niedziela, 20 września 2026

GUSTAWA JARECKA - LUDZIE I SZTANDARY. I. OJCOWIE (Work in Progress)

GUSTAWA JARECKA

LUDZIE I SZTANDARY

POWIEŚĆ


I


OJCOWIE



WARSZAWA 1938



WYDAWNICTWO J. PRZEWORSKIEGO



DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA



Miasto dyszało wiosenną niedzielą, zachłystywało się ludźmi, którzy bez miary wylegli dziś na ulicę. Jak okiem sięgnąć mrowili się na Nowym Świecie i, nietrudno dostrzec, sypali się ku Alejom Ujazdow­skim bezładnie. Pojedynczo. Parami. W małych gro­madkach. Jakby coś więcej jeszcze niż sama wiosna ciągnęło ich w tę stronę.


Zaś Aleje w seledynową zieleń małych, jedwa­biście stulonych listkowy przybrane, rozstępowały się szpalerem drzew i bez końca chłonęły ludzkie fa­le.


Wiosna wydobyła zapomniane blaski z murów.Szyby okien i latarni gazowych lśniły tęczą. Rados­ny pośpiech gnał ludzi. Wśród pośpiechu tu i ow­dzie opóźniali ruch przypadkowi przechodnie, włó­częgi od niechcenia, najczęściej w pelerynach, cza­sem w miłych oku niebieskich, studenckich szyne­lach.


Jednemu z dwuch chłopców, którzy szli z prądem spacerujących, ktoś wsunął w dłoń zwinięty papier.


Kiedy się starszy, krótkowzroczny odwrócił gwał­townie, nie było już nikogo. W najbliższej bramie odczytali pośpiesznie, wyrywając pojedyncze słowa z bibulastych, żółtawych kartek niewielkiego formatu, zadrukowanych po jednej stronie:


,,Warszawski Komitet Robotniczy P. P. S. zawiadamia ogół Tow., że w niedzielę 28-go kwietnia o godzinie 5-ej popołudniu odbędzie się w Alejach Ujazdowskich wielkie zgromadzenie ludowe dla obchodu święta robotniczego pierwszego maja. Wzywamy...“ — I niżej data: 26 kwietnia 1901 roku.


Były tam dwie przywierające do siebie odbitki. Starszy swoją dłonią przykrył rękę brata.

— Rzuć to — syknął —

Młodszy, pucołowaty na twarzy, chłopięcą okrągłością policzków, bez słowa wyszedł z bramy.

Już na ulicy starszy szepnął gniewnie:

— Przysięgałeś papie?

Musieli iść razem z tymi, którzy spacerowym krokiem ciągnęli w Aleje. Pod murami domów babiny w chustkach sprzedawały zamiejską wiosnę w słabo pachnących bukiecikach fiołków i żółtawych pierwiosnków.

— Pójdę tylko popatrzeć w Aleje — mruczał mały.

— Robotniczy pochód, nie jesteś robotnikiem, idioto.

Chłopięca twarz naindyczyła się burakowym rumieńcem:

— Ale rewolucjonistą.

Z całej siły w przegubie ściśnięta ręka osłabła.

— Puść smarkaczu.

Zgniecione papiery przeszły do ręki starszego.

Mały przez chwilę w chmurnym milczeniu gryzł grubą, dolną wargę. Krótkowzroczny brat, mrużąc oczy, przekonywał go niecierpliwie:

— Oleś, wracamy.

Wtedy nagłym skokiem młodszy wyrwał się wyprzedzając innych, poszturchiwany ze śmiechem lub zniecierpliwieniem, oddzielił się od brata żywopło­tem ludzkich szeregów.

W Alejach, po lewej stronie chodnika, zwężającą się wciąż smugą ścieliło się słońce do nóg idącym. Jasnowłosa dziewczyna w słomkowej budce, zwią­zanej na wstążki pod brodą, zgubiła pięciokopiejkówkę i szukała jej z wysiłkiem, potrącana przez przechodniów. Złoty medalionik-serce kołysał się przy tym na szyi jak wahadło. Student z kędzierza­wą czupryną znalazł monetę i podał ją. Dziewczyna zaczerwieniła się gorąco i podziękowawszy poszła dalej.

Jedwabisty wietrzyk płynął alejami. Wdychała go i cieszyła się nim. Kuzynka Maniusia w przero­bionej sukience i kołnierzyku z kokardą przyjeżdżała z małego miasteczka do cioci Kamy, do wielkiej, wielkiej Warszawy. Tutaj stawała się Marietką, ścia­ny świata rozpychały się.

— Już ja ci znajdę męża, ślicznotko — mówiła ciocia.

Marietka rumieniła się. Chciała mieć męża, mia­sto i cały świat.

Szerokie, przestrzenne Aleje tchnęły powiewem Lasku Bulońskiego z powieści Balzaca. Elegantki nadchodziły w kostiumach najnowszej mody. Wąskie w biodrach spódnice rozszerzały się ku dołowi i układały nisko w rzęsiste falbany i ruszę, podszewki szeleściły sztywno.

Nawykła do skromności domowej, Maniusia upajała się lekkimi, lśniącymi grenadinami, pragnęła ich dotknąć, włożyć je, jechać w cicho niosącym po­wozie, iść pieszo po jasnych kamieniach ulicy, prze­żyć cały ten dzień w stu wcieleniach.

Niepokój wywiódł ją pełną oczekiwań na daleki, bezcelowy spacer. Wielka, wiosenna Warszawa biła do głowy odurzającą radością. W powozach jaśniały kapelusze kobiet, wymyślne cacka z kwiatów, tiulu i gazy, z kolorowych, wiotkich słomek i grube mę­skie plecione.

Nagle zdumiała się. Zdziwionym wzrokiem ogar­nęła Ogród Botaniczny i Łazienki. Leżały opusto­szałe za zamkniętymi bramami. Naprzeciwko zaś, dostrzegła to wyraźnie, szli ludzie w tych stronach niewidywani, bezbarwni w tabaczkowych i granatowych surdutach, w sukiennych czapkach, sami mężczyźni i zrzadka tylko między nimi zwykła babska spódnica zamiatała złocisty i rudy kurz ulicy.



Z przypadkiem znalezionych książek, czyichś po­wiedzeń, nawet kuzynka Maniusia z prowincji zro­zumiała, że coś szło razem z ludzkimi szeregami. Nadchodziły przyszłe zdarzenia. Jeszcze przed wyj­ściem z domu ciocia Kama mówiła troskliwie:

— Tylko nie zabłądź Marietko i gdybyś nie wie­działa jak iść, pytaj się zaraz rewirowego. —

Spojrzała przed siebie. W jej stronę szedł młody, wysoki człowiek z roztargnionym spojrzeniem ciemnych oczu. Nieśmiertelnym obyczajem szukała Marietka po drodze takich oczu, ale te minęły ją nie­uważnie. Więc po raz setny tego dnia, zawiedziona i znów nabierająca wiary, pomyślała:

— Taki mógłby być — , odrywając nienasycone spojrzenie. Oczy przechodniów napotykały je, od­dawały pośpiesznie czuły uśmiech, przesuwały się dalej i już spływały bez śladu, zamieniając się w je­szcze jeden promień jasności dnia. Maniusia lekko­myślnie szła naprzód.

Naprzeciwko, między szorstkimi rękawami surdu­tów walczyła, przepychała się naprzód tęga kobieta w fałdzistej spódnicy obszytej „szczoteczką". Nie nosiła kapelusza na gładkich, siwych włosach. Cienki warkocz w tyle głowy zwijał się w kok przeszyty grzebieniami. Roztrącała ludzi gwałtownie i nieu­ważnie. Oczami szukała w tłumie. Szeregi zwierały się, nie puszczały jej naprzód. Biodrami, ramionami jak żywym taranem uderzała w nie, aż znalazła coś spojrzeniem. Jeszcze raz szarpnęła się naprzód, pal­cami wczepiła się w czyjeś ramię.

Mizerny mężczyzna w kawowym surducie, sku­biąc jasne, strzępiaste wąsy, przyjrzał jej się z za­kłopotaniem.

— Pan Łobziński —

Tęgim, silnym ramieniem usunęła ostatnią prze­szkodę.

—- No, góra z górą. Ile to lat?

Ktoś zaśmiał się. Ona zaś, w odpowiedzi na spoj­rzenie spod brwi nawisłych żałośnie i niedbale, prze­chyliła się ku niemu całym gorącym ciężarem.

— A pan Łobziński też w Aleje dzisiaj?

— W Aleje.

Na nic więcej nie czekając, szeptała poufnie:

— Owszem, słyszałam i ja.

Umilkła, gesty jej osłabły. Zamyślała coś. Zato mizerak ożywił się, pogładził wąsy, nawet źrenice zamigotały bladą, spłowiałą niebieskością w stronę kobiety.

— Były na mieście karteluszki i gazetka była. Jak pani Żelazkowa słyszała to i wie. A może i pani Żelazkowa sama teraz czyta? — zaśmiał się wstydliwie drobnym, nienawykłym śmieszkiem.

Rumiana twarz kobiety z ostrymi bruzdami koło ust, stężała odrazu, obiawiła się w nowej twardości:

— Mnie nie takie rzeczy w głowie. Po Jacusia jadę szukać go. Przecie pan Jacusia widuje. Od roku się ożenił, żona na dniach, a on poszedł. Już od rana chodzili takie do niego. Aż świerzb w palcach czu­łam, bo od razu poznałam, co za jedni. A on popo­łudniu papiery w kuchni pali. Jacuś, mówię, idziesz gdzie? A on: w Aleje. Niedziela, myślę, niech tam idzie. Poszedł. A wpół godziny Kałużanka z naszego domu, na podwórku mnie powiada, coś się, powiada, dzisiaj w Alejach szykuje. —

Prosto szeroką, rumianą twarzą zajrzała w oczy Łobzińskiemu: ,

— Panie Łobziński, poratuj mnie pan. On u mnie jedyny. Niech mnie go pan odszukać pomoże. Prze­cie ja wiem, że wy się znacie wszyscy. —

Chude łopatki wzruszyły się niechętnie. Twarz, ciasno skórą bez tłuszczu obciągnięta, ułożona w cien­kie plisy, kreskami zmarszczek porysowana, skurczy­ła się.

— Szukaj se pani, bo to on dziecko, że go kto za sobą wodzi. —

Szept Żelazkowej stał się twardy, ciął powietrze przy uchu ostro i świszcząco:

— Jak był mały ognipiór miał i dyfterię. Z trzech jeden się ostał. Nie poto, żeby ginął o byle

co. Nieboszczyk mój jeszcze powiadał mi, że u pana cztery dzieci są, nie to co jedno.

Brzmiało to groźnym ostrzeżeniem, ale zaraz głos złamał się, opadł, wezbrał wilgocią i prośbą:

— Jak do przyjaciela mówię panie Łobzinski, co wam po takim jednym? —

Rzadkie, pokruszone zęby, zielonkawe i żółte od­słoniły się pod bladymi wargami i żółtym wąsem:

— Pani spraw partyjnych nie może rozumić, pani Żelazkowa. —

Szare źrenice Żelazkowej zdumiały się niezmier­nie, ale w jednej chwili gniew pożarł zdumienie:

— Stary, a w głowie pstro — przeleciało przez myśl, aż ją skolei zalała fala rozpaczy.

Uparcie się chudego ramienia trzymając, wmie­szana w nieznajomy szereg, szeptała mu w ucho gniewnie:

— To takie prawo u was, żeby matkom jedyna­ków zabierać? Na turmy i katorgi. Jedynaków nawet ukaz od wojska zwalnia. —

Łobzinski wciągnął głowę w ramiona, poruszył się niespokojnie, bo ten i ów już patrzał na niego. Źrenice, ukazując przekrwione białka, uciekły w górę, po namysł i odpowiedź. Chuda szyja natarła twardą obręcz wysokiego kołnierzyka. Zgarbił się i westchnął:

— Trudno wytłomaczyć pani Żelazkowej.

Ale ona odwróciła się wrogo i nie odzywali się więcej do siebie.

Przezroczysta smuga słońca na bruku, zwężała się, uciekała ku kamiennej granicy domów i po ich piętrach pięła się wyżej, aż rozjarzyły się w złocis­tym świetle blade ciała murów i szklistość szyb. Od Belwederu, od Sielc płynęło Alejami zamiejskie, czyste powietrze, z tamtej strony nawracały powozy, spacerem jeżdżące aż do Mokotowa, który z letniska już wyrastał w dzielnicę.

Po jezdni zatupotały żywo konie. Cienki tętent rozdzwonił się donośnie po bruku, rozbrzmiał echem. Ożywiły się kroki ludzkie, ciche bocznice napełniły się zaraz umykającymi chyłkiem przechodniami. Kozacy na koniach ostrym kłusem przemierzali ulicę. Niezrozumiałe twarze obcego ludu dziko i twar­do patrzyły z pod czap. Powozy i dorożki odsunięte w bok szybko biegły w stronę Nowego Świata, ucie­kały całkiem widocznie, uprzedzając nakaz.

Już trzecia secina kozaków parła naprzód na zgrzanych koniach. Drewnianymi barierami po­śpiesznie odcinano bocznice. Koło Alei Róż rozciąg­nął się wężem patrol policji.

Ludzie z Alei po jednej stronie szeroką strugą par­li ku Nowemu Światowi, po drugiej uparcie przeciw prądow i szli naprzód bezbarwną, zwolna rosnącą w szeregi gromadą.

Wystraszona Marietka, nawracając pośpiesznie, dostrzegła w grupce młodego człowieka, który mówił coś żywo. Jego oczy błyszczały, były przezroczyste jak niebo tego dnia. Tamci obaj, młodzi nosili oku­lary i spokojnie wypatrywali przez nie na ulicę.

Widziała zdaleka jak płonęły w nim niewiadome słowa. Na ślepo, z odległości dwudziestu kroków, Maniusia zatęskniła do nieznajomego świata czyichś wysiłków i pragnień. Wciągnięta w przedziwną grę, zamiast wracać czem prędzej, krążyła obok, zostawała.

Już nie było w Alei ani dorożek, ani powozów, ani barwnych kapelusików. Środkiem jezdni biegł tylko zwykłym truchtem zaprząg tramwaju. Ci w surdutach i czapkach odliczyli nagle, uporządkowali sze­regi i miarowym krokiem zaczęli iść w stronę Bel­wederu. Tu i owdzie wykwitały czapki rewirowych (wtedy zjawiało się przypomnienie: zapytaj się Marietko). Koło mleczarni Zawiszy sterczały wyraźnie piki nad ukrytym oddziałem kozackim. Jasne blaty pustych stolików lśniły w słońcu gładką powierz­chnią. Już nikt nie pił zsiadłego mleka.

Szpaler drzew w koronach zieleni przeświecającej słońcem kołysał się, poruszany wiatrem. Ludzie szli naprzeciw groźnemu milczeniu. Po prawej stronie jezdni sami robotnicy, po przeciwnej przypadkowi przechodnie mieszali się ze studentami, lub na studentów wyglądającymi.

— Jezus... — szeptała drżącymi wargami Żelaz­kowa, przedzierając się przez tłum, który zwolna, lecz nieustannie szedł naprzód. — Niema Jacusia. —

Wiosenny wietrzyk wydymał trójbarwną chorą­giew. Chwilami silniejszy powiew unosił płótno, aż furkocąc w powietrzu obracało się młyńcem biało niebiesko czerwonym. Szyldwach przechadzał się z karabinem na ramieniu.

Maniusia kręciła się w kółko w promieniu kilku kroków. Wysoki młodzieniec stał z jednym tylko towarzyszem. Rozstawając się z nim, zobaczył wreszcie migotliwe, ciekawe oczy i jasny warkocz okręcony wkoło głowy. Uśmiechnął się najpierw ką­tami ust, po tym coraz wyraźniej, napełniając Maniusię malutkim szczęściem. Później ruszył szybko naprzód długimi nogami. Zobaczyła tylko, jakie miał duże buty. Ale kiedy patrzyła za nim, spostrzegła, że oczy wszystkich, wystraszone, zdumione i ciekawe biegną w tę samą stronę.

Wyszarpnięty z niewidzialności przedmiot zami­gotał w górze. W złocistym błękicie powietrza wydał się najpierw czarny, po tym dopiero zalśnił wyraź­nie, ciemno czerwony jak skrzepła krew.

Przywitano go okrzykami: Niech żyje Polska… Niech żyje pierwszy maj. Walczymy o ośmiogodzin­ny dzień pracy — wystukiwały głosy.

— Walczymy o szkołę polską. Niech żyje święto klasy robotniczej. —

Z mleczarni Zawiszy, z browaru Junga, ze wszystkich zakamarków wysypali się nagle kozacy z pika­mi w pogotowiu. Wydłużyli bieg w klin. Klin wdarł się ostro w ludzkie szeregi, naparł tuż końskimi pier­siami o ciemne ubrania mężczyzn. Szeregi rozdarły się z krzykiem, z jękami ludzi wydzierających się z pod kopyt.

Krótkie nahajki ciemnymi mignięciami wznosiły się w górę i opadały. Pod ludzkim naporem chwiały się drzewa. Jednostajność marszu rozerwała się. Tłum rozsypał się w obie strony ulicy, biegł naprzełaj przez jezdnię, a wśród niego żandarmi wprawnym okiem wyłuskiwali ludzi jak ziarna.

Maniusia z całych sił gorącymi palcami obięła twarde pręty jakichś sztachet. Przylgnęła do nich, że­by jej nie porwał za sobą ruchliwy prąd, aż zwilżyło się w uścisku chłodne żelazo, potem zaciśniętych rąk. Obok niej siłą pchnięcia rzucony, mizerny, starszyczłowiek w kawowym surducie, wołał cienkimi war­gami: — Niech żyje pierwszy maj…

Ledwie się konie cofnęły z chodników i nieumundurowani piesi zaczęli wywlekać ujętych, zobaczy­ły przerażone oczy Maniusi, że naprzeciwko, gdzie delikatna, wiosenna zieleń krzaków wychylała się po­nad ogrodzenia parków, najpierw zwolna, bezładnie, później coraz prędzej zaczęły odrastać, ustawiać się, iść poprzednią drogą w nierówne szeregi złączeni ludzie. Rozsypani po ulicy wracali biegiem na nieozna­czone, własne miejsca. Ulica pęczniała nimi, nabrzmiewała, wybuchała okrzykami jak grzmoty: —- Niech żyje Polska ludowa. — Żądamy polskich szkół.

Ludzie, napozór bezładnie zebrani, byli podobni do siebie. Maniusia wiedziała kim są. To byli ci, co przychodzili coś naprawiać w domu, gaz, jakieś rury, ci, co wczesnym wieczorem zmęczeni szli ulica­mi i mówiono wtedy: — Już wracają z fabryk.

W lakonicznych podręcznikach historii nazywali się: lud. Cała ich dzisiejsza odmienność polegała na tym, że tu szli razem dziesiątkami, setkami.

Maniusia nieśmiało oderwała się od sztachety, żeby już wrócić. Ponowny, daleki grzmot okrzyku wstrząsnął ulicą:

— Precz z wyzyskiem . —

Fala mniejszych grzmotów odpowiedziała hucząco, aż zbita gromada zadrgała, coś uderzyło w nią. Zdaleka, od strony Mokotowa zbliżało się parskanie koni. Ktoś krzyknął z przerażeniem:

— Kozacy. —

Strach uskrzydlił Maniusię, cisnął ją naoślep, ale już droga nie była wolna. Wpadła między rozdarte nanowo szeregi, gdzie ciemna odzież mieszała się z połyskami metalu, rzemieni i bronzowo złocistymi kadłubami koni.

Grzmoty okrzyków falowały nieustannie, gło­śniej, ciszej, jękliwie. Cała ulica stała się wołaniem, już żyły w niej tylko głosy i ludzie niezdolni się za­trzymać pod naporem, pędzący, oszaleli, przewraca­ni na bruk jak ciężkie tłomoki, tratowani i zrywają­cy się znów. Porwali za sobą Maniusię siłą prądu, po­magali jej biec, nie dotykając jej. Pędziła za nimi. Ktoś wyciągnął rękę, kiedy się potknęła. Opierała się o plecy i ramiona cudze, jakby to były jej własne.

Wtedy zobaczyła znów na chwilę młodego czło­wieka z przelotnego uśmiechu. Miał podbite oko, włosy spadły mu na czoło. On i dwuch innych szli międzymi szarymi mundurami żandarmów. W jednej chwili cała nowa wiedza o łączności jednego z gromadą, o przemocy, gorzko przeniknęła serce Maniusi.

Na jasnych kamieniach bruku, pod stopami mignęły promieniste bryzgi krwi.

… Czyjaś zrozpaczona ręka złowiła kawowy surdut Łobzińskiego. Uparty głos zajęczał:

— Panie Łobziński, jak pan w Boga wierzy, przyślij pan Jacka. Nie mogę go znaleźć — i już płaczliwie: — Nie gubcie dzieci. —

Na mizernej twarzy paliły się cynobrowe ognie:

— Przecie to dla dzieci — odkrzyknął ochrypły, biegiem upity głos.

— Dla dzieci — zawyła ze śmiechem, z wściekło­ścią i rozpaczą Żelazkowa.

— Przyślę go jak zobaczę. Uciekaj pani. —

Bieg ludzki osłabł. Bocznice w chłonęły uciekających, osłoniły ich milczące domy. Aleje zostały dale­ko ze swoją barwnością wiosennej zieleni drzew, czerwoności na bruku. Ludzie mieli swoje powszed­nie twarze, obojętne, lub uśmiechnięte. Dorożki dud­niły raźno. Na Placu Aleksandra oparła się Maniusia. Odnalazła miasto żyjące w spokojnej niewiedzy, odczarowane nagle z wszelkiej niezwykłości.

Wielkie szyby wystaw jaśniały. Już niewiadomo było, która część dnia jest bardziej rzeczywista.

Dochodziła szósta i w stronę Alej jechały stępa granatowo wysłane powozy na gumach. Panowie w jasnych garniturach, ściskając ozdobne gałki lasek, pochylali się ku paniom.

W słońcu, na przystanku tramwajowym czekali ludzie rozsypaną bez łączności gromadkę. Z pod kre­mowych i białych parasolek słonecznych wyglądały kobiety w mocno wciętych kostiumach, cienkie w pa­sie jak osy.

Opodal czekał już człowiek z parą koni na zmianę do tramwaju. Zdaleka ukazała się żółto biała czter­nastka, poprzedzona cienką, rozwleczoną w powie­trzu chmurą kurzu. Zawadiacki dzwonek i dźwięk mosiężnych nauszników końskich ożywił czekają­cych. Z otwartych okien wyglądali pasażerowie. Tramwaj przystanął. Zmieniano zaprzęg. Kobiety zręcznie ujmując spódnice w dwa palce, wspinały się na stopień. Z galanterią puszczano je przodem.

Maniusia z bijącym jeszcze sercem siadła na wyściełanym, siedmiokopiejkowym miejscu. Warkocze pod słomianą budkę przywarły do zgrzanych skroni.

— Jaki dziwny przypadek — myślała nazajutrz, szukając w rannych gazetach Warszawy wzmianki o wczorajszych zdarzeniach. Nie było żadnej. Zosta­ły przemilczane, a więc chyba nie było ich. Czas przepłynął po owym dniu jak wiatr nad śladem na piasku, a przecież dłużej niż zwykła pamięć rzeczy minionych przetrwało w Maniusi wspomnienie wio­sennej niedzieli, w odmienionych Alejach .

Musieli gdzieś na obcych ulicach żyć ci ludzie, musiały goić się podbite oczy i rany, których krew tryskała na kamienie bruku, ale w tygodniach, mie­siącach i latach, które nadeszły, nie szukała ich wię­cej.

… Na Nowym Świecie przyjrzała się Żelazkowa swojej spódnicy. Była uszargana w kurzu i miała oberwaną „szczoteczkę”. Włosy zlepiły się od potu. Pot stygł i ziębił rozgrzaną głowę.

Ulicą kobiety prowadziły na spacer świątecznie odzianych, małych synków. Odwracała się od nich. Powoli, ociężałymi krokami poszła pieszo w stronę domu.

II

Na Chłodnej, opodal wolskiej rogatki, na niebrukowanych chodnikach wypełzała między kamieniami wiosenna, blado zielona trawa. Owego niedzielnego popołudnia paliło się słońce rozlewnym, złocistym światłem nad niskimi domami, ciężkimi prostokątami fabryk, na kolorowych ruskich i polskich literach rzadkich szyldów i w świeżej, niewyblakłej tęczy barw nad mydlarnią Klementyny Żelazko.

Wolską szosą ku miastu płynęła wiosna w uzbieranych wiązeczkach pierwiosnków, w ułamanych prętach wierzbiny i pachnących powiewach z pól. Wieś Wola szła od rana ku miastu. Mężczyźni w sztywnych, wysokich kołnierzykach, lśniąc odświętnością surdutów i potem, kobiety w barwnych perkalach.

Młoda Żelazkowa Klimcia ze złotego ciepła dwo­ru uciekła przedwieczorem w mroczny chłód sklepu. Jacka wciąż nie było w domu.

Opuszczony nisko, odęty brzuch Klimci oddzielał ją od lady. Przy nachylaniu pociągał za sobą. Pracowitymi rękami sypała w funtowe torebki sodę i krochmal, ustawiała blaszane pudełka rozświetlające szarość mydlarni kolorowymi wizerunkami zamor­skich twarzy, złotymi i błękitnymi zakrętasami liter. Klimcia bez czytania wiedziała, gdzie kakao, a gdzie herbata. Nie umiała czytać. Jacek umiał.

Przy sodzie, mydle i krochmalu myślała o nim. Od kiedy go zobaczyła zamieszkał tak uparcie w jej myśli, w źrenicach, szczupły, niewysoki, z blond wąsem i falistą czupryną, niedostępny jak granica mię­dzy niebem a ziemią. Można za nią było biegać, dal zostawała ta sama.

Długie, jasne warkocze układała Klimcia w „baranki“ koło uszu, policzki miała różowe i pełne. Naj­ładniejsza dziewczyna na Lesznie, uparła się latać za Jackiem.

Spotykała go przypadkiem na spacerach, przed fabryką, uśmiechała się czerwonymi wargami, goni­ła oczyma, aż dojrzał ją.

Dźwigając w sobie żywy ciężar, pełen niespodzia­nych drgnien, karmiła się teraz Klimcia gorzką, jałową strawą pragnień ziszczonych.

Jeszcze on był wciąż taki sam, obcymi sprawami żyjący, a już jej dwudziesta wiosna napęczniała we­zbranymi piersiami, ociężałym brzuchem. Już mia­ła Jacka na własność, jakaż to była własność?

Był dobry, czuły, przychodził, żeby nasycić się prędko i znów uciekał w obcość.

Dziwne miał dni, których ranki nie zmierzały do obiadów, a wieczory zapominały o wieczerzy. Od­chodził nawet w niedzielę, kiedy inne kobiety szły promieniejąc na spacer u mężowskiego boku.

Mogła Klimcia siąść na ławce przed domem, po­zwolić opłynąć się słońcu i niebieskiej fali wiosenne­go powietrza, albo iść na spotkanie wiośnie szosą wzdłuż rozpulchnionych, czerniejących pól. Nie chciała. Po swojemu mściła się na oszukańczym, złym życiu. Sama to sama.

Szalki wagi brzęczały rozmownie. Torebki stawa­ły na ladzie szeregiem umundurowanym w szorstki, szary papier. Wtedy chwycił Klimcię pierwszy ból. Pośpiesznie, dla uspokojenia obliczyła sobie, że jest jeszcze dwa tygodnie czasu i wzięła do ręki blaszaną łopatkę od kaszy.

Ale skurczyła się, poczerwieniała po korzenie włosów i dowlokła się do podwórza, żeby zawołać Józkę i posłać po Grzybową, która kobietom w tych stronach pomagała rodzić.

Pokój za sklepem był duży i ciemny. Słońce i jas­ność leżały po drugiej stronie podwórza. Klimcia za­cięła mocno usta, zawzięta w urazie na swoją samot­ność i leżała bez ruchu, żeby przeszło.

Wnet wróciła Józka i weszła do sklepu, bo podwieczór zaczynały wpadać kobiety po naftę, po za­pałki. Przez uchylone drzwi Józka pytała:

— Ciotko, gdzie świce? —

— Barskie mydło to jakie to? —

Wtedy Klimcia krzyknęła tak strasznie, że Józce spadł dwufuntowy odważnik na podłogę. Cienkie warkoczyki z wplecioną wstążeczką zatrzepotały wystraszone. Skoczyła ku drzwiom pokoju. Klimcia le­żała na łóżku bez pierzyny z czerwoną, nabrzmiałą twarzą i rękami ogarniała ogromny brzuch.

Przez niezamknięte drzwi od sieni weszła cicho rozłożysta i wielka Grzybowa, uśmiechnięta godnie. Odsunęła Józkę i kupującą, która zaglądała ze sklepu, wesoło skinęła Klimci i zaraz dorzuciła drzazeg na ogień. Potem w nogach żelaznego łóżka zawiązała ręcznik i wetknęła Klimci oba końce w garść. Lek­kim krokiem mimo tuszy krzątała się po izbie, aż przysunęła stołek i siadłszy niedaleko chorej, rzek­ ła solennie: — Zaczęło się.

Dopiero po chwili dodała: — Prędko jakoś pani Żelazkowa. Dźwignęliście co, albo nagłe zmartwie­nie? —

Małymi, niebieskimi oczkami dobywała ludzkie myśli z dna. Klimcia zaprzeczyła głową. A przecież było zmartwienie, było, że na nic nie bacząc poszedł sobie. Ledwo go w myśli przywołała, a już na głos wrzasnęła, ręcznik w palcach zaczął drzeć się z cien­kim szelestem.

Obfite spódnice Grzybowej zamiotły izbę, z pod koka w tyle głowy wyglądała fałszywa podkładka. Uniosła garnek z nad blachy i czerwona łuna ognia zaświeciła w izbie. Poróżowiały bielone ściany, twarz Grzybowej rozjaśniła się w rumianym świetle, czer­wone blaski migotały na podłodze, chwiały się, drża­ły, nie mogąc wytrwać w bezruchu. Klimcia z ma­łymi przerwami krzyczała przeciągle, rozdzierająco.

Już w małych mieszkankach przy spóźnionych wieczerzach świąteczna niedziela spływała w pow szedni poniedziałek, kiedy stara Żelazkowa wróciła na Chłodną.

W bramie siedział sam jeden na ławce zezowaty stróż i niekiedy szerokim łukiem spluwał daleko przed siebie.

