął własną jedność. Ponieważ świat jest jednolitą i zwartą całością, możliwa zatem nauka, szukająca w nim jednostajnego i powszechnego porządku. Prawidłowość i konieczność zjawisk, jest dla Majmonidesa wnioskiem pływającym z niezachwianej religijnej ufności, postanowienia Stwórcy” (str. 80).
Wł. Natanson aczkolwiek wyciągnął najdalej idącą konsekwencję z haseł asymilacyjnych i zmienił wyznanie, miał jeszcze tyle respektu wewnętrznego dla żydostwa, że stale pisał Żyd przez dużą literę, przyczym jednakowoż dla równowagi pisał i chrześcijanin przez duże C. Utarł się mianowicie w języku polskim zwyczaj, że aczkolwiek Żydzi są tutaj powszechnie uważani za naród, pisze się ich nazwę przez małą literę (żyd), jakoby chodziło tylko o jakąś grupę wyznaniową. Pisze się żyd przez małe ż, nawet wówczas gdy jest równocześnie mowa o innych narodach (Polacy, Niemcy, Ukraińcy i żydzi) a charakter narodowy Żydów w tym wypadku nie ulega kwestii. W małej literze nazwy „żyd”, wyraża się nie klasyfikacja Żydów jako zespołu religijnego, tylko chęć postponowania, tendencja pogardliwa windowania w dół, do czego niestety pozatym cały szereg paraleli w języku polskim w stosunku do Żydów. Mówi się ogólnie o cmentarzu żydowskim, jako okopisku, o żydowskim święcie szałasów jako o Kuczkach, o szerokich warstwach społeczeństwa żydowskiego jako o masach (nie mówi się nigdy o masach polskich, niemieckich czy francuskich, chyba o masach „robotniczych“, co jest również ukrytą dyskwalifikacją).
Władysław Natanson mimo neofityzmu swego nie chciał wcale naśladować mody pomniejszenia i poniżania ludu Starego Zakonu i nie wtórował chórem świadomych, czy bezwiednych wrogów Izraela.
Odszedł on od żydostwa, godnie, spokojnie, bez żalu do kogoś, bez potrzeby kompensowania przez nadmiar rdzenności, braków w rodowodzie. Popełnił apostazję, zerwał z trzydziestopięciowiekową przeszłością wielkości i męczeństwa swych przodków, jak ktoś który opuszcza dom rodzicielski i wyjeżdża na drugą półkulę, nie z jakiejś przekory lub animozji. Zachował cichy sentyment, dystans poważania.
Był to typ uczonego niecodziennej kategorii. „Czas” poważny organ inteligencji ziemiańskiej naz ał go w artykule pozgonnym, człowiekiem godnym platońskiego sympozjonu. W rzeczywistości był mu bliższy Jezajasz aniżeli Platon; ze starego piśmiennictwa mu zawsze bardziej odpowiadał Hiob aniżeli tragicy greccy. Był to człowiek pełny i na swój sposób doskonały.
Władysław Natanson zaślubił Elżbietę Tek lę Baranowską, córkę lekarza i profesora uniwersytetu.
Jakub N atanson
Najmłodszy brat Henryka Natansona, Jakub Natanson (1831—1884) łączył duże zdolności naukowe z tężyzną handlowo-przemysłową.
Wróciwszy w roku 1855 z Dorpatu po ukończeniu studiów uniwersyteckich i nie mając wówczas w Warszawie możności pracy na polu naukowym, postanowił swoje zdolności zużytkować w przemyśle. Jako administrator dwóch cukrowni, doprowadził on je wkrótce do kwitnącego stanu. Nie zaniedbując wszakże i teorii wydał on w r. 1857/8 wartościowe dzieło dwutomowe p. t. „Krótki rys chemii organicznej, ze szczególnym względem na rolnictwo, technologię i medycynę”.
W r. 1852 został Jakub Natanson powołany na profesora Szkoły Głównej. Wykładał on tam przez trzy lata, aż do roku 1855. Musiał jednak ustąpić, ze względu na to, że wyziewy
w pracowni chemicznej nadwątliły mu zdrowie.
Pracy swej naukowej Jakub Natanson i dalej nie zaniedbywał w zupełności. W r. 1866 ukazał się jego „Wykład chemii organicznej, podług systemu unitarnego”. W r. 1874 publikował Jakub Natanson „Głos na konferencji rolniczej o nawozach sztucznych”. Jednak główny punkt ciężkości jego działalności znajdował się od chwili ustąpienia z katedry, na polu przemysłowym. Pochłaniały go zakłady przemysłowe w których jego firma partycypowała cukrownie, papiernie, kopalnie węgla, zakłady hutnicze. Absorbował go też Dom Bankowy ojca, którego był spólnikiem również. Bank Handlowy znajdował w nim stałego i umiejętnego pracownika (Nusbaum, Szkice, str. 190, Winniger, V, 504, Reychman, str. 141 sq.).
Jakub Natanson, tak samo jak wielu innych krezusów żydowskich, nie zamykał się wśród czterech ścian swego kantoru, udzielał się on również społecznie, był to mąż „zasłużony nie tylko na polu pracy naukowej i przemysłowej, ale i obywatelskiej w najszerszym i najszlachetniejszym znaczeniu”, był on „jednym z najchętniejszych i najszlachetniejszych filantropów”. Współdziałał on w założeniu Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, w założeniu Kasy Mianowskiego, w założeniu i utrzymywaniu Szkoły rzemieślniczej przy ulicy Jasnej w Warszawie, popierał hojną dłonią Kantor dla szukających pracy, Szkołę ogrodniczą, i t.d. Kasie Mianowskiego jeszcze ostatnią wolą przekazał kwotę 30,000 rubli (Biblioteka Warszawska, CLXXVI, sy, r. 1884, str. 222).
163, K ło
Dla doli społeczeństwa, z którym go do końca życia łączyło wyznanie, nie okazywał zbytniego zainteresowania. Popierał wprawdzie Szkołę realną dla młodzieży izraelickiej, ale nie widać w tym ani obfitości, ani jakiegoś systemu. Uważał się za Polaka w każdym przejawie swej działalności publicznej i pozatym mało dbał.
Rocznik hebraiski He-asif (5648, str. 759) wspominając Jakuba Natansona wśród zmarłych w ciągu roku, podaje że w pogrzebie jego uczestniczyli zarówno Żydzi jak i chrześcijanie i że należał do przywódców gminy żydowskiej w Warszawie, wzmiankuje jego aktywność filantropijną na polu ogólnym, jednak nie wspomina niczym co zdziałał dla braci. Nie było o czym wspominać.
NIEMIROWSCY
Józef Tadeusz Niemirowski, zwany dawniej Mendel, figuruje wśród wychrztów spod znaku Franka (Kraushar, I, 353).
Z rodziny tej pochodzi Andrzej Kazimierz Niemirowski powieściopisarz, ur. w r. 1840, piszący pod różnymi pseudonimami (Ramestar, Janusz, Pełka, N ie mir) powieści i nowele
przeróżne, drukowane w różnych dziennikach i w osobnych odbitkach. Zamieszczał on w gazetach też artykuły społeczne, ekonomiczne (Jeske-Choiński, str. 92).
NAIMSCY
Od frankistów tegoż nazwiska pochodził Jakub Naimski znany swego czasu adwokat warszawski, który miał córki: Greftkowiaczowa, Władysława Gołembowska i Zofia François (Jeske-Choiński, str. 97).
NOWAKOWSCY HERBU TRZY KSIĘŻYCE
W roku 1853 wylegitymował się w Radomiu Franciszek Nowakowski powyższego herbu, jako syn Franciszka, wnuk Tomasza i prawnuk Nowakowskiego neofity litewskiego. Z tego samego rodu wylegitymowali się w Galicji w r. 1787 Stanisław, adwokat sądowy i Leon (Uruski, XII, 183).
NOWAKOWSCY BEZ HERBU
Jan syn Franciszka Mateusza Nowakowskiego neofity uszlachconego w r. 1765 pozostawił Wojciecha, którego znów syn Franciszek był dziedzicem wsi Rapacie, patronem trybunału kieleckiego około r. 1840. Brat Wojciecha, Daniel był wówczas mecenasem w Warszawie (Uruski, XII, 182).
NOWODWORSCY (po kądzieli)
Franciszek Nowodworski (1859—1924) jeden z najwybitniejszych przedstawicieli palestry warszawskiej, poseł do pierwszej i drugiej Dumy, który był jednym z najwybitniejszych członków Koła Polskiego w Petersburgu i w Polsce Odrodzonej pełnił funkcję pierwszego prezesa Sądu najwyższego, był żonaty z córką frankisty Leona Jasińskiego (Jeske-Choiński, str. 79). Potomstwo Franciszka Nowodworskiego pochodzi po kądzieli w ten sposób od Żydów…
NUSSBAUMOWIE
Hilary-Hillel Nussbaum
Hilary Nussbaum był Żydem inteligentnym o pełnym wychowaniu żydowskim. Urodzony w r. 1820 uczęszczał on do t. zw. Szkoły rabinów w Warszawie, będącej oczywiście instytucją asymilatorską, która nigdy rabinów nie wydała i posiadała misję polonizatorską wśród Żydów, ale w każdym razie dawała swym uczniom pewien zasób pozytywny wiedzy żydowskiej.
Hilary Nussbaum rozpoczął swoją działalność literacką w języku hebrajskim od elegii p. t. Kol Nehi, którą ogłosił z okazji śmierci najbogatszego onego czasu Żyda warszawskiego, wielkiego filantropa Mathiasa Rosena.
Wnet przeszedł on do języka polskiego, w którym starał się propagować wiedzą o żydostwie wśród Żydów spolszczonych i publikował w tym języku cały szereg książek judaistycznych, oraz redagował przez kilka lat tygodnik Izraelitę. Był on jednym z inicjatorów kazań synagogainych w synagodze postępowej w języku polskim, ale przytym Żydem pozytywnym.
Hilary Nussbaum ogłosił pięciotomową Historię Żydów (Warszawa, 1888), rzecz zresztą słabą, unikającą akcentu narodowego, ale mimo wszystko jest ona przepojona miłością do własnej przeszłości, pemą dumnej świadomości własnej dziejowej odrębności. W przedmowie do tej Historii czytamy: „Historia potomków Izraela, tej dziwnej społeczności, która przeżyła powstanie i upadek tylu narodów i państw, która wiecej niż po 3.000 latach świadoma jest swego istnienia; społeczności, która tylko przez głębokość i wzniosłość swej wiary, nieskończonym cierpieniom twardego losu się poddawała, a w końcu jak proch zdeptana walczy jeszcze o swoją bytność, a przytym bierze udział w sprawach publicznego życia społeczeństw, wśród których żyje; historia tak dziwnego, pomiędzy wszystkie narody ziemi swe konary zapuszczającego a jednak tak samotnie stojącego szczepu, nie może i nie powinna dla nikogo być obojętną”.
W r. 1893 ukazał się jego „Przewodnik judaistyczny obejmujący kurs literatury i religii”. Praca to dyletancka bez pretensyj, jednak znamiennym jest stanowisko Hilarego Nussbauma, czynne, afirmatywne, utrwalające, nieustępliwe w stosunku do spuścizny społeczeństwa żydowskiego.
Hilary Nussbaum był asymilatorem, jedyną dźwignią i stosem pacierzowym żydostwa to, wedle niego, religia, ale religia i to dla niego nie ornament na fasadzie, tylko czynnik zawierający bardzo dużo. W przedmowie do tego Przewodnika podkreśla on: że „za wiarą idzie wszystko to, co z nią nierozerwalnie jest połączone. Z wiarą żydowską nierozerwalnie jest złączony język święty, którym wielcy mistrzowie Izraela lud swój nauczali, język hebrajski. Literaturę tego języka poznać należy każdemu Żydowi.”
Ale język to nie wszystko jeszcze. Pamięć historyczna przeszłości Izraela również wymaganą jest przez religię żydowską według Hilarego Nussbauma. „Z wiarą żydowską ściśle są związane dzieje ludu, który niegdyś polityczną stanowił jednostkę, a od wieków tylko przez wiarę swoją przedstawia pozory ludu oddzielnego”.
W istocie ta defincja małoduszna ludu żydowskiego jest obojętna, grunt, że zainteresowanie dla dziejów żydowskich uważane przez niego za konieczne.
Żydzi, dla Nussbauma byli formalnie, zgromadzeniem współwyznawców religijnych jednorodnego szczepu“, ale w rzeczywistości, nie myślał on wcale o bezpamięciowym wcieleniu Żydów w jakiś inny naród, d ziałał w szystko, aby właśnie nie dopuścić do unicestwienia odrębności dziejowej i ciągłości żydostwa.
Hilary Nussbaum nie żył z literatury. Początkowo był nauczycielem szkoły elementarnej, później przeszedł do handlu. Pozostał Żydem i to aktywnym aż do swej śmierci (r. 1895).
Dla jego własnych synów jednak żydowski program Hilarego Nussbauma, typu podanego, dwulicowego, jednak nie posiadał kitu wzmacniającego, nie zdołał być im wytyczną życiową. Oddalili się oni jeden wcześniej, drugi później od religii żydowskiej i przeszli na łono kościoła katolickiego.
Religia żydowska sama jako taka w okresie zobojętnienia wyznaniowego szerokich kół inteligencji nie posiada więcej siły organizacyjnej, konserwującej indyfirentów. Brak jej mocy bytowej, prężności dynamicznej, dla utrzymania wszystkich odłamów społeczeństwa mniejszościowego przy swojej linii dziejowej i przy swej jaźni zbiorowej odziedziczonej po przodkach. Asymilacja musi w obecnych warunkach konsekwentnie prowadzić do chrztu.
DR. HENRYK NUSSBAUM
Henryk Nussbaum (1849-1937), syn Hilarego był wybitnym neurologiem, który ogłosił ogromną ilość prac fachowych ze swego działu w różnych pismach medycznych krajowych i zagranicznych. Przy tym jednakowoż trzymał on rękę na pulsie polityki i był przepojony gorącym patriotyzmem polskim w znaczeniu najbardziej integralnym, za co też za czasów rosyjskich, gdy patriotyzm nie był jeszcze artykułem popłatnym dla licznych rzesz karierowiczów, niemało miał do cierpienia. Gdy w r. 1882 senat uniwersytetu warszawskiego zamianował go z uwagi na poważny jego dorobek naukowy, docentem fizjologii, rząd zaborczy rosyjski tej nominacji nie zatwierdził.
Nie brakowało Henrykowi Nussbaumowi później uznania ze strony polskiej.
W czterdziestoletnią rocznicę „chlubnej działalności dra Henryka Nussbauma, koło redakcyjne Gazety Lekarskiej postanowiło wydać zbiór pism jego naukowych, jako dowód uznania nie tylko za inicjatywę wskrzeszenia Gazety Lekarskiej, lecz również w większym stopniu, jako wyraz czci dla niepospolitych zasług jego dla społeczeństwa, medycyny i piśmiennictwa polskiego”.
Spis bibliograficzny różnych mniejszych prac Nussbauma obejmuje paręset pozycyj.
Henryk Nussbaum przełożył i przypiskami uzupełnił książkę A. Combe: Nerwowość u dzieci. (Warszawa, 1904, str. 151, Dodatek dla prenumeratorów Tygodnika Ilustrowanego”.
W r. 1908 ogłosił Henryk Nussbaum dwutomowe dzieło, przeznaczone dla szerszego ogółu: Odczyty i szkice w dwóch tomach, tom I, wpływ czynności duchowych na ustrój cielesny, II tom w sprawach wychowawczych.
Dzieło to miało program prawdziwego postępu, humanitaryzm światły. Znajduje się w nim dużo głębokich myśli, mających na celu uszlachetnienie społeczeństwa i skierowanie do jednej pracy wspólnej. Na szczególne zaznaczenie zasługują rozprawy umieszczone w wspomnianej dwutomowej publikacji p. t. „O ideale piękna, dobra, prawdy ze stanowiska higieny ciała i ducha”, „Z higieny umysłu i uczucia”, „Czym jestem”. Oryginalną przewodnią myślą Henryka Nussbauma w rozprawach tego dzieła jest wykazanie, iż zasady etyki ugruntowane są nie tylko na potrzebie moralnej wykształcenia ducha ludzkiego, ale i na niewzruszonych prawach przyrody, które ujawnia nam biologia (por. przedmowę docenta Dra Jana Pruszyńskiego, do książki zbiorowej Nussbauma p. t. Pisma z dziedziny nauk lekarskich, fizjologia, patologia i terapia ogólna).
Jako lekarz hołdował Henryk Nussbaum przede wszystkim zasadzie dobroci, która miała pierwszeństwo przed nauką abstrakcyjną. Humanitaryzm pojmował w praktyce życiowej, jako wytyczną absolutną. W swym studium „Czy medycyna jest nauką czy sztuką?, zamieszczonym w jego „Pismach z dziedziny nauk lekarskich” pisał Nussbaum, w przeciwieństwie do różnych teoretyków, uważających pacjenta tylko za królika eksperymentalnego, zadowolonych z tego, że operacja udała się nawet kosztem życia chorego: „Niewątpliwy fakt, że terapia ma dwa zadania, praktyczne i naukowe, nie przeczy wcale zasadzie, że zadaniem terapii jest przede wszystkim humanitarność, tylko że jej praktyczna stroną jest bezpośrednio humanitarną, strona zaś naukowa, humanitarną pośrednio. Ostatecznym wszakże celem nauki jest rozwój humanitarności“.
Henryk Nussbaum potępiał, że „dziś niestety niejeden z uczonych lekarzy w zbytecznym uniesieniu fanatyzmu naukowego szukając nowych dróg lub faktów, lub co gorsza, tylko sławy, niejeden chirurg zawołany w zbytnim zamiłowniu swego kunsztu, w pogoni za nową metodą lub efektem mistrzowskim, obraża zbyt najkapitalniejsze zadanie swego powołania: zadanie ludzkości.”
Prawdą oczywiście jest, przyznaje Henryk Nussbaum „że wolno każdej innej nauce żądać ofiarności ludzkiej dla wielkich celów przyszłości, dla triumfów geniuszu ludzkiego —może wolno jej chwilowo być niehumanitarną — czy to chodzić będzie o wyprawy na biegun północny, czy też o walki z dzikimi plemionami dla interesu cywilizacji, czy o pracę nad trującymi związkami w pracowniach chemicznych i t. d., — terapii natomiast jako spełniać mającej zadanie humanitarne kategorycznie wolno, gdy ma na celu szukanie prawdy, nie spełniać na razie zadania humanitarnego, ale nie wolno jej przenigdy zadanie to obrażać, być niehumanitarną”.
W dalszym ciągu powiada Nussbaum pomny swej linii przewodniej: „Na sztandarze terapii widnieje napis zbawienia i ulgi wszystkim cierpiącym. … Kto w terapii powoduje się wyłącznie interesem naukowym, poświęcając mu interesy tych, którym ona służyć ma, przeczy sam sobie i kłamie nieszlachetnie tym, którzy mu wierzą — gorąca miłość ludzkości obowiązuje każdego śmiertelnika, ale jeszcze bardziej obowiązuje ona lekarza, jako miłość nie tylko w pojęciu jej zbiorowym, co może wystarcza dla reformatora społecznego, prawodawcy, filozofa, pisarza, ale jak o miłość do wszystkich jednostek, napotykanych w sferze jego wpływu bezpośredniego”. — Z drugiej strony Henryk Nussbaum wcale nie hołdował jakiemuś zacofaństwu w medycynie: „Ktoby chciał w terapii upatrywać tylko zadanie wykonawcze, a nie widzieć w niej metody naukowej, ten uwłaczałby celom humanitarnej terapii, bo teraz, dzisiaj i długo jeszcze, przestając być nauką, przestaje się doskonalić, pozbywać błędów, przestaje wzmacniać własne podstawy, — pożyteczności jej stawałby w szranki”.
Ze stanowiska medycyny stawał Nussbaum również w obronie praw narodowych i Polaków pod caratem. W swej rozprawie „Prawa przyrodzone mowy ojczystej” posługiwał się argumentacją fizjologczną, dla wykazywania krzywdy wyrządzonej młodzieży przez rugowanie z szkolnictwa języka ojczystego.
Henryk Nussbaum posiadał talent przedstawiania przedmiotu nawet trudnego, w sposób jasny, wykładał piękną polszczyzną, a gdzie potrzeba wyrażał się barwnie i dosadnie.
Propagandę uczucia miłości przez Henryka Nussbauma, jego metafizykę naturalizmu chwali Struwe. (w Historii Logiki 442).
W uznaniu jego zasług został Henryk Nussbaum dawno przed wojną wybrany prezesem Stowarzyszenia Lekarzy Polskich. Po odbudowaniu niepodległej Polski, otrzymał on w zamian za docenturę niezatwierdzoną przez batiuszkę-cara, nominację na honorowego profesora uniwersytetu warszawskiego.
Henryk Nussbaum zmienił wyznanie już jako stary człowiek. Przez całe swe życie starał się łączyc świadomość narodową polską w najgłębszym znaczeniu tych słów z żydowską tradycją religijną.
Ideę asymilacyjną swoją uważał Henryk Nussbaum przez długie lata za hasło nadające się do propagandy wśród Żydów. W r. 1898 ogłosił on broszurę skierowaną przeciw budzącemu się wówczas nacjonalizmowi żydowskiemu. Było to po trzecim kongresie sjonistycznym w Bazylei. W broszurze tej zatytułowanej „Głos antysjonisty do polskiej inteligencji żydowskiej”, tłumaczy w sposób dziwny antysemityzm, szerzący się wśród Polaków, jako wynik nie dość intensywnego patriotyzmu polskiego wśród Żydów. Henryk Nussbaum domagał się od Żydów nadmiernej dobroci, jakiegoś ekstremistycznego wyrzeczenia się, byleby tylko umożliwić spajanie się z narodem polskim.
W okresie zaognienia kwestii żydowskiej w Polsce podczas wyborów do Dumy w r. 1909, gdy ogół żydowskiej ludności Warszawy, godząc się mimo większości własnych członków uprawnionych do głosowania, na przedstawiciela Polaka, przerzucił swe głosy na kandydata postępowego, a nie na wroga swego, którego endecka inteligencja chciała widzieć w reprezentacji parlamentarnej, — stanął Nussbaum po stronie obozu przeciwnego Żydom. Żydzi wedle jego zdania nie mają prawa stawiać jakichkolwiek warunków wbrew woli większości, chociaż może się rozchodzić o obronę własnych pozycji żywotnych. W Tygodniku Ilustrowanym (1909—1910) ogłosił on wówczas szereg artykułów p. t. Polacy a Żydzi.
W swoim ferworze asymilacyjnym starał się Henryk Nussbaum w owym okresie wejść w kontakt z szerokimi masami ludu żydowskiego za pośrednictwem gazety w języku „jidysz”; założył czasopismo specjalne w tym celu, poruczająć redakcję jakieś płatnej jednostce, władającej dobrze jidyszem. Również osobiście łożył starania o szerzenie polskiej oświaty wśród młodzieży żydowskiej z ortodoksyjnych domów, udzielając jej pomocy materialnej.
W ciągu wojny światowej zorientował się nareszcie Nussbaum, że asymilacja to nie karm dla mas i w czasopiśmie wydawanym podczas wojny przez niego p. t. „Rozwaga” skrytykował nawet ideę asymilacji, wprowadząjącej do społeczeństwa polskiego milionowe rzesze zupełnie obce mu w swej istocie.
Henryk Nussbaum widział się zmuszony ostatecznie wyciągnąć konsekwencje z asymilacji jednostkowej i celem dosadnego zlania się z narodem polskim, któremu poświęcił całą swoją twórczość i dla ideałów którego żył, zgłosił akces do wyznania rzymsko-katolickiego
Henryk Nussbaum umarł samotny. Żydzi dla renegata nie mogli mieć żadnego sentymentu, a Polacy? Dzisiejsze pokolenie zapomniało o wszystkich jego zasługach, żyje chwilą, oddycha atmosferą nienawiści, złości. Daleki od nich ów szlachetny humanitaryzm, któremu służył ów wartościowy człowiek-pisarz i PoIak-ex-Żyd w głębokim przywiązaniu do narodu, do którego przystąpił.
JÓZEF NUSSBAUM-HILAROWICZ
Daleko wcześniej aniżeli Henryk, ochrzcił się brat jego młodszy Józef (1859—1917), celem uzyskania katedry zwyczajnego profesora na uniwersytecie lwowskim. Konwertyta do nazwiska przyłączył wtedy dodatek utworzony z imienia ojcowskiego Hilary-Hilarowicz. Profesurę uzyskał w r. 1906. Był on też członkiem Akademii Umiejętności w Krakowie i prezesem Polskiego Stowarzyszenia Przyrodników. Józef Nussbaum-Hilarowicz wykładał porównawczą anatomię na wszechnicy lwowskiej, poza tym był dyrektorem Instytutu Zoologicznego. Punkt ciężkości jego badań naukowych znajdował się w dziedzinie teorii ewolucyjnej świata organicznego (Idea ewolucji w biologii 1910). Zasłużył się też pracami fachowymi dla uczącej się młodzieży akademickiej (Zasady anatomii porównawczej. Podręcznik zoologii 1898-1902). Wielką popularnością z początkiem 20 wieku cieszyły się liczne publikacje książkowe Józefa Nussbauma-Hilarowicza z zakresu przyrodoznawstwa, a specjalnie biologii przeznaczone dla szerszych sfer inteligencji. (Szlakami wiedzy, 1903, Z zagadek życia 1900).
Wśród wielu zajmujących i pouczających przedmiotów, traktowanych w jego pracach przyrodniczych, najbardziej zasad niczym jest rozbiór sporu między mechanizmem i witalizmem w pojmowaniu życia. Czystemu mechanizmowi, który usiłuje sprowadzić wszystkie zjawiska życiowe wyłącznie do czynników chemiczno-fizycznych, przeciwstwia Nussbaum biomechanizm, przyjmujący obok ogólnych, chemiczno-fizycznych procesów, pewne specjalne, organizmom tylko właściwe przejawy, uwarunkowane przez swoistą strukturę materii organicznej. (por. Henryk Struve, Historia logiki jako teorii poznania, wyd. drugie, Warszawa 1911 (str. 445).
SYNOWIE JÓZEFA NUSSBAUMA-HILAROWICZA
Synowie Józefa Nussbauma-Hilarowicza przyjęli wraz z ojcem chrzest i na ogół piszą się już Hilarowicz bez dodatku Nussbaum.
Tadeusz Nussbaum (ur. w r. 1887) początkowo pracował jako urzędnik w biurokracji małopolskiej, w prokuratorii skarbu, i w starostwie (1911—1918), później przez krótki czas (1918—1920) wykładał jako zastępca profesora administracji na uniwersytecie katolickim w Lublinie, w latach 1921—4 pełnił on funkcję konsulenta prawnego w Ministerstwie reform rolnych.
Od roku 1922 wykłada Tadeusz Hilarowicz jako profesor prawo administracyjne na Wolnej Wszechnicy, a od r. 1929 na Uniwersytecie Jagiellońskim jako docent.
Od r. 1929 jest Tadeusz Hilarowicz prezesem Polskiego Instytutu Administracyjnego.
Tadeusz Hilarowicz jest autorem mnóstwa prac z zakresu prawa (Prawo kościelne wobec literatury niemoralnej, 1909, Ochrona nazwisk i pseudonimów, 1911, Prawo polityczne księstwa Monaco, 1914, Środki prawne w polskim postępowaniu karnym 1917, Środki prawne w polskim postępowaniu administracyjnym, 1925, Zarys polskiego prawa sanitarnego, 1926, Zarys nauk administracyjnych, 1930).
Henryk Hilarowicz (ur. w r. 1890) jest docentem chirurgii na Uniwersytecie Lwowskim od r. 1926 i ogłosił różne prace z zakresu medycyny w rozmaitych czasopismach fachowych.
OLCHOWICZE
Konrad Olchowicz (1858—1924) znany dziennikarz, publicysta i działacz społeczny, który od roku 1906 aż do swej smierci był naczelnym redaktorem Kuriera Warszawskiego, założyciel, członek zarządu, przewodniczący różnych instytucji społecznych, jak to notują różne encyklopedie, — za młodu, jako akademik należał do żydowskiego Towarzystwa Akademickiego o tendencjach asymilatorskich pod tytułem „Przymierze Braci” we Lwowie, powstałego w r. 1881 z inicjatywy Alfreda Nossiga i Adolfa Liliena. Do tego towarzystwa należał wówczas słuchacz uniwersytetu, ochrzczony później, znany ekonomsta Leopold Caro. (por. Caro, Kwestia żydowska w świetle etyki, Kraków, 1893, Przedmowa).
Konrad Olchowicz ożenił się z frankistką, córką Wacława Szymanowskiego, którego żona była urodzoną Naimską, również z frankistów.
Syn Konrada Olchowicza, również Konrad, urodzony w r. 1894, jest od roku 1924 naczelnym redaktorem Kuriera Warszawskiego i ogłosił pod pseudonimem Rad-Wicz różne utwory satyryczne. (Na wyspie Qui pro quo, Awantura paszportowa).
Brat Konrada młodszego, Wacław Olchowicz ożenił się z panną Kuratowską pochodzącą również od Żydów, córką neofity, adwokata Marka Kuratowskiego-Kuratowa.
ORGELBRANDOWIE
Orgelbrandowie zapisali się złotymi zgłoskami w dziejach polskiego ruchu wydawniczego.
Samuel Orgelbrand
Samuel Orgelbrand (1810—1888), syn Chaima Judy, drobnego i niezamożnego kupca, był swego czasu jednym z najbardziej zasłużonych wydawców polskich 19 stulecia i przez całe swe życie pozostał wiernym religii Starego Zakonu, udzielał się też gminie żydowskiej, jako członek dozoru Bóżniczego w Warszawie, w Radzie Szpitala, w Komitecie Synagogi i t. d.
Rozpoczął od małego. Po ukończeniu szkoły rabinów, najpierw zajmował się udzielaniem lekcji prywatnych; później przeszedł do handlu książkami w r. 1836 i założył antykwarnię przy ulicy Nowiniarskiej, gdzie też wnet stawiał pierwsze kroki, jako nakładca, wydając powiastki tłumaczone. Stąd przeprowadził Samuel Orgelbrand swe przedsiębiorstwo do b. pałacu Teppera gdzie rozpoczął wydawać już przeróżne romanse francuskie w zeszytach. Zachęcony powodzeniem przeszedł do oryginalnych powieści Kraszewskiego, Boguckiego i t. d., drukował kalendarze, podręczniki szkolne i gospodarcze.
Sukcesy wydawnicze były dla niego podnietą do dalszych, poważniejszych przedsięwzięć wydawniczych. W roku 1842 założył Samuel Orgelbrand pierwsze na ziemiach polskich czasopismo dla ludu wiejskiego i miejskiego p. t. „Kmiotek”, redagowanego przez Pawła Leśniewskiego aż do roku 1850. Była to praca pionierska o pierwszorzędnym znaczeniu w kierunku zbliżenia zaniedbanych warstw polskich do współczesnej kultury.
Sobieszczański w swym opisie Warszawy z r. 1848 podnosi już wielkie znaczenie wydawnictwa Orgelbrandów „które wielkością nakładów i doborem dzieł rozmaitych wszystkie inne przewyższa”, (str. 446).
W r. 1858 przystąpił Samuel Orgelbrand do innego pionierskiego wyczynu wielkiego znaczenia, do wydania Encyklopedii Powszechnej. Dotychczas to jednyna Encyklopedia o większych rozmiarach w języku polskim doprowadzona do końca. Pierwsza encyklopedia w języku polskim zaczęła się ukazywać drukiem w Warszawie, nakładem księgami innego neofity Glüksberga w r. 1835, późniejsza Wielka Encyklopedia Ilustrowana została przerwana w środku przez wojnę światową. Jedynie Encyklopedia Orgelbranda 28-tomowa doszła do końcowej litery alfabetu. Praca wydawnicza pochłonęła dziesięć lat pracy i z górą 116,000 rubli kosztów, z czego na koszta redakcyjne i honoraria poszło 41,628 rubli. Cały sztab polskich pisarzy uzyskał utrzymanie przez całe dziesięciolecie z ducha przedsiębiorczego Żyda-wydawcy, Samuela Orgelbranda.
Samuel Orgelbrand wielce się przyczynił do ożywienia ruchu wydawniczego, zmartwiałego w Kongresówce po katastrofie z roku 1831-2. O d roku 1835 do roku 1865 wydał Orgelbrand poza Encyklopedią między innymi: Starożytną Polskę, Babińskiego i Lipińskiego, Piśmiennictwo Polskie Maciejowskiego, Bibliotekę Pisarzy starożytnych Wóycickiego, Kraszewskiego Pomniki do Historii obyczajów w Polsces i t. d., i. t. d., łącznie nie mniej jak 527 (pięćset dwadzieścia siedem) tomów. W wspomnieniu pośmiertnym jego czytamy w Kłosach: „Był to najczynniejszy wydawca w Królestwie, ciągle rok po roku przypominający się swą firmą społeczności naszej” (r. 1868, 291).
Samuel Orgelbrand jako wydawca nie zapominał równocześnie wcale o literaturze własnej społeczności wyznaniowej. Wydał on ze sto dzieł również w języku hebrajskim, między innymi Talmud babiloński odbity w 5,000 egzemplarzy.
Samuel Orgelbrand został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie.
Maurycy Orgelbrand
Brat Samuela Orgelbranda, Maurycy (1826— 1904) również wybitny wydawca i również absolwent szkoły rabinów w Warszawie, okazywał mniej duszy i przeszedł na łono chrystianizmu. Gdy zmarł, Biblioteka Warszawska (r. 1905, tom I, str. 193) uczciła dodatkiem „ś. p.“ jego nazwisko. Wyznawca judaizmu zasługuje tylko na b. p. Jest to zresztą jedyny język na globie ziemskim, który zna taką różnicę terminologiczną pomiędzy zmarłym żydem a zmarłym chrześcijaninem.
Maurycy Orgelbrand najpierw otworzył własną księgarnię w Wilnie, a dopiero później przeniósł się do stołecznego grodu Polski. Zasłużył się on ogromnie społeczeństwu polskiemu jako wydawca Słownika Polskiego (Wilno, 1861) nad którym całe grono uczonych pracowało przez lat sześć. Maurycy Orgelbrand wziął na swoje barki brzemię, które w warunkach normalnych biorą na siebie akademie naukowe o wielkich subwencjach państwowych i własnych poważnych funduszach legatowych.
Maurycy Orgelbrand, jak to zaznacza w przedmowie do tego słownika, zauważył brak autorytatywnego słownika regulującego ortografię w Polsce, „że się rozwielmożniły grzechy przeciwko najzacniejszym cechom języka, jego swojszczyźnie, w której własnie się maluje samodzielność ducha narodowego. — Winą tego stanu rzeczy, prócz wielu innych powodów, jest przede wszystkim brak uświęconych powag, książek elementarnych, odpowiadających swemu przeznaczeniu”.
Słownik Maurycego Orgelbranda przedstawiał olbrzymi postęp w stosunku do słownika Lindego. Podczas gdy tamten zawiera 58,739 wyrazów, obejmuje słownik wydawcy żydow skiego czy ex-żydowskiego z Wilna prawie że dwa razy tyle a m ianowicie 108,513.
Jako gorliwy neofita wydawał Maurycy Orgelbrand różne specyficznie katolickie publikacje, a to zeszytami: „Żywot Matki Bożej” przez O. Porokopa (Leszczyńskiego, ilustrowany podobiznami dzieł sztuki) i ogłosił drukiem Dzieje Kościoła Katolickiego Krupińskiego, oraz przekład dzieła Veillota o Jezusie Chrystusie.
Od roku 1878-1885 wydawał Maurycy Orgelbrand Tygodnik Ilustrowany, który prześcigał ówczesne czasopisma ilustrowane swoją jakością i treścią. Wydał on też Lilię Wenedę z rysunkami Andriollego, Wiesława z rysunkami Kossaka.
Żona Maurycego Orgelbranda, Eleonora ze Starmanów za udział w manifestacji politycznej w okresie powstania styczniowego, została skazaną na zesłanie. Maurycy towarzyszył jej na wygnaniu.
DALSZE POKOLENIA ORGELBRANDÓW
Wydawnictwo Samuela Orgelbranda połączone z drukarnią rozrosło się w dalszym ciągu do rozmiarów ogromnego przedsiębiorstwa. W r. 1897 zamieniło się ono na Towarzystwo
akcyjne, które w r. 1897 zatrudniało sześciuset pracowników.
Synowie Samuela Orgelbranda, Hipolit (1843— 1920) i Mieczysław (1847— 1903) stali nadal na czele przedsiębiorstwa oddziedziczonego po ojcu.
Hipolit Orgelbrand miał synów: 1) Stanisława Andrzeja (1879—1922) dyrektora zakładów hydroterapicznych w Kaliszu, podpułkownika wojsk polskich, żonatego z Emilią Piotrkowską; 2) Bolesława, (ur. w r. 1884) inżyniera, dyrektora szkoły technicznej w Poznaniu. Syn Stanisława Andrzeja, Andrzej Otton Orgelbrand jest wicedyrektorem zakładów wodociągowych w Gdyni.
Synem Mieczysława Orgelbranda, był Wacław Orgelbrand (1878—1927) inżynier technologii, inspektor w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. (Izraelita, rok III, 780, Encyklopedia Powszechna Ilustrowana, Seria II, tom V , str. 566, Tygodnik Ilustrowany r. 1903, str. 818, Bibloteka Warszawska r. 1905, I, 193, Reychman, 149-151).
OCHOCCY
Antoni Ochocki z neofitów, właściciel majątku Wierzbowce otrzymał w r. 1807 galicyjskie szlachectwo. (Semigotha, str. 805).
OSZEJKO HERBU MERAWY
(zob. Wstęp)
NATALIA ANNA OSUCHOWSKA
Cezary Osuchowski, właściciel ziemski w guberni grodzieńskiej zaślubił w roku 1873 Natalię Annę Berlińską, córkę lekarza Jana Marka, ochrzczonego w r. 1840. (Jeske-Choiński, str. 183).
OSIECIMSCY — HRABIOWIE HUTTEN CZAPSCY
Michał Osiecimski „ex-neofita noblitowany w konstytucji r. 1764“ , jak pisze Małachowski, (str. 345) uzyskał wnet różne honory obywatelskie. Został wkrótce mostowniczym, komisarzem do sądzenia spraw Brzostowskich w r. 1775.
Z potomków jego: Bonawentura Osiecimski był w r. 1802 deputatem szlachty powiatu borysowskiego, zaś w r. 1835 marszałkiem szlachty tegoż powiatu; Antoni Osiecimski, rotmistrz rosyjski, był w r. 1858 deputatem szlachty powiatu bobrujskiego; Rudolf Osiecimski, dziedzic Niestanowicz w guberni mińskiej miał synów Stanisława i Hipolita Bonawenturę.
Hipolit Bonawentura Osiecimski dostał w posindanie majątek Tuligłowy w Galicji i dał początek linii małopolskiej tej rodziny. Zaślubił on w r. 1863 Fabianę Jadwigę z Hrabiów Hutten-Czapskich herbu Leliwa, córkę hrabiego Franciszka Hutten-Czapskiego na Bukowcu, członka pruskiej izby panów.
Synowie z tego małżeństwa Kazimierz i Robert Osiecimski otrzymali w r. 1907 pozwolenie na dołączenie do swego nazwiska rodowego, również i nazwiska rodzinnego matki wraz z tytułem hrabiowskim. Robert hrabia Osiecimski-Hutten-Czapski kupił sobie majątek Pleszów pod Krakowem. (Uruski, XII, 31, Borkowski, Błękitna Księga, str. 671).
Przemiana Osiecimskich, potomków po mieczu neofity, na hrabiów Hutten Czapskich wywołała swego czasu protest publiczny ze strony przedstawicieli starej rdzennej rodziny Hutten Czapskich na Pomorzu (Semigotha, str. 202). Ale cóż z tego. Osiecimscy-Hutten-Czapscy pozostali przy swojej koronie hrabiowskiej, a kto zagląda do herbarzy?
Kazimierz hr. Osiecimski-Huten-Czapski poślubił w r. 1898 Marię Śniadecką, z którego małżeństwa pochodzi Andrzej hr. Osiecimski-Hutten-Czapski ur. w r. 1899.
KSIĄDZ PASTOR
W ostatnich dziesięcioleciach przed wojną stał na czele ruchu klerykalnego w ówczesnej Galicji, ksiądz Pastor z Dobromila. Był on twórcą t. zw. „centrum“ katolickiego w Galicji ówczesnej, stronnictwa klerykalnego, wzorowanego na ówczesnym politycznym ruchu katolickim centrowym w Niemczech cesarskich. Pastor urodził się, jak fama głosi, jeszcze jako Żyd i dopiero w chłopięcym wieku został ochrzczony. Jego dziadek był jednym z czterech postępowców, których wyklął w r. 1816 za wolnomyślność rabin lwowski Jakób Ornstein( Grätz, Geschichte der Juden, XI, 459).
PAWŁOWICZE HERBU ROGALA
Uruski notuje jako potomków Piotra Pawłowicza nobilitowanego w r. 1764: Krzysztofa syna rzegorza zapisanego w r. 1804 do ksiąg szlachty kowieńskiej, Faustyna Pawłowicza, który odbył kampanię w r. 1812-3, w r. 1831 był majorem i został odznaczony za waleczność złotym krzyżem zasługi. Dalsi potomkowie tej rodziny są właścicielami dóbr w guberni kowieńskiej, dzisiejszej Litwie. (XIII, 249).
TADEUSZ PEIPER
Przechrztą, z żydowskiej rodziny w Krakowie, jest znany poeta polski, Tadeusz Peiper. Ze stanowiska żydowskiego pisał o nim niedawno Chaim Löw w Miesięczniku Żydowskim (IV, 65).
STANISŁAW PIASECKI (po kądzieli)
Stanisław Piasecki, redaktor tygodnika „Prosto z mostu“, przez niejaki czas jeden z czołowych antysemitów, głosiciel rasizmu duchowego własnego wyrobu, miał matkę neofitkę, rasowo stuprocentową Żydówkę. Nazywała się Gizela Silberfeld i była córką Izraela Silberfelda, urzędnika kolei północnej (wiedeńsko-krakowskiej) i Szajndli z Austerweilów. Teść urzędnika kolejowego, Izraela Silberfeldda nazywał się Selig Austerweil i mieszkał w Krakowie, ostatnio przy ulicy Dietla 4. Brat matki Piaseckiego, Józef Silberfeld również przeszedł na chrześcijaństwo i zmienił swe nazwisko na Szeliński.
Stanisław Piasecki stanowi typowy przykład z jakich sfer rekrutują się zazwyczaj zawodowi antysemici: są to ludzie, którzy mają coś do ukrywania, cierpią na traumę narodową i zdaje im się, że przez głoszenie nienawiści do Żydów, uzupełnią własną usterkę genealogiczną i odwrócą od siebie uwagę. Normalny, rdzenny chrześcijanin, t. zw. Aryjczyk, może lubić Żydów i może ich nie lubić, ale jest wykluczoną rzeczą, ażeby stosunek do Żydów, dajmy na to nienawistny, mógł wypełnić cały jego mózg, zaprzątnąć całe jego zainteresowanie, nadać piętno całemu jego światopoglądowi, zrobić z niego negatyw pozyty u semickiego, — taki stan rzeczy możliwy jest tylko wówczas chyba, jeśli
krwawi w podziemiach duszy rana żydowska, ropi się kompleks pochodzenia. Silna nienawiść do czegoś wskazuje na wewnętrzną affinitas, która się może wyrażać jużto w atrakcji, jużto w repulsji. Prawda, że nie we wszystkich wypadkach, daje się postronnemu wyśledzić genealogię rzeczywistą antysemitów, którzy z szczucia na Żydów, zrobili swoje powołanie, — ale zawsze coś tam musi tkwić i zasługuje na ściślejszą rewizję.
Stanisław Piasecki jest spokrewniony może nie tylko po matce z Hiobem narodów. Istnieją różni Piaseccy, pochodzący z frankistów. Wśród adherenów Jakuba Franka, którzy przyjęli chrzest w latach 1759-60 figurują: Józef Piasecki, który przedtem nazywał się Pesach (Peysak) i pochodził z Podhajec wraz z córką Salomeą Anną, przedtem nazywającą się Dworka, Ignacy Stanisław Piasecki z Rohatyna, Jan Adalbert (Wojciech) Piasecki, Stanisław Piasecki z Rohatyna, przedtem Berko, Jan Nepomucen Piasecki z Rohatyna. (Kraushar, I, 332, 335, 365, 367).
HRABIANKA JULIA PINIŃSKA (po kądzieli)
Maria Pinińska, ur. w r. 1885, córka Stanisława hrabiego Pinińskiego, współwłaściciela dóbr Grzymałów i szefa sekcjic w austriackim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, posła do parlamentu wiedeńskiego (1906—1907), i Marii z hrabiów Drohojow skich, miała po kądzieli babkę Żydówkę. Maria hr. Drohojowska była córką Władysława hr. Drohojowskiego i Marii z Brunickich. (Brunsteinów ) (Borkowski str. 323).
PIOTROWSCY HERBU TĘCZYC
Z nazwiskiem Piotrowskich spotykamy się wielokrotnie u frankistów. Józef Piotrowski zwany przedtem Moszko Kotlarz i tegoż córka Barbara (Kraushar, I, 332). Franciszek Mateusz Piotrowski syn Moszka i Józefiny (I , 337), Mikołaj i Teresa Piotrowscy z Koralówki wraz z córkami Teresą i Salomeą (I, 339), Michał Józef Piotrowski (I, 368), Kajetan Dominik Piotrowski (I, 372).
Z tych Piotrowskich neofitów pochodził Jakub Piotrowski, deputowany na Sejm za Królestwa Kongresowego, żonaty z Teklą Łabęcką, primo voto Lubomirską.
Franciszek Mateusz Piotrowski, syn Moszka, ożenił się z frankistką, Elżbietą Piasecką około r. 1780. Najstarszy syn z tego małżeństwa miał syna Walentego Jana, urzędnika w byłym namiestnictwie Królestwa, który otrzymał prawa nowego szlachectwa w Królestwie w r. 1837, herb nazwany Tęczyc (Boniecki XIV, 37, nie wspomina wcale o pochodzeniu żydowskim tegoż, jednak Jeske-Choiński to poświadcza (str. 95).
Drugi syn Franciszka Piotrowskiego, Michał Piotrowski (1787—1855) żonaty z frankistką Julią Zawadzką, był za młodu (1807—1817) sekretarzem generalnym głównej dyrekcji ogniowej, później racą województwa mazowieckiego, oraz obywatelem ziemskim. W r. 1830, w ostatnim Sejmie przed powstaniowym, był on deputowanym i zasiadł obok cesarzewicza, W. Ks. Konstantyna. (Wójcikowski, Cmentarz Powązkowski, II, 164).
Synem Michała Piotrowskiego był Jakub Piotrowski (1823—1887), obywatel ziemski, prezes Towarzystwa Kredyto wego Ziemskiego.
NIEWYRAŹNI PIOTROWSCY
Istnieją Piotrowscy, stara szlachta wspomniana już w 16 wieku (herbu Korwin, herbu Ślepowron, herbu Gozdawa, herbu Junosza) lub 17 wieku (herbu Świnka), ale istnieją i inni Piotrowscy, których wylegitymowanie czy też nobilitacja, nastąpiła dopiero w 19 wieku: Piotrowscy herbu Belina wylegitymowani w Cesarstwie rosyjskim w r. 1848, Piotrowscy herbu Leliwa wylegitymowani w latach 1845-1866. Profesor uniwersytetu krakowskiego, Dr. Gustaw Piotrowski i siostra jego Adela Wilhelmina, zamężna hrabina Firrmian, którzy uzyskali nobilitacje (herb Junosza odmiana) dopiero w r. 1773 (Boniecki, XIV, 34-3 5). Kto tutaj jest w stanie przeprowadzić próbę krwi i stwierdzić, którzy z tej nowo fabrykowanej szlachty są doprawdy rdzennego pochodzenia, a kto tutaj bierze swój początek w narybku frankistowskim. Herb Tęczyc odnosi się tylko do jednej gałęzi z pośród jednej rodziny frankistowskich Piotrowskich, a takich rodzin frankistowskich o nazwisku Piotrowskich aż pięć.
Zresztą nawet i stare rodziny szlacheckie Piotrowskich są niepewne.