— Jest mój syn w domu, panie Janie? — zapy­tała, sama siebie zwodząc kłamliwą nadzieją.

Zaprzeczył i leniwie podniósł mgliste oczy:

— Ale synowa rodzi, aż tu słychać.

Jak stała zmordowana, spocona, ożywiła się nagłym pośpiechem. Niecierpliwie dopadła znajomej chropowatości klamki i z ciepłego, błękitniejącego już wieczoru, bez przejścia zanurzyła się w czerwony mrok izby pachnącej naftaliną i mydłem.

Grzybowa powitała ją uśmiechem. Klimcia, nie patrząc, zawyła znów. Z nowego bólu, innego. Że to wciąż jeszcze nie był on. Zacięła usta, aż suchą szramą zamknęły twarz w niemą maskę. Ból w brzuchu zelżał właśnie, ale kobiety z jej twarzy osądziły, że wstrzymuje krzyk i zaczęły szeptać ze sobą.

Zamykając oczy, odpychała je Klimcia od siebie, oślepiona ponurą jaskrawością, w której widziała teraz prawdy o sobie i swoich bliskich.

Że nigdy nie chciała jej ta teściowa, że to ona sa­ma latała za Jackiem, uwieszała się opornego, że­brała dla siebie, choćby o jego troski, aż oto wezbra­ła wszelką boleścią, która się z niego wzięła. Za­zdrosna była, że sam wychodził. Śmiał się, że nie do kobiet. Nie wierzyła. Nieprawda, wszędzie były ko­biety.

Rozumiała tylko słowa proste, te z domu, ze skle­pu, na codzień przydatne. A przecież strach o nie­go nauczył ją palić ukradkiem cienkie książeczki i gazetki polskie drukowane na lichym papierze. Na nieznajome pisma kładła od wierzchu książeczkę do nabożeństwa, albo to, o czem słyszała, że „dozwoleno cenzuroju“.

Dopiero, kiedy ból nanowo ostremi nożami wraził się w brzuch i krzyż, otworzyły się wyschłe usta Klimci. Z rozbieganym i źrenicami, wyprężona na łóżku, wyła niskim, jednostajnym głosem zwierząt, nikogo nie przyzywając, żeby sobie samej, nie ko­muś to dziecko urodzić.

Czerpiąc zaciekłą siłę z własnej samotności, opierała się mocno bólom, szczerzyła im zęby, a w ję­kach odzywało się głuche warczenie nienawiści.

— Dobrze jej pójdzie, bo się natęża — rzekła Grzybowa bacznym uchem chwytając melodię jęków Klimci. Potym zręczną ręką poprawiła prześcierad­ło.

— Tera przyjdą parte bóle.

Drzwi do sieni skrzypnęły z przesadną ostrożno­ścią. Jedna za drugą wsunęły się dwie kobiety w nie­dzielnych fałdzistych spódnicach, w kokach podpar­tych dużymi grzebieniami. Uśmiechały się, że to już tak prędko i jak idzie pani Żelazkowa?

Stara, zręczna i gościnna poprosiła je zaraz do sto­łu, one zaś, obie Pawelskie, bratowe zasiadły, skrzy­żowawszy ramiona, jedna pod wydatnym biustem, druga, przyciskając same dłonie do płaskiej, szero­kiej piersi.

Mętna, bronzowa herbata zaświeciła w grubych, zielonkawych szklankach, blaszane łyżeczki dzwoni­ły cienko, kobiety gawędziły niegłośno, doświadczo­nym okiem spoglądają ku Klimci, która chwilami ucichała, żeby po tym znów szarpać szorstkie płótno pościeli.

One zaś, nachylone ku sobie, uśmiechały się nawet, szepcząc o tajemnicach miłości i porodów, kie­dy Klimcia zwykłą koleją rzeczy, zostawała sama, odgrodzona nieprzenikniętym murem boleści.

Raptem wstała gwałtownie od stołu stara Żelazkowa. Poznała kroki. Właśnie Jóżka nalewała z bul­gotem nafty do blaszanej lampy, kiedy na progu sta­nął Jacek, niewysoki, jasnowłosy, bez czapki i pal­cami przegarnął gładkie włosy.

— Klimcia — wymówił nieco ochryple ze zmie­szaniem, ogarniając spojrzeniem izbę pełną kobiet.

Matka skoczyła ku niemu, a jęk Klimci przeła­mał nagle zaciętość, stał się cienki, płaczliwy, do­magał się czułości.

— Czego mama — zaczął szorstko, ale urwawszy, spytał zaraz: — To cię już tak boli? —

Zaśmiały się trzy kobiety z takiego niewiedzącego. Obiaśniły, że to przecież już zaraz.

— Nie obejrzy się pan Żelazko, a ojcem ostanie się — rzekła Grzybowa.

On jednak krzątał się po izbie niespokojnie, prze­rzucił porządnie ułożone na komodzie książki, po­tem bezczynnie przystanął w nogach łóżka Klimci, zaplatając palce.

— No, siadaj — rzekła uspokojona matka, ale on już na obcych nie zważając, rzekł nagle:

— Lepiejby mi nie nocować tu dziś, bo już u ko­legów chodzili szukać. —

Drgnął, podniósł głowę, w słuch zamieniony. Wiadomo było nieraz, że przyjść mogą, ale nie myślał o nich jak o własnej śmierci. Jeszcze znał tylko świat i carskie więzienie z cudzych słów. Zdusił własny strach.

— Bądź ty Klimcia spokojna. —

Fałdziste spódnice Pawelskich zamiotły podłogę, żegnając się pośpiesznie, szły niespokojnie ku drzwiom.

— Pójdę, a rano dacie znać. —

— Jezu… — matka drapieżnymi rękami rozrzucała zasłane łóżko. Kraciaste poduszki spadały mięk­ko na podłogę. Wycie Klimci niosło się tak głośno, że ściany drżały. Naftowa lampa przez pękaty cy­linder, zwężający się ku górze napełniała pokój żół­tym światłem i cienkim kopciem. Jedna tylko Grzy­bowa, rozłożysta i spokojna wydobyte skądciś płótno darła z cienkim świstem.

Pod poduszkami schowana, zawinięta szmatka wyjrzała na światło. Drżące ręce starej wsuwały ją synowi.

— Trzymaj, na, pieniądze. O mój Jezu, opamię­tania nie miałeś. Co ci tam matka? Gdzieś lazł? Po­co? Zakatować cię mogą — dyszała szybko, z odde­chem rwącym się w piersi. Dotykała jego ubrania, rąk, rzuciła się porządkować łóżko.

— Nie trza tyle krzyku — rzekł Jacek ponuro, ukazując Klimcię.

Ona zaś, nieludzkim głosem krzyknąwszy, zagłu­szyła wszystko inne. Grzybowa silnymi, czerwonymi rękami wywróciła nad szaflikiem żelazny sagan, aż się rozsnuła po izbie gęsta, biała para z gorącej wody. Wycie Klimci stało się piskliwe i cichsze. Ob­nażone wałki ramion Grzybowej zanurzyły się w łóżku. Podniosła je do góry.

— Chłopak — rzekła, uderzając w coś miękkiego dłonią napłask.

Jacek odrzucił głowę w tył, zbielał na twarzy. Na podwórzu rozmawiały donośne głosy.

— Jacuś — zapłakała położnica skomlącym krzykiem, ale on już zmieszany, ogłuszony stał przy szafliku, gdzie trzepotało w wodzie coś czerwonego i piszczało. Wnet Grzybowa uniosła to w ręku i jęła owijać w płócienne pasy.

Wtedy w drzwi od sieni palnięto czymś twardym. Starej ręce opadły.

W jednej chwili napełniła się izba ludźmi, mundurami, we drzwiach został wystraszony stróż z czapką w ręku. Już nie pachniało mydłem i naf­taliną, tylko dym machorki łączył się z mdłą duszno­ścią pary.

— Żelazko Jacenty — wymówił śpiewnie niski, rumiany na twarzy. Dwuch innych szarpnęło go.

Szukali po kieszeniach, rozpięli marynarkę. Podda­wał się. Pytali po rosyjsku, odpowiadał. Kobiety nie rozumiały go.

— Co on zrobił? Niewinowaty jest — wołała stara.

Chudy, starszy żandarm z wąsami koloru mokrej słomy chodził po izbie zamaszystym krokiem i roz­walał naoścież szuflady.

— Dziecko mu się teraz urodziło — wyjaśniła przymilnie Grzybowa i języka władzy świadoma, dodała: — Izwinitie, gospodin naczalnik. —

Klimcia uniosła się na krwawym, potarganym po­słaniu i z sznurami mokrych włosów na czole jęcza­ła: — Jacuś.

Dwuch weszło do sklepu. W izbie został wąsaty. Sprzęty pchnięte ku środkowi izby odsłoniły czyste, niewyblakłe malowanie ścian.

Pod okiem wąsatego sięgnął Jacek po rękę Klimci, aż ją przytrzymał zwisłą na chwilę, potem znów szaloną, odpychającą. Zemlił w szepcie.

— Do Łobzińskiego idź… — i zaraz głośno — Napiszę, Klimcia, dam znać, słyszysz?

Łzy ściekały jej bokiem po twarzy, a już jego żandarm odrzucał krótkiem szarpnięciem. Usta Ja­cka jeszcze miękkie i młode pod jasnym wąsem, za­cisnęły się. Zapinał marynarkę. Jasnorzęse powieki mrugały.

Już go otoczyli we trzech. Fala krwi napłynęła mu do twarzy, jakby się do przemówienia szykował, rzekł: — Chłopak ma mieć Henryk jak ojciec. —

Matka krzyknęła, uczepiła mu się ubrania.

— Mama zostawi — rzekł łagodnie i obejrzał się za szmacianą kukłą na ręku Grzybowej.

— Marsz — pchnęli go naprzód.

Jacek wyprostował się, zesztywniał. Szturchnięcia obsuwały się jak po drewnie. Na matkę, że się żan­darma czepiała, krzyknął. Za wolno im szedł. Dostał w bok kolbą. W pchnięciach była tajona wściekłość. W błyskach oczu krzyżowały się dwie nienawiści. Nienawiść przepaliła w Jacku strach i rzewność. Ogarnął spojrzeniem izbę i już, nim go zdążyli pchnąć znów, sam ruszył naprzód. Od drzwi odwrócił się. Na chłopaka, nie na ojca wyglądał.

— No bądźcie zdrowi, a dowiadujcie się zara gdzie jestem. —

Kobieta na łóżku, bledsza niż ściana za jej pleca­mi, uniosła się na łóżku, zgięła, jakby chciała speł­znąć na podłogę.

W sieni raz jeszcze pochwyciła syna Żelazkowa.

— To dziecko — szeptała. — Durny, bo młody. — Lepkim lamentem snuła się koło trzech żandarmów, w powietrzu gładząc rękawy mundurów, któ­rych nie śmiała dotknąć.

— Dwudziesty czwarty rok ma, sam dziecko. — Ślina pryskała ze szczerb między zębami.

Do izby wionęło z sieni zapachem kartofli i letnim ciepłem wieczoru. Na drugim łóżku Grzybowa umieszczała starannie szmacianą lalkę.

— Pani Grzybowa — zapłakała Józka — Jezu, bo Klimcia umrze.

Rumiana, gruba, a lekka poskoczyła Grzybowa ku łóżku.

— Zemglała ino, co dziwnego — rzekła spokoj­nie, wysuwając chorej poduszkę z pod głowy. Ciemną krew świeżą wilgocią przejęła jak bibułę szorst­kie prześcieradło ze swojskiego płótna.

Jeszcze przez sień, przez podwórze czepiała się sta­ra żandarmów. Krzykiem aż na ulicę buchała:

— Niewinowaty.

Pchnęli ją łagodnie, po ludzku, nie kolbą nawet, a łokciami.

— Procz. —

— Ostań mama — przez zęby powtarzał Jacek.

Została. On zaś szedł równy, prosty (takiegom go wychowała, ciekły jej łzy). Prostował się na hardość jak żołnierz, dziecko nieszczęsne, zamiast prosić u władzy możeby przecież puścili.

Uczepiona oczami jego twarzy, pleców, nóg sta­ła. Tędy szły stopy po płaskich kamieniach, przydeptały ogryzek, rozmazały mokrą plamę — i już nie było żadnego śladu, jakby nie szedł tędy nigdy żaden Żelazko za nieznajome rewolucje do turmy wleczony. Kiedy się tak urwało życie, wróciła wreszcie z bramy do izby. Na nic nie patrząc, przysia­dła na pierwszym stołku. Klimcia leżała z zamkniętymi oczami i dyszała głośno, zmożona.

Grzybowa szykowała się do wyjścia, ale niezręcz­nie jej było jakoś opuszczać milczący dom nieszczę­ścia.

— Zdarzają się, moja pani Żelazkowa rozmaite rzeczy, da Bóg, wróci syn zdrowo, a wnusiem zająć się trza. —

Błędne, rozczerwienione oczy starej wraziły się w nią.

— Ten mi z czterech ostał. —

Patrzała w bok, jakby nad komodą laufrem nakrytą, wysuniętą krzywo, były właśnie tamte urodzone i niewyrosłe, noce i dni chowania, po których narodzone nie ze swej woli, odchodziły, kiedy im się spodobało.

Aż się Grzybowa wzdrygnęła, bo naprawdę, rzadkie to było nieszczęście, jedno na całą Wolę, na Le­szno i Chłodną.

— Rano jutro zajrzę — powiedziała i otworzyła drzwi na czarną, chłodną noc.

Żelazkowa podeszła ciężko do zawiniątka na łóżku. Zmarszczona, zaśliniona twarzyczka wyglądała spod płótna i drgała w cichym oddechu.

Rzuciła okiem na Klimcię. Nie spała i uparcie łka­ła w poduszki.

— Ta najprędzej zapomni — pomyślała ponuro.

Potem pracowitymi rękami związanymi na sine pętle żył, zaczęła zbierać zbrukane szmaty z pod łóż­ka i zanurzyła je w miednicę. Przezroczysta, niebies­kawa woda stała się ciemna i krwawa. Szmaty chlupotały zwyczajnie jak przy praniu i zaraz w izbie stało się powszedniej; nawet istot ludzkich było w niej tyleż co dawniej, snuło się starej, bo już przecie, zamiast tego jednego, co ubył, leżało na łóżku, rosło w człowieka, szmaciane zawiniątko.

Hej, nie brakło ludzi. Dla mnie tylko, dla matki, jest on jeden, nie patrząc uparcie w stronę Klimci, myślała stara. Potem zanurzyła szmaty w czystą wo­dą do płókania.

____________________________________________________________

Nie było na Chłodnej płynącej wody, kamie­nie bruku leżały martwe, głębokie udeptane w ziemię. Dlatego wiecznie powtarzane słowa „jak ka­mień w wodę” miały dla Heńka śpiewną nieprawdziwość jak te z maminej piosenki „Na Podolu biały kamień, Podolanka siedzi na niem…”

Każde opowiadanie babki kończyło się niemi. Wszystko w opowiadaniu działo się za czasów za­pomnianych i wciąż dalszych. Przy obliczaniu zaw­sze przybywało lat. Za ich daleką granicą została mydlarnia, jakiś piękny tombakowy zegarek ojca i sam ojciec. Nad łóżkami między obrazami świętymi, koło Matki Boskiej z różańcem wisiała fotografia mężczyzny z wielką, jasną czupryną i małym, grubym wąsem. To był ojciec.

— Masz — mówiła babka — pocałuj go — i He­niek kładł posłusznie wargi na gładki, twardy karton.

Już wiedział po kolei o dziesięciu rublach srebrem w szmatce i jak się właśnie on rodził, a ojciec tylko mówił: napiszę. Potem nie napisał i zmarł w zimnym kraju od choroby. Jedno tylko wychodziło zamazane i ciemne, poco ojciec szedł i dlaczego po niego przy­szli.

Historie babcine były wciąż te same i do płaczu, a Heniek nie lubił smutnych, wolał straszne, choćby o upiorach.

Mówiła babka: — Jak kamień w wodę. Pisalim proszenia, nawet przez adwokata jednego. Dwa ruble wziął. Do samej cesarzowej pisałam. Wtedy przyszło pismo z pieczątką, że na tyfus umarł. —

Zaś Heniek: — A gdzie cesarz mieszka? —

— W Moskwie, daleko, na tronie siedzi ze złota. Co chce to może.

— A cesarzowa też na tronie? —

Obrażała się babka i nie chciała dalej: — o ojcu słuchaj. —

Tylko, kiedy Heniek był całkiem mały, napierał się dalej, później reszta już była wiadoma, aż do „jak kamień w wodę”. Powtarzała się też historia o panu Łobzińskim co znał ojca i był Heńka chrzestnym, tylko, że teraz w Aninie mieszkał. Ale już bajki wy­pierała ważność prawdziwa, podwórze i kto na par­kan wlizie, kto mocniejszy i jak się wozu z tyłu cze­piać, żeby się przejechać ulicą.

Życie pamiętane zaczęło się na Lesznie, nie na Chłodnej. Koło stołka pachniało spalonym papierem od karbówek mamy. Były tam dobre landrynki o kolorach przezroczystych i lśniących po pierwszym oblizaniu, kiedy schodziły zwilżone, miękkie resztki papieru.

Landrynki były ciepłe, bo wychodziły z kieszeni. Przynosił je człowiek gruby, z czarnymi, świecącymi włosami i twardym wąsem, kolejarz, pan Błaszczyk i podawał na szerokiej dłoni, mocno przyklejone do siebie i do papierka.

Od tych landrynek babka zapalała się czerwony­mi plamami na twarzy porysowanej kreskami jak kora. Później z pana Błaszczyka zrobił się Feliks i przybył do mieszkania na własność. Łóżko mamy zasłonili cienką ścianą z kretonem w kwiatki. Okaza­ło się, że kolejarz nosił pod mundurem długie kale­sony, wiązane na tasiemki i w nich chodził po izbie do mycia.

Kiedy rozłączyli się z babką, przestano ustawiać ściankę i znikła całkiem z mieszkania. Może była pożyczona?

Łzy babki porobiły plamy na fotografii. Heńkowi umyto dokładnie szyję i włosy. Tego dnia rozłączył się z mamą nazawsze, choć mieszkali razem. Heniek został Żelazko, mama stała się Błaszczykowa.

Do mieszkania przybył zegar ścienny. Prostokąt­ny, cyferblat otaczały wspaniale rozkwitłe malowa­ne róże, żelazne gwichty czas popychał wdół. Przy­było pudełko z srebrną, piękną brzytwą i malutka miseczka. Zamiast karbówek pachniało tytoniem i czasem wiśniówką. Przybycie Błaszczyka Feliksa wy­parło wszystko inne, zapisało kredą jego nazwisko na drzwiach, poniżej liter trzech króli.

U babki, w małej izbie żyły jeszcze stare historie. Znalazł się prawdziwy list od pana Łobzińskiego i pod odpowiedzią napisaną przez kogoś za babkę, koło wielkich liter jej własnoręcznego podpisu, po­łożyła dziecinna ręka gruby, krzywy krzyż.

Babka chorowała. Znikła rozlewność opowiadań. A kiedy się urodził mały, śmieszny chłopiec, Tolek, jak nożem robaczywe jabłko, przekrajała Heńkowi proste, mało bolesne dotąd dni życia.

— Syna zabili, synowa obca. Na stracenie idzie świat, ziemia krew ludzką pije, na Grzybowie wy­lało się tyle, że mówią, po nocy czerwone upiory stra­szą.

Ażeby na wieki skuć swoją krzywdę z małym wnukiem, wbijała mu w pamięć posępnie:

— Po mojej śmierci ty sam ostaniesz jak palec.

Dzięki babce zdarzało się Heńkowi po mocnym biciu przywoływać bezgłośnie ducha z fotografii, który miał blond wąsy i falistą czuprynę.

Czas szedł naprzód i mały Tolek zlazł już z wy­sokich ramion mamy, w niskie objęcia Heńka, który go pilnował. Do mieszkania przybyła szafa so­snowa malowana na dąb i kalendarz z przechyloną panią w bieli. Na ulicy Leszno kładziono z hukiem i głuchym tłuczeniem kamieni z donośnym brzę­kiem ciężkiego metalu sine, grube żyły szyn pod elektryczny tramwaj.

Heniek umiał już sporo rosyjskich słów. Sam ojczym nauczał. Babka na tę wiadomość z dziecinnych, wylewnych warg, zapłonęła po raz ostatni czerwo­nymi plamami na policzkach i cisnęła słowa, za które Heniek, powtórzywszy je mamie, dostał lanie pasem. Wezbrawszy goryczą krzywdy, mógł tylko przed opuchłe oczy wzywać ojca z bajek, albo lecieć do bab­ki. Ale i to skończyło się w tych dniach.

Wyraźnie na całe życie pamięć wydarła mrokowi tamtych czasów chodzenie czwórkami po kamieniach jezdni, czarne końskie czapraki i dziwaczne, trójgraniaste kapelusze żałobników i najważniejsze, pier­wsze w życiu widziane chorągwie, czarne, ze skrzyżowanymi pod szkieletem piszczelami.

Na ich widok zapłakał Heniek ze strachu i mama płakała. Wcale nie była tego dnia zła dla nie­go. Jej łzy kapały mu na włosy i jego trzymała tego dnia najwięcej, nie Tolka jak zazwyczaj.

— Pogrzeb sprawiłam jak się należy, choć mój się krzywił — opowiadała wieczorem i te słowa o pogodzeniu mamy z babką, przekreśliły babkę osta­tecznie, przypieczętowały jej wieczną odtąd nieobec­ność.

---------------------------------------------------

Kredy Heniek przywołany z podwórza, przestąpił próg, w izbie przy stole nakrytym obruskiem w kwiaty, siedziała matka cała w ognistych rumieńcach i poprawiała kretonową bluzkę, przeszytą na piersiach wielką agrafką.

Na krześle naprzeciwko usadowił się obcy, niemłody człowiek z twarzą ciasno obciągniętą cienką, żółtą skórą. Na skroniach i policzkach przeświecały pod nią grube koście, usta znaczyły się jak zagojona szrama pod wyblakłym, żółtym wąsem. Pod stołem łaził Tolek i wyciągał ręce do obcego buta.

— Pewno trza go zabierać — domyślił się He­niek, przystanąwszy wyczekująco.

Wtedy mama pociągnęła go za rękaw: — O, jest. Czemu się nie ukłonisz? —

Heniek ostro szurgnął nogami. Źrenice jak skóra twarzy bezbarwne, pod nawisłą brwią przyjrzały mu się bacznie.

— No, jak się nazywasz? — spytał zająkliwy głos.

— Żelazko Henryk — wyraźnie, po szkolne­mu — zadudnił chłopak i stał nogę o nogę ocierając, niecierpliwy, bo na podwórzu ścigali się do mety.

Oczy mamy w czerwonej, zziajanej twarzy rzucały niespokojne wejrzenia dookoła. Na kuchnię, gdzie z bulgotaniem gotował się kapuśniak w czar­nym, żelaznym garnku, na Tolka i nawet na drzwi. Żeby uczepić oczy byle gdzie, patrzał Heniek na fuksję na oknie, która zwieszała ozdobne blado czerwone kielichy; pocierał bose stopy jedną o drugą i czekał.

— Ten pan, widzisz, ojca znał — rzekła mama i zaraz podbiegła do kuchni, bo kapuśniak ki­piał. Wracając, zdjęła po drodze fotografię w bronzowej ramce. Od przodu patrzało tam błyszczące zdjęcie Feliksa Błaszczyka w czarnej muszce na sztywnym półkoszulku, pod niem odwrocone było inne: mama z wiankiem na welonie, mama o poło­wę chudsza, przesłonięta kwiatami, w uśmiechu po­kazująca równe, białe zęby. Heniek także podszedł do stołu i nie ważąc się przechylić zbytnio, oglądał zdaleka.

Ludzie na fotografii byli jak nieznajomi, choć wiedziało się kim są. Heniek nie znał welonu, ani zębów mamy w takim równym rzędzie, ani człowie­ka obok, ojca.

Matka siedziała teraz z mokrymi oczami: — Przez niego wypłakałam młodość, samą mnie z sie­rotą ostawił i siebie zmarnował — mówiła głosem także obcym, przysypanym chrzęszczącym piaskiem chrypki. •

Palce gościa wczepiły się między siebie jak zębate koła. Nagle rozwarły się i ostrożnie ujęły fotogra­fię ze stołu. Przypatrywał się Heńkowi wyraźnie dla porównania. Pan Łobziński, zrozumiał Heniek nagle. Zerwane nici między nim, a człowiekiem z fo­tografii nanizały się w jednej chwili.

— A mąż pani co robi? — pytał Łobziński swoim niepewnym, zająkliwym głosem.

— Przy kolei. Nie pije, porządny człowiek, nie mogę powiedzieć — powiedziała mama już zwyczajnie i znów oczami rzucała naokoło.

Gość chrząknął, chciał coś rzec, chwilę jeszcze potrwało, aż pod stół spojrzawszy, wymyślił pytanie:

— To jedno tylko przybyło? —

Mama odpowiedziała żywo. Chwilę jeszcze roz­mawiali, czy pan Łobziński na stałe wrócił do Warszawy, potem Heńkow\i kazała brać Tolka, bo się napierał hajty. Kiedy jednak Heniek, szurgnąwszy sto­pami, zabierał się do wyjście, gość wstał, chudy, nie­duży i też zaczął się żegnać: — No to wszystkiego dobrego i już pójdę. —

Mama podała rękę i zatrzęsła suchym ramieniem gościa w obszernym rękawie.

— A możeby on mnie do tramwaju odprowadził, co? — spytał, oczami ukazując chłopca.

— A jakże, Heniek, idź do przystanku i zaraz wracaj — nakazała mama pośpiesznie i jakoś suro­wo.

Poszli przez podwórze. Stary okiem rzucił na drzewo, puste platformy i dzieci. Uśmiechnął się: — Dobrze tu macie. —

Heniek szedł posłusznie i stosował się do kroków stóp w kamaszach.

— Ale ty dziewięć lat masz, jużeś duży — rzekł obcy.

Heniek tylko zgodnie stopami o bruk ulicy kla­skał, uśmiechając się wstydliwie, mówić nie było co. Wóz turkocząc po kamieniach głuszył słowa, ale Łobziński przekrzyczał turkot.

— Gdzie przystanek?

— A tu zara, koło Wroniej — usłużnie obiaśniał Heniek.

Wąsy poruszyły się, chuda twarz zajrzała blisko. — Szkoda, że ojca nie możesz pamiętać. A na książ­ce czytasz? — i ledwo Heniek zdołał głową kiwnąć, dodał: — Duży już jesteś. Mógłbyś do mnie przyjść, chociaż daleko, na Targówku. Synów mam, starsi dużo, ale nie szkodzi. Przyjdź. —

Heniek głową poruszył niepewnie.

— A ojczym dobry? — spytał Łobziński znów.

Pytania były nagłe, nienawykłe i trafiały celnym chwytem. Heniek odczuł niepokój jak w szkole przy zadaniu, kiedy rozbudzona myśl odnajdowała rzecz nieznajomą, niby trudną, a prostą.

Dobry to był ojczym? Dotąd Heniek pomyśleć nie zdążył. Pasem bił, ale tylko w złości. Czasem, rzadziej niż dawniej, dawał na karmelki, na pestki. Jaki był?

— Dobry — odrzekł tedy szybko i raz jeszcze objął uważnym spojrzeniem twarz ciasno żółtą skórą powleczoną.

Dłoń z palcami o zgiętych kostkach wydobyła z kieszeni trzy duże, starte piątki miedziane. Nawet w dłoni wyczuwały się gładko, tak się zatarł orzeł i napisy.

— Na tramwaj schowaj, a tu masz adres. —

Widać zawczasu przyszykowana była kartka.

— Przyjedziesz, co? —

Heńkowi twarz zalała się ogniem, ścisnął kopiejki wilgotną od potu garścią. Chciał o coś spytać, żeby też było ważne, może o ojca, ale wyrzekło się tylko:

— O, tu przystanek.

Tramwaj szedł nie często. Raz na pół godziny.

— Przyjedziesz? —

— A kiedy przyjechać? — odważył się Heniek.

— W niedzielę najlepiej, wszyscy mają czas. —- Stary zdjął sukienną czapkę z daszkiem i znów pokazało się czoło zmarszczkami wszerz poliniowa­ne, nizkie i nad nim gładkie, siwiejące włosy. Rolwagi i furmanki ogłuszająco stukały po kamieniach. Ludzi było niewiele na ulicy o tej porze w fabrycz­nej dzielnicy.

Głos ciężko słowa ciągnący powiedział:

— Trzeba, żebyś wiedział o ojcu, panie i tak, o wszystkiem. Duży jesteś. —

Żeby choć jeszcze nie jechał tramwaj, przelecia­ło Heńkowi, ale już wprawnym uchem chwytał drże­nie szyn i odległe dzwonienie.

— Tramwaj — rzekł żałośnie, podnosząc oczy.

Szeroka ręka uderzyła go zlekka w ramię. Spoj­rzenie napotkało prosto wyblakłe, uważne źrenice.

— Bo to — rzekł stary — z trudem wyciągając słowa: — Nie samym chlebem, panie, człek żyje, rozumiesz? Przyjedziesz, co? — usta jak zagojona szrama blade i cienkie rozciągnęły się w uśmiechu pod wąsem.

Z tramwaju kiwał ręką. Dopiero, kiedy znikł, Heniek kłusem puścił się w stronę domu. Niedaleko do­mu dopiero przystanął. Od biegania waliło serce. Na Lesznie, na wystawie u Preissa wywracał oczy zna­jomy chińczyk z herbaty. Każdy kamień na tym od­cinku ulicy znajomy był Heńkowi, ale za Lesznem była Żelazna, dalej Chłodna i obca Elektoralna wiodły ku miastu. Ulicami, szynami, własnymi nogami szło się tędy, daleko w świat do obcych spraw. Tam były i takie, gdzie się nie samym chlebem żyło.

Zachciało mu się pędu. Przestrzeń ulicy skróciła się, podwórze i brama zlały się w jedno, naoścież roz­walone drzw i izby zakołysały się w zawiasach. Mo­kra ręka mamy wycięła w pysk jak batem:

— Co jest? Jak lecisz?

Heniek z dużego zmalał odrazu, gorące oczy napłynęły łzami, stał pod ścianą i widział przez wilgot­ną mgłę, deski podłogi zadeptane koło drzwi.

— Tolka weź na dwór. —

Tolek wyciągnął okrągłe rączki i ślinił się: — Weź, we. —

Heniek posłusznie ruszył do niego, omijając mamę wzrokiem.

— Mówił ten jeszcze co?

— Ni.

Jeszcze raz mama zastawiła drogę, wyrosła jak ściana. Jej kretonowa, fałdzista spódnica woniała kapustą, nad spódnicą były wielkie zwały piersi i bluzkę przepinała twardo stalowa agrafka. Wyżej już Heniek nie patrzył.

— Żadnego chodzenia tam nie będzie — rzekła mama, biorąc w dwa palce podbródek Heńka. — Słyszysz? Jak pójdziesz, własną ręką zatłukę. Jedne­go dosyć. No, jazda.

Jeden to był ojciec, niewypowiedziane słowo „drugi“ ogarniało Heńka, poczuł ściskanie dziwnego stra­chu.

Tolek siedział tymczasem mokry na podłodze i beczał. Heniek dźwignął go, otarł suchym gałganem i szedł do sieni. Już fajerkami na kuchni stukając, krzyknęła mama jeszcze raz:

— Zapamiętaj se.

Bose pięty stuknęły o próg, drzwi skrzypnęły. Klimcia łowiła uchem, zdawało jej się że w jęku za­wiasów zginęła odpowiedź, ale nie było jej tam wcale. Zmarszczyła się gniewnie. Nie taka już była jak wtedy, kiedy się ten chłopak urodził, dziecinna, niewiedząca, cała przemieniona w miłość i wieczne cze­kanie na Jacka. Wtedy, w dziewięćsetnym pierwszym, mało kogo spotykało takie nieszczęście, ale już w trzy lata później drżały Twarda, Żelazna i Lesz­no echem strzałów, a na Grzybowskim Placu końskie kopyta nurzały się w ludzkiej krwi i z sąsiednich do­mów nie jednego już wyw lekali za dnia, lub nocą z mieszkań za rewolucję.

Już się stała ludziom znajoma. Jedni wyrywali się ku niej obłędnie, własne życie za nic mając, drugim obiawiała się nocnym do drzwi łomotem, żebraniem po urzędach carskich, listami z dalekich stron.

Dopiero wieczorem w łóżku, kiedy dzieci już spa­ły, po długich namysłach, rzekła Klimcia mężowi o gościu. Więcej z bojaźni, że chłopak sam coś powie, niż z chęci do takiej rozmowy.

Czarne oczy Feliksa nie duże, a bystre ożywiły się gniewnym blaskiem.

— Poco ten chodzi? Czego chce? Jakbym na drugi raz w domu był, słyszysz, za kołnierz wezmę. —

Twardą ręką niemiłosiernie ścisnął jej ramię.

Zaszeptała gorączkowo: — Kiedy słyszę, Felek, czego się drzesz? Prosiłam go? Przecie to Heńka chrzestny, zobaczyć go przyszedł.

Z pod rozgrzanej pierzyny aż rękami i nogami wypłynął Błaszczyk, zazwyczaj spokojny i niegłośny.

— Jak Boga kocham, ciebie nawalę, jak chłopak tam pójdzie. Kto wi, jak tego policja zna. Za takim szpicle krok w krok chodzą. Chcesz, żebym robotę stracił? Dasz dzieciom chleba? Nie wisz, co to chleb dziś jest?

Wiedziała. Zaraz sama zaczęła tłomaczyć, że tyl­ko myślała, jakby tego gościa pozbyć się bez gnie­wu. Podsunęła się w zapale bliżej, aż go rozgrzała gładkością rozprażonej pod pierzyną skóry. Ale już podając się mężowskim rękom, w myśli zgodna z nim że chleb dla dzieci najważniejszy, poczuła przecież żal, nakształt wzgardy, że ten oto nie zna się wcale na innych sprawach gorzkich, życie trujących, ale nie wiedzieć czemu, wyższych.

Dopiero rankiem splunęła na te myśli: grzech — i odegnała je, bo już trzecie dziecko zaczynało jej żyć pod sercem i wszystkim trojgu miał być najpotrzeb­niejszy spokojny chleb ludzi cichych.

Mim o to udało się Heńkowi iść na Targówek. Nawet niebardzo się pytał. W niedzielę chrzestni Tol­ka, Kowalscy siedzieli z rodzicam i przy stole. He­niek ubrany odświętnie kręcił się po izbie, aż zapytał.

— Mama, polecę z chłopakami?

Matka zaś, Tolka koło siebie posadziwszy, nieo­czekiwanie zgodziła się zaraz:

— A leć, ino się nie powalaj.

Mieszkanie Łobzińskich na Targówku podobne było do innych znajomych izb, a przecie nie takie same.

Podłoga piaskiem posypana, wodę nawet nosili z podwórza, stała we wiadrze opodal kuchni, ale pod ścianą była nieznajoma trzcinowa rzecz, etażerka, mówili, z książkami. Nie było tam żadnej matki, tyl­ko siostra starego, ciotka. Nad jej łóżkiem wisiał mały, ciemny obrazek święty, innych wielkich kolo­rowych jak w domu nie było wcale, ściany rozpościerały się zielonkawą, czystą pustką.

Młodzi Łobzińscy byli całkiem dorośli, nawet młodszy musiał już mieć z siedemnaście lat. Przywi­tali się z Heńkiem poważnie i rękę mu trzęśli.

— Żelazko mały — rzekł im stary, a oni kiwali głowami, resztę już wiedzieli.

Starszy nosił już sztywny kołnierz. Młodszy Leon miał piegi na nosie, bystre oczy i wielkie, czerwone ręce. Starszy uczył się na tramwajarza. Rozmawiali ze sobą i Heniek cały w ogniach siedział na stołku. Głupio mu jakoś było.

Ciotka nosiła okulary i miała malutką, uschniętą twarz. Ona jedna pytała wciąż. Ile ma lat? A rodzeń­stwa ile? Potem znów ile lat ma Tolek i na jakiej kolei pracuje Błaszczyk Feliks?

Chłopak Leon opowiadał o kimś, kogo pobili moc­no. W Heńkową pamięć wbijały się słowa. „Jak go trzasnął, to z krwią dwa zęby wylecieli, oko mu się całkiem schowało, tak spuchł, a znaki na palcach sine jak żelazo”.

— Takby z człowieka rację wypruć chcieli — stary na to — ale nie wyprują.

A na pytające spojrzenie Heńka rzekł: — Żandarmy.

Długo, długo latami myślał kto to tak pobity zo­stał, ale wtedy nie śmiał jeszcze pytać.

Łobziński siedział przy stole na wyplatanym krześle, mówił mało co, tylko do kubka z białą kawą, którą postawiła Heńkowi ciotka, podsuwał szklaną cukiernicę z kostkami cukru potłuczonymi na małe kawałki.

Młodzi mówili między sobą nieznajomym i słowami: Klasa robotnicza i polityka rządu, socjaliści i niepodległość.

Heniek tylko słuchał, uszy mu się czerwieniły, nic nie rozumiał, a chciał wiedzieć. Za oknami szczeka­ły psy. Targówek był jak wieś. Heniek chciał wstać, żeby wrócić na czas, ale stary dźwignął się i z eta­żerki na stół przyniósł parę gazet. Leon i starszy Wi­cek, tak i dorosły wnet jak sam Błaszczyk, zaczęli za­raz przebierać w szeleszczącym papierze.

Dziwny to był papier. Żółtawy, cienki i sztywny. W małych, ramami pokratkowanych okienkach iz­by siniał dzień i litery rozpływały się trochę. Ciotka obróciła klucz w zamku. Brunatny palec starego po­kazał Heńkowi miejsce: — Czytaj.

Mimo dziewięciu lat skończonych, niepiękne było to Heńkowe czytanie. Oburącz tedy przytrzymał obcy papier, oczami wpił się w rzędy znaków i z wysiłkiem , głośno, żeby wstydu nie było, zaczął odstukiwać słowa:

…„Jakiemi środkami carat zwalcza nasz ruch robotniczy. Raz. Ogłoszenie całego nieomal państwa rosyjskiego w stanie wzmocnionej obrony. Dwa. Chłosta demonstrantów. Trzy. Salwy karabinowe do robotników. W Dąbrowie zabito dwuch, w Batumie trzydziestu. Cztery. Kaźnie. Pięć Katorga. Zesłano: Kaczora Stefana, Rolińskiego Michała, Żelazko Jacentego…”

Brunatny palec posuwał się jeszcze dalej i Heniek stukał posłusznie:

„Siedem. Zamęczenie na śmierć i powieszenie Pakuły, Roguta i wielu innych“.

Dopiero skończywszy, wrócił Heniek pośpiesznie oczyma do liter, które układały się w znajome słowa. Tam się odnalazł ślad niezatarty po tym, co zginął jak kamień ciśnięty w wodę. A przecież widać żył naprawdę i kłamstwem było, żeby nic, a nic nie zostało po nim.

— Wisz co to kaźń? — zapytał sprytnie Leon, bo mu się przez cały czas zdawało, że chłopak nie wie co czyta. — Bicie, katowanie. —

— Dla ciebie chowam — rzekł Łobziński i położył całą dłoń z wystającymi kostkami palców na po­żółkłej gazecie.

Heniek przypatrywał się literom, które układały się w nazwisko jego ojca, a potem drugim imionom i nazwiskom też zesłanych na katorgę i umęczonych na śmierć. Już się kąty izby koło cebrzyka, przy kuchni i etażerce zaczęły wypełniać gęstym cieniem zmierzchu i Heniek musiał lecieć do tramwaju.

— Przyjdziesz znów?

— Jakbym tylko mógł — westchnął i kiedy go odprowadzili, ucieszył się dopiero z całej siły, że był tutaj i pożałował, że trzeba wracać.

Dopiero zdaleka, w domu, z dzieciakami, przy codziennym barszczu z kartoflami, życie na Targówku nabrało prawdziwej ważności. Między Heńkiem, a domem niespodzianie zaczęła wyrastać odmienność. On sam płonął chęcią pokazania jej. Zaczęło się od podwórza.

Któregoś dnia Józek Kirszonek, malarza syn, zo­baczywszy na podwórzu Błaszczyka, rzekł Heńkowi.

— Twój tata do dom idzie…

Wtedy Heniek odrazu: — Wcale nie mój tata, bo mama drugi raz zamąż poszła.

— Toś ty nie Błaszczyk? — zdziwił się Józek, bo na podwórzu tylko imieniem się wołali i nikt do­tąd nic nie wiedział.

Heniek od niechcenia ułamał patyk i rzekł: — Mój ojciec to na Sybirze umarł.

Józek aż usta otworzył. Pokręcił się chwilę i zaraz zwiał. Dopiero po chwili wrócił z innymi. Stanęli półkolem, a Józek ze skrofulicznymi oczami, bosy, w środku. Oczy im się śmiały. Heniek podwórzo­wych zwyczajów świadomy, zrozumiał zaraz, że kpić będą.

Mocny Stach z pralni rzekł pierwszy: — Toś ty katorżnika syn?

Heńkowi zabiło serce, aż w boku kłuło, nic nie mówiąc, skoczył ku Stachowi.

A Stach z rękami w kieszeni i z uśmieszkiem: — No, co powiesz, pewnoś się tyż na Sybirze urodził, bo mówić nie umiesz?

Chude, twarde pięści Heńka wycelowały w samą uśmiechniętą twarz i lekko, bylejak zostały odep­chnięte, aż o ziemię huknął i zarył się w twardo ubity piach. Oczy i nos wezbrały wilgocią. Jakaż tam racja tego, co bić nie umie?

Ale Heńkowi ledwo na chwilę pokazało się dwoja­kie oblicze wszelkiej rzeczy, świadomość, że to, co było dla jednych chwałą, inni mieli w pogardzie.

Podwórze jak odmienione zaraz wyciągnęło pierwsze ręce do niego. Starczyło, że najstarszy i najmoc­niejszy Stefan, co już do pomocy na fabrykę chodził, powiedział z uznaniem:

— To twój ojciec był polityczny?

I wdał się z nim w rozmowę.

W mgnieniu oka podwórze uznało niezwykłość zdarzenia i nawet rychło przywykło myśleć, że He­niek, co wcale nie był synem kolejarza Błaszczyka, nie jest bylejaki. Nawet matka nieśw iadomie pomo­gła do piastowania tej odmienności. Żeby nie wiem jak potrzebować, nie podkładała jego kajetów pod go­rące garnki i nie wydzierała kartek. Ledwo mały Maniek siedzieć potrafił, Tolkowi był dany do pil­nowania.

Jeżeli za Heńkiem ciągnęła się nić dawności, Klimcię życie minione opuściło zupełnie. Po raz drugi ziściła jej się rzecz upragniona, działo się u niej w do­mu zwyczajnie jak u innych. Ludzie, co przychodzili, to byli sąsiedzi, nie żadni towarzysze. Należał im się poczęstunek, nie ukradkowy nocleg. Z odkładanych groszy przybywały, jak należało, sprzęty i naczynia. Na nowym podwórzu miała godność kolejarzowej żony. Czasem tylko, choć rzadko, pamięć przerzucała most do Klimci z przed dziesięciu lat ale nie było już przejść po nim kolejarzowej.

Oto stróżka oparła się na miotle i przyjmowała życzliwie zamówienie, żeby dla pani Błaszczykowej był klucz od góry. Na podwórzu wiatr obracał w leju cienkiego kurzu ostatnie uschłe liście orzechowe. Chłopaki bawili się w żandarmów. Chuda stróżka o zapadłej piersi z zaufaniem opowiadała co się dzieje na świecie. Oblizała szybko suche wargi:

— Rano mojego wołali do cyrkułu. Przyszedł a tam już byli z całej ulicy inne stróże.

Klimcia słuchała z ciekawością, splótłszy na brzuchu spracowane ręce.

— Że to, powiada im naczelnik, wy także jeste­ście członkami obrony rządu cesarskiego. Wiecie, że tacy, owacy, co w Boga nie wierzą chcą cały porządek do góry nogami przewrócić. Więc jakbyście zoba­czyli, że się na ulicy gromadzą, przyglądać się ma­cie, kto co mówi. Jakby się gdzie po mieszkaniach schodzili, dawać znać i bramy zamykać. Dwadzie­ścia pięć rubli za każdego. Tak powiedział.

Żylaste ręce wczepiły się w miotłę, na szyi rysowało się grube wiązanie żył. Od szorowania scho­dów, od prania stróżka była zawsze w połowie trochę ku przodowi zgięta. Wymówiła dwadzieścia pięć, jakby cukierek smoktała. Kolejarzową Błaszczyk od zamierzchłej strony minionych lat, nawoływała gdzieś Klimcia Żelazkowa, co chciała bronić męża od żandarmów rękami, ciałem, krwią.

— My naturalnie swoje uważamy, ale żeby na ulicy za kim patrzyć to już nie. Tylko czy się znów co nie szykuje?

— Jakże? — przestraszyła się kolejarzowa.

— Bo w piątym roku, jak dziś pamiętam, latem, gdzieś w lipcu, też do cyrkułu wołali.

A Błaszczykowa na to popędliwie: — Jużbym ja tam za lokatorem nie chodziła. Mogą mi nakazać w czyjeś mieszkanie patrzeć?

— Moja pani, już ja poznam, gdzie się goście schodzą, a gdzie tacy.

Przygaszone, kiedyś chyba piwne oczy Janowej łyskają chytrze. W Klimci kipi dawną zawziętością. Tacy, zrobili jej to co złego?

W samym szarym tumanie, koło śmietnika kręcił się teraz Tolek i zbierał liście. Poskoczyła ku niemu gniewnie, pociągnęła za sobą. Choć już na zawsze przestała być żoną Jacka, nie było przecie sposobu żyć, jakby się odrazu było tylko Feliksową Błaszczyk. Dotknąć, a otwierają się stare rany.

Z nastaniem jesieni skończyło się Heńkowe latanie na Targówek. Już mało kiedy udawało mu się skraść niedzielę. Prędko jak wiosenna trawa pleniło się wtedy ziarno niechęci do domu na Lesznie. Bła­szczyk teraz, jakgdyby zarabiał mniej. Borgowali trochę w sklepie, nie gotowali mięsa. Palto, choć po­trzebne, miało nie być. Łatwo wpadali w złość doro­śli, ale najgorsze oddawna były soboty. Heniek nie­nawidził je.

Po izbie rozlewała się wtedy szeroko woda do szorowania. Spienione mydliną strumyki wyganiały do sieni. W sieni też szorowano schody i trzeba było iść na podwórze w pluchę i zimno, razem z dzieciakami. Pachniało ługiem. Co chwilę leciało się po coś do sklepiku. Za ścianami sąsiednich izb tu i owdzie buchały krzyki zwyczajnych, sobotnich awantur. O tygodniówkę, o babskie czatowanie na wypłatę przed fabryką. Czasem ktoś z twarzą krwią za­laną leciał do sieni i krzyczał:

— Policja.

Na rogu Wroniej był szynk. Tam, w sobotę naj­częściej z dzwoniącym jękiem leciały szyby na bruk. Ludzie zbijali się w czarny kłąb. A kiedy Heniek przepchnął się, żeby popatrzeć, zawsze tam było lekie błoto krwi na twarzach, na rękach i zdarte kołnierze albo rękawy opadały łachmanami. Krzykliwa trąbka karetki zaprzężonej we dwa konie zwoływała ludzi z Leszna.

Zaś wieczorem do Błaszczyka przychodzili znajo­mi kolejarze. Wtedy zawsze budził się mały Maniek i krzyczał. Mężczyźni też wrzeszczeli głośno. Heniek nienawidził soboty.



Zachciewało mu się wtedy do Łobzińskich, gdzie wszystko było odmienione, nawet klęli inaczej: Psia­krew, szpicle, dranie — tu zaś mówili: Pies ci mordę lizał — i — skurwysyn.

Chłopcy nie czytali tu gazet jak Łobziński Leon. Grali w karty na schodach, a więksi, ledwo podrośli obejmowali po sieniach dziewczyny i z rękami za­nurzonymi w ich bluzkach rozpierali się dumnie i odrzucali kopniakiem każdego, kto przeszedł z „gnidów“. Gnidy to byli tacy jak Heniek, nie całkiem mali, a przecież jeszcze dzieci. W sobotę też mama pierwszy raz dostała bicie.

Kto przyniósł pierwszy wiadomość o prasowaczce Andzi? Może nikt, tylko same zdarzenia wyrzekły, co trzeba. Błaszczyk przepadał wieczorami i na dom dawał, aby zbyć. Aż się wydało, że chodzi do Andzi. Matka tego dnia jakby urosła, zacięła zęby, ręce wczepiła pod boki i dyszała:

— Może nieprawda?

W izbie jasne deski parowały po szorowaniu, jutrzejsza niedziela pachniała świeżym, rumianym bochnem chleba. Błaszczyk, nie śpiesząc się, wstał i ciężką ręką raz po razie uderzył mamę w twarz i pchnął w piersi. Stołek huknął o podłogę, Maniek zaczął beczeć, oczy Błaszczyka wyłupiły się w ponurym ogniu.

— Na dom daję? Bachora ci chowam? Brakuje ci co?

Potem w kącie spokojnie buty na połysk czyścił szmatą, nie zważając na wrzaski Klimci i krzyki Mańka. Chodził do prasowaczki, prawda, ale przecie rozumiał, że to nie ślubna żona. Żadnym, mówił, chamem nie jestem, do domu nie sprowadzam, usza­nowanie masz.

Praw da to była — i Klimcia zamilkła. Tylko He­niek na podłodze długo nie mógł się odczepić od wystraszonego Tolka. Nie upominali się o łóżko i sie­dzieli w kuczki, aż mały zasnął. Musiał być późny wieczór, bo podwórze ucichło. Błaszczyk drzwiami trzasnął i poszedł. Mama wycierała oczy i nos w far­tuch. Heniek nie patrzył w jej stronę tylko za firankę, na szybę okna nalaną gęstą, lśniącą ciemnością. Stamtąd przyszła mu myśl: Ucieknę stąd precz.

Razem z Tolkiem zasnęli tego dnia na podłodze i dopiero rankiem, jakby nigdy nic, obudzili się na żelaznym łóżku.

Miała więc Klimcia życie powszednie, którego jej się chciało. Tak się złożyło, że syn Jacka też odwró­cił się teraz od niej. Ledwo przemówił słowem w do­mu. Feliksowi wymigał się zuchwale, jej w oczy nie spojrzał. Rozumiała. Głupi dzieciak, miał ją w po­gardzie zato, że bicie ścierpiała. Już przepadał każ­dej niedzieli na pół dnia. Nie pytała nawet gdzie. Niechby myślał, że nie widzi. Jeszcze Feliks mógł wykryć co i zdarłby mu skórę, bo już nie lubili się całkiem wyraźnie.

Wnet jednak gorąca nienawiść i złość ucichły, przyczaiły się w pracowitej codzienności. Klimcia jak zawsze spała w tym samym łóżku z Feliksem, ci­snąc się do ściany. Zawsze na świecie tak bywało, nie inaczej. Nic się nie mogło zmienić w życiu z od­wiecznych prawd.

Heniek zaś w kalendarzu niecierpliwie obrywał kartki z czarnymi liczbami, byle prędzej do czerwo­nej niedzieli. Na Targówku u Łobzińskich mówili ludzie, książeczki i gazety na głos odczytywane, że się życie musi odmienić całkiem.

--------------------------------------------------------------------------------------------

Los Marietki dokonał się zadziwiająco szybko, ob­sypawszy ją wszelkim szczęściem. Już niedługo go­niła go po obcych ulicach miasta. Mając osiemnaście lat wyszła za Wacława Krzeptowskiego, urzędnika poważnej instytucji prywatnej w odpowiednim wieku po trzydziestce, z odpowiedniej rodziny i z takąż pensją.

Uczyniła to z niemałą radością i gorącym pragnie­niem rozpoczęcia życia na serio. Krzeptowski był to przystojny, rycerski, wielkomiejski młody człowiek. Miał łagodne, szare oczy i pokochał odrazu Marietkę z łatwością wewnętrznego przyzwolenia na miłość tak niewinną, w poważnych zamiarach. O przyzwo­lenie jego rodziny było nieco trudniej.

Życie na serio potoczyło się w trzech pokojach z kuchnią i łazienką na Erywańskiej. Tu nastąpiły rzeczy ważne. Urodził się chłopiec Jurek i Krzeptowskiemu podwyższono pensję.

Dokonawszy tego, los zastygł w bezruchu, przystanął w miejscu, jakgdyby wyczerpał wszystko, co mógł uczynić dla swej ulubienicy.

W ciągu najbliższych lat cieszyła się Marietka mi­łością rzeczy powszednich, wierzyła w radosną wagę nowej lampy i udanego prania. Dzień jej żywił się drobiazgami, jego najgłębszym sensem był Jurek. Jego uśmiechy, pierwsze słowa, tajemnicze objawie­nie pierwszych spostrzeżeń.

A przecież nie stało się prawdą to, co głosiła mą­drość rodzinna, że Jurek na zawsze zakończył odręb­ne istnienie dawnej Marietki. Nowa pamiętała o niej i nieświadomie prawie obiecywała sobie wrócić któ­regoś dnia do tej poszukującej, która posiadała zdarzenia dni na wyłączną własność. Ale brakło czasu. Zabierały go powszednie, ważne wydarzenia. Nowe mieszkanie. Pierwsze ząbki Jurka. Uparcie wśród tych spraw zachowywała się dziecinna, ludz­ka wiara, że któregoś dnia odnajdzie się ukryty sens istnienia. Obok niej żyło w Marietce, nigdy niewy­gasłe podejrzenie. Nie ufała już światu. Raz jeden przestraszona w słoneczny, wiosenny dzień, nie odzyskała nigdy wiary w niewinny spokój świata. Wniosła nerwowość do pogodnej rodziny Krzeptowskich. Przyszła zima, która ujawniła to w sposób gwałtowny. Warszawa drżała wydarzeniami, o któ­rych już mówiły gazety.

Do śródmieścia dochodziły osłabione echa. Tyle tylko, że zamykano sklepy, ledwo się ściemniło. Któregoś wieczoru zgasły rozbite latarnie. Daleko, daleko od Erywańskiej, na Grzybowskiej, na Wroniej stały barykady. Krzeptowski łagodny i spokojny pocieszał w zburzoną Marietkę jak dziecko:

— Kochanie, w śródmieściu jest zupełnie spo­kojnie. To organizują męty na peryferiach.

W mieście była już „wzmocniona obrona“ . O siód­mej zamykano bramy. M arietka chciała wierzyć, że jest spokojnie. Ale przecież, potwierdzając przeczucia, żyła niewiadoma sprawa, ujrzana niegdyś, czyż można było zapomnieć o niej?

Pogodę wieczoru w kręgu lampy, pod abażurem, którego brzeg drgał ruchliwymi frendzelkam i szkli­stych paciorków, mąciły nagłe salwy. Marietka zry­wała się z biciem serca.



— Ona raz przeżyła rozruchy uliczne i odtąd jest nerwowa — tłomaczył ją łagodnie Wacław.

Marietka była nietylko jego żoną, pozostała nie­bieskooką dziewczyną w koronie jasnych warkoczy.

Rodzina Krzeptowskich w tych dniach budowała spokój. Ich gazeta, „Goniec” twierdziła bagatelizu­jąc:

„Strajk najwyraźniej się nie udał. Przedewszystkiem nie zdołano go przeprowadzić na najważniej­szym punkcie — kolei Wiedeńskiej. Pracownicy okazali stanowczy opór. Nie pomogły wybiegi, ani gwałty i zamachy, ani psucie linii i telegrafu. Zdrowy sens zwyciężył.”

W skupionej ciszy odczytywał Krzeptowski wie­czorem w gronie licznej rodziny ogłoszenie władz:

„Przy roztropnem i spokojnem zachowaniu tutej­szej ludności, wobec niepokojów zaszłych w niektó­rych miejscowościach cesarstwa, prawidłowy bieg nie został zakłócony w tutejszem mieście. Widząc w tem zapewnienie zachowania i nadal spokoju, pan oberpolicmajster wzywa ludność…”

Pani Krzeptowska, matka Wacława w czarnej, ko­ronkowej bluzce na chudej piersi, wzdychała: — Miejmyż nadzieję, że się uspokoi.

Nazajutrz, wczesnym rankiem po kamieniach bruku dudniła platforma. Na lutowym mrozie po szarej, zmarzniętej grudzie raźno turkotały koła.

— Hop, hop, jedzie chłop — przyśpiewywała Marietka synkowi w takt turkotu. Platforma była nała­dowana i przykryta od mrozu zgrzebną płachtą. Wiatr wesoło zmiatał suchy puszek śniegu z chodni­ków i odrzucał figlarnie róg twardego płótna. Pod płachtą leżały ułożone porządnie buty na wyprosto­wanych sztywno ludzkich nogach. Zwyczajne, zniszczone buty. Krew już chyba później zmyśliła sa­ma Marietka, kiedy puściła z rąk Jurka i zaplątana w tiul firanki, rozpychając sztywne liście oleandrów, krzyczała przeraźliwie, rozdzierającym krzykiem szaleństwa. Krzyk wstrząsnął mieszkaniem, gdyby nie zamknięte i zaopatrzone na zimę okna, wybiegłby chyba na ulicę, zwołując miasto, w którym nie został zakłócony prawidłowy bieg wypadków.

W ciągu dnia sprawdziło się. Daleko, daleko od Erywańskiej, na Woli padło dziesięciu bezimiennych ludzi.

— Tak dają się podburzać i giną napróżno robot­nicy i garstka lekkomyślnych studentów — mówił Krzeptowski. Pionowe zmarszczki przecinały mu czoło.

— Wcale nie służą sprawie wyzwolenia. My żądamy autonomii Polski, ale inaczej będziemy dążyć do niej.

Zaciskał przytem ręce w pięści i bębnił zlekka po stole. Nie wypowiadał głośno swoich myśli o właści­wej polityce. W życiu codziennym nie było można dostrzec, że je piastował. Ale uparcie wierzył w spo­kój i nieważność zajść. Okazywał zimną krew i nie opuszczał pracy, nawet po nocnych salwach, mimo próśb Marietki.



— Bądź spokojna. Nic się nie stanie — powta­rzał, zasiadając do śniadania i później, ubierając się, codzień o tej samej godzinie. Był najbardziej wzoro­wym urzędnikiem i przekonanie o tem, dawało mu pokrzepiające poczucie swej wartości. Marietka pa­trzyła za nim przez okno na obcą ulicę, na której czyhały niespodziane wystrzały.

Przynosił też do domu uspakajające wieści, ale Marietka nie wierzyła już w równowagę świata…

Niepokój ten, zaczajony głęboko dotyczył nie tylko spraw dalekich, ale innych, związanych z jakąś wła­sną, nienazwaną sprawą. Już się wydawało, że go niema wcale, kiedy radość opadła zeń jak łachman, obnażyła się niezaspokojona tęsknota, chciwość życia i okrucieństwo w dążeniu do spełnienia. Stało się to również w niewinnej jasności wiosennego dnia.

Marietka haftowała atłaskiem rozkwitłe róże. Słońce rozjaśniło bezduszną zieleń pluszu na meblach salonu. Lustro, wysokie tremo w złotej ramie, na rachitycznych nóżkach pokazało jej nagle siedzą­cą naprzeciw kobietę, której włosy skręcone w węzeł opuszczały się nad karkiem, postać nabrała nieco tuszy i strach pomyśleć, od przyjazdu do Warszawy, od jakichś wędrówek po ulicach minęło sześć, nie sie­dem długich lat. Serce Marietki zaczęło uderzać gło­śno, nierówno. W kuchni stukano naczyniami. Sy­tość chwyciła ją za gardło, legła na piersi ciężarem niezużytych sił. Własny świat odczarowany z uroku leżał przed nią.

Bujne kwiaty, niebieskie i złote kwitły nieprawdziwie na granatowej tapecie. Kaflowy piec z zielo­nej majoliki podążał aż ku gipsowym girlandom sztukaterii. Z półek uśmiechały się białe pasterki i dzieci z koszami kwiatów. Martwookie tanecznice z rozwianymi fałdami porcelanowych spódnic, wła­snoręcznie odkurzane przez Marietkę zaludniały świat salonu z jego nieżywą zielenią i kwiatami na ścianie i na dywanach.

Kryształowy pająk, duma Marietki miał setki tęczowych, dźwięcznych wisiorków. Każdy z oddzielna musiał być wytarty, żeby blask załamywał się w przezroczystości i każdy codzień kradł jej chwilę ży­cia.

Zapragnęła je nagle wyrwać zazdrośnie dla sie­bie.

Odnajdowała później zawsze w pamięci ten dzień, choć był zaplątany między setki podobnych rozkła­dem i wydarzeniami. Korzenie tej chwili ukryte, niewidzialne sięgały najbardziej odległych lat, rosły już w tym, co było celem upartych dążeń Maniusi z prowincji, Maniusi biegnącej naprzeciw zdarzeniom, pragnieniu poznania.