Pisze Boniecki: „Nazwisko Piotrowskich bardzo jest rozpowszechnione na obszarze Rzeczypospolitej i noszone nie tylko przez rodziny szlacheckie, lecz i miejskiego pochodzenia, a nawet w zeszłym 18 stuleciu przybrało wielu neofitów. Niepodobieństwem jest zatem oznaczyć ze ścisłością herby, a nawet pochodzenie szlacheckie wielu indywiduów tego nazwiska, gdyż pod szlachtę podszyła się znaczna ilość nie mających do tego prawa“ (XIV, 34).
Boniecki dodaje jeszcze małą uwagę: „Zmiany herbowe utrudniają poszukiwania”, to znaczy, że ktoś uprawniony do klejnotu nowego, niedawno nadanego, cechującego n. p. jakąś rodzinę neofickiego pochodzenia, przerobił sobie swój herb na inny starej daty, nadany jeszcze przed wiekami jakiejś innej szlacheckiej rodzinie o tej samej nazwie. Ślad został zatarty, a teraz szukaj igły w stogu siana. Wiedz, kto doprawdy z danego rodu historycznego, a kto się tylko wsunął bez uprawnienia. Żadna ustawa nie stoi na straży znaków herbowych.
W ciągu 19 wieku i później słyszymy niejednokrotnie o różnych Piotrowskich w życiu publicznym Polski. Jednak ich rodowód trudno ustalić, bez szczegółowych badań po odnośnych urzędach parafialnych.
Prawdopodobnie frankistą był pewien Piotrowski, oficer polski, który w r. 1830 zginął w Warszawie w obronie Żydów przed łupieżcami. Maurycy Mochnacki opowiada, że w r. 1830 zaraz po wybuchu powstania listopadowego, tłum zaczął grabić małe sklepy z żywnością i szynki w Warszawie. Oficerowie na to nadbiegli i kazali rozpędzić bagnetem łotrujące pospólstwo. Przy tej sposobności zamordowany oficer Piotrowski, usiłujący wstrzymać dalszy rozbój (Powstanie narodu polskiego, Paryż, 1804, str. 108). Musimy tę sytuację realnie ująć. Gdy najlepsza szęść narodu polskiego podniosła oręż przeciw tyranii caratu, męty próbowały na swój sposób tłumaczyć walkę z władzą i zabrały się do urządzania pogromu na małe sklepy, będące w posiadaniu Żydów, — przecież rzecz jasna, że handli katolickich nie tykały. Oficerowie przeciwstawili się temu zaczątkowi anarchii. Piotrowski najbardzej się eksponował w obronie swych wspótplemieńców i padł ofiarą swego obowiązku.
RÓD KSIĄŻĘCY PONIATOWSKICH
I
Gdy król Stanisław August, zasiadał na tronie Polski głosił heraldyk nadworny Wielądek (Heraldyka, III 244), ku chwale monarchy panującego, że pochodzi on od starych dynastów półwyspu apenińskiego, że „ze spadku imienia Torellich czyli Ciołków przodków swoich w dwudziestym stopniu, pochodzi od Gwidona Salingwery, pierwszego dziedzica Ferrary, a podług dowodów „autentycznych w 29 stopniu od Ludolfa książęcia de Saxe w r. 856 (Niesiecki, Kaspar, Herbarz Polski, Lipsk 1841, tom ósmy, str. 379). Pogląd ten bezkrytycznie został zaakceptowany przez Gotajski Almanach i wszedł do różnych encyklopedii (Laroussa Grand E., XXVII, 236, Myera Leksykon 7 wydanie s. v., The New internat. Encycl. N . Jork, XIX, str. 34).
Ta włoska kombinacja rodowodowa Poniatowskich już u współczesnych znawców wzbudzała śmiech i nikt z późniejszych badaczy nie brał jej serio (Przewodnik naukowy i literacki r. 1880, str, 468). Encyklopedia włoska wychodząca obecnie nic nie wie o jakichś przodkach włoskich rodu Poniatowskich. Najnowszy almanach de Gotha, który u każdego rodu książęcego podaje króciutki referat genealogiczno-historyczny, pomija u książąt Poniatowskich ich przeszłość.
Linia książęca Poniatowskich, mimo korony królewskiej, to młody ród, który nagle się zjawił na firmamencie Polski. Szujski w swych dziejach Polski (Lwów, 1866, IV, 396) nazywa króla Stanisława Augusta „synem ambitnej matki i ojca dorobkiewicza”.
Pochlebcy cesarza Napoleona, syna adwokata korsykańskiego, tak samo starali się wywyższyć jego splendor przez galerię dostojnych antenatów książęcych ze średniowiecznej Toskany, ale tenże z dumą propozycję genealogów odrzucił. Poniatowskiemu coś jeszcze do Napoleona brakowało…
Nowocześni historycy stwierdzają: „możemy bez wahania odrzucić fantastyczne podanie o przodkach Ciołków-Poniatowskich, przebywających w klasycznej ziemi włoskiej”. Zadawalają się oni tym, że przypisują Poniatowskiemu zwykle szlacheckie pochodzenie. (Klemens Kantecki, „Stanisław Poniatowski, kasztelan krakowski, ojciec Stanisława Augusta”, Poznań, 1880, str. 3).
Podobnie wywodzi Poniatowskich od szaraczków Otto Forst-Battaglia w swojej niemieckiej książce p. t. Stanislaus August Poniatowski (Berlin, 1927) (Das geschlecht der Poniatowski gehörte jener breiten Schicht der mässing begüterten Adelsfamilien an, die… unermüdliche Gesetz der grossen Zahl herabgedrückt hat).
Uruski w swym herbarzu (XIV, 225) pisze, że pierwszym pewnym członkiem książęcej linii Poniatowskich jest dziadek króla Stanisława Augusta „znany z aktów urzędowych Franciszek z Poniatowskich, syn Jana i Maciejowskiej, asesor Dąbrowicy i t.d. w powiecie bocheńskim, który skrzętnym gospodarstwem doszedł do majątku, — łowczy podlaski, następnie cześnik wyszogrodzki; nabył różne dobra i z żony Doroty Ligęzy Niewierowskiej pozostawił Stanisława, ojca króla”. To samo odnosi St. August Kozłowski w Miesięczniku Heraldycznym (rok 1911, tom IV, 48).
Sprawa nie w porządku. Tytuły podane przez Uruskiego tyczące się dziadka królewskiego są czczym wymysłem. Faktycznie dziadek króla nie posiadał żadnych tytułów, nie pełnił żadnych urzędowych funkcyj publicznych. Ten stan rzeczy wynika wyraźnie z pamiętników ojca króla, Stanisława P oniatowskiego (Przewodnik Naukowy i Literacki r. 1887, str. 147).
Dziadek króla jako szlachcic bezurzędowy pobudza do zastanawiania się nad przyczyną tej golizny. Klemens Kantecki zwraca na ten moment uwagę w wyżej już cytownej książce: „wyznajemy, że jedyną wątpliwość względem zacnego urodzenia Franciszka Poniatowskiego (dziada króla), mógł nasunąć sam Pamiętnik, a mianowicie fakt, że człowiek jak widać pełen rozumu i zdolności i o tyle zamożny, że mógł synów przez całe lata utrzymywać za granicą, mimo niezwykłe ambicje, nie mógł sobie zdobyć stanowiska w kraju, gdzie każdemu szlachcicowi otwarta droga do wszelkich szczytów (tom II, Przypiski III).
Poniatowski Franciszek dziadek, który nie został zaszczycony żadnymi urzędami publicznymi, niewątpliwie, nie posiadał ku temu prawa. Był niewątpliwie szlachcicem świeżej daty a to gorszego kalibru. „Dwojaki był sposób nadawania szlachectwa praeciso scartabellatu i cum scartabellatu… Tym co się lepiej odznaczyli i mieli większe zasługi, nadawano nobilitatem (szlachectwo) praeciso scartabellatu, taki już mógł wszelkie posiadać dostojności, bodaj krzesła sanatorskie, urzędy koronne, dygnitarstwa, poselstwa prawować. Ci zaś co nie tak ważne w zawodzie rycerskim dali dowody męstwa i poświęcenia, otrzymywali tylko dyplomatacum scartabellatu, byli oni z nimi szlachtą, mieli prawo a nawet powinni byli kupować dobra, ale żadnego urzędu posiadać nie mogli, ani głosu mieć na sejmikach, dopiero wnuki ich przychodzili do prerogatyw zupełnych. Ten sposób nobilitowania dotrwał do końca porządku rzeczy” (Pamiętnik Jana Ochockiego, I 97).
Syn Franciszka Poniatowskiego, Stanisław, wyfrunął wysoko, bardzo wysoko. Został wojewodą mazowieckim, regimentarzem generalnym, koronnym, kasztelanem, ożenił sie z Czartoryską i syn sięgnął po koronę królewską. Charakterystykę jego w dodatnim znaczeniu znajdujemy u Woltera (Charles XII, I. IV).
Stanisław Poniatowski w ten sposób mógł być tylko wnukiem pełno uprawnionym szlachcica drugiego stopnia cum scartabellatu. Franciszek był bez urzędów a protoplasta Jan, o którym my nic krom imienia nie wiemy, założycielem dynastii. Twierdzenie wedle tego jakoby Poniatowscy książęta pochodzili od dawnej aczkolwiek szaraczkowej, drobnej szlachty lubelskiej, jest bez najmniejszego uzasadnienia. Szlachcic z rodu mógł pretendować do wszystkich urzędów. U Franciszka Poniatowskiego to miejsca nie miało.
Poniatowscy książęta nie pochodzili z Włoch, ani też nie byli z dawnego rodu szlacheckiego, a więc skąd?
Uruski pisze w swym Herbarzu (XIV, 225): Usłużni heraldycy starali się wyprowadzić królewską linię Poniatowskich z Włoch i połączyć ją ze znakomitą rodziną Torellich, „inni zaś nienawistni i podjudzani przez magnaterię polską, zarzucali starożytność rodu i wyprowadzali nawet od niedawnych neofitów”.
Biorąc całokształt sytuacji pod rozwagę, wydaje się zarzut magnaterii uzasadniony, skoro pochlebcy z włoskimi przodkami słuszności nie mieli. Skoro również genealogowie z parantelą drobnoszlachecką mylą się, pozostaje oczywiście nic innego, jak przyznać słuszność cnym panom z opozycji, którzy sceptycznie się zapatrywali na patynę rodu Poniatowskich i dopatrywali się w nim descedentów przechrzczonych Żydów .
Należy przyjąć, że rodzina Poniatowskich wzięła swój początek do przechrzty litewskiego, albowiem na Litwie przysługiwało prawo klejnotu szlacheckiego każdemu neoficie jak to już była mowa o tym wyżej. Jan Poniatowski, ojciec Franciszka musiał z uwagi na to, pierwotnie mieszkać na ziemiach Wielkiego Księstwa.
Wiemy wprawdzie, że Franciszek Poniatowski posiadał majątek w Bocheńskim, ale to nie wyklucza, aby jego kołyska nie mogła była stać w rodzinnym kraju Jagiellonów. Wedle relacji historyka francuskiego Rulhiere, który pisał o okresie nierządu w Polsce (Historie de l’anarchie de Pologne, Paris 1808) posiadał Franciszek Poniatowski ongiś ekonomię w dobrach Sapiehy na Litwie.
Litwa kryje tajemnicę początku Poniatowskich. Przeto tak stanowczo się ją przemilcza i przerzuca się dom urodzenia Franciszka Poniatowskiego do Małopolski. Istnieli litewscy Poniatowscy od dawien dawna jeszcze w 16 wieku, była to rodzina niezwykle poważna, ale nikt jeszcze nie usiłował spoić książęcych-królewskich Poniatowskich z nimi (Adam Boniecki, Poczet rodów księstwa Litewskiego, XV i XVI wieku, Warszawa 1883). Nikt o famili króla w tym związku nie wspomina.
Rulhiere sądzi, że prawdziwą jest pogłoska jakoby Franciszek Poniatowski był synem nieślubnym któregoś z litewskich Sapiehów, jednak to nie byłoby w onych czasach żadną dyfamacją i tym nikt nie kryłby się tak. Inaczej jednak miało miejsce z przodkiem w ghecie. Na to musiało się rzucić zasłonę.
II
Jeżeli Poniatowscy pochodzili doprawdy od Żydów, jak magnaci polscy zwalczający króla twierdzili, czy dają się stwierdzić w właściwościach króla Poniatowskiego, w jego ustosunkowaniu się do ludzi, do Polaków, do nie-Żydów piętno pochodzenia.
Przypatrzmy się bliżej, sięgnijmy celem ujęcia istoty króla do współczesnych pamiętników i monografii.
Dla poznania historii nie starczą formułki charakterologiczne i biograficzne ogólnie przyjęte. Należy się patrzyć własnymi oczyma. Każda generacja powinna rewidować ze swego punktu widzenia.
Fizycznie nie pizedstawiał Stanisław August Poniatowski typu słowiańskiego, miał duże czarne oczy i czarne włosy (Rulhiere I, 279), ale z tego samego faktu jeszcze nic nie wynika; i Piastowie i Jagiellonowie byli czarnowłosymi; również większość szlachty polskiej przedstawia rasowo w swej przeważającej większości typ śródziemnomorski. Adam Moszczeński w swych Pamiętnikach (Poznań 1867, str 33) opowiada o królu Poniatowskim jednak coś więcej, że „posiadał twarz azjatycką”.
Ubierać się po polsku król nie chciał, „już na sejmie konwokacyjnym a bardziej jeszcze na sejmie elekcyjnym domagano się natarczywie, aby król używał ciągle stroju polskiego, tenże podmówił swych przyjaciół, aby wykazywali owym zaciekłym obrońcom narodowości, że sam strój nie stanowi Polaka. Na sejmie elekcyjnym wywołało poruszenie tej sprawy kilkakrotnie dość burzliwe spory, lecz skończyło się na tym, że komisja nie kładąc podobnego warunku w pacta conventa, miała moralnie zobowiązać nowego króla do noszenia stroju polskiego. Moralne to zobowiązanie nie skutkowało bynajmniej, ponieważ Stanisław August nie ubierał się po polsku (Schmitt I, 309). Ten upór królewski jako fakt izolowany sam dla siebie możnaby wytłumaczyć próżnością, że król nie chciał poświęcić piękności swych włosów, modzie staropolskiej.
Na kandydaturę króla patrzono się w całym kraju z awersją (ib. I, 290). Jako stwierdzenie oderwane, możnaby tę awersję wytłumaczyć niechęcią dla rodziny dorobkiewiczowskiej w społeczeństwie arystokratycznym.
Wszystkie trzy fakta razem jednak już zastanawiają. Zbieg dziwny.
Pytamy się tedy jaki był stosunek króla Stanisława Augusta do Żydów . Neofici oraz ich potomkowie nigdy stosunku zrównoważonego do Żydów nie posiadają, albo odzywa się głos krwi i wywołuje odruchy sympatyczne, albo reaguje świadomość odszczepieńcza na przekór wrodzonemu uczuciu a natenczas objaw ia się przesada w nienawiści.
Stosunek króla Stanisława Augusta do Żydów należał do pierwszej kategorii, był niezwykle życzliwy.
W Pamiętnikach tegoż (przełożonych na język polski przez Bronisława Zaleskiego, Drezno 1870, Biblioteka pamiętników i podróży w dawnej Polsce wydawana przez Kraszewskiego
tom III), wspomina tenże, jak w r. 1752 poznał w Amsterdamie pewnego Żyda Suasso „który szczególnie okazywał mi przywiązanie, widząc wstręt, który miałem do wszelkiego prześladowania i do tych zasad, które spowodowały wyrok Sołtysa, wówczas kijowskiego a dziś krakowskiego biskupa, skazującego na stos jedenastu Żydów w Polsce“ (str. 96).
Stanisław hr. Wodzicki w swych „Wspomnieniach z przeszłości“ (Kraków 1873) relacjonuje jak ostro przeciwstawił się król Stanisław August oszczerczemu zarzutowi, jakoby Żydzi praktykowali mordy rytualne. Na interwencję samego Wodzickiego, który dzielił z tłumem wiarę w ten bezecny zarzut, odpowiedział król „Nie spodziewałem się po WPanu, że odebrawszy wyższe wychowanie, mógł jeszcze wierzyć baśniom średniowiecznym, jakoby Żydzi do świąt wielkanocnych chrześcijańskiej krwi potrzebowali, bo lubo wszystkich narodów dzieje wspominają o procesach tego rodzaju i srogich karach, jakie na obwinionych o tę zbrodnię skazywano, to oświata dzisiejszego wieku przekonała nas o niewinności tych ofiar uprzedzenia i przesądu”.
Stanisław August zniósł w Polsce tortury w r. 1776. „Winszował Polsce uczony Sonnenfels, że w zniesieniu tortur wiele wyprzedziła narodów. Winszował sobie potem ten sam pisarz, że za jego życia Józef II tę urzędowną uchylił katownicę“ (Tadeusz Czacki, O litewskich i polskich prawach, Kraków 1861, II, 249). Pamiętać przy tym należy, że Sonnenfels, który przesłał życzenia królowi Poniatowskiemu był sam przechrztą w pierwszym pokoleniu, synem rabina berlińskiego, jego zasługą było zniesienie tortur w Austrii za Józefa II. Po nim podziśdzień nazywa się jedna ulica w Wiedniu.
W stosunkach ze Stanisławem Augustem pozostawał bogaty bankier żydowski Samuel Jakubowicz (Szmul Zbytkower), przodek Henryka Bergsona, słynnego myśliciela francuskiego. Cieszył się on „podobno“ tegoż względami (Korzon, Wewnętrzne dzieje Polski I, 225). Tenże wystarał się o różne zezwolenia u króla jużto dla siebie (prawo nabycia gruntów ), jużto dla ogółu Żydów (przydział cmentarza w Warszawie, oddanie pustych placów w miasteczku królewskim Gołędzinowie, na zamieszkanie dla Żydów) (Bersohn, Dyplomatariusz str. 196, 197, nr. 339—342, Matrykuła Korony Polskiej CCXVI 84, 85, 135, 148).
Filosemityzm okazany przez Stanisława Augusta w rzeczy samej również nie wskazuje jeszcze na protoplastów Żydów; może i nie-Żyd być bardzo życzliwy Żydom. Ale wszystko razem, zbiór faktów nagromadzonych z różnych stron, jako zespół zjawisk ujęty psychologicznie, wywołuje wrażenie nie przypadkowego zbiegu, lecz kompleksu istotnego, którego korzenie w tym co zarzucali magnaccy poplecznicy Poniatowskiemu, w niedawnym neofityźmie.
Daje się stwierdzić, że również ojciec króla Stanisława Augusta, kasztelan krakowski, posiadał mocny niecodzienny sentyment do Żydów, uprawdopodabniający węzeł krwi; obejmując w posiadanie miasto Jazłowiec, dał kahałowi jazłowieckiemu dla wsparcia zubożałych Żydów i zachęcenia onych do handlów, kwotę zł. 10,000 (Ks. Sadok-Barącz, Pamiątki Jazłowieckie, Lwów 1862, str. 191).
Słuszność powyższych wywodów dotyczących się żydowskiego pochodzenia rodu książęcego Poniatowskich, zaświadcza współczesna relacja znajdująca się w Pamiętnikach figury tej miary co baron Karl Heinrich Heyking (1752— 1796) rosyjski rzeczywisty tajny radca, senator, prezes kolegim sprawiedliwości dla krajów bałtyckich, który znał dokładnie stosunki w Polsce, gdyż bawił tam za młodu i znał gruntownie sprawy, o których pisał. Tenże informuje o rodowodzie króla Stanisława Augusta: „Glaubwürdige Personen von hohen Rang in Polen haben mich versichert, dass der Grossvater von Stanislaus ein getaufter Jude gewesen sei, dem sein Pate Poniatowski seinen Namen gegeben hat” — „Wiarygodne osoby o wysokiej randze w Polsce zapewniały mnie, że dziadek Stanisława był chrzczonym Żydem, któremu ojciec chrzestny Poniatowski dał swe nazwisko” (Memoiren aus Polens und Kurlands letzten Tagen, Berlin 1897, 75).
Lakonicznie, ale dosadnie.
Wedle źródeł francuskich był Stanisław Poniatowski, ojciec króla, synem naturalnym księcia Sapiehy, wielkiego hetmana Litwy i pewnej Żydówki, którego zaadoptował pewien szlachcic litewski nazywający się Poniatowski, służący jako intendant u księcia i otrzymał za tę adopcję w gotówce sto dukatów. Stanisław Poniatowski był później paziem u Sapiehy, towarzyszył mu za granicę, a po powrocie do kraju, przystąpił tak samo jak jego protektor do stronnictwa szwedzkiego (Nouvelle Biographie Generale publice par MM Firmin Didot Freres, Paris 1866).
To samo się znajduje w autorytatywnej Encyklopedii Brytyjskiej (XXII, 61, wydanie 13).
Heyking przypisuje Stanisławowi Poniatowskiemu dziadka Żyda, Anglicy i Francuzi matkę. Coś tam było w każdym razie. Należy nadmienić, że babka Poniatowskiego po mieczu, matka ojca nazywała się z domu Niewiarowska. Uruski wywodzi ją ze starej szlachty tegoż nazwiska, herbu Półkozic (X I I, 138), ale szczegóły rodowodu nie są podane. Nazwisko Niewiarowskich (Nie-wiara) przybierali i neofici tak np. M arcin Niewiarowski neofita w r. 1764. Możliwe, że takie wypadki miały i przedtem miejsce.
Król Poniatowski, władca wielkiego państwa, związany genetycznie z szczepem Izraela, wcale nie rzecz niebywała w dziejach.
Dają się rzeczy analogiczne stwierdzić w różnych większych i mniejszych państwach Europy, gdzie potomkowie neofitów częstokroć zasiadali na tronie.
W bliskim sąsiedztwie Polski, wprawdzie w małym wówczas księstwie, w Mołdawii, panował Jakub Basiliscus (1561—1563), który się tytułował królem Mołdawii (Basileus Moldabias), znał większość języków europejskich, pisał dzieła historyczne po łacinie, korespondował z humanistami niemieckimi i uzyskał adopcję u Jakuba Heraklidesa, władcy Samosu, — był Żydem rodyjskim z pochodzenia (Kwartalnik Historyczny XLVII, 461: quidam Judaeus Rhodo oriundus).
Współcześnie nam żyjąca, była królowa hiszpańska, żona Alfonsa XIII, z domu Mountbatten, pochodząca w dalszej linii od generała Haukego, posiada krew żydowską w swych żyłach o ile Semigotha ma rację i tenże Hauke faktycznie miał przodka Żyda.
Małżonka Alfonsa XIII miała już precedense na tronie Iberii. Ferdynand Katolicki, który zaprowadził inkwizycję w Hiszpanii miał prababkę Żydówkę, Palomę z Tudeli, której syn, admirał Enriquez wydał córkę Juanę za króla Aragonii, Jana II, (1379—1479) ojca Ferdynanda Katolickiego.
Byli i papieże i cesarze, dla których protoplaści izraelscy nie byli obcy. Papież Anaklet II (1130— 1138) był w prostej Iinii po mieczu potomkiem neofity Piotra Leonis i dzierżył władzę w okresie gdy tiara papieska rywalizowała z koroną cesarską. Prawdą jest, że mimo swego wysokiego stanowiska miał ten następca św. Piotra gwoli swemu pochodzeniu, wielkie przykrości. Cesarz Lotar go zwalczał z uwagi na fizjonomię żydowską a św. Bernard z Clairveaux narzekał „Ut enim constat, Judaicam sobolem sedem Petri in Christi ocupasse iniuriam“ (Guderman, Kulturgeschichte der Juden in Italien II, 79).
Wysokie stanowisko papieża Anakleta II pociągnęło za sobą dla jego rodziny dalsze wywindowanie ku górze na najwyższe szczyty społeczeństwa, koneksje małżeńskie z najdostojniejszymi rodami panującymi. Wedle kroniki Oldenricha ożenił się król Roger sycylijski z siostrą papieża Anakleta II. Z tego małżeństwa urodził się późniejszy cesarz Fryderyk syn Rogera z rodu Hohenstaufów, po kądzieli prawnuk Żyda mieszkańca ghetta
rzymskiego.
Z potomkami Piotra Leona neofity weszli wcześnie w koligacje również Habsburgowie. Znana rzecz, że gdy syn cesarza Rudolfa I, Albrecht, starał się o koronę rzymską, powoływał się na swoją prababkę, że była Rzymianką, a mianowicie z domu Piotra Leona (Pierre Leone). Znany jest w związku z Habsburgami bon mot hrabiego Sterberga, polityka czeskiego, który w parlamencie austriackim przed wojną zadzierał jako enfant terrible z dynastią panującą, że w jego żyłach płynie tylko jedna kropla krwi żydowskiej, a tę zawdzięcza Habsburgom.
Potomstwo króla Stanisława Augusta Poniatowskiego
Król Stanisław August Poniatowski, który wedle relacyj współczesnych był pochodzenia żydowskiego (obacz artykuł o nim) miał z tajnego małżeństwa z Elżbietą z Szydłowskich herbu Lubicz, wojewodzianką płocką, syna Stanisława, który został dopuszczony do nazwiska i herbu Grabowskich z Konopnicy, o których pierwsza wzmianka datuje już z 15 wieku.
Stanisław Grabowski jako latorośl królewska, dostał się niebawem na szczytowe stanowiska w społeczeństwie, i został komandorem maltańskim w r. 1793, kasztelanem w r. 1819 w Królestwie już pod panowaniem cara, a w r. 1825 wojewodą, oraz też ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego, otrzymał też tytuł hrabiowski (Uruski IV, 346).
Minister hrabia Stanisław Grabowski ze starego pnia żydowskiego popierał chętnie neofityzm, w tej mierze, że w r. 1823 nadał, jako ojciec chrzestny pewnemu nowochrzczeńcowi, którego właściwe nazwisko było Lichtenbaum swe własne nazwisko Grabowski i odtąd ten nowy adept chrystianizmu ex Judaeis figurował jako Karol Aleksander Grabowski (Jeske-Choiński, str. 134), w 19 wieku to wypadek syngularny. Zdarzało się w dawnej Polsce wprawdzie, że szlachta przyjmowała neofitów do własnego nazwiska i herbu, ale z początkiem 19 wieku ten zwyczaj już dawno nie istniał. Jeśli minister hrabia Grabowski to czynił, miał niewątphwie ku temu jakieś specjalne motywy.
Przez hrabiów Grabowskich krew żydowska rozeszła się wcale szeroko wśród arystokracji polskiej. Córki hr. Stanisława Grabowskiego poślubiły samych rdzennych ziemian-szlachtę
o ładnie brzmiących nazwiskach słowiańskich. Melania wyszła primo voto za hr. Franciszka Ożarowskiego, secundo voto za Włodzimierza Krakowskiego, Maria za Edwarda Prozora, Mi chalina za Gabriela Chrapowieckiego, szambelana dworu rosyjskiego. Po męskiej linii wnuk jego Antoni miał znów córkę Teklę zaślubioną Czesławowi baronowi Rayskiemu.
Jest ciekawą rzeczą, dokąd potomstwo Grabowiskich-Poniatowskich dotarło. Teodor Jeske-Choiński heraldyk neofitów i ich genealog, ożenił się z hrabianką Celiną Grabowską, która przez ojca hrabiego Pawła i dziadka hrabiego Leona, była prawnuczką hrabiego Stanisława Grabowskiego z Poniatowskich neofitów (Borkowski str. 306). Nawet największy żydożercza nie jest w stanie się ustrzedz od kropli krw i żydowskiej, która wszędzie i gdzieś się znajdzie.
Helena, córka Mieczysława Epsteina, neofitka ur. w r. 1885 za hrabiego Zygmunta Piotra Egidiusza Grabowskiego. Małżeństwo to jednak rozeszło się w r. 1924.
Pochodzenie żydowskie nie ogranicza się do samego króla Stanisława Augusta.
Jego bratanek książę Józef Poniatowski (1763—1813) marszałek Francji, bohater napoleoński, postać opromieniona glorią wielkich Bonapartych, też pochodził w konsekwencji z tego samego pnia.
Przez siostry królewskie dostała się krew tej samej rasy do najwyższych rodów magnackich. Z siostrą króla, Ludwiką Poniatowską, ożenił się wojewoda podolski, tajny radca austriacki, IX ordynat zamojski Jan Jakub Zamojski, jego jedynaczka Urszula była zaślubioną Wincentemu Potockiemu, podkomorzemu, a po rozwodzie z nim wyszła za Michała Jerzego Mniszcha wielkiego marszałka koronnego. Z drugą siostrą królewską Izabellą wziął primo voto ślub Jan Klemens Branicki, kasztelan krakowski, secundo voto Andrzej Mokronowski, wojewoda mazowiecki, z tego drugiego małżeństwa było potomstwo (Kosiński str. 653, Uruski XI, 221, XIV, 226).
Stanisław Poniatowski, ojciec króla, miał liczne rodzeństwo, które rozprowadziło tak samo krew izraelską w dalszej linii po różnych domach szlacheckuich i magnackich.
HRABIOWIE POTULICCY (po kądzieli)
Frankista Stanisław Wołowski, pan na Pamiątowie i Pruszkowie (brat Zofii hr. Zajęckiej) wydał w r. 1892 swoją córkę Jadwigę Marię za hrabiego Antoniego Potulickiego herbu Grzymała ur. w r. 1856, właściciela dóbr Siedlec—Antonin w powiecie szodzkim, byłego królewskiego referendarza w Poczdamie, podporucznika w rezerwie grenadierów gwardii wojsk pruskich, (Borkowski, Almanach B łękitny, str. 776). Dzieci hr. Stanisław ur. w r. 1893, hr. Maria ur. w r. 1897, hr. Jan ur. w r. 1906. Należy zaznaczyć, że matka Jadwigi Marii była z domu Rawiczówna, córka przechrzty bankiera warszawskiego i konsula Stanów Zjednoczonych Józefa Rawicza (Kazimierz Reychman, Szkice genealogiczne, str. 156).
POWIDZCY HERBU KORAB
W r. 1507 został noblitowany Stefan Fiszel, bankier krakowski, pochodzący z głośnej rodziny rabinów. Neofita ten otrzymał od króla starostwo Powidz, od którego utworzył sobie nazwisko Powidzki i stał się protoplastą domu Powidzkich herbu Korab. Stefan Fiszel-Powidzki piastował później zaszczytną godność wojskiego kruszwickiego. Matką chrzestną Stefana Fiszla była sama królowa Elżbieta, wdowa po Kazimierzu Jagiellończyku (Uruski XIV, 317, Bersohn, Dyplomatariusz nr. 401, Jeske-Choiński, Neofici polscy, 14, Bałaban, Dzieje Żydów w Krakowie str. 42).
Powidzcy istnieją podziśdzień, jednak swoje pochodzenie uważają za właściwe ukrywać. Potomkowie Stefana Fiszla poczytują za stosowne się wywodzić od rycerzy frankońskich, czego naturalnie z wyjątkiem nich samych, nikt serio nie bierze (Leon Białkowski, Szkice z życia Wielkopolski w siedemnastym wieku, Poznań 1925, str. 113).
Niechęć do żydostwa ukazywał też już sam protoplasta Stefan Fiszel. Na niego powoływał się między innymi współczesny wróg judaizmu, konwertyta podłego gatunku Józef Pfefferkorn w swoim pamflecie antyżydowskim zatytułowanym „Zu Lob und Ehren des Kaisers Maximilian” w r. 1510. Pfefferkorn twierdził, że za pomocą chrzczonych Żydów Wiktora Karbena, Fiszla z Krakowa i innych wykaże on nienawiść Żydów do chrześcijan i ich szkodliwość (Grätz, Geschichte der Juden 4 Aufl. IX, 69). Potomkowie Stefana Fiszla negując swe pochodzenie, mieli na kim się opierać.
Stefan Fiszel w odróżnieniu od innych uszlachconych neofitów przełomu 15 w., Ezofowiczów, Oszejki i Habry, był Małopolaninem, krakowianinem. Stanowi on wśród nobilitowanych neofitów pochodzeniem z Korony wyjątek. Bałaban twierdzi, że żaden z wychrztów krakowskich nie otrzymał klejnotu szlacheckiego (Historia Żydów w Krakowie, str. 428). Twierdzenie to nie jest w całości słusznym, jest ono w sprzeczności z faktem uszchlachcenia Stefana Fiszla Powidzkiego.
POZNAŃSCY HERBU BOŻA WOLA
Józef Poznański uszlachcony w r. 1764 neofita, stał się niedługo potem cześnikiem parnawskim. Wnuk jego, Faustyn, był burmistrzem miasta Kurowa w województwie lubelskim. Syn Faustyna, Damian, adwokat wylegitymował się z swego szlachectwa w r. 1854 (Uruski XIV, 352).
Karol Poznański
Karol Poznański doktór nauk politycznych i magister praw (ur. 10. V. 1893), ze znanej rodziny żydowskiej, syn Bernarda, który posiadał skład zegarków w Warszawie i był członkiem komitetu dyskontowego w Banku Dyskontowym, sam chrześcijanin, wychowany za granicą, obrał z sukcesem karierę dyplomatyczną. Jego praca doktorska była dyplomatyczno-gospodarcza. Był od kwietnia 1927 przez szereg lat konsulem generalnym w Paryżu, od lipca 1934 jest on konsulem generalnym w Londynie. Żona jego z Dmochowskich.
ADAM PRÓCHNIK
Pisarz socjalistyczny Adam Próchnik, którego nie trzeba mieszać z Józefem Próchnikiem ministrem robót publicznych w 1919 roku (16/I — 31/V II), jest neofitą, siostrzeńcem znanego poety pisarza syjonistycznego i artysty rzeźbiarza Alfreda Nossiga autora poematu dramatycznego „Król Syjonu”. Matka jego Felicja Nossig, zamężna Próchnik ur. w r. 1855 przeszła na chrześcijaństwo we Lwowie 16/IV, 1919.
HELENA I MARIA KNIAZIOWIE PUZYNA
Roman Longin Kniaź Puzyna (1837—1906) pan na Gwoźdźcu i t. d. w powiecie kołomyjskim, pan na Toporowcach i t. d. w powiecie horodeńskim, zaślubił Helenę ur. w r. 1844 córkę Leona barona Brunickiego, pana na Zaleszczykach. (Borkowski, str. 165).
Włodzimierz Ezechiel Kniaź Puzyna (1839—1890) zaślubił Marię z Epsteinów, córkę Edwarda, konsula perskiego w Warszawie i Teresy z Pininskich (h. Jastrzębiec, Borkowski.
str. 159).
ZUZANNA RABSKA
Córką Krausharów jest Zuzanna Rabska (urodzona w roku 1884). Od roku 1925 pełni ona funkcję redaktora Literackiego Kuriera Warszawskiego. Jest ona też członkiem Rady Towarzystwa polsko-włoskiego imienia Dante Alighieri. Rabska ogłosiła liczne nowele (Zanim światła pogasną, Dogaressa, Klęska Fatmy, Grzech markizy, Barbarzyńca). Poezje (Miłość mówi, Warszawa w sonetach), Italia i wiosna, oraz różne książki dla młodzieży, jakoteż i rozmaite studia literackie.
Krytyka literacka wyraża się o niej wcale przychylnie. Jej wiersze są pełne sentymentu, nader kulturalne w formie, jej nowele są ładnie stylizowane (Feldmann, Współczesna Literatura polska, str. 339). Potocki Antoni powiada o jej nowelkach (Zanim światła pogasną 1909) „szkicuje piórem subtelnym, nie pozbawionym wdzięku i maniery, nastroje wątłe i chwile przelotne, rodzaj musującego się lekko artyzmu, felietonu przygód i przeżyć” (II, 296).
W swej twórczości udaje Rabska katoliczkę od dziada pradziada. Jej przodkowie już za Mieszka i Dąbrówki kłaniali się Chrystusowi.
Ciekawe są pod tym względem wiersze Rabskiej pod tytułem „Warszawa w sonetach”. Znajduje się tutaj parę sonetów religijnych, rzewnie i serdecznie rozśpiewanych na nutę wiary w Ukrzyżowanego, opartych na motywach kościelnych. Warszawa odmianą Częstochowy. Oczywiście żarliwość neofitów ma już swoją wyrobioną markę, z której nie raz po cichu kpią i żartują sobie urodzeni wyznawcy kościoła rzymsko-katolickiego. Ilu poetów opiewało Warszawę i to świecką, ogólną, powszechną, nowoczesną, albo dawną mieszczańską a akuratnie córka Aleksandra Kraushara i Bersonówny, nie może inaczej, jak stać się w pewnej mierze trubadurem i wajdelotą Warszawy eklezjastycznej. Dziwne, jaka zdolność do metamorfoz!
Mało tej typowej bigoteryjności neofickiej u niej, gorzej, że Rabska też stara się wykazać czasem swoją rdzenność w antysemickich eskapadach.
Nie umie ona zachować godnie z dystynkcją obiektywnej przynajmniej rezerwy wobec byłych współwyznawców, wobec ludzi związanych z nią identycznym podłożem biologicznym. Zuzanna Rabska ma na sumieniu cały szereg nienawistnych wybryków w prasie w stosunku do wiecznego tułacza, którego ciężki los dzielili ongiś i jej właśni przodkowie. Kraushar-papa opłakiwał kiedyś dolę Izraela i ruiny Palestyny, a córka Rabska pomaga nieraz w robocie zgrai wrogów-siepaczy.
Syn Zuzanny Rabskiej, wnuk Aleksandra Kraushara, prawnuk Mathiasa Bersona, poszedł jeszcze o krok dalej, wszak ma 50% krwi „aryjskiej” w swych żyłach i stał się oficjalnym, aktywnym endekiem wiadomego gatunku.
Gdyby Aleksander Kraushar wstał z grobu i zerknął na swój posiew, na swoje potomstwo, na swoich kontynuatorów genealogicznych i zorientował się do jakich konsekwencji prowadzi asymilacja skrajna pozbawiona kośćca, położyłby się sam po raz wtóry pod murawę.
Mężem Zuzanny Rabskiej z Krausharów był Władysław Rabski (1865—1925), który przez pewien czas zasiadał w Sejmie, jako przedstawiciel stronnictwa narodowo-demokratycznego, był redaktorem felietonu Kuriera Warszawskiego i napisał też kilka książek. Zuzanna Rabska nie przyznaje się do swych przodków, którzy istotnie zasłużyli się kulturze narodu polskiego, oraz kulturze Żydów polskich.
W Polskim Słowniku Biograficznym wychodzącym obecnie pod egidą Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, zamieściła ona artykuł o znanym kolekcjonerze i znawcy sztuki Mathiasie Bersonie (I, 469), gdzie wyliczając jego zasługi, zapomina podać wyznanie tegoż, aczkolwiek wzmiankuje, że się interesował sprawami dotyczącymi kultury Żydów w Polsce, przyczym zostawia jedną lukę zasadniczą. Podczas gdy moralnie u każdej osoby podanej w odnośnym szkicu życiorysowym, wspomniane jest szczegółowo potomstwo, tutaj ono jest opuszczone. Dzieci Bersona, żony Lewentala i Kraushara przemilczane, pominięte. Broń Boże, aby tylko czytelnik nie zorientował się, że Mathias Berson był ojcem Krausharowej i tym samym autentycznym dziadkiem autorki życiorysu.
HELENA RADLIŃSKA
Helena Radlińska (ur. w r. 1878) znana działaczka społeczna i pisarka, znana też pod pseudoninem H. Orsza, pochodzi z rodziny neofickiej, jest córką Aleksandra Reychmana (zob.), zaślubiła w r. 1902 Zygmunta R adlińskiego. Przed wojną w latach 1907— 1914, była ona sekretarką zarządu Uniwersytetu Ludowego i w latach 1921—1925 kierowniczką centralnego związku Kółek Rolniczych. Od r. 1925 w ykłada ona na Wolnej Wszechnicy historię i organizację oświaty pozaszkolnej, początkowo jako docent, a od r. 1927 jako profesor. Ogłosiła też mnóstwo prac o charakterze wychowawczo-oświatowym (Z dziejów narodu, Na ziemi polskiej przed wielu laty, O nauczaniu historii polskiej w szkole, Praca oświatowa, W sprawie dokształcenia nauczycieli szkół powszechnych, Kołłątaj jako wychowawca, Staszic jako działacz społeczny, Z przeszłości pracy oświatowej). Od roku 1922 Helena Radlińska redaguje Rocznik Pedagogiczny.
RADZIWIŁŁOWIE
Konstantyn książę Radziwiłł ożenił się w roku 1876 z Luizą Antonią Blanc, córką hrabiego papieskiego Blanca, dzierżawcy Monte Carla, który wedle Semigothy pochodził od Żydów
Weissów. Radziwiłł ze swoją mitrą książęcą, nie pozostał w rodzinie Blanców odosobniony. Jedna z jego córek wyszła w roku 1880 za księcia Rolanda Bonapartego, których córka znów poślubia w r. 1900 Jerzego, późniejszego króla greckiego. Dzieci ks. Konstantyna: Ludwika ur. w r. 1877, zaślubiona hrabiemu de la Rochefoucauld i ks. Leon ur. w r. 1880.
Książę Michał Radziwiłł ordynat antoninsko-przygodziecki Wielkopolanin dr. praw, były dyplomata pruski, radca stanu cesarstwa niemieckiego, pułkownik z okresu wojny światowej, który secundo voto był zaślubiony z markizą de Santa-Susanną, córką granda hiszpańskiego pierwszej klasy, był żonaty primo voto z Marią de Bernardzky (ur. w r. 1876) w Pawłowsku, córką Mikołaja Dymitrowicza, cesarsko-rosyjskiego rzeczywistego radcy stanu, mistrza ceremonii na dworze rosyjskim i N. z Leibroków (Borkowski, Almanach Błękitny, str. 107) córką Leiby i Augusty Leibroków, stuprocentowych Żydów. Dzieci z tego małżeństwa Radziwiłła z półżydowską Dymitrowiczówną: Syn Michał książę Radziwiłł (ur. w r. 1899), oraz córka Leontyna (ur. w r. 1904), zamężna za hrabia Skórzewskim, posiadają w swych żyłach 25% krwi żydowskiej i podlegaliby w Niemczech ustawodawstwu norymberskiemu. Radziwiłłowie, najdostojniejsza rodzina magnacka w Polsce, która dała Rzeczypospolitej niemniej jak czterdziestu senatorów, dzięki swemu skrzyżowaniu z Żydami znajdowaliby się w Germanii w wspólnym ghecie z wędrowcami ze starej Judei. Czy to nie paradne! Czy to nie świadczy o obłędnym nonsensie wszelkiego rasizmu.
RAWICZE
Aleksander Jan Rawicz (1800—1865) (współwłaściciel firmy bankowej Leon Hirschendorf i Aleksander Rawicz, która objęła bank po Jakubowiczach, spadkobiercach Samuela Zbytkowera) w r. 1825, zmienił wyznanie w roku 1831. Syn jego Józef (1829— 1901) również się trudnił bankierstwem, był konsulem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej w Warszawie i ożenił się z Melanią Jastrzębską.
Józef Rawicz jako konsul amerykański zajmował stanowisko patriotyczne w stosunku do społeczeństwa polskiego. Gdy po pogromie warszawskim w roku 1882 rząd Stanów Zjednoczonych, zażądał od niego sprawozdania co do wypadków antyżydowskich, podkreślał tenże w swej relacji do Waszyngtonu, że rozruchy antyżydowskie to wytwór czysto rosyjski, a w Polsce dawniej o tym nigdy nie słyszano, przyczym również zauważył,
że kler działa tutaj hamująco na masy i ostatnio powstrzymał większą część najniższych warstw od uczestniczenia w pogromach (Foreign relations 1882 p. 448 sq., por. Historisze Szryftn, Wilno, II, 513).
Syn Józefa Rawicza, Józef Aleksander Rawicz ur. w r. 1874 jest pułkownikiem kawalerii wojsk polskich.
Brat Józefa Rawicza, Władysław Aleksander ur. w r. 1832 dziedzic dóbr Grochów, żonaty z Pauliną Witwicką, był wybitnym działaczem patriotycznym, przy czym koniecznie chciał uchodzić za szlachcica ze starego rodu (zob. Wstęp). Podczas powstania styczniowego brał on czynny udział w organizacji od samego początku, objął urząd Naczelnika cywilnego województwa Podlaskiego. Zginął na szubienicy dnia 21 listopada 1863 w Siedlcach (Reychman str. 154, Jeske-Choiński 209, Henryk Cederbaum, Powstanie styczniowe, wyroki audytorium polowego, Warszawa 1817, str. 147, 193) (Dzieje gminy żydowskiej w Warszawie I, 70).
HRABIANKI REY
Hrabia Władysław Rey (1818—1887) pan na Widełkach, Ramizowie i t. d. w powiecie Kolbuszowskim, zaślubił Marię z neofitów baronów Brunickich herbu Brunstein, córkę barona Maksymiliana na Widełkach i Joanny z Matczyńskich hr. Jastrzębiec. Córki hrabianki Rey zaślubiły ziemian polskich: Emma ur. w r. 1850 Józefa z Wierzbowca Ochockiego w powiecie Trembowelskim i Jadwiga ur. w r. 1851 Uhrynowskiego herbu Sas. Stąd rozchodziły się dalsze krzyżowania.
REYCHMANOWIE
Adolf Reychman (1815—1881) syn Bera Reychmana (1779—1840), obywatel miasta Warszawy, miał następujących wybitniejszych synów:
Zygmunta (1853—1929) inżyniera komunikacji, rzeczywistego radcę stanu, profesora instytutu komunikacji w Moskwie.
Aleksandra (1855—1915) literata i dziennkarza, który pisał pod pseudonimem Mefisto. Aleksander Reychman posiadał składnicę nut, był wydawcą i redaktorem Echa muzycznego, dyrektorem Opery Warszawskiej. Pierwszy wystąpił, jak opowiada Leopold Kronenberg-syn, z projektem utworzenia wyższej placówki muzycznej w Warszawie, po czym powstała Filharmonia, której dyrektorem został. Aleksander Reychman ochrzcił się w roku 1875.
Córka Aleksandra to Helena Radlińska (zob.).
Synowie jego, którzy uzyskali znaczenie dla społeczeństwa:
1) Ludwik Reychman znany działacz na terenie Ligi narodów, naczelnik wydziału Ligi i delegat tejże do Chin.
2) Aleksander Reychman, profesor geometrii na Wolnej Wszechnicy i docent matematyki na uniwersytecie warszawskim. Jednostka to dzielna, nie umiejąca się uginać, mimo, że się urodził już jako chrześcijanin, miał on odwagę i potrzebę ducha, w roku 1936 zabrać głos w prasie w obronie studentów żydowskich, napastowanych przez chuliganów w czapkach studenckich, cierpiących na psychopatyczny szowinizm. Senat akademicki najakiś czas zawiesił go za to w prawach wykładowcy.
Henryk Floyar Reychman
Henryk Floyar Reychman (ur. około r. 1892) pochodzi z żydowskiej rodziny kupieckiej, nie mającej jednak nic wspólnego z powyżej opisaną rodziną Reychmanów. Ojciec jego był wojażerem firmy Fraget. Swoją karierę polityczną rozpoczął Henryk Reychman jako strzelec w r. 1913. Wyznanie zmienił w r. 1920. W ślad za bratem przeszła na chrześcijaństwo i siostra jego, która zaślubiła generała Rusinka. Henryk Reychman piastował tekę Ministra Handlu i Przemysłu w Polsce w okresie 18/V 1934 — 28/III 1935. Swój przydomek wziął Reychman z jednej z powieści Flauberta, gdzie jeden z bohaterów
takie nosi imię.
RITTNEROWIE
Austriacki Minister Edward Rittner
Edward Rittner urodził się w grudniu roku 1845 w Bursztynowie w Małopołsce Wschodniej jako syn felczera-Żyda, będącego na służbie wojskowej austriackiej.
Ojciec go ochrzcił, gdy jeszcze był młodym chłopcem i uczęszczał do gimnazjum.
Motywem chrztu syna była kalkulacja oparta na trzeźwej obserwacji stosunków, bazująca na obliczeniu widoków syna na przyszłość.
Opowiadają w Małopolsce anegdotę w związku z ochrzczeniem przez starego felczera Rittnera syna: Gdy wiadomość ta rozeszła się wśród ludności żydowskiej w Bursztynowie, starzy znajomi ze zdziwieniem pytali co się stało, co było powodem zmiany wyznania syna. Na to ten odpowiedział: uczyniłem to z przekonania. Jak to? Indagują go interlokutorzy, od kiedy zajmuje się felczer Rittner teologią i miał możność nabycia przekonania o wyższości religii chrześcijańskiej? Na to stary Rittner odparł: ja mam inne przekonanie na myśli; jestem przekonany, że mój syn, który okazuje niepospolite zdolności, jeszcze wysoko, bardzo wysoko zajdzie, o ile tylko zmieni wyznanie i będzie rzymskim katolikiem. Z drugiej strony, żywię przekonanie, że na wypadek, jeśli mój syn będzie nadal trwał przy religii mojżeszowej, będzie on w najlepszym razie wziętym adwokatem, albo lekarzem o dużej praktyce na prowincji.