W dniu, kiedy nieodmienione latami słońce ukazało przeinaczoną biegiem czasu Marietkę, spojrzała z niewdzięcznością na życie między Wacławem i Jurkiem, na urodę trzech pokojów z kuchnią. Jeszcze raz odkryła swoją tęsknotę do rzeczy nieposiadanych, do nieznajomych ludzi.

Pierwsza tęsknota zrealizowała się łatwo. Powstał z niej projekt wyjazdu, ale gdzieś daleko, może do c. K. Zakładu Zdrojowego w Krynicy. Wody zaczy­nały być modne. Opór Wacława był łagodny i po­błażliwy. Czyż nie napierała się tego jak dziecko? Dopiero w wagonie, między nianią i Jurkiem, do­znała Marietka pewnego odprężenia. Zaspokojone pragnienie pozwoliło obudzić się wyrzutom sumienia. Nie dotyczyły one podróży, ale gwałtownego pragnienia owego wyjazdu.

Wyrzuty jednak żyły spokojnie, niejako równolegle do zbudzonych pragnień. Kiedyś, później musiała Marietka przyznać, że dążyła do odmienności własnym, lekkomyślnym pragnieniem, że czyhała na nią uparcie, aż się znalazła.

Jaskrawe pola letnie, złote, zielone, pachnące pulchnością ziemi migały za oknami. Jurek szczebiotał i wyciągał do nich ręce. Miał trzy lata i był bardzo piękny. Nie przypominał matki, raczej ojca, od niej wziął tylko ciekawość dla otaczających przedmiotów. Uśmiechał się granatowymi oczyma i napełniał wszystkich czułością, radosnym spełnieniem skończonego piękna. Panowie pozwalali mu dotykać dewi­zek od zegarka, podróżujące panie uśmiechały się za woalkami.

Już w drodze poznał coś, czego nie było na Erywańskiej.

— Las, widzisz? — mówiła niania w chusteczce na głowie.

Las, cieszył się Jurek. Zaczynał życie, a jednocześ­nie, z nim, po raz drugi zaczęła je Marietka, jego matka…

Po przesiadkach w Krakowie i w Nowym Sączu, po nieskończenie długiej drodze, kiedy już nawet góry za oknami straciły czar, wyszedł im naprzeciw wą­wóz, cały w ciemnej, podgórskiej zieleni. Lasy na wzgórzach pachniały żywicą, powietrze miało chłod­ną czystość wyżyny. Główną Promenadą niebruko­waną i piaszczystą jechał fiaker między drewniany­mi willami z werandami i wdzięczną niepotrzebnością wieżyczek. Marietka udała się wprost, jak jej po­lecono do „Świetlanej” doktorowej Kochańskiej.

Jurek spał już na rękach niani. Spracowane wielkorękie dziewczyny, przystrojone w figlarne, białe fartuszki ochoczo pochwyciły walizy, ulokowały wielmożną panią, Jurka i nianię, śmiertelnie znużo­nych długą podróżą, upojonych zapachem bliskiego lasu i terpentyną, którą nacierano schody.

Marietka nie usypiała długo. Chciwym uchem ło­wiła szmery za ścianami, jakieś śmiechy radosne i gorące na dole, brząkanie na klawiszach i zwolna rósł niepokój, rosło ciszą karmione pragnienie unie­sienia.

Rano obudziło się trzeźwe, pełne radosnej cieka­wości do nowego miejsca. Wieś Krynica już się od­dzielała od zdrojowiska nędzą chałup i chruścianych płotków. Środkiem Promenady wyrastał dworzec gościnno zdrojowy, chluba Krynicy i pasowanie na prawdziwe ,,wody” przez sale balowe i koncertowe.

Miała już tedy Krynica lustrzane posadzki tanecz­ne, ale kiedy wieczorem lasy na wzgórzach stawały się ciemną, stromą ścianą i w restauracjach hotelo­wych do wiedeńskich sznycli grały węgierskie melo­die, C. K. Zakład zdrojowy tchnął mdłym zapachem zgnilizny. W beczkach wywożono nieczystości. Zgar­bieni ludzie nieśli na koromysłach z dalekich źródeł wodę do picia.

Nowi ludzie obiawili się Marietce najpierw w do­stojnej, budzącej nieco lęku pani Kochańskiej.

Zaraz z pierwszej rozmowy wynikało, że pani do­ktorowa żyje z pracy własnych rąk. Nieboszczyk zo­stawił tylko tytuł. Dziedzictwo to było jednak dość ważne, skoro od pomywaczki w kuchni, do obcych gości, wszyscy nazywali ją panią doktorową.

— Proszę drogiej pani — uścisnęła rękę Marietki i powiedziała boleśnie:

— A więc z polecenia pani Amelii Krzeptowskiej. Przyjmuję tylko poleconych mi przez znajo­mych gości. —

W myślach Marietki, głęboko poniżej granicy po­lecenia ukazała się wroga obcość nieznajomych. Przyglądała się pani doktorowej, która niezłomnie trwała we własnym, obwarowanym miejscu. — Za życia mojego męża nigdy nie myśleliśmy o swoim zabezpieczeniu. Dlatego teraz… —

Współczujące spojrzenie Marietki krążyło nieśmiało koło żółtej, suchej twarzy, bo niedokończone zda­nia otwierały się na bezmiar bólu. Pani Kochańska podniosła starannie uczesaną siwą głowę z niobami na uszach:

— Ale pomimo to nie mogłabym przyjąć byle kogo. Raczej znieść wszystko inne — uśmiechnęła się, czyniąc gest odsuwający własne sprawy dla Mar­ietki:

— A więc dwa pokoje na cztery tygodnie. Czy pokoje mają sąsiadować? Pewnie małżonek też przyjedzie na wypoczynek? —

— Tak, to jest, jeszcze nie wiem napewno. Ale pokoje obok, koniecznie. —

— Nie będzie pani samotna — rzekła doktoro­wa uprzejmie — znajdzie tu pani swoich rodaków. —

— O, ja znam tak mało osób, napewno nie będą mi znajomi. Czy to warszawianie? —

Pani Kochańska strzepnęła chusteczkę obrzeżoną długą, żółtawą koronką i wysypała przed Marietką ludzkie losy i oblicza.

— Mam z Warszawy pannę Lipowską. Słyszała pewnie pani to nazwisko. Ojciec jest bogatym prze­mysłowcem. Fabryka dachówek. To dziś dla nas takie ważne placówki. A panna niemłoda, nieładna, ale majętna i bardzo, bardzo odpowiednia osoba. Piękna francuszczyna, wychowana w klasztorze i ujmująca. Potem młody pan Pilewicz, z Pilewiczów w kieleckim. Nie, pani nie słyszała? Ale to jest historia niepowszednia. —

Złożyła ręce, Marietka siedziała uważnie. Chcia­łaby odejść, nie śmiała. Słowa były wymawiane tak, jakby odsłaniały ukrytą wiedzę o ludziach. Zwolna wciągało ją to opowiadanie.

— Ten pan przyjechał bardzo wyczerpany, jest już przeszło miesiąc. Człowiek bardzo wykształcony, działacz, pani mnie rozumie. Jest czarujący. Boha­ter, jakich wielu żądają od nas te straszne czasy. Na­sze panny tracą dla niego głowy, panny i nawet, mę­żatki. —

Prawie niedostrzegalnie drgnął kącik ust. W uśmiechu, czy w naganie? Aż nagle oczy pani Kochań­skiej pod jasną, skąpą brwią przybrały wyraz niedo­stępności:

— Może niektórzy biorą mi za złe, że przyjęłam u siebie tego młodego Pilewicza. Podobno ma być socjalistą. Jestem patriotką, proszę pani, ale w dzi­siejszych czasach wiele należy rozumieć i wyba­czyć. Nazwisko i rodzina ręczą za niego. Ja uznaję zapał wśród młodzieży. Nie gorszy mnie to, zmieni się z wiekiem. Jest także niezmiernie nerwowy i nawet niekiedy — przykry, ale potrafię to wybaczyć. Pani rozumie mnie zapewne? —

Marietkę od wczoraj dręczyła pewna sprawa. Wacław wyobrażał sobie, że pobyt tu powinien być drogi, już od rana chciała o to zapytać i nie śmiała jak pensjonarka. Teraz między krótką pauzą w roz­mowie gwałtownym wysiłkiem wstawiła swoje pytanie.

Doktorowa zmrużyła oczy, jakby z trudem, nie­chętnie porzucała swe myśli. Wymieniła chłodno wysoką cenę pokoju.

Skrócę pobyt, a już zostanę tutaj — pomyślała Marietka i uśmiechnęła się przyzwalająco. Po tym pobiegła na górę do Jurka.

Pokoje były małe, ciasne, na umywalkach z cię­żkim marmurowym blatem stał dzban i miednica w kwiaty. Za oknem jak na widoku z pocztówki ukła­dały się faliste zalesione wzgórza. Obcość, której pragnęła Marietka, otaczała ją nieznajomym wido­kiem, na dole zaś czekali nowi, nie poznani jeszcze ludzie.

Dopiero przy obiedzie znaleźli się wszyscy przy wspólnym stole. Letnie, powiewne suknie kobiet spływały miękko na podłogę. Najpierw były to tyl­ko nazwiska i ręce, później odznaczyły się twarze. Obok Marietki siedział przystojny aptekarz z boko­brodami i jego żona, która pozwoliła już zupełnie opanować się różowej tuszy.

Uśmiechała się chętnie i prosiła: — Tylko nie mówcie znów o smutnych rzeczach. — Ale to było trudno. Marietka dostrzegła odrazu, że panował tu nastrój zupełnie odmienny od skromnej, prawie ra­dosnej powszedniości Krzeptowskich. Pani Kochań­ska była wzniosła, surowa i zawsze pamiętna doli oj­czyzny. Każda rozmowa z nią zmierzała prosto i nieubłaganie do odkrywania tych uczuć.

— Niechże pan powie, proszę, co pan sądzi o naszym położeniu? —

Był to niejako egzamin, przez który przechodzili wszyscy. Pełen wstydu żal i wzruszenie, że dotąd myślała o tym zamało, dręczył Marietkę.

Prawdą okazało się też, że pani Kochańska nie każdego przyjmowała u siebie. Zabłąkany przypad­kiem do Świetlanej tęgi, dobroduszny pan z Rado­mia o pulchnych krótkopalcych dłoniach, który prze­rywał rozmowę anegdotami, był przez d-rową nie­dostrzegany. Nie wciągnęła go do rozmowy, nie sły­szała jego uwag, nie dbała o zachowanie tego go­ścia swemu pensjonatowi, mimo skromnej liczby go­ści. Marietce było go żal.

Siwy rejent z Krakowa miał wyrazistą, szczupłą twarz i bystre, zmęczone oczy mądrych, starych ludzi. Obok siedziała jego mała, zasuszona żona.

Młoda, ładna kobieta z wysoką fryzurą z loczków błyskała oczami i zębami. Marietka spuściła oczy na chwilę i zaraz podniosła je znów. Obok pani z locz­kami siedział „bohater” mając z drugiej strony ową pannę Lipowską, którą można teraz było po­znać po bezbarwnej twarzy i łagodnych, wyblakłych oczach. Podróżowała z ciocią.

Niski, chudy pan ze Lwowa mówił śpiewnie:

— Poznają się już Królewiacy na naszej Kryni­cy. —

Sine tafle czystych talerzy leżały między wszystkimi. Skąpy pas obrusa dzielił na dwie czę­ści stół, granicy strzegły wysokie wazony. Poprze źdźbła cienkich traw Marietka widziała odsłonięte, wyraziste czoło i głęboko osadzone oczy bohatera, jego czarne, długie, odczesane wtył włosy i blade usta panny Lipowskiej, którą ożywiało nieustannie pragnienie, żeby przynajmniej być miłą.

Słońce w dziwaczne kraty pocięło stół. Marietka cofnęła oczy od spojrzenia z przeciwka. Właśnie dziewczyny w białych fartuchach i koralach na szyi weszły z półmiskami i w surowym płomieniu oczu pani doktorowej wsuwały je bojaźliwie między gości. Młody Pilewicz był wesoły. Panna Lipowska przysunęła Marjetce z uśmiechem sól. Pani rejentowa opowiadała o Bałuckim, i uśmiechała się łagodnie rzę­dem sinych, sztucznych zębów. Bohater zajmował się ładną sąsiadką z prawej strony i Marietka ominęła go niechętnym spojrzeniem. Panie, które poprzednio widziały Jurka, zachwycały się: Jaki śliczny.

Talerze stukały, nakrycia dźwięczały cienko. Pan z Radomia prosił o drugą porcję polędwicy.

Głęboki głos rejentapowiedział:

— Znów w związku z usiłowanym zamachem w Warszawie aresztowania. Czy pamięta pan o czym mówiliśmy wczoraj? —

Zmiął serwetkę w kościstej ręce. To było powie­dziane do bohatera.

— Pan sobie przypomina. Nie dokończyliśmy. Powiedziałem, że nie pochwalam tych metod terroru, anarchistycznych metod, które sprawiają, że tu i owdzie ginie jakiś bardziej znienawidzony carski urzędnik odbomby i zawsze jednocześnie z nim pa­ru niewinnych. Do czego to prowadzi? —

— Obawiam się, że pan nie pamięta, co mówiliś­my o naszych dyskusjach przy stole. Ale ponieważ pana teraz to zdaje się obchodzić, proszę. Jest to prze­cież tylko jedna z metod, a technika rewolucji jest zależna od ustroju, który ją wywołuje. —

Palce rejenta długie, obleczone cienką, pomarsz­czoną skórą leżały bezsilnie na umęczonej serwetce.

— Nowe represje, nowe ofiary — powiedział ci­cho.

W łagodnych oczach jego żony, pod obrzeżoną czerwono powieką pojawił się wyraz męki.

— Czy mam wyliczyć kilka najogólniejszych po­sunięć rządu w ostatnich czasach? — spytał sucho Pilewicz. — Wszystkie są panu znane. Obcięta ilość posłów do Dumy. Oczywiście dla nas bez zna­czenia, ale znamienne jako fakt. Zlikwidowanie Ma­cierzy Szkolnej, zamykanie Związków Zawodowych, nie mówiąc już o drobiazgach w rodzaju polowania na elementarze polskie w szkołach, zwłaszcza na pro­wincji. —

Patrzył przy tym tylko w stronę rejenta.

— Znaczenie terroru polega oczywiście tylko na jego sile dezorganizującej ustrój. A ofiary? Cóż, powiedziawszy najbanalniej, to pięta achillesowa każdego przedsięwzięcia. —

— Nie mamy prawa żałować ofiar — rzekła pani Kochańska surowo.

Pilewicz powiedział coś z uśmiechem do sąsiadki.

Ze stołu znikła ociężałość rozłożystych półmisków i pobojowiska mięsa i jarzyn na okrągłych wyspach talerzy. Obrus zakwitł wesołą barwnością lodów i pani Orlińska pozwoliła sobie roześmiać się. Bohater patrzył również w stronę panny Lipowskiej.

Flirtuje z obiema, pomyślała z odrobiną goryczy Marietka. Pragnęła nie wierzyć w jego bohaterstwo. Patrzyła jak w nagłej przemianie zajadał żwawo i wytwarzał koło siebie radosne poruszenie.

Rejent pochylił się nad stołem i ze zmęczeniem wyrzekł w przestrzeń :

— Czy my sami nie możemy między sobą zna­leźć porozumienia? —

Ale w tych słowach nie było akcentu pytania i nikt ich nie podjął. Mała, pomarszczona pani rejentowa milczała także i mrugała nerwowo zaczerwieniony­mi oczyma. Przed nią na talerzyku lody spływały z twardego pagórka w różowo zieloną sadzawkę, ona zaś, nie patrząc, szukała czegoś za paskiem, między zegarkiem zawieszonym na długim od szyi łańcusz­ku i emaljowanym flakonikiem trzeźwiących soli.

Już powszechnie chwalono smak bladozielonych, pistacjowych lodów, rozmowa niedostrzegalnie zmie­niła bieg i fala podniecenia, która przed chwilą spły­nęła z twardych słów Pilewicza i wstrzemięźliwych gestów rejenta, znikła.

Pan z Radomia, uśmiechając się twarzą zaczer­wienioną po obiedzie, dał wreszcie folgę swej pogod­nej miłości ziemskich uciech, uniósł się nieco na krze­śle, aż zadrżała radośnie gruba, złota dewizka na ka­mizelce i zacierając miękkie, krótkopalce dłonie rzekł marzycielsko:

— A teraz tylko herbatki z samowarka. Niema jak herbata na pragnienie. —

Doktorowa skrzyżowrała na piersi żółte, suche ręce. Wdowie obrączki lśniły posępnie.

— Nie nastawiam samowara. Nigdy nie kupiła­bym tego, tego… sprzętu — rzekła twardo — to obcy obyczaj, nie nasz. —

Gruby, zgrzany pan zmieszał się gwałtownie, po­czerwieniał, zasępił się i nawet odważył się na odpo­wiedź:

— Ja znowu nie widzę nic takiego, żeby samowa­rek nastawiać — zaczął niegłośno.

Wszyscy milczeli. Tylko Pilewicz położył łyżecz­kę i zwrócił się do grubasa:

— Szanowny pan nie wie jeszcze, że my tu walczymy o narodowy jadłopis. Zraziki, barszczyk, bi­gos, tak realizujemy nasz program.

Podziękował obecnym uprzejmym ukłonem i wy­szedł. Odsunięte, puste krzesło przerwało zwarty szereg.

— Bardzo nerwowy — rzekła boleśnie pani Ko­chańska.

— Enfant terrible — zachichotała ładna pani Orlińska, loczki, oczy i zęby śmiały się razem.

A Marietkę wystrojoną w nową suknię, z kwiata­mi u paska, pełną oczekiwań, przejął niespodzianie żal osamotnienia wśród cudzych uniesień.

Aptekarz brzęknął szklenką, postawiwszy ją zbyt mocno na stole.

— Nasza pani doktorowa zbyt łagodnie odnosi się do młodego pana Pilewicza, może ze względu na jego, jak słyszę, poważaną rodzinę. Te zasady to coś więcej niż bezpłodne mrzonki, jak je nazywaliśmy, ponura, groźna rzeczywistość, którą musimy ostro zwalczać. Pod płaszczykiem dążeń do niepodległości przemycają obce hasła społeczne, podburzają.

Pani aptekarzowa załamała krótkie dłonie, pier­ścionki mignęły kolorowymi oczkami.

— A panowie wciąż o polityce, o smutnych rze­czach chcemy zapomnieć na chwilę. My kobiety nie możemy znieść tyle surowości. Prawda? — zwróci­ła się do Marietki.

Doktorowa zapytała ze smutnym uśmiechem:

— Preferans dla panów? A dla nas trochę muzy­ki, może panna Aniela zechce? —

Nikt nie wychodził, bo na dworze padał cienki, podgórski deszczyk. Za oknam i w ogrodzie mokły puste dróżki. Ludzie byli zbyt podobni do tych, któ­rych znała Marietka. Spojrzała na puste krzesło i odmienność wydała jej się nagle straconym złudze­niem.

Panna Aniela grała słodką, podskakującą melodię. To ona sama jest taka, pomyślała Marietka — chce być miła, urocza i wygrywa tę tęsknotę, a tym cza­sem więdnie. Nie wiedziała sama, skąd jej się bierze gorycz.

--------------------------------------------------------------------------

Tam, dokąd szedł w ostatnich dniach Henryk Pilewicz, żeby czytać, pracować, albo poprostu wylegi­wać się na słońcu, towarzyszyła mu z pewną przerwą w czasie i odległości wyprostowana postać rejenta i jego zmęczone oczy szukały go wytrwale.

Znikał, kiedy Henryk wydawał się zajęty i zja­wiał się znów. Podrażnienie Henryka rosło w tych dniach, zdawało się, bez powodu. Od wczesnego rana uciekał do ogrodu. Nikt nie lubił tego parku, jak mówiła doktorowa. Położony za „Świetlaną” był płaski i prawie bezdrzewny, symetrycznie pocięty rabatami doniczkowych kwiatów, z zielono pomalowanymi altanami. Henryk przywykł do jego spęka­nej ziemi i ubogiej trawy. Wybiegał tedy ostrożnie, niechętny każdemu spotkaniu, wyciągał się na leża­ku i leżał bez ruchu.

Czas upływał, budząc w nim zachłanny żal. Ten stary, u licha, miał jakąś bolesną cząstkę racji. Głu­pi zwyczaj oglądania cudzej prawdy od jej własnej strony. To, co oni robili to była czarna robota, nie­wdzięczna, wstępna, daleka od celu. Podziemne kre­ty caratu, jeszcze niedość silni do jawnej walki. Bomba na ulicy, w cyrkule, napad na pocztę, na ka­sę. Zajmowały całe życie, kosztowały setki żywotów. W nagrodę czasem złowieszcze trzeszczenie aparatu. Piąty rok. Przymusowa bezczynność oznaczała rozmyślanie, a jeżeli w naszym równaniu jest gdzieś błąd?

Ukradkowe krążenie rejenta łączyło się niejasno z tymi rozmyśleniami. Czego chciał? Wewnętrzny niepokój? Osobista sprawa? Jeszcze jedna rozmowa, jak mawiano w Królestwie, pryncypialna?

Tam, w ciasnych pokoikach studenckich długo w noc przekrzywiały się rozczerwienione twarze. Na­wet z odległości myślał Henryk ze wzburzeniem o tych długich, jałowych dyskusjach. O frazesach, krzykaczach i nazwach patetycznych. Tak mu się przewinęli owymi długimi tytułami, jakich używali. Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, rewolucyjna frakcja P. P. S., która otaczała swoją naz­wę czarną ramką w podpisie i wyróżniała się pie­czątką.

Metoda, taktyka. Czyja słuszniejsza? Jak uniknąć rozbicia i trzymać żelazną ręką, jednych zdaleka, drugich przy sobie?

Ze zmarszczonym czołem i zamkniętymi oczyma jeszcze raz od początku, setny, tysiączny raz, widział chaos, z którego miał się wyłonić nowy porządek, a kiedy podniósł powieki, wygracowaną ścieżką szła wysoka sylwetka rejenta. Jego chuda szyja w sztywnym kołnierzyku z odwiniętymi brzegami, prostowa­ła się starannie. Wyrazista twarz i oczy pod siwą brwią uśmiechnęły się:

— Pan pozwoli?

Przesłonił słońce, usiadłszy naprzeciw na ogro­dowym krześle. Nie zaczynano już rozmowy o upale, ani o spacerach. Henryk milczał wyczekująco. Uprzejmy uśmiech stopniał na twarzy rejenta.

— Wyczekuję tej rozmowy z panem — rzekł z nagłością dawno powziętej decyzji.

— Mam syna, najmłodszego, który zaangażował się w waszej pracy, niestety. Od pół roku jest poza domem, w Łodzi. U nas naturalnie miał większą swobodę działania. —

Henryk uśmiechnął się kątami ust do większej swobody.

— Przyjaźniliśmy się dawniej bardzo z tym sy­nem — ciągnął przyciszony głos. — Nigdy nie sta­wałem na przeszkodzie młodym. Zresztą moi starsi są zupełnie inni.

Jeszcze wciąż nie było pytań. Ręce na kolanach rejenta leżały chude i delikatne, pod cienką skórą krzyżowały się rozdęte, starcze żyły.

— Jestem lojalistą. Bronię zasad narodowych — powiedział twardo. — Myśmy nigdy nie wyrzekali się dążenia do niepodległości, ale za dobrze jeszcze pamiętamy 63-ci rok, gdzie powstało wszystko naj­lepsze. —

— Niewszystko — uniósł się Henryk — zosta­ły wielkie masy ludowe wsi i miast i dlatego pozosta­łe „wszystko” musiało zginąć. —

— Zginęło — wtedy — powiedział stary czło­wiek gorzko. — Każde pokolenie walczy u nas. Nie­ ma przerw w czasie. Wyczerpujemy wszystkie rezerwy. Tak niewolno. Ale to są różnice taktyki. Dla­czego je pogłębiać? Wasze ideały społeczne są osta­tecznie jeszcze w dziedzinie teorii. —-

Henryk poczuł jak fala gniewu wzbierała w nim, karmiona codziennym podnieceniem ostatnich dni, oderwaniem od pracy, zupełną nieświadomością, co się dzieje.

Nie było sposobu przekonywania ludzi. Przekony­wało się zawsze tylko myślących podobnie, inni stali zdaleka. Jak daleko sięgało nieporozumienie? Czyż nie chcieli budować nowej przyszłości świata niepod­ległego. Z tych wszystkich słów tamci, wybierali jed­no: niepodległość, a z ich ludzi za każde z nich ginę­ły setki. W ybuchał gw ałtowniej niż chciał:

— Nie jesteśmy sekcją wydawniczą broszur gos­podarczych. P. P. S. walczy już dziś. Codzień rea­lizuje hasła ekonomiczne, prowadzi strajki, akcję. To pan chce pominąć. U nas, w Królestwie nie ma już tak pobłażliwych dla socjalizmu lojalistów. —



Ręce szybko uniosły się z kolan, zaprzeczyły:

— Dopiero dziś przecież mówiliśmy o akcjach, rozumiem wiele, proszę mi wierzyć — i on odczuwał trudność dotarcia do innego człowieka, odległego o tyle lat, trzydzieści lat życia.

— Chciałbym wiedzieć, do czego zmierzacie? Patrzę z trwogą na ciągłą walkę podjazdową, nieustanny przelew krwi. Carski kolos znosi to dobrze. Przyłączacie się do ruchów rewolucyjnych, obcych naszemu duchowi… —

Henryk wzruszył ramionami, ale nie przerywał. Ustalony raz na zawsze duch, pomyślał.

Bystre oczy rejenta pochwyciły to. Szukał dowo­dów:

— Przykład, piąty rok, osamotniona garść stu­dentów i robotników.

Głos stracił całą twardość i powiedział ciepło: — Nasza młodzież, jesteście najlepszym z tego, co ma­my i macie pójść na marne? Co oznacza obecny mi­litarny kierunek waszej partii?

Ale Henryk już nie chciał tej rozmowy. Z łatwą niecierpliwością przekreślił starego człowieka z je­go tkliwymi słowami. Gdyby nie przypadek, że jego syn jest z nami, wyklinałby w żywe kamienie, bez najmniejszej chęci porozumienia się, myślał, ale spod oczu spotkał znów wyblakłe spojrzenie i powiedział:

— Nie jestem wodzem partii. To, co się dzieje to przygotowanie do całkowitej realizacji. Wiadomo, że Europa idzie ku wojnie. Wyzyskamy ją. Jesteśmy czymś więcej niż partią niepodległościową. Ustala­my, jaka będzie nasza niepodległość. Akcje, o któ­rych mówiliśmy, przyznaję, mają niebezpieczeństwo. Można zatracić się w nich. To jeszcze trudniejsze niż konspiracja, włóczęga i podziemna robota. Nie zgu­bić się w tej technice, w czymś ważnym, ale nie naj­głębszym. Ale kto z nas u licha dobrnie do ważno­ści? —

Potrzeba usłyszenia w łasnych myśli wywlokła nie­potrzebnie te słowa, rozmowę z samym sobą. Wyrastała z wiecznego, niespokojnego szukania błędu u Henryka. Trzasnął palcami, umilkł, był niezadowo­lony z siebie.

Zmienił bieg myśli: — Pan powiada niepodległość — rzekł ostro — dla was to mit, nie wyrzekacie się, ale nic nie robicie. —

Cierpliwe oczy rejenta przywarły jeszcze raz do niespokojnej twarzy Pilewicza:

— A osobiście do czego pan zmierza? Czego pan pragnie dla siebie? —

Szuka swojego syna, pomyślał Henryk i zmiesza­ny, nieco zawstydzony patosem słów, odpowiedział: — Walczą też ci, dla których nie jest własną spra­wą strajk o podwyżkę u metalowców. Ale jedna jest droga do ludzkiej wolności. Ugnieść życie, wyzwolić się od niego, właśnie przez socjalizm. —

Oczy rejenta błysnęły.

— W gruncie rzeczy pan jest czymś innym niż socjalistą. Czymś więcej. Wiedziałem to. —

Ale Pilewicz uśmiechnął się tylko, nie odpowia­dając. Słowa nie były żadną drogą ludzkiego porozu­mienia.



Od patosu tych słów, od całej rozmowy, która krążyła obok treści ukrytej, nie tykając jej, przygar­bił się, jego młode, bystre oczy nabrały ociężałości i przysłoniły się powiekami.

Rejent wstał, krzesło zgrzytnęło po twardym pia­chu. Miał w prostocie słów uroczystość ludzi zwyk­łych przemawiać:

— Wiem, z jakiej rodziny pan pochodzi. Tradycja odnajdzie pana. Rozumiem jedno, pan siedział w więzieniu za sprawę, za naszą sprawę. A ideały teoretyczne to inna rzecz, bo wierzę w porozumie­nie. My jesteśmy z jednej krwi i z jednej, pan powie­działby, klasy. —

Wyciągnął rękę, obleczoną w luźną skórę jak w pomarszczoną rękawiczkę. Henryk dotknął jej obo­jętnie. Jeszcze, nim rejent zamknął za sobą furtkę, wyjął notes i zaczął pospiesznie ostrzyć scyzoryk. Po­tem pisał prędko w małych kratkach, nie dbając o słońce, które oślepiającą srebrzystością światła ćmiło prosto w oczy.

Wskazówki dla walczących: Piechota, lub polic­ja blisko. Pamiętaj, że piechota idąc nie strzela. Staje, nabija broń, sołdaci trzymają karabiny przy boku, pod łokciem. Komenda. Trzask zamków. Pod­noszą karabiny do ramienia. Nie daj się wyprze­dzić. Nie należy sołdatom dawać swobodnego miej­sca. Przy starciu z konnicą osłonić się wozami, dorożkami.

Zmęczone światłem powieki kłuły. Zamknął je i oddychał suchym powietrzem. Ściskał w palcach ołówek, obejmował go, cząstkę prawdziwej roboty.

Wtedy rzadkiemi drzewami przesłonięta ścieżka ukazała kołyszącą się zlekka, wdzięczną postać pani Orlińskiej pod rożową parasolką i Henryk schował notes.