Przekonanie starego felczera okazało się słusznym. Niestety, długo panuje nietolerancja wyznaniowa i innowiercy są upośledzeni przy nadawaniu stanowisk publicznych a walory
osobiste są w pogardzie o ile im nie akompaniuje symbol religii panującej, — opurtunizm, giętkość bez charakteru są przymiotami bardzo popłatnymi, prowadzącymi do triumfów życiowych.
Nowochrzczeniec Edward Rittner zrobił niezwykłą karierę.
Ukończywszy studia uniwersyteckie, wstąpił on na służbę państwową we Lwowie a równocześnie wykładał prawo kościelne na tamtejszym uniwersytecie jako docent. W r. 1874 otrzymał on nominację na profesora nadzwyczajnego, a w roku 1877 profesora zwyczajnego (miał lat trzydzieści jeden wówczas).
W r. 1885 został profesor Edward Rittner powołany do ministerstwa oświaty w Wiedniu, w rok później uzyskał tytuł radcy dworu, a w roku 1891 otrzymał nominację na naczelnika
departamentu (szefa sekcji) wyznań w tymże Ministerstwie.
W r. 1894 został Edward Rittner zaszczycony tytułem tajnego radcy. W r. 1895 był Edward Rittner kierownikiem ministerstwa oświaty, a w rok później został on zamianowany ministrem dla Galicji w gabinecie, gdzie prezesem ministrów był wówczas hrabia Badeni.
Minister Edward Rittner cieszył się wielkim mirem w sferach najwyższych państwa austriackiego. Korzystał on z zaufania cesarza Franciszka Józefa, tak że gdy arcyksiążę Franciszek Ferdynand desygnowany po śmierci Rudolfa na następcę tronu, ciężko zaniemógł, jak zdawało się na nieuleczalną chorobę płuc i jego brat Otton został na jego miejsce przejściowo przeznaczony na sukcesora berła cesarsko-królewskiego monarchii naddunajskiej, otrzymał ex-Żyd Rittner misję przygotowania tegoż arcyksięcia Ottona do przewidzianego w przyszłości objęcia tronu (Biliński, Pamiętnik I, 121).
Edward Rittner był też twórczym na polu piśmiennictwa fachowo-naukowego. Ogłosił on mnóstwo różnych rozpraw treści kościelno-politycznej w języku polskim, między innymi „System prawa kościelnego”. W języku niemieckim opublikował on dzieło o austriackim prawie kościelnym, które uchodzi za klasyczne (Lipsk, 1876 ).
Zmarł on w 54 roku życia 26/IX 1899 w Hietzing pod Wiedniem.
Opinia publiczna polska ówczesnej Galicji żałowała bardzo jego przedwczesnej śmierci. Był to człowiek, który zasłużył się krajowi na swej placówce w stolicy naddunajskiej. Zaszczytne wspomnienie poświęcił mu marszałek krajowy Galicji hrabia Stanisław Badeni „Edward Rittner znakomity prawnik i uczony, umysł wytworny, obdarzony niezwykłymi zdolnościami, talentem i wybitnym zmysłem politycznym. Na każdym stanowisku, na którym pracował, oddawał znakomite zasługi, a żal głęboki i powszechny, który towarzyszył jego śmierci, wykazuje jakie znaczenie i jakie nadzieje przywiązywaliśmy wszyscy do usług, któreby krajowi jeszcze i w przyszłości oddać mógł“ (Biblioteka Warszawska, CCXXXVI, 352, E. Lipnicki, Polacy Ministrowie w Galicji).
Tadeusz Rittner
Synem Edwarda Rittnera był Tadeusz Rittner, znany powieściopisarz i dramaturg, też krótkowieczny (1873—1921), który pisywał też pod pseudoninem Tadeusz Czaszka, nowele i impresje. Najważniejsze jego utwory sceniczne są: Sąsiadka, W małym domku, Czerwony bukiet, Głupi Jakub, Lato, Don Juan i t.d.
Tadeusz Rittner młodo bardzo dostał się w środowisko niemiecko-austriackie Wiednia, gdzie ojciec zajmował wysokie stanowisko w hierarchii urzędniczej. Sam też poszedł na urzędnika do ministerstwa oświaty, gdzie dosłużył się tytułu radcy ministerstwa. Nasiąkł on atmosferą znamienną dla literatów kawiarnianych Wiednia.
Krytyka literacka zarzuca Tadeuszowi Rittnerowi za dużo finezji, ésprit, podszytego wiedeńskim sceptycznym, sentymentem à la Schnitzler; w jego utworach za mało siły artystycznej sięgającej dna charakterów i konfliktów, „a szkoda, bo pod sztuczną błyskotliwą literaturą, jest u Rittnera poezja wcale nie robiona“ (Feldmann, Współczesna literatura polska II, 145). Nie dużo odbiega od tego sądu, opinia Potockiego w jego Historii literatury „Rittner należy do solidnej, cennej dla sceny kategorii pracowników, zdążających pewnym krokiem przez repertuar do sztuki… Sztuki Rittnera mają pewną cechę wspólną: dzieją się w świecie cokolwiek ogólnikowym. Wypływa to może stąd, że autor pisze tyleż dla Niemców ile dla nas“ (II, 244).
Prawda, że Rittner będąc czynnym też w dziedzinie piśmiennictwa niemieckiego, gdzie uzyskał głośne nazwisko, nasiąkł obczyzną, a w skutek tego postacie jego mają za mało koloru lokalnego, ale mimo to nie zniemczył się, czytelnik nieuprzedzony polski, wyczuwał z jego utworów aurę polskości „Ani jego pobyt za granicą, ani wykształcenie w cudzoziemskich zakładach naukowych, ani późniejsza praca w środowisku niemieckim, nie zdołały zetrzeć z Rittnera, tej mocnej obyczajowości polskiej, które mu przekazał dom i ród. Umysłowość polska i polska kultura, były zawsze magnetycznym punktem ku któremu się kierował pion jego inteligencji i jego uczucia a ranga pisarza polskiego była mu pióropuszem. — I rzecz znamienna, że na duchowość jego najmniejszy stosunkowo wpływ wywarła niemieckość, wśród której żył i działał (Tygodnik Ilustrowany, rok 1920, 484).
Słowiańskość Rittnera mimo środowiska niemieckiego, podkreślali krytycy polscy przy każdej okazji. Jeden z nich pisze „Rzecz znamienna, że krytyka wiedeńska… widziała w jego twórczości cechy nieniemieckie i niewiedeńskie. Uważała, że wniósł on do literatury wiedeńskiej, która się szczyciła w tym okresie swoim Arturem Schnitzlerem i Pawłem Altenbergiem, jako najtypowszymi wiedeńczykami, — pierwiastki nowe, a mianowicie: słowiański, poetyczny pogląd na świat, słowiańskie marzycielstwo i słowiańską pobudlwość uczuć. — Krytyka wiedeńska miała rację… trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości co do polskości jego duszy artystycznej, — zawsze wyrywał się do Polski na swój kilkutygodniowy urlop. Z jaką radością witał on wówczas Tatry… Mieszkał w Bukowinie (koło Zakopanego tuż nad granicą dawniej węgierską, teraz słowacką) w skromnym pensjonacie utrzymywanym i prowadzonym przez tamtejszego proboszcza, znakomitego turystę i z nim razem się piął na szczyty” (Tygodnik Ilustrowany r. 1921, str. 458).
Pochodzenie żydowskie Rittnera nie było znane w Polsce. Nikt nie podejrzewał w synie ministra, w wychow anku ary stokratycznego Theresianeum we Wiedniu, latorośl Izraela,
aczkolwiek jego fizjonomia wykazywała pewne rysy, przypominające naród starozakonny. Ale kto znał w Polsce osobiście Tadeusza Rittnera? Rittner uchodził za pełnego Słowianina, a nikt tutaj nie wyczuł intuicyjnie braku słowiańskości. A aczkolwiek otoczenie wiedeńskie zabarwiało jego koloryt, nie szkodziło to w niczym, w szak… jego etniczna polskość, jego rdzenny chrystianizm nie ulegał kwestii. Tadeusz Rittner jest klasycznym przykładem, jak zakłamanym jest ono gadanie o dysonansach, które rzekomo autorowie żydowscy wprowadzają w piśmiennictwa aryjskich narodów, w kulturę chrześcijańskich ludów. Gdzie z góry rozbiorowi twórczości pisarza pochodzenia żydowskiego, nie towarzyszy świadomość obcości autora, tam też tej obcości nikt nie wyśledzi i nie razi nikogo jakaś aura nierdzenna.
Czy nie dają się w twórczości Rittnera stwierdzić jakieś pierwiastki żydowskie, które nie będąc w konflikcie z elementem duchowym polskim, uzupełniają, wzbogacają, urozmaicają?
Możliwe, że gust Schnitzlerowski Rittnera, był uwarunkowany nie tylko przez wspólne środowisko, ale też przez wspólnotę rasy. Wszak i Schnitzler był synem wiecznego narodu.
Patos sprawiedliwości proroków występuje u Rittnera w sposób podobny, jak u wielu innych autorów żydowskiego pochodzenia. Najbardziej Żydów wszędzie i zawsze boli krzywda ludzka. Najwyższym ideałem u Żydów to nie święty, tylko sprawiedliwy. W najlepszym utworze Rittnera p. t. Głupi Jakub, z bólem kreślony jest triumf bestialstwa nad prostym i niezdegenerowanym człowiekiem, chodzącym po świecie w zadumaniu i niepojmującego, że najsilniejszą więzią tego świata, to wzajemne oszukiwanie się ludzi. W powieści swojej „Duchy w mieście”, przewidywał Edward Rittner, jakby obdarzony proroczą siłą wizjonera ową chwilę, kiedy duch zostanie wygnany ze społeczeństwa, jako czynnik „krzywdzący” ład społeczny. Jednak autor nie traci nadziei. Wierzy on, że ku końcowi Duchy się oprą największemu nawet naciskowi materializmu, bo potrzeba ducha jest czynnikiem nie mniej realnym, jak czynniki natury fizycznej.
Złoty wiek przyszłości, to stały refren ukazujący się we wszelkiej twórczości żydowskiej i we wszystkich ruchach, które wyszły od Żydów, począwszy od Jezajasza i Chrystusa, aż po czasy najnowsze…
ROSENOWIE
Jan Bogumił Rosen (ur. w r. 1854) głośny malarz polski, specjalista obrazów batalistycznych, znany za granicą jako jeden z przedstawicieli polskiej szkoły batalistycznej, odznaczony w r. 1902 przez rząd francuski krzyżem legii honorowej, jest synem Szymona Leopolda Rosena, który przeszedł na wyznanie ewangelickie w r. 1850 i neofitki Józefiny, urodzonej Leo. Ojciec Leopolda Szymona Rosena nazywał się Majer Ber Rosen i był kupcem w Warszawie.
Obrazy wojskowe Jana Bogumiła Rosena najbardziej znane są: „Jenerał w podróży”, „Bitwa pod Stoczkiem”, „Rewia na placu Saskim”, „Dwernicki”, „Dąbrowski”. Dwór rosyjski
u niego zamówił cykl bitw suworowskich.
Jan Henryk Rosen (ur. w r. 1891) syn poprzedniego celuje w obrazach religijnych chrześcijańskich; maluje on kompozycje osnute na tle podań o Świętych Pańskich. Jego dziełem to polichromia kaplicy Seminarium Łać. we Lwowie, oraz katedry ormiańskiej tamże.
Jan Henryk Rosen jest od r. 1930 profesorem rysunków na Politechnice lwowskiej.
ROSNEROWIE
Antoni Rosner (1831 — 1896) rodem z Tarnowa, był przez długie lata profesorem chorób skórnych na Uniwersytecie Jagiellońskim i napisał też kilka prac ze swego zakresu o tytułach nie bardzo nęcących (Wyniki szczepienia wydzieliną kiłową, o kile w płucach) i ułatwił sobie karierę przez przejście na chrześcijaństwo.
Synowie jego:
Ignacy Rosner (1865—1926) publicysta wielkiej miary i polityk. Po ukończeniu uniwersytetu i odbyciu paruletniej służby sądowej, poświęcił się publicystyce, wstąpił do redakcji Czasu i tam ogłaszał artykuły polityczne oraz felietony literackie. Za rządów ministra Badeniego i Thuna udało się Ignacemu Rosnerowi uzyskać stanowisko szefa biura prasowego w prezydium Rady Ministrów we Wiedniu. Stąd dalsza kariera rządowa stała dla niego otworem. W roku 1899 został przydzielony do ministerstwa dla spraw Galicji, jako najstarszy radca ministerialny. W r. 1911 wszedł Ignacy Rosner do parlamentu austriackiego jako poseł. W r. 1916 wydelegował go do Warszawy jako komisarza swego, rząd austriacki.
Po wskrzeszeniu Polski wstąpił Rosner do redakcji Kuriera Polskiego, jako referent polityki zagranicznej, gdzie wytrwał, aż do stycznia r. 1926. W dwa miesiące później zmarł. Rosner Ignacy posłował też do polskiego Sejmu Ustawodawczego.
Feliks Rosner był prezesem sądu w Poznaniu.
Aleksander Rosner jest od roku 1907 profesorem położnictwa i ginekologii na Uniwersytecie jagiellońskim, oraz dyrektorem krakowskiej kliniki ginekologicznej. Prócz rozpraw mniejszych napisał on „Ginekologia”, Podręcznik uniwersytecki, oraz „Czynności narządu płciowego” (wspólnie z Godlewskim).
ROSENTALOWIE
W roku 1889 przeszedł na chrześcijaństwo Kazimierz (Haskiel) Rosental (1846—1911) i został później rosyjskim wojskowym lekarzem dywizyjnym i rzeczywistym tajnym radcą.
Ojciec jego Dawid Rosental (1808—1889) syn Pawła, lekarza zamojskiego (1772— 1850) urodzony w Tarnogrodzie, był również lekarzem i pozostał przez całe życie Żydem. Mimo
to zdołał uzyskać bardzo poważne stanowisko w społeczeństwie, nie bacząc na ucisk carski i ogólną nietolerancję. Był w latach 1859—1862, profesorem dietetyki i higieny w Instytucie gospodarstwa wiejskiego i leśnictwa w Marymoncie i napisał też cały szereg prac z zakresu medycyny. Ogłaszał je w Pamiętniku Towarzystwa Lekarskiego i Gazecie Lekarskiej. W szpitalu żydowskim pracował on od r. 1836—1879, początkowo jako ordynator, a później jako naczelny lekarz. Cieszył się prawie największą praktyką swego czasu w Warszawie. „Z równą gorliwością służył biednym i bogatym”, jeśli był przemęczony po trudach całodziennych, odmawiał czasem pomocy, ale jedynie zamożnym, dla ubogich był zawsze na zawołanie; pomagał im w razie potrzeby też materialnie. W okresie epidemii z największym poświęceniem i zaparciem się okazywał swoją gorliwość, za co też w uznaniu swych zasług został wyniesiony do stanu szlacheckiego. Był to jedyny Żyd w Królestwie, który zaszczytu tego dostąpił. Na pogrzebie Dawida Rosentala, tego jedynego szlachcica, Żyda niechrzczonego na terenie Kongresówki, nie widziano złoconych karet i wygalowanych lokai, ale kilkunastotysięczny tłum biedaków różnego wyznania, którzy przyszli mu oddać ostatnią posługę. Dawid Rosental dziś już dawno zapomniany. Syn się oderwał od pnia i cały ród poszedł w zapomnienie.
(Jeske-Choiński, str. 274, Reychman str. 179— 182, Kłosy r. 1889, str. 172).
ROTWANDOWIE
Stanisław Rotwand (1839—1916) syn lekarza Mateusza pochodzącego z Łęczycy, ordynatora szpitala żydowskiego w Warszawie, ochrzczony jeszcze w 16 roku życia, wróciwszy w r. 1860 do Warszawy, po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Moskiewskim, szybko stanął dzięki swym zdolnościom w rzędzie najzdolniejszych przedstawicieli palestry obrończej w stolicy nad Wisłą.
Stanisław Rotwand ożenił się w roku 1875 z Marią Anną, córką Henryka Wawelberga (1813—1891) znanego kupca i bankiera warszawskiego, siostrą Hipolita Wawelberga, która była wdową po jego o dziewięć lat starszym bracie Leonie, właścicielu majątku Grochów i wstąpił jako wspólnik do Banku teścia; uzyskał przeto ścisły kontakt z sferami gospodarczymi, dla których też dużo z czasem zdziałał.
Koligacja z Wawelbergiem nadała Rotwandowi pewien kierunek filantropijny. Wawelbergowie, których męscy przedstawiciele pozostali dotychczas wierni judaizmowi, odznaczali się od dawna zmysłem dobroczynności w wielkim stylu. Hipolit Wawelberg wybitny przedstawiciel świata finansowego, wykształcony, nieprzyjaciel zdawkowej jałmużny, był przez fundacje swoje, jednym z najbardziej zasłużonych mężów około oświaty ludu polskiego w 19 wieku, zorganizował tanie wydaw nictwo dzieł Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej oraz pierwsze popularne wydanie dzieł Mickiewicza, i Bibliotekę Przemysłową, finansował cały szereg podręczników nieodzownych w rozmaitych dziedzinach wiedzy zawodowej, pozatym ufundował kolonię letnią w Ciechocinku w r. 1892.
Stanisław Rotwand na spółkę ze szwagrem swym Hipolitem Wawelbergiem założył Wyższą Szkołę Handlową, Szkołę Techniczną i budował też tanie mieszkania dla robotników. O rozmachu filantropijnym Rotwanda i Wawelberga relacjonuje nam współczesna notatka w Bibliotece Warszawskiej (CCXXIX, 177) „Z nazwiskiem Wawelberg i Rotwand spotkać można się coraz bardziej na polu działalności publicznej, a społeczeństwo otacza je coraz większym poważaniem i uznaniem. Jeszcze nie przebrzmiały echa uroczystego otwarcia Szkoły Technicznej ufundowanej i utrzymanej osobistym kosztem założycieli, a już dzienniki doniosły o olbrzymiej ofierze 300,000 rs. na budowę tanich mieszkań dla robotników, rzemieślników i wyrobników. Ofiarność pp. Wawelbergów i Rotwandów imponuje nie tylko wielkością sum ofiarowanych, lecz zarazem głębokim poczuciem i zrozumieniem potrzeb społecznych“.
Stanisław Rotwand, też na własną rękę działał społecznie na wielką skalę, zorganizował szkołę handlową Zgromadzenia Kupców i utworzył fundusz na budowę gmachu dla niej. Był inicjatorem Muzeum Rzemiosł i Sztuki Stosowanej, organizował kursy dla robotników i wspierał hojną dłonią kolonie letnie i kąpiele ludowe.
Rotwand łożył też wielkie zasługi dla rozwoju ruchu handlowego i przemysłowego w kraju, a to jako prezes Komitetu giełdowego i członek Rady Towarzystwa przemysłowców, oraz jako szef Banku Zachodniego i kilku cukrowni i Starszy Zgromadzenia Kupców.
Stanisław Rotwand został też swego czasu brany jako jedyny przedstawiciel przemysłu polskiego do Rady Państwa w Petersburgu, gdzie wygłosił głośną swego czasu znakomitę mowę w sprawach finansowych i budżetowych (Kraushar, Palestra Warszawska, str. 97, Idem Wspomnienia, str. 95).
Syn Stanisława Rotwanda, Andrzej Leon, urodzony w r. 1878 jest inżynierem technologii, stoi na czele Banku Zachodniego i jest równocześnie prezesem zarządu Towarzystwa akcyjnego Lilipop, Rau i Loewenstein. Ożenił się on z Marią Skarbek-Kruszewską.
Lekarz Mateusz Rotwand, ojciec Stanisława miał brata kupca Mikołaja (1813—1883) w Warszawie, którego syn Bolesław Jerzy (1862—1930), przeszedł w r. 1889 w raz z żoną Marią Jadwigą z Gliksonów na wyznanie kalwińskie; był on z zawodu adwokatem przysięgłym, pracował jako radca prawny Banku Zachodniego i Konsystorium ewangelicko-reformowanego.
Trzecim bratem Mateusza Rotwanda był Jakuba Rotw and (1818—1913), absolwent szkoły rabinów, który przez lat trzydzieści pięć pracował jako sekretarz w gminie żydowskiej w Warszawie, współpracował w Jutrzence i Izraelicie, i uczestniczył też w powstaniu w roku 1863. Potomstwo tegoż pozostało przy żydostwie.
(Jeske-Choiński, str. 212, 27, R eychman str. 174, Tygodnik Ilustrowany z r. 1916, str. 116).
HRABIOWIE RYSZCZEWSCY (po kądzieli)
Zygmunt Walentyn Celestyn hr. Ryszczewski, ur. 1840, ze starej bojarskiej rodziny wzmiankowanej już w r. 1528), członek Rady Banku Dyskontowego, inżynier technolog wojsk włoskich, ożenił się z córką Mieczysława Epsteina, naczelnego dyrektora Zawiercia (zob.) (Borkowski str. 835).
Synem z tego małżeństwa jest Roman hr. Ryszczewski radca Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ożeniony z hrabianką Tyszkiewiczówną z Kowna.
RZEWUSCY
Bohdan Zaleski w swym dzienniku, wydrukowanym w dodatku do życiorysu Adama Mickiewicza, napisanego przez syna Władysława podaje wiadomość, że Rzewuscy pochodzą od Żydów, bez bliższych szczegółów, gdzie, kiedy i w jaki sposób.
Możliwe, że to był jakiś Rzewuski, który pojął za żonę jakąś neofitkę, czego my dziś, przy panującym w tym kierunku systemie zatajania, więcej stwierdzić nie możemy. Nie wykluczone jednak, że może też chodzić o męskiego przodka, a jakiegoś nowochrzczeńca, nobilitowanego automatycznie, który za czasów niepodległej Polski, w obrębie krajów Wielkiego Księstwa Litewskiego, został przyjęty do herbu i nazwiska Rzewuskich, — rzecz zwykła w 16—18 wieku (por. Wstęp) i pomieszał się z rdzennymi konarami.
W każdym razie pamięć jeszcze trwała o tym za czasów Mickiewicza.
Przypatrując się wizerunkowi duchowemu Rzewuskich, jeszcze w 19 wieku nie trudno stwierdzić silny pierwiastek semicki.
Wacław Rzewuski, syn wielkiego hetmana Seweryna, wykazywał już bardzo wcześnie zamiłowanie do języków wschodnich, a w szczególności do arabskiego, wybrał się na Wschód semicki, gdzie długo bawił, przybrał sobie imię arabskie Emir Tadżi al-Faher, przyswoił sobie obyczaje beduinów, a później po powrocie do stron rodzinnych na Podole nadal kontynuował nomadyzm arabski i wędrował po stepach, jak prawdziwy beduin, koczował jak pierwotny człowiek pustyń Wschodu. Czy to wszystko rzecz przypadku?
Wacław Rzewuski służył dla Adama Mickiewicza jako model do Farysa.
Pociąg do Wschodu, który zdołał w Rzewuskim wyrzeźbić fizjonomię znamienną dla rycerza bezkresów beduińskich w oczach największego poety Polski, był bezsprzecznie wynikiem i wyrazem głosu krwi.
PIOTR STEFAN SEIFMAN
Piotr Stefan Seifman, dawniej Pinkus Seifman został ochrzczonym w siódmym roku życia, w r. 1830 w Warszawie (Jeske-Choiński, 277) był synem nauczyciela Tobiasza Seifmana i Gitli z Dawidów i wyrósł na wybitnego naukowca polskiego w dziedzinie nauk weterynaryjnych. Ogłosił on wielką ilość prac w fachowych czasopismach krajowych, oraz w Recueil de medicin veterinarie, pozatem wydał w formacie książkowym różne rozprawy poważne na tematy rozmaite z zakresu weterynarii (o kastracji koni, o księgosuszu owiec, o włośniku i t. d.).
Seifman jako wybitny teoretyk oraz dzielny praktyk, został powołany na wykładowcę i kierownika w najwybitniejszych uczelniach Weterynarii, tak na obszarze Królestwa Kongresowego, jak i na ziemiach dawnej właściwej Rosji, oraz też poza granicami cesarstwa. W r. 1862 otrzymał Seifman nominację na dyrektora szkoły weterynarii w Warszawie. W r. 1863 został on uczczony katedrą profesora w Instytucie politechnicznym i rolniczo-leśniczym. W r. 1874 zamianował rząd rosyjski Seifmana dyrektorem Instytutu weterynaryjnego w Kazaniu. W r. 1881 powołała go galicyjska Rada Szkolna na dyrektora Szkoły Weterynaryjnej we Lwowie.
Piotr Stefan Seifman osiadł wówczas na stale w Galicji ówczesnej, będącej jedynym azylem w onych czasach wolnego słowa i nauki polskiej i skończył swój żywot w Krakowie
w r. 1903.
Żonaty był z Emilą Dzierżyńską. Miał syna Stanisława Jana, chrzczonego w r. 1860.
WŁADYSŁAWOWA SERWATOWSKA
Władysław Serwatowski herbu Jastrzębiec, właściciel dóbr Jezierzany w powiecie podhajeckim, zaślubił w r. 1904, 50%-wą semitkę, Wandę, córkę Romana Longina kniazia Puzyny i Heleny z Brunickich (Brunsteinów ) (Borkowski, str. 165).
HRABINA STEFANIA SKARBKOWA
Hrabina Stefania Skarbkowa, żona hrabiego Jerzego, jest córką Adolfa Goldfedera, który w r. 1860 dzięki wygranemu losowi nagle się wzbogacił i otworzył w Warszawie Dom Bankowy, zlikwidowany dopiero w r. 1932. Adolf Goldfeder pozostał przez całe życie Żydem, tak samo też synowie, z których Bronisław był konsulem japońskim i członkiem zarządu Gminy Starozakonnych w Warszawie.
WIKTOR SKIWSKI
Wiktor Skiwski ur. w r. 1900 naczelnik wydziału prasowego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych jest synem Jana Skiwskiego (1867—1925) i Józefy Goldstand (1863— 1905) neofitki.
SŁONIMSCY
Chaim Zelig Słonimski był fenomenem samouka. Urodzony w r. 1810 w Białymstoku, w warunkach najgorszych pod względem możliwości oświatowych, zdołał uzyskać taką sumę wiedzy matematycznej, że mógł występować samodzielnie, a to z sukcesem na polu nauki.
Ogłosił on po hebrajsku moc rzeczy z zakresu nauk ścisłych: Podręcznik wyższej geometrii, (Musdej ha-chochma), podstawy kalendarza żydowskiego (Jesodej ha-Ibbur), podręcznik naukowy astronomii (Tholdoth ha-Szamajim). Pozatem wynalazł on maszynę do liczenia, za którą dostał w r. 1844 nagrodę Demidowa od Akademii Umiejętności w Petersburgu i ówczesny minister spraw wewnętrznych przyznał mu wówczas obywatelstwo honorowe. Żona Chaima Zeliga Słonimskiego była córką Abrahama Sterna, głośnego swego czasu członka Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie.
Zelig Słonimski zasłużył się też jako założyciel tygodnika hebrajskiego Hacefiry, który później został zamieniony w dziennik.
Zelig Słonimski miał syna Stanisława, lekarza, który już w dojrzałym wieku na stanowisku zmienił religię. Znany on był ze swego dowcipu.
Dynamikę duchową po dziadku oddziedziczył jego wnuk, Antoni. Linia biologiczna ta sama, chociaż wyznanie odmienne. Pisze wiersze, powieści, sztuki teatralne (Teatr w więzieniu, Wieża Babel, Murzyn Warszawski, Lekarz bezdomny i t. d .).
Lubował się dawniej szczególnie, w swych felietonach w różnych uszczypliwościach pod adresem Żydów. To kalanie własnego gniazda, z którego jego ród wyszedł, wcale mu nie dodawało chwały w oczach jego byłych współwyznawców, a u chrześcijan nie budziło dla niego ani krzty respektu i nie pomagało mu też w żaden sposob w kierunku emancypacji rasowej.
Słonimski opiewał Palestynę, którą odwiedził w latach dwudziestych tego stulecia, ale jako chrześcijanin. Kolonii żydowskich, budzącej się Izraelu, odrodzenia własnej starej rasy na odwiecznej glebie nie widział, nie zauważył.
Jednak wszelkie ofiary jego z własnego ja nie prowadziły do niczego. Dalej go uważają za Żyda. Odzywa się przeto w nim czasem żydowska przekora, dumna nostalgia za swym praźródłem, tęsknica zresztą rzadka nawet u wielu potomków Izraela, będących jeszcze Żydami pod względem wyznaniowym.
Znany jest jego wiersz:
„… Że z podróży dalekiej do ojczyzny płynę,
Że mnie przeklina język w którym tworzę
Smutno mi Boże
Że nikt mnie tutaj szyderczo nie pytał
O krew mą i dziadów, którymi się szczycę.”
Nostalgia za przodkami wyraża się też w wierszu innym znamiennym, pełnym poczucia kajania:
„Chociaż obraz dzieciństwa daleki
Przysłania mgła
Widzę Cię Ojcze i wiem
Że byłeś lepszym człowiekiem niż ja”
(Z dalekiej podróży).
W ostatnich latach, jego sztuki teatralne zahaczają często o tematykę rasową (Rodzina, Lekarz bezdomny).
W felietonach swych w Wiadomościach Literackich ujmuje się ostatnio czasem za Żydami, ale zawsze pod aspektem, jakoby chodziło nie o własną zagrodę, czyni to ze stanowiska prestyżu narodu polskiego „Nie można się jednak oprzeć smutnej refleksji, że jałowe burdy antysemickie, nie dające w Polsce żadnych pozytywnych korzyści, odbierają nam w znacznym stopniu zaufanie i sympatie Europy” (11/ V, 1937).
FRYDERYKA HRABINA SKÓRZEWSKA
Fryderyka hrabina Skórzewska, żona Zygmunta Skórzewskiego-Ogińskiego właściciela Łubiszyna, z domu Radziwiłłówna jest przez matkę swoją urodzoną Bernadaky, wnuczką Żydówki (zob. Radziwiłłowie).
JULIUSZ SŁOWACKI (po kqdzieli)
Salomea z Janiszewskich Słowacka
Adolf Nowaczyński twierdzi, że matka Juliusza Słowackiego pochodziła od Żydów przechrztów frankistowskich (Mocarstwo anonimowe str. 306).
Biografowie polscy wywodzą matkę Słowackiego z niezamożnej rodziny szlacheckiej, wspominają o niej jako o córce Teodora Januszewskiego, zarządcy dóbr licealnych w Krzemieńcu i Aleksandry z Dumanowskich (Polski Sł. Biogr. I. 393).
Janiszewskich wśród nazw rodzin frankistowskich nie spotykamy, jednak z tego nic nie wynika, albowiem, tylko część nazwisk tychże jest nam znaną. Było bardzo wiele rodzin frankistowskich, którym udało się ujść rejestracji publicznej. Rzecz ważniejsza, że żaden z heraldyków polskich, ani Boniecki (VIII 230), ani Uruski (V, 372), nie wspominają ani słówkiem o Słowackim, przy sposobności referowania o rodzie szlacheckim Januszewskich. Słowacki nie mógł w takim razie pochodzić po kądzieli ze szlachty tubylczej. Stanowisko Słowackiego w jego wierszach jest wyraźnie antyszlacheckie (Lilia Weneda, Do poety nieznanego, i t. d.).
Matkę poety wychwala Odyniec w swych Pamiętnikach, jako „młodą wyobraźnią, piękną, duszą, zachwycającą w rozmowie” (I, 130), ale nic nie powiada o genezie jej rodziny.
Skąd Nowaczyński ma swoją wiadomość o pochodzeniu żydowskim matki Słowackiego nie wiem, ale niewątpliwie nie mówi na wiatr. Jego nastawienie antyżydowskie, nie pozwalałoby mu snuć twierdzeń gołosłownych, mogących uchodzić za sprzyjające dziejowemu znaczeniu Izraela.
Analiza twórczości Słowackiego wykazuje pewne właściwości, zwroty i rysy, które zdają się potwierdzić tezę Nowaczyńskiego.
Tretiak powiada samorzutnie „Czy ten błyszczący Bóg szumiący Słowackiego miał coś wspólnego z chrześcijańskim pojęciem o Bogu? Nie… Podobniejszy był raczej do Jehowy Starego Zakonu, który trzymał naturę w podziwie i przestrachu, którego świetność zewnętrzną wielbił psalmista” (Józef Tretiak, Juliusz Słowacki, Kraków 1903, str. 211).
Jak mocno mówi Judyta w Księdzu Marku, poemacie zresztą nieprzyjaznym dla żydostwa:
„Jestem Izraelitanką
Mój Bóg… stał na wielkiej górze
Pośród dwunastu piorunów
W czarnej i ognistej chmurze
— I rozbłysł się za całe niebiosa,
Otóż ten Bóg teraz broni
Każdego mojego włosa
A pioruny trzyma w dłoni
Bóg Izraela i Judy,
Pioruny nad twoją skronią“.
Albo na innym miejscu tego samego poematu:
„… a czemu piorun głuchy,
taki jasny, a świat drżący? Bo to są rabinów duchy.
No — i ten trup się modlący,
co siedzi w ten c zas w bóźnicach,
przy wichrze i błyskawicach,
pod czarnym kahałów dachem
i z pacierzem i z rejwachem
i z płaczem aż do niebiosów
i z jękiem i zerwaniem włosów
i z żałobnymi słowy,
modlący się do Jehow ,
aby już zdjął z Izraela przekleństwo. — A gdy Jehowa
Piorunami wtenczas strzela
I sprawuje taki zamęt; To widać, że płacz i lament
Panu Bogu się podoba,
Że biednych Żydków żałoba
Pioruny te zapala .
W Księdzu Marku znajduje się zwrot wzięty wprost z języka potocznego Żydów polskich „będzie bity jak Aman” (Dzieła, wydanie Parylaka, Stanisławów, VI, 66). Język polski takiego porównania nie zna.
W Anhellim dominuje proza biblijna na wzór ksiąg pielgrzymstwa Mickiewicza, wyrosłych na analogicznym złożu rasowym. Styl Starego Zakonu mu się lepiej spodobał, aniżeli sekstyny i oktawy odziedziczone po narodach klasycznych.
W Królu Duchu przyświeca poecie ideał:
„Cudownie jakieś Lecha pokolenie,
Mające w sobie całe polskie słowo —
I moc i rózgę cudów Mojżeszową”.
(Pieśń I, XXIV).
Lecha pokolenie i moc mojżeszowa jako jedność syntetyczna!
Zasadnicza myśl Króla Ducha wzięta jest z nauki Jakuba Franka. Frank głosił „Chrystus wam wiadomy mówił, że przyszedł uwolnić świat z rąk szatańskich, lecz ja przyszedłem uwolnić go od wszelkich praw i ustaw, które dotąd były. Muszę ja wszystko zniszczyć, a wówczas się odkryje Bóg dobry” (II, 132). Z tym należy porównać następujące wiersze z Króla Ducha:
„… ja duch natchniony czekam
gwiazd, deszczów krawawych i znów za miecz chwytam.
I znowu cały świat wściekam” (Pieśń II, LIII).
„Poszedłem dalej i w męki wyborze,
Już nie mogąc straszniejszego stworzyć,
zacząłem łamać większe prawa Boże,
Myśląc naturę samą upokorzyć” (ib. LX).
„A tymczasem mię wielki Pan niebieski
ubierał w grozę i powagę“ (ib. LXI).
„żem wyzwał słońce Twoje i księżyce,
I meteorów ogniska i burze
I przeciw gniewom Twoim niósł przyłbicę” (ib. LXV),
„Co do mnie ja jestem bicz okropny Boży” (Pieśń III, XXXIV).
Ale gdy nadejdzie na niego kres i piorun rozerwie jego łono i w kurhanach tylko pozostanie pamiątka „Inny was anioł rozmiłuje w sobie”. Niby po zniszczeniu objawi się Bóg dobry w myśl sentencyj Franka.
Wpływ pierwiastku rasy matczynej u Słowackiego bardzo silny. Nie ma się czemu dziwić „Żaden z naszych poetów nie zespolił tak silnie swego imienia z imieniem matki i nie otaczał jej taką czcią religijną, jak Słowacki. W życiu żadnego z poetów świata, nie odegrała matka tak wielkiej roli i nie wywarła wpływu tak ogromnego, jak w życiu i poezji Słowackiego”. Matka Słowackiego na wzór różnych ex-Żydówek począwszy od Henrietty Herz w Berlinie, Arnsteinowej w Wiedniu i Marii Szymanowskiej w Petersburgu, aż do państwa Leów i Krausharów w Warszawie, prowadziła wielki salon, który skupiał całą elitę wileńską; przychodzili tam Mickiewicz i Odyniec. Matka była osobą niezwykle inteligentną i uczuciową, wiecznie rozmarzoną, „Pierwiastek marzycielski matki udzielił się jej dziecku i pozwolił mu wyczuć przedżywotną istność ducha. — Matka okazywała mu już od najwcześniejszej młodości ten niezapełniony świat widzialny w snach i marzeniach” (Kossowski, Wśród romantyków, Lwów 1912). Tradycję mistyki frankistów zapewne wchłonął Juliusz Słowacki, poprzez dominujący u niego wpływ matki, już z mlekiem w kolebce.
Juliusz Słowacki należał do niezliczonych Polaków-pisarzy, którzy mieli potrzebę zobaczyć dawną ojczyznę Żydów. Bawił on podczas swej podróży na Wschód, w Palestynie. Wrażenia z tej podróży utkwiły głęboko w jego duszy. W liście swoim z Livorna z dnia 10 lipca 1837, pisze on „W połowie stycznia odwiedziłem Jeruzalem. Serce moje jest jak źródło Syloe na dolinie Jozafatu, co trzy dni tylko wytryska, trzy dni przez które nie było wody, były okropne i trudne” (Listy, Warszawa 1932, str. 141).
GUSTAW ADOLF SONNENFELD
Gustaw Adolf Sonnenfeld, syn handlarza skór Hirszla Sonnenfelda, zmienił wyznanie w d udziestym roku życia, w roku 1857; wsławił się on później jako artysta muzyk, jako kompozytor muzyczny i dyrektor znakomitej orkiestry, dorobił muzykę do baletu „Pan Twardowski”, oraz do sztuki Szobera „Podróż po Warszawie”.
STEFAN SREBRNY
Stefan Srebrny z rodziny żydowskiej znanej w Królestwie, wyznawca chrystianizmu, ur. w r. 1890 jest wybitnym filologiem klasycznym. Wykładał on w Lublinie na uniwersytecie jako profesor od r. 1918 do 1923 i od 1923 roku jest on profesorem filologii klasycznej na uniwersytecie wileńskim.
Stefan Srebrny napisał cały szereg prac ściśle fachowych: Komedia attycka w piątym wieku przed C hr. (1924), Aischylos (1925), Wzory do literatury starożytnej greckiej (1928 —1929), Aluzje Arystofanesa (1928) i w. i.
STANISŁAW STROŃSKI
Synem matki wyznania mojżeszowego, która już jako dorosła osoba zmieniła religię przodków, (córką lekarza dra Lewiego z Niska w Małopolsce zachodniej) jest Stanisław Stroński (ur. w r. 1882), profesor języków romańskich na uniwersytecie krakowskim, znany polityk chrześcijańsko-narodowy, endek, który kilkakrotnie posłował, tak do sejmu dawnego galicyjskiego (1913), jak i do sejmu wskrzeszonego państwa polskiego (1922), dziennikarz, redaktor różnych periodyków (Rzeczpospolita, dwutygodnik 1909—1914, L’Indépendance Polonaise, dwutygodnik 1919, Rzeczypospolita, dziennik 1920—1924, Warszawianka, dziennik 1924— 1928).
Jako młody człowiek ogłosił on kilka prac w języku francuskim z zakresu filologii romańskiej, a to z działu poezji średniowiecznej Francji (Le troubadour Elias de Barjols 1906, Le troubadour Folquet de M arseille 1910). O Trubadurach pisał Stroński też w Museion r. 1913 (Trubadurzy w legendzie i rzeczywistości).
Stroński wydał ważną publikację tyczącą się polskiej polityki zagranicznej pierwszego dziesięciolecia: Recueil d‘etudes publiees par le groupe Parlamentaire Franco-P olonaise a Varsovie.
Stroński mimo swego światopoglądu endeckiego przedstawia typ polityka umiarkowanego, zrównoważonego, działającego z umiarem i rozsądkiem.
FRANCISZEK SOKAL
W r. 1888 przeszedł na wyznanie augsbursko-ewangelickie Emanuel Emil Sokal wraz z żoną Anną z Loewenthalów, córką dra filozofii Maurycego Loewenthala, oraz z dziećmi Marią, Franciszkiem i Henrykiem (Jeske-Choiński, str. 217).
Franciszek Sokal ur. w r. 1881 liczył w chwili chrztu lat siedem. Studiował po ukończeniu szkoły średniej na Politechnice w Warszawie.
Zaledwie ustąpili Moskale z Kongresówki w r. 1915, znalazł się Franciszek Sokal wśród pierwszych, którzy starali się kłaść podwaliny pod nowy porządek polityczno-społeczny w kraju. Od roku 1915 był Franciszek Sokal kierownikiem wydziału praw robotniczych przy komitecie obywatelskim w Warszawie, a od roku 1918 był on szefem sekcji ochrony pracy społecznej. W r. 1919 został Franciszek Sokal wysłany jako delegat rządu polskiego do Rady administracyjnej przy Lidze Narodów w Genewie, tak samo też na konferencję pokojową do Paryża.
Przez krótki czas od listopada 1924 do listopada 1925, był Franciszek ministrem Pracy i Opieki Społecznej w Polsce.
Od roku 1926 począwszy był Franciszek Sokal stałym delegatem rządu polskiego przy Lidze narodów. W czasie 14/I — 31/III 1932 był on kierownikiem polskiej delegacji w Genewie. Tegoż roku zmarł. Żonaty był z Marią z Wandów.
U mężów stanu i polityków pochodzących od Żydów, pióro teoretyka często towarzyszy lemieszowi praktyka przeorającego rzeczywistość, Franciszek Sokal też ogłosił drukiem kilka prac: Komisja pracy konferencji pokojowej w Paryżu r. 1919 (1920), Zagadnienie pracy w Lidze narodów (1925), Walka z bezrobociem na tle międzynarodowym (1931). Ubezpieczenia społeczne w Niemczech i w. i.
MARCIN SZARSKI
Z Feintuchów, kupców krakowskich w drugim pokoleniu pochodzi Marcin Szarski (ur. w r. 1868) znany ekonomista, autor kilku prac ze swego zakresu (Die Gründe des Preisfalles der Waren 1898, Kurs dewiz i ruch złota 1892, Polityka bankowa 1915, Waluta polska 1917, Bankowość polska 1929).
Marcin Szarski był początkowo urzędnikiem w austriackim Minsterstwie Skarbu, skąd mu minister Leon Biliński ułatwił przejście doo Banku Przemysłowego we Lwowie, przy czym na odchodnym jeszcze otrzymał tytuł radcy dworu. (Pamiętniki Bilińskiego, I 191, II 381). Dyrektoriat Banku Przemysłowego uzyskał Marcin Szarski w r. 1910. Szarski uzyskał również stanowisko prezesa Giełdy lwowskiej i prezesa Związku banków polskich. W senacie reprezentował przez szereg lat stronnictwo chrzescijańsko-narodowe od r. 1922 począwszy, później przeszedł do konserwatystów z BB.
SZEBEKO (po kądzieli)
Ignacy Szebeko (ur. w r. I860) prokurator sądowy w Permie, potem adwokat w Warszawie, który był w latach 1906—1912 posłem do Dumy pierwszej i drugiej i po odbudowie Polski był jej pierwszym nadzwyczajnym posłem i ministrem pełnomocnym w Berlinie, był żonaty z Felicją Rotwand (1865—1934) córką Leona Rotwanda (brata Stanisława) i Marii Anny z Rotwandów (późniejszej Stanisławowej Rotwandowej) i dzięki teściostwu stał się wspólwłaścicielem Banku Zachodniego, dawniej Wawelberga.
Synem z tego małżeństwa jest Witold Szebeko żonaty z hr. Tyszkiewiczówną z Kowna, siostrą hrabiny Ryszczewskiej (zob.).
SZYMANOWSCY
Nazwisko Szymanowskich napotykamy wśród Frankistów parokrotnie. Franciszek Szymanowski z Buska miał lat 48 (Kraushar I, 348), Jakub Szymanowski (I, 351) Marianna, córka Jana Szymanowskiego z Buska lat 17 (I, 367), Wincenty Szymanowski (I, 334). Róża Szymanowska, żona Jakuba Szymanowskiego z Lanckorony (I, 369).
Franciszek Szymanowski należał w Brnie do ściślejszej gwardii Franka. Karetę Franka poprzedzało dwóch laufrów, a na ich czele pędził zazwyczaj Franciszek Szymanowski w polskiej sukni, trzymając karabin wystawiony w ręku (II 11, 35).
Józef Szymanowski
Józef Szymanowski frankista, dzierżawca dóbr otwockich pod Warszawą, był primo voto żonaty ze słynną pianistką Marią z Wołowskich, z którego małżeństwa pochodziła Celina Mickiewiczowa (zob.) i Helena Malewska (zob.), oraz syn Romuald, który studiował w Instytucie dróg i mostów i zmarł w r. 1840 jako oficer na Kaukazie.
Po rozejściu się z Marią z Wołowskich, zaślubił Józef Szymanowski Elżbietę z Młodzianowskich. Jakiego pochodzenia byli ci Młodzianowscy niewiadomo mi. Byli też neofici o tym nazwisku. W r. 1825 przyjęła w Warszawie wyznanie rzymsko-katolickie Młodzianowska Ludwika (Jeske-Choiński, str. 154). Możliwe, że poza Warszawą istnieli jeszcze inni nowochrzczeńcy Młodzianowscy. Prawdą jest, że istnieje też stara rodzina szlachecka Młodzianowskich, ale ci tutaj nie wchodzą wcale w rachubę. W artykule o rodzinie Młodzianowskich — szlachty u Uruskiego (XI 361—164) nie ma najmniejszej wzmianki, jakoby córka z tej rodziny wyszła za Szymanowskiego.
Z tego związku pochodziły: Zofia Szymanowska, znakomita utalentowana malarka, żona poety-rzeźbiarza „lirnika mazowieckiego“ Teofila Lenartowicza, Aniela, żona Jana Nepomucena Leszczyńskiego, wychowawcy młodzieży, Leon Szymanowski, właściciel dóbr ziemskich (Tygodnik Ilustrowany r. 1872, str. 167) (zob. Lenartowicz).
Józef Szymanowski był zagorzałym amatorem gospodarki rolnej i koni; nie posiadał usposobienia odpowiedniego do zgodnego współżycia z pierwszą swoją żoną Marią z Wołowskich, osobą o wielkiej kulturze, głośną swego czasu pianistką. Chciał ją koniecznie oswoić ze wsią i gospodarstwem rolnym i bez żadnej myśli np. kazał do łóżka żony, leżącej w połogu przyprowadzić źrebca, żeby się nim przed żoną popisać. Rozwiedli się przeto i Maria Szymanowska wzięła na siebie wychowanie dzieci.
Maria Szym anowska
Do najmłodszych dzieci Franciszka i Barbary Wołowskich (zob.), ze znanej rodziny frankistowskiej, należała Maria Agata, zamężna za Józefem Szymanowskim (ur. w r. 1790). Uskała ona swego czasu rozgłos europejski jako pianistka; poza tym pisała też utwory własne Exercices et Préludes, Romanse, Serenady, które cieszyły się chlubnym uznaniem u współczesnych. „Gra jej była pełna ekspresji i czucia“. Morawski w swych Pamiętnikach pisze: „Widziałem i słyszałem wielu najpierwszych w Europie artystów, ale rzadko spotkałem się w równie jasnym i delikatnym pojęciu każdego wyższego melodyjnego odcienia” (str. 159).