-------------------------------------------------------------------------------------------

Pani doktorowa wybaczała mu wiele, rejent był ciekaw jego zdanie we wszystkich sprawach, panie owijały go w czułość spojrzeń i zalotność uśmiechów, pragnęły jawnie osłodzić jego samotność. Przeto Marietka odwracała oczy uporczywie. Mógł być, jakim chciał. Nie dostrzegał tego. Czuła się pokrzywdzona i to wspomagało jej niechęć. Ponieważ był jedyny tu z obcego świata, który pragnęła poznać. Być mo­że jednak nie chciałaby go zwiedzać, gdyby prze­wodnik był niski, krzywonogi i zezowaty?

Dopiero, kiedy wyjechała pani Orlińska, żegnana okrągłymi bukietami w jedwabnej bibułce, odezwał się do niej na werandzie, budząc w niej jawny gniew.

Oto miał czas. Różowa suknia z falbankami, prze­pasana czarną aksamitką odsunęła się obojętnie.

— Pani ma wyraźną niechęć do mnie — powie­dział nieco zdziwiony.

Dopiero wtedy, przerażona zaczęła przeczyć.

— Ale dlaczego? — zapytywał uparcie.

— Wyobrażałam sobie pana inaczej — przyznała Marietka, zdając sobie sprawę z niesłychanego zuchwalstwa tego zarzutu.

Uniósł się rozbawiony: — Ale jak? Jak? —



— Pan robi tak jak inni, wybiera pan sobie przyjemności… — zaczęła i urwała, nie umiejąc się wy­plątać. Właśnie, nieujawnione myśli nie dawały się złowić w słowa.

Nie patrząc na nią prawie, machnął ręką: — To zabawne. Dlaczego miałbym być inny, to jedno, a po drugie, to wcale nie łatwo robić to, co się chce. Bodaj najtrudniej ze wszystkiego. A czemuż przypi­sać ambicje, jakie żywi pani dla mnie?

— Nie mają żadnych podstaw — przyznała Marietka cicho.

Żywiła w tej chwili same pragnienia, niedorzecz­ne i szalone. Żeby podszedł bliżej i powiedział: Od pierwszej chwili…, albo coś podobnego.

On jednak powiedział tylko serdecznie:

— Rozumiem dobrze upór, żeby realizować w innych nasze wyobrażenia, choć trzeba rozumieć ich takimi, jacy są. —

— Ja znam tylko ludzi powszednich — powie­działa Marietka prędko — i całe moje życie jest takie. Jeden raz widziałam innych, to już dawno. O tem nawet nie wie nikt, ale ja nie raz myślałam o tych, którzy działają, którzy nadają kształt życiu.

Z trudem przychodziły słowa. Pilewicz słuchał tylko z głową pochyloną naprzód. Niezliczone falbanki różowej sukni mięły się między niespokojnymi palcami Marietki. Doktorowa weszła na weradę z cichym poszumem jedwabiu. Pogroziła lekko kościstym palcem, na którym migały obrączki.

— Zaloty? — powiedziała z wyrozumiałym uśmiechem i szybko weszła do ogrodu.

Henryk zmarszczył się niechętnie: — Nasza he­roina… — zaczął, ale zobaczył strach w oczach Marietki. Już bała się wszystkiego, co mogła pomyśleć pani Kochańska. —

— Czy nie jest ważniejsze jak pani to widzi? — zapytał łagodnie i spełnił szalone, życzenie Marietki, pogładził rękaw z różowej etaminy.

-----------------------------------------------------------

— Jeszcze godzina — myślała wciąż wkółko Ma­rietka. Układała drobiazgi w szafie. Policzki paliły. Otwarte okno wypełniało niebo przesłonięte gęstą szarością chmur.

W sieni po schodach w dół, na górę biegały kroki dziewcząt. Z otwartych, ciemnych szuflad wyglądał niepokój, utaił się w pustych kątach pokoju.

Będzie burza, zanim zdążę zejść. Co wtedy? Na okrągłym, grubym budziku wskazówki obracały się ociężale. Pół godziny. Białe i czarne ażurowe poń­czochy zwinięte w kłębki toczyły się niespokojnie w głąb szuflady, na nienakrytym stole jak żywe rę­ce wyciągały się załamane rękawiczki. Palce Mariet­ki drżały przy ubieraniu się.

W sieni śmiały się służące. Czyżbym była zła i niegodna? Przecież nic się nie może stać, nic — roz­mawiała ze sobą jak z obcym człowiekiem.

Rękawiczki białe, długie i cienkie miały dwana­ście połyskliwych guziczków.

Wstydziła się pomyśleć: miłość; nie śmiała po­myśleć: chcę. Za ścianą niania śpiewała Jurkowi.



Zdaleka nadciągnął niegłośny, stłumiony odgłos grzmotu. Potem zegar uderzył raz.

Guziczki rękawiczek zapinały się z lekkim trzas­kiem.

Nic złego, dokończyła Marietka w myśli zdanie, które nie miało początku i zamknęła za sobą drzwi. Drzewa w ogrodzie odkrzyknęły rosnącym szumem. Słyszała jak trzepotały wszystkie liście. Całkiem nizko wisiało niebo wciąż ciemniejące i tylko w rozdar­ciach srebrnobiałe.

W ogrodzie zobaczyła jak zdaleka przechadzał się niecierpliwie.

— Prędzej, przecież burza nadchodzi — zawo­łał.

Boa z piór trzepotało na wietrze. Kiedy biegli przez ogród do wyjścia, od strony „Świetlanej” roz­legł się brzęk. Szkło rozbitej szyby posypało się po ścieżce. Dopiero wieczorem, po powrocie dowiedzia­ła się Marietka, że to było jej własne, niezamknięte okno.

Między drzewami Promenady wiatr uspakajał się, szumiał przyczajony wśród gałęzi i od stóp pni pod­rzucał tumany kurzu.

Henryk ujął ramię Marietki. Wydało jej się nagle, że odnalazła jego głos dotąd niesłyszany, odarty z wysiłku pokazania siebie takim, jakim pragnął być.

Powiedział: — Cieszę się, że nie będę dziś sam. Kiedy tu przyjechałem, nie chciało mi się ludzi. Chciałem odpocząć, obejrzeć się. Nigdy niema na to czasu. Ale już mi go szkoda. Tkwię w bezczynności, przychodzą wtedy inne prawdy pobratymcze i trze­ba mysleć, może gdzieś jest błąd w naszym rozumowaniu? —

Nie patrzył na nią, potrzebna mu była sama świa­domość czyjejś obecności. Wiatr i dalekie odgłosy grzmotów goniły ich, ale Henryk zwolnił kroku.

— Wszyscy wciąż naokoło: — Giną, giną ludzie. To i coż? Szkoda, prawda. Ale każdy to rana na ciele olbrzyma, te rany krwawią. Poto Sybir i pełne więzienia, bo czują naszą siłę. Na każdego z nas potrzebny jest nie jeden, dwuch, ale cały apa­rat. Naszym wodzom wyrzuca się Grzybów, pani wie. Czy był potrzebny? Ten stary rejent to pocz­ciwy jegomość, ale to pytanie słyszy się sto razy, obłudne od wrogów, bolesne od swoich. Przegrali­ście, mówią, dla nich to zupełna klęska… —

Urwał nagle, przyspieszyli kroku i weszli do ka­wiarni Zdrojowej. Lampy paliły się już i muzyka za­czynała na klawiszach, na strunach rzewnym chwy­tem „Modry Dunaj“. Przy stoliku, oddzielona za­porą wazonu z kwiatami, powiedziała Marietka:

— U nas mówi się o tych sprawach przy zamkniętych drzwiach, tylko wśród swoich i jak o czymś dalekim, a tu mam uczucie, że lada chwila stanie się coś, dziś, jutro… —

Henryk niecierpliwie odsunął wazon i rękami opierając się na stole, przechylił się ku niej.

— To prawda, że dziś albo jutro. Z naszego nie­pokoju, z tych małych upartych sił, które stają prze­ciw przemocy, zawsze rodziły się nowe epoki. —

Taki był teraz, jakim go nieświadomie zobaczyć pragnęła. Odblask ognia padł na nią, wciągnięta w krąg cudzego płomienia znajdowała słowa, które nie­potrzebne i nieznane, mogły nie stać się nigdy dźwię­kiem na Erywańskiej.

Dalekie gwiazdy stały się piłkami i Marietka brała je do rąk. Rzucała. Wracały. Skąd się brało ludz­kie pragnienie ulepszania świata, tęsknota wyrywa­jąca ze spokojnych, bezpiecznych domów?

Słowa potrzebne dla innych stały się Henrykowi najniezbędniejsze dla siebie samego.

— Świat jest dziś jak beczka z prochem — rzekł —- Wszędzie naokoło proch ciemiężonych i krzywda, która się broni. Nasze partie i pokrewne są wszę­dzie. Królestwo, Litw a, Białoruś i dalej Łotysze, Finlandia, Kaukaz, Gruzja. Ta wojna, która przyjdzie, może być ostatnia w dziejach Europy. —

Biała kawa szklistą powierzchnią stygła w filiżankach. Przy sąsiednich stolikach coraz częściej woła­no:

— Panie ober, płacić. —

W ciemności rozmiękłej Promenady liście szeleś­ciły łzawymi kroplami deszczu, kiedy Henryk nachylił się i pocałował Marietkę. Zadrżała, ale nie broniła się.

Odczuł z radosnym niepokojem urok szybkiego przemijania. Poszukał jej oczu. Uśmiechał się:

— Nie chciałbym, żebyś żałowała i żałowałbym, gdybyś mi kazała pójść — powiedział.

Nie odpowiedziała uśmiechem. Kiedy jej przezro­czyste, zawsze nieco zbyt łagodne oczy zmąciły się wysiłkiem i męką, zapragnął na prawdę zatrzymać ją dziś przy sobie.

— Czy mogłabyś przyjść do mnie później? — za­pytał szybko, urywanie i ujął jej rękę.

— Chcesz przyjść? —

Trwało długo. Nie mówiła nic. Wtedy raz jeszcze przyciągnął ją i pocałował gorące, pełne oczekiwa­nia usta.

— Wszystko się dzieje tak dziwnie — szepnęła po chwili — jakby to było najnaturalniejsze. —

— A czy nie jest? — spytał. — Tak samo poprostu zapomnisz mnie, kiedy stąd wyjedziesz. —

Ale Marietka, owinięta w pierzaste boa, milcza­ła.

Dopiero po kolacji, w kilka godzin później, kiedy zabrakło ręki władczej i pomocnej, trzeba było wy­raźnie sobie tylko powiedzieć: chcę i słyszeć jak to pragnienie żyło mocno, wytrzymało drogę po scho­dach na górę, na drugie piętro, gdzie jeszcze były dwa inne pokoje zajęte.

W obcym, ciemnym pokoju (jakże się cieszyła, że jest ciemno), okno było szeroko otwarte i Henryk podszedł do niej, objął ją, czekał, żeby się poruszyła i poszła naprzód, ale ona stała tuż przy drzwiach, poddawała się uściskowi w zachwycie, płonęła oczy­ma, skórą, ale ramiona spływały bezwładnie wdół.

Wtedy Henryk powiedział ustami przy jej war­gach krótko i prawie gniewnie:



— Nie daj się uwodzić, Marietko, szukaj sobie sama, bierz sama swoją radość, słyszysz, — i położył rękę na jej piersi.

Tedy w dniach, które przyszły, oszołomiona za­częła szukać czegoś, co było nią samą. Ta, którą zna­lazła przypominała minione lata, ale była nowa, chciwa, okrutna, chciała mieć życie na własność.

--------------------------------------------------------------------------------

Mały Jurek spał pod wieczór niespokojnie. Popła­kiwał przez sen i dwie kobiety stawały ciągle nad jego łóżeczkiem.

— Może ta zupka owsiana, proszę pani zaszkodziła, bo oni tu gotować nie umieją. — rozważała niespokojnie niania.

Jej nalana, dobroduszna twarz marszczyła się bo­leśnie. Miała czterdzieści lat i była niezamężna i bez­dzietna. Dawno wydarta ze wsi (sny jej tylko wciąż działy się na wsi u swoich) żyła cudzym życiem ob­cych ludzi.

Nasza niania, mówili o niej czule, kiedy były ma­łe. Później, gdy podrosły, wymawiano jej i znów była niczyja.

— Śpij kwiatuszku, śpij mój królewiczu — mó­wiła nad śpiącym Jurkiem, któremu czarny kędzio­rek spadał na czoło.

Marietka, pełna czułości, oczami obejmowała dziecko i drżała. Uparcie obracała się jedna myśl: — Przecież muszę pójść. —

A później, kiedy się poruszał. — Chyba nie pój­dę dziś. —

Niania za roletą wypatrywała pogodę.

— Chyba znów na deszcz, Jurkowi rumianku przystawię, Stefkowi Wilczyńskiemu też rumianek pomagał. —

Drewniane, cienkie ściany „Świetlanej” przepusz­czają wszystkie odgłosy. Ktoś idzie po schodach.

— Teraz śpi spokojnie — orzekła niania.

Ogień radości zapala się w Marietce. Śpi, a więc można pójść. Serce dosłyszalnie wiedzie swój niespokojny żywot. Prędko. Jeszcze tylko spojrzeć na dziecko.

Drewniana podłoga skrzypi, schody rzeźbione między stopniami w gwiazdki i kwadraty skrzypią, ściany są cienkie jak parawany. Za ścianami cieka­we, bezlitosne oczy i uszy.

W sieni dziewczyny z serwetami w ręku przysta­ją i rozmawiają. Trzeba je omijać. Wyczekać na właściwą chwilę. Jurek może się obudzić. Słowami niani, myśli Marietka gorąco i pospiesznie: mój kwiatuszek, mój królewicz.

Już na górze drży ręka na klamce, drzwi otwiera­ją się bez słowa i serce jak ciężki, kamienny młot wali w piersi, cały dzień jest obecne, a gdzież to było przez dwadzieścia pięć lat dawnego życia?



— Marietko, dlaczego zawsze tak pędzisz, prze­cież nie możesz głosu wydobyć. Nie bój się wiecznie całego świata. —

Na parterze, z salonu, dźwięczy cienko i filuternie fortepian pod palcami panny Anieli.

Każdy następny krok wydaje się niemożliwy, jest trudny, pełen niespokojnej radości, ale już pełen nowej wiedzy o sobie. Każdy wieczór jest pierwszy, wydarty wewnętrznej walce i do każdego spieszy się Marietka tak samo.

— Dlaczego tak późno? — pyta Henryk z żar­tobliwym wyrzutem.

— Ach, tak sobie — odpowiada lekko.

Wszystko inne, co się dzieje, jest obce tym wieczorom. Marietka nie mówi nawet o Jurku, nie prze­kracza granicy. Henryk też nie opowiada nic o tym, co jest pewnie gdzieś jego domem. Więc niech bę­dzie tak, jakby nie było ludzi za ścianami tego po­koju.

Drżała w jego rękach.

— Miejże odwagę powiedzieć coś sobie Marietko, tylko sobie, żeby wiedzieć prawdę.

Przytuliła się do niego, każde słowo otwierało jakieś drzwi zamknięte, przestępowała próg z boles­nym zachwytem.

— Jaka szkoda, że tu tak ciemno, chciałbym choć raz zobaczyć jak wyglądasz, kiedy przyglądasz się sobie. —

— Nie, nie — wyszeptała trwożnie.

Zaśmiał się cicho, zaszemrało przy jej uchu. — Przecież cię widzę i tak, rękami, skórą, a moje oczy wypatrują cię w ciemności. —

Były tam przed nią naprawdę, lśniącymi punkta­mi przebijały czarność pokoju.

Śmiech wciąż szemrał: — Marietko, skąd się wzię­łaś w moim życiu, a ja w twoim? —

Z głębi, z zamkniętych, sobie samej niewiado­mych źródeł wzbierała czułość i łzy.

— Napewno zawsze czekałam na ciebie. —

Mocno ścisnął jej rękę w przegubie. — To też upiększająca prawda. Nie czekałaś i prędzej, czy póź­niej zapomnisz. —

Odepchnęła go gwałtownie, odgrodziła się rękami, aż siłą ustami otworzył jej zaciśnięte wargi.

— Nie kochaj mnie, pamiętaj — wsączyło jej się w ucho, aż zabolało.

Nie mówiła nic. Leżała nieruchomo.

— Słyszysz, moja słodka Marietko, albo lepiej, kochaj mnie tylko, kiedy jestem z tobą.

—- Myślisz, że można tak — wyszeptała.

— O, można. —

Noc zalewała pokój, ciepłą czarnością. Za odsło­niętym oknem żółty krążek księżyca świecił mart­wo i teatralnie. Henryk obiął Marietkę ramionami, czuł jak zwolna uspakajała się, łagodniała w uścisku.

Nagle skrzypiące schody odezwały się ostrzegawczo, uderzenia serca Marietki wstrzymane na ułamek sekundy, podążyły naprzód w szalonym tempie. Ręka Henryka spoczęła ciężko na jej piersi. Uczynił przeczący ruch głową, ale już klamka poruszyła się.

Ktoś zapukał niecierpliwie. Henryk zagarnął ją ręką, przytrzymał, ona zaś w ciemności zastygła nieruchoma, tak sztywno, że przyszła jej myśl o prawdziwej śmierci. Nie oddychała, nie chciała słyszeć, potrafiła się tylko bronić, nie myśląc o innym.

Jeszcze przez chwilę trwało pukanie. Po tym, po skrzypiących schodach ktoś poszedł na dół. Jakiś czas przeczekali oboje w milczeniu, nieruchomo na łóż­ku. Henryk wstał, zamknął cichaczem balkon i opu­ścił rolety. Zapałka zapłonęła cienką, czerwoną błyskawicą. W jej przelotnym mignięciu zobaczył obce, zaciśnięte usta Marietki.

Ukląkł przy łóżku: — Przelękłaś się? —

— Już nic. — Jej spojrzenie umknęło w bok.

— O czym myślisz? —

— Jeszcze tydzień tylko — rzekła nieoczekiwa­nie.

Pogłaskał czule jej rękę.

Ześlizgnęła się cicho z łóżka i zaczęła się szybko ubierać. Już zupełnie gotowa, przystanęła, ociągając się z wyjściem. Henryk nachylił się pocałował ją.

— Idź prędko, kochanie, teraz jest zupełnie ci­cho — i po chwili — czy chcesz mi coś powie­dzieć? —

— Nie, nie — po przez ciemność odczuła jego uśmiech. Wiedział, jak nie lubiła chwili codzienne­go rozstania.

— Tylko dobranoc. —

Na dole spotkała Marietka pokojówkę Marusię z zapaloną lampą w ręku. Dziew\czyna dygnęła grzecz­nie: — Całuję rączki. —

Uśmiechała się, może był to zwykły uśmiech uprzejmości. Marietka odpowiedziała chłodnym, prawie wyniosłym spojrzeniem. Dopiero w swoim po­koju schyliła nisko głowę.

------------------------------------------------------------------------------------

Przyszły ociężałe, leniwe upały i „Świetlana” zastygała w bezruchu na cienistych werandach. Tyl­ko w gorącej, gęstej i lepkiej duszności kuchni na dole stukała, poruszała się codzienność, brząkała naczy­niami, syciła gorejący żar na kuchni, żeby nie wyga­sał. Był zapach tłuszczów, potraw i ludzkiego potu.

Żadnych listów, żadnych wiadomości. Henryk szedł Promenadą i rozmyślał gniewnie, że siostra umyślnie chyba przetrzymuje tym razem wysyłkę pieniędzy, żeby opóźnić jego powrót.

Krynica i „Świetlana” istniały gdzieś poza świa­tem. Żyło się tu tak, jak gdyby nie istniało nic, prócz letniego wypoczynku. Jeszcze tylko miłość była do­zwolona. Opustoszała, dysząca spiekotą promenada przygnębiała go. Na ławkach siedzieli ogorzali chło­pi w łachmanach, z koszyczkami malin, z wianusz­kami suszonych grzybów na szyi. Kiedy nie było go­ści pozwalali sobie tu odpoczywać.

Henryk odwracał chwilami twarz od ich łagod­nych, znużonych oczu albo innych porywczych, peł­nych tępej wściekłości, udręczenia swoim życiem i upałem. Siedzieli tu, jakby nie mieli żadnej myśli, prócz tej, czy sprzedadzą swoje maliny. Ten byt pier­wotny ciągnął na dno istnienia nietylko ich samych.

Czemu u licha żyło się i działało tak ospale, w dniach przysypanych setkami spraw?

Henrykowi zaświeciła nagle myśl, że o swoim przyjeździe mógł zawiadomić ustnie w Warszawie przez Marietkę, stamtąd mogli uprzedzić kogoś w Radomiu. On sam nie wiedział nawet kogo dziś tam szukać. Narażała się? Niewielkie niebezpieczeństwo, pójść do mieszkania, nawet, kiedy było niezupełnie pewne.

Uwierzą w omyłkę pani Krzeptowskiej. Ale Marietka będzie się bała. Znał strach ludzi stojących zda­la od wszelkiej działalności. Mieli straszliwie wyol­brzymione wizje niebezpieczeństw. To nic. Uczepił się tej myśli, zawierała jakąś możliwość. Nie straci tyle czasu. Marietka zrobi to. Do odwagi równie łat­wo przyzwyczaić się jak do strachu. Nie miał skru­pułów.

Pragnął sam biec tam, gdzie można było ważyć siebie na dowód czegoś, gdzie własny, nieustanny ruch wydawał się przyspieszać dzieje świata, jak ma­leńka, niezbędna śrubka w mechanizmie zegara i tę sknił niecierpliwie do poczucia tej niezbędności.

Niedaleko furtki spotkał Marietkę. Nawet upał nie zatrzymał jej dziś, miała nieustanne pragnienie ruchu.

Podniosła oczy i z okrągłej ramy różowej parasol­ki, patrzyła na niego uważnie i niespokojnie:

— Masz taką surową twarz. O czym myślisz?

— O tobie — odrzekł — chcę cię czymś obar­czyć — i raz jeszcze zobaczył przedziwną prawdę, że trudność zbliżenia się do niego, surowość natęże­nia uszczęśliwiały ją, oddawały mu ją co dzień nanowo i syciły jej ludzkie pragnienie nieustannego wysiłku.

Zdumiona własną odmiennością przeżywała teraz nowe dni.

Dziwne to były dni, gorące i niespokojne. Życie, kiedyindziej dzielone na miesiące i tygodnie, otrzy­mało inną miarę czasu. Tętno zdarzeń nabrało roz­pędu, uśmiech zawierał rozstrzygnięcie, spojrzenie łamało decyzje.

Wszystko pomieściło się w tych dniach. Żal i wstyd, skrucha i ból najdotkliwszy, że mija czas. Ale wyrzuty, choć statystowały uparcie, trwały w nieis­totnej przestrzeni, tam, gdzie Marietka siedziała z innymi na werandzie ,,Świetlanej”, chodziła z ni­mi na spacery po wyboistych drogach i bawiła się z Jurkiem, a rzeczywistym jej sensem było jedno, je­dyne oczekiwanie.

— Miej odwagę być sobą — żądał od niej Henryk, ale Marietka musiałaby zostać czymś więcej niż sobą, żeby ją mieć. Tedy bez radosnego zuchwal­stwa odwagi brała dla siebie to lato, ogłuszona mrokiem strachu, z ponurą zawziętością, bez buntu, de­speracko.



Podług okrutnych praw Henryka mogła czynić wedle swoich najsilniejszych pragnień, ale nie umiała ich przyznać sobie, przeto żyła według nieprzyznanych.

Życie jej oddane przecież było na własność, należało do Wacława jak banknot w jego portfelu. Żeby je odebrać sobie mogła tylko kraść. Przeto kradła.

Nie chciała szukać usprawiedliwienia. Wszyscy, którym wierzyła, żyjący i ci, których doświadcze­niem wykarmiona była jej młodość, mówili każdej chwili w jej myśli, że czyniła źle, niegodnie, ale Marietka schylała głowę. Niechże będzie najgorszą grzesznicą. Zasłaniała się tępym poddaniem, wzbie­rała gorliwie łzami, krwawiącym bólem, a potem w ciemności wieczoru otwierała okno i nadsłuchiwała, czy już umilkły odgłosy z parterowej werandy i biegła pokornie, radośnie o wyznaczonej godzinie. Najskrytsza radość jak płomień buchała z tłumionych po stokroć iskier. Jej trwanie liczyło się na chwile, ale tym chwilom ślubowała Marietka śmiertelną wie­czność. Równie żarliwie przyrzekała upartej, niewi­dzialnej sprawiedliwości, że kiedyś, później, kiedy dni odzyskają powszedni bieg (Było to jak myśl o śmierci), wtedy od początku opłacze, pożałuje gorzko, odkupi Marietka przywłaszczoną nieprawnie wolność i zatajoną prawdę.

Ukrywała to przed Henrykiem, wstydziła się swojej pokory przed jego wyzywającym zuchwalstwem. Gotowa była powtórzyć za nim, że taka jest prawda, ani zła, ani dobra — rzeczywista.

Przejmowała ufnie jego wierzenia. Trzy pokoje na Erywańskiej zamykały się jak wyspa przed pod­ległymi zdarzeniami, dla Henryka świat, zbliżony nieskończenie, pozwalał sobą rządzić, zamieniać się na to, czym go się pragnęło widzieć.

Dziwne to były dni. Rozterki i wiary. Złe dni. Dobre, na nic niewymienne, jedynie dni własnego życia Marietki.

Żałowała chwil, które upływały. Przezwyciężony sen zajmował w owych tygodniach znikomą część czasu. Wyrwana niewiedzy, odzyskana, nowa część życia otworzyła się przed nią. Zamiast przesypiać noce krótkiego istnienia, bezpieczni przed obcymi oczy­ma, mieli dla siebie czas i puste drogi leśne.

Nad krętą ścieżyną Źródlanej Góry nocne powie­trze było łagodne i lepkie od słodyczy żywicznej wo­ni. Wiatr dotykalnie poruszał jego ciepłe fale. Ławki miały daleko odgięte poręcze. Opierając się o nie, Henryk i Marietka widzieli siną jasność nieba i mi­gotliwe, szafirowe ognie gwiazd.

— Wolałbym przesypiać dzień niż noc — rzekł Henryk z uśmiechem . Czujesz jak dobrze jest? —

— Czuję, że żyję — odrzekła Marietka i nieco­dzienne, podniosłe słowa stały się dla niej prostym językiem tej nocy.

Ona jest jak wiersz, wdzięczny, liryczny i… nieważny, pomyślał Henryk. Przyszły mu przy tym na myśl inne kobiety, które zjawiały się w skromnych płaszczykach i wynosiły z domów kolorowym sznur­kiem przepasane paczuszki. Każda z nich oznaczała: pięć lat więzienia, dziesięć lat, zesłanie.



Odpowiedział sobie głośno. — W gruncie rzeczy to dla instynktu życia giną ludzie, żeby szło naprzód, żeby innym później było lepiej. —

Opływała ich cisza pełna nikłych szmerów. Drze­wa odcinały się wyraźnie twardymi konturami pni.

— Ty też jesteś jak drzewo, Marietko, jak taka sosenka, toby ci się podobało, prawda i też lubisz za­puszczać korzenie? —

— Mów jeszcze — poprosiła.

— A może ty powiesz, co myślisz w ciągu tych godzin, kiedy tylko słuchasz? —

Załamała ręce i zawołała. — Wiem, że powinnam mówić, wiem. Kto wie, czy jeszcze kiedyś ktoś po­trafi mnie nauczyć mówić. —

— Spróbuj, moja miła — rzekł, dotykając pal­cami jej szyi.

— Chciałabym i nie mogę. —

— To chodź bliżej i nie mów nic. —

Niedługo wyjadę stąd, myślał Henryk i dlatego tylko potrafił jeszcze raz uradować się nocą. Niebo nad nimi napływało ciemniejszym granatem, jasne, letnie błyskawice rozdzierały je, ukazując ogni­ste przepaści. Za ścianką krzaków, niewiadomo, tuż obok, czy gdzieś dalej, szemrały niekiedy i odpływa­ły ludzkie głosy. Szeleszczące susy żab przemykały po ścieżce.

Czy może być, że to się skończy kiedyś, niedługo, pomyślała Marietka i zdecydowana powiedzieć, o czem myślała, zaczęła od niepotrzebnych, łatwych słów:

— Już późno.

— Posiedźmy jeszcze chwilę — poprosił.

Umilkła tedy i siedzieli opłynięci mrokiem i ci­szą, aż Marietka powiedziała prędko, ochryple:

— Powiedz, czy to możliwe, żebym ja, żeby się tak stało, że mogłoby być dziecko? —

Zaprzeczył gwałtownie. Dlaczego jej przyszło na myśl. Skądże? Zadawał pytania. Nawet gdy już wracali uspakajał ją.

— To może nic, może się mylę — rzekła Marietka. Wstydziła się. Brzeg jej powłóczystej sukni był wilgotny od rosy i owijał się koło nóg. Szła przy nim, a on trzymał ją pod ręką, jak Wacław na spa­cerach. Jak wtedy unosiła zlekka fałdy spódnicy.

Noc tylko wyglądała inaczej niż wszystkie widzia­ne. W ich oczach, niebo nie zdążywszy pociemnieć, zbladło, z granatowo srebrnego stawało się perłowe, niezabarwione jeszcze różowością wschodu, jaśniało nad uśpioną okolicą niewinnie i łagodnie. Henryk widział profil Marietki o miękkim zarysie. Puszy­ste, jasne włosy były lekko potargane.

A jeżeli to jest prawda, co powiedziała — pomy­ślał i czuł, jak go chwyta niepokój.

Spojrzała na niego z iskrą nieustannego zachwytu, która paliła się w jej oczach.



Uśmiechnął się i przy drzwiach wejściowych „Świetlanej” czekał tak długo, jak lubiła, kiedy od­biegała sama w czarność korytarza, na którym pano­wała zupełnie inna, głucha, tępa noc zam kniętego mieszkania.

Zieleń liściastych drzew stała się niepokojąco jas­na. Zmywały ją codzienne, rzęsiste deszcze. Tylko sosny na Parkowej Górze niezmiennie ciemniały igliwiem, opierały się wszelkiej zmianie. Bite drogi rozmiękły zupełnie i lepko czepiały się stóp, nad wzgórzami rozwlokły się pasma mgły, chmury prze­lewały się jak szare, spienione fale.

Z Krynicy szły listy do Wacława: „A w dziecinnym pokoju, zamiast tapet, niech będzie malowanie w jakiś jasny, wesoły deseń“.

— Jeszcze trzy dni — powiedziała Manetka z twarzą odwróconą do okna.

Na zewnątrz, po szybie spływały okrągłe, grube krople.

— Prędko minął czas — rzekł Henryk i stanął przy niej. — Marietko, co ci powiedzieć, żeby cię ucieszyć na długo?

Gładził lekko jej rękę: — Moja miła.

— Zapomnisz prędko — powiedziała gorzko.

Uważnie w wytężonych źrenicach gromadziła jeden po drugim meble i przedmioty tego obcego po­koju, żeby je zabrać z sobą, przynajmniej to.

Odwrócił jej twarz do siebie: — Nie bądź taka smutna, kochanie, proszę cię — usiłował zatrzymać jej błądzące źrenice — bo zawsze muszę myśleć, że zrobiłem źle, że nie należało…

Obie ręce położyła mu na ustach: — Nie, to było dobrze, najlepiej. —

Znów umknęła oczyma, ciszej, prędko wybąkała: — Ale moje obawy potwierdzają się.

Wstrząsnął nią mocno, nie zdejmował rąk z jej ramion: — Nie może być.

Oczy Marietki, uczepione czerwonego pluszu kanapy nie zmieniły wyrazu. Henryk szybkimi krokami zaczął przemierzać pokój: — Boisz się, rozumiem. Jaki pech. —

Zatrzymywał się przed kwiecistym dzbanem, przed litografiami na ścianie, aż wrócił do niej.

— Niema rady, posłuchaj, wiesz, są tacy lekarze — zaczął i nagle położył głowę na jej ramieniu, głos się przysypał chrypką. — Marietko, teraz żałuję, że nie może być inaczej.

Kiedy zobaczył jej oczy, były we łzach i uśmiecha­ły się.

— Nie może być? — spytała cicho.

Zaprzeczył tylko ruchem głowy: — A jednak mo­głabyś zapytać lekarza, dobrego. To się zdarza, są tacy, którzy mogą ci poradzić.

— Nie — krzyknęła nerwowo i uparcie — nie — powtarzała. — Niewolno. Tego nikt nie zrobi. —



Od okna szybko uciekała na kanapę i wtuliwszy głowę w czerwony plusz kanapy płakała, opłakiwa­ła wszystko, skruchę, żal i ból, że nie mogło być ina­czej.

Henryk został zdaleka w bezradnej, męskiej nie­chęci do łez. Po raz pierwszy od dni widział ją znów jak obcą. Miękką, łagodną, tak łatwą do ugięcia. Ze zmarszczonym czołem rozmyślał trzeźwo, że nie mo­głoby być nigdy między nimi inaczej niż jest.

Marietka usiadła i w milczeniu chłodziła rozpa­loną twarz. Przemógł się. Podszedł bliżej i ujął jej ręce: — Moja mała — rzekł czule. — A może się mylisz? —

— Może — odpowiedziała.

Szyby w lekkich, drewnianych ramach zadzwoni­ły, brzęknęły dźwięcznymi kroplami.

— Marietko, widzę, że żałujesz — powiedział z uporem i skrytym żalem.

Wtedy nanowo drżąca i zuchwała popatrzyła na niego, jak za pierwszej rozmowy i powiedziała, od­wracając się okrutnie i niewdzięcznie od długich lat spokojnego szczęścia na Erywańskiej.

— Tutaj usprawiedliwiło się moje życie.

A kiedy zdziwiony chciał do dna przejrzeć jej nie­winne, w nieznajomym uniesieniu zabłysłe oczy, zer­wała się nadsłuchując.

Przez drewniane, cienkie ściany domu dolatywały niejasne odgłosy.

— Jurek płacze na dole — zawołała już we drzwiach.

— Ależ nic nie słychać.

— Ja słyszę — szepnęła wychodząc.

------------------------------------------------------------------------------------

Deszcz ustał i wiatry, szalone górskie wichry targały mokry las na Parkowej Górze. Drzewa szumia­ły dniem i nocą. Cienkie, kolorowe szale z gazy trze­potały na kobiecych włosach.

— Depesza, proszę wielmożnej pani na amcie nadana i fiakier będzie na dziewiątą — powtarzał Mi­chał, pełniący funkcje portiera w „Świetlanej“.

— Na dziewiątą, całuję rączki. —

— Już za kilka dni będziesz wiedziała napewno? — pytał Henryk nieustępliwie. Widział jasno, że Marietka wymykała się jego pytaniom, a może i wła­snym. Usiłowała jeszcze wciąż nie myśleć.

— Powiedz, co chcesz zrobić? — nalegał.

Marietka naprożno osłaniała włosy przed wiatrem, szarpał i wywlekał krótsze pasma, długie szpilki nie mogły ich utrzymać. Henryk mówił prawie głośno, żeby przekrzyczeć wiatr, więc oglądała się tylko trwożnie, czy niema nikogo. Ale nikt nie wchodził do ogrodu przy tej pogodzie.

— Nie wiem sama. —

Z wysiłkiem opanował zniecierpliwienie. — Musisz, musisz już pomyśleć, chcę wiedzieć. — A może chciałabyś czegoś odemnie? — ważył się na to pyta­nie, choć było nierozsądne, mogło przynieść naj­szczerszą, niemożliwą prośbę Marietki, ale nie chciał nic przemilczeć. Widziała twardy rys koło jego ust i wytężone oczekiwanie.

Wiatr ciskał jej w twarz tumany kurzu. Dwie mgły, jedna wilgotna i lśniąca, druga, gruba, gęsta i szara zasłaniały jej oczy. Czekała, ale nie dodał już nic.

— Zostawisz mi twój adres, a ja dam ci znać — powiedziała wreszcie.

Zobaczyła jak cień niepokoju zwolna ustępował z jego twarzy.

— Będzie dobrze, zobaczysz, poradzisz sobie. O mój adres jest trudno, przecież nigdzie nie miesz­kam stale, ale podam ci mieszkanie mojej siostry i tam będę czekał na wiadomość. Tylko kiedy mnie dojdzie, kto wie.

Fiakier był na dziewiątą. Wyliczono uważnie. Cztery walizki, pudło na kapelusze i pled. Kochań­ska w czarnej sukni stała na w erandzie. Pożegnała się bardzo uprzejmie, uśmiechała się smutno i koń­cami kościstych palców dotknęła twarzyczki Jurka.

— Połowa życia to pożegnania.

Pożegnalny chór dziewcząt w białych fartusz­kach odprowadzał do drzwi. Później nerwowe pod­skoki fiakra na kamieniach. Tylko granatowe oczy Jurka płoną radością:

— Kiedy będziemy w domu, mamusiu? Ja przez całą drogę nie będę spał. —

Żółte róże, czerwone róże w pąkach pachną. Mają szorstkie małe liście i twarde ciernie. Na stacji ocze­kują znajomi. Nowe, płaskie bukiety w białej, jed­wabnej bibułce.

— Niech pani nie zasłania twarzy. —

Na nic obronna ściana kwiatów. Pani aptekarzowa w różowej tuszy i łagodna rejentowa przyniosły jesienne, nastrzępione chryzantemy.

— Jak prędko minęło lato, droga pani. —

Są nawet pozdrowienia dla nieznajomego i sza­nownego męża. Już wychodzą naprzeciw słowa, jakimi mówi się na Erywańskiej. Marietka dziękuje wiele razy. Rejentostwu, aptekarzostwu, panu Pilewiczowi.

Czarny surdut zasłania jej widok. Wysoki pan mówi życzliwie:

— Smutno tu będzie bez pani.

Już w oknie wagonu Marietka podnosi Jurka. Że­by się przyjrzał temu, co nieprędko zobaczy znów. Dowidzenia dla wszystkich. Wydaje się, że już ruszają, tylko ociężałe koła nie chcą się jeszcze obra­cać. Pani rejentowa, pani aptekarzowa i panowie idą kilka kroków równolegle z pociągiem. Ale już nie­znacznie bieg nabrał rozpędu i wszyscy zostają zdaleka.

Marietka jeszcze wciąż trzyma przed sobą Jurka, a Jurek pyta jednym tchem:

— Mamusiu, kto to w czerwonej czapce? Mamusiu, czy to domek konduktora?

Dla niego Marietka jest wszechwiedzącą, starą opatrznością. Ale wszechwiedza milczy, nie wie kto nosi czerwoną czapkę i czyj mały domek stoi przy torze.

Niania rozkłada na ławce chustkę i wzdycha. Nie­ ma własnego życia; ma cudze, więc przejmuje jego troski.

— Chocia i do domu — mówi — jedziemy, smut­no wyjechać, bo znowu proszę pani, jedno lato idzie i wieku nam przybywa. —

Marietka potakuje głową. Siedzi prosto. Fiszbiny gorsetu trzymają nieustępliwie. Dwadzieścia sześć lat, myśli, młodość kobiet mija prędko. Zaciska szczę­ki. Chce zatrzymać w oczach ciemne, w tył odgar­nięte włosy i uważne, bystre oczy. Taki został. Patrzył za nią długo.

Henryk myślał wtedy z wytężeniem, co stanie się dalej i znów, czy należy żałować. Powiedział ser­decznie oczami, mała Marietko, ale kiedy odszedł ze wszystkimi, nagle, jak rzecz zagubioną, odnalazł w myśli ostatnie sprawy. Dowiedział się o nowej akcji bojowej. Były też nowe projekty wydawania pisma dla żołnierzy Polaków w armii rosyjskiej i cykl artykułów o stosunku partii do Dumy.

Rejent przyspieszył nieco kroku i zrównał się z nim.

— W czwartek i my pojedziemy — rzekł. Już lato mija. —

Henryk rozpromienił się nagle: — A ja chyba jeszcze tydzień pobędę, ale już nie dłużej, nie dłużej. —

Blade wargi w wygolonej dokładnie twarzy stare­go pana, nie rozchylając się, ukazały cień uśmiechu.

— Na starość — rzekł, idąc obok Pilewicza wy­soki i wyprostowany — dzieje się tak. Jednym, dro­gi panie, słabnie wzrok i widzą tylko to, co najbliż­sze, inni patrzą równie jasno jak zawsze, ale zdarze­nia odsuwają się i wtedy możemy uczynić to, czego nie potrafi młodość, oglądać je na dystans. —

Pilewicz popatrzył życzliwie: — Dobre, stare wy­danie — przemknęło mu.

Rejent ujął go zlekka za łokieć i rzekł poważnie, prawie boleśnie:

— Gdyby było według porządku rzeczy, gdyby dziś Polska miała swego króla, swój sejm w Warsza­wie, bylibyśmy tam Pilewicze, Zielińscy posłami, marszałkami u steru nawy. Niestety, jest inaczej, a wam młodym brak tego najwięcej, to dlatego rwie­cie się do czynu, choćby naoślep, szukacie teorii, że­by się oprzeć… Rozumiem dobrze. —

Henryk uwolnił swoje ramię delikatnie:

— Po raz setny, myli się pan. Nie będziemy restaurować świetności Pilewiczów i Zielińskich, której gorzkie owoce spożywa już parę pokoleń. Polska, któ­ra powstanie będzie inna, bez krzeseł drążkowych.

Zmęczone, rozumne oczy rejenta trwały w odległości, której naprawdę nie można było przekroczyć.

— Kiedy widzę pana — powiedział, widzę mojego syna i tę prawdę, o której mówiłem. I pan się przekona, ci, co dożyją, odmienią się, miejmy nadzieję, w porę, nim owe hasła rewolucyjne obrócą się przeciw nim samym. —

A gdy Pilewicz nie odpowiadał, szli dalej, każdy w swoich myślach, słoneczną Promenadą.

Henryk zobaczył ławkę w słońcu, na ławce siedzia­ło dwoje ludzi. Przyszła mu na myśl Marietka i uśmiechnął się do niej, przelotnej, uroczej chwili w życiu, które pragnęło być zuchwałe i światoburcze. Mogła zostać w nim jak pogodny zakątek, odpocząć i odejść. Pożałował jej jeszcze dla tych kłopotów, które mieć teraz. Poradzi sobie, pomyślał, na to jest rada. Żal znikł, przejęło nagle szorstko, dotkliwie, sły­szane przed chwilą — ci, co dożyją.

Odnaleźli się w pamięci tacy, co już nie dożyli, poszarpani od bomb, skazani wyrokiem, zastrzeleni w ucieczce. Mało który z nich miał trzydzieści lat. Wczoraj było im, a jutro, w dniach klęski i niewiary, przetrzebieni w Warszawie bojowcy potrzebo­wali ludzi. Pilewicz jechał za tydzień.

Za nimi cienkie głosy kobiet i donośny aptekarza zaczęły nawoływać:

— Zatrzymajcie się, panowie. —

-------------------------------------------------------------------------------------------

Sień była dziwnie ciasna. Miała kręte schody i żelazną, wąską wyginaną poręcz. Stopnie obracały się naokoło jak sprężyna. Marietka odpoczywała przy każdym oknie. Za szybami w dole leżało miej­skim oczom znane podwórze, kamienna skrzynia z obdartymi dzieciakami przy śmietniku, pełne wnętrz otwartych, ciemnych ze zrudziałymi barwami biedy i starości gratów.

Przy oknach, na sznurkach suszyły się szmaty. Znajome przelotnie domy praczki, węglarza, szewca.

Straszliwe schody zakręcały znów okrągłym obro­tem. Zajmowały, w ten sposób budowane, połowę normalnie potrzebnego miejsca.

Marietka bała się tego zwykłego domu, mieszka­nia tamtych ludzi. Tych, co kiedyś w Alejach i póź­niej ciśniętych na dudniącą platformę. Ścisnęło w gardle, tak łatwo teraz nachodziło przerażenie. Już od tygodnia była w domu.

Na drzwiach bez tabliczki, bez dzwonka, u góry był numer 38. Poruszyła klamką luźno osadzoną i mieszkanie odpowiedziało zaraz dalekimi, stłumio­nymi szmerami. Nikt nie otwierał.

Zmęczyła się, czuła, jak płonęły policzki. Jeszcze raz niecierpliwie poruszyła klamkę, mocniej niż chciała.

Drzwi otworzyły się pospiesznie. Chłopak może dwunastoletni, jasnowłosy, blady, zapytał:

— Do kogo? —

W maleńkim przedpokoiku było ciemno, zalatywało dusznym zapachem gotowanego jedzenia. Nawprost zamknięte drzwi.

Powiedziała co polecił Henryk. Pytał o jakiegoś Bolka, bo właściwie sprawa do niego.

Chłopak ruszał ramionami, przyglądał jej się bystro. Omyłka, nic nie wiedział. Napierał bliżej, od­suwał ją swoją bliskością do drzwi, chyba nie tu.

Zapach lichego tłuszczu gryzł w gardle. Była pod­rażniona, bezradna. Napewno tu. Uderzyła ręką, coś upadło z hukiem, deska do prasowania. Chłopak przeraził się wyraźnie. Drzwi uchyliły się i wyjrza­ła stara, zalękniona kobieta.

Było trudno o zaufanie obcych ludzi, biedaków z dusznego mieszkania. Jeszcze raz od początku próbowała wyjaśnić. Jeżeli niema Bolka, to może jest kto inny, bo polecenie jest od Henryka, zapytanie.

Chłopak nic nie mówiąc wykręcił się na pięcie i otworzył przed nią drzwi. W kuchni na podłodze z jasnych desek, stał na środku stół. Nad stołem czło­wiek zgarbiony, niemłody z długimi włosami. Przed nim leżało mnóstwo rozrzuconych drobiazgów, kółka, sprężyny, otwarte zegarki i miarowe przenikliwe szmery ich bicia napełniały ciasną, duszną kuchnię dziwnym gwarem.

Chłopiec pokazał jej drogę za sobą, jeszcze jedne drzwi, odrapane z pokostu i pokaleczone.

— Niech pani wejdzie. —

Odetchnęła jeszcze duszniejszym powietrzem wą­skiego pokoju, zastawionego wielkimi drewnianymi łóżkami, jakąś szafą, stołem, ciasnością niezbędnych, stłoczonych rzeczy i przystanęła onieśmielona, prze­straszona lękiem, który się brał ze skrytej, zawsze przecież odczuwanej niepewności przed nieznajo­mym obliczem ludzi z takich mieszkań. Dwaj mężczyźni stali naprzeciwko, wyprostowani, nieufni.

Niski, młody człowiek w bluzie, z gładko odczesanymi w tył jasnymi włosami, zawołał:

— Co jest, Janek? —

Chłopak pobiegł prędko i wyłożył, co powiedziała pani.

Wtedy młody ręką płasko w kark go grzmotnął i za kołnierz potrząsł z całej siły:

— To czegoś stukał, baranie. —

Drugi, wyższy z czarnymi włosami, kędzierzawy, z semickim nosem, odwrócił się wbok gwałtownie i chrząknąwszy, wypluł nagle wilgotny zlep papiero­wych strzępów wprost na ciemne deski spaczonej podłogi, przed zdumione oczy Marietki.

— Deska sama spadła — tłomaczył się chłopak gniewnie, oczami zerkając ku nieznajomej.

Kędzierzawy podszedł bliżej:

Fałszywy alarm — zaśmiał się krótko i stojąc przed nią, wysłuchał o co chodziło. Uśmiechał się jeszcze. — Zjadłem co trzeba — powiedział.

Za binoklami patrzyły oczy chore, obrzeżone czer­wono, z ognistymi nitkami żyłek na białkach. Z wy­tężeniem przyglądały się jej.

Drugi słuchał tylko zdaleka, szukając czegoś na stole.

Nie było teraz Bolka naprawdę, ale można go było zawiadomić. Jeżeli Henryk chciał do Radomia, uprzedzi się, kogo trzeba.

— Już zdrów? — zapytał kędzierzawy, który zbliska miał wygląd żydowskiego studenta.

Zaczerwieniła się. Blondyn nad stołem wyrażał wątpliwości, czy ktoś w tych dniach będzie w Radomiu. Chore oczy mrugały za binoklami, choćby i nie był nikt, Henryk sobie poradzi.

Jeszcze objaśnił, że się o to mieszkanie boją i nikt tu już nie przychodzi, bo u stróża wypytywano się. Gdyby zatrzymano panią, to naturalnie po zegarek pani przychodziła.

Nic więcej. Jasnowłosy przy stole nie patrzał już nawet w tę stronę. Obcość ponurego, dusznego poko­ju wypychała Marietkę nazewnątrz i przyciągała ją. Stała jeszcze wciąż tak jak przyszła, niedaleko drzwi.

Skinęła głową. — Dowidzenia — i wyszła.

W kuchni wyraźniej zapachniał roztopiony tłuszcz, zegarki szemrały. Tylko zamknięty pokoik tkwił jak niewiadomy klucz w powszedności nędz­nego mieszkanka.

Drzwi za Marietką zamknięto dokładnie. Już nie było żadnej nitki między nią, a tym domem, żadnej między miesiącem, który upłynął niedawno. Dozna­wała zawrotu głowy, schodząc wdół po spirali scho­dów.

Na podwórzu odruchowo spojrzała wgórę. Na trzecim piętrze, w półotwartym oknie widniała kę­dzierzawa głowa. Za binoklami wypatrywały cze­goś uważne oczy. Przypomniały jej zaognione białka i kulkę zmoczonego papieru. Już dzieliła ją od nich przepaść trzech pięter.

-----------------------------------------------------------------------------------------

Niepotrzebny od tygodni salon nabrał wreszcie znów użyteczności. Zwleczono pokrowce i ruszone z miejsca fotele otoczyły stół, porcelanowe tancerki zmieniły pozycje, kryształowe wisiorki lampy prze­świetliły się promiennym blaskiem. Cukiernice, talerze i nożyki w odzyskanej ważności zaprzątnęły myśl Marietki. Zepchnięty w głąb ciężar boleści i strachu, w rozumieniu pierwszeństwa, zrobił im miejsce, trwał za sprawami nakryć i zastawy, ustępliwy za dnia, a w nocy dręczył tępo, jednostajnym licze­niem tygodni, dni, godzin, które gromadził ślepy czas.

Nowa suknia miała rękawy z niebieskiej gazy. Jasność prześwietlała każdy kąt salonu. Gdzie jeszcze mógł być kurz? Ile jeszcze dni wolno było cze­kać?

Szła ślepo naprzeciw jedynej możliwości. Poza nią leżała tylko niewiadoma pustka śmierci.

Marietka odwraca się gwałtownie, to Wacław wszedł do salonu. Jest radośnie podniecony, uśmie­cha się pogodnym i oczyma, krząta niepotrzebnie tu i owdzie, aż staje rozpromieniony naprzeciwko i oczy mu błyszczą:

— Nareszcie wróciliśmy do normalnego życia?

Jak gdyby normalne życie było najlepsze, myśli Marietka niepoprawnie i tak lekkomyślnie, że się przed sobą wstydzi.

Pierwszy dzwonek u drzwi, szuranie stóp, uściski i ożywione głosy:

— Jakże było u wód? —

Salon ożywia się życiem równie sztucznym, jak jego codzienna martwota. Fotele wysuwają się w pół­kole.

— Co słychać? —

— Ot, żyje się. —

Kolega Wacława, Skalski z żoną są pierwsi. Skal­ski jest wysoki, bladawy o małych, wesołych oczach. Jego żona ściśnięta gorsetem w pasie, wypływa gó­rą udręczoną obfitością kształtów, rozgląda się bystro po salonie i mówi z entuzjazmem:

— Nie znałam tego świecznika. Prześliczny. —

Wacław protestuje: — Jakto, tak dawno nie by­liście? Świecznik jest od kwietnia. —

Rozmowa przeskakuje żywo. — Na przyszły rok latem pojedziemy też gdzieś do wód, ale może lepiej do innych w Cesarstwie. Cóż tam Krynica ? —

Życie odzyskało dawny, spokojny bieg. Jest je­sień, a na przestrzeni nieważnego czasu migają od­ległe projekty. W przyszłym roku chcemy pojechać na Szmeks.

Drugi dzwonek u drzwi. Cioteczny brat Wacława, starszy, o tęgim karku i szczupła żona. Pierwsze po­witanie po przyjeździe. Gorące uściski.

— Jakże było u wód? —

Następni przychodzą wciąż z tym samym weso­łym odgłosem powitań u drzwi. Krzeptowscy Ignaco­wie i matka Wacława, najelegantsi goście, Mliccy i stryj Antoni z Ewą.

— Cóż słychać? —

— Ot, żyje się. —

Najpierw jeszcze wciąż wspominano lato, wyjaz­dy, opuszczoną Warszawę. Po tym ktoś powiedział „Bezdany“ i po salonie wionęło świeżym porusze­niem, tajemnicą.

— Uwaga na służbę — rzekł Skalski i później ci­cho: — Trzeba im przyznać niezwykłą, bohaterską odwagę. —

Zaniepokojone fotele złamały szyk półkola. Najniecierpliwszy wysunął się naprzód prawie na śro­dek, Ignacy Krzeptowski z twarzą rumianą przy si­wiejących włosach. Czoło ułożyło się w ciasno ściś­nięte bruzdy.

— Nie zgadzam się — huknął — protestuję, że pan, panie Kazimierzu, obywatel rozsądny to mó­wisz, jakże? Dziwię się, bardzo się dziwię. Anarchi­styczny, panie, wybryk awanturnictwa, rabunkowe napady. Czy to nasza tradycja historyczna? Mój brat, wieczny odpoczynek mu, był w sześćdziesiątym trze­cim roku żołnierzem, to rozumiem. Ale to? Efek­towne sztuczki, nie zgadzam się, nigdy. A skutek, prześladowania, najgorsze ograniczenia w Królest­wie, u nas we dwa tygodnie po tych, panie, Bezdanach, cicho jak w grobie, kompletny nastrój. — Ru­ina, panie — rozkrzyczał się, aż dzwoniło po salo­nie.

— Ciszej Ignasiu — prosiła żona i ręką w mitence próbowała zatrzymać jego niespokojną, coś precz odrzucającą rękę.

Zaś Skalski, trzęsąc głową, a z nim panna Ewa z jasną przędzą włosów koło płaskiej bladej twarzy, żywo tłomaczyli się półgłosem.

M arietka Krzeptowska przyłączyła się do nich nieoczekiwanie i powiedziała dziwnie, ale dziecin­nie, jak jej się zdarzało:

— A mnie się oddawna zdaje, że żyjemy na podminowanym gruncie i wybuchnie, nie dziś to jutro. Bo, jak to było w piątym roku? Ktoby się spodzie­wał? —

Zaś poczciwy Wacław bez zniecierpliwienia po­głaskał niebieską gazę rękawów.

— Z mojej żony taki mały tchórz. Raz się prze­lękła na całe życie. Oczywiście, nastąpią historycz­ne zmiany rozwojowe, ale rewolucja społeczna to przeżyte hasło. Nic nowego, moja droga, to już wszystko było. — Jak przegrali na całej linii, trzy lata temu, co? —

— Jakże — huknął Ignacy — a historia, pani dobrodziejko, siedemdziesiąty pierwszy rok we Francji. Mogli zgubić kraj, ale tylko swoje miasto uto­pili we krwi. Rewolucja…

— Ciszej Ignasiu — zaszeptała gwałtownie żo­na — pocóż się tak unosisz?

— Takie cudowne miasto — westchnęła pani Mlicka — wcale nie umiem sobie wyobrazić tego radosnego, pogodnego Paryża z barykadami. Czy jest jeszcze gdzieś tyle radości życia? — Jej wyraziste oczy pod mocno narysowanym łukiem brwi lśniły.

— Czy państwo widzieliście Paryż wiosną? — zapytała marząco. — Jakie zielone skwery i parki, wszystko w słońcu i kwiaty, same kwiaty. Olbrzy­mie targi, stragany kwiatów we wszystkich kolorach i jasne bulwary. —

W tchnienie wiosennej tęsknoty wtargnęło skrzypnięcie drzwi i naładowana taca wyprzedziła czepeczek Marysi. Szkło zabrzęczało cienko i Marietka zerwała się z miejsca.

— Prosimy do stołu. —

Matka Wacława po szyję spowita w czarny ada­maszek, podniosła się nieznacznie. Przez chwile jej wodniste, niebieskie źrenice przepłynęły po stole.

— Marietko, kochanie, nie widzę cytrynki. —

Marietka zbladła i nerwowo dotknęła dzwonka. Wacław biegł wesoło usadawiać gości. Nieruchliwe krzesła z ciężkimi poręczami, wleczone z trudem, ociężałe zmieniały powszednie miejsca.

— Zaczynamy najmilsze, gościnne wieczory na Erywańskiej — powiedział Skalski — znów idzie zima… —

Marietka wezbrała gwałtownym niepokojem. Zi­ma. Serce zabiło boleśnie i bolało zwykłym, ciele­snym bólem. Ale uśmiechała się. Jeszcze dziewczyn­kę Maniusię z prowincji nauczono uśmiechać się przy ludziach.

Dopiero dużo później usiadła bezwładnie na krze­śle. Kiedy już na stolikach między filiżankami po­piół z przepełnionych popielniczek kruszył się aż na serwetę, klosze były opróżnione i fotele odwracały się od siebie poręczami. Brylantowe światło lało się obfitymi strugami z świecznika na chaos salonu.

Wacław zapytał tkliwie: — Zmęczyłaś się Ma­rietko? —

Nieoczekiwanie wezbrały łzy duszącym kłębkiem. Położyła na kolanach obie małe, miękkie, nieco sze­rokie dłonie. Zaprzeczyła skinieniem.

Podszedł bliżej: — Ale wyglądasz bardzo zmęczo­na. —

Bicie serce waliło głucho, prędko o ściany piersi. Aż spokojnie i niegłośno, bo oddychać było trudno, wypowiedziało się:

— Myślę, że chyba jestem w ciąży.

Wacław cofnął się o krok, oparł się niezręcznie o stół: — Jakto, od kiedy przypuszczasz?

— Już od kilku dni — powiedziała Marietka. Miała bardzo zmęczony głos.

Wacław położył rękę na jej jasnych włosach, drugą gładził zielony plusz poręczy machinalnie. W oślepiającym kryształowym świetle zbliżyła do niej łagodna twarz i pod jasnymi rzęsami szare, ufne oczy.

— Naprawdę, jestem zdumiony, zaskoczony. Nie przypuszczałbym — i po chwili:

— Nie chciałaś jeszcze, prawda? Ale skoro się stało? Dla Jureczka to nawet dobrze. —

— Tak, dla Jureczka oczywiście — ale głos był pusty.

Żałuje, pomyślał Wacław, i jeszcze, matka się ucieszy.

Marietka nie sprzątnęła, jak zazwyczaj cienkiego szkła. Zastawiony, przyprószony popiołem stół po­został do rana niesprzątnięty.

W sypialni zapaliła nocną lampę i chciała przejść do dziecinnego. Ale po drodze krótki, spiczasty pło­mień padł na ciemną, lśniącą taflę lustra. Za nią le­żała czarność pokoju.

W lustrze tkwiła okrągła twarz o niebieskich oczach i jasne włosy. Pod lewym okiem była na skó­rze cieniutka rysa. Marietka przysunęła twarz do lustra, aż poczuła jego chłód. Pomyślała, z tego bę­dzie później zmarszczka — i zaraz bez przejścia — Zbrodniarze muszą wyglądać zupełnie tak samo jak inni ludzie.

Wacław usypiał prędko. Jeszcze tylko opowiedział, jaki z tego Skalskiego wesoły chłopak, kiedy bywa bez żony. Jego śmiech dźwięczał tak raźno. Mariet­ka ostrożnie dotknęła ciepłej ręki na sąsiedniej koł­drze. Trzymała ją jeszcze, kiedy już opadła ciężko i bezwolnie, a palce śpiącego zwolniły uścisk. Chciała tak zasnąć, ale w pewnej chwili schwytała się na tym, że nie trzymała już ręki Wacława, że leżała sama, zdaleka i nadsłuchiwała w gęstej ciemności rzadkich kroków na ulicy, słuchała z wytężeniem, jakgdyby można było wyłowić w ciszy szmery owego życia, które za ścianami domów i wewnątrz nich, istniało podziemne, ukryte i brało się z pogwałco­nych praw ludzkich do wszelkiej wolności.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dziecko krzyczało bez ustanku. Przez cały dzień i noc cieniutki, bolesny głosik bił w spokój i ład do­mu, a kiedy po następnym dniu nadszedł wieczór, rozrzucona pościel, przestawione meble i dziki nie­ład w pokoju odpowiadały mu bezsilną rozpaczą do­rosłych.

Kiedy starsza pani Krzeptowska otworzyła niezamknięte drzwi i nikt nie wyszedł naprzeciw, zblad­ła. Czyżby mała już nie żyła? Jej żółtawa twarz za­tracająca cechy kobiece, z paroma włoskami na gór­nej wardze, zapadła się bolesnym skurczem mięśni. Ale w stołowym, gdzie nanienakrytym stole leżały puste pudełka po buteleczkach, usłyszała zmęczony i urywany, lecz wciąż żałośnie chrypiący głosik. Je­szcze nikogo nie było widać.