Maria Szymanowska kształciła się pod kierownictwem Johna Fielda, znakomitego angielskiego kompozytora i pianisty (1782—1837), który od r. 1820 osiadł na stałe w Moskwie. W latach 1815—1828 odbyła Maria Szymanowska kilka artystycznych podróży po Europie, występując z wielkim sukcesem na koncertach w Lipsku, Hamburgu, Paryżu i Londynie. Za chwyt tłumów był nie do opisania dla jej muzycznych wyczynów. Noszono ją na rękach. Monarchowie, książęta, dyplomaci, wodzowie, muzycy, wszystko co żyło wówczas, otaczało ją wielce pochlebnym hołdem uwielbienia. Od księcia Cambridge, brata angielskiego króla Jerzego IV, dostała wówczas album w bogatej, drogimi kamieniami ozdobionej, oprawie.
Maria Szymanowska była osobą bardzo piękną. Jej portret został zamieszczony w Tyg. Ilustr. r. 1872, str. 176.
Korzyli się przed nią również największe umysły, nie mając dość pochwał dla jej czaru osobistego i jej gry. Sam wielki mistrz poezji z Weimaru, Olimpijczyk Johann Wolfgang Goethe napisat na jej cześć ładny wierszyk, pełen entuzjazmu dla jej wielkiego talentu:
„… Da schwebt hervor Musik mit Engelsschwingen
Verflicht zu Milionem Töne und Töne ,
Des Menschen Wesen durch und durch zu dringen
Zu überfüllen ihn mit ewiger Schöne,
Das Auge netzt sich , fühlt in höhern Sehnen,
Den Götterwert der Töne wie der Tränen.”
Morawski w swych Pamiętnikach wspomina o zachwycie Goethego dla Marii Szymanowskiej „Goethe, stary Goethe pomimo wiadomej dumy, zarozumiałości, oschłości i suchości, z jakimi w ostatnim okresie długiego życia swego, cudzoziemców przyjmował, — tak nią sobie głowę zawrócił, że wszędzie czy u wód, czy w Weimarze, gdzie się tylko z sobą spotkali, już nieodstępnym był towarzyszem”. Goehte pozostawał z nią w częstej korespondencji (str. 163). Maria Szymanowska była osobą bardzo wykształconą i obeznaną była z całą piękną literaturą. Władała swobodnie językiem angielskim, niemieckim, francuskim i włoskim.
Gdy w r. 1827 Polacy mieszkający w Moskwie dowiedzieli się o jej przybyciu przywitali „artystkę rodaczkę“ z zapałem. Władca Olimpu polskiego, Adam Mickiewicz, w podobny sposób jak Goethe, wyśpiewał na jej cześć śliczny maleńki pean:
„Na jakimkolwiek świata zabłysnęłaś końcu,
Tobie wieszcze jak gwebry indyjskiemu słońcu
Chylą czoła wieńczone w nieśmiertelności
I harf tysiącem twoje opiewają przyjście.”
Pobyt jej w Wilnie opisuje szczegółowo w swych Pamiętnikach ks. Puzynina.
W r. 1828 Maria Szymanowska, frankistką czystej krwi, została zamianowaną pianistką nadworną cesarzowej Katarzyny i powierzono jej naukę muzyki jedną z wielkich księżniczek. Wskutek tej nominacji osiedliła się ona w Petersburgu, gdzie pozostała aż do swej śmierci w r. 1832.
W stołecznym mieście Wszech-Rosji prowadziła Szymanowska wielki dom. W jej salonie spotykało się książąt rosyjskich, posłów zagranicznych (Stanów Zjednoczonych, Szwecji, Bawarii, Francji, Holandii) ministrów, wysoką arystokrację polską. Bywała u niej Szyszakowa, zaprzyjaźniona z nią żona ministra oświaty. Bawili u niej też regularnie przejezdni Polacy, o czym opowiada wcale szeroko Odyniec w swych Pamiętnikach (I 45) . W jej salonie w Petersburgu przypominającym kubek w kubek salony w spółczesnych Żydówek czy neofitek w Berlinie i Wiedniu (Grätz XI 139—161) był Adam Mickiewicz stałym gościem podczas swego pobytu w stolicy nad Newą, dokąd przychodził wraz ze swym kolegą Maliszewskim, synem rektora uniwersytetu wileńskiego. Obaj zaślubili później, już po jej śmierci, jej córki.
Polacy byli dumni z Marii Szymanowskiej, wspomniany już powyżej Morawski pisze w swych wspomnieniach „Polak nie mógł się nie cieszyć i w słuszną nie uróść dumę, widząc że Bóg nam dał tak niepospolitą rodaczkę. Nie można było nie mieć dla niej od razu tej przychylności, przyjaźni, szacunku, uszanowania, na jakie i talentem i rozumem i t. d., — na koniec oddawaniem się dla rodaków zasługiwała. Dom jej stał zawsze otworem dla tych wszystkich Polaków, którzy wyższym wykształceniem i konduitą warci byli tego zaszczytu. Nie anonsowano ich nigdy, wchodzili do wielkiego salonu jak krewni, jak bracia” (Morawski str. 145).
Bliższe poznanie się Mickiewicza z głośną mistrzynią fortepianu i orędowniczką Polaków na terenie rosyjskim w Moskwie a później w Petersburgu miało dla niego ogromne znaczenie życiowe.
Frankistka Maria Szymanowska dała Mickiewiczowi, poecie nieznanemu jeszcze wówczas w zachodniej Europie listy polecające, które wszędzie pootwierały mu podwoje do najbardziej ekskluzywnych domów.
Goethe przywitał wielkiego Adama jako przyjaciela Szymanowskiej: II m‘est tres agréable de voir les amis de Mme Szymanowska, qui m‘a honoré aussi de son amitié — jest mi rzeczą przyjemną zobaczyć przyjaciół pani Szymanowskiej, która mnie zaszczyca również swoją przyjaźnią. Szymanowska w tej mierze szła na rękę Mickiewiczowi u Goethego, że z góry posłała genialnemu poecie tłumaczenie niemieckie Wallenroda, a to w tym celu, aby ten wiedział co za wybitny człowiek go odwiedza (Odyniec I 154).
Adam Mickiewicz miał słowa pełne uznania na pomoc użyczoną mu przez panią Szymanowską, dzięki jej pism polecających. W swym Iiście do Maliszewskiego z dnia 15 marca 1829 wspomina Mickiewicz o pożytku rekomendacji Szymanowskiej: Listy pani Szymanowskiej wszędzie najmilej przyjmowane i wszyscy o nią się dopytują z interesem i t. d. W Berlinie poznałem Mendelsonów i bywałem u nich, kazali mi się kłaniać pani Szymanowskiej (Pisma III, 332).
We Florencji posłem rosyjskim w okresie podróży Mickiewicza po półwyspie apenińskim, był książę Gorczakow, przyjaciel Puszkina, dawna londyńska znajomość Marii Szymanowskiej. Szymanowska poinformowała o tej znajomości Mickiewicza w jednym ze swych listów do niego „proszę go koniecznie widzieć i powiedzieć, że się pamięci przypominam”. Gorczakow otworzył swe salony arystokratyczne Mickiewiczowi. Dzięki poznaniu Gorczakowa, mógł Mickiewicz się pokazać na świetnym balu wydanym przez księcia Bacciochi, szwagra cesarza Napoleona (Władysław Mickiewicz, Żywot Adama Mickiewicza II, 60).
O serdecznym stosunku Adama Mickiewicza do Szymanowskiej świadczą listy jego, pełne humoru, pisane do niej z podróży (Pisma III 320, 323, 329, 334).
Podczas swej podróży uważał Mickiewicz za wskazane, zapoznać się też przy tej okazji z Łabęckimi, krewnymi Szymanowskiej, pochodzącymi rzecz naturalna, również z rodzin frankistowskich.
Generał Józef Szymanowski
Ze Szymanowskich - frankistów pochodził też generał Józef Szymanowski (1770—1867); dzielny żołnierz napoleoński, zasłużony uczestnik powstania listopadowego.
Generał Józef Szymanowski był stryjaszkiem Zofii z Szymanowskich - Lenartowiczowej, gdy ona się zaręczyła z Lenartowiczem, przesłał tenże jej błogosławieństwo (Biegeleisen, Żona poety str. 15, 16).
Józef Szymanowski był niewątpliwie bratem dziadka Zofii Szymanowskiej, albowiem jej ojciec również się nazywał Józef i dwaj bracia przecież nie mogli nosić tego samego imienia.
Stanisław Schnür-Pepłowski w przedmowie do Pamiętników jenerała Józefa Szymanowskiego (Lwów 1898) wywodzi tegoż od rdzennej szlachty polskiej i podaje go za syna Dominika, rejenta metryki koronnej, wnuka Macieja Michała Szymanowskiego, kasztelana rawskiego, który „senatorską godnością dodał blasku swemu rodowi“. Jest to wyraźne qui pro quo, podszywanie kogoś pod obcą genealogię, bujanie niewiadomo czyjego wymysłu, które miało służyć do zacierania śladów pochodzenia, analogię do tego możemy stwierdzić w rodowodach skombinowanych Powidzkich, czy też marszałka Wojciecha Jakubowskiego. Zakonspirowanie rodowodowe byłoby może też w tym wypadku w zupełności się udało w oczach potomności, gdyby nie przypadkowe świadectwo współczesne wspomniane wyżej o stosunku pokrewieństwa generała Szymanowskiego do Zofii Szymanowskiej, której frankistowska parantela ogólnie znana i jasna i nie ulega ani cieniowi dyskusji.
Józef Szymanowski prowadził żywot przykładnego wojownika zasługującego na pamięć, pochodził on z majątku rodzinnego Grądy pod Warszawą i uczestniczył już jako młody chłopak piętnastoletni w kampanii z r. 1794. W armii Napoleona widzimy go od r. 1806, gdzie przydzielony jako adiutant do marszałka Davoust‘a, zwrócił na siebie uwagę cesarza. Był też w roku 1808 w ogniu pod Aspern i Wagram, gdzie otrzymał krzyż kawalerski legii honorowej. W r. 1810 w stopniu grosmajora powrócił do Księstwa Warszawskiego. Stopień grosmajora był pośredni pomiędzy szefem batalionu a pułkownikiem. W tym charakterze brał Józef Szymanowski udział w wyprawie na Moskwę. Pod Berezyną dowodził on garstką niedobitków, jaka została z drugiego pułku piechoty. A po tym nieszczęsnym odwrocie wielkiego cesarza z tą garstką zdołał ocalić pod Oliwą park polskiej artylerii, zagrożony przez ścigające kolumny rosyjskie. Po bitwie pod Lipskiem, w której to batalii nie ustąpił z pola walki, mimo dwóch odniesionych ran, otrzymał wysokie odznaczenie francuskie.
Jako jeden z czołowych przedstawicieli wojska polskiego Szymanowski po abdykacji Napoleona udał się wraz z twórcą legionów Dąbrowskim, do przebywającego w Paryżu cara Aleksandra, dopraszając się u niego pozwolenia na powrót do armii polskiej, która walczyła pod wielkim imperatorem Francji, chciał wrócić do ojczyzny z bronią w ręku i honorami wojskowymi.
Józef Szymanowski był człowiekiem z charakterem. Gdy jeszcze przed utworzeniem Królestwa Kongresowego, car zamianował go swoim adiutantem, wyraził wprawdzie podziękowanie z powodu niespodziewanej łaski, równocześnie jednak oświadczył, że nie może z tej nominacji skorzystać „dopóki nie zostanie uwolniony od przysięgi wierności, złożonej królowi saskiemu, jako księciu warszawskiemu“.
Przy organizacji armii królestwa Polskiego Szymanowski zamianowany został dowódcą pułku strzelców pieszych gwardii. W r. 1818 zaś, ze względów zdrowotnych podał się do dymisji.
Gdy zagrzmiała trąbka powstania listopadowego, Józef Szymanowski aczkolwiek już dawno był przekroczył pięćdziesiątkę zgłosił się do służby polowej i dnia 15 stycznia 1831 został przez Komisję Rządową zamianowany dowódcą pułku pierwszego województwa mazowieckiego. W rozkazie naczelnego wodza do generała Krukowieckiego z dnia 14 lutego 1831 roku czytamy, że tenże ma się udać ku Białołęce z dwiema brygadami, oraz też z „batalionem kosynierów pułkownika Józefa Szymanowskiego”. W armii zajmował stanowisko poważne; jego zdanie ceniono. Dnia 15 lutego 1831 wystosował Józef Szymanowski list do generała Krukowieckiego, w którym zawiadamia go o dymisji dyktatora Chłopickiego i wzywa go „per ty”, aby się ogłosił wodzem (Ojczyzna nie tyle potrzebuje dyktatora, jak głównie komenderującego. W obecnej chwili Ty jeden godzien jesteś i możesz nas wyrwać z niebezpieczeństwa) (Karol Forster, Powstanie narodu polskiego, Berlin 1873, II 20, poparty papierami generała H. Krukowieckiego).
Tężyzna bojowa Józefa Szymanowskiego zajaśniała pod Szawłami. Działo się wówczas, gdy Giełgudowi upływał drogi czas, na nominowaniu rządu centralnego na Litwie i Żmudzi, Szymanowski tymczasem pomaszerował na Żmudź i dnia 31 czerwca stanął w Rosieniach, gdzie szybko skupił około siebie 2000 powstańców. Powstańcy wraz z wojskiem chlubnie rozprawili się z Moskalami. Wprawdzie batalia się nie udała, jednak „pułkownik Szymanowski złożył dowody szczytnego męstwa”. Trudno było więcej wykazać osobistej odwagi. Płaszcz jego był podziurawiony od kul.
W sprawozdaniu wodza Rządowi Narodowemu dnia 1 lipca 1833 r. dowiadujemy się o dalszej chwalebnej działalności Szymanowskiego na polu walki: „pułk dziewiętnasty piechoty, prowadzony przez swego mężnego dowódcę pułkownika Szymanowskiego, poszedł śmiało na most dotąd przez nieprzyjaciela broniony działowymi strzałami z prawej i lewej strony”. Za pomocą dwóch batalionów odniósł on wówczas sukces nad siedmiotysięcznym korpusem Sackena pod Rajgrodem.
Józef Szymanowski, zaawansował na generała. W sprawozdaniu oficjalnym z dnia 2 lipca 1831 r. wspomniany on już jest jako generał. Formalna nominacja na generała brygady nastąpiła dopiero po przybyciu do Pragi.
Dnia 20 lipca 1831 otrzymał Józef Szymanowski w myśl uchwały Rady Wojennej polecenie, aby wybrał w Warszawie punkty w celu obserwowania ruchu nieprzyjacielskiego.
Generał Józef Szymanowski po powstaniu przeniósł się do Rzymu, gdzie okazywał niezwykłą żarliwość religijną. Rzecz znamienna częstokroć dla neofitów. Ksiądz Kajsiewicz, który gościł u Szymanowskiego w Ischii opisuje w liście do Jana Koźmiana (z listopada 1839) nastrój religijny pełen umartwień, który panował w domu u Szymanowskiego. Józef Szymanowski ożenił się z Matyldą z Poniatowskich z Ukrainy, ze starszej linii tego domu. Córkom udzielał ksiądz Semeński lekcji historii polskiej.
Generał Szymanowski nawiązał w Rzymie stosunki z kardynałami i arystokracją miejscową i zdołał nawet uzyskać zaufanie papieża Piusa IX , któremu też towarzyszył podczas rewolucji roku 1848, do Gaety. Stary generał polski pełnił służbę narodowego gwardzisty u następcy św. Piotra na ucieczce przed rozruchami. Papież po powrocie do Rzymu o tym nie zapomniał i jak pisze ks. Kajsiewicz: o co prosił Szymanowski odtąd, pewien był, że to otrzyma i kogokolwiek polecił spośród Polaków, był pewien, że zostanie przyjętym. Nie raz zatrzymywał się papież na ulicy, aby dać staremu wojownikowi ręce do ucałowania. „Dla przejezdnych Polaków był Szymanowski doradcą i jakby konsulem i wspierał ile mógł z własnej kieszeni”.
Generał Szymanowski z frankistów był dla rdzennych chrześcijan włoskich wzorem pobożności. Lud rzymski znał go, jako stałego bywalca kościołów, codziennie nawiedział kościół świętego Klaudiusza, w pobliżu którego mieszkał, widywano go często na procesjach. Szczególną życzliwością otaczał on Zgromadzenie O. O. Zmartwychwstańców.
W swych Pamiętnikach (str. 83) wspomina Szymanowski „widocznie była nade mną opieka Matki Przenajświętszej, w której wówczas i potem najszczerszą pokładałem ufność, w każdym ważniejszym życia mego zdarzeniu”.
Zakonspirowany jako rdzenny chrześcijanin Józef Szymanowski Żydów ignorował, nie wspomina o nich w swych Pamiętnikach prawie, a jeśli tak, to w sensie wątpliwym. „Żydki nasze dla spekulacji wykupywali monetę polską, jakoteż francuską w zamian za pruską monetę zdawkową, której przeważna część była fałszywą (str. 43). Poza tym nie istnieli dla niego przedstawiciele onej społeczności, z którą łączyły go przecież węzły krwi.
Józef Szymanowski odznaczał się współczującym sercem, znamienną dla potomków Izraela litością, ale nie objawiał jej w stosunku do Żydów. Nigdzie w jego Pamiętnikach słowa dobrego o cierpiących wyznawcach Starego Zakonu. Okazywał swoją pomoc chętnie, gdy chodziło o chrześcijan. Opowiada on w swych Pamiętnikach wspomnianych już wyżej, jak ocalił od śmierci skazanego przez Davoust‘a na powieszenie pocztyliona austriackiego, ojca sześciorga dzieci, niewinnie posądzonego o szpiegostwo (str. 70).
Generał Józef Szymanowski po trzydziestoletnim pobycie w Rzymie papieskim zmarł 15 stycznia 1867 na rękach księdza Kajsiewicza. Zwłoki jego spoczęły w sklepach świątyni Santa Maria sopra la Minerva. Osservatore Romano, organ Watykanu nazwał go w wspomnieniu pośmiertnym „najwierniejszym i najbardziej przywiązanym do Ojca Świętego synem, oraz przedstawicielem honoru polskiego”.
(Schnür-Pepłowski l. c., Źródła do dziejów wojny polsko-rosyjskiej 1830—1831, wydał Bronisław Pawłowski, Warszawa 1831, I, 173, 412, III, 290, IV , Stefan Barzykowski, Historia powstania listopadowego, Poznań 1882, IV 244, 290).
Wacław Szymanowski
Z Szymanowskich-frankistów pochodził Wacław Szymanowski. Był on „z rodziny semickiej” jak to pisze Korbut (III 521); matka jego Anna Zawadzka była również frankistowskiej proweniencji. Sam ożenił się z frankistką Michaliną Naimską. Urodzony w r. 1821, był Wacław Szymanowski począwszy od r. 1848 redaktorem Kuriera Warszawskiego, aż do śmierci swej w r. 1866. Poza tym pracował on jako stały współpracownik Tygodnika Ilustrowanego od czasu jego założenia oraz Wędrowca i Bluszcza i t. d. Szymanowski zasłużył się jako beletrysta i poeta, ogłosił wiersze i dramaty, komedie, gawędy i satyry. Krytyka literacka wyraża się o jego działalności pisarskiej w sposób następujący: „W utworach swoich prozą, odznaczał się nieraz dowcipem, humorem i talentem spostrzegawczym, w swych płodach wierszowanych tak oryginalnych jak i tłumaczonych okazał dużo zdolności, mając łatwość w wierszowaniu, a często i natchnienie poetyckie”. Na polu dramatycznym wystąpił z kilku sztukami (Salomon, Sędziwój), grane z powodzeniem w Warszawie, Wilnie, Lwowie, Krakowie i Poznaniu. Komedia jego p. t. Dzieje serca, uzyskała nagrodę konkursową, posiada wiele życia i zaleca się pięknością wiersza i języka. Najważniejsze jego publikacje literackie są: Ludwisarze (1855), Ostatnie chwile Kopernika, obraz dramatyczny (1855), Salomon, dramat z 16 wieku w trzech aktach wierszem, Michał Sędziwój, dramat w pięciu aktach i t. d. Zbiorowe wydanie dzieł Wacława Szymanowskiego ukazało się w 5 tomach w Warszawie w r. 1883.
Współcześni podkreślali jako jedną z najwybitniejszych zalet pióra Wacława Szymanowskiego „nadzwyczajną czystość języka ojczystego, którym znakomicie władał. Wśród dzisiejszych literatów dziennikarzy, tak często zaśmiecających język ojczysty naleciałościami z obcych języków, rzadko który posiada przymiot tak cenny“. (A. Półkozic, Kłosy, XLIV, 31). Wacław Szymanowski był przy tym samoukiem bez systematycznego wykształcenia.
Będąc romantykiem należał Wacław Szymanowski do zastępu idealistów starego typu i był ongiś w latach 1845—1865 głośnym ze swej walki z „nowatorstwem i kosmopolityzmem” (Kłosy XVIII, 417). Prowadził walkę przeciw Margr. Wielopolskiemu, który spowodował internowanie go w Brześciu.
Jako człowiek należał Wacław Szymanowski do najlepszych sercem, jakich kiedykolwiek się spotyka w życiu, z nieschodzącym uśmiechem dobrotliwym z ust, był zawsze gotów pomagać, służyć, radzić wszystkim (Kraushar, Neocyganeria, str. 22). Obdarzony błyskotliwym dowcipem, zawsze gotowy pomóc początkującym literatom, pełen wesołości, która łatwo udziela się otoczeniu, Szymanowski był najbardziej czarującym towarzyszem podróży, jakiego można sobie wymarzyć. Niewyczerpany zasób anegdot, którym rozporządzał, rozśmieszał uczestników kongresu międzynarodowego Stowarzyszenia Literatów, który się swego czasu odbył w Warszawie (Władysław Mickiewicz, Pamiętniki, III, 177).
Wacława Szymanowskiego interesowała też tematyka żydowska. Do tej dziedziny należą jego w r. 1855 ogłoszone szkice z życia warszawskiego p. t. Lichwiarze, oraz drukowany w roku 1856 dramat z 16 wieku w trzech aktach p.t. Salomon.
Są to rzeczy, które różnią się pomiędzy sobą znacznie co do swojej wartości literackiej, napięcia artystycznego, smaku i w ogóle całej skali pisarskich walorów. Wspólnym jednak jest obu tym publikacjom kierunek antyżydowski, wyrażający się w różnym stopniu i nasileniu.
„Lichwiarze” to nędzny pamflet w stylu żydożerczych piśmideł brukowego gatunku. Autor przedrzeźnia tutaj złą polszczyznę Żydów staroświeckich, reprodukując przekręcone w yrazy, kaleczone słownictwo (str. 75, 111). Żyd przyswajając sobie kulturę europejską się „cybulizuje” (cywilizuje) (str. 92). Z zamiłowaniem kreśli tutaj Szymanowski rozwój Żyda lichwiarza. Najpierw pokazuje nam Żyda-biedaka, żyjącego w pierwszym stadium swej działalności finansowej w biedzie, mieszcząc się z rodziną w najnędzniejszej izdebce, brudnej, zasmolonej, cuchnącej. Po kilku latach niewybrednych machinacyj, widzimy drugi akt. Żyd doszedłszy do pewnej zamożności przedstawia się już inaczej, lokuje się w trochę większym pomieszczeniu, żywi się nieco lepiej, dostojniej, ubiera się schludniej, żona porzuca strój właściwy Żydówkom i stać go już na większe interesa, przynoszące duży zysk; teraz nadchodzi trzeci akt, epoka nowa, gdzie z chudziny w wytartym łapserdaku zrobił się magnat mieszkający na pierwszym piętrze, otoczony zbytkami, mający własny ekwipaż, ubierający się podług ostatniej mody, nie chcący pamiętać o przeszłości swej (str. 91—94).
Pamflet swój krasi Szymanowski w dodatku szeregiem złośliwych aluzyj do współczesnych stosunków, do ludzi którzy onego czasu zajmowali w życiu gospodarczym Królestwa, w przemyśle, bankowości wybitne stanowiska i jedynym ich grzechem było wyznanie. Znajduje się pozatem w „Lichwiarzach” Szymanowskiego, moc porównań i soczystych wyrażeń, wziętych wprost z arsenału ksenofobii pospolitej, rynsztokowej.
Wacław Szymanoski złożył hołd w ulgarnemu antyjudaizmowi, aby uzyskać pełne obywatelstwo w oczach tych wszystkich, którzy dokładnie znali i pamiętali jego pochodzenie. Była to robota rozumowa. Przez szpary i luki spogląda jednak inna świadomość, stłumiona, duszona, która się jednak rwie i pragnie wydostać i wołać: to nie prawda, ogół żydowski wcale się nie składa z lichwiarzy, ogół to ludzie pracy, harujący w warsztatach, sklepach i biurach. Ludzie żyjący z lichwy to u Żydów rzadkie jednostki. Ich typu nie wolno generalizować i u Polaków-chrześcijan nie rzadko jednostki uprawiają lichwę.
Uwagi po linii odwrotnej, korygujące jednostronność zaślepioną, schematyczną, napotkać można w szkicach powyższych Szymanowskiego, kilkakrotnie rzucanych mimochodem, chociaż ogólny ton nastawiony jest na fakt, jakoby ogół żydowski składał się z niekulturalnych rozleni ionych trutniów, którzy nie sieję i nie orzą i żyją tylko z cudzej krwawicy.
Na stronicy 57 książki tej znajduje się uwaga en passant „smutno mi wyznać, że pożyczających na fanty tyle jest prawie chrześcijan ile starozakonnych“. Na str. 69 powiada z żalem Szymanowski, że „pomiędzy wekslowymi korsarzami …bergów, …manów, …sonów i t. d. „niestety nie jedno …ski się zabłąkało”.
A jak wielka jest liczba tych lichwiarzy Żydów, których obraz zastraszający malowany z takim rozmachem i szczegółowym opisem „Owych lichwiarzy maestrów nie jest tak wielu
jakby się zdawać mogło. Warszawa liczy ich zaledwie dwudziestu i wszyscy są doskonale znani” (str. 214). A więc dla dwudziestu szkodników całe społeczeństwo żydowskie ma być szkalowane? Czy to słuszne?
Szymanowski zapomina się raz i śpiewa nawet w tych szkicach pean na cześć Żydów: „Nie ma oszczędniejszej klasy ludności, niż Żydzi. Rzadko spotkasz pomiędzy nimi pijaka, hulakę. Robotnikowi katolickiemu bardzo trudno dorobić się chociaż najdrobniejszej kwoty zapasu pieniężnego, bo każdodniowy zarobek pójdzie na jedzenie, lub wódkę, lub na sprawunek, jeżeli robotnik porządniejszy trochę. Biedny Żyd nieraz zarabiając stosunkowo mniej daleko i kontentując się jak najlichszym zarobkiem, potrafi jeszcze oszczędzić sobie pewną kwotę pieniędzy, którą obrotnym przemysłem powiększa. Obywa on się Bóg wie czym, sypia na barłogu, jada suchy kawałek chleba i parę cebul dziennie, chodzi przez całe lata bezwzględu na porę roku w jednym łapserdaku i jednej czapce, dopóki ów mizerny ubiór z ciała odpadnie. Dopiero, gdy Żyd zarobi już sobie z jakie tysiące, to jak sam twierdzi, pieniądze odzywają się do niego: Ty siądź a my będziemy robili za ciebie”.
Dwie dusze walczyły ze sobą w sercu Szymanowskiego.
II
O wiele wyższe walory, aniżeli „Lichwiarze” przedstawia dramat Szymanowskiego p. t. Salomon. Jest to utwór pod względem literackim znakomity, wartościowy pod względem problematyki, stylu i znajomości tła wcale nie powierzchowny. Kreślony tutaj wizerunek kabalisty żydowskiego, żyjącego w 16 wieku w Krakowie. Córka jego pragnie przejść na chrześcijaństwo z miłości ku chrześcijaninowi, narzeczony Żyd, adept kabały przebija jej za to serce sztyletem .
Ale i tutaj stwierdzamy dwoistość, z jednej strony poniżanie judaizmu. Motyw zabójstwa z miłości jest objawem nie związany z żadną religią, narodem, czy rasą. Szymanowski wprowadza jednak tutaj tony jeszcze i innego autoramentu. Córka kabalisty pragnie się stać chrześcijanką; ona ze względów ideowych uznaje wyższość Boga miłości. Pyta się Ruben oną kandydatkę na chrzest:
„… czegóż uczy to w yznanie nowe,
Żeś ty dla niego jak próżną marę,
Rzuciła święte prawo Mojżeszowe?">
Na to ona odpowiada:
„Wierzyć przez miłość i kochać przez wiarę,
Bóg co bojaźnią między wami gości,
Któremu trwożni stawiacie ołtarze,
Co dla was niszczy, przeraża i karze,
Ten Bóg dla chrześcijan jest Bogiem miłości,
On krwawychych ofiar dla siebie nie bierze,
Ołtarz ma w sercu, a świątynię w piersi“.
Dramat Szymanowskiego kulminuje formalnie w chwalbie chrześcijaństwie i zniesławieniu treści wiary Izraela. Znajdujemy jednak i dodatnie słowa o judaizmie: o narodzie żydowskim, wielką ilość wierszy, które są wyrwane z serca czującego Żyda. Szymanowski, syn frankistów-kabalistów, nie mógł się oderwać mimo swej rozumowej, celowej pracy do naturalnego pnia, zakorzenionego w głębi jego jestestwa, poza górną warstwą świadomości innego rodzaju.
Salomon kabalista-bogacz powiada do Polaka Janiny:
„Żyd jak w skorupie, w swym mieniu się chowa,
Jemu utartym iść nie wolno torem,
Bo świata zewsząd zamknięte dlań wrota.
Odosobniony szukać musi złota,
Bo mu przez to świat stoi otworem“ (str. 18)
A gdy słyszy od tego chrześcijanina entuzjastyczny opis Włoch, głosi on Żyd-tułacz chwałę swej ojczyzny dawnej, skąd przodkowie jego zostali ongiś wygnani:
„Dawnymi czasy, na Wschodzie, daleko,
Był kraj piękniejszy, żyzniejszy, szczęśliwszy.
Co Stwórca przodkom pobłogosławiwszy,
Naszym, ojcowską przekazał opieką.
Tam on zagościł między dziećmi swymi,
Swój święty zakon dając im na strażę.
I kazał, żeby mocarze tej ziemi,
Słynęli cnotą nad inne mocarze.
Lecz straszny wicher powionąl z Zachodu,
Cała ta wielkość w proch się rozsypała.
Gdzież wy proroki i ojce narodu?
Gdzież ta świątynia — Salomona chwała?
Krwią potu swego, w pogardzie u świata,
Lud Boży grzechów odkupuje brzemię,
Tuła się nędzny między obce ziemie,
I proch spod stopy swych panów zamiata“ (str. 21) .
Wielka jest cześć dla kabały w tym dramacie okazana:
„łatwiej zliczyć ziarnka piasku w morzu,
Niż poznać mądrość w Zoharze zawartą“ (str. 24)
Po wywodzie o znaczeniu liczby siedem w mistyce wyrecytowanym w ekstazie powiada jedna z postaci dramatu:
„No teraz święte księgi kładź na stole,
Żeby bezsilną myśl naszą i ciało,
Mądrości Pańskiej słowo zasilało,
I duch, praw naszych kierowało wodzą”.
Kabalista Salomon na wiadomość, że córka jego chce popełnić grzech apostazji i opuscić religię swych ojców, oburza się mocnymi słowy:
„Więc wiara, którą na chwałę Sjonu,
Bóg Mojżeszowi wskazał na Horebie,
Wiara proroków i ojców zakonu,
Ta święta wiara błędem dla Ciebie?
Więc to błąd z wieków powstając zarania,
Nieprzełamany, niewzruszony w sile,
Wycierpiał straszne klęski i wygnania,
I przetrwał srogich prześladowań tyle?
Więc to błąd wielki ów Bóg Izraela,
Który wstrząsnął wrogów zagonu odwagą,
Który uwolnił z lwiej paszczy Daniela,
A grzeszne miasta ognia skarał plagą?
W tej wierze, w której ojców drzemią kości,
Która początków zakonu najbliższa,
Co siły zdwaja, co ducha wywyższa,
Czegóż ci brakło? odpowiedz?”.
Córka odpowiada na wywody ojca, że brakło jej miłości w religi Izraela. U Żydów miłością bojaźń pomsty Boga. Odpowiedz córki w rzeczy samej jest mylna. Miłość Boga jest stosem pacierzowym i mozaizmu. Trzy razy dziennie w modlitwie powtarza Żyd ów werset z Deuteronomium, przykazanie mojżeszowe „abyś miłował Boga całym twym sercem, całą twą duszą, całym twym mieniem”. Potwarcy żydostwa, szukający plam na słońcu, łączący wiarę Izraela z jakimś specjalnym strachem są stanowczo w błędzie. Ale nie chodzi tutaj o to. Wacław Szymanowski jako chrześcijanin musiał w jakiś sposób zneutralizować ów głos bólu wiwsekcyjnego, który pozostał w podświadomości jego po oderwaniu się od pnia żydowskiego.
Ten sam motyw w formie dialogu bardzo ciekawego powtarza się też na innym miejscu w tym dram acie. Powiada katolik Janina do Salomona:
„Tutaj wśród murów gościnnych Krakowa
Powstała dla was Jeruzalem nowa,
A jeśli dotąd ludowi waszemu,
Praw równych z nami nie dość zapewniono,
Czemu na jednej nie chcecie przejść łono
Matki wraz z nami?”
Na ten zew syreni zlania się z rdzenną ludnością na platformie w pólnej matki - religii, replikuje kabalista Salomon zwrotami wzniosłymi:
„Spytaj Panie, czemu
Słońce nie świeci w nocy, a w człowieku
Krąży krew, którą dzieckiem wyssał w mleku,
Czemu sierocie nad Wszystkie Wspomnienia,
Świeci jak gwiazda cześć matki imienia, —
Nie, my nie możem zaprzeć się przeszłości.
To krew krwi naszej, to kość naszych kości,
Nie, my nie możem prawa łamiąc stare,
Pogwałcić przodków święconą wiarę,
Bo wówczas Panie winnibyście sami
Zgromić odstępstwo i pogardzać nami”.
Salomon trwający mocno przy wyznaniu swych przodków i wierny przyszłości narodu, posiada jednak i chwile zwątpienia co do zbawienia Izraela, gdy widzi lud swój w służbie złotego cielca, pozbawiony wielkich ludzi. Dochodzą do nas tutaj akordy czasem zupełnie nowoczesne, dziwnie bliskie:
„Wołałem, światło zabłyska wśród nocy
Nadszedł czas, który wskazali prorocy,
Któż się twej woli o Panie ostoi?
Egipt upada, Faraony bledną,
A lud się Boży w całość złączy jedną.
Lecz czujnym okiem a duszą stroskaną,
Napróżnom szukał pośród nas Mojżesza,
Którego śladem zjednoczona rzesza,
Miała znów stąpić w ziemię obiecaną
I olbrzymiego cieśli, co dokona
Odbudowania domu Salomona.
Napróżno… Wszędzie pośród nas wokoło,
Widziałem ludzi z barkami zgiętymi,
Którzy ku ziemi nachylali czoło,
Żeby wydobyć garstkę złota z ziemi.
Widziałem innych zakrwawionych w trudzie ,
Żeby bałwanów złote ulać bryły,
I takich, którzy wołali: O ludzie: Te bogi co cię z
Egiptu zbawiły”.
Dramat „Salomon“ i szkice literackie „Lichwiarze”, to dwa światy, dwie różne faktury literackie, jakby utwory nie tego samego autora, mimo wspólnego zasadniczego, logicznie spreparowanego formalnego nastawienia negacji żydostwa. Ale w obu wypadkach istniało wspólne analogiczne podłoże psychologiczne, prężyły się żywioły duszone, parły energie hamowane i wbrew przekonaniom autora dorwały się do głosu i znalazły w większym, czy mniejszym stopniu ujście.
Dusze rozdwojone osób, które przeniosły się na drugi front, antytezą uczuciowo-rozumowa głębszych jednostek twórczych, pragnących się wszczepić w obcy pień, to temat ciekawy dla psychoanalityków, umiejących zapuścić sondę w głąb duszy ludzkiej i poza dziedziną erotyzmu.
Antyteza taka dla twórczości jako takiej jednak nie jest przeszkodą, a raczej może bodźcem. Perła to produkt chorej muszli.
Wedle twierdzenia głośnego filozofa niemieckiego Hegla, wypowiedziana w jego „Philosophie der Geschichte“, tylko antyteza w samym sobie może być pobudką dla powstania wielkich kultur. Starożytna Attyk a to obszar, gdzie była colluvies gentium i różne narody się tam krzyżowały.
Wacław Szymanowski syn
Wacław Szymanowski, dziennikarz, dramaturg i wierszopis, miał syna Wacława ur. w r. 1855, który się wybił jako malarz i rzeźbiarz, jest absolwentem Akademii monachijskiej. Wykonał różne znane obrazy, portrety; Pierotkę, Kłótnie hucułów, Tryptyk, Modlitwę, jakoteż i rzeźby znaczne wartości artystycznej (Pochód na Wawel, pomnik Chopina, Grottgera i t. d.).
Córka Wacława starszego wyszła za dziennikarza Konrada Cichowicza syna (zob.).
Jan Szymanowski
Z innej linii Szymanowskich - frankistów pochodził Jan Szymanowski, prawnik (1805— 1864) członek Rady Stanu Królestwa Polskiego w r. 1862, prokurator, profesor prawa handlowego i procedury Sądowej w Szkole Głównej, autor wielu dzieł prawniczych (Wykład kodeksu handlowego, wykład Kodeksu postępowania cywilnego). Żona jego również z Szymanowskich, Felicja, ogłosiła dla dzieci pod pseudonimem Zofia z Rymanowa różne książki; pomiędzy innymi napisała Pielgrzyma z Dobromiła.
Michał Szymanowski
Spokrewniony blisko z Janem Szymanowskim był Michał Szymanowski, profesor prawa cywilnego na uniwersytecie warszawskim, który zmarł w końcu 19 wieku. Był on radcą prawnym kolei iwangrodzko-kaliskiej i jednym z jej założycieli.
Zygmunt Szymanowski
Synem Michała Szymanowskiego i Michaliny, córki Felicji z Krysińskich i Jana Szymanowskiego, jest Zygmunt Szymanowski, urodzony w r. 1873 profesor bakteriologii na uniwersytecie warszawskim, stary członek PPS, zasłużony wielce bojownik o niepodległość Polski, demokrata o dużej odwadze osobistej.
Jeske-Choiński w swej książce o neofitach pomija milczeniem całą rodzinę Symanowskich, z uwagi na to, że sam stał w bliskich stosunkach z Kurierem Warszawskim, którego redaktorem był ongiś Wacław Szymanowski. Z resztą to u niego nie jedyny wypadek tendencyjnego przemilczania.
KAROLINA HR. TARNOWSKA (małżeństwo)
Hrabia Walerian Tarnowski (1811—1861) pan na Wróblowicach i Sniatyńce, oficer wojsk polskich w r. 1831, zaślubił secundo voto Karolinę z Dziokowskich herbu Trąba, zmarłą w
Hołobutowie w r. 1894. (Borkowski 937). Dziokowscy to ród neoficki, który wziął swój początek w nobilitacji z r. 1764.
TATARKIEWICZE (po kądzieli)
Synem Jakuba Tatarkiewicza i Antoniny z Brzezińskich, z rodziny frankistowskiej, zresztą zasłużonej dla społeczeństwa polskiego (zob. Brzezińscy) był Ksawery Tatarkiewicz, ongiś
wybitny adwokat warszawski, o którym współcześni relacjonują, że „chlubnie się wyróżniał talentem obrończym i wszechstronnym wykształceniem”.
Ksawery Tatarkiewicz był nie tylko autorem sądowych skarg i obron. Posiadał szerszy horyzont i wyższe ambicje. Wolne chwile poświęcił piśmiennictwu i ogłosił kilka prac w czasopiśmie Kłosy.
Władysław Tatarkiewicz
Synem Ksawerego Tatarkiewicza, wnukiem Jakuba Tatarkiewicza i Antoniny z Brzezińskich, frankistki, jest Władysław Tatarkiewicz, znany profesor filozofii na uniwersytecie warszawskim (1915—1919, i od 1923 r .), który w latach 1921—1923 wykładał estetykę i historię sztuki na uniwersytecie poznańskim i jest autorem poważnych prac z zakresu estetyki, (Über die natürliche Weltansicht 1911, Rozwój w sztuce 1913, Rządy artystyczne Stanisława Augusta 1919, O bezwzględności dobra 1919, Dwa klasycyzmy wileński i warszawski 1921, Materiały do dziejów nauczaniaia filozofii we Lwowie 1922, Pięć studiów o Łazienkach Stanisława Augusta 1925), oraz z dziedziny dziejów myśli ludzkiej (Historia filozofii 1936). Od roku 1923 jest on redaktorem naczelnym Przeglądu Filozoficznego.
Władysław Tatarkiewicz jest, rzecz jasna, dalekim od wszelkiej pozytywnej świadomości żydowskiej. Jednak można na nim uczynić pewne znamienne psychologiczne spostrzeżenia.
W swej Historii filozofii, ilekroć mówi o myślicielach żydowskich średniowiecza, czy starożytności, lubi podkreślać u nich moment złożoności, syntezę, aliaż, charakter kompozycyjny, splot spuścizny Izraela z emancypacją duszy ludów europejskich.
Ale ta złożoność nie jest dla niego zjawiskiem ujemnym, znamieniem bezpłodności. Spajanie pierwiastku żydowskiego z elementem greckim miał według opinii Tatarkiewicza w dziejach znaczenie dodatnie każdorazowo, pociągało za sobą skutki korzystne dla rozwoju ludzkość. Tatarkiewicz widzi kwitnące gaje, skutki błogie produktywnego zapłodnienia, gdzie judaizm się kojarzył z Helladą.
Zapuszczając sondę psychoanalitycznie w zakamarki duszy Tatarkiewicza, z łatwością pojmujemy to nastawienie, sens tego zaakcentowania dobrodziejstwa złożoności, podkreślanie błogosławieństwa wprzęgu Izraela w orbitę t. zw. aryjskości. Tatarkiewicz patrzy się na bieg historii, pod kątem widzenia złożonego charakteru własnego rodowodu, który dla niego jest przykładem orientacyjnym, wzorem dodatnim, exemplum zasadniczym dla oceny zjawisk. Możliwa rzecz, że objektywnie trzeba Tatarkiewiczowi przyznać rację, ale należy tutaj przy naszym roztrząsaniu oddzielić ocenę rzeczową przedmiotu, od psychologicznego pojmowania nastawienia podmiotu, co jest aktem podświadomym.
Władysław Tatarkiewicz w przeciwieństwie do Tadeusza Zielińskiego, ale z większą słusznością, chwali Filona Żydowina z Aleksandrii, owego myśliciela wyznania mojżeszowego, piszącego stylem Platona, który w pierwszym wieku ery chrz. był wykładnikiem dwóch złączonych ze sobą kręgów kultury, przedstawiał żywy alians dwóch światów, dwóch różnych rozwojów duchowych, dwóch szczepów i łożył podwaliny pod gmach przepotężny teologii chrześcijańskiej, poprzez koncepcję Logosu, który od czasów ewangelii św. Jana, stał się formą ujęcia metafizycznego osoby Chrystusa.
Władysław Tatarkiewicz pisze o Filonie, jako wykładniku i przedstawicielu syntezy Izraela z narodem Platona: „Z różnorodnych motywów, platońskich idej, stoickich motywów i żydowskich aniołów, wyrosło u Filona pojęcie Logosu. Połączone zostało w nim, co Grecy rozdzielali skrzętnie. Ale właśnie takie irracjonalne połączenie pojęć potrzebne było tamtejszej epoce. I na szereg stuleci uwaga metafizyków, ześrodkowała się nie na Bogu niedostępnym, ani na materii znikomej, lecz na Logosie” (I, 199).
Synteza Filona była wedle Tatarkiewicza twórczą, wyczarowała nowe filozoficzne ujęcie nieznane Grekom. Tatarkiewicz zaznacza wiekopomne znaczenie filozofii filońskiej wyrosłej z korzeni żydowskich i nieżydowskich, przy czym udział żydowski bardzo wysoko wartościowuje. Czytamy u niego „Filon ułożył schemat metafizyczny, który na długo przyjął się wśród filozofów aleksandryjskich, zarówno żydowskich, jak greckich i chrześcijańskich. Bóg był punktem wyjścia systemu. Było to ujęcie nowe, bo dotąd punktem wyjścia rozważań filozoficznych, bywał świat, a Bóg tylko punktem dojścia. Filon zaś nie tworzył Boga na podstawie poznania świata, lecz odwrotnie. Jak pojmował Boga? Pojmował on synkretystycznie, łącząc w jednym pojęciu grecki absolut bytu z właściwościami żydowskiego jedynego Boga. — Bóg jego był osobą, był dobrotliwy i potężny, wszechwiedzący i wszechobecny. To znów były cechy czerpane ze Starego Testamentu, zupełnie obce greckiemu pojęciu absolutu. — Nauka o transcendencji Boga (poza poznaniem) miała również główne źródło w religii żydowskiej.
Podstawą oceny Filona przez Tatarkiew icza, jest założenie, że między judaizmem, a duchowością aryjską nie ma jakiejś otchłani i niekiedy wpływ judaizmu jest wprost pożądany dla świata aryjskiego. Wynika to z następującej charakterystyki Filona: „Filon oddziałał nie tylko na myśl żydowską, w której odłamie stał się autorytetem i wzorem, ale i na myśl grecką. On, przedstawiciel Wschodu, wdarł się do rozwoju filozofii greckiej i oddziela myśl starogrecką od ostatnich jej tworów, mianowicie od neoplatonizmu. — Religia żydowska z jej monoteizmem i radykalnym przeciwstawieniem Boga i świata, z jej objawieniami, odpowiadała duchowi czasu, więc oparta na niej nauka Filona łatwo została przyswojona przez filozofię grecką. Przez Filona weszły do niej tendencje personifikacyjne i transcendentalne, heteronomiczne i ekstatyczne. On sformułował schemat gradualistycznej metafizyki. Do doktryny neoplatońskiej już nie było daleko. Wchłonęła ona to, co było filozoficznego w poglądach Filona”.
Moment żydowski u Filona podkreśla Tatarkiewicz wielokrotnie. Logos mimo nazwy grecko-platońskiej, ma u niego odrębne piętno, jest osobą (nie tylko oderwaną abstrakcją). To dzieliło Filona nie tylko od Platona, ale i od stoików i w ogóle od Greków, był to motyw całkowicie wschodni. Logos jest osobą, aniołem, pośrednikiem między Bogiem a światem, wysłannikiem i zastępca Boga, synem Bożym, jeszcze więcej, drugim Bogiem” (I 197).
Definicja filozoficzna Logosu filońskiego, sformułowana przez Tatarkiewicza, w rzeczy samej, jest określeniem powszechnie znanym. Znamiennym dla Tatarkiewicza jest tylko wywodzenie tegoż, zaakcentowanie, uplastycznione, uwidocznione z naciskiem, ze źródeł żydowskich. Niby stary Logos Platona i Stoików, niby absolut grecki, a faktycznie to wszystko w zasadzie, w istocie swej staroizraelickie, emanujące z religii Mojżesza.
Tatarkiewicz w rozdziałach poświęconych filozofii średniowiecza, wspomina o Salomonie ibn Gabirolu (znanym autorze hebrajskiego hymnu filozoficznego Kether Malchuth i arabskiego dzieła filozoficznego, tłumaczonego w średniowieczu na łacinę Fons Vitas), jako najwybitniejszym przedstawicielu neoplatonizmu w onych wiekach, poprzedzających czasy nowożytne. Dzieło jego „Fons vitae“ było jednym z najbardziej konsekwentnych systemów emanacyjnych, jakie wytworzyło średniowiecze.
O Maimonidesie jako syntetyku czyni wzmiankę Tatarkiewicz w tej formie „Próby w wielkim stylu uzgodnienia teologii żydowskiej z Arystotelesem dokonał Mojżesz Maimonides: (I 308).
Również i Spinoza opiera się wedle Tatarkiewicza na dwóch pniach. „System Spinozy miał dwa główne źródła; z jednej strony odwieczną panteistyczną metafizykę, którą Spinoza znał nie z pism jej twórców i klasyków jak Plotyn, Eriugena lub Bruno, lecz późniejszych przeważnie żydowskich przedstawicieli, a z drugiej strony tradycje teologii żydowskiej, w odróżnieniu od Kartezjan, którzy połączyli naukę nowożytną z tradycją średniowiecznej filozofii św. Augustyna” ( II 73).
Tatarkiewicz wspomina jako prekursora Spinozy, jako poprzednika jego na polu synkretyzmu łacińsko-żydowskiego, znanego filozofa renesansu Leona Żyda (Abarbanela, autora Dialogi di amore), zamieszkałego we Włoszech, po wygnaniu Żydów z półwyspu iberyjskiego.