Okradną ich, przemknęło jej przez myśl. Nie zatracała się nigdy do tego stopnia, a przecież bywały różne chwile. Jurek wbiegł z kuchni nieumyty i prze­jęty ważnością.

— Babuniu, mała taka chora. —

Pani Krzeptowska pogłaskała jego lśniące loczki.

— Powiedz niani, żeby cię umyła — rzekła ci­cho i pełna goryczy otworzyła drzwi sypialni.

Wacław i Marietka siedzieli po obu stronach wysuniętego na środek pokoju łóżeczka. Dziecko leżało nawznak w poduszce i jego malutka, blado sina buzia ściągnięta była w pomarszczone fałdki udręki.

— Doktór? — spytała pani Krzeptowska Wac­ława szeptem.

— Powinien już być.

Marietka ledwo podniosła oczy. Siedziała w szlaf­roku, włosy wisiały nieporządnie, nie robiła nic. To Wacław usiłował ułożyć dziecko inaczej, unieść, sprawić jakąś ulgę.

Jaki upadek ducha, pomyślała starsza pani niena­wistnie. Mała Karolina była jej jedyną wnuczką, po wielu latach. Dawna, niejasna niechęć do tej łagod­nej, marzycielskiej Marietki znalazła nagle oparcie. A przecież dziecko urodziło się odrazu wątłe i cud, że żyło, bo w ósmym miesiącu.

Pani Krzeptowska zdjęła kapelusz i palto i wzię­ła dziecko na ręce. Było takie lekkie. Uciszyło się na sekundę i niezwykła cisza wypełniła pokój, kiedy zabrakło cieniutkiego krzyku rozpaczy. Tylko Ma­rietka drgnęła gwałtownie, powieki jej rozwarły się szeroko, chciała się rzucić do dziecka, ale pani Krzep­towska powstrzymała ją ruchem ręki. Zakołysała lek­ko małą.

— Macie rumianek? —

— Tu, tu — zaszeptał Wacław gorączkowo — ale ona nie chce pić. —

Skronie dziecka były błękitne pod cienkością skó­ry.

— Już nic z tego — pomyślała pani Krzeptowska. Bruzdy na jej twarzy pogłębiły się. Spojrzała łagodniej na synową. Po tym skosztowała rumianku i dosłodziła.

Dziecko odwróciło główkę, ale po chwili pociągnęło z butelki. Wacław spojrzał na matkę. Mała pi­ła. Pełna nadziei ufność, zapomniana, ale nieznisz­czalna odnalazła się w nim. Siwiejący już dobrze przy skroniach, blady i wyniszczony bezsennością pamiętał nagle tylko własne łóżeczko i duże, kościs­te, uzdrawiające ręce matki.

Ale pani Krzeptowska odwracała oczy. Ona też myślała o tamtym Wacku, a i ten dzisiejszy, czyż nie był dzieckiem, które nie widziało jeszcze ścinających się białek oczu i straszliwych, zapadłych twarzy ko­nających?

Marietka, siedząc na łóżku płakała teraz, nie ocie­rając łez. Otworzono drzwi w mieszkaniu. Mała, od­wróciwszy główkę od butelki, zapłakała nagle znów przejmująco. Niski, tęgi mężczyzna z czarnym wąsem wszedł do pokoju i Wacław poskoczył ku niemu.

— Tak czekamy, panie doktorze… —

Wszystkie ruchy nabrały szybkiej celowości. Wacław sam nalał wody z dzbanka na miednicę. Pani Krzeptowska szybko przykrywała rozrzuconą pościel na łóżkach, z zaciśniętymi wargami. Jakie niedbal­stwo. Nie patrzyła teraz w stronę Marietki, która jedna nie robiła nic, tyle tylko, że stanęła w nogach łóżeczka. Niechby się choć uczesała, jaki brak opa­nowania, myślała wrogo matka Wacława. Do niej też, nie do Marietki, powiedział lekarz:

— Proszę rozebrać dziecko. —

I jej szybkie ręce rozwiązały tasiemki poduszki, zdejmowały cienkie koszulki z chudego, umęczonego ciałka.

— No cicho, no. —

Ręce, duże, czyste włochate ręce jak żywe, odręb­ne istoty biegały po dziecku. Pukały, naciskały. Ucho przylgnęło do malutkiej piersi. Wtedy dziecko umilkło na chwilę.

— O, tak, to grzecznie — powiedział doktór i nic więcej, nic.

Obrócił malutką i znów ręce biegały, pukały. Wstał. Tylko pani Krzeptowska została wyprostowa­na naprzeciw niego z nieruchomą twarzą, Wacław podbiegł, chwycił za ręce. Wtedy dopiero lekarz odezwał się. — Dziecko jest zagłodzone.

Marietka jęknęła. Lekarz podszedł do niej. Czy pani ma dość pokarmu? —

Uczyniła rozpaczliwy znak głową, nie wiedziała sama.

— Dziecko jest bardzo, bardzo osłabione, niedo­żywione i nic więcej. Trzeba natychmiast zacząć odkarmiać… —

Krzesło, na małym stoliku atrament, pióro, recepty i głosy nagle wyzwolone, szczęśliwe, Wacława i matki. Tak, to pani Krzeptowska, starsza, od pierwszej chwili radziła, mówiła, wziąć wiejską mamkę.

Kiedy im podawał ręce, dziękowali jedno przez drugie. Pani Krzeptowska trzymała w ręku recep­ty, Wacław honorarjum. Tylko matka dziecka z podpuchłymi oczami, umęczona śmiertelnie kobieta, za­pytała trzymając rękę doktora, z niewygasłym jesz­cze przerażeniem, z niepewnością i niewiarą:

— Będzie żyła?

Uścisk rąk: — Naturalnie, droga pani, to się mat­kom zdarza, nie spostrzegają, że nie mają dziecka czymś karmić. A ono ssie i nic nie znajduje, znie­chęca się, naturalnie. Jeszcze za kilka dni po odży­wianiu, zobaczy pani. —

Już po godzinie wszystko jest odmienione. Malut­ka pije z butelki, ciągnie powolutku, bo jest bardzo słaba. Starsza pani Krzeptowska w czarnej koronko­wej bluzce z dużą broszą nachyla się nad nią.

— Tylko zdrowa, wiejska mamka, odrazu to mó­wiłam, mamka jest najlepsza.

Marietka nie będzie karmiła, Marietka już nie jest konieczna, krąży zdaleka i przynosi chaotycznie wszystko, co może być potrzebne.

Matka Wacława jest wyrozumiała z radości, że dziecko będzie żyło.

— Nie powinnaś Marietko krzywić się na mamkę. Wmałej i tak płynie wasza krew, a pokarm to tylko zdrowie.

Silna, tęga kobieta z paciorkami na szyi, wyszuka­na przez matkę Wacława okazała się zdrowa. Raz dziennie wolno jej było nawet dokarmiać własne dziecko, bo starczyło na dwoje.

— Nigdy nie zapomnę tej nocy — rzekł wtedy Wacław .

— Za mną to idzie wciąż — powiedziała Marietka. Cieniutkie jak niteczki rysy koło oczu, okaza­ło się, nie były z niewyspania, bo zostały już tam na zawsze.

Mała Karolina na pokarmie mamki rosła i rozwi­jała się doskonale. Porządek rzeczy ułożył się nanowo, dzień po dniu umacniał go i przywracał mu ważność. Okazało się że nic nie wiązało się na wie­ki z życiem.

Nawet uparcie trwający ciężar, nawet pamięć naj­straszliwszej nocy, w której umierała Karusia i ów ślub, że matka odejdzie z nią razem, przybladły, od­barwiły się z gwałtownej boleści i zostały odłożone gdzieś w głąb, łzawe, śmiertelnie smutne, ale coraz mniej rzeczywiste.

Karusia wyciągała już sama ręce do ojca Wacła­wa, do matki i najchciwiej, najczulej do karmicielki. Tak odczuwała przynależność do mleka i krwi.

Marietka woziła ją chętnie sama w wózku na wysokich kółkach, z firaneczkami i była dumna z ślicz­nej kołderki. Zabierała ją coraz częściej sama, bo nadchodziła pora odejścia mamki. W chłodny i jas­ny dzień wrześniowy oglądała z ławki w ogrodzie świat, słoneczny i prosty.

Kara nie była taka ładna jak Jurek, ale Wacław kochał ją chyba jeszcze tkliwiej. Zresztą Jurek był rozhukany, zapalczywy i zdaniem Wacława należa­ło go trzymać krótko. Zdaniem Wacława.

Dawno, dwadzieścia miesięcy temu przywiozła Marietka z podróży zdanie, że nastąpią wielkie rze­czy. Że oto w oczach, w bliskich dniach zmieni się codzienność świata.

Czekała, łowiła zdarzenia. Przychodziły, zapewne, odnajdowała je pomiędzy innymi, ale one wciąż ude­rzały jak kamyk w powierzchnię wody i znikały. A wtedy, zdaniem Wacława, taki był naturalny po­rządek rzeczy. Strajk zlikwidowany, zamach wykryty — i spokój.

Ważna była powszedniość i w niej żyła Marietka. Jurek będzie mógł niedługo pójść do szkoły, tam go opanują, Karasia rośnie. Trudniej było trochę radzić sobie z domem, ale gdyby Wacławowi dołożyli w Towarzystwie na Nowy Rok?

Świat jest prosty, zwykły, dziecko tajemnicy i dziecko legalności potrzebują tych samych smocz­ków i pieluch, te same były kłopoty ząbków i żołądeczka. Potrzebna im jest codzienna, zwyczajne opieka bez bohaterskiego wysiłku, bez zuchwalst­wa, słów z odwróconej karty przeszłości Marietki.

Istnieją też u Krzeptowskich sprawy powszechne. Głosowanie na posłów do Dumy. Zainteresowanie obradami. Zasady: pracować i dorabiać się to wielki program. Za dobrobytem oświata i siła. Wacław dą­ży do dobrobytu.

Ci, którzy nie dążą do dobrobytu zjawiają się także. Naprawiają coś w mieszkaniu, odnoszą paczki, kobiety służą i piorą, mężczyźni odbierają zapłatę z czapkami w ręku: „Wielmożna pani…“

Gdzież jest „proch ciemiężonych”? Niema go. Marietka może zapomnieć o wszystkim, oddalić od siebie czas, nie wierzyć mu, że istniał.

W chwilach spokoju nazywa się to tak. Mała Ka­ra urodziła się dwa razy, a kiedy poraz drugi odzys­kała życie, tej nocy może jednak odkupiła swoją wi­nę jej matka? Można sto razy zanurzyć się w powszedni dzień, ale raz żyło się inaczej. Marietka wie o sobie, że przeżyła dwa życia, ale prawdziwe jest tylko dzisiejsze.

Na kremowym wózku Karusi, podarowanym przez babkę Krzeptowską widać czarną, wilgotną plamę. Musiało coś prysnąć, a może otarł się i nie zejdzie, niepokoi się Marietka. Na drugim brzegu ławki leży pognieciona kula papieru, szmat gazety. Marietka ujmuje ją przez rękawiczkę. Zadrukowany z jednej strony dużymi literami, po drugiej czysty:

„Towarzysze. Pamiętajcie o dniu pierwszego ma­ja, dniu święta międzynarodowego proletariatu. Od lat dziewiętnastu robotnicy polscy święcą dzień pierwszego maja. W dniu tym rzucają burżuazji i rządowi carskiemu nasze żądania: wolności i praw, ośmiogodzinnego dnia roboczego, szerokiego prawodawstwa ochronnego. Dowiedźmy i w tym roku, że nas nie zmogą Skałłonowie i Kaznakowowie.

Przez najliczniejsze porzucenie pracy na dzień 1-go maja dowiedźmy, że trwamy przy naszych żą­daniach, trwamy przy naszej walce. Niech żyje święto 1-go maja“ .

Jeszcze raz przeczytać te słowa, obce, a znajome, a po tym zwinąć, cisnąć daleko od siebie zgniecioną kulę papieru, aż serce bije. Nie widzi nikt?

Ludzie naokoło przymykają oczy i drzemią w bla­dym słońcu, na ławkach. Obok klombu hałasują dzie­ci. Wszędzie dobra, nieśmiertelna codzienność i niepowszednia, zagorzała walka, czyżby też nieśmiertelna?

Kremowy, nieoczyszczony z czarnej plamy wó­zek Karusi rusza gwałtownie naprzód i koła zgrzyta­ją ostro po twardym żwirze. Dziecko bawi się grze­chotką. Już mówi na nią „otka“, taka jest mądra i Marietka uśmiecha się do niej pobladłymi wargami. Przez cały tydzień nosi później w torebce kolorową widokówkę, najpierw pustą, po tym zapisaną. Ze zwykłymi pozdrowieniami od Marietki Krzeptowskiej i jej dzieci, Jurka i Karusi, dla Henryka Pilewicza.

Od kiedy stuknęła rozpaczliwie o twarde dno skrzynki, zaczęło się czekanie na odpowiedź, która nie przyszła. Kto zaginął, albo odmienił się, adres, czy człowiek, Marietka nie wiedziała.

Ale małej Karusi to było obojętne. Rosła dobrze na cudzym, zdrowym mleku.

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rozpaliły się płonącą jasnością słońca twarde bruki ulic. Zmordowane stopy uderzały o nie ciężko, żar chwytał przez podeszwy. Trzeci raz w tym tygodniu zmieniali metalowcy giełdę.

Na Siekierkach, przy Mirowskich Halach i dziś —- na Woli.

Tedy z Targówka szedł już szósty kwadrans Leon Łobziński i duszne tchnienie upału chwytało go za piersi wraz z wściekłością.

„Parowóz” stał dwadzieścia dwa dni. Kiedy się strajk zaczął, przystąpili wszyscy. Na stu pięćdzie­sięciu było ich tam ze czternastu, którzy się coś nie coś na jakiejś walce rozumieli, w nich paru esdeków i reszta pepeesy, ale tamci wszyscy inni, całym tłumem bez trudu poszli do strajku. Jeszcze dyszała Warszawa wspomnieniem zwycięskich poczynań o podwyżki. Zakotłowało się, bo wierzyli, że się uda. Nawet starsi nie byli oporni.

Delegaci poszli z żądaniami. Dziewięciogodzinny dzień pracy, podwyżka dla pracujących na lon 15%, na akord dziesięć i dla robotniczego honoru — o zniesienie rewizji przy wyjściu.

Było, jakby się świat ruszył z miejsca. Leon, dwu­dziestolatek, pięć miesięcy na tej fabryce, pierwszy raz przeżywał strajk.

W śródmieściu, którym szedł teraz, kwitło lato żółtą i czerwoną nasturcją w skrzyniach balkono­wych, w powietrzu unosił się grubo rozpylony kurz.

Komitet strajkowy składał się z pepesowców i es­deków, ale esdecy w „Parowozie” mieli chyba ze trzech swoich ludzi, nie więcej.

Ożywieni ludzie karmili się pamięcią zwycięstw cudzych, wyliczali swoje krzywdy jawne:

W warsztacie mechanicznym i innych niektórych robili jedenaście i pół godziny, kary się sypały, za zapalenie papierosa rubla, nawet jak się majstrowi długo zdało, gdy kto za swoją potrzebą wychodził, też kropił pół rubla, a rewizja, obmacywanie po kie­szeniach bluzy i spodni jak złodziei?

Przeto niejedni jeszcze żądania stawiali, żeby majster Makulski poszedł precz. Nawet starzy, co w dziewięciogodzinny dzień nie wierzyli, do niczego się wtrącać nie lubili i mało który czytać potrafił po­rządnie, wszyscy byli wrogami Makulskiego. Pamię­tali go jeszcze robotnikiem jak oni, a ot wyrósł, jak go fabrykanci na własność kupili za grosze.

Ale zostawiono tylko sprawy najważniejsze.

W duszności upału zaleciała mdło więdnąca zie­leń włoszczyzny, odór gnijącego mięsa leciał w ciep­łym powietrzu. Leon wszedł w pstrokaciznę Mirowskich Hal. Zamigotały kołami, pasami, kreskami wszelkich kolorów perkaliki na straganach, głosy chrypliwe i doniosłe ogarnęły go wrzawą.

Ale dopiero przy wózkach z jabłkami, przy cien­kich, żółtych plackach, poczuł w ustach chciwą wil­goć głodu. Już trzy tygodnie dawał na życie brat Wicek, tramwajarz i choć swój człowiek, choć do­naszała cokolwiek i siostra Jadwiga, już raz i drugi padły słowa, że się strajk bardzo długo przeciąga, że jak tamci tyle czasu czekali to już fabryki nie pusz­czą i wezmą ludzi głodem.

Brali też. Ojciec mało co jadł w tych dniach, niby mu się wciąż nie chciało. Truł się, że sam był bez roboty, u dzieci. Sycili się samym ciepłym ciotczynych wodzianek i potrochu chlebem.

Zaś wieczorem przyniósł Wicek wiadomości, co o strajku mówili ich ludzie. Więc najpierw kołowa­niem, po tym prosto, żeby skończyć.

Za perkalikami, wzdłuż straganów stały kwiaty w dzbanach, wiadrach, donicach, zwyczajne, darmo rwane na podmiejskich łąkach, hodowane w domo­wych rabatkach. Było tego ziela całe pole, klinem wciśnięte w rozprażone kamienie bruku, w ponure miejskie mury.

Leon mijał je obojętnie. Dopiero przy słonych śledziach w beczkach ścisnęło go w dołku. Pomyślał gorzko, że było ich na stu piędziesięciu jeszcze z dziesięciu, co chcieliby wytrzymać. Jeszcze pożyć z nędznych składek komitetowych, z byle czego, głodować i czekać, żeby tamtych złamać.

Szedł sezon i fabryka musiała ruszyć. Jakby to im wyłożyć jeszcze raz, jeszcze odwlec, do głowy wło­żyć, żeby strzymały żołądki?

Długie nogi Leona zagarniały ulicę. Jakby za­trząść, ruszyć tę siłę kamienną, co wydzielała jed­nemu na dzień roboczy w kopiejkach, drugim za łatwe godziny życia płaciła rublami w niezliczonych liczbach, domami, willami, całym światem na włas­ność?

A jak ruszyć? Zdjąć ręce z tej czarnej, zwyczaj­nej roboty, do której nie trzeba było wielkiej nauki, a która budowała domy, wille, parowozy do wo­żenia w świat.

Ci, co jeszcze chcieli trzymać się, byli tacy jak on, najmłodsi, albo mało dzietni, czy nieżonaci wcale, ale i oni już przecie przeświecali koś­ciami na zapadłych twarzach.

Leon wdał się w ojca, w mówieniu był słaby, choć się zapalał, nawet do partii jeszcze się nie zapisywał, ciągle czegoś odwlekając.

Ej, wytrzymają, pocieszał się teraz — i stopami uderzał w bruk, chwytał odległości, wyliczał, żeby prędzej, teraz do słupa, a po tym do rogu, do kościo­ła — i gnał.

Kto wcześniej przychodził, wcześniej mówił z ludźmi, a od tego niemało zależało. Aż nieobecne zawsze serce, ozwało się z ukrycia ciężkim łomotem, ostrzegło, że wnet chwyci stawy nóg miękka niemoc. Zwolnił tedy. Wicek wiedział prawdę, jako sam czło­wiek partyjny. Nie chcieli już tego strajku, dziś może wyraźnie nacisną, żeby skończyć, a nie brakowało takich, których odrazu w pierwszych dniach głód zmógł łatwo.

Ojciec i Wicek zaraz uznawali rację partyjną, wierzyli każdemu słowu, porządek musi być. Ale nie Leon. Już mu wrósł w serce ten strajk, otwarte sił zmierzenie, walka do zwycięstwa. Lada dzień mogła przyjść wiadomość, że postąpili. Musiało tak być, nie inaczej.

Im bliżej na Wolę, niepokój zmieniał się w nadzieję. Przeszło Leonowi przez myśl, że w tych stronach będąc, miał odszukać Heńka Żelazków. Żelazków, mówił ojciec, choć na prawdę chłopak je­den z tego nazwiska został.

Rozstąpiły się szerzej ulice, niskie domki tu i ow­dzie wciśnięte między wysokie mury odsłoniły wiel­kie połacie rozgorzałego błękitu nieba, zamiast brukowych kamieni wyjrzała ubita ziemia i zieleniła się kępkami podeptanej trawy. Między wielkie czer­wone fabryki weszły małe drewniaki. Za ich szyb­kami pociętymi w kratkę, jaskrawe, wiejskie lato rozpychało się płonącą pelargonią i bujną zielenią liści.

Na Wolskiej, nawprost Młynarskiej, za budką tramwajową zobaczył Leon ludzi z „Parowozu” sto­jących grupkami i innych spacerujących. W jasności dnia widziani w kupie, inni zawsze byli jak na fab­ryce. Pokazywało się jak chodzą, jak plecy trzymają, nie całkiem tak jak przy robocie i zawsze się okazać mogło, że postąpią tu niespodzianie. Ale jak?

Nigdzie na oko policjanta nie uświadczyć, ucieszył się Leon i podszedł do najbliższych. Święciaszek, chłop ciężkiej budowy, mocny w rękach rzekł mu zaraz:

— Dodają pięć procent na akord i do dniówek.

Dziewięć godzin też powiadają, pilnować będą, ale jak zaraz do roboty pójdziem, jak nie, to nie.

— Więc co? — spytał Leon żywo.

A niski z krótką szyją Orzechowski: — No, po strajku.

Święciaszek suche wargi oblizał i rzekł gniewnie:

— Dołożyli przecie, nie?

Leon, aż się w tył cofnął: — Co tam postąpili? Na śmiech. A godzin tak pilnować będą jak teraz, przecie mówią, że tylko dziewięć się robi, chyba, że więcej potrza. A zawsze trzeba. To wy nie chcecie do końca, kiedy już oni słabsi?

Ale wnet w nim zemdlało serce, oklapła otucha, kiedy się przysunęły kobiety. Nie widział ich dotąd, a one we trzy już tu tkwiły z dzieciakami nawet. Przywlokły je, byle jak odziane, chude o cienkich kostkach, szarozielone na twarzach, ojcom przed oczy. Jakby za innych czasów sadłem obrastały, cis­kał się Leon w sobie i podszedł do drugich.

Dużo mniej ich było. Weber, Klimaszka, Grochol­ski i paru pomocników. Klimaszka, zawsze na twarzy czerwony i dziś świecił rumieńcem, choć mu skóra opięła kości policzków.

— Powiadają, że dosyć mają — gwizdnął po­nuro. — Nie pójdą oni dłużej.

Tylko mały, chudy Grocholski, najwięcej oświe­cony, co nietylko gazety, ale i książki czytał, krzyk­nął:

— Ciemnota nas, powiadam, gubi. Przecie tu wszyscy jeden głód cierpimy. Wytrzymać nam po­trzeba, jak już tyle czasu trzymamy. U Lilpopa na wiosnę wygrali, u Gerlacha i Pulsta, tu na tej Woli wygrali. Trzy żądania mamy i żadne nadzwyczaj­ne.

Podeszli niektórzy, przysunęli się bliżej.

— Stać musi napisane, że dziewięć godzin i nie więcej — rzekł Weber — za ten sam lon.

Tramwaj na zakręcie Młynarskiej zgrzytnął po szynach, zagłuszył słowa. Wóz z piaskiem cisnął chmurę kurzu .

Parę ludzi razem zaczęło mówić. Już od chwili głowami trzęśli.

— Powiadają, że wszystkim równy głód, wcale nie wszystkim. Jeden Weber, co ma dzieci, u Wrób­la, u Klimaszki po jednym. Grocholski kawaler i u siostry mieszka, albo taki młodziak Łobziński, u oj­ca. Co im się równać? Płaczą im dzieci?

Starszy mechanik bił się w piersi: — Dwadzieścia trzy dni, ze składki tydzień nie wyżyje. Tyle dni się trzymalim — mówił gorzko — nie idzie dalej.

Aż poruszył ludzi, co za nim trzymali. Rozpaliły się twarze upałem i własnym ogniem, świeciły pole­wą potu i dyszały. Jedne oczy w drugie patrzały, że­ by przekonać, ręce tarmosiły za ramiona Klimaszkę, Grocholskiego, Łobzińskiego.

— Trzymalim się, nie idzie dalej.

Z komitetu strajkowego, towarzysz Paweł, dele­gat, co do nich chodził ze składkami, rozepchnął ludzi. Poucichali.

A Paweł nieduży, blady z jasnym i oczami rzekł:

— Towarzysze, walczyliście dzielnie, a my, choć od pierwszej chwili nie radziliśmy tego strajku, da­liśmy wszelką pomoc. Są tacy, co zawsze przedwcześ­nie pchają, aby strajkować, ci ponoszą winę… — ur­wał, żeby tchu nabrać, a Grocholski łokciami się naprzód przepchnął i stał, w oczy mu twardo patrząc.

— Nie pora dziś na wielkie akcje strajkowe, pro­wadziliśmy i takie, prowadzić je będziemy dalej — mówił Paweł dobitnie i już też Grocholskiemu prosto w oczy, — ale w tej chwili z powodu zaostrzone­go kryzysu, strajki o podwyżkę są zgóry skazane na niepowodzenie.

Grocholski między ludzi ciasno wciśnięty, samymi ramionami wystrzelił w górę, chyba na znak, że chce mówić, aż się obsunęły rękawy i nad ludźmi trzęsły się szerokie ręce z twardym i podbrzuszami palców i mocno wrośniętymi paznogciami.

— To, co teraz? — zapytał głośno Wróbel.

— Likwidujemy strajk — odparł towarzysz Pa­weł. — Ustąpimy z godnością, zyskujemy skromne ustępstwa, ale zawsze są.

Już się wszyscy zbili w jedno, zalegli ulicę tłumnie, aż się tu i owdzie zaczęto spostrzegać, że tu więc idzie, nie żadne zwyczajne chodzenie na przerwę obiadową.

— Do roboty — zawołały głosy. — Likwidować strajk.

Leon widział, jak im światło płynęło do oczu, jak klaskali przy nim Ukleja, Niemczuk, Mazurski, jak im potaniała nagle własna krzywda. Już się z tych pięciu procent cieszyli, ci, co uchwalali walczyć o dziewięciogodzinny dzień, o piętnaście procent i dla honoru robotnika o zniesienie rewizji. Gorzko mu było w ustach, chyba z głodu.

Towarzysz Paweł mocnym, pięknym głosem wołał teraz:

— Dzisiaj sytuacja pozwala nam prowadzić pracę uświadamiającą pod względem politycznym. W Wilnie, w Sosnowcu były demonstracje, na których potłuczono lampki iluminacyjne.

Nagłym cudem twarz Grocholskiego, jakby wy­skoczyła w górę.

— Polityczną — zaharczał i wrzasnął straszli­wie — socjalpatrioci, — aż mu oczy wypłynęły na wierzch w cynobrowej twarzy, skrzywionej strasz­liwie.

Jakieś głosy pojedyncze przyświadczyły, utonęły w rykach, gwizdach. Ludzie rozdarli w tym miejscu gęstwinę, ukazała się czarna, ubita ziemia a po niej pięściami, kolanami toczony, potykał się Grocholski, ślepo rękami osłaniając głowę.

— Paszoł — krzyczał za nim Grot, co się maj­strowi M akulskiemu przymilał, ale i inni zewsząd krzyczeli: — Precz, precz. Nima strajku.

Leonowi zaszumiała w uszach krew pędzona wściekłością, zmęczeniem, głodem. Przedzierając się przeciw prądowi, własnemu towarzyszowi Pawłowi cisnął:

— Dlaczego strajk zdradzacie?

Aż mu ulżyła czyjaś pięść, co jak gwicht huknęła go w twarz między czołem i nosem, aż się polało cienką, ciepłą strużką z nosa, jak z odkręconego sła­bo kranu. Starł ręką i podniósł do oczu. Był kolor czerwony.

Z Wolskiej nadlatywali ludzie i krzyczeli: — Biją się.

Wnet się pokruszył tłum, ludzie w oczach wsiąka­li w bramy, w nieznajome podwórza i gnali ulicą. Grocholskiego zabrali Weber i Klimaszka.

Towarzysz Paweł nie uciekł. Stał, bardzo blady na tej swojej twarzy inteligenckiej i rozmawiał z tokarzem Wróblem. Oni jedni zostali. Nie patrzył na Leona, który długo trzepał spodnie i bluzę, aż się podnosiły smużki siwego kurzu z Młynarskiej ulicy. Już było po giełdzie.

Paweł rzekł coś do Wróbla, po tym w nagłym namyśle skinął Leonowi. Kiedy podszedł, zapytał su­rowo:

— Co to z wami dziś było, Łobziński? — Oczy mu płonęły.

Leon pięścią w pierś się huknął: — Siebie pytajcie — rzekł zapalczywie. — Czemu się ludziom dalej trzymać nie każecie? Co powiadacie, że strajkować nie pora, a politykę prowadzić trza. Przecie ten strajk to nasza walka…

Paweł niecierpliwie przerwał: — Dorosły, a jak dziecko. Nie rozumiecie. Dwadzieścia dwa dni do­syć, strajk nie miał widoku wygranej…

— Miał — rzekł ponuro Leon.

— Nie miał — przyświadczył Wróbel. — I prze­cież są ustępstwa.

Ustępstwa, Leon się skrzywił, jakby żółci nabrał w usta, a towarzysz Paweł mówił prędko, głosem nad podziw mocnym w swoich wąskich piersiach.

— Polityczna walka, Łobziński, o nic innego nie idzie. Ta Polska ludowa, którą wywalczycie, będzie broniła praw waszych.

Znajome te słowa gorące, a miłe tknęły Leona, ale ciężko mu jakoś było i samymi wargami tylko mruczał w odpowiedzi.

Na policzkach towarzysza Pawła zakwitły ceglaste plamy. Leonowi puchł uderzony nos i płonęły policzki. Tak gorzeli naprzeciw siebie swoimi racjami.

Niemczuk nawrócił się skądciś i pociągnął Pawła za rękaw: — Idźcie już lepiej, towarzyszu, stąd.

Paweł jeszcze ręką skinął Łobzińskiemu i poszedł spiesznie.

Leon zebrał się zwolna i ruszył w stronę, z której przyszedł przed godziną. Kolana powłóczyły jak szmaciane kikuty. Wszystko, co się działo, przecież znaczyło jedno. Że tamci nie chcieli strajku, że im nie był potrzebny, że znów od jutra miało iść po sta­remu, starym prawem, że fabryka górą.

Na Wolskiej dopędził go Duda. Jeszcze niektórzy nie odeszli i chodzili z odległości patrzeć, czy się już nic nie dzieje.

— No i co? — spytał ciekawie.

Miał w twarzy doły ciemniejące szorstkim zaro­stem, pod oczami cienie bronzowe i czarne. Cichy był człowiek, krzykaczy nie lubił, a czytać kiedyś nauczony, już prawie zapomniał.

— Ano, jutro do roboty — rzekł Leon zgryźli­wie.

Nos go bolał, aż oczy łzawiły, kołnierzyk mokro i gorąco oblepiał szyję.

Duda szedł obok i głową trząsł, aż się odezwał:

— Bo ty chłopie nie rozumiesz. Dwadzieścia dwa lata masz, do wyżywienia nikogój, jeszcze ci ojciec, czy matka dodają, a po drugie to myślisz, że ci fabrykę z dobrawoli podarują. Nie takie strajki pamię­tam. W piątym roku, oho, co obiecywali. No i co? Gdzie woda była, tam woda będzie. Nie wierzysz, to się jeszcze przekonasz, nie bój się. Zawsze oni moc­niejsi. Głód to ci bracie każdego skręci.

Ale Leon nie mówił już nic, bo i co takiemu? Szli tedy i w milczeniu deptali słońce ciśnięte na wybo­isty bruk Wolskiej.

----------------------------------------------------------------------------------------------------

Heniek wyleciał na podwórze, przystanął nad murem, zębami przyciął wargi, raz i drugi nosem po­ciągnął. Nie beczał, ale go dusiło.

Pod starym orzechem bawiły się dzieciaki. Któ­rejś z ostatnich zim drzewo zmarzło i połowa gałęzi sterczała odtąd czarna i uschła. Dzieciaki pod niem zmieniały się co roku. Tylko całkiem małe od czasów łażenia na czworakach zacząwszy, przez pa­rę lat w rozmaitych porach jednakimi imionami na tę samą melodię bywały wołane.

— Kazio na obiad. Maniek do domu.

Odchodzili po tym do szkoły, albo przeprowadzali się i tylko potrochu jeszcze przychodzili, tak do dwu­nastu, trzynastu lat, kiedy dorastali całkiem.

Jeszcze tamtej jesieni było ze czterech, co trzymali razem z Heńkiem sztabę, a teraz on sam się kręcił, wyrośnięty, chudy, na zero ostrzyżony. Szło mu na czternasty rok. Tamci już mieli robotę. Latał tedy, gdzie chciał, nie wiedział do czego się brać i zły był, że matka jedno tylko potrafiła wymyśleć, że szkoły dosyć.

Tak było do dziś.

Parterowe okna naokoło miały zakurzone, nagie szyby. Na piętrze błyszczały czysto, zasłaniały się zielenią i firankami. Na dole otwierały się mało kiedy, nawet w letnią spiekotę.

Na rozciągniętych sznurach wisiały nieruchomo w upale bezwładne kształty rąk i nóg schnącej bielizny.

Z prawej strony trzy okna parteru należały do magla. Józek, Heńków rówieśnik już od jesieni dostał się tam na pomocnika. Kręcił korbą i chodził z po­wrozem po kosze. Na stole nawijano bieliznę i Heniek przez okno widział jak się korba podnosiła ze zgrzytem i ciężkimi obrotami popychała wielkie wal­ce. Spojrzawszy widziało się głowę Józka. To chybotliwie zjeżdżała w dół nad ramionami zaciśnięty­mi na żelaznej łapie korby, to gdzieś z dołu wynurzała się gwałtownie, żeby znów runąć w doł, wciąż po obwodzie koła kreślonego czarnym żelazem kor­bowej osi.

Heńkowi chciało się spróbować choćby takiej ro­boty. Poradziłby też.

Drugie okno w drobną, fabryczną kratkę szybek było od ramiarza. Wicek, z którym Heniek chodził najdłużej, siedział tam teraz i podsuwał ojcu klejo­ne, cienkie listewki ram. Nie wiedzieć czemu to ok­no nie otwierało się nigdy. Kiedy zaś czasem Wicek pchnął lufcik, zaraz w pobliżu, ciągnął na podwórze gęsty, trupi zaduch stolarskiego kleju i jego stary krzyczał:

— Zamykaj okno, bo cug.

Tak już Heniek od trzech tygodni, kiedy się skoń­czyła szkoła, był sam i choć na książce czytał lepiej niż inni, choć się już niejednego nasłuchał, o czym im się nie śniło, teraz swoim próżniactwem zepchnię­ty, został poniżej ich pracującej dorosłości i na dy­szącym spiekotą podwórzu obijał się między platfor­mami i rozgrzaną pstrą pościelą, rozwaloną na drewnianym trzepaku.

Czatował coraz na któregoś z chłopaków, na Wic­ka, na Józka, żeby pogadać choć chwilę. Aż się nagle odmieniło.

Matka już od wiosny chodziła z Heńkową sprawą koło Błaszczyka. Chłopak miał czternasty rok i nauk dosyć, najwyższy czas było myśleć co dalej. Zdolny był, czytał jak ksiądz. Klimcia chciała, żeby się z czasem do kolei dostał. Wyuczyłby się czego trzeba. Ale Feliks od starej historii prasowaczki, najwięcej złości wyniósł na Heńka. Chłopak mu się wtedy odgryzał jak pies i schodził z oczu. Wyśmiał się więc odrazu z tych planów.

Taki do kolei? Akurat by go wzięli. A jak papiery będą oglądać to co zobaczą? Że ojciec był zsyłany. Potrzeba im takich, co?

Czarne oczy zapalały mu się wtedy złością nie wiadomo do kogo, do Heńkowego ojca, czy niego samego. Stanął szeroko przed Klimcią:

— Oho, już go bierą, jeszcze i mnieby się przysłużył.

Heniek słuchał zgarbiony i nie odzywał się. Mat­ka zaś trzęsła głową. Włosy jej jakoś poszarzały, mia­ły kolor starej, wyblakłej słomy. Z „baranków” zo­stał kok gruby ale nieduży. Przecie, że Feliks miał rację.

Tej soboty Błaszczyk miał wolne, wrócił wcześnie i od południa grał w karty ze swoim ciotecznym Bie­gańskim.

Biegański miał twarz czerwoną, z wyraźnymi dziurkami w skórze, z porowatym nosem i grubymi, jasnymi brwiami. Wiodło mu się nieźle, jak mówiła mama, miał sklep w Halach, ale był skąpy i cyganił w kartach, kiedy mu już zanadto nie szły. Walili w stół wykładanymi kartami, aż się trząsł i rozsypywa­ły się kupki miedziaków.

Maniek zaglądał ojcu przez ramię, bo wszystkie­ go był ciekawy, a Tolek w kącie mamie w praw nie obierał kartofle.

— A ten jak wyrósł — zaśmiał się Biegański i palcem pokazał na Heńka. Zęby miał pokruszone, zielonkawo bronzowe i gruby śmiech.

Mama zaraz zaczęła swoje: — Pewno, że wyrósł. Pora mu już co znaleźć, wybyście nic nie wiedzieli, panie Antoni?

Błaszczyk spojrzał zukosa, a Heniek postanowił iść na podwórze, ale niespodzianie Biegański ścisnął wachlarz kart, zmarszczył malinowy, krótki nos i skinął Heńkowi.

— Chodźno tu, te.

Przyjrzał mu się dobrze, Heniek nogę cofnął, bo w bucie miał dziurę. Biegański spytał:

— Rachować umisz?

Nim jednak Heńkowe „umiem”, ktoś usłyszał, mama skoczyła po kajety leżące na komodzie, przyniosła i chciała położyć na stół, aż się Feliks skrzywił gniewnie:

— Gdzie? Gdzie toto pchasz, na karty?

Ale Biegański otworzył zeszyt krótkimi palcami, poślinił, poważnie przewracał kartki i oglądał długie słupki rachunków.

Heniek stał wciąż ze spuszczonemi rękami. Niech­ by tylko nie wziął, myślał i zarazem bał się, jak to będzie, kiedy ów powie, że nic.

Biegański oddał mamie zeszyt i rzekł zwolna: — No, to może wam wygodzę. Wziąłbym pomocnika, bo przepędziłem tamtego. Tylko, że u mnie trza ro­bić. Wisz, gdzie mój sklep, w Hali, trzeci od rzeźników, nazwisko zobaczysz. Możesz jutro być zrana na ósmą. Może się nada — rzekł do mamy.

— Co się nie ma nadać — rzekł Błaszczyk wesoło — Ucz go, jak nas uczyli. Jak głową nie ruszy, to skórą spamięta.

Biegański śmiał się pniakami zębów, a matka szep­nęła Heńkowi cicho — i mocno pchnęła łokciem: — Podziękuj, nie słyszysz, że masz jutro przyjść?

Heniek nogami zaszurał, nachylił się, a tamci dwaj przyglądali mu się ze śmieszkiem. Domyślił się, że niedobrze dziękował, ale nie poprawił.

— Niemrawy troszka — powiedział Biegański i wyłożył kartę.

— W domu tylko taki — zapewniła Klimcia gorliwie.

— Ćterdzieści — powiedział Feliks i zapytał: — Wikt przecie będzie mieć?

Biegański skrzywił się : — No dam mu, dam. Ale na początku to taki więcej zmarnuje, jak zarobi.

Heniek za czapką już patrzył pocichu.

— Gdzie idziesz? — spytała mama — spokojnie, ale spojrzała złym okiem.

— Na Wolskiej cyrk jest, to popatrzę sobie — skłamało się łatwo Heńkowi.

— A pieniędzy masz? — spytał Biegański i znów mu się przyjrzał. W źrenicach błyszczało mu żółto.

— Ja tylko tak zdaleka — rzekł Heniek i ukłonił się głęboko.

— Tata ci da pieniędzy — powiedział jeszcze Biegański i zaniósł się śmiechem.

Śmiech rozsypał się po izbie, po stole, zadźwięczał znów miedziakami. Był tam twardy śmiech Błasz­czyka i tłusty Biegańskiego i mamy niegłośny, cien­ki. Heniek zobaczył jak Tolek podniósł twarz od kar­tofli i patrzał ciekawie, po tym wymknął się sam do sieni.

Wówczas go właśnie chwyciło za gardło. Pożało­wał nie wiedzieć czego, choć się przed tym sam rwał do roboty, ta mu się wydała najgorsza, dni się snuły jakieś ciężkie w myśli pod tymi żółtymi oczami. Raz się jeszcze od podwórza obejrzał na okna i zachciało mu się uciekać stąd, daleko, żeby się wszystko uło­żyło inaczej, nie tak zwyczajnie.

Jedno było tylko takie miejsce. Nie chciało mu się myśleć o tych, tu, o Błaszczyku, o Tolku, co już miał osiem lat, a nie czytał, nawet o mamie, o Biegań­skim, o którym mówili dawniej, ze ścierwo. Żal mu było czasu, co się od jutra miał stać cudzy i przez drewnianą, skrzypiącą bramę, nie oglądając się na podwórze, wyleciał, żeby póki pora jechać na Targówek. W kieszeni miał od mamy parę kopiejek.

Na ulicy, przed bramami domów tkwiły ukośnie drzewce chorągwi. Trójbarwne płótna opadały mięk­kimi płachtami. Sprane deszczem kolory niebieski i czerwony zafarbowały bladymi plamami środkowy biały pas. Wysoko, nad chorągwiami wisiały lampki iluminacyjne i połyskiwały kolorowymi szkiełkami szybek.

Pierwszy spotkany policjant miał hełm galowy i białe rękawiczki. Heniek, wiedział z domu

od ojczyma, który się znał na wszystkich tabielnych dniach, że się dziś świętowało imieniny carycy Anny Teodorówny.

W śródmieściu stróże i kamienicznicy pilnowali uważnie owych galówek. Na Lesznie, przy setnych numerach mało co się widziało, ale bliżej do Tłomackiego tu i owdzie w księgarni widniał dwugłowy czarny orzeł, taki jak na guzikach uniformu Błaszczyka.

Ruch był żywy, sobotni, sporo ludzi ubranych powszednio, kobiety z koszykami. Już pootwierano sklepy zamknięte w czasie parady. Nad bramami tylko powiewały chorągwie obco, świątecznie, całkiem nieprzynależnie do powszednich spraw tej spieszącej się ulicy.

Kiedy Heniek jechał tramajem w stronę Pragi, przeszedł ulicą pochód wojskowy z orkiestrą. Pa­rę kroków za nimi maszerowały w takt obdarte dzie­ciaki. Heńka zdjął gniew na nie, że za tą ruską muzykę latały.

Dopiero kiedy wysiadł na Targówku, uczyniło mu się weselej. Lato tu było prawdziwe, wysoka, soczys­ta trawa na podwórkach za płotami, drzewa nie miej­skie, rozłożyste, zielone, powietrze pachniało i płynę­ło w piersi, rozpychało je. Heniek wędrował żywo. Chciało mu się co prędzej otworzyć nizkie, lekkie drzwi.

Gdy je pchnął, zobaczył izbę całą w jasności leją­cej się przez świeżo umyte szyby. Firanka była zdję­ta. Stary siedział w domu, a Leon przy nienakrytym stole golił się w małym lusterku, opartym o blasza­ne pudełko. Stary ucieszył się, wstał, po ramieniu go klepał i kazał siadać. Wtedy Leon podniósł głowę i Heniek aż się cofnął.

Policzki Leona były zamazane puszystą, białą pia­ną, zaś między nosem a czołem rozlewała się wielka plam a żelazista, sino zielona ku brzegom. Wyglądało to jak cień dużej pięści…

— Żandarmy? — spytał przerażony, już osłuchany z historiami bicia, ale Leon na to głośno, grubym śmiechem.

— Nie, swoi. ,

Niewiadomo było, czy to żart i Heniek milczał. Niebardzo lubił tego Leona, bo go się tylko pytał, czego się uczy, a co robi, dużo surowiej, jak tramwajarz Wicek, już nie mówiąc o starym. Zresztą najczęściej tylko się przywitał, pożegnał i więcej nie patrzał, choć sam wszystkiego miał ze dwadzieścia lat. .

Stary jednak dziś pilnie chodził koło Leona i dopytywał się:

— Pójdziesz gdzie, Leoś?

Leon odpowiadał wciąż pochmurnie: — Z tą śliwką, gdzie pójdę?

Później znów ojciec wyrzekał, że Leon prędki i nigdy o niczym nie pomyśli spokojnie, tylko się pali, a on odgryzał się ostro, głośniej niż kiedyś bądź, bo u Łobzińskich nie krzyczeli zazwyczaj. Że ojciec przyzwyczajony zawsze słuchać, co zgóry i sam nie pomyśleć, a on na swój rozum chce.

Więc znów stary, żeby zimnej wody na siniak przykładać, ale Leon z wykrzywionymi ustami zgarniał grudki poszarzałej piany i mruknął tylko:

— Niech już tata da spokoj.

Ciotki nie było dziś w domu i Łobziński sam dokładał na ogień. Pociągnął Heńka bliżej kuchni i kazał mu opowiadać. Chłopak zaczął po kolei od po­czątku, jak w południe przyszedł Biegański, ale sta­ry wciąż był zasępiony, marszczył się, wyglądał mi­zernie i Heniek spostrzegł prędko, że niebardzo słu­chał.

Wtedy w sieni ozwały się głosy, Leon położył nożyk, drzwi się otworzyły szeroko i weszli dwaj mło­dzi mężczyźni. Śmieli się od progu, wołali: jak się masz, a Leon odmieniony poskoczył do nich i trząsł mocno ręce na powitanie.

— Jak się masz Ogórek, Moniek.

Stary też się rozjaśnił. — To kolegi z fabryki, gdzie dawniej robił — rzekł Heńkowi i podszedł się witać.

— Pan Ogórek zawsze wesoły — uśmiechał się pod obwisłym, żółtym wąsem i papierowe policzki ułożyły się w cieniutkie, drobne plisy.

Oni zaś hałaśliwie, ze śmiechem siedli przy stole i jeden przez drugiego pytali o strajk, o robotę. Słu­chali, pięścią w stół i po kolanach walili i wykrzyki­wali.

— Cholera.

Ogórek miał twarz okrągłą, bronzowe piegi i per­katy nos, górna warga odwijała się nieco, pokazując mocne, żółte zęby w częstym śmiechu. Spodobał się Heńkowi odrazu. Drugi był mały, krępy, miał czarne, kręcone włosy i ciemne oczy pod szeroką, rozczapierzoną brwią w bladej twarzy.

— Chyba Żyd — dziwił się Heniek niezmiernie, bo choć na ich ulicy było żydów sporo, mieszkali, pracowali w sklepach, w piekarni, choć rozmawiało się z nimi, nie bywało przecież, żeby jak goście przychodzili do mieszkań.

Tamci zaś cieszyli się sobą. Ogórek postawił na stole małą flaszkę zielonkawej monopolki i kawał su­chej kiełbasy. Leon wyciągnął chleb i małe, grube szklanki.

— Słyszeliśmy o strajku — powiedział Moniek — tyle czasu trwał.

Leon zaś znów od początku o tym, jak z ludzkiej winy przepadło, jak się zbierali, jak rozmawiali i że mu się dziś życie przykrzy, bo z takimi to jaka nadzieja?

Ale Ogórek nalał szklanki i powiedział do starego:

— No, panie Łobziński, na lepszą poprawę.

Stary przysunął też Heńkowi i wypili. Leon i Ogórek łyknęli na raz, a Moniek wolno z popijaniem.

Leon zaś wciąż w kółko: — Gdyby wytrzymali, toby było.

Moniek podparł się żylastą ręką. Mówił po polsku nieźle, ale Heniek dałby głowę, że to żyd.

— Przecie wiesz, że dziś ciężko — powiedział. — Partie, co były to się rozsypały, jak zaczęli w ós­mym, dziewiątym roku na siłę gnieść. Ludzi dziś tyle co nic. Niech się tylko potrochu zbiorą, żeby poprowadzili, toby się przecie dostało i ośmiogo­dzinny dzień i warunki lepsze. Powiadają, że po pią­tym roku wszędzie było lepiej.

— A jakże — zapalczywie skinął stary.

Leon nie mógł się wyzbyć ponurości:

— Rozmawiałem ostatnio z takim jednym od nas, esdekiem, Grocholski, porządny chłop. Co, po­wiada, po takiej robocie, napadną na cyrkuł, na pocz­tę. Ludzie myślą często, że to zwyczajni bandyci, a co inszego jest nasza walka o warunki, jedna z ca­łym pracującym światem.

Moniek żywo zamachał rękami, zagadał o rozświecaniu ludzi, żeby rozumieli, co się dzieje, że to najważniejsze, żeby rozświeceni byli. Żydowskie, chrypliwe „r” bulgotało mu gorąco w gardle.

— A już ze wszystkich — powiedział — najgo­rzej żyją nasze. Byle co zje, pomieszka kątem w brudzie, nic mu nie trzeba, znaczy się proletariusze tacy są, bo inni, no to się przecież wi, całkiem inaczej.

Tylko jeden Ogórek nie dopuszczał posępności. Wlał resztę z flaszki w swoją szklankę i wypił ze starym. Sypał też historiami. Jedna była o takim, co do cara chciał pisać, żeby go z sołdatów zwolnili, bo sam jeden ślepego ojca żywił.

— Podanie chciał pisać — opowiadał Ogórek i górna warga odwinęła mu się zaraz — tyIko nie wiedział, jak się do cara pisze i radził się każdego. A ja mu powiadam, ja wiem, ale to będzie krótko. Może być? A on, owszem, powiada, nawet dobrze krótko. Więc ja jemu no to to pisz: sukinsynie.

Czekał aż się zaśmieli i razem z nimi najgłośniej śmiał się, tylko Moniek oczami mrugnął: — Albo to prawda?

Aż pojaśniało w izbie od tej wesołej zuchwałości. Już naraz wszyscy odmienieni samo dobre pam ięta­li, a to, co opowiadali, było takie, że się chciało gdzieś lecieć, coś wołać. Poczerwienieli na twarzy, rozgada­li się. Nawet stary Łobziński przysunął się do stołu i swoim zwyczajem, zaplatając ręce z wydatnymi kostkami, powiedział:

— Rozmaite były czasy. Był piąty rok, szósty, dodawali wszędzie, byli robotnicy górą. Później znów się odmieniło, ludzi pozabierali, za byle co brali w areszty, nawet gazetki nie przychodziły. A znów jak w zeszłym roku skrzyknęli na strajk, bo w katordze naszych mordowali, kiedy Matros się za­bił. Nie znacie go, bo to nie za waszych czasów. Ten Matros — szybko mełł teraz — Puchalski się nazy­wał, tu go dobrze znali na Woli, parę ich się miało strzelać, żeby na świat cały dać znać, jak tam męczą, to i on się zastrzelił. — Powtarzał raz już mówione słowa, oczy mu pobłyskiwały w bladych obwódkach pomarszczonych powiek. — Wtedy strajk ogłosili, polityczny. To wiecie, ile strajkowało?

— Wiemy — powiedział Ogórek — ale w naszych stronach to niedużo.

Stary jakby się liczbami upił, trzy razy z rzędu rzekł: — Więcej jak piętnaście tysięcy ludzi. Pol­skie i żydowskie nawet. Dwadzieścia sztandarów wy­wiesili, a Wola pięć żałobnych. A ja tego Matrosa widziałem, słyszałem, jak mówił, jak pana słyszę — powiedział do Ogórka, który siedział koło niego i słu­chał. Górna warga przykryła mu nareszcie zęby.

Cały Biegański ze sklepem gdzieś przepadł i nie było go, żadnych izb nie było z bielonymi sino ścia­nami, ważność sama rozsiadła się szeroko, sztanda­ry nie widziane nigdy wisiały nad miastem, dwa­dzieścia sztandarów czerwonych i czarnych żałob­nych pięć.

Heniek wstał niechętnie, bo już była pora iść, zawsze blisko godziny trwała droga. Nieoczekiwanie z nim razem ruszyli się tamci dwaj. Że też mają dale­ko i już pora. Zaczęli się z Leonem umawiać tak dłu­go, że już Heniek szurgnął nogam i i chciał odcho­dzić. Ale Ogórek zawołał za nim: — Już, już, my też do miasta.

Leon miał ich odprowadzić do tramwaju. Stary, wyszedł za nimi aż do sieni, już znowu był jak zawsze małomówny, garbił się i tylko powiedział do Heńka:

— Przychodź częściej.

Przez chwilę szli wszyscy razem w jednym rzę­dzie, Heniek z nimi, ale nic nie mówił, tylko się przysłuchiwał. Później tamci dwaj weszli do sklepu, i został sam z Leonem. Leon rzekł: — Ogórek w two­ich stronach mieszka, razem pójdziecie.

Nasępiony był czegoś. Kto przechodził przyglądał się sińcowi, on zaś patrzył uważnie teraz na swój but w jedno miejsce, tam, gdzie zelówka odpruwała się od przyszwy.

— Ten Moniek to żyd, nie? — spytał nagle ma­ły Żelazko.

Leon mu żywo burymi oczami zaświecił w źrenice, siniec nad nosem rozlany ciemniał ponuro.

— A żyd. To co?

— Nic — pokręcił Heniek głową, bo zły był, że Leon udaje. Przecie, choć to objaśnić było trudno, musiał wiedzieć, że to jest coś. Ale tak i już był Le­on zawsze.

On jednak nagle, jakby namyśliwszy się, powie­dział cierpliwiej.

— Tak samo robił jak my, w tej samej fabryce. Tym co pracują, wszystkim jednakowo świecą.

Dopiero, kiedy Ogórek i Moniek nadeszli, zrobi­ło się znowu wesoło. Rozmawiali jak to dorośli o świństwach, ale nie paskudnych, tylko śmiesznych, Heńkowi zrobiło się gorąco. Ogórek wziął go za ucho i roześmiał się: — Jak ten słucha.

Przestali tedy o majstrowej Jadzi, a zaczęli o swoich maszynach, przy których robili.

Jasność dnia już się powlekała lekką mgiełką, zie­mia tu pachniała ziołami, mocnym, niezna­jomym zapachem. Pojedyńczy wagon tramwaju, któ­ry nadjechał, już świecił wielkim, bladozłotym okiem latarni.

— To jest prawda — powiedział Ogórek do Le­ona. — Każdy woli w swojej gnojówce żyć, żeby się ino nie ruszać. A ja, to jak ty, dobra, żyć, ale że­by wartało, po ludzku.

Po tym rękami machali na pożegnanie z otwarte­go, bez szyby okna. Moniek prawie przez pół się wychylił i jeszcze wołali za nim, a później patrzyli, aż się odwrócił i zaczął iść w stronę parterowych domków Targówka.

On zaś, ledwo śmiech Ogórka roztopił się, poczuł znów przygnębienie. Od dzieciństwa karmił ich obu ojciec sprawą. Mało gdzie było jak u nich. Nie cho­dził stary wypić, żywił się gadaniem. Zawsze szedł, gdzie trzeba i cud prawdziwy, że mu się nic, ani razu nie przytrafiło.

W nich zaś, od owych ojcowskich spraw i gaze­tek, wzięła się gotowość i wieczne czekanie. Jeszcze za życia matki bywały dni, kiedy niecierpliwie, godzinami czekało się na ojca, a później czasem i w no­cy z naftową lampą ciotka chodziła święcić do sieni, bo jej się zdawało, że już idzie. Po tym wracał i znów opowiadał, o czym się mówiło.

Aż w Leonie zapłonęła niecierpliwość. Prędzej żeby odmienić to życie podłe, wiecznie jednakie, bez nadziei na coś lepszego, zawsze ściśnięte między kopiejkami na żarcie, na komorne, na buty, niczego się nie spodziewające z ciężką robotą powszednich dni z markotnym czasem rzadkich świąt.

Zło było wiadome, dobro jednak ledwo w myślach nabierało niejasnych kształtów.

Lata szły. Nagle przy tym strajku przybliżyło się, Leonowi wyrosła nadzieja, że ta sprawa niewielka, a taka ważna, będzie pierwsza, co się uda.

Nie udało się wszakże. Ojciec powiadał, że nie ta­kie się rzeczy przeżywało. Leon myślał gniewnie i gorzko, że stary tak też przeżył życie na czeka­niu, bo ile mu tam zostawało?

Chłopaki z fabryki Frydmanu, z którymi robił rok i zaprzyjaźnił się, choć rozumieli się zawsze dobrze, dziś nie wiedzieli, o co mu szło. Przegrany strajk, szkoda, powiadali, ale mówi się trudno. Jakże im rzec, że po myśli Leona było inaczej? Że się chcia­ło za bary wziąć z wrogą niezmiennością spraw świata, ale one nie ruszały się i spokojne, uparte przygniatały wiecznym ciężarem.

Jaką tą siłą trzeba było iść i czy był jaki sposób, żeby ruszyć tę ludzką, zatajoną siłę, co przecież była, była.

Ale słowa przewalały się przez myśl samymi obrazami, sobie tylko zrozumiałymi skrótami, których nie chwytały obcęgi prostych słów i nie rozumiał drugi człowiek, jakby już nikt nie myślał podobnie, jakby nie było wcale dwuch podobnych ludzi.

Leon przystanął. Miejsce między nosem i czołem wciąż jeszcze było obolałe. Nie chciał iść do domu między ojca i ciotkę, co już pewnie wróciła. Żeby Helka Wójcików była w domu, tobym na nią krzyk­nął, pomyślał, bo na górę nigdzie mu się nie chciało pójść z tą granatową śliwą.

Skręcił więc w bok między pobielone płoty z de­sek, szeroką dróżką. Bocznice były tu jeszcze całkiem bez bruku, bez kamieni, zwyczajne polne, zarastają­ce trawą, pachnące wieczorną rosą ścieżyny. W oknie u Wójcików nie świeciło się, ale z ławki przed domem doleciały wesołe głosy. Tam siedzieli wszy­scy.

Leon przystanął za krzakami, gdzie zaczynał się płot i zagwizdał pięknie, przeciągle i nawołująco, jak to umiał. Ale nie jeden głos Helki, tylko wszystkie razem zapiszczały, zaskrzeczały, huknęły głośno i wesoło:

— Do nas tu, panie Łobziński, Leon, Leon.

Podszedł więc ku nim.

… Tamci zaś we trzech dojechali na Plac Teatral­ny. Dalej nie szedł ich tramwaj.

Kiedy wysiedli, mrok ulicy zbłękitniał już zupeł­nie, latarnicy długimi k ijami sięgali latarni i złoto-żółte serca płomieni usiłowały szeroko ciskanymi smugami światła przeniknąć granatowy cień.

Przystanęli na chwilę, żeby się pogapić. Przed teatr zajeżdżały dorożki i powozy, przystawały sznu­rem z boku, lub odjeżdżały z tętentem przypomina­jącym pluskanie. Wielkie okna Teatru jaśniały blas­kiem, kamienne frendzle filarów obrębiały strojnie frontową ścianę. Górne płaskorzeźby powlokły się już gęstym cieniem. To Moniek chciał tak najdłużej stać i gapić się na znajomy, a przecież obcy Wielki Teatr, rozrosły szeroko dumnym masywem.

— Patrzaj, patrzaj — kręcił wciąż głową i ob­chodził zdaleka gmach.

— No, co jest — rzekł wreszcie Ogórek, idzie­my?

Twarz Mońka z wysuniętymi naprzód bladymi wargami miała wyraz gapiowatości.

Z powozów wysiadali ludzie, kobiety w szalach na włosach, mężczyźni z wilgotno połyskującymi cylindrami. Heńkowi ciekawie było patrzeć zrazu, ale po tym znudziło mu się.

Ogórek ręką zatoczył półkole, obcasami zakurzo­nych butów stuknął mocno i uniósł ramię Mońka wysoko, jakby go chciał prowadzić.

— Pani szanowna — rzekł, wiodąc go ku teat­rowi.

— Idź do cholery — burknął Moniek rozśmie­szony, a Heńkowi błysnęły oczy. Ech ten Ogórek, sama z nim była uciecha.

— No co, teatru nie widziałeś? — spytał Moń­ka, pokazując ręką wielką, kamienną jasność, wy­rastającą z granatowego mroku, wysoko ponad domy i latarnie ulicy.

— Ale w środku byłeś? — Moniek na to pół gniewnie, pół wstydliwie ze śpiewnym pytaniem.

— Ni hrabio, w śroćku nie. Postój, może cię za­proszą — rzekł Ogórek.

Ruszyli tedy, bo już robiło się późno. Moniek nie mówił nic, Ogórek zaś zcicha pod nosem gwizdał posępnie. Heńkowi od tego gwizdania i spochmurniałej twarzy młodego położył się na piersi żal jakiś i strach o późny powrót do domu.

Na rogu