Dla Tatarkiewicza istnieje judaizm tylko z perspektywy dziejów, interesuje się nim, o ile chodzi o dawno minione wieki. Współczesne żydostwo nie obchodzi go. Pisząc o wielkich współczesnych myślicielach Żydach, którzy nadal trwają przy wierze swych przodków, tak np. o Einsteinie, czy Bergsonie (II, 283/4), nie wzmiakuje Tatarkiewicz ani słówkiem, o rasie z której pochodzą, o wyznaniu religijnym, do którego kręgu wiernych dotychczas należą.
KAZIMIERZ PRZERWA-TETMAJER (po kądzieli)
I
Kazimierz Przerwa-Tetmajer jest synem Adolfa Tetmajera, marszałka powiatu nowotarskiego, dziedzica poważnego i Julii ze znanej, zacnej rodziny frankistowskiej Grabowskich (zobacz). Jest on bratem ciotecznym Tadeusza Żeleńskiego. Matki obu są rodzonymi siostrami. Rzecz ciekawa, że Jeske-Choiński w swojej książce o neofitach, podaje córkę Grabowskiego, która wyszła za Żeleńskiego, ale pomija dalszą córkę, którą poślubił Tetmajer.
W odróżnieniu od Kazimierza Tetmajera jest jego brat przyrodni Włodzimierz z matki rdzennej Słowianki, z domu Rozprza Królickiej, stuprocentowym Sarmatą. Aryjczykiem (sit venia verno) (por. II. Tygodnik r. 1924, str. 23). Ten też się wybił a to w różnych dziedzinach, zajmował się polityką i posłował do parlamentu austriackiego z partii ludowców, był czynnym na polu sztuki, odznaczył się jako malarz, ale skąd on do Kazimierza? Dwaj bracia z tego samego ojca, ale z dwóch plemienie różnych matek, a jaka znaczna różnica w dynamice twórczości, jaka rozbieżność w świętym zniczu apollińskiej ekstazy, płonącej w duszy poety-artysty! Casus Tetmajer to exemplum nocens nicości wszelkich teoryj, domagających się niepokalaności rasowej, czystości.
Kazimierz Przerwa-Tetmajer jest poetą pierwszorzędnym, który po Asnyku w dobie przedwojennej, największy wpływ wywierał na ówczesne pokolenie (Feldmann II 72).
W Kazimierzu Przerwa-Tetmajerze Podhale, Tatry, świat gór południowo-zachodniego cyplu Polski, znalazły swego wrodzonego pieśniarza, swego żywiołowego piewcę. Liryka świata bohaterskiego Podhala wypowiedziała się w sposób niezrównany w jego „Na skalnym Podhalu”. Przecudowną poezją swego „Dnia zmysłów” nasycił Tetmajer „żywą słoneczną krwią bohaterską przeszłość Tatrów” (P otocki II, 273). A nie było wcale w przeszkodzie, że był z „matki mu obcej”.
W przełomowych chwilach politycznych Kazimierz Przerwa-Tetmajer, lirę swoją kładł na bok i zwracał swe oblicze ku pracy społecznej. W r. 1919 był on prezesem Komitetu Obrony Kresów Południowych i w r. 1921 prezesem Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy.
Do czystych przedstawicieli rasy jego matki, do Żydów spółczesnych odnosił się Kazimierz Tetmajer niekoniecznie przyzwoicie i godnie. Zachowanie się jego w stosunku do człowieka tak zasłużonego jakim był Wilhelm Feldman, było łagodnie mówiąc, liche i niesmaczne. Popadał w ton wulgarnego antysemityzmu. Uważał, że przez genealogię ojcowską, stał się pełnym szlachcicem, wystąpił już z rasy semickiej i wolno mu swawolnie się wyrazić o pisarzu Żydzie, którego matka nie m iała szczęścia w doborze „aryjskiego” męża.
Kazimierz P.-Tetmajer ogłosił w r. 1919 „List otwarty do pana Wilhelma Feldmana” (drukowany w Warszawie), w którym znajduje się następujący kwiatek: „Nie chcę czuć tej satysfakcji, że wobec faktora i pachciarza literackiego, jak nazywają p. Feldmana, ja mogę się czuć panem, wolałbym nie zajmować wobec tego faktora roli pana, który za nieuczciwość wyrzuca go za drzwia, gdy mu przyjdzie fantazja, kpi z niego. Na to jestem zbyt cywilizowanym człowiekiem”. Cywilizowany człowiek sobie nie pozwala na takie eskapady ohydne. Ładna cywilizacja, czy wysoka kultura wyraża się w tym powiedzeniu pisarza o wielkich walorach poza tym.
Kazimierz P.-Tetmajer pozwolił sobie wobec Feldmana, tego męczennika literackiego z pokolenia Judy na parnasie Polski, jeszcze na inną niegodziwość, a to, że wbrew przyjętemu zw yczajowi, wprowadził za życia jego, pod prawie że nie zmienionym nazwiskiem (Pfefeldman) w charakterze ujemnym do powieści swej „Pan Andrzej”.
Kazimierz Przerwa-Tetmajer chciał okupić pewną usterkę w swojej genealogii animozją do Żydów, jak to nie mało nowochrzczeńców od czasów Pfeferheima czyniło, — jednak on sam w rzeczywistości tkwił głęboko korzeniami w glebie, skąd ród jego matki się wywodził. Fakty biologiczne nie dają się przekreślić. Kazimierz Tetmajer właśnie zyskał na tężyźnie dzięki splotowi dwóch sił, dzięki złączeniu dwóch krynic; dziedzictwem rodu matki zasilał skarbiec prasłowiański, przekazany mu po mieczu i temu aliansowi dwóch linii dynamicznych zawdzięczał swą znaczną wyższość nad własnym czysto słowiańskim bratem.
Wzbogacał on spadkiem semickim poezję polską. Nie ma tutaj co ukrywać, taić, przemilczać, bawić się w ciuciubabkę. Za kłamanie badaczy dziejów jest największym grzechem przeciwko świętemu duchowi kultury, której pieczęcią jest prawda.
Analiza literacka łatwo u wajdeloty Podhala Tetmajera stwierdzi też pewien spadek z nad Jordanu. Wielki poeta w swych emanacjach twórczych nie może być w sprzeczności z rzeczywistością i prawdą.
II
W swych lotach olimpijskich zahaczał Tetmajer nieraz o Liban i lgnął do tematyki Starego Zakonu. Prawdopodobnie motywy te zawdzięczał opowiadaniom słyszanym w dzieciństwie od matki frankistki.
Wiersze Tetmajera snute na kanwie Starego Testamentu to oczywiste perełki, przepyszne kamee rżnięte ręką wielkiego artysty, robota snycerska mistrza dużej miary.
Już Feldman podkreślił u Tetmajera wspaniały styl wschodni, wielbiący rozkosz płynącą przez żyły Salomona i Sulamitki.
Tetmajer naśladował po swojemu Pieśń nad Pieśniami:
Sulamitka: Twe oczy jak pochodnie gorą
Od których krew się rozpłomienia.
Salomon: Wśród rzęs twe oko jak jezioro,
które nadworny gaj ocienia,
Sulamitka: Twe usta jak winne grona,
purpurą malowane ciemną,
Salomon: Ust twoich róża rozchylona
motyle nęci ponademną.
(I, 179, Zbiorowe wydanie, Biblioteka Polska).
Dzieje biblijne, zdarzenia z historii narodu izraelskiego nęciły nieraz Muzy Tetmajera, by je opiewać mową wiązaną. Osiągał tutaj szczyty, wobec których bledną wszelkie usiłowania poetyckie, czystych narodowych syjonistycznych wierszopisów żydowskich piszących po polsku.
Przytoczę tutaj kilka przykładów z poezji biblijnej piewcy Podhala, celem ujawnienia nieznanego Kazimierza Tetmajera zorientowanego w chwili uniesienia, po linii rodowej matki.
Exodus (Szemoth) rozdział XVII (Walka z Amalekiem)
A onego czasu
Wyruszył był Amalek z hufcami mnogimi,
Wśród trąb i mieczom chrzestnego hałasu
Izraelowi czynić wstręt w rafidzkiej ziemi,
A gdy kroczył przez pola pyszny i zuchwały
W miecącej ognie zbroi, na czele tysięcy
Ziemia drżała i drzewa korony schylały
A na ród Izraela padł przestrach jagnięcy (I 159)
Exodus (Szemoth) rozdział XIX (Objawienie synajskie)
A w dzień trzeci ony
A kędy obłok zawisł gęsty i ponury
Jak dym chmurą zawisa nad płonącym domem
Ponad wierzchem Synai wniebowstępnej góry:
Grały trący mosiężne rozgłośnym ogromem.
I lękał się lud w trwodze, a Mojżesz z obozu
Wywiódłszy go, naprzeciw Bogu wiódł ku górze
Wśród dreszczów niepokoju i przerażeń mrozu —
I szli kędy płomienne się wichrzyły kurze
Albowiem na Synai, skąd szedł kurz płomieni
I dym buchał kłębami: zstępował z niebiosów
Pan wśród błyskawic skrzących i ogniów czerwieni
Ryczących gromów i trąb mosiężnych rozgłosów
(I 163)
Mojżesz
… Wybudowałem w drodze piramidy trudu
A jalk powódź nilowa namula równiny
Ja namulałem cnotą łan serca tego ludu
I jako kłosy polne w polu: są me czyny
Nie bawiłem się kiedy wsiami albo miasty
Ani w winnicy grony poił się winnymi
Albo ręką dotknął słodkich biódr niewiasty
I czuł drżące jej ciało pod piersiami mymi
Alem wywiódł i wiodę, choć wiem, że nie wyjdę
Idąc przodem jako dziób prujący okrętu
I nigdym się nie skarżył, anim czego żądał (II, 11)
Mocnym jest też wiersz Tetmajera opisujący akt zemsty Samsona w świątyni filistyńskiej w Gazie. Zacytuję tutaj kilka urywków:
Kolumny Samsona
… Przyprowadzono go pod kolumny
Aby błaznował. Lud zgarniał się tłumny
A wielka radość była weń rzucona,
Bowiem Pan podał im w ręce Samsona
…
(Tłum urąga)
Samsonie wzywaj strasznego Jehowę
Niech zejdzie z niebios i przed tobą stanie
On wszakże wywiódł z Egiptu Mojżesza
Jozuemu przygwoździł krąg słońca
I morze rozdarł od końca do końca
Niech cię wybawi
(Samson zapała gniewem)
I tak modlił w duchu: Panie Boże
Przez to wszystko co tutaj ponoszę,
Przez hańbę moją, bicz i te obroże
Ten raz tylko jeden zmocnij, proszę
Abym za moje wyłupione oczy
I wieczną mękę w ciemnościach ponurych
I wieczną śmierć moją, zmiażdżył ten łeb smoczy
i t. d. i t. d. (II 252).
Tetmajer napisał też wiersz o Michale Aniole stojącym przed bryłą marmurową, z której wykuł Mojżesza. Ciekawa synteza hebrajsko-grecka przejawia się w tym utworze poetyckim pół-Żyda, obok akcentów biblijnych, występują w tym związku, w dziwnym splocie, reminiscencje z literatury klasycznej, tyczące się Laokoona, Hektora i Achillesa.
Na nutę Starego Testamentu w ujęciu oryginalnym brzmi też wiersz Tetmajera p. t. Przebudzenie się Jehowy (I 167).
Rzecz dziwna, że w czterech tomikach poezji Tetmajera leżących przede mną w wydaniu zbiorowym, nie znajduję ani jednego wiersza osnutego na kanwie zdarzeń referowanych przez Nowy Testament. Wiersz Magdalena i Chrystus tyczą się obrazu Edelfeldta (I 157), a wiersz p. t. Anioł Pański również nie stanowi tutaj wyjątku (II 69) występuje tam bowiem motyw współczesnej tęsknicy, melancholii, gdy dzwony biją na Anioł Pański. To nie żaden motyw opierający się na jakimś tekście, czy jakiejś tradycji religijnej.
Kazimierz Przerwa-Tetmajer, syn gór dumnie prących ku niebiosom, syn dygnitarza powiatowego ogólnie poważanego, miłował się w takich opowiadaniach biblijnych, gdzie potęgi natury, gdzie energią dowódczą dochodzą do głosu. Dla dziejowego bólu Izraela nie miał ucha. Z Żydami współczesnymi żadnej wewnętrznej styczności nie miał. Zewnętrznie odnosił się on do nich nawet niechętnie.
III
Z całego kompleksu zagadnień, z całej pstrokacizny różnobarwnej zjawisk współczesnego żydostwa jeden odcinek zainteresował Tetmajera, odcinek któremu się mógł przypatrywać z bliska i odczuć bezpośrednio: jest to sprawa mieszanych małżeństw. Miał przed swymi oczyma własną matkę, własne ciotki, które mogły mu służyć jako punkt wyjścia do analizy psychologiczno-społeczno-rasowej, mogły stanowić wzór zasadniczy dla jego imaginacji. Temu tematowi poświęcił Kazimierz Tetmajer powieść wcale udaną, p. t. Panna M ery.
Tetmajer dochodzi w tej powieści do wyniku negatywnego, odnośnie do współżycia małżeńskiego i potomstwa par różnoszczepowych, co zastanowić musi, skoro sam był synem takiego rozmaitorasowego stadła.
Rzecz ciekawa, że aczkolwiek tu i ówdzie nie brak w powieści Panna Mery sosu antyżydowskiego z posmakiem ludowym, jednak sama postać Żydówki-neofitki, panny Mery, która wyszła za chrześcijanina hrabiego, przedstawia się bardzo dodatnio. W przeciwieństwie do niej, jej arystokratyczny mąż rdzenny chrześcijanin, wygląda bardzo niekorzystnie. Czy w tej postaci, gdzieś na skraju widnokręgu nie tuła się cień matki Tetmajera, frankistki Grabowskiej, o której syn nie mógł myśleć inaczej jak dobrze i dodatnio?
Panna Mery to nie córka kupca à la Grabowski, wychodząca za szlachcica powiatowego à la Tetmajer. Poeta ma fantazję, bogatą wyobraźnię i lubuje się w kolorach mocnych i żywych, działających na wyobraźnię.
Panna Mery to jedyna córka bardzo bogatego bankiera-konwertyty posiadającego majątek bajeczny jedenastu milionów, przy tym piękna, mądra, inteligentna, dowcipna i pełna wrodzonego instynktu towarzyskiego. Najświetniejsza partia w Warszawie.
Ma ona apetyty wielkopańskie, chciałaby prowadzić wielki dom w Paryżu. Życie mieszczańskie jej obmierzło. Marzy o blasku szumnych tytułów. Prosi ojca o uzyskanie tytułu barona „gdybyśmy mogli zostać hrabiami” — Nie to niemożliwe, powiada ojciec. — A rzymskie hrabiostwo? pyta się córka, przecież jesteśmy katolikami. „Żebyśmy przynajmniej na powozach mogli mieć pięć pałeczek. Wstyd jechać jak jakaś tam pani Kufke albo Rumlerowa. Tak nieprzyjemnie, mogą nas ludzie brać za jakichś piwowarów albo piekarzy, albo w ogóle za kogoś z mieszczan“.
W cichości myślała, że i ona choć Żydówka z pochodzenia „może być z jakiejś książęcej rodziny. O tylu książęcych rodach (izraelskich) wspomina Biblia. Dlaczego nie miałaby pochodzić z nich. A ch, gdyby się to dowieść dało“. Mery czuła w sobie „krew Salomona i Judyty”, krew dumną i butną.
Kto jej równy? Adwokat pewien Żyd głośny obrońca rzucił na nią spojrzenie, bez słów mówiące o zakochaniu. Uważała to za zniewagę. Młody pewien kompozytor Polak w prawdzie spodobał jej się, spodziewała się bowiem po nim wielkiej kariery. Skoro przepadł na premierze, odpycha go, niech pójdzie gdzie pieprz rośnie. Hrabia Czorsztyński to partia. Wyszła za niego. Beztytułowa córka finansisty przeobraziła się w panią hrabinę. Był to dla niej nie czczy tytuł, zdobiący z zewnątrz bez przylegania córkę bankiera. Dzięki swym zdolnościom stała się też hrabiną „potrafiła być damą. Nie tylko dała sobie zaimponować, ale sama zaimponowała. Powoli ton przestała nadawać księżna Iza Zbarska i hrabina Róża Tęczyńska, a zaczęła go nadawać hr. Mery. Toaletą podbijała księżną Izę, dowcipem hr. Różę, wdziękiem słynną panią Kraśnicką. Była prosta, szczera, swobodna, niewymuszona — „Niczym tej Żydówki” nie można było pobić, ani urodą, ani dowcipem i dystynkcją salonową.
Jednak piętrzą się ze wszech stron spienione fale pierwotnej ksenofobicznej nienawiści pielęgnowanej od stuleci. Drażnią różne szpileczki, ukłucia nawet ze strony służby i przyjaciół.
Za plecami panny Mery pokojówki pokazują języki. Gdy raz każe stangretowi, który służył po różnych dworach pańskich, jeździć galopem, spojrzał z politowaniem na tę Żydówkę i przytrzymując konie wycedził z akcentem: U nas proszę pani hrabiny nie wypada jeździć galopem w powozie. Raz gdy pani hrabinie Mery udał się dowcip, ktoś z obecnych odpowiedział dwuznacznie: Pani hrabina ma rasową ironię.
To wszystko jednak fraszka. Hrabina Mery jest silną indywidualnością „weszła w świat i umiała się nie dać upokorzyć. Weszła w świat gdzie chciano na nią patrzeć z góry — i nie potrafiono tego zrohić“. Deptała swoją dynamiką wszelkie przeciwieństwa i uprzedzenia kastowe i rasowe. Była górą w swojej sferze.
Mąż, ze starego rodu hrabiowskiego, prezentuje się wobec niej jako figura blada i nikła „świecąca, chłodna, sztywna, elegancka cholewa“.
Początkowo ją bawi tytuł, stanowisko społeczne. Mąż również był poprawnym wobec niej, która dla niego „jest okienkiem, przez które kasjer bankowy wypłaca pieniądze“.
Dysonanse się budzą, jednak z czasem, powoli. Rodzi się dziecko, „dziecko z matki mu obcej”. Tragedia całkiem szczególnego rodzaju. „To dziecko jej, własnej matce jakieś dziwnie obce. Niby kochała je, a nie czuła go sobie bliskim. Przede wszystkim to dziecko jej nie będzie kochało”. To małe dziecko dźwiga nieszczęście już w sobie. Pani Mery jest za inteligentna, aby sobie z czegokolwiek nie zdawała sprawy. Nie dość, ze to dziecko będzie „z Żydówki”, ale na swoje nieszczęście podobne do wuja Hammerschlaga (najbardziej po żydówsku wyglądającego wśród całej paranteli pani Mery). — Mezalians ojca będzie jego zmorą“.
Młody hrabicz w kołysce przypominający wuja Hammerschlaga, już w pierwszej chwili budzi niechęć u własnego ojca, u hrabiego Czorsztyńskiego. Rodzic dziecka nigdy go nie ucałował: „kazał je raz rozebrać mamce i oglądać nagie. Miało odstające wielkie uszy i wszystkie cechy budowy wuj Hammerschlaga. Jedyny raz wtenczas hrabia nie pohamował się i zaklął pod nosem. Od tego czasu, o ile mógł unikał widoku syna. — To dziecko więc skazane było, aby się wstydzić matki i żeby było wstydem swego ojca”.
Piękne dnie Aranjuezu się kończą, przychodzi szarzyzna. Hrabina Mery przypomina sobie dawnego adoratora – muzyka, któremu się udało w międzyczasie wywindować na wyżyny sławy i przeżywa z nim godziny rozkoszy w ukryciu od męża.
Na tle posądzenia o zdradę przychodzi do kłótni między nimi. Ona wyjeżdża z zarzutem: ty hołyszu, a on rzuca jej w twarz: ty Żydówko.
Rwie się stadło, rozprzęga się małżeństwo zbudowane na kruchych podstawach. Pani Mery dochodzi do przekonania: „Żyć z nim dalej niepodobna. Niech się pierwsza lepsza Żydówka daje torturować dla nazwiska, nie ona“.
Pani Mery rozwiedziona pragnie się teraz bawić, rozerwać, jest wszak jeszcze młoda, przystojna, bogata, mądra, jednak daremnie, jej życie jest złamane. Staje się nawet tedy na jakiś czas siostrą miłosierdzia w szpitalu, chcąc koić ból w pomocy udzielanej chorym. „Chorzy przepadają za nią, dobra jest i cierpliwa jak św. Franciszek”.
Wyidealizowana pani Mery nie zaznaje spokoju. Po pięciu latach błąkania się po świecie odczuwa potrzebę „uwielbienia czegoś, życia czymś, podziwiania czegoś i umiłowania, co jest nadludzkie, co jest imponujące, co jest olbrzymie, nieskończone i wieczne” i kieruje swój wzrok do Bóstwa, ale nie do bezbarwnego metafizycznego jestestwa filozofów, ani też do Umęczonego na krzyżu, ale wyrywa się jej z głębi serca okrzyk do Boga starego Izraela. „Boże ojców moich, wołała wśród obłoków i kadzideł, Boże ojców moich, Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba” i deklamuje różne wersety z Biblii Starego Zakonu, z Deuteronomium (r. XXXIII), z psalmów, z Pieśni nad Pieśniami.
Małżeństwo mieszane kończy się źle. Dziecko niczyjej rasy. A matka zrezygnowana, rozbitek życiowy, w kwiecie wieku szuka pociechy w wierze i wraca w ciszy buduaru do Boga Starego Zakonu.
Co było powodem takiego pesymistycznego nastawienia Tetmajera w tej materii, to pytanie, na które by mógł niewątpliwie dać odpowiedź wyczerpującą tylko człowiek obeznany z stosunkami rodzinnymi w domu jego rodziców. Psychologiczna analiza utworów literackich, nie może i nie powinna stanąć przed furtką prywatnych domostw, jakby przed zaklętym zamczyskiem, dokąd nikt zaglądnąć nie śmie. Kto pisze dla ogółu, powinien być na to gotów, że ogół się spyta i zainteresuje familijnymi okolicznościami, wśród których dana twórczość się wykrystalizowała.
Uderza w powieści Panna Mery jeszcze jeden moment, że bardzo często cytowane są tutaj wersety z Pieśni nad Pieśniami, ze Starego Testamentu. Możliwe, że autor te wersety naprowadzał, chcąc w ten sposób ożywić koloryt i nasilić krajobraz, w którym występuje jako bohater główny, osoba rasy żydowskiej. Jednak nie jest wykluczone, że tutaj uwydatnia się wpływ matki jego frankistki. U sabatian, których odnogę polską stanowili frankiści, stanowiła Pieśń nad Pieśniami najświętszą część Biblii, którą posługiwali się w kulcie. Leży w granicach możliwości, że Tetmajer od matki swej słyszał przychylną opinię o tej Pieśni, a pisząc o Żydówce zamężnej za rdzennym Polakiem, przypomniał sobie w drodze asocjacji psychologicznej tę pieśń erotyczną starych Hebrejów.
TAUSSIGOWIE
W r. 1840 zmienił wyznanie Alojzy Zygmunt Taussig, artysta-muzyk. W Warszawie, w następnych latach 1842 i 1843 ochrzcił on też swych synów Karola Fryderyka i Wilhelma Zygfryda (Jeske-Choiński, 219).
Karol Fryderyk Taussig czyli w skróceniu Karol Taussig był swego czasu głośny daleko poza granicami Polski wirtuoz, autor znakomitych kompozycji fortepianowych, któremu jednak tylko krótki żywot był dany (1841 —1871). Współcześni Polacy byli dumni z jego chwały. Obszerny nekrolog o nim czytamy w Kłosach (XVII, 319). Encyklopedia Guttenberga (XVII, 107), donosi o nim jako o jednym z najświetniejszych pianistów „niemieckich”, który pochodził z Warszawy. Prawdą jest, Karol Taussig był nadwornym pianistą w Berlinie, ale to z pochodzeniem nic wspólnego nie miało. Człowiek rasy żydowskiej, chrześcijanin, który światło dzienne ujrzał w Warszawie, mógł się wprawdzie zaaklimatyzować nad Szprewą, ale z Niemców nie pochodził. Dziwny błąd ze strony Encyklopedii wspomnianej.
STUDENCCY
W połowie 19 wieku działał w Warszawie lekarz dr. Mateusz Studencki, który ogłosił swego czasu popularną pracę o chorobach dziecięcych w języku polskim, oraz też w języku hebrajskim (Rofe-Jeladim).
Mateusz Studencki miał syna Maksymiliana, który był z zawodu adwokatem i napisał kilka książek o giełdzie i o cechach w języku rosyjskim. Dwie córki Mateusza, z których jedna wyszła za Maurycego Blumentala, którego syn Leopold Blumental uzyskał głośne imię jako pisarz pod pseudonimem Leona Belmonta (zobacz), a druga, Regina, zaślubiła Rabinowicza. Córka Rabinowiczów Jadwiga wyszła za Maurycego Pudra, który był jeszcze wyznania mojżeszowego, synem ich jest ksiądz Tadeusz Puder w Warszawie. Leo Belmont-Blumental, sam neofita w pierwszym pokoleniu, ożenił się z swą kuzynką Franciszką Studencką, siostrą Maksymiliana.
Adwokat Maksymilian Studencki zostawił dwóch synów. Pawła, profesora w Harvard University w Nowym Jorku i Stanisława Studenckiego, psychotechnika zamieszkałego w Warszawie.
Stanisław Studencki jest kierownikiem Zakładu Psychotechnicznego przy Państwowej Wyższej Szkole Budowy Maszyn i Elektrotechniki im. Wawelberga i Rotwanda i członkiem zarządu Polskiego Towarzystwa Psychotechnicznego. Ogłosił też kilka prac z zakresu psychologii ludów („Psychologia narodów”, „O typie psychofizycznym Polaka”, „O typie nordyjskim“ (nordyckim), jednak powierzchownych, o erudycji zaczerpniętej z dziesiątej ręki.
Stanisław Studencki należy do kategorii ludzi pochodzenia żydowskiego, którzy wszelkimi siłami starają się zacierać pamięć o pniu z którego się wywodzą i w poczuciu swego kompleksu rasowego, w swej pracy zawodowej czyni trudności Żydom.
JAN STUR
Jan Stur młodo zgasły prowodyr polskiego ekspresjonizmu w latach 1919—1923, główny współpracownik poznańskiego „Zdroju”, zdolny poeta (Anima nostra, Triumfy) i równocześnie teoretyk swego kierunku (Na przełomie Lwów, 1922) był chrzczonym Żydem.
TOEPLITZOWIE
Teodor Toeplitz (1793—1838) kupiec zamożny w Warszawie, był jednym z heroldów postępu wśród Żydów warszawskich swego czasu. Za namową maskila-poety Mojżesza Tanenbauma finansował on przedruk pięcioksięgu z niemieckim przekładem Mendelsohna w alfabecie hebrajskim, wraz z komentarzem oświeconych Żydów niemieckich pod nazwą Biur.
Henryk Toeplitz (1822— 1891) syn Teodora był dobrym Żydem, jednym z 23 inteligentów żydowskich, którzy w r. 1859 wystąpili z protestem przeciw oszczerczej enuncjacji Leszniowskiego, redaktora Gazety Warszawskiej. W r. 1862 wszedł on do Rady miejskiej m. W arszawy z ramienia ludności żydowskiej, gdy Żydzi wówczas zostali po raz pierwszy dopuszczeni do wyborów. W życiu gospodarczym okazywał Henryk Toeplitz wielką aktywność. Był założycielem Banku Handlowego w Warszawie i Warszawskiego Towarzystwa Fabryk cukru, oraz też dyrektorem Drogi Żelaznej południowo zachodniej. Był po trochu literatem i artystą. W r. 1856 wystosował list do Kraszewskiego, w którym mu zarzuca, że nie zna Żydów i zajmuje wobec nich stanowisko niegodne, szerząc uczucia
wzgardy i nienawiści.
Córka Henryka, Franciszka Fanny ochrzciła się w r. 1870.
Żydem pozostał Bonawentura Toeplitz (1831—1905) dyrektor S. A. Lilpop, Rau i Löwenstein w Warszawie. Zmienił wyznanie syn tegoż Teodor Toeplitz, radny miasta Warszawy, znany swego czasu działacz socjalistyczny (1875—1937), żonaty z Odrzywolską, który przez długie lata mieszkał w Charkowie. Bonawentura Toeplitz cieszył się poważnym mirem w całym społeczeństwie polskim. Po jego śmierci, zjazd miast polskich dnia 27 kwietnia 1937, uczcił jego pamięć, jako wielce zasłużonego działacza na polu samorządowym. Przy tej sposobności nawet antysemici obecni na Zjeździe, nie uważali za potrzebne oponować.
Wyznanie swe również zmienił, a to w r. 1890 Józef Leopold Toeplitz (1866— 1938) dyrektor naczelny Banca Commerciale Italiana. Inny syn Bonawentury, Ludwik urodzony w r. 1868, jest dyrektorem Banca Commerciale Italiana w Wenecji.
W przeciwieństwie do swych braci pozostał Żydem syn Bonawentury, Zygmunt Toeplitz (1854— 1934) wyjątkowy członek partii narodowo - demokratycznej, odznaczony komandorią orderu Polonia Restituta za swe zasługi i prace na polu społecznym. Był on dyrektorem i prezesem Rady nadzorczej Solvay-Werke w Polsce i Rosji.
(Jeske-Choiński, str. 167, 219, Reychman, str. 187, Nusbaum, Szkice, str. 34, 175, 258, Kronenberg, Korespondencja z Kraszewskim, Przedmowa, XX).
URBANOWSCY HERBU PRUS DRUGI
Paulin syn Walentego Urbanowskiego, neofity z rzędu nowej szlachty roku 1765 okazał jak wielu innych nowochrzczeńców, specjalne zamiłowanie do duszpasterstwa katolickiego i zostawszy księdzem, osiągnął nawet wysokie szczeble w hierarchii kościelnej. Stał się definitorem generalnym i kustoszem prowincji ruskiej, prokuratorem św. Jana w Dukli.
WOJCIECH WASIUTYŃSKI (po kąpieli)
Córka neofity, malarza Józefa Buchbindera (zob.) wyszła za Wasiutyńskiego. Synem z tego małżeństwa jest Wojciech Wasiutyński, zażarty antysemita, redaktor „Jutra“, który pamięć swego pochodzenia stara się przez hiper-nienawiść zacierać. Jest to rzecz stwierdzona wielokrotnie, kto szczególną animozję żywi ku Żydom, ten ma Żyda w sobie, w własnej krwi i zmaga się z przeszłością własnego rodu. Wiadomości Literackie mają w tym zasługę, że zdemaskowały Wojciecha Wasiutyńskiego, zdarły z niego przyłbicę i pokazały jego prawdziwe oblicze genealogiczne. Nie do uwierzenia, jaki tupet posiada taki potomek neofity, lejący kubły nieczystości na własne gniazdo.
Wojciech Wasiutyński miał czoło zaskarżyć redakcję Wiadomości Literackich i twierdzić przed sądem, że dokument świadczący o żydowskim pochodzeniu Józefa Buchbindera własnego dziadka jest „rzeczą zupełnie niepoważną”, przy czym przy tej sposobności przez nikogo nie pytany wyjechał ze swoją tezą „w kwestii żydowskiej stanowisko moje jest niezmienne, że trzeba Żydów usunąć, a zanim to nastąpi trzeba im odebrać wszystkie prawa”. Na wypadek realizacji ustawodawstwa w Polsce na wzór Norymbergii, ta teza panu Wojciechowi Wasiutyńskiemu, może na tyle się przydać, że razem z Izraelem zostanie pozbawiony swych praw, nim „usunięcie” wejdzie w życie.
Caveant convertiti, żeby ich żarliwość antysemicka bumerangiem nie została skierowana przeciwko nim samym.
BARONOWIE WATIMANOWIE (po kądzieli)
Joseph Freiher von Wattman dr. medycyny i chirurgii, radca dworu, profesor uniwersytetu wiedeńskiego (1789— 1866), noblitowany w r. 1826, mianowany austriackim kawalerem (Ritter) w r. 1849, baronizowany (Freiherr) w r. 1859, miał z małżeństwa z Anną Elżbietą Estellą baronówną de Maelcamp-Beaulieu, syna barona Ludwika (1827-1907) pułkownika, który się ożenił z Henriettą baronówną Brunicką (z Brunsteinów neofitów) z Rudy różanieckiej dnia 21 kwietnia 1860. Zmarł on w Zaleszczykach, gdzie w powiecie znajduje się majątek rodzinny Brunickich.
Dziećmi Ludwika barona Wattmana i Henrietty z Brunickich są: 1) Stella Henrietta ur. w r. 1867, pani na Zaleszczykach, zamężna primo voto za Władysławem de Sztronyavsky, secundo voto za Augustem Turnauem de Doberczyce, 2) Hugon, urodzony w r. 1876, żonaty z Marią Krystyną z baronów Ledererów. Dziećmi Hugona i Marii Krystyny Wattmanów są: Brunhilda ur. w r. 1903, Ingeborga ur. w r. 1914.
JULIUSZ WEINFELD
Juliusz Weinfeld (ur. w r. 1877) ekonomista i statystyk był w latach 1920—1921, jako pupil endeków i przyjaciel Grabskiego, wiceministrem skarbu. W latach 1920—1923 urzędował Weinfeld jako wicedyrektor w Głównym Urzędzie Statystycznym, zaś w latach 1924—1928 stał Weinfeld na czele Lwowskiej Izby Skarbowej. Współpracował on przy Atlasie Statystycznym Polski wraz ze Sturm de Stremem i J. Piekałkiewiczem.
WERTHEIMOWIE
Aleksander Wertheim (1787—1849), który przez całe życie pozostał wyznawcą mozaizmu był z zawodu bankierem, właścicielem kantoru loterii i weksli, dzierżawcą Głównej Loterii Królestwa Polskiego. Jego przedsiębiorstwo bankowe, które stanowiło już w r. 1817 samodzielną firmę, zostało zlikwidowane w r. 1849. W r. 1840 został Aleksander Wertheim zapisany do Zgromadzenia Kupców.
Syn jego Juliusz (1819—1901) zmienił religię w roku 1844, za młodu był on prokurentem Steinkellera, potem agentem Banku Polskiego i Giełdy. W swej dalszej działalności wybił się jako finansista i przemysłowiec, współorganizował Bank Handlowy w Warszawie i był przez szereg lat prezesem tej instytucji, oraz też administratorem związanych z tym Bankiem fabryk cukru i kopalń węgla. Baron Kronenberg syn czyni wzmiankę o nim w swych Wspomnieniach, jako o „bardzo inteligentnym finansiście i przemysłowcu, reprezentującym Kupiectwo Polskie w Towarzystwie Kredytowym”.
Syn Juliusza, Piotr A leksander Juliusz Wertheim (1850—1922) urodzony już jako chrześcijanin, zajmował się jak jego przodkowie również bankierstwem, był przy tym wiceprezesem Rady Fabryki Odlewni „Orthwein, Krasieński i Ska“, oraz też reprezentował państwo perskie, jako konsul generalny.
Córka Piotra Aleksandra Wertheima, Paulina Joanna zaślubiła w r. 1902 Zygmunta Radwana, zaś siostra tegoż, córka Juliusza Wertheima, Helena Michalina Leonarda wyszła
w r. 1881 za Konstantego Rudolfa Małkowskiego.
Syn tegoż Juliusz Edward Leopold (1880— 1928) był znanym muzykiem, którego szczere natchnienie chwalą znawcy.
Bratankiem Piotra Aleksandra Wertheima, jest Aleksander Wertheim, pułkownik wojsk polskich, ordynator szpitala na Czystem (Jeske-Choiński, str. 221, Reychman, str. 197).
BARONOWA JÓZEFOWA WEYSSENHOFOWA
Baron Józef Weyssenhoff, głośny poeta i powieściopisarz (1860—1932) człowiek o subtelnej kulturze estetycznej, który jak żaden z powieściopisarzy polskich odznacza się harmonią kompozycji, rysunku charakterów i stylu, ożenił się w r. 1883 z Aleksandrą Emilią Bloch z neofitów, córką Jana Blocha, znanego plutokraty-uczonego.
HRABIOWIE WIELOPOLSCY (po kądzieli)
Zygmunt hrabia Wielopolski (ur. w r. 1863) cesarsko-rosyjski kamerjunkier i koniuszy dworu, zaślubił w r. 1885 Marię (ur. w r. 1867), córkę Władysława Karola Tadeusza Laskiego, bankiera warszawskiego pana na Ostrowcu, który był sam synem wychrzty i Stefanii z hrabiów Ilińskich.
Dzieci z tego małżeństwa hr. Józef, hr. Aleksander, hr. Maria Stefania, hr. Władysław (Uruski, III, 280, Borkowski, str. 982, Semigotha, str. 744, Reychman, str. 117, Jeske-Choiński, str. 129).
WIENIAWSCY
Tadeusz Wieniawski (1798— 1884) lekarz starego typu — felczer z zawodu, brał udział w powstaniu listopadowym, jako lekarz sztabowy czwartego pułku strzelców, gdzie umiejętnie i dzielnie się sprawował.
Gdy korpus oficerski polski wydostał się po upadku powstania na ziemię pruską, otrzymał Tadeusz Wieniawski następujący dokument podpisany przez Sołotwińskiego dowódcę pułku jazdy kaliskiej i różnych innych oficerów, majorów i kapitanów tego pułku: „Będąc naocznymi świadkami gorliwego poświęcenia się Pana Tadeusza Wieniawskiego, sztabslekarza Wojsk Polskich, który w nieszczęśliwej rejteradzie ku granicy pruskiej, zbierał rannych walecznych oficerów i żołnierzy Korpusu naszego do 368 wynoszących, dając im stosowną pomoc lekarską, a tychże na rozkaz Jenerała dowodzącego do Prus wyprowadzając, starał się urządzić lazaret, zaopatrzony we wszelkie potrzeby dla nich konieczne, — czujemy się być obowiązani wynurzyć Mu dziękczynienie w imieniu nieszczęśliwych braci naszych…, którzy w Jego pieczołowitości i znajomości sztuki, ulgę w swych cierpieniach znaleźli“ (Julian Wieniawski, pamiętnik, I, 43).
Tadeusz Wieniawski jako Żyd nazywał się Tobiasz-Rofe Pietruszka; jako chrześcijanin wnet zarzucił nie tylko imię, ale i nazwisko. Zmienił swe nazwisko rodowe na Wieniawski, od Wieniawy, przedmieścia Lublina.
Tadeusz Wieniawski po powrocie z emigracji praktykował w Szczebrzeszynie i w Lublinie.
Tadeusz Wieniawski miał synów: Tadeusza, Juliana, Henryka, Józefa i Aleksandra, z których niektórzy uzyskali poważne znaczenie dla społeczeństwa i kultury polskiej.
Tadeusz Wieniawski syn
Tadeusz Wieniawski syn (1818— 1887) studiował medycynę, praktykował w Radomiu, był później naczelnym lekarzem w ordynacji Zamojskich i ożenił się z Apolonią Faleńską.
Julian Wieniawski
Julian Wieniawski (1834— 1912) miał pociąg do rolnictwa. Ukończył Instytut agronomiczny w Marymoncie i osiadł na dzierżawie w Górach, w Kaliskim. Gdy w r. 1863 wybuchło powstanie styczniowe spełnił on obowiązek wobec Ojczyzny jako Komisarz Rządu Narodowego; zagrożony wyrokiem śmierci musiał uciekać.
Iskra finansowych zdolności, stara spuścizna jego rasy jednak tliła w głębi jego duszy. Kiedy w roku 1872 zakładano w Warszawie Towarzystwo Wzajemnego Kredytu, został Julian Wieniawski powołany na jego dyrektora, gdzie też przetrwał aż do lat ostatnich swego życia. Łożył on podwaliny pod świetny rozwój tej instytucji bankowo-rolniczej.
Wieniawski rolnik-bankier posiadał również wybitne zdolności pisarskie jako humorysta. Przez dwadzieścia lat swego życia ukrywał się on pod pseudonimem Jordan i nikomu nie przyszło na myśl, aby poważnego bankiera utożsamiać z autorem opowiadań dowcipnych, pobudzających do śmiechu.
Jego humoreski nic w sobie nie mają z satyry chłostającej, lecz są to raczej szkice i felietony pisane pogodnie i wesoło, rozśmieszające komizmem prymitywności ludowej. Tematyka ustawicznie ta sama wzięta z życia wiejskiego lub z pobytu szlagonów z zapadłej wsi w mieście.
Pisał też dla sceny „Słomiany człowiek”, „Polowanko”, które cieszyły się swego czasu powodzeniem (por. Biblioteka Warszawska, tom CCLXXXVI, str. 202).
W swoich ze serdecznym humorem napisanych opowiadaniach, Julian Wieniawski pokazuje się nam jako Polak stuprocentowy, przedstawia się czytelnikowi jako Sarmata od naddziada, który na wylot zna życie po dworkach, mentalność szlachcica na zagrodzie. Nie można wyczuć najmniejszego fałszywego akcentu. Rasowy Słowianin gawędzi w stylu staroświeckim. Nikt nie byłby w stanie na podstawie samego materiału literackiego wyczuć, że ma przed sobą płód duchowy autora, który pochodzi ex tribu Juda.
O Żydach wspomina Julian Wieniawski w swych humoreskach tu i ówdzie. Patrzy się on jednak na nich zawsze przez szkła jakieś rdzennej warstwy społecznej. W pierwszym tomie zbiorowego wydania, w Wędrówkach Jordana, widać charakterystyczną scenę targu pomiędzy szlachcicem, a Żydem o konia, gdzie Żyd „szwargoce” w kiepskiej polszczyźnie i powtarza aj-waj i ny-ny. W tym samym tomie znajduje się również opowiadame jakiegoś wieśniaka o tym, jak diabeł jadącemu przez las Żydowi zabrał konia i indyka (str. 145).
W drugim tomie wydania zbiorowego, w „Przygodach Marka i Agapita” referowana jest dowcipna scena w wagonie kolejowym, gdzie dusili się na spółkę Żydzi i dwaj szlachcice z odległej wioski. Różne komiczne tranzakcje handlowe Żydów obnośnych handlarzy w Warszawie z szlachcicami, którzy przybyli na wystawę i w ogóle nie orientują się w życiu wielkomiejskim wypełniają kilkanaście stron tego drugiego tomu (str. 150—164).
To są dotychczas rzeczy naogół niewinne. Wolno z każdego i z wszystkiego się serdecznie uśmiać, na to służą humoreski. Źle się dzieje jednak, jeśli ze śmiechu kuje się broń przeciw komuś. I śmieszny staje się ośmieszany i obiektem jakichś poważnych roztrząsań poprawnych.
W trzecim tomie zbiorowego wydania, w Listach Jordana do pana Jana, znajdujemy już nie tylko tu i ówdzie zacytowaną złą polszczyznę Żydów pospólstwa w szlacheckim oświetleniu, nie tylko paradną dowcipną anegdotę o winie i weselu rabina, ale i różne uwagi natury gospodarczo-politycznej dziwnie, niesamowicie brzmiące, gdy wychodzą z pod pióra człowieka, w którego żyłach płynęła krew żydowska. Julian Wieniawski w swym zakłamaniu mimicrowym, pragnął pod każdym względem grać rolę szlachetki i przeholował, wtrącając zupełnie zbytecznie nutę polityczno-żydożerczą w rubaszne swe zdjęcia życia pospolitego. Wspomina on w Listach Jordana, pachciarza Żyda z uwagą „owego Żyda, bez którego ojcowie nasi (????) obywać się nie mogli i bez którego — wstyd wyznać — i my dziś jeszcze obyć zupełnie nie możemy“ (III, 343). Paradnym jest zwrot w tym związku „ojcowie nasi“, który należy przygwoździć.
W dalszym ciągu znajdujemy w Listach Jordana znamienne powiedzenie tej samej kategorii „Minęły już te czasy, mój Falku, kiedy nie można było się ruszyć bez Żyda“ (III, 349).
Opisana jest zabawna, ale poważnie podana scena, jak szlachcic się irytuje, że bez Żyda nie ma jarmarku i przybyli włościanie uważają, że póki Żydów nie ma, nie istnieje żadna ustalona cena targowa „nieznośny przesąd, stawiający cały han
del rolny w niewolniczej zależności od Ż ydów “ (str. 349—354). „Z politowaniem patrzyłem na ciemny ten lud (chłopski) grzeszący brakiem zaufania do dworów, a zbytnią łatwowiernością dla wyzyskiwaczy. Potrzeba szkół wiejskich i zbliżenia się dworu z chatą jeszcze mi się dobitniej narysowała“.
Wieniawski niezadowolony z handlu żydowskiego, ale sam na jarmarku, niby gospodarz wiejski Lechita pełnokrwisty, pachnący sianem i oborą ze zdziwieniem robi odkrycia, jak Żyd którego znał w domu jako spokojnego faktora „z jaką werwą, z jaką rozkoszą traktuje swe rzemiosło handlowe” (III, 365).
Wieniawski chciałby wyrugować żydowski handel ze wsi i skojarzyć sioło z dworem. Czy on się nad tym zastanawiał kiedyś, azali we Francji, Włoszech, Niemczech i gdziekolwiek indziej, gdzie istnieją handlarze po jarmarkach wyznania chrześcijańskiego, również ktoś propaguje wyrugowanie tychże, na rzecz jakiejś polityki chłopsko-szlacheckiej? Oczywiście nie chodzi o tępienie handlarzy wiejskich, tylko o Żydów.
Hasła Wieniawskiego w stosunku do Żydów , nacechowane pospolitą nietolerancją, miały korzenie w tendencji eksterminacyjnej, cechującej zawsze i wszędzie hegemonię grup większościowych przeciwko mniejszościom wyznaniowym, a nic wspólnego nie ma z jakimś napięciem ekonomicznym. Smutne, taki stan stwierdzić u autora, którego przodkowie w ghecie lubelskim nie jedną ciężką persekucję przechodzili.
Ze spokojem napisana jest humoreska „Wyprawa po pożyczkę“, gdzie też ostrze skierowane jest przeciw Żydom, ale żądło znośne (nie jest tak źle, aby szlachcic Żydowi furmanił i szlachcic wysadza Żyda z fury na gościńcu, gdzieś z dala od celu podróży (V, 247).
W swych Pamiętnikach (Kartki z mego pamiętnika, Warszawa 1911), stara się Julian Wieniawski podkreślić charakter chrześcijański czysto katolicki domu swych rodziców. Wspomina on, że sypialnię matki jego oświetlała lampka paląca się przed obrazem Matki Boskiej (I, 86). Przed wyjazdem wsunęła mu matka jakiś stary dukat węgierski czy holenderski z wizerunkiem Matki Boskiej, życząc mu aby on przyszłej fortuny był zadatkiem (I, 89).
Julian Wieniawski arcykatolik, bardziej nabożnie wychowany, niż rdzenni katolicy martwi się w swych Pamiętnikach z powodu upadku dawnej religijności, przeszłej nabożności wśród ludu. Opowiada w swych pamiętnikach, że w Końskim „była bożność wielka, jak wszędzie w kraju; nie było chłopa, któryby przeszedł, nie pochwaliwszy Pana Jezusa, dziś niestety w okolicach miast większych zupełnie prawie ustaje” (I, 93).
Dla Żydów nie ma on dobrego słowa również i w swych Pamiętnikach. Wymaga tego gorące pragnienie uchodzenia za stuprocentowego, urodzonego, prawdziwego Polaka-katolika. Opowiada on ironicznie rozmowę z kupcową żydowską, która nie chce wojny bo niszczy handel (I, 242), spostrzega w mieście granicznym Wilczyn, tylko Żydów paserów (I, 123). Znamienny w swej złośliwości jest sposób wzmianki jego o współdziałaniu Żydów w powstaniu roku 1863, która jest powszechnie uznaną rzeczą. Wkłada on w usta człowieka z ludu słowa następujące: „chrześcijanie, co w kościołach śpiewy prowadzili, ci są bardzo gorąco usposobieni i przy lada okazji tłumnie się gromadzą. Żydki przez ciekawość lecą za nimi". Żydzi w tym związku wspomnieni też jako motłoch (I, 185). To wszystko za tyle bohaterstwa.
Henryk Wieniawski
Henryk Wieniawski (1835— 1880) był cudownym dzieckiem, jako chłopczyk ośmioletni budził nadzieje wielkie. W jedenastym roku życia otrzymał on w konserwatorium paryskim pierwszą nagrodę za grę na skrzypcach.
W Paryżu z małym Henrykiem Wieniawskim mieszkała matka. W skromnym saloniku pani Wieniawskiej w stolicy nad Sekwaną, wytworzył się wnet ośrodek duchowy — cecha znamienna dla przewodnictwa i duchowego prymatu kobiety żydowskiej czy exżydowskiej w sferze inteligencji europejskiej od schyłku 18 wieku do końca 19 stulecia. Pani Wieniawska była siostrą znakomitego pianisty Edwarda Wolfa w Paryżu. Gromadziły się tutaj przez lat kilka znakomitości z dziedziny muzyki i sztuki, na tzw. herbatki. Uświetniał je wówczas nieraz bytnością swoją Adam Mickiewicz, lubiący namiętnie muzykę i sam żonaty z jedną z najbardziej muzykalnych kobiet. Godzinami był w stanie wielki wajdelota Polski wsłuchiwać się w grę Henryka Wieniawskiego i młodszego jego braciszka, również wówczas studiującego w Paryżu, Józefa, a zwłaszcza interesowały go ich produkcje na tematy narodowe (Jul. Wieniawski, Pamiętn. I, 11).
Po wyjściu z konserwatorium odbył Henryk Wieniawski podróż po Rosji, Francji, Niemczech, Belgii, Niederlandach i Anglii, która była szeregiem triumfów i owacyj, rzadko towarzyszących nawet najświetniejszym gwiazdom świata muzyki. W latach 1860— 1872 zajmował Henryk Wieniawski stanowisko pierwszego koncertmistrza w operze petersburskiej z tytułem nadwornego solisty, jednocześnie był profesorem w tamtejszym konserwatorium .
W roku 1872 urządził Henryk Wieniawski wespół ze znanym pianistą Antonim Rubinsteinem półroczne tournee muzyczne po Stanach Zjednoczonych.
Później wróciwszy do Europy znalazł on gorącego zwolennika w osobie króla holenderskiego, który go zaprosił do swej letniej rezydencji w Loo, obsypał zaszczytami i odznaczył orderem Korony Dębowej. Potem osiadł Henryk Wieniawski w Brukseli, gdzie uzyskał profesurę w Konserwatorium.
Współcześni go wynosili pod niebiosa, „pod względem techniki stawiano go na jednym piedestale z boskim Paganinim” i twierdzono o nim, że „pod względem poczucia głębokiego i samodzielnego, od młodzieńczych lat dosięgnął wyżyn genialności i na tych wyżynach utrzymał się aż do ostatniego tchnienia“ (Kłosy , XX X , 262).
Henryk Wieniawski „oprócz potęgi niezrównanego wykonawcy, który dźwiękiem swych skrzypiec wstrzymywał tchnienie słuchaczy i porywał ich ze sobą w krainę zachwytu, zajmował również jako kompozytor bardzo piękne stanowisko w historii muzyki”. Napisał on mnóstwo duetów na skrzypce, oraz 3 koncerty, piękną zawrotnie wirtuozyjną Fantazję z F austa Gounoda, Legendę, Kujawiak i w. i. Znawcy chwalą jego kompozycje, że posiadają bardzo wiele sentymentu i pomysłowości, są skończenie doskonale uformowane i pomimo swej przystępności, należą do bardzo wartościowej muzyki poromantycznego okresu” (Zdzisław Jachimecki, Muzyka Polska w Kulturze Powsz. pod red. Feliksa Konecznego, Kraków, 1918 II, 66, Kłosy XLVI, 255). Baron Julian Leopold Kronenberg w swej publikacji o Muzyce powiada o Henryku Wieniawskim, że jego utwory wzruszają pięknymi melodiami nacechowanymi w pełni uczuciami Polaka.
Józef Wieniawski
Józef Wieniawski (1837—1912) był wykwintnym pianistą wirtuozem, znakomitym pedagogiem; studiował w konserwatorium muzycznym w Paryżu, w r. 1860 otrzymał stanowisko nauczyciela-egzaminatora w Paryżu, w latach 1866— 1868 był on profesorem muzyki w Moskwie, później prowadził własną szkołę fortepianu w tej drugiej stolicy Rosji. W roku 1877 został Józef Wieniawski powołany do Warszawy na dyrektora Towarzystwa Muzycznego. Komponował on też udane utwory na fortepian i był wybitniejszym kompozytorem, aniżeli wirtuozem.
Aleksander Wieniawski
Aleksander Wieniawski (1837— 1918) był za czasów rosyjskich urzędnikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, przydzielonym do kancelarii Warszawskiego Generał-Gubernatora i otrzymał szlachectwo dziedziczne Cesarstwa rosyjskiego, oraz tytuł tajnego radcy.
Tężyzna Wieniawskich przeszła w wielkiej mierze również i na młodszą generację.
Minister Antoni Wieniawski
Syn Juliana, Antoni Wieniawski urodzony w roku 1871, jest ekonomistą, był w latach 1907—1911 sekretarzem Centralnego Towarzystwa Rolniczego, w roku 1918 otrzymał on tekę ministra Handlu i Przemysłu. W latach 1922—7, był on członkiem komitetu ekonomicznego Ligi Narodów. Obecnie jest Antoni Wieniawski prezesem zarządu Powszechnego Banku Związkowego i dziedzicem dóbr Chlewnia, oraz członkiem Prezydium Muzeum dla Handlu i Przemysłu.
Adam Tadeusz Wieniawski
Syn Aleksandra, Adam Tadeusz Wieniawski (ur. w r. 1876) jest kompozytorem i krytykiem, założycielem Sekcji Współczesnych Kompozytorów Polskich, napisał opery, balety, różne pieśni i mniejsze utwory muzyczne, w których góruje erotyzm.
MARIA HR. WODZICKA
Aleksander hr. Wodzicki (ur. w r. 1878) ożenił się z baronówną Marią Brunicką (Brunstein) córkę barona Adolfa Brunickiego, pana na Lubieniu, prezesa rady powiatowej gródeckiej, posła na sejm galicyjski i Marii z hr. Wallis, baronów of Karighman i Borkowski str. 992, Semigotha str. 992).
WOLFFOWIE HERBU POSTĘP
Abraham Wolff był początkowo lekarzem nadwornym księcia Augusta Sułkowskiego, później zaś otrzymał powołanie na generalnego sztabowego lekarza wojsk polskich. Zmienił on wyznanie jeszcze w 18 wieku.
Syn jego Ferdynand August Wolff, fizyk miejski w Warszawie od roku 1796, założył w roku 1809 razem z kilku innymi polskimi lekarzami szkołę lekarską w Warszawie, której był profesorem. W r. 1810 powołał go rząd Księstwa Warszawskiego na prezesa ogólnej Rady Lekarskiej.
Ferdynand August Wolff został gwoli swym zasługom w sztuce lekarskiej i za starania ku wzrostu nauk lekarskich nobilitowany w r. 1820 herbem Postęp (Marcinkowski str. 61)
Brat Ferdynanda Augusta Wolffa, Emanuel Aleksander (ur. w r. 1767) uzyskał rozgłos jako znakomity lekarz, praktykując w Poznaniu.
Ferdynand August Wolff zostawił dwóch synów, Karola Gustawa obywatela ziemskiego i Maurycego lekarza. Młody Wolff był lekarzem osobistym Chłopickiego, podczas powstania r. 1831 (Barzykowski I, 400, II, 119)
Synem Karola Gustawa Wolffa zaślubionego z neofitką Joanną Stefanią Fraenkel, był Andrzej Tadeusz Józef Wolff (1830—1903) znany swego czasu obrońca przy b. Radzie stanu, członek konsystorza ewangelicko-reformowanego, dziedzic dóbr Cielądz. Kraushar go charakteryzuje: „każde jego słowo trafiało do celu, argumentacja mówcy obfitowała w kazuistykę, wobec której oratorstwo przeciwnika broń składać musiała (Warszawska Palestra str. 110).
(Jeske-Choiński str. 43, Reychman str. 207—208).
WOLFFOWIE II
Józef Wolff (1766— 1866) syn kupca Maksymiliana, znany lekarz warszawski pierwszej połowy 19 wieku, był gorącym amatorem sztuki muzycznej, prowadził w Warszawie wielki salon muzyki, w którym popisywali się najwięksi wirtuozi świata.
Z synów jego wybił się znakomity pianista i kompozytor Edward. Wolff (1814— 1880).
Wnukiem Józefa Wolffa, synem Ludwika (1819— 1875) kupca i bankiera warszawskiego, był Józef Ludwik Wolff zmarły w r. 1900 historyk i heraldyk, członek Akademii Umiejętności w Krakowie. Ważniejsze jego publikacje są: Senatorowie i dygnitarze Wielkiego Księstwa Litewskiego 1386—1795, (rok wydania 1885), Ród Gedymina (1885), Kniaziowie litewsko-ruscy od końca 14 wieku (1895). Józef Ludwik Wolff posiadał też zainteresowania dla tematyki żydowskiej i ogłosił pracę p. t. Żyd ministrem króla Zygmunta Starego (o Abrahamie Ezofowiczu).
Dalszym synem Józefa Wolffa był Maurycy Wolff (1825—1883) znakomity księgarz i wydawca petersburski, założyciel słynnego domu wydawniczego rosyjskiego „Towaryszczestwo M. O. Wolff”. Ochrzcił się na kalwinizm w r. 1856.
Maurycy Wolff posiada wielkie zasługi około propagandy piśmiennictwa polskiego wśród ludności, zasypywał cały kraj w czasie największego zastoju w latach 1850—1860, książkami, nie szczędząc na to, ani ofiar pieniężnych, ani fizycznych. Najważniejszymi jego wydawnictwami są: Skarbczyk poezji (dwanaście tomów) zawierający utwory całej plejady poetów. Był to pierwszy, najprzystępniejszy dla szerokiej publiczności zbiór poezji rodzimych, rozprószonych tu i owdzie, a nie dość w kraju znanych. Równocześnie prowadził Wolff wydawnictwo Dziejopisów krajowych. Były to przekłady z łaciny obejmujące 12 tomów, w które weszły dzieła autorów 16 i 17 wieku. W roku 1860 zaczął Wolff wydawać Bibliotekę zaściankową, zawierającą pamiętniki Paska, Seglasa i w. i. Jego nakładem ukazały się Monumenta Regni Poloniae Cracoviensia, do których znaczną sumę dołożył. Poza tym ogłaszał powieści Kaczkowskiego, Kraszewskiego, Korzeniowskiego (Kłosy r. 1883, str. 174).
Najmłodszym synem Józefa Wolffa był Emanuel Wolff współwłaściciel domu handlowego „Reychman i Wolff” w Warszawie. Syn Emanuela Wolffa, Henryk Wolff (1866—1933) był przemysłowcem, prezesem S. A. Browaru w Częstochowie, dyrektorem S. A. Norblin, Br. Buch i T. Werner (Reychman, str. 209—212, Jeske-Choiński, str. 287).
Tutaj nie należą Wolffowie z firmy Gebethner i Wolff, potomkowie Gottlieba Augusta Wolffa, przybysza z Niemiec (por. Stanisław Łoza, Rodziny polskie pochodzenia cudzoziemskiego, Warszawa, 1932).
WOLSCY
Jan Wolski herbu Niedźwiedź Biały
Wśród nobilitowanych neofitów z roku 1765 znajduje się Jan Wolski herbu Niedźwiedź biały ochrzczony około roku 1750 (por. Wstęp, oraz Jeske-Choiński str. 33). Niewątpliwie identycznym z onym neofitą Wolskim , o którym wspomina Marcin Matuszewicz w swych Pamiętnikach z lat 1714—1765 (Warszawa 1876, III, 43, 81), że był łowczym wielkim u księcia Radziwiłła i gdy tenże możnowładca litewski urządził raz polowanie na cześć króla Augusta III, był on, Wolski, pięknie i bogato ubrany i wydawał ordynanse.
Byli Wolscy też wśród frankistów.
Którzy z dzisiejszych Wolskich mają neofitów za swoich protoplastów, trudno obecnie stwierdzić bez specjalnych badań w każdym poszczególnym wypadku.
WOŁOWSCY HERBU BAWÓŁ I CZERWONY
Wołowskich cała gmina się wychrzciła we Lwowie 1759—1760. Nazwisko to, zresztą nigdzie poza tym nie napotykane w Polsce, wzięto się od hebrajskiego Szor (wół), który przydomek posiadali przodkowie Wołowskich, będący potomkami starej rodziny żydowskich uczonych, descedentom i autora głośnego dzieła rytualistycznego „Thebuath Szor“, Zalmana syna Naftaliego Hirsza Szora, rabina lubelskiego, zmarłego w r. 1634, który był zięciem Saula Wahla, faktora księcia Radziwiłła (tak zwanego króla jednodniowego). Dziwną wiadomość przynosi jednakowoż Biblioteka Warszawska (1844, III, 377), jakoby Wołowscy przyjęli swe nazwisko od chorążego buskiego Jana Nepomucena Wołowskiego, który był ostatnim swego rodu.
Stary Elisza Szor był dawno przed Frankiem przywódcą zwolenników Sabbathaja Cewi na obszarze południowo-wschodniej Polski.
Salomon syn Eliszy z Rohatyna uczestniczył w dyspucie z talmudystami w Kamieńcu i podpisał wraz z Krysą suplikę do króla i prymasa w maju 1759.
W spisie ochrzczonych Frankistów stwierdzamy następujące imiona Wołowskich: Franciszek Józef lat 14 z Rohatyna (Kraushar I, 331), Mariana Urszula 6 letnia córeczka Franciszka-Salomona Wołowskiego z Rohatyna (I, 343), Andrzej syn Salomona Wołowskiego (ib. 345), łukasz Franciszek Wołowski (347), wraz z żoną Marianną, Michał Wołowski z Rohatyna (367), Marianna Wołowska lat 5, Małgorzata Kazimiera Wołowska (368), Rozalia, córka Jana Wołowskiego i Rozalii (371).
Wielu z nich brało żywy udział w ruchu frankistowskim i później jeszcze. Franka w Częstochowie odwiedził wraz z dwoma towarzyszami raz Franciszek Wołowski, a raz znów Jan Wołowski (Kr. I, 233), później gdy stosunki w Częstochowskim więzieniu się poprawiły dla Franka i ten sobie tam utworzył orszak z czternastu, należał do orszaku również Jan Wołowski (I, 235). Z wezwaniem do Żydów morawskich, aby przystąpili do herezji Franka, do t. zw. wiary Edomu, wyjechał w r. 1768 z towarzyszem Jan Wołowski. Jan Wołowski wraz z jednym towarzyszem byli obecni w fortecy częstochowskiej, gdy z końcem 1772 roku, generał Bibikow zwolnił Franka z aresztu częstochowskiego. Ostatnią historię, którą Frank przed śmiercią opowiadał, miał na tegoż polecenie Jan Wołowski rozgłosić wśród wszystkich ludzi kompanii w Offenbachu (II, 392). Odezwę Frankistów z Offenbachu do ogółu Żydów, wystosowaną w roku 1800, podpisali prócz Dębowskiego, jeszcze tylko Franciszek i Michał Wołowscy.
Franciszek i Barbara Wołowscy
Franciszek i Barbara Wołowscy posiadali w ostatnich dziesięcioleciach 18 i z początku 19 wieku znaczną jurysdykę w Warszawie, dom na Walicowie nr. 1109 (ulica Waliców nr. 1).
Franciszek Wołowski był właścicielem browaru przy ulicy Ceglanej. Należ ał on do onych siedmiu właścicieli browarów, których spotkał gniew Konstantyna, wielkiego księcia i namiestnika Królestwa. Doniesiono mianowicie Konstantynowi, że u piwowarów przy ul. Ceglanej ukrywa się jakiś dezerter. Nie zbadawszy wcale, ile jest w tym prawdy, polecił zaaresztować sześciu obywateli, właścicieli browarów chrześcijan i jednego Żyda. Rano w sobotę rozkazał najpierw całemu pułkowi strzelców konnych musztrować przez parę godzin na placu Saskim, a później po ustąpieniu pułku z placu, wydał zarządzenie, aby przyprowadzić onych siedmiu obywateli, pomiędzy którymi był Franciszek Wołowski i kazał ich do taczek zaprzągnąć i zmusić do zamiatania całego placu Saskiego i uprzątania nieczystości pozostawionych przez konie (Młocki str. 12). Do tych sześciu należał wówczas i stary Czyński (zob.). Franciszkowie Wołowscy zażywali miru w społeczeństwie rdzennym, był to dom „zacny, dostatni i z cnót prywatnych znajomy”, jak to pisze Morawski w swych Pamiętnikach (str. 159).
Franciszek i Barbara Wołowscy mieli dziesięcioro dzieci, spośród których najwybitniejsza była Maria, zamężna za Józefem Szymanowskim (zob.) słynna pianistka, której córka Celina wyszła za Adama Mickiewicza (zob.).
Kazimiera Wołowska
Dalsz ą córką Wołowskich, ciotką Celiny Mickiewiczowej, siostrą Marii Szymanowskiej była Kazimiera Wołowska. Towarzyszyła ona swej sławnej siostrze podczas pochodu triumfalnego po Europie. Była to też osoba o niezwykłym uroku. Oczarowała największych onego czasu. Goethe jej poświęcił piękny sonet:
Dein Testament verteilt die holden Gaben,
Womit Natur dich mütterlich vollendet,
Vermächtnis nach Vermächtnis ausgespendet,
Zurfrieden jeder, seinen Teil zu haben,
Doch wenn Du glückliche zu machen trachtest,
So wäre es der, dem du dich ganz vermachtest.
Aleksander Humboldt, jeden z największych luminarzy Europy, pierwszej połowy 19 wieku przyrodnik-filozof, powiedział o Kazimierze Wołowskiej, że ma najpiękniejsze ramiona na świecie (Wład. Mickiewicz, Adam Mickiewicz II, 13)
Stanisław Wołowski
Synem Franciszków Wołowskich, wujem Celiny Szymanowskiej, bratem Marii był Stanisław Wołowski z zawodu lekarz. Był on w az z Niemcewiczem świadkiem ślubnym u Adama Mickiewicza.
Przed powstaniem w r. 1831 pełnił Stanisław Wołowski służbę jako naczelny lekarz w szpitalu sw. Ducha w Warszawie. Gdy wybuchła wojna polsko-rosyjska pracował on jako jeden z pięciu lekarzy przy głównym sztabie. Lewiński w swych Pamiętnikach czyni o nim wzmiankę, jako o doktorze przy sztabie generalnym (str. 61). Kierował on służbą chirurgiczną w szesnastu bitwach i odniósł ranę pod Grochowem. Po jego śmierci część dziedzictwa przypadła Celinie Mickiewiczowej (Władysław Mickiewicz, Żywot A. M. II, 296, III, 468, Źródła do wojny polsko-rosyjskiej w r. 1831, IV, 137). Stanisław Wołowski został odznaczony orderem św. Stanisława.
Po wojnie w r. 1831 ogłosił Stanisław Wołowski drukiem w Paryżu pracę naukową o cholerze w czasopiśmie medycznym „Revue Medical”, z czego też wyszła osobna odbitka (Documents en le cholera - morbus comuniquès à la Revue Medicale par le Docteur Wołowski Premier medicin du quartier generale de l’armee polonaise, medicin en chef de l’hopital Saint Esprit a Varsovie, chevalier de l‘ordre de Saint-Stanislas, Paris 1832).
Fryderyk Wołowski
Ze spadku po Stanisławie Wołowskim wuju Celiny, nie skorzystali Mickiewiczowie. Dnia 16 sierpnia skierował Adam Mickiewicz do Ludwika Wołowskiego list, o którym jeszcze będzie później obszerniejsza wzmianka, w którym znajdują się następujące słowa: odwołuję się do Ciebie, w interesie Celiny, tyczącym się sukcesji nieboszczyka Stanisława Wołowskiego — postanowieniem Celiny jest nic dla siebie z tej sukcesji nie brać. Wszakże jeśliby coś było na jej część przypadającego, w takim razie chce ona przelać prawa swoje na rzecz Fryderyka Wołowskiego, niedawno przybyłego z Polski (Pisma III, 545).
Fryderyk Wołowski, był to dalszy syn Franciszków Wołowskich, przybył do Paryża w r. 1847 i zamieszkał u Adama i będąc już człowiekiem niemłodym zaciągnął się w r. 1848 do
Legii Włoskiej i dobrze się tam sprawował. Na adresie legionistów w Toskanie skierowanym do Mickiewicza, widać wśród innych podpisów, też jego podpis. Miał on też syna, który w r. 1855 dostał się po różnych awanturach do obozu Sadyka Paszy (Wład. Mickiewicz, Legion Adama Mickiewicza str. 319, Idem Moja matka, str. 51).
Aleksander Wołowski
Maria Szymanowska miała brata, Aleksandra, który odziedziczył dom rodziny na Walicowie (Tyg. Il., 1872, 176).
Teodor Wołowski
Dalszym wujem Celiny Szymanowskiej, synem Franciszków Wołowskich, był Teodor Wołowski (ur. w r. 1809), który magsterium praw posiadał już w r. 1827. Od r. 1851 pełnił on służbę jako cenzor w Warszawie. Był to człowiek sumienny i uczciwy, który na swym stanowisku, nie zapominał o swych obowiązkach wobec społeczeństwa. Jemu należy zawdzięczyć, że mimo tendencyj odmiennych wyłonionych skądinąd, Konrad Wallenrod Mickiewicza, nie został przez Rząd rosyjski skonfiskowany. Teodor Wołowski jako cenzor wydał obszerną opinię dla władz rosyjskich, przemawiającą za dopuszczeniem Wallenroda (Teodor Wierzbowski, Z badań nad Mickiewiczem i utworami jego, Warszawa 1918, str. 137).
Jest to nie pierwsza i też nie ostatnia przysługa wyrządzona przez rodzinę wielkiemu wieszczowi, o czym biografowie Mickiewicza tak konsekwentne milczą.
W r. 1839 otrzymał Teodor Wołowski nobilitację z herbem Bawół z dewizą Deum cole regem serva (czcij Boga sluż królowi).
Jan Wołowski
Razem z Teodorem Wołowski został nobilitowany również i Jan Wołowski. Uzyskał on szlachectwo z tym samym herbem. Jan Wołowski był członkiem Rady M unicypalnej w Warszawie w r. 1831 i został wówczas przez Rząd Narodowy ustanowiony członkiem komisji dla dozoru szpitali (Źródła do dziejów wojny polsko-rosyjskiej w r. 1831, I, 382).
FRANCISZEK WOŁOWSKI DRUGI (herbu na Kaskach)
I
Znakomitym przedstawicielem rodziny Wołowskich w pierwszej połowie 19 wieku był Franciszek Wołowski, urodzony w r. 1786. Była to ongiś figura bardzo poważna, która poszła w zapomnienie, mimo zasług znacznych wobec kraju.
Już za młodu wykazywał on wielkie zdolności. Po ukończeniu szkoły średniej zapisał się Franciszek Wołowski w r. 1803 na uniwersytet w Halii i po dwóch latach zdołał wyjątkowo
ukończyć studia, przewidziane na okres trzyletni.
W dwudziestym roku życia został Franciszek Wołowski dla znajomości języków zamianowany sekretarzem przy komisji sądowo-dyplomatycznej do odebrania archiwów wywiezienych przez Rząd pruski.
Niezadługo został on adwokatem przy sądzie apelacyjnym, później mecenasem przy sądzie najwyższej instancji, nie mając jeszcze lat 30, a już należał do najpoważniejszych obrońców w Królestwie. Rząd pruski, który posiadał w Księstwie warszawskim różne wierzytelności udzielone ludziom prywatnym, zahipotekowane na dobrach, z okresu swego panowania na obszarze t. zw. „Südpreussen“ , powierzył Wołowskiemu, jako człowiekowi zdolnemu, zasługującemu na wyjątkowe zaufanie, misję realizacji tych pretensji. Franciszek Wołowski dorobił się na prowizji od tych ściągniętych wierzytelności poważnego majątku. W r. 1823 otrzymał Franciszek Wołowski za zasługi położone koło kraju, jako mecenas sądu najwyższej instancji szlachectwo i herb na Kaskach (Marcinkowski 62).
W r. 1825 odbył Franciszek Wołowski podróż do Włoch i Szwajcarii, którą opisał w relacji podróży, wydrukowanej dopiero po jego śmierci (Podróż do Szwajcarii i Włoch rozpoczęta w r. 1825 z rękopisma Franciszka Wołowskiego, Paryż 1847). Opis wcale ciekawy, znać dobrego obserwatora, który umiał się patrzyć, rozumiał co widział i jest mocem uplastycznić swe wrażenia czytelnikowi.
Wpada w oko w tej relacji podróży niezwykle silny patriotyzm polski. Gdzie tylko nadarzała się okazja daje autor wyraz swej świadomości polskiej. Boleje on podczas przejazdu przez obszary polskie zajęte na nowo od r. 1815 przez Prusy, z winy kongresu wiedeńskiego nad losem ojczyzny (str. 5). Podczas swej bytności w Lombardii (str. 70) i w Rzymie (str. 116) przypomina on sobie z radością legiony Dąbrowskiego.
Franciszek Wołowski starał się widocznie przeciwdziałać pamięci pochodzenia, silnym tym podkreśleniem uczuć swych narodowo-polskich przy każdej sposobności. O Żydach nie wspomina w tym opisie ani słowem. Nie istnieli, nie widział ich. Przeszkadzaliby mu w procesie scalania się ze słowiańskością. Raz jeden tylko gdy referuje o łuku Tytusa w Rzymie, czytamy „Łuk triumfalny Tytusa na pamiątkę zwycięstwa Jerozolimskiego, wystawiony przez senat i lud rzymski i t. d. Powiadają, że synowie Izraela nie przechodzą około tego łuku, omijają go zawsze” (str. 130). Ani słowa potępienia dla Tytusa. Żydzi eufemistycznie podani jako synowie Izraela, a wiadomość nie bezpośrednia, tylko w formie anonimowej famy „powiadają”. Franciszek Wołowski urodzony i wychowany, gdy jeszcze ośrodek w Offenbachu promieniował, udawał zupełną nieznajomość rzeczy żydowskich. Tłumił on w sobie pamięć przeszłości swej rodziny, za pomocą bezwzględnego wyobcowania własnego ja wobec świata zewnętrznego.
II
W r. 1830 został Franciszek Wołowski powołany przez wyborców warszawskiego okręgu, naprzód na Radcę województwa a potem niebawem, na deputowanego na Sejm i teraz rozpoczyna się nowa epoka w jego życiu publicznym.
Już w pierwszych miesiącach posłowania, udało mu się zażegnać konflikt, istniejący w Polsce środkowej wnet ćwierć stulecia, na tle prawa rozwodowego, pomiędzy Kodeksem Napoleona zaprowadzonym w Królestwie od czasów Księstwa Warszawskiego, a prawem Kanonicznym. Franciszek Wołowski zdołał uzgodnić przeciwieństwa.
Zorientowano się natychmiast w Sejmie, że mają w nim dzielnego prawnika-polityka i poruczano mu najtrudniejsze sprawy. Między innymi został upoważniony do redagowania odpowiedzi Sejmu na raport Rady Stanu w przedmiocie sprawiedliwości kryminalnej. Współcześni chwalili Franciszka Wołowskiego deputowanego, że „umiał wytknąć śmiało i z powagą nadużycia rządu (ustanowionego przez cara w Królestwie) uwłaszczające wolności osobistej, wolności druku i niepodległości sądownictwa, zgromadził arbitralne jego postępowanie w procesie patriotów oddanych pod sąd sejmowy za zbrodnię stanu, na ostatek odkrył całą zgrozę systematu szpiegostwa, które był zorganizował w Królestwie wielki książę Konstanty, jego najbliższy sąsiad na poselskiej ławie. Wołowski był jednym z najdzielniejszych szermierzy parlamentarnej walki w miesiącach, które poprzedziły bohaterskie powstanie narodu polskiego, w obronie swych nieprzedawnionych praw niepodległościowych”. (Życie Franciszka Wołowskiego deputowanego na Sejm Królestwa Polskiego, czytane na posiedzeniu Towarzystwa Literacko-Historycznego, Paryż 1844).
Gdy wybuchło powstanie listopadowe prześcigał się Franciszek IWołowski swym patriotyzmem, należał on do tych, którzy na znanym historycznym posiedzeniu Sejmu przemawiali za zerwaniem z Rosją i zdetronizowaniem cara jako króla polskiego. „Należał do liczby tych, co od pierwszej chwili przystąpili do powstania bez żadnych myśli odwrotu” (ib.). W okresie walk powstańczych, Wołowski „najczynniej zajmował się pracami sejmowymi, zasiadał w komisjach i redagował jego najważniejsze uchwały, jego mianowicie układu była organizacja władz rewolucyjnych, kombinująca dotychczasowy bieg służby publicznej ze zmianami, jakich wymagał nowy porządek rzeczy“ (ib.).
Wyraża się o nim z pochwałą hrabia Roman Sołtyk poseł na Sejm, generał artylerii, jako o deputowanym, wymownym i obdarzonym wysokimi zdolnościami, który był godnym swego posłannictwa (Comte Roman Sołtyk, La Pologne, precis historique, politique et militaire de sa revolution, Paris 1833, I, 226).
Był on za zgodą i jednością w narodzie w okresie powstania, zwalczał demagogów, przeciwników historycznych rodów (Barzykowski I, 39, gdzie błędnie podany jest Wojciech Wołowski).
Franciszek Wołowski nie gonił za zaszczytami „skromny w żądaniach, obojętny na nagrody, zda się w tym tylko szukał chluby, aby być użytecznym. Dla tego to nawet wyrzekł się urzędu pierwszego Radcy Stanu w komisji sprawiedliwości, którego w początkach rewolucji rząd narodowy zaszczycił” (Życie Franciszka Wołowskiego, str. 15). Pierwszy Radca stanu był tyle co minister.
Wobec Żydów zajmował Franciszek Wołowski w swym ferworze patriotycznym w Sejmie stanowisko ujemne, nienawistne, aby, broń Boże, nikt go nie posądził, że żywi jeszcze jakieś uczucia, jakiś sentyment romantyczny wobec ludu z którego wyszedł, względnie wyszli jego rodzice.
Gdy w Sejmie wypłynął wniosek zmierzający ku obywatelnieniu Żydów, przemawiał Franciszek Wołowski, syn jednego z powodyrów-kabalistów ruchu frankistowskiego, wnuk Eliszy Szor z Rohatyna, — za odroczeniem, albowiem nie teraz pora na to. Najpierw ma naród polski sobie wywalczyć niepodległość, a potem można pomyśleć o poprawie doli różnych warstw i grup (por. Ignacy Schipper, Powstanie Listopadowe str. 169). Oczywiście było to stanowisko pozbawione racji stanu. W interesie właśnie boju o niepodległość narodu polskiego, leżało zainteresowanie Żydów w dodatnim wyniku walk, przez uchwalenie równouprawnienia, jakiego nie posiadali wówczas w carskiej Rosji, epoce tyranii. Franciszkiem W ołowskim kierowało tylko jedno, chęć kompensowania przez nienawiść do Żydów grzechu pierwotnego pochodzenia.
Franciszek Wołowski nie tylko przemawiał za powstaniem listopadowym z wysokości trybuny sejmowej i swoją wiedzą i swoją też niepospolitą energią duchową służył sprawie narodu polskiego, ale też przyczynił się finansowo, ofiarując dobrowolnie na posiedzeniu Sejmu z dnia 18 grudnia dwadzieścia tysięcy złotych w gotówce i poza tym kompletny rynsztunek dla dziesięciu jeźdźców. Oddał też trzech synów z których najstarszy liczył lat 21 do wojska (Wład. Mickiewicz, Żywot Adama Mickiewicza, II, 294).
Najstarszy z tych synów, Ludwik wnet uzyskał rangę kapitana artylerii, został przydzielony jako adiutant księciu Michałowi Radziwiłłowi i niezadługo wyjechał do Paryża jako sekretarz legacji warszawskiego Rządu Narodowego.
W bojach wojska polskiego z Moskalami odznaczył się podporucznik Kazimierz Wołowski. Brał on udział w walce ulicznej z Rosjanam i w Mińsku Mazowieckim i pierwszy wskoczył do rzeki przeciw wrogowi (A. K. Puzyrewski, Generał lejtenant, Wojna polsko-rosyjska r. 1831, Warszawa 1899, str. 161). W rozkazie dowódcy czwartego pułku ułanów pułkownika Zielińskiego, czytamy pochwałę podchorążego Wołowskiego z tym, że został przedstawiony przez mego po bitwie pod Mińskiem do awansu na wyższy stopień, albowiem „w szarży przy zabraniu sztandaru mocno został ranny kulą karabinową w rękę”. Podchorąży-podporucznik Kazimierz Wołowski niewątpliwie był to drugi syn Franciszka Wołowskiego.
Synowie Franciszka Wołowskiego byli rasowo pełnymi Żydami. Matka ich Tekla była również z Wołowskich-frankistów.
III
Na uchodźtwie należał Franciszek Wołowski czynnie do wszystkich prób organizowania emigracji i ukonstytuowania Sejmu. Art. z dnia 26/I, 1833 za zebraniem Sejmu na emigracji, z Ostrowskim na czele, nosi też jego podpis (Gador II, 215).
Rozwijał on też żywą działalność publicystyczną w języku francuskim i polskim.
Franciszek Wołowski napisał broszurę przeciw cesarzowi Mikołajowi, gwałcicielowi konstytucji Królestwa (L’empereur Nicolas et la constitution polonaise de 1813, Paris 1832), oraz też studium o prawodawstwie polskim (Coup d‘oeil sur la legislation polonaise, Paris 1832).
Towarzystwo literackie w Paryżu o zabarwieniu konserwatywnym, którego członkiem i też jednym z fundatorów był Franciszek Wołowski, poruczało jemu rok rocznie przez lat osiem (1835—1844), redagowanie pisma przypominającego Izbom francuskim sprawę Polski (Życie Franc. Wołowskiego).
Jego artykuły w prasie emigracyjnej odznaczały się zawsze zwięzłością, umiarkowaniem i gruntowną znajomością rzeczy.
Miłość do Polski Wołowskiego, jego wiara w odbudowę królestwa Piastów przybierały na emigracji czasem formy egzaltowane.
Znamienny pod tym względem jest jego list o Polsce, ogłoszony w „Kronice Emigracji polskie” z roku 1834 (str. 113—117): „czego chciał naród nasz, jeżeli nie stale i jednomyślnie jednej rzeczy, odzyskania swojej niepodległości? Do czegóż zmierzały wszystkie jego usiłowania, jeżeli nie do głównego celu: wybicie się spod obcego jarzma. Żadne przeszkody, żadne ofiary nie zdawały mu się za wielkie; majątek, wszelkie materialne korzyści, życie nawet w każdym czasie Polak poświęcić jest gotów by tylko ujrzał ojczyznę niepodległą; niechby się wszyscy mocarze świata na przeciw jemu jednemu się połączyli, on nie straci nadziei i ciągle będzie powtarzał: ja istnieć powinienem i prędzej czy później istnieć będę. Jest to u niego wiara, której nic zachwiać nie zdoła; podobny w tym względzie do pierwszych chrześcijan, tak wierzy w wybawienie Ojczyzny, jak tamci w triumf religii Chrystusa; tak też cierpliwie jak oni wszelkie prześladowania i męczeństwa znosił i znosi”.
Kto ma ucho wysubtelnione słyszy tutaj dźwięki dobrze znane Żydom, wyczuwa wiarę prześladowanego Izraela, przekonanego, że mimo wszelkie przeciwieństwa losu, przecież nastąpi ostatecznie, zbawienie narodu. Franciszek Wołowski przeniósł żywcem pewien kompleks psychologiczny odziedziczony po przodkach, w wielkiej mierze prawdopodobnie kiedyś pielęgnowany w kołach frankistowskich, na płaszczyznę polską.
Stanowisko to krytykował też poseł Jan Ledóchowski „nie trafne żądanie, bo nam już ślepo wierzyć nie wolno, bo nas ślepa wiara zgubiła”. (Do Franciszka Wołowskiego i Bonawentury Niemojewskiego).
Na to znów płomieniąc się od patriotyzmu przechodzącego w religijną wiarę, zareagował Wołowski w „Kronice Emigracyjnej“ (r. 1834, str. 177— 188).
Zdaje się, że z mesjanistycznego nastawienia Wołowskiego, spadku jego własnego plemienia, zrodził się później ów mesjanizm emigracyjny, który osładzał wielu emigrantom polskim najboleśniejsze chwile rozpaczliwej beznadziejności w latach czterdziestych 19 wieku. Adam Mickiewicz należał do najbliższych przyjaciół Franciszka Wołowskiego, jak to wnet zobaczymy.
IV
Franciszek Wołowski na emigracji był ścisłym zachowawcą. Należał on w az z generałem Pacem, Bemem, Umińskim i innymi ziemianami do grupy konserwatywnej zwalczającej lewicowy, rewolucyjny komitet Lelewela. Deklarację Komitetu Narodowego Białych podpisał Franciszek Wołowski jako jeden z pierwszych (Gadon I, 159, 175). Demokraci nie byli z jego roli zadowoleni. Wyżej cytowany Ledóchowski powiedział: „Pan Wołowski mimo zdatności i zasług, nigdy w zapowietrzonej kaście arystokratycznej nie będzie miał bezpośrednio takiego znaczenia, aby mógł sam przez się stać się groźnym; użyty za narzędzie tyle znaczy, ile wielcy protektorowie pozwolą”.
Protektorami Kroniki Emigracyjnej, gdzie Wołowski pisywał, oraz też Towarzystwa literackiego, którego enuncjacje polityczne, jak wspomniałem już wyżej, również wypracowywał tenże, byli Adam Czartoryski, Ludwik Plater i inni magnaci tego samego pokroju.
Franciszek Wołowski na emigracji też towarzysko się bratał z najwyższą arystokracją. Do wspólnego koła pań w Paryżu należały: Klaudia Potocka, księżna Czartoryska, księżna Ogińska, pani Wołowska żona mecenasa i pani Mickiewiczowa (Ignacy Domeyko, Pamiętniki, Krakow 1908, str. 119). Gdy demokraci zebrali na emigracji dwa tysiące podpisów celem ogłoszenia Czartoryskiego zdrajcą Polski i nieprzyjacielem emigracji, oburzyło to starszych i Wołowski wraz z Jałowickim i Dembowskim ujęli się w pismach za księciem (ib. str. 180). Stosunki towarzyskie obligowały.
Adam Mickiewicz był przez swoją żonę blisko spowinowacony z Franciszkiem Wołowskim. Celina była kuzynką jego żony, Tekli Wołowskiej i posiadała też dla niej wiele sympatii (Wład. Mickiewicz, Pamiętnik I, 57). Gdy jeszcze Adam Mickiewicz starał się o rękę Celiny, krewni jej Franciszkowie Wołowscy mieszkający w Paryżu zajęli się jej podróżą z Rosji i umieścili ją po przybyciu do Paryża u siebie, robiąc po cichu przygotowania do ślubu (Chmielowski II, 236). Adam Mickiewicz bywał codziennie u Franciszków Wołowskich nim się Celinie oświadczył (Wład. Mickiewicz, Żywot Adama Mickiewicza II, 295). Później, gdy Mickiewicz już dawno posiadał własne gniazdo rodzinne, był on co niedziela na obiedzie ze swoją rodziną u państwa Wołowskich. Córka Mickiewicza, Maria Górecka pisze w swoich „Wspomnieniach”: Obiady te niedzielne mnie nadzwyczaj cieszyły i przyzwyczajonej do skromnego stołu rodziców ucztą sIę wydawały (Górecka, Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, Kraków 1889, str. 32).
Franciszek Wołowski należał do najściślejszego koła pięciu ludzi, które się grupowało w Paryżu około wielkiego mistrza, wraz z Bohdanem Zaleskim, Janem Stefanem i Tomaszem Zanem i Niewiarowiczem (Niewiarowicz Alojzy Ligenza, Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, Lwów 1879, str. 77).
Maria Górecka opowiada, że wieczorami ojciec jej Adam Mickiewicz, zasiadał najczęściej do wista z panem i panią Wołowską, którzy u nich się zbierali czasem na partię (Wspomnienia l. c. str. 323).
Nić serdeczna niezwykłej przyjaźni łączyła wielkiego Adama z Wołowskimi. Jednakowoż z uwagi na różnicę wieku stosunek ich był, jak między dwoma pokoleniami, ojcowski. Wynika to z listu Adama Mickiewicza wystosowanego do Tekli Wołowskiej, żony Franciszka (Pisma III, 431) „Kochana Pani, Pan Franciszek wyjechał słaby, donieś mi Pani o jego zdrowiu, Celina ma się lepiej… Ciebie kochana Pani pozdrawiam i proszę, żeby w twoim matczyniem sercu zachowała słowo, które Ci powiedziałem… Będziesz nagromadzona nad miarę we czci, jaka mieć bedziesz u nas, w dziatkach Twoich i w ich losie, i w nowych dziatkach, to jest mnie i Celinie, które Ci Bóg dał w starości Twojej, a które Cię więcej kochać będą jak dawne. Bóg Ci kazał pozostać we Francji z nami, żeby oczy Twoje to oglądały. To co piszę jest prawdą. Twój kochający Cię syn Adam”.
Dla dzieci Adama była Tekla Wołowska „babunią, nie tylko z nazwy, ale i z dobroci, którą ta im przez całe życie okazywała” (Górecka l. c.). Władysław Mickiewicz wspomina o zażyłych stosunkach w których ona pozostawała z jego rodzicami. (Moja Matka, str. 31).
Franciszek Wołowski zmarł dnia 12 lutego 1844. Było to wielkie zdarzenie na emigracji. Koledzy semowi wydali wtedy odezwę pośmiertną, na której widniały podpisy Bohdana Zaleskiego, generała Tyszkiewicza, księcia Adama Czartoryskiego, Jana hrabiego Ledóchowskiego i wielu innych. Odezwa ta zaczyna się od słów: „Rodacy! Bolesną jest strata, którą Bóg nas dotyka, zmniejszają się szeregi tułactwa naszego“. W dalszym ciągu tej odezwy czytamy „człowiek pokryty szacunkiem narodu, schodząc z tego świata, w zasługach do ostatniej chwili życia łożonych dla kraju, pozostawia po sobie przykład do naśladowania“. — Wszystkim znane „prace tego męża w prawodawstwie, w literaturze prawodawczej, i śmiałe obrony praw i wolności naszych, niezachwiane męstwo, z jakim równie w pomyślnościach, jak w wszystkich przygodach wspierał sprawę narodową”.
Pomnik został mu wystawiony na cmentarzu Pere-La-Chaise w obecności licznie zgromadzonych Polaków dnia 12 maja r. 1844. Napis na nim wyryty, ułożony przez Bohdana Zaleskiego brzmi w sposób następujący: „Spółrodacy, spółwygnańcy, pamiątce obywatelskich zasług Franciszka Wołowskiego zmarłego w 13 roku emigracji, kamień ten położyli". (Życie Fr. Wołowskiego str. 27).
Ludwik Wołowski
Ludwik Wołowski, wyżej już wspomniany kapitan artylerii, adiutant ks. Radziwiłła i sekretarz legacji polskiej, podczas powstania w r. 1831, — syn Franciszka Wołowskiego, wybił się bardzo poważnie w nauce, polityce i życiu gospodarczym Francji. Urodzony dnia 31 sierpnia r. 1810, uczył się w liceum w Warszawie i w Paryżu. Wróciwszy do Warszawy około r. 1828, zapisał się na Wydział Prawny uniwersytetu tamtejszego, gdzie kolegował z Zygmuntem Krasińskim. Po powstaniu osiadł z ojcem we Francji i tutaj jako młodzian 24 letni, założył do spółki z Leonem Faucherem czasopismo francuskie prawnicze p. t. Revue de la legislation et de jurisprudence, gdzie roztrząsał poważne zagadnienia finansowe i przemysłowe.
W r. 1839 jako człowiek 29 letni otrzymał Ludwik Wołowski nominację na profesora prawodawstwa przemysłowego, a później też ekonomii politycznej w Conservatoire des arts et metiers. Katedrę tę zajmował przez 32 lata.
W nagrodę zasług jego około nauki, uzyskał Ludwik Wołowski pod koniec roku 1834 tak zwaną wielką naturalizację, zaś w r. 1844 krzyż kawalerski legii honorowej. W roku 1848 obrano go prezesem Rady konserwatorskiej sztuk pięknych i rzemiosł w Paryżu. Od roku 1851 był Ludwik Wołowski oficerem legii honorowej.
W roku 1855 powołała go Akademia Umiejętności Instytutu Francji do rzędu Nieśmiertelnych, desygnowała go do zajęcia fotelu opróżnionego przez Blanquiego, głośnego autora historii ekonomiki.
W r. 1864 został Wołowski wybrany Prezesem Akademii Nauk moralnych i politycznych.
Jako ekonomista stał Ludwik Wołowski na stanowisku wolnego handlu i przemawiał za bimetalizmem.
Od ekonomii do praktycznej polityki to tylko jeden krok. Ludwik Wołowski, cudzoziemiec, emigrant, pozyskał w tej mierze zaufanie społeczeństwa francuskiego, że kilkakrotnie został wybrany deputowanym do parlamentu.
W r. 1848 wszedł Ludwik Wołowski jako deputowany do Zgromadzenia Konstytucyjnego w Paryżu z jednego z okręgów paryskich.
Ludwik Wołowski nie oddalił się od Polaków na emigracji. Należał on wraz z ojcem do Towarzystwa Literackiego polskiego (Gadon I, 175). Jako deputowany pamiętał o Polsce i domagał się dnia 10 maja 1848 z trybuny parlamentarnej dekretu rządu prowizorycznego w sprawie legionu polskiego (Wład. Mickiewicz, Legion Mickiewicza w r. 1848, Kraków 1921, str. 156).
Po raz wtóry posłował w roku 1849—1851. Po coup d’etat w r. 1851 ze strony Napoleona III, wrócił on na powrót do swej pracy naukowej. Dopiero po załamaniu się monarchii bonapartyjskiej w drugiej edycji, w r. 1871 znowu wypłynął Ludwik Wołowski na widownię polityki i posłował do Zgromadzenia Narodowego w r. 1871, gdzie też brał udział w rozprawach natury fiskalno-ekonomicznej, o nowych podatkach.
W r. 1876 został Ludwik Wołowski, emigrant polski rzucony kiedyś na bruk paryski, zaszczycony fotelem w senacie francuskim .
Zagranica poza rubieżami republiki francuskiej, posiadała rownież wysokie zdanie o zasługach jego dla nauki i obsypywała go odznaczeniami. Rząd odrodzonych Włoch zamianował profesora ekonomii, senatora francuskiego Wołowskiego, komandorem orderu Maurycego i Łazarza, portugalski rząd nadał mu order Chrystusa, rząd bawarski przysłał mu nominację na oficera orderu św. Michała.
Ludwik Wołowski realizował też swoje idee gospodarcze w konkretnych t orach bankowych o wielkim epokowym znaczeniu. Założył on w r. 1852 w Paryżu, wspólnie z Sonbergiem pierwsze Towarzystwo Kredytowe Ziemskie „Credit foncier de France”, z którego powstał później olbrzymi i potężny instytut i stał się w ten sposób twórcą francuskiego kredytu gruntownego. Francuski przykład kredytu gruntownego znalazł wnet naśladowców w całej Europie. Odkrywca idei tego kredytu poszedł jednak w zapomnienie.
Ludwik Wołowski należał tak samo jak jego ojciec do koła znajomych Adama Mickiewicza. Ale była to indywidualność za silna, aby się miała naginać do autokratyzmu genialnego Adama. Władysław Mickiewicz opowiada w swych Pamiętnikach (I, 75), że raz gdy ekonomista Ludwik Wołowski wychodził od Adama, ten rzekł o nim, to bardzo godny człowiek, ale ma manię mówienia rzeczy, które się zna lepiej od niego.
Ludwik Wołowski nie zatracił mimo wielkich sukcesów nad Sekwaną i w późnym wieku kontaktu z życiem politycznym Polski. Gdy po niepowodzeniu Mierosławskiego w marcu 1863, ukonstytuował się w Paryżu Komitet Centralny Czartoryskiego, wzmocniony najbardziej poważnymi żywiołami społeczeństwa, jako Rząd Narodowy, reprezentowało go ośm nazwisk; obok Ksawerego Branickiego, Władysława Czartoryskiego i kilku innych, figuruje tam również nazwisko Ludwika Wołowskiego. Taki mir i poważanie posiadał on na emigracji wśród Polaków .
W r. 1864 ogłosił Ludwik Wołowski książkę pod tytułem Les finanses de la Russie, w której skrytykował politykę skarbową rządu rosyjskiego. Było to odpowiedzią na krzywdzenie Polaków w Rosji po roku 1863.
Po polsku nie pisał Ludwik Wołowski, za młodo wyjechał z kraju. W polskim przekładzie wyszło studium jego p.t. Prawa dzieci po rękodzielnikach, przełożone przez Tołłoczkę (str. 32, Lwów 1869).
Społeczeństwo polskie w kraju było bardzo dumne ze sukcesów Ludwika Wołowskiego we Francji. W Tygodniku Ilustrowanym (31 stycznia - 7 lutego 1874), pojawił się o nim artykuł entuzjastyczny, z którego tutaj podajemy niektóre urywki.
„Do rzędu najpopularniejszych osobistości w Paryżu, wśród wszystkich niemal warstw społeczeństwa należy od lat Ludwik Wołowski. Rozległa i gruntowna wiedza, umysł bystry i giętki, niepospolity dar słowa i pióra, w połączeniu z prawością charakteru, zjednały p. Wołowskiemu, nie tylko najwyższe stanowisko naukowe we Francji i rozgłośną sławę w całym świecie naukowym, ale zarazem zapewniły mu głos stanowczy i wysoce poważany w różnorodnych sferach praktycznej działalności”… — „Za wielką chlubę poczytać należy Wołowskiemu, że nigdy dla widoków osobistych nie poświęcał swych za sad. — Ziomek nasz złożył dowody odwagi cywilnej, gdy w marcu 1848 wobec wzburzonych elementów rewolucyjnych, wystąpił pierwszy na tak zwanych konferencjach luksemburskich, przeciw używającemu wówczas niepospolitej wziętości systemowi organizacji pracy Ludwika Blanc‘a. Stając tak w obronie nauki do otwartej walki z doktryną, naraził sobie z jednej strony najwyższe sfery rządowe, do których należał ich twórca, z drugiej zaś warstwy pracujące, którym założenie warsztatów narodowych musiało przypadać do smaku“. — „Wołowski będąc żarliwym zwolennikiem wolności handlu, na przekór rutynie i rządzącej opinii, domagał się nieustannie za przykładem Cobdena, z którym pozostawał w ścisłych stosunkach, zniesienia na zewnątrz państw, wszystkich sztucznych zapór tamujących wolny handel“.
Ludwik Wołowski zmarł w r. 1876.
Po jego śmierci ukazały się dwie bigrafie jego, jedna w języku polskim (napisał L. Dębicki, K aków, 1877), a druga w języku francuskim (Levasseur, La vie et les travaux de Wołowski, Paris 1877). Notatki obszerniejsze o Ludwiku Wołowskim znajdują się również w Encyklopedii Powszechnej XXVII, 790 i u Korbuta ( III, 754) oraz w Kłosach XXIII, 128.
Najważniejsze publikacje Wołowskiego są: Mobilisation du credit foncier (Paris, 1839). De l‘organisation industrielle de la France avant Colbert (1842), Des droits du travail et l’action de l’Etat (1848). De la legislation anglaise sur les coalitions (1850), La question de banques (1861), De banque d’Angleterre et les banques d’Suisse (1867), La liberté commercial (1869), L’or et l’argent (1870).
Ludwik Wołowski należy do tych nielicznych uczonych polskich, których wspomina Britsh Encyclopaedia ( XI ed. XXVIII, 777).
LEON FAUCHER SZWAGIER LUDWIKA WOŁOWSKIEGO
Ze siostrą Ludwika Wołowskiego, Aleksandryną, córką Franciszka, kuzynką Mickiewiczowej, ożenił się znakomity polityk i ekonomista francuski pochodzenia żydowskiego, (Meyers Konversations-Lexikon 5. wydanie, VI 223, Winniger, II, 226). Leon Faucher, autor kilku książek głośnych owego czasu (Études sur l’Angleterre, 1845, Recherches sur l’or et sur l’argent, 1843, redaktor wieluletni Temps, Courrier français, Constitutionnel, parokrotny minister (1848, 1851).
Tej koligacji z Żydem, ministrem francuskim zawdzięczał Adam Mickiewicz swoją katedrę literatury słowiańskiej, która przedstawiała dla emigracji polskiej we Francji sukces nielada.
Dzieci Mickiewicza z wdzięcznością sobie przypominały tę przysługę męża ich krewnej. Górecka opowiada, że zięć Franciszków Wołowskich „zacnych krewnych mojej matki, dla których ojciec wiele miał przyjaźni i poważania, p. Leon Faucher, znakomity mąż stanu i ekonomista, późniejszy minister spraw wewnętrznych, pierwszy podjął myśl utworzenia w College de France katedry literatury słowiańskiej i ofiarował tę posadę ojcu, wówczas profesorowi w Lozannie“. (Wspomnienia, str. 32). Dokładniejsze szczegóły podaje Władysław Mickiewicz w swym „Żywocie Adama Mickiewicza” (II,40): „Geneza projektu założenia katedry słowiańskiej w Paryżu była następująca. Aleksandra Wołowska, kuzynka p. Celiny wyszła za mąż za p. Leona Faucher, który został w r. 1839 redaktorem naczelnym dziennika Le Courrier Français. Faucher cieszył się szczególnymi względami Thiersa i Cousina. — Zanim jeszcze Cousin otrzymał tekę ministra oświecenia publicznego, napomknął mu w przewidzeniu o Mickiewiczu, że trzeba założyć w Paryżu katedrę literatury słowiańskiej”.
Również i Chmielowski referuje, że Leon Faucher spokrewniony z Mickiewiczem przez żonę, rzucił pierwszy myśl założenia katedry słowiańskiej, jednak dodaje, że ją popierał najgoręcej w porozumieniu nie tylko z ówczesnym ministrem Wiktorem Cousin, ale i z księciem Czartoryskim.
Tak samo też znajdujemy u Kallenbacha: Sprawa utworzenia katedry literatury słowiańskiej w College de France poczęta przez Leona Faucher spokrewnionego z Mickiewiczową (II, 290).
Adam Mickiewicz we własnej osobie wystosował kilka listów do Fauchera w tej sprawie (pisma, z dnia 4, 10, i 13 marca 1840), gdzie też znajduje się wyraźne potwierdzenie, że pomysł katedry pochodzi od adresata: je n’ai pas oubléi votre ancien project slave.
Emigracja polska liczyła również na dalsze poparcie Mickiewicza jako wykładowcy, ze strony jego frankistowskiej po żonie paranteli. „Wychodząc z Mickiewicza kursu, omawiano: jak to Francuzi przyjmą? Co dzienniki powiedzą? — W dobrym on ręku, powiedziałem: Wołowskich familia nim się opiekuje a mają dwa swe dzienniki. Tak też się stało. W Siècle pojawił się artykuł pióra Ludwika Wołowskiego, a w Courrier były artykuły Fauchera“. (Nekwaski, Pamiętniki, Paryż, 1840, Kallenbach, I, 473).
Na rozpoczęciu kursu literatury słowiańskiej przez Adama Mickiewicza była z pań obecną tylko pani Faucher (ur. Wołowska), która przyszła z mężem (Chmielowski, II, 317).
Ta protekcja frankistowsko-żydowska, która Mickiewiczowi dopomogła do katedry, wywołała swego czasu na emigracji wiele kwasów. Józef Bolesław Ostrowski w organie swym p. t. Nowa Polska, krytykował Mickiewicza, że siebie tylko widzi, że stara się jedynie o osobiste wyniesienie, że moskiewskimi sposobami, podstępem, skrytym usiłowaniem wyrobił sobie katedrę, zamiast zdobyć ją przez konkurs. Ostrowski twierdził, że o ile się rozchodzi o walory naukowe, istnieją ludzie bardziej odpowiedni do referowania o piśmiennictwie Słowian aniżeli Mickiewicz, wskazał na Lelewela, Szafarzyka, Hankę i w. i. Z przekąsem znaznaczył Ostrowski, że hasłem Mickiewicza jest „najsamprzód ja i my i nasi“ (Władysław Mickiewicz, Żywot A. M. II, 475, CIX). „Ja i my i nasi”. To wcale nie dwuznaczna aluzja do nacji właściwej protektorów.
Mickiewicz pozostawał w ścisłym kontakcie rodzinnym z Faucherami i poza tym. Adam donosi w liście do Fauchera z dnia 3 maja 1840, że żona jego powiła mu córeczkę. (Pisma, III, 420). Podczas choroby Celiny, córeczka jej Maria została oddana w opiekę państwu Faucherom. (Wspomnienia Marii Góreckiej, str. 34).
W rodzinie Faucherów panowały, mimo środowiska francuskiego i męskiego partnera nie mającego z Polską nic wspólnego, tradycje polityczne polskie. Gdy wybuchło powstanie w r. 1863, pospieszył do Królestwa młody Faucher, aby walczyć za wolność kraju z którego pochodziła jego matka. U Zielińskiego w Historii powstania z r. 1863, wspomniane jest nazwisko Fauchera w związku z dwiema potyczkami (str. 428). W anonimowej Historii ruchu narodowego od 1861 do 1864, (Lwów, 1882, II, 61), czytamy, że Francuz Faucher pobił wraz z Taczanowskim, pod Pyzdram i Rosjan na głowę, dnia 29 kwietnia 1863. Francuz ten był synem Żyda francuskiego i polskiej frankistki.
Stanisław Wołowski starszy
Stanisław Wołowski nobilitowany w r. 1823 herbu „Czerwon“ (Na kaskach) był właścicielem dóbr Kaski, pełnił funkcję prezesa Sądu apelacyjnego w Warszawie za Królestwa Kongresowego i posłował też na Sejm. Zdaje się, że do niego odnosi się zarzut kleru skierowany pod adresem frankistów „oni to wielce się przyczynili do rozluźnienia u nas związku małżeńskiego, oni to w r. 1825 co najgoręcej pracowali nad wywołaniem zupełnie z użycia prawa kanonicznego w sprawach rozwodowych“. (Przegląd Poznański, XV, 324).
Jan Kanty Wołowski
Jan Kanty Wołowski (1803— 1864) współredaktor Temis polskiej (1828—1830), a później Biblioteki Warszawskiej, długoletni naczelny prokurator IX departamentu rządzącego senatu w Warszawie, był człowiekiem wielkiej nauki. Pod jego przewodnictwem, a głównie jego olbrzymią pracą, wygotowanym został w r. 1852 projekt kodeksu cywilnego dla Królestwa polskiego, obejmujący 2,343 artykuły. Od r. 1862 był on dziekanem fakultetu prawnego i administracyjnego w Warszawie, nie korzystał jednak z pensji, przeznaczywszy ją w całości na stypendium dla sześciu biednych studentów (Orgelbrand
XXVII, 790). Rząd rosyjski ofiarował mu stanowisko ministra sprawiedliwości, jednak tenże odmówił przyjęcia teki, z obawy, że nie będzie mógł spełniać swych obowiązków w zupełnej niezależności (Czyński, Israel str. 54).
Jego Kurs kodeksu cywilnego wyszedł już po jego śmierci w r. 1868, staraniem Feliksa Jeziorańskiego, który go opracował i uzupełnił.
Jan Kanty Wołowski, w odróżnieniu od swych współimienników, nie krył się swym pochodzeniem i reagował silnie i pełen świadomości, jeśli się zdarzyło, że ktoś próbował jego znaczenie umniejszyć przez aluzje do pnia z którego wyszedł. Przypominał on w tym wypadku innego wychrztę o zresztą bez porównania wyższym stanowisku, lorda Beaconsfielda.
Zaszedł raz wypadek, że pewien kolega szlachcic, rdzenny chrześcijanin ośmielił się zadrwić na posiedzeniu Senatu z żydowskiej proweniencji Jana Kantego Wołowskiego. Na to ten zareagował z miejsca: że dumnym jest z tego, że należy do rodziny, która liczyła w swych szeregach licznych uczonych rabinów, a miedzy innymi autora dzieła „Twuath Szor”; podkreślił przy tym, że zawdzięcza swe zdolności swemu pochodzeniu i spogląda z pogardą na swego szlacheckiego przeciwnika, który prawdopodobnie miał za swego przodka jakiegoś obskurnego rycerza-zbója (Ignaz Bernstein, Brief an Adolf Jellinek, Jüdisches Literaturblatt, Magdeburg, 1882, Seite 107).
Bronisław Wołowski
Wydobywamy tutaj spod kurzu bibliotecznego nazwisko, z którym łączy się ostatnia próba doby porozbiorowej, tworzenia w okresie przed wojną światową, czynnej polskiej siły zbrojnej, a to podczas wojny prusko-francuskiej.
Bronisław Wołowski ze znanej rodziny frankistowskiej, był od początku swej działalności publicznej gorącym patriotą i działaczem polskim. Przy tym odznaczał się niesłychaną ruchliwością i swadą wielką.
W r. 1861, gdy na terenie Kongresówki kipiało i kotłowało przeciwko brutalnemu okupantowi moskiewskiemu, działał Bronisław Wołowski jako jeden z najbardziej niezmordowanych konspiratorów. W powstaniu 1863 rozpoczął on od zwykłego szeregowca i podoficera, dowodził następnie oddziałkiem strzelców pieszych, był organizatorem wojskowym powiatu Rawskiego, pomocnikiem organizatora województwa mazowieckiego, którego zastępował też czasem w pełnieniu jego obowiązków.
Rząd rosyjski skazał Bronisława Wołowskiego na śmierć. Zdołał on jednak umknąć siepaczom carskim i uszedł do Francji, gdzie się wkrótce wybił jako niezmordowany propagator demokracji. W reakcyjnej Francji Napoleona Małego, Trzeciego, cierpiał Bronisław Wołowski chłód i głód, nie mógł się ustatkować, ale od swych przekonań nie odstąpił. Dostał się w końcu do więzienia francuskiego, a stamtąd został wydalony za granice cesarstwa.
Po zgruchotaniu potęgi Bonapartego w zmniejszonym wydaniu pod Sedanem i ogłoszenia Rzeczypospolitej, gdy demokratyczna Francja gromadziła swe siły, aby się przeciwstawić potędze Prusaków,— wystąpił Bronisław Wołowski z hasłem organizowania własnego Legionu polskiego we Francji, celem zaakcentowania istnienia narodu polskiego o własnej polityce, mimo ucisku trzech czarnych orłów, oraz też dla odwdzięczenia się Francji za jej gościnność, udzieloną uchodźtwu polskiemu przez lat prawie czterdzieści.
Bronisław Wołowski rozpoczął od petycji skromnej. Wniósł on dnia 10 września 1870 podanie do Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego w Lyonie, który targował się wówczas o atrybucje z rządem paryskim, w którym podaniu domaga się upoważnienia do uformowaniu oddziału 50— 100 ludzi z samych Polaków złożonego, którego zadaniem by było robić partyzankę na tyłach pruskich. Wołowski sądził, że skoro „zebranie nas w jeden oddział stanie się faktem dokonanym, łatwo mi będzie wyjednać miano legionu, a po uzyskaniu tej nazwy, Polacy byliby przybiegli ze wszystkich stron“.
Podanie Wołowskiego przedrukowały wówczas wszystkie dzienniki lyońskie.
Jako niewojskowy w sensie fachowym, nie myślał Wołowski o żadnym dowództwie. Na komendanta legionu był przewidziany Jarosław Dąbrowski, były kapitan sztabowy armii rosyjskiej, doświadczony wojskowo dzięki pięcioletniemu wojowaniu na Kaukazie, który ze swej strony dnia 13/IX , 1870, ogłosił list w dzienniku paryskim Reveil, domagający się również stworzenia korpusu partyzanów z emigrantów polskich. Jednak już dnia 15/IX 1870 pisze w liście swym Jarosław Dąbrowski do Bronisława Wołowskiego: „Formacja kawalerii lekkiej, którą zaproponowałem rządowi nie przyjdzie do skutku dla tej prostej przyczyny, że jesteśmi Polakami“.
Bronisław Wołowski był jednostką zbyt energiczną i celową, aby skapitulować na widok pierwszej przeszkody i wycofać się z przedsięwzięcia. Postanowił zaapelować do społeczeństwa francuskiego. Dnia 18 września 1870 zwołał on w Lyonie wielki wiec publiczny, na który przybyło z jakieś pięć do sześciu tysięcy osób. Bronisław Wołowski protestował tam przeciwko dyplomatycznej żebraninie przez francuski Rząd Obrony Narodowej w Petersburgu i domagał się przyjęcia przez naród francuski chorągwi polskiej, zaofiarowanej przez emigrację polską, odwiecznej przyjaciółce Francji.
Zgromadzenie uchwaliło formowanie legionu francusko-polskiego pod przewodnictwem komitetu ad hoc wówczas wybranego ze samych Francuzów. Przyszły legion miał się składać z ochotników rekrutowanych w szeregach emigracji polskiej, a zarazem również z pośród obywateli francuskich i obejmować równocześnie oddział kawalerii lekkiej i oddział strzelców. Liczba koni do kawalerii ma być co najmniej 250.
Władze centralne francuskie jednak nie dały swego placet. Bronisław Wołowski był w tej sprawie na audiencji u Lauriera, ministra spraw wewnętrznych, który zastępował Gambettę i tenże wręcz mu oświadczył „Jeżeli Polacy chcą służyć Francji, niech się zaciągną w nasze szeregi, bez roszczenia pretensyj do sztandaru narodowego”.
Bronisław Wołowski jednak i teraz nie upadł na duchu i nadal trwał przy swej myśli zamanifestowania światu w chwili borykania się dwóch wielkich mocarstw Europy, że nad Wisłą istnieje naród o aspiracjach własnych, bojowej natury i z pretensjami natury politycznej. Dnia 8 października 1870 wystosował on pismo do Delegacji francuskiego Rządu Obrony Narodowej, urzędującej wówczas w Tours, gdyż Paryż był oblężony. W tym piśmie powiada między innymi: „Daliście pozwolenie na formowanie Legionów Garibaldowskich i irlandzkich,— czyżbyście odrzucili ofiarę usług emigracji polskiej. Nie przypuszczam tego, a jednak pomimo upadku cesarstwa, Rzeczpospolita nie powołała nas jeszcze do szeregów; jest to niesprawiedliwość. — Nie macie potrzeby zasłaniać się kombinacjami dyplomatycznymi, albowiem Prusy uciskają kilka prowincyj polskich; przyjęcie więc nas do waszych szeregów jest dobrą taktyką”.
Wołowski nieustępliwy, kontynuował równocześnie nadal drogę przez instancję prowincjonalną.
Komitet Lyoński wyłoniony na wiecu zwołanym przez Wołowskiego, już wyżej wspomnianym, postanowił wysłać delegację do Garibaldiego, który formował armię wogezską z ochotników i z ruchomej brygady armii narodowej, z tym, aby wcielił Legion polski do armii wogezskiej, bez pozbawienia go swego charakteru narodowo polskiego. Dnia 21 września 1870 przybył Wołowski do Garibaldiego na polecenie komitetu Lyońskiego. Garibaldi mu potwierdził, że rząd w Tours nie chce zadzierać z dyplomacją (która się boi zawikłań z Rosją, na wypadek powstania Legionu polskiego, jako jednostka bojowa francuska), że w tej kwestii miał z odnośnymi instancjami długie rozprawy, pomimo to „wierny swoim przekonaniom przyjmuje do armii wogezskiej, Legion polski na zasadach najzupełniejszej autonomii, co stwierdzone zostało dokumentami".
Zgłosiło się z jakieś dwieście osób. Formalnie uzyskał Wołowski upragniony cel. Jednak wszystko spudłowało, ale to już nie z winy Wołowskiego. „Legion Polski się formował i nie sformował, miał wyjść w pole i nie wyszedł; o tym wszyscy wiedzą. Nie z naszej strony były usterki. Polityka rządu (francuskiego) i jego administracja będą odpowiedzialne wobec historii za upadek Legionu polskiego, — rząd nie chciał Legionu polskiego, a więc był konsekwentny w przeszkadzaniu jego organizacji. — Rząd francuski byłby chętnie wynagrodził Polaków działających jako Polacy, za usunięcie się z widowni, jak za odznaczenie się na polu walki”. Taka silna była bojaźń przed komplikacjami z Rosją w ówczesnych ciężkich warunkach wojennych dla Francji.
Dużo zawinił też wojskowy organizator Legionu polskiego przy armii Garibaldiego w Wogezach. Dąbrowski zamknięty w oblężonym Paryżu, nie był w stanie objąć komendy. Zastępcą jego był O’Byrn-Grzymała, który w powstaniu styczniowym był pułkownikiem, naczelnikiem siły zbrojnej województwa podlaskiego. O’Byrn-Grzymała skompromitował wszystko swoim niedbalstwem. Co prawda prócz motywów politycznych i osobistych, całą akcję formowania Legionu paraliżowały też w znacznej mierze nieporządki w intendenturze francuskiej, oraz też brak funduszów.
Cała energia Bronisława Wołowskiego poszła na marne. Jednak w myśl zasady magna voluisse res magna est, i że wszystko co znajdowało się w ram ach jego możliwości zrobił, należy mu się trwała karta w dziejach porozbiorowych Polski.
Dzieje Legionu polskiego, swe usiłowania i rozczarowania opisuje Bronisław Wołowski w swych publikacjach „Polacy w rewolucji paryskiej” (Paryż 1871), ,,Z pamiętnika Tułacza, Legion polski we Francji w latach 1870— 1871” .
Bronisław W ołowski był czynny w prasie francuskiej. Pracował już przed rokiem 1870 jako współpracownik „Memorial des Deux Sevres”. Później redagował on we Wiedniu czasopismo francuskie „Messager de Vienne”.
Ogłosił on też pracę „Dombrowski et Versailles. Avec pieces et autographes d’appui signès Piccard, Dombrowski. Delescluze etc. etc. et une lettre autographe de M. Francois Smolka, Geneve 1871”.
Wojciech Wołowski
Zawód prawniczy, podobnie jak Franciszek Wołowski, oczywiście z mniejszym skutkiem, wykonywał też Wojciech Wołowski adwokat w Warszawie. Żonaty był on z frankistką Krysińską. Syn, Józef, był adwokatem w Lublinie i ożenił się primo voto z Gerliczówną, a secundo voto z Błeszczyńską (Jeske-Choiński str. 103 ).
Aleksander Wołowski
Podczas wojny krymskiej w obozie Sadyka Paszy-Czajkowskiego, który w Turcji organizował wojsko polskie przeciwko ciemięzcy moskiewskiemu, znajdował się Aleksander Wołowski, syn burmistrza (Wład. Mickiewicz, Moja matka, str. 51). Bliższe szczegóły nie są znane.
Powstaniec z r. 1863 „hrabia“ Wołowski
Pewien Wołowski, którego imię nie jest podane, odbierał w r. 1863 w pewnym wypadku przysięgę od spiskowców.
Znamiennym jest dla pozycji towarzyskiej Wołowskich w owym czasie w Warszawie, wynikającego zresztą i z koligacyj, o czym jeszdze będzie mowa, że M. W. Berg, były wielkorządca w Polsce, uważał Wołowskich za hrabiów i wspomina o tym powstańcu Wołowskim, jako hrabiu (Zapiski II, 151, por. Cederbaum , str. 39).
Czy to nie mógł być Kapłan Wołowski, mecenas, wysłany na Sybir za udział w powstaniu w roku 1863?
Gustaw Wołowski
W roku 1868 zmarł Gustaw Wołowski prawnik z zawodu, zamieszkały w Warszawie. Zajmował się też literaturą piękna. Ogłosił cztery powieści w Dzienniku Warszawskim za redakcji Juliana Bartoszewicza, tłumaczył też Augiera i Musseta. Był to pozatem erudyta niepospolity o wszechstronnym oczytaniu. Portret jego okazuje fizjonomię typowo żydowską (Kłosy, r. 1868, str. 311, Kraushar, Warszawska Palestra, str 123).
Michał Kazimierz Wołowski
Michał Kazimierz Wołowski urodził się w Mławie jako syn Tomasza Wołowskiego w r. 1851. Był powieściopisarzem, nowelistą, autorem komedii, wydał encyklopedię humoru, pracował jako dyrektor teatru w Łodzi. Zmarł w r. 1900.
Scena łódzka zawdzięcza mu wiele. Znakomicie podniósł jej poziom, jak to podkreśla Tygodnik Ilustrowany (r. 1900, str. 414). Wprowadził tam repertuar najnowszy wyprzedzając niejednokrotnie Warszawę. Słabą jego stroną była tylko strona finansowa. Nie umiał sobie dać rady z bilansem i musiał w końcu porzucić Łódź — w miesiąc przed swoją przedwczesną śmiercią, — nie będąc sobie w stanie stworzyć stałej podstawy materialnej.
Swe utwory beletrystyczne, które miały swego czasu wielką poczytność, pisał w gorączce pracy dziennikarskiej, z dnia na na dzień, przeto są one pozbawione wykończenia artystycznego. Jego powieściom Feldman odmawia wszelkiej wartości. Natomiast Tygodnik Ilustrowany współczesny zaznacza, że jego powieści są pisane niepowszednim talentem, zawsze na czasie, nigdy nie nudne. Są nacechowane tendencją postępową (r. 1900, str. 414). Ateneum przyznaje utworom jego Muzy, niemałe zalety literackie (r. 1900, II, 667).
Prace swe drukował on w Kurierze Warszawskim, w Gazecie Polskiej. Próbował też samodzielnie pracować w dziennikarstwie, prowadząc przez niejaki czas organ młodych Głos, a następnie Kurier Codziennny.
Z sztuk dramatycznych Michała Kazimierza Wołowskiego jego Towarzysz Pancerny osnuty na motywach wziętych z Paska został nagrodzony premią. Zdanie krytyki literackiej, co do tego dramatu było swego czasu podzielone, jedni uważali, że Wołowski zdobył sobie nim zaszczytne miejsce wśród współczesnych autorów dramatycznych, inni odnosili się do tej sztuki nieprzychylnie. Ciekawy jest też jego fragment dramatyczny p. t. Trefniś i lutnista.
Michał Kazimierz Wołowski posługiwał się też pseudonimem Dr. Bonawentura Kpos. Pod tym nazwiskiem ogłosił on: U swoich na obczyźnie (Warszawa 1884).
Tekla Wołowska
W roku 1860 w ydała Tekla Wołowska w Paryżu w języku polskim Historię Polski, która tym jest charakterystyczna, że za wszelką cenę unika wyrazu Żyd. Kazimierz Wielki zaopatrzył Polskę obróconą w pustynię przez napady tatarskie „osadnikami z Niemiec i Ormianami” (I, 328). Żydzi przeobrazili się tutaj nagle w przybyszów z Armenii.
Kazimierz Wołowski
Studia o Polsce w języku francuskim (Etudes sur la Pologne) w czasie powstania styczniowego, celem za zainteresowania opinii publicznej za granicą, ogłosił Kazimierz Wołowski.
Józefat Pantaleon Wołowski
W Poznaniu w r. 1843 ogłosił Józefat Pantaleon Wołowski publikację p.t. O arystokracji, liberalizmie i demokracji.
Józef Wołowski
Józef Wołowski wydał w roku 1882 komedie w pięciu aktach p. t. Pod rajskim dachem.
Tadeusz Wołowski
Tadeusz Wołowski ogłosił w r. 1929 szkic p.t. Kochanka boga wojny.
Marian Karol Wołowski
Marian Karol Wołowski ogłasza prace z zakresu antropozofii. Antropozofia Rudolfa Steinera i jej przeciwnicy w Polsce, Warszawa, 1925, Złoty, paraliż goldstandartu. Złoty miernik wartości fikcją ekonomiczną. Złote narzędzie przemocy politycznej. Prawdziwy pieniądz wyzwolony od złota. Przebudowa społeczna. Droga do dobrobytu. Warszawa 1933.
Współcześni Wołowscy w życiu ekonomicznym
Niektórzy przedstawiciele rodziny Wołowskich zajmują dziś poważne stanowiska w bankowości. Marian Wołowski (r. 1929) jest wice-dyrektorem Banku Polskiego, Władysław Wołowski, żonaty z Izabellą z baronów Lipowskich, wice-dyrektorem Banku Ziemskiego. Henryk Wołowski jest dyrektorem wydawnictwa „Kurier Polski“.
Koligacje Władysława Wołowskiego
Brat Zofii z Wołowskich hrabiny Lasockiej (zobacz), Władysław Wołowski żonaty z frankistką Józefą z Szymanowskich, miał następujące dzieci, które się skoligaciły ze starymi rodami polskimi:
1) Adam Wołowski, obywatel ziemski, właściciel Orszewia w powiecie łęczyckim, żonaty primo voto z Marią Kozieło-Poklewską, secundo voto z księżniczka Stefanią Woroniecką. 2) Władysław Wołowski, właściciel Wilczogóry w powiecie grójeckim, żonaty z Krzywoszewską. 3) Laura Leonowa Grabowska. 4) Józefowa Wielogłowska z Rudy Malenieckiej. Z neofitką Joanną Wolff, córką księgarza petersburskiego, ożenił się trzeci syn Leon (Jeske Choiński, str. 103, Reychman, Szkice geneal. 210).
KSIĘŻNICZKA WORONIECKA
Włodzimierz Ezechiel książę Korybut Woroniecki (1859—1935), pochodzący od udzielnych książąt Nieświderskich, czyli Nieświeskich, zaślubił w r. 1890 Marię Leonię, córkę Edwarda Epsteina, konsula perskiego w Warszawie i Teresy z Pinińskich (Borkowski, str. 159, Jeske-Choiński, str. 129, Reychman, str. 51).
ZALEWSCY
Zalewscy (Zalescy) to stara rodzina frankistowska. We Lwowie ochrzcił się Stanisław Gabriel Józef Zaleski w r. 1759. Zalewski syn Kazimierza urodził się w Warszawie w r. 1780.
Stanisław Zalewski
Z tej linii pochodził Stanisław Zalewski (1823—1899) znany swego czasu ze swej erudycji adwokat warszawski. Stanisław Zalewski opracował komentarz do prawa cywilnego polskiego. Różne jego rozprawy naukowe drukowała Gazeta Warszawska. Był on specjalistą od wielkich procesów, przy czym zarabiał nieraz fantastyczne sumy. Za wygranie procesu o unieważnienie testamentu niejakiego Wołłowicza, dostał nie mniej, jak milion złotych.
Ku jego czci z okazji jubileuszu pięćdziesięciolecia wygłosił prawnik-poeta Kazimierz Julian Jasiński wiersz.
Kazimierz Zalewski
I
Syn Stanisława Zalewskiego Kazimierz (ur. w Płocku w r. 1849) obrał początkowo zawód ojcowski, ale mało się udzielał prawu i sądowi. Pociągały go deski teatru, do których się garnął dzięki swemu talentowi.
Kazimierz Zalewski napisał cały szereg utworów scenicznych: Bez posagu (1869), Ucieczka za granicę, Z postępem, Przed ślubem (1876), Marco Toscarini, Złe ziarno (1878), Spudłowali (1878), Nasi zięciowie (1886), Małżeństwo Apfel i t.d.
Pozatem tłumaczył Molièra i pracował przez długi czas jak o referent teatralny bardzo poczytnego onego czasu dziennika Kuriera Warszawskiego, przez co wywierał duży wpływ na scenę warszawską.
W latach osiemdziesiątych był Kazimierz Zalewski „najpopularniejszym może w Polsce pisarzem scenicznym, działał sensacyjnością swych tematów i figur, które przypominały wypadki i postacie z warszawskiego bruku i też sensacyjnością roboty. Tę podpatrzył u majstrów francuskich”.
Kazimierz Zalewski redagował dziennik przeznaczony dla klasy ziemiańskiej p. t. Wiek, był też dyrektorem teatru Małego.
Współcześni go cenili i poważali, jeno Władysław Mickiewicz miał do niego niechęć i umniejszał go mocno, — przy czym na dłuższą metę może miał i rację. Tenże pisze o nim „Kazimierz Zalewski był jednym z autorów bez głębszej wartości, którzy celują w robieniu zdjęć migawkowych półczuć i flirtów salonowych, zdjęć zgodnych z rzeczywistością danej chwili i przeto zabawnych, ale starzejących się szybko jak moda. Nazywa się to snać teatrem, ale gdy się to jedynie posiada, w repertuarze z tego nic nie pozostanie, autor zaś ma pociechę, że go często grywano” (Jeske-Choiński, str. 103, Kraushar, Palestra Warszawska, str. 247, Feldman, Historia Literatury I, 137, Władysław Mickiewicz, Pamiętniki III, 218).
W stosunku do Żydów należał Kazimierz Zalewski do potomków neofickich ujemnego typu, którzy plują w gniazdo swych przodków, w naród z którego ich ojcowie się wywodzili, byle by w ten sposób stworzyć pozory, że oni są prawdziwymi rdzennymi Polakami.
W komedii jego „Z postępem” (Warszawa 1874) występuje bankier żydowski baron Silber nowobogacki, który wciąż się przechwala swymi bogactwami („Trzydziestu urzędników mam tu na rozkaz”, — „Wyjdziemy (z kantoru) przez moje mieszkanie”, tak w galerii obrazów pan hrabia wzrok skieruje i omota swymi sidłami hrabiego, nie przeczuwającego nic złego i rujnuje go. Syn barona to specjalista od kart, w które gra z samymi książętami i mistrz od uwodzenia dziewcząt; synalek marnotrawny narzeka wciąż na ojca-Harpagona.
Do tej chwili trzyma się Zalewski w ramach krytyki kapitalistycznej gospodarki, piętnuje szkodliwe czy śmieszne przerosty społeczeństwa burżuazyjnego, które w danej chwili mogą reprezentować Żydzi. Ale na tym nie poprzestaje. Bohater komedii baron Silber proponuje zrujnowanemu hrabiemu małżeństwo młodego baronowicza z córką hrabiego, na co ten najpierw reaguje przez udawane niesłyszenie, a później wyjeżdża wysoko na koniu antysemickim:
„Za majątek dziecka mojego nie zgubię,
Choć z winy Pańskiej los mój dziwnie się dziś zmienia,
To nazwisko, krew moja nie jest do kupienia.
— Na szczęśliwą ziemię,
Szatan by zmącić zesłał jedno plemię.
Do którego powiedział wy jesteście niczem,
Wygnańcy z kraju ojców ze wstrętnym obliczem.
Pogardzeni, wyśmiani, obrzuceni błotem,
Wy się wszędzie wciśnięcie, bo was darzą złotem”. i t. d.
W irytacji hrabia przezywa barona Silbera „wężem jadowitym, podłym iskariotą“.
Baron się tłumaczy, naprowadza przykłady, że alianse Ży dów z rodami arystokratycznymi często się zdarzają bez żadnych ujemnych konsekwencyj:
„Z drugiej strony wspomnijmy księcia Polignaca,
Ożenił się z Żydówką, — czy stąd miał zakałę?
Przeciwnie, uznawało towarzystwo całe,
Z którego on pochodził — szanowany czczony,
Błyszczał własnym nazwiskiem i majątkiem żony.
Mógłbym takich przykładów naliczyć tysiące”.
Hrabia nie ze względów stanowych nie chce wyd ać córki za baronowicza, pochodzenia żydowskiego, lecz tylko moment szczepowy go wstrzymuje. Woli aniżeli neofitę- baronowicza, młodego Polaka z ludu za zięcia, który podkreśla swoją genealogię ludową i rzuca wysokiej arystokracji w twarz w sposób wcale niedwuznaczny ich zwyrodnienie:
Taki inteligent ze sfer nieszlacheckich powiada u Zalewskiego:
„W moich żyłach krew prostacza płynie,
Krew gminna, i to z dumą powtarzam; więcej,
Że ja bym jej nie oddał za tytuł książęcy,
Bo dziś jakie rodowe cechy się zatarły.
Potomków olbrzymów wy jesteście karły,
Głową i sercem gnomy, wnukowie rycerzy.
Powiedzcie, w co z was który, oprócz w tytuł wierzy”.
Kazimierz Zalewski był czymś w rodzaju prekursora t. zw. postępowego antysemityzmu, który dopiero w trzy dziesiątki lat później, uzyskał prawo obywatelstwa nad Wisłą. Z jednej strony kierunek antyszlachecki, motyw własnych zasług górą, atak demokratyczny na zblakłe tytuły i przeżyte puste spróchniałe zaszczyty rodowe, a z drugiej — pierwotna nienawiść zbiorowa, nie przeciwko temu lub owemu Żydowi, który by mógł coś zdrożnego popełnić, jak to popełniają również i jednostki z innych ludów, ale przeciwko całemu szczepowi, przeciwko całej kolektywności, przeciwko całemu narodowi. Zalewski potępia Żydów jako takich, którzy w swej istocie są niczym, jako wstrętnych, śmiesznych, z którymi konnunbium plami. — I to pisał człowiek pochodzenia żydowskiego, z rodu frankistów. Co za zakłamanie! Co za nędzna próba urdzennienia się przez deptanie i plugawienie rodu, z którym się dzieli wspólnotę krwi!
II
Bardziej interesująco przedstawia się kwestia żydowska, kwestia asymilacji zagadnienia współżycia Żydów z większością chrześcijańską, w komedii Zalewskiego p. t. Górą nasi (1884).
Bohaterem tej komedii jest Żyd wychrzczony, nazywający się Pomper, dyrektor towarzystw akcyjnych, wielki przedsiębiorca i przemysłowiec, ubiegający się o stolec burmistrzowski.
Autor ozdobił tę swoją sztukę sceniczną tu i ówdzie powiedzonkami soczystymi, z najgorszego dykcjonariusza antyżydowskiego. Akt pierwszy kończy się taką elukubracją „Dość, że bestie Żydy zawsze muszą okpić człowieka. A jednak… niechże się szlachcic bez nich obejdzie… Proszę mi pokazać takiego, dam mu konia z rzędem”.
Bankier Pomper na każdym kroku mydli ludziom oczy. Obniża cenę transportu zboża o drobiazg, i odbija sobie różnicę na okowicie czy cukrze. Mianuje księcia prezesem Rady nadzorczej swego przedsiębiorstwa, gdyż tenże jest mu winien pieniądze. Faktorem Pompera jest figura ciemna Schwindelman, który mówi z żydowska i po bankructwie własnym ma taki majątek, że nabywa pałac na kantor i mieszkanie.
Bohater komedii tej, będący substancjonalnie, w swej istocie bratem sjamskim, czy odmianą barona Silbera z omówionej wyżej komedii „Z postępem”, nie budzi więcej naszego zaciekawienia.
Zajmuje nas tutaj rzecz inna, dyskusja na tle nienawiści do Żydów o ujęciu dość szerokim, włączona do komedii Dyskusja z przed lat pięćdziesięciu kilku. Wiele w niej dotychczas aktualnego. Znamienna ona przez to, że znać, iż Kazimierz Zalewski nie mógł stłumić w sobie w zupełności sprawiedliwego krytycyzmu, mimo własnych nastrojów gadzinowych, podyktowanych momentem niewolniczej mimikry, mimo potrzeby neofickiej pełnego dostosowania się z naddatkiem do środowiska rdzennego. Padają tu i ówdzie u niego w komedii jasne przebłyski, skrzą się czasem refleksje świetlne skierowane przeciwko mrokom antysemityzmu, wobec których refleksów blasków prawdy sam autor stanął bezsilnie. Krew to nie woda. Stu rzek nie zmyje tego, co zahaczone o plazmę. Musi się odezwać gdzieś i kiedyś z podziemi rytm sympatii, współczucia dla nękanego roduwłasnego, w tej czy innej formie.
W komedii „Górą nasi” przeprowadzona rozmowa pomiędzy bankierem Pomperem, a jego głównym przeciwnikiem, dziennikarzem Dolskim.
Początkowo dziennikarz Polak-rasowiec z przed pół-wieku stawia kwestię ogólnikowo, owijając w bawełnę, bierze rzeczy peryferyjne na tapet, okrąża przedmiot, bramując się przy tym w postępowca znanego autoramentu nadwiślańskiego, omija istotę rzeczy, bawi się w zwroty literackie oklepanej treści, przedstawia jakoby mu nie chodziło o walkę z Żydami, tylko go razi właśnie ex-żydowstwo.
Dolski powiada „nie obchodzi mnie to, gdzie się ktoś modli w kościele, w zborze, czy w synagodze; byle tylko w coś wierzył. Z drugiej strony nie uznaję kast, cenię tradycję, zasługi rodzinne osobiste, a już to przede wszystkim — narodowość”.
Pomper na to „Czyżby mi pan odmawiał tego wszystkiego?
Dolski: A więc zacznijmy od religii? W Jehowę nie wierzysz pan już, a w chrześcijaństwo nie wierzysz jeszcze; wyrzekając przeciwko kastom, sam należysz do kasty ludzi ze sobą solidarnie powiązanych wspólnością interesów i chęciią łatwego zbogacenia się. Wreszcie pod względem dla mnie najważniejszym, narodowościowym, jesteś pan prawdziwie z serca i przekonania, członkiem tylko jednego narodu, prawda że silnego i potężnego. Należysz pan do narodu finansistów, naród to godzący się z wszelką formą rządu, z wszelkim panowaniem i t. d.”.
Pomper nie zostaje winien odpowiedzi i jasno stawia całe zagadnienie dość obszernie. Jego respons zastanawia całą swoją osnową, brzmi współcześnie. Ze zdziwieniem stwierdzamy, że mimo tylu zmian politycznych i cywilizacyjnych od onego czasu, problem wiecznego tułacza z swymi bolączkami pozostał ten sam, na froncie żydowskim obeszło się bez właściwych modyfikacyj.
Pomper mówi: „Stawiasz pan kwestię niemożliwie na drodze insynuacyj i hipotez, a właściwie trzeba je raz postawić otwarcie i powiedzieć, że to jest kwestia żydowska. — Otóż zwracam się do pana, jako do człowieka uczciwego i rozumnego. Powiedz mi pan, co nareszcie chcesz zrobić z tym węzłem gordyjskim? Nie można mu zaprzeczyć prawa do życia; ma je każde zwierzę, a my bądź co bądź jesteśmy ludźmi. Wywieszać nas, wyciąć w pień niepodobna. Trzeba więc coś radzić. — Chcemy się wziąć do roli, powiadacie: Żydzi zagarniają nam ziemię, do medycyny, adwokatury, notariatu, krzyczą: Żydzi wypierają nas z wszystkich stanowisk. — Ograniczeni do handlu, jeden na tysiąc robimy w nim majątek obrotnością, ryzykiem, oszczędnością, wołacie: Żydzi oszukują. — Chcą się lepiej zrosnąć ze społeczeństwem, przyjmują wasz obyczaj i religię. Czy nas przygarniacie wtedy? Wyzywacie „Przechrzta”. Odpadamy od swoich, a nie zyskamy was. — Nareszcie kiedy w obywatelskim urzędzie, chcemy służyć tej ziemi, która bądź co bądź wychowała nas i wykarmiła, kiedy chcemy nieść jej na usługi nasz majątek i pracę, wtedy odpowiadacie nie chcecie nas, idźcie precz. Handlujcie i wyzyskujcie dalej, to jedyne wasze rzemiosło. — O miłości bratniej wobec tego, daruj pan, ale mówić ciężko; co więcej wobec takiego postępowania i logika cierpi. Zdaje mi się jeszczeście mało konsekwentni. Jedyna broń, jaką mamy przeciwko wam, są pieniądze; nie dziwcież się, że zarobienie jest jedynym celem, gdyście całe nasze życie i całą działalność w tych granicach zamknęli.”
Pomper wyłożył kwestię żydowską, jakby ktoś walił młotem, druzgotał on kilofem rozsądku swego adwersarza. Jego przeciwnik w komedii, nie dysponując kontra-argumentacją, stara się wykręcić sianem z dala od głównego toru problematu „… ja nawet mimochodem nie dotknę się kwestii przez pana podjętej, choć Bóg widzi, ileby się powiedzieć o niej dało, tak jak Bóg jeden wie, jak się ona w dzisiejszych tak nieszczęśliwych warunkach naszego życia rozwiąże, ale skoro się pan ubiegasz o stanowisko pierwszorzędne, wybitne, — pytam się o świadectwo”.
Pomper nie truchleje na to pytanie „Dobrze panie. Na tę drogę pójdę z panem. Tymi dziesięcioma palcami i głową dorobiłem się milionów prawie z niczego. Założyłem własnym kosztem trzy szkoły, muzeum, szpital. Każda instytucja filantropijna liczy mnie do swoich członkow założycieli, tysiącom robotników daję chleb i jestem jednym z filarów przemysłu krajowego. Oto moje świadectwa trzeźwości i wierności. — A kwalifikacje moje również określić łatwo. Kto tak umie zarządzić swoim własnym majątkiem, kto tylu instytucjom finansowym daje życie i kierunek, ten i finansami miasta i jego administracją dobrze zarządzić będzie umiał”.
Bileam-Zalewski wyszedł przeklinać, ale pobłogosławił. Miał on przed oczami różnych Blochów, Kronenbergów, Wawelbergów, Epsteinów, Natansonów i t. d., których zasługi dla życia gospodarczego i oświeceniowego Polski w drugiej połowie 19 wieku, nie dają się dość wysoko ocenić i wyrwały mu się słowa prawdy.
Ale czy tą argumentacją swoją Żyd — twórczy talent gospodarczy — uzyskał uznanie ze strony przeciwników u Zalewskiego, ich przekonał i przechylił szalę na swoją stronę. Ani śladu. Jak to mówi Schiller: Mit der Dumheit kämpfen selbst die Götter vergebens. Z głupotą walczą daremnie nawet bogowie. Dziennikarz Dolski w komedii Zalewskiego poleca kandydata, który wprawdzie nie zarobił pieniędzy na giełdzie, ani na antrepryzach kolejowych, ale pradziad zginął pod Wawrem, a ojciec stracił pół majątku w r. 1846. Sądzi, że będzie dobrym administratorem miasta, skoro jest pracowitym, dobrym, energicznym człowiekiem.
Finał konfliktu pomyślany przez Zalewskiego patriotycznie, razi brakiem przemyślania. W konsekwencji należałoby również i całe włościaństwo i mieszczaństwo katolickie nie dopuszczać do urzędów, gdyż poza szlachtą, a to w drobnej mierze (i wojskiem cudzoziemskim jurgeltników służących za żołd), ani włościanie ani mieszczanie w dawnej Polsce na ogół nie uczestniczyli w wyprawach wojennych za Jagiellonów, a później nawet w wojsku łanowym na szarym końcu. Czy Zalewski, który przecież był demokratą i przeciw kastowym przywilejom szlachty niejedne ostro słowo wypowiedział w swych komediach, nie zastanowił się nad tym, że w konsekwencji jego poglądu, że trofea przodków mają służyć prostaczkowi kandydującemu na burmistrza, bez żadnych poważniejszych zasług za podstawę do jego ambicyj, — należałoby wskrzesić prerogatywy stanowe całego ziemiaństwa herbowego, które zawsze się powołuje na zasługi wojenne przodków.
Zalewski zakończył swoją komedię „Górą nasi“ w myśl antysemityzmu, bo on tak chciał, bo to był wyraz jego świadomej woli. Ale brakowało mu psychologicznego rzeczowego przeniknięcia tematu. Oczywiście koloryt, rytm, nastawienie, kierunek, apetyty, wszystko to były skierowane u Zalewskiego przeciwko Żydom, jednak nie było go stać na systematyczne przeprowadzenie motywacji. W dyskusji dramatycznej o przyczynę nienawiści do Żydów dorwały się do głosu nieraz siły mocniejsze, które w nim, odpadłym potomku ludu judejskiego, kotłowały w głębinach jestestwa i działały po innej linii.
Ignacy Zaleski (Zalewski)
Ignacy Zaleski, syn frankisty Eliasza Zaleskiego, został zamianowany za Królestwa Kongresowego 3 /VI 1825, dyrektorem Komitetu dla spraw Starozakonnych w Warszawie, składającego się z samych chrześcijan, do którego zostało przydzielone ciało doradcze z Żydów (Cytron I, 88, Z dziejów gminy Starozakonnych w Warszawie, str. 422). Prawdopodobnie uzyskał Ignacy Zaleski swoją nominację na dyrektora wspomnianego komitetu rządzonego, z uwagi na swe pochodzenie i znajomość stosunków u Żydów.
MARIA RÓŻA HRABINA ZAMOJSKA
Karol hrabia Zamojski ze znanego rodu magnackiego i kanclerskiego był pierwszym mężem Marii Róży ur. w r. 1854, córki znanego swego czasu multmilionera, bankiera Leopolda Kronenberga, neofity. Secundo voto pani hrabina Zamojska wyszła za barona Taubego.
ZAWADZCY
Nazwisko Zawadzkich przybierało w drugiej połowie 18 i z początkiem 19 wieku wielu neofitów. W Warszawie chrzcił się w r. 1770 czternastoletni Józef Stanisław Zawadzki, w tym samym roku dwudziestosześcioletni Józef Wojciech Aleksander Zawadzki, w r. 1789 Franciszek Zawadzki, w tym samym roku Piotr Paweł Zawadzki, w r. 1759/60 przeszedł we Lwowie na chrześcijaństwo Antoni Zawadzki, frankista wraz z żoną i córką, w r. 1825 przyjął chrześcijaństwo w Warszawie dwudziestoletni Józef Zawadzki, w Łęczycy w r. 1808 przeszedł na religię chrystusową Antoni Józef Zawadzki (Jeske-Choiński str. 34, 104, 170, 173).
Jak widzimy z zestawienia powyższego, było w onym okresie aż czterech Józefów Zawadzkich, neofitów. Z początkiem 19 wieku żył w Wilnie właściciel drukarni Józef Zawadzki, neofita z Poznańskiego (Filologisze szriften, Wilno III, 104). Więc piąty tego samego imienia i nazwiska.
W r. 1825 istniała w Warszawie księgarnia Józefa Zawadzkiego, która współzawodniczyła co do znaczenia z księgarnią Glücksberga. Pozatem było w onym okresie w Warszawie dziesięć księgarń, jednak „mały wpływ wywierały na piśmiennictwo, wszystkie albowiem prócz Glücksberga i Zawadzkiego były proste, bez nauki i pojęcia tego przedsiębiorstwa” (Sobieszczański str. 226). Według wszelkiego prawdopodobieństwa, pochodził księgarz Józef Zawadzki, który łącznie z Glücksbergiem należał do pionierów księgarstwa i ruchu wydawniczego w Polsce, do tego samego pnia, co on, co Lewental, co Orgelbrandowie, co Merzbachowie i t. d. Należy go identyfikować z jednym z wyżej wspomnianych pięciu Józefów Za wadzkich z rodu Izraela i wyznania chrześcijańskiego.
JAN ZAWIEJSKI
Jan Zawiejski, dawniej jako Żyd Feintuch, z tej samej rodziny krakowskiej, z której wyszli Szarscy, urodzony w r. 1854, zmarły w r. 1922, wybił się jako znakomity architekt. W latach 1890—1894 wykładał on jako profesor w Szkole Przemysłowej w Krakowie. W roku 1900 został on zaangażowany jako architekt miejski w swym mieście rodzinnym, w starej stolicy sztuki polskiej i wybudował tam cały szereg monumentalnych gmachów, jak teatr im. Słowackiego, Gmach Akademii Handlowej, Muzeum Przemysłowe i t. d.
Zawiejski-Feintuch był budowniczym na modłę europejską. Dostał on swego czasu pierwszą nagrodę za projekt pałacu pokoju w Hadze.
ZBĄSCY
Potomek neofitów kandydatem na tron polski
I
W r. 1528 był kasztelanem bydgoskim Abraham Zbąski. Zażywał on u współczesnych niezwykłego miru. Niesiecki go nazywa „człowiekiem zacnym i świętym“. Hozjusz, głośny kardynał polski z okresu soboru trydenckiego, sławi jego cnoty i zdolności. Po śmierci króla Zygmunta Augusta i wygaśnięciu dynastii Jagiellonów w męskiej linii, był on jednym z najpoważniejszych dygnitarzy Rzeczypospolitej (Suentoslaus Orzelski, Interregni poloniae libri p. 106, Scriptores rerum polonicarum T. XXII, Cracoviae, 1917. Teodor Żychliński, Złota księga szlachty polskiej, Poznań, 1879, I, 85).
Ten jednomyślnie chwalony arystokrata polski o starozakonnym imieniu posiadał wyższe aspiracje, aniżeli tylko zostać przez całe życie jednym z wielu możnowładców polskich. Marzył on o purpurze królewskiej, o koronie monarszej. Współczesny mu Bartosz Paprocki pisze w swym herbarzu: (Herby rycerstwa polskiego zebrane i wydane w r. 1584) „Wieku mego był Abram Zbąski człowiek znaczny i wzięty kandydatem w interregna po śmierci Zygmunta Augusta króla“ (str. 211). Hozjusz go chwali, że prawością, nauką, mądrością i wielkością duszy prześcigał z łatwością swych rówieśników (Ep. II, 246).
Kim, skąd rodem, z jakiej rodziny był ów Abraham Zbąski, który w 16 wieku cieszył się takim niebywałym mirem w społeczeństwie polskim?
Wiadomości nasze tyczące się Zbąskich sięgające początku piętnastego wieku stwierdzają, że już wówczas oni znajdowali się na wyżynach społecznych oraz, że u nich było powszechne stale imię starozakonne Abraham. W r. 1434 był Abraham Zbąski sędzią ziemskim poznańskim i zabierał głos w najpoważniejszych sprawach natury państwowej, odradzał wówczas wyniesienie na tron polski Władysława Jagiellończyka dla jego nieletności i w r. 1436 podpisał w Brześciu Kujawskim pokój z Krzyżakami.
Abraham Zbąski, poznański sędzia ziemski, religijnie jako rzymski katolik nie bardzo celował. Sprzyjał on husytom.
Inny Abraham Zbąski był kustoszem i kanonikiem poznańskim w r. 1480. Dalszy Abraham Zbąski wspomniany jako kasztelan bydgoski w r. 1528.
Jan Zbąski z tej samej rodziny był w pierwszej połowie 16 wieku wysokim duchownym, dziekanem krakowskim, a nawet później biskupem poznańskim, a poza tym jak to było w zwyczaju w owych czasach, sekretarzem królewskim. Zmarł w r. 1541. Kamień grobowy w krakowskiej Katedrze położony wspomina o nim, jak o człowieku wyposażonym licznymi darami (vir multis dotibus naturae ornatus).
Wobec Żydów Jan Zbąski zdaje się zajmował stanowisko niezwykle przychylne. Podpisany on jako trzeci z rzędu i ostatni sekretarz, na pewnym dokumencie królewskim bardzo sprzyjającym Żydom. Ponieważ on figuruje jako sekretarz na ostatnim miejscu, należy suponować, że był autorem tego aktu. Chodzi mianowicie o to, że król Zygmunt IV w r. 1538 potwierdził, że chrześcijanie Brześcia Kujawskiego złożyli vadium w wysokości zł. 4,000 na zabezpieczenie, że nie będzie więcej rozruchów w tym mieście przeciw Żydom, jak to dotychczas bywało (… a christianis civibus plerumque excitari solebant). Gdyby zaś się przydarzyło, że jakaś jednostka by popełniła przeciw Żydom gwałt, w takim razie ma być sądzoną podług praw żydowskich. Król uważa, że taka umowa jest słuszna i sprawied-
liwa dla bezpieczeństwa Żydów od tumultów (… ut scilicet securitati ipsorum judaeorum a seditiosis hujusmodi tumultibus per nos consuleretur juste et legitime emanatum esse censuimus), (Bersohn, Dyplomatariusz, str. 43, nr. 44). Niby to umowa dobrowolna między mieszczaństwem a Żydami, a właściwie narzucony przez władzę królewską nakaz bezpieczeństwa, który kulminuje w tym, że jednostki swawolne przeciw Żydom, spośród społeczeństwa chrześcijańskiego, zostają poddane pod jurysdykcję żydowską. Jest to zjawisko syngularne, wynikające niewątpliwie z osobistego nastawienia piszącego odnośny akt, który król zaopatrzył swym podpisem.
Po kądzieli Abraham Zbąski, kandydat na tron polski pochodził jak sądzą od zagorzałych protestanów, miał być synem podkomorzyny Stanisławowej Lasockiej, protektorki kalwinistów. Sam też Abraham Zbąski „z Trydentu do Genewy w r. 1568 zajechawszy, tam w heretyckiej matni się powikłał, skąd gdy potem w Bononii stanął, wielu swoją perswazją i przykładem za sobą pociągnął” jednak w r. 1570 znowu do matki kościoła katolickiego się wróci od której odpadł, a potem ostatecznie się jej trzymał i przeciwko adwersarzom się mocno brał. Żona jego, Opalińska, była z rodu wojewodów, również zorientowanego ku protestantyzmowi.
Brat Abrahama Zbąskiego, Stanisław Zbąski był w r. 1548 kasztelanem żarnowskim. Paprocki go charakteryzuje „pan w majętności możny, wszakże spokojny, żadnego urzędu ani dygnitarstwa nie pragnął. Dział swój wziął w lubelskim województwie, Kurów miasto i liczne imiona przyległe”.
Żydami Stanisław Zbąski o tyle się interesował, że się postarał o to, aby król Zygmunt August w r. 1548, wyłączył Żydów osiadłych w mieście Kurowie dziedzicznym Zbąskiego, odvjurysdykcji wojewodów, starostów i t. p., oddając ich pod jurysdykcję dziedzica (Bersohn, l. c. str. 258), praw dą jest, że już w r. 1539 uzyskała szlachta przywilej sądzenia Żydów według swej własnej woli (por. Maciejowski, Wacław Aleksander, Żydzi w Polsce, na Rusi i Litwie, Warszawa, 1878, str. 58. Volumina legum, I, 550), jednakowoż, indywidualne postaranie się Jana Zbąskiego, wskazuje na jakiś stosunek osobisty do całego zagadnienia jurysdykcyjnego i prawnego stanu Żydów.
Zofia, córka Stanisława Zbąskiego, wyszła za Potulickiego, podkomorzego poznańskiego i w r. 1625 fundowała w Sierpsku Panny Zakonne ś. Benedykta.
Stanisław Zbąski miał znowu syna Abrahama, zmarłego w r. 1642 w Kocku, był on komisarzem do zamku lubelskiego lustracji i odznaczył się jako tęgi żołnierz w wojnach tatarskich, tureckich i moskiewskich.
Córka tegoż Abrahama Zbąskiego, Anna, zaślubiła Jana Cieciszewskiego, syn jego, Jan Stanisław, był biskupem przemyskim a potem warmińskim, kanonikiem gnieźnieńskim i archidiakonem sandomierskim, warszawskim, prezydował w trybunale koronnym w r. 1672 i w towarzystwie księcia Czartoryskiego do Rzymu w legacji jeździł. Jan Stanisław Zbąski, syn Abrahama, był wielkim przyjacielem domu króla Jana III, który go zamianował kanclerzem państwa i był też legatem od niego do Wenecji. Towarzyszył on królowi jako nieodstępny towarzysz w wyprawie na Turków pod Wiedeń. Fundował on misjonarzy przy
Katedrze przemyskiej i Seminarium duchowne.
Inny Abraham Zbąski z tego rodu wspomniany jest w Księdze Zmarłych w Klasztorze Cystersów w Lędzie nad Wartą w r. 1621 (Liber mortuus monasterii Landensis: Item obiit generosus Abraham Zbąski a. 1521).
II
Genezę, źródło rodu możnowładczego Zbąskich, którzy jak widzimy ze swoją nomenklaturą Abrahamową i swoim ustosunkowaniem się do Żydów, robią wrażenie dziwne, podaje Edward hr. Raczyński w swej książce p. t. Wspomnienia z Wielkopolski, Poznań, 1832. Raczyński łączy ród Zbąskich z Esterką, oblubienicą Kazimierza Wielkiego. Przytacza on ciekawy akt darowizny Władysława Jagiełły z roku 1393, brzmiący w sposób
następujący:
„Szlachetni mężowie (nobiles viri) Niemira Jan i Abraham syn Abrahama poddani nasi, wierni poprzednikom naszym, najjaśniejszemu królowi Ludwikowi, Elżbiecie, Starszej Królowej naszej, małżonce naszej Jadwidze i nam pewne sumy pożyczyli, a za to od nas, po zasiągnieniu rady u baronów naszych, zamek Inowłódź, oraz wsie w zastaw odebrali. Ponieważ zaś zamek Inowłódź nam i krajowi jest potrzebny bardzo, przeto my rzeczonym Janow i Niemirze i Abrahamowi synowi Abrahama dajemy w zamian za Inowłódź zamki Kienułów i Zbąszyn z wszystkimi przyległościami“.
Jan Niemira i Abraham syn Abrahama, objąwszy w posiadanie Zbąszyn w r. 1393, stali się protoplastami rodziny Zbąskich.
Raczyński przypomina, że Jan Niemira nazywał się syn Esterki spłodzony z Kazimierzem Wielkim, był on w ten sposób na poły Żydem, co do rasy.
Encyklopedia Orgelbranda również wspomina tradycję pochodzenia żydowskiego Zbąskich od Esterki: „Zbąski, rodzina starodawna herbu Nałęcz. Początek jej wywodzą od potomków jakie miał Kazimierz Wielki z Esterką, która otrzymawszy miasto Zbąszyn w Wielkopolsce, nazwisko Zbąskich przybrała, a na pamiątkę swego pierwotnego pochodzenia, imię Abrahama troskliwie w rodzie swym pielęgnowały”.
Sytuacja się rozjaśnia, Abraham Zbąski kandydat na tron polski, w którego rodzinie było tylu Abrahamów i tam wiecznie fermentowało pod względem intelektualnym i który sam był człowiekiem o wielkich walorach osobistych, — był pochodzenia żydowskiego, z starego szczepu Izraela.
Fakt, że Kazimierz Wielki spłodził dzieci z żydowską swoją oblubienicą, wzmiankują historycy-kronikarze, już w połowie 15 wieku, gdy jeszcze ustna żywa tradycja mogła istnieć i kontrolować zapodania. Długosz wspomina do r. 1356, że Kazimierz Wielki zrodził z Esterką dwóch synów Niemierę i Pełkę (Historia Poloniae, II, 261).
Paprocki (Herby, str. 741) oraz też Niesiecki (VI, 404) przypisują synom żydowskim króla Kazimierza Wielkiego herb Mieszaniec, pół orła białego i dwie róże białe. Wedle kroniki Bielskiego, nikt tego herbu nie dziedziczył, albowiem synowie monarchy polskiego spłodzone z Esterką, miały zejść ze świata bez potomstwa. Twierdzenie to Bielskiego jest gołosłowne, zostało ono skonstruowane ad hoc, celem zmylenia poszlak i czujności i uwolnienia pewnych rodów polskich od rasowej spuścizny Izraela. Tradycja polska utrzymuje dotychczas powszechnie, że od synów Kazimierzowych pochodzą rody Niemierowskich, Niemierskich i Zbąskich.
Istnieje dokument królowej Jadwigi z dnia 15 grudnia 1385, jako jeszcze jej ojciec Ludwik i babka Elżbieta zostawili byli Dobrogosławowi, tudzież Niemirzy, Janowi i Abrahamowi synowi Abrahama. Balzer zupełnie samowolnie odnosi do jakiejś innej rodziny, a argumentuje tym jeszcze „okoliczność, że synowie jego zwali się milites, stanowczo takie przypuszczenie (jakoby to byli synowie Esterki) takie wyklucza.“ Balzer, Geneologia Piastów, str. 405). Jaki to niegodny uczonego argument. Neofitów nobilitowanych w dawnej Polsce i na Litwie znamy moc (Powidzcy, Ezofowicze-Józefowicze-Hlebiccy, Oszejko, Habra, Chrzanowski i t. d., i t. d .). Był nawet wypadek, że niechrzczony Żyd uzyskał z początkiem 16 wieku tytuł miles (Michał Ezofowicz). A syn króla spłodzony z Żydówką nie mógł być członkiem stanu szlacheckiego?
Niektórzy utrzymują, że od Niemiry, który dostał z działów dobra Galów, mają pochodzić Galowscy i Kruszynowie, zaś Pełkę zać uważają za syna Czeszki Hanki (Uruski, II, 104).
Niemierza i Pełka, bez podania pochodzenia, wspomniani są w r. 1389, w związku ze sporem o młyn (Helcel, Starodawne prawa polskiego pomniki).
Są uczeni (Caro, Świeżawski, Kraushar i t. d .), którzy uważają cały epizod miłosny Kazimierza z Esterką za późniejszy wymysł 15 wieku. Zupełnie mylnie. Tradycja o Esterce posiada charakter organiczny, związany z glebą. W Opocznie pokazują dotąd domek, gdzie mieszkała Esterka, a jej grób w Łobzowie pod Krakowem pod kurhanem w parku, gdzie później znajdowała się austriacka szkoła wojskowa. I gdy tam w r. 1787 bawił Stanisław August, nakazał on wspomniany kurhan rozkopać, poszukując w jego wnętrzu. Jednak po czterech wiekach, tam niczego nie znalazł. (Encyklopedia Ilustrowana XIX 620).
W rzeczy samej stosunek króla polskiego z Żydówką, to wcale nie zjawisko wyjątkowe. Historia zna liczne analogie, że monarchowie rożnych krajów o ludności aryjskiej nie tylko mieli oblubienice żydowskie, ale i nawet żony wyznania mojżeszowego. Już król perski Kserkses ożenił się z Żydówką Esterą. Herodot wspominający Amestris jako żonę Kserksesa, jednak pochodzenia nie podaje. Tytus, cesarz Rzymu, kochał się w Żydówce Berenice i dużo nie brakowało by się z nia był ożenił. Król perski Jezdegred I (399 —402) pojął za żonę Szusztucht, córkę żydowskiego egzylarchy w Babilonii. W 14 wieku była Teodora neofitka, królowa potężnej wówczas Bułgarii.
Fakt, że Abraham Zbąski, człowiek w którego żyłach płynęła krew tych, którzy dali światu Stary Zakon, ubiegał się o tron królewski w Polsce, nie przeszedł bez śladu w podaniu ludowym. Jest rzeczą prawdopodobną, że legenda o Abrahamie Prochowniku, Żydzie z Kruszwicy, który po śmierci Popiela nim Piast uzyskał tiarę władcy Polan w Gnieźnie, — miał zostać księciem polskim, występująca w późniejszej tradycji polskiej (Lelewel, Polska wieków średnich, X, 48, Zamarski, Domowe Wspomnienia, Rutkowski, Szkoła poznańska, 1854), miała swe źródło w tym, że „Abraham“ Zbąski kandydował na króla polskiego, gdy wygasła dynastia Jagiellonów w Polsce. U Żydów samych zjawia się w 17 wieku podanie jakoby Saul Judycz Wahl, faktor nadworny Radziwiłłów, został po śmierci Batorego, obrany w przystępie dobrego humoru elektorów szlacheckich, królem polskim na jeden dzień (Kronthal, Jüdische Königssagen in Archiv für Jüdische Familienforschung I 130—131), (porównaj, Zeitschrift der historischen Gesellschaft f. die Prov. Posen, V, 194, IV, 234). Zapewne chodzi tutaj o przeróbkę dostosowania wieści o niedoszłym wyborze Zbąskiego Abrahama. (Por. Ernest Świeżawski, Pierwotne wskazówki pobytu Żydów w dawnej Polsce, Przewodnik Bibiliogr.-Archeologiczny, rok 1882, str. 56).
W rzeczy samej człowiek pochodzenia żydowskiego jako kandydat na tron państwa europejskiego nie stanowił w onym okresie jakiegoś niebywałego unikatu. W tym samym czasie w roku 1580 pretendował do tronu możnego wówczas mocarstwa portugalskiego Antonio przeor z Crato (1531—1595), syn naturalny Yolandy Gomez, Żydówki i Luisa księcia Beja, którego ojciec, Emanuel był królem Portugalii. Za A ntoniem był niższy kler, chłopi, rękodzielnicy, jednak przepadł, gdyż miał potężnego kontrkandydata w osobie króla Hiszpanii. O parędziesiąt lat później był neofitą wedle oficjalnych komunikatów współczesnych, Dymitr Samozwaniec II, który nie bez widoków się ubiegał o tron carów, (Regesty i nadpisi swod materialow dla historii jewreew w Rosij, Petersburg, 1899, I 348, Szujski, Dzieje Polski, III, 196).
Byli i tacy neofici czy potomkowie neofitów, którzy nie tylko się ubiegali o korony monarsze, ale faktycznie rządzili, (zob. Poniatowscy ).
ZIELIŃSCY
W spisie neofitów frankistowskich figuruje też rodzina Zielińskich: Józef Zieliński wraz z żoną i córką (Kraushar, Frank i Frankiści, I, 363).
W okresie Królestwa Kongresowego spotykamy w r. 1820 z tej rodziny Józefa Zielińskiego, syna Marcina, profesora liceum w Warszawie, Augusta Andrzeja Zielińskiego, sekretarza komisji spraw wewnętrznych. Tadeusza Zielińskiego, kupca w r. 1826, żonatego z frankistką, Wiktorią Naimską. (Jeske-Choiński, 105).
W r. 1848 byl jednym z dwunastu, którzy podpisali akt stanowiący związek Legionu w r. 1848, Aleksander Zieliński, o którym pisze Władysław Mickiewicz w swej książce o Legionie Włoskim: „Zieliński Aleksander z Warszawy, uczył się w Rzymie malarstwa od r. 1845. Z pochodzenia był Żydem. — Malowidła freskowe wyobrażające wiejskie alegorie w gmachu Towarzystwa Górniczego w Warszawie są jego dziełem” (str. 397).
Synem kupca Tadeusza Zielińskiego, był adwokat Dominik Zieliński, (1826—1880), głośny swego czasu prawnik, członek Rady miejskiej w r. 1862, radca prawny Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego i innych pierwszorzędnych domów bankierskich i przemysłowych, należał też do Rady zarządzającej kolei Terespolskiej. Był wielkim znawcą pra a francuskiego; „posiłkowany zastępem komentatorów francuskich zużytkował wszystkie ich poglądy w trudnościach praktyki handlowej” (Kraushar, Palestra 100). Leopold Kronenberg — Kraszewski, Listy, 189, Leop. Julian Kronenberg. Wspomnienia, str. 49).
„Był on przedstawicielem satyrycznej nuty w orkiestrze obrończej”. Dominik Zieliński swym pochodzeniem żydowskim się nie krył i sam opowiadał jak przychodził w swej młodości do swej babki na przysmaki sobotnie (Jüdisches Literaturblatt, Magdeburg, 1882, str. 107).
On był żonaty z frankistką, Brzezińską. Synem ich był Franciszek Zieliński, również adwokat „ceniony jako konferencier w trudnych sprawach zawodowych”, żonaty z Karoliną Wolffówną.
Synem Franciszka Zielińskiego był Ludwik Zieliński dyrektor handlowy zakładów mechanicznych pod firmą Rohn i Zieliński.
Do tej samej rodziny należał też rejent Marceli Zieliński, którego syn, Maurycy, tak samo byl rejentem i córki wyszły za Edwarda Leo i za Zdzisława Scypiona. Syn Maurycego Zielińskiego, Stanisław Józef, adwokat z zawodu, zaślubił w r. 1904 Eugenię Bentkowską. (Jeske-Choiński, str. 105).
TADEUSZ BOY-ŻELEŃSKI
I
Tadeusz Boy-Żeleński pochodzi po kądzieli od Grabowskich, jest synem muzyka Władysława Żeleńskiego i Wandy z Grabowskich, (zob. Grabowscy).
Element matczyni zazwyczaj u twórczych jednostek góruje. Mater Gracchorum, jest to termin znamienny, który nam przekazała starożytność.
Można to stwierdzić — si licet comparare parvos cum magnis — u największego z pośród synów ziemi: u Goethego (von der Mutter habe ich die Frohnatur und die Lust zum Fabulieren ). U Mickiewicza, Słowackiego, Heinego, cesarza Napoleona i w. i.
Konwenans odmienności nazwiska po kądzieli niema nic wspólnego z momentem biologicznym dziedziczenia.
Matka Tadeusza Żeleńskiego, Wanda „była kobietą wielkich zalet umysłowych i serca“, miała ona szczególne zamiłowanie do tłumaczenia z obcych języków na polski „Jej zawdzięczamy przyswojenie językowi polskiemu znakomitego studium o Szekspirze, Gerwinusa“, poza tym interesowała się też poezją i posiadała w tym kierunku wykształcenie (Biblioteka Warszawska, 1904 , tom II, str. 418).
Żmichowska Narcyza, znana pisarka i wychowawczyni, pisze o niej w jednym ze swych listów „moja najinteligentniejsza Wanda siedzi po uszy w Szekspirach i Gerwiniusach, Millach, i t. d .“ (I, 97). Sam Boy-Żeleński składa hołd cieniom swej matki, jako pisarki, która swego ideału życiowego nie zrealizowała; „Matka moja była zwichniętą literatką, żyłkę pisarską w niej zdławiło najszczęśliwsze, ale absorbujące małżeństwo, pomagając ojcu w pracy i w rosnących kłopotach. (Wstęp Tadeusza Żeleńskiego do książki p. t. Narcyza i Wanda, listy Narcyzy Żmichowskiej, Warszawa, 1930).
Matka Żeleńskiego już w domu swym rodzicielskim, frankistowskim przejęła się kulturą postępowej, wolnomyślnej Europy. Ślub Wandy odbył się na przekór wszelkim zabobonom akuratnie trzynastego dnia miesiąca. Listy Żmichowskiej, II, 516).
Tadeusz Żeleński skłonność do tłumaczenia oddziedziczoną po matce, spotęgował i uzyskał w literaturze polskiej rekord.
Przede wszystkim ilościowo. Przełożył od więcej aniżeli sto tomów piśmiennictwa francuskiego, począwszy od okresu trubadurów, aż do najnowszych czasów na język Kochanowskiego i Mickiewicza. Proza i poezja, filozofia i beletrystyka narodu z tamtej strony Wogezów znalazły w nim swego tłumacza. Figurują w jego przekładzie: Dzieje Trystana i Izoldy i Villon, Rabelais, Montaigne, Kartezjusz, Le-Rochefoucauld i Pascal, Moliere (w całosci 6 tomów ) i Fedra Racina, Monteskiusz, Wolter, Rousseau, Diderot, Bernard de Saint Pierre, Chateaubriand, Constante, Balzac (kilkadziesiąt tomów), Gauthier, Musset, Merimée, Verlaine i t. d.
Sto tomów tłumaczeń, to wielka przysługa dla piśmiennictwa polskiego, to czyn fenomenalny już ze stanowiska czysto kwantytatywnego. Również jakościowo przedstawiają się one doskonale w przepysznym języku każdorazowej epoki.
Dla urodzonego tłumacza jednak praca ta niezwykle obfita, leżąca na jego linii wcale nie znaczy natężenia. Boy sam pisze, że tłumaczenie to dla niego „znakomite schronienie na chwile odpływu, neurastenii, to działa wprost leczniczo” (Marzenie i Pysk, Warszawa, 1930, str. 203). Sukces uzyskany u recenzentów jego tłumaczeń, wcale go nie zadawala. Jak każdy prawdziwy artysta, który ma głębsze wyczucie doskonałości, ma on pretensje literackie, sięgające wciąż bardziej wzwyż, ponad poziom osiągany. Przekłady własne nie odpowiadają jego ambicjom literackim. „Mimo że krytyka na mnie jak na tłumacza, tak łaskawa, ja nie zawsze z siebie zadowolony. Pracowałem w strasznym pośpiechu. Pędziła mnie jakaś gorączka, aby spełnić te wiekowe luki, jakie mieliśmy w naszym stanie duchowego posiadania wielkich pisarzy francuskich. Bo większość tych nazwisk była u nas zupełnie obca, większość tych utworów pojawiła się w Polsce po raz pierwszy” (ib.).
Oczywiście swój gorączkowy, żywiołowy pęd do tłumaczenia zawdzięcza Żeleński staremu dziedzictwu Izraela, gdzie matka jego grała li tylko rolę ostatniego ogniwa.
Żydzi dzięki rozprószeniu wśród narodów oddawna odznaczali się skłonnością do przeniesieni skarbów literackich z jednego języka na drugi. Pierwszy znany w dziejach rodzaju ludzkiego przekład jakiejś książki na obcy język został uskuteczniony przez Żydów w Aleksandrii za Ptolemeusza Filadelfa (283—257 ante Chr. n.): tłumaczenie Biblii na język grecki tzw. Septuaginta. Z tego przekładu korzystał już pisarz grecki Demetriusz za panowania Ptolomeusza IV (222—205, a. Chr. n.). Pierwszy przekład uskuteczniony przez nie-Żyda, a to z greki na łacinę, tłumaczenie Odyssei przez Liwiusza Andronika, nastąpiło nieco później aniżeli u Żydów aleksandryjskich, około r. 240 (przed Chr.). W średniowieczu Ż ydzi hiszpańscy i południowo-francuscy, ogromnie się zasłużyli kulturze ogólnie ludzkiej przez swe masowe tłumaczenia arabskiej literatury naukowej na łacinę, przyczynili się oni tym ogromnie do odrodzenia zmysłu naukowego w Europie chrześcijańskiej. Za pomocą Żyda tłumaczył Michał Scotus na łacinę z arabskiego, zapomniane onego czasu w Europie katolickiej dzieła Arystotelesa, oraz utwory filozofów arabskich Avicennę i Averroesa (relacja Hermana Niemca, cytowana przez Rogera Bacona). O Żydach jako tłumaczach w średniowieczu ogłosił przed kilkudziesięciu laty Steinschneder w języku niemieckim monumentalne dzieło. I w nowej Polsce znajdują się liczni Żydzi stuprocentowi wśród najcelniejszych tłumaczy (Antoni Lange, Belmont, Pic-Mirandola i w. i.).
Boy-Żeleński jest z zawodu lekarzem, absolwentem wydziału lekarskiego uniwersytetu jagiellońskiego. Był on w latach 1904— 1908 asystentem kliniki chorób dzieci w Krakowie
i w latach 1908—1912 lekarzem kolejowym.
Kojarzenie zawodu lekarskiego z twórczością ogólnie-pisarską czy naukową charakteru niemedycznego, to zjawisko znane u Żydów już w starożytności (amoraj ta Samuel), powszechne w średniowieczu (Maimonides), a spotykane często u Żydów nawet w czasach najnowszych (Nordau, Schnitzler).
Żeleński zasłużył się też jako dzielny referent teatralny.
Boy-Żeleński uzyskał rozgłos również jako doskonały piosenkarz-satyryk (Piosenki i fraszki zielonego balonika 1908, Igraszki kabaretowe, Słówka 1913). Góruje u niego czynnik wokabularny. Rozporządza skalą archaizmów i neologizmów, której by mu zazdrościł badacz słownictwa (Potocki, Polska literatura współczesna II, 321). Dowcip „słowny“ jest cechą znamienną dla pisarzy humorystów rasy żydowskiej (porównaj np. głośnego Saphira, który był jednym z największych mistrzów dowcipu w literaturze niemieckiej około połowy 19 wieku).
Boy-Żeleński wniósł w literaturę polską po rasie matki bogate wiano; przyniósł dyspozycje, z których parnas narodu nadwiślańskiego miał znaczny pożytek. Wielkie piśmiennictwa nie opierają się nigdzie na katarynkowej niepokalanej jednostajności rasowej, lecz na urozmaiceniu.
Przez wykazanie rasowej spuścizny przodków z nad Jordanu, nie zamierzamy bynajmniej podważyć u Boya-Żeleńskiego, czy też u innych tej samej kategorii ich narodowo politycznej przynależności i zaszeregowania ich literackiego. Wrodzone właściwości biologiczne, predyspozycje naturalne, to są rzeczy natury przyrodniczej, nic wspólnego nie mające z nacjonalizmem, będącym tworem historii państw i języków, dziełem dziejów świadom ych.
Jerzy Brandes pisząc o Flaubercie starał się u niego wyłuskać pierwiastki staronormańskie — wszak Flaubert był synem Normandii, tak fizycznie odbijającej się pod względem antropologicznym od ogółu Francji — czy przeto godził w przynależność narodową tego wielkiego mistrza pióra. Ani śladu. Flaubert ani przedtem, ani później nie poczuwał się do jakiejś łączności z Skandynawczykami, mimo, że z nimi dzielił wspólnotę rasy i krwi.
Analiza kultury renesansu stwierdza w niej element nie-aryjski zitalianizowanych Etrusków małoazjatyckich, którzy ongiś w czasach przedhistorycznych, zajęli znaczną część półwyspu apenińskiego i przez kilka stuleci dzierżyli tam władzę politycznie i kulturalnie, — czy dla jedności narodu włoskiego wynika z tego jakiś szkopuł?
Czy górale podhalańscy tracą coś na swej polskości, za to, że antropologicznie odbiegają od ogółu ludności Polski i jeszcze w 17 wieku nazywano ich Wołochami, to znaczy niesłowiańskimi przybyszami z terytorium dzisiejszej Rumunji?
II
Pozostaje jeszcze jedna rzecz do zbadania, jaki jest w ogóle stosunek Żeleńskiego do Żydów, z którymi nie raz miał sposobności stykać się bądź to jako tłumacz, bądź to jako recenzent teatralny. Czy zdołał zachować objektywną równowagę, sprawiedliwość w sądzie i ocenie, czy też nie jak większość konwertytów i ich potomków, starał się przez nadmiar nienawiści rzucić zasłonę na ród przodków matczynich.
Musimy stwierdzić, że stosunek świadomościowy Boy‘a do Żydów, o ile można z jego pism wywnioskować, jest bezwzględnie przyzwoitym, godnym i poprawnym. Niczego nie maskuje, nie chowa pod korzec; co ma powiedzieć, o ile by to miało być w służbie prawdy, nawet na korzyść Żydów, powie, nie tchórząc przed nikim i przed niczym. Niczego nie okrąży zwrotami niedomówionymi. Działających inaczej potępia, gdyby nawet zajmowali zaszczytne miejsca na Parnasie i cieszyli się z innych powodów mirem w społeczeństwie własnym oraz też u obcych. Mówienie bezwzględne prawdy to postulat zasadniczy wszelkiej prawdziwej kultury. Prawda (Aletheia) to córa Zeus, mówili starożytni Hellenowie.
Boy-Żeleński pisząc o głośnym pisarzu francuskim 16 wieku o przełomowym znaczeniu, słynnym autorze Essays, Michale Montaigne, sławie i dumie Francuzów, — nie zapomina podkreślić, że matka tegoż Antonina de Luppes lub Lopez pochodziła z rodziny hiszpańsko-żydowskiej i określa jego Essays jako „Biblię nowoczesnej myśli” — „książka ta jest wspaniałym przykładem fortecy wolności, jaką człowiek może sobie stworzyć w swoim wnętrzu”. Zwrot „Biblia nowoczesnej myśli” jest znamienny i wiele mówiący w tym związku. Żeleński zarzuca jednakowoż Montaignowi, że „on tak otwarty, tak niedyskretny
w osobistych zwierzeniach, unika wszystkiego, co by mogło rzucie światło na początek jego rodziny” i nawet tak opisuje, jakoby po mieczu pochodził nie z rodziny kupieckej, jak to było rzeczywiście, lecz ze starej szlachty zamkowej (Mózg i płeć, Seria I, wydanie nowe, 1926, str. 142 sq.).
W felietonie o Adamie Mickiewiczu nie zapomina Żeleński zauważyć w związku z oponentami i krytykami, których ten wielki geniusz poetycki Polski posiadał: „Mickiewicz znosił dużo ataków. Krasiński to o nim mówił ten Żydek, to znów „my z niego wszyscy jesteśmy” (Ludzie żywi str. 182).
Żeleński jest zwolennikiem rzecz naturalna asymilacji, której produktem jest przecież on sam. Nigdzie w jego pismach nie zauważyłem wzmianki o ruchu sjonistycznym. Żeleński w swej recenzji sztuki Słonimskiego p. t. „Murzyn Warszawski”, gdzie przedstawiony jest śmieszny typ asymilanta, zauważa że to figura zanadto karykaturalnie kreślona a jest niezgodna z rzeczywistością: „O ile znamy spolszczonych Żydów, to poza niewinną słabostką, że czasem są plus catholiques que le pape i że wkładają w swoją polskość zbytnie namaszczenie, są to ludzie tędzy i wnoszą nieraz w nasze życie kulturalne, wartości grubo przewyższające pozycje ich snobizmu” (Flirt z Melpomeną, Wieczór ósmy,
Warszawa 1929, str. 258).
Jako człowiek wrażliwy na wszystko co piękne i tchnie prawdziwym artyzmem, Żeleński pragnął ze stanowiska czystej sztuki, poznać scenę żydowską, bez względu na uprzedzenia ogółu polskiego i jednego wieczoru udał się do teatru jidyszowego w Warszawie. Odniósł jak najlepsze wrażenie i wcale nie żenował się wyrazić żal, że teatry polskie nie grają sztuk jidyszowych w przekładzie: „Sławna trupa wileńska grała sztukę Pereca, Nocą na starym rynku. Rozumiałem jedynie oderwane wyrazy o niemieckich źródłosłowach, ale akcja tak wyrazista, aktorzy grali z taką ekspresją, że mi prawie nie trzeba było tłumacza. Jest to dramat nawskroś poetycki, fantastyczny. Poeta przechadza się po starym rynku i duma. — Duma nad ludzką dolą, nad dolą swoich współbraci, nad tymi pokoleniami, które tu w tych starych murach, rodziły się cierpiały i marły”. Żeleński stwierdza wpływ Wyspiańskiego na Pereca, oraz rzecz ciekawa, pewne analogie niezależne od siebie u Rostworowskiego. — „I uderzyło mnie jedno, czy to ma sens jaki, aby żyjąc obok siebie, tak mało wiedzieć o sobie, tak aby zupełnie się nie znać. Grywa się u nas sztuki z całego świata, często błahe i liche, a nie czynimy absolutnie nic, dla poznania duszy narodu, z którym przeznaczone jest nam współżycie. Czy nie wartoby w teatrach polskich pokazać nam reprezentatywnych utworów żydowskich? Bodaj tej Nocy na starym rynku posłuchałbym z wielką ciekawością“ (Flirt z Melpomeną, ósma noc, Warszawa 1929, str. 248).
Ze swoim zmysłem artystycznym zdołał Żeleński uchwycić osnowę kosmiczną dramatu żydowskiego. Oczywiście przez swoją consanguinitas łatwiej mu docierać do jądra istoty żydostwa. Omawiając Boga Zemsty Asza zauważa on: „O ile we współczesnych sztukach aryjskich sprawy toczą się między ludźmi: w sztukach żydowskich o ile je dotąd poznałem, sprawa rozgrywa się zawsze między Bogiem a człowiekiem. Tu nie ma miejsca na żarty, na tę sceptyczną pobłażliwość wobec grzechu, który dla starej kultury europejskiej, mocą wiekowej immunizacji, stał się czymś na kształt odry. Dla Żyda wszystko co wkracza w sferę religii, przykazań, staje się rzeczą straszliwie serio“.
W związku z „tym wysokim napięciem etycznym, z tym niemal wciąż zapalnym stanem sumienia” zorientowanym po linii przykazań Bóstwa, u Żydów uderza Żeleńskiego fakt „że gdziekolwiek na świecie dzieje się coś niewyraźnego, coś nieczystego, zaraz podejrzliwy świat szuka (i często znajduje) Żyda“. To mu daje do zrozumienia „ile głębokiego, tajemniczego tragizmu w tej rasie”.
Porównywując scenę żydowską ze sceną francuską stwierdza Żeleński antytezę „jasnej i pobłażliwej filozofii gallijskiej, a posępnej i mrocznej psyche żydowskiej”, jednak wyczuł, że takie kwalifikowanie psyche żydowskiej, jako coś wiecznego i nieodmiennego, niezależnego od warunków, nie jest zgodne z prawdą: „ale cóż, raz po raz słyszy się, że najrasowszy teatr paryski robią — Żydzi. Ani słowa, piekielnie skomplikowana rasa” (Flirt z Melpomeną, siódmy wieczór, str. 176).
Swoje zdanie o sztuce i literaturze żydowskiej wypowiedział też Żeleński w związku z Dybukiem Ańskiego, w recenzji teatralnej. Dybuk go zainteresował, rozbudził jego ciekawość, podobnie jak to miało miejsce u wielu innych nawet stuprocentowych, rdzennych „aryjczyków”. Żeleński charakteryzuje dzieło sceniczne Ańskiego ogólnie ze stanowiska tematowego, „dla nas sztuka ta jest egzotyczna przez swoje tło legend i wierzeń żydowskich”, zaś dla Żydów „przez to wszystko co w nią nawiało z aryjskiego piśmiennctwa, przez element romantyzmu tak silnie w tej sztuce reprezentowany”. Później przyznaje się,”za mało zresztą znam żydowską literaturę, aby o tym sądzić” i teraz przynosi Żeleński wiadomość znamienną, dla niego rewelacyjną, o istnieniu i u Żydów dołów pełnych namiętności. „Niedawno czytałem powieść Asza Motke Ganef; w kapitalnie napisanej pierwszej części tej powieści (druga jest mniej interesująca) uderzył mnie nieoczekiwanie w tym środowisku, napięcie nieokiełznanych charakterów, które życie musi zetrzeć na miazgę, zanim się poddadzą imperatywom społecznym (Flirt z Melpomeną, szósty wieczór, Warszawa 1926, str. 53).
III
Strona polityczna żydostwa, zagadnienie tragicznego losu Izraela, kwestia antysemityzmu, skierowały na siebie uwagę Boya-Żeleńskiego, będącego z natury i skłonności człowiekiem apolitycznym (zoon apolitykon), dopiero w chwili, gdy wojująca nienawiść antyżydowska w Germanii przybrała ostre formy rasowego antagonizmu. Chodziło już nie o jakichś półkrewnych z tamtej strony bariery, nie o ludzi dla których się żywi półtony jakiegoś przytłumionego sentymentu z racji paranteli matczynej, lecz o niebezpieczeństwo zagrażające w pewnej dali, własnej skórze, o sprawę o której się mówi z ożywieniem, z naciskiem, z tonem sercowym przekonania.
Sposobność do poruszenia kwestii antysemityzmu rasowego dały Boyowi-Żeleńskiemu własne recenzje o sztukach teatralnych osnutych na kanwie hitleryzmu.
O antyrasistowskiej sztuce Słonimskiego p. t. Lekarz Bezdomny pisał dwukrotnie i w obu razach daje o niej opinję przychylną i załącza ze swej strony kilka znamiennych uwag. Powiada o tej sztuce, „napisana z niezwykłą odwagą, posiada mnóstwo celnych sformułowań, dowcipnych powiedzeń. Tak przy tym odwykliśmy od tego, aby ktoś teatr czynił narzędziem walki, trybuną, z której wykrzykuje swoje prawdy i ideały, że to samo już działa ozywczo (Flirt z Melpomeną, dziesiąty wieczór, Warszawa 1932, str. 131).
Śmieszy Boya postać z tej sztuki „z dziadka Niemca i babki Węgierki, który głosi, że tylko stuprocentowa „czystość rasy“ daje kwalifikacje polskości” i zauważa ze swej strony „Hitler, który jest pół-Czechem, straszy wojną światową w imię absolutnej czystości rasy niemieckiej, a u nas w niewinniejszym zakresie, czyż nie czyta się programów, w imię których, — gdyby je brać serio i ścisle Chopin i Grottger winni bvć wyświeceni z polskiej sztuki, joko „nieczyści Polacy”, a Mickiewicz byłby conajmniej sporny“ (ib.).
W drugiej swej recenzji o Lekarzu Bezdomnym Słonimskiego, wspomina o tym Boy-Żeleński, że rasizm dawniej „był tematem do żartów, nim się stał w obecnych Niemczech groźną rzeczywistością”. Z ubolewaniem pisze tutaj on o liberalnej inteligencji, która w Niemczech została starta w miazgę w zderzeniu faszyzmu z komunizmem. Wraz z nią „starło wiele pojęć, z których dotychczas Europa czyniła sobie chlubę i przywilej, myśli, niezawisłość nauki, sprawiedliwość, prawo i poszanowanie człowieka”. Najciekawsza jest w tym związku uwaga epilogowa Boya w związku z sztuką Słonimskiego „niedomówiony przez autora morał, że on, ojciec, wychował synów, przed którymi musi dziś z domu uciekać” (Reflektorem w serce, str. 111). Tragedia kultury i postępu: syn jeden faszysta-hilerowiec, a drugi syn komunista, każdy z innych powodów, wyganiają ojca z gniazda własnego, na który on złożył tyle mozołu i trudu.
Boy napisał też zasługującą na naszą uwagę tutaj, recenzję teatralną o „Rodzinie” Słonimskiego, w której gra główną rolę młody hitlerowiec, przybyły z Niemiec, bez tchu, z uwagi na pogłoskę, którą ktoś puścił, jakoby posiadał domieszkę krwi żydowskiej: on musi dojść kim jest, inaczej nie ma po co wracać do Niemiec, do tych Niemiec, które kocha i uwielbia, z których uczynił swoją religię. Tam się dowiaduje, że doprawdy jest mieszańcem, że faktycznie ma w swych żyłach element rasy semickiej, jest synem Żyda. „To co przechodzi w tej chwili, to nie komedia. On sam nie wie już kim jest, czuje się nieczysty, życie jego straciło wszelki sens. I naraz stają mi przed oczyma wszystkie ofiary okrucieństwa, których dopuścił się w swoim fanatyzmie (rasistowski Niemiec), a które wydają mu się w tej chwili potwornym zbrodniczym absurdem” (ib. str. 266).
Fanatyzm godzący w mieszańców oczywiście dla człowieka o takim składzie rasowym jak Boy, musi posiadać coś przerażającego, groźnego swoją potwornością, działać jak maczugą w głowę tych, którym się zdawało, że już raz na zawsze się pozbyli wszelkiej łączności z ropiejącą raną antyjudaizmu.
Boy-Żeleński do szowinizmu żydowskiego odnosi się krytycznie. Sztukę Marka (według powieści Münzera) p. t. Żyda na stos, osądził w rzeczy samej Boy negatywnie. Razi go nadmierne idealizowanie Żyda, który „nawet handlem zajmuje się niechętnie: jedyne jego życie to czytać poezje, słuchać muzyki i marzyć o świecie wiekuistego pokoju. Oderwany od spraw ziemskich Żyd grzeszy jedynie tym, że skoro go ktoś uderzy w policzek, on nadstawia drugi: bo nawet to przykazanie Nowego Testamentu autor przeniósł do Starego Testamentu. Słowem anioł w postaci ludzkiej, w przeciwieństwie do Niemców, którzy są w czambuł wcieleniem nikczemności. Ależ tak nie można upraszczać”.
Generalizować oczywiście nie wolno, Marek przeholował, demonizując wszystkich Niemców. Żaden naród nie może być w czambuł potępiony. Jednak zdanie Boya o etyce judaizmu jest bez racji. Zna on za mało literaturę autentycznie starohebrajską i patrzy się na zasady Starego Testamentu przez pryzmat literatury nienawistnej Żydom. Etyka Starego Testamentu głosi nie tylko cierpliwe zniesienie cierpień od wroga, ale przeciwnie wprost, pomaganie mu na wypadek potrzeby: „Jeśli zobaczysz osła twego wroga uginającego się pod swym ciężarem, bądź mu pomocnym” (Exodus 23,5) — „Jeśli twój wróg głodnym, daj mu do jedzenia, a jeśli spragniony, daj mu się napić“ (Proverbia Salomonis 25, 22) (Pisałem o tym obszernie w mym dziele p. t. Der Ursprung des Judenhasses, Berlin 1922, str. 459).
Ale to było mimochodem. Sam osąd sztuki Marka to nieistotna rzecz. Ważne to, co Boy powiada przy tej sposobności rasowej, odróżnia on kwalifikowanie zasadnicze osnowy dramatu prożydowskiego Marka, od strony polityczno-ludzkiej. Poza formalizmem literackim istnieje u niego człowiek żywy. „Inna rzecz to współczucie, jakie musi w każdym budzić tragedia Żydów w Niemczech, a inna rzecz pisanie sentymentalnych bajeczek, z których nawet dziecko się uśmiechnie. Mimo to są sceny, w których sztuka robi wrażenie. To tam gdzie widzimy przy robocie przedstawicieli nowej ideologii niemieckiej: brutalność, przemoc, chamstwo, gdzie rozlega się dzika pieśń gwałtu i nienawiści“ (Reflektoren w serce, str. 145).
Boy przestaje estetyzować na widok rasowego antysemityzmu, odzywa się u niego głęboka, najszczersza nuta. Chodzi bowiem o sprawę, której ostrze godzi już nie tylko w Żydów z wyznania i już nie tylko w Żydów stuprocentowych rasowo… Tua res agitur.
DANIEL ŻYTKIEWICZ HERBU JASTRZĘBIEC
Instygator korony za króla Jana Kazimierza, Daniel Żytkiewicz, herbu Jastrzębiec, żonaty z Szembekówną, nazywający się w aktach grodzkich warszawskich Żytkiewicz, był „trzecim starego zakonu dziedzicem”. Wacław Potocki sformułował żartobliwie: Po Żydzie, Żydku, po nim Żydkiewiczu (por. Ludwik Kubala, Wojna szwedzka w roku 1655, Lwów, str. 460).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz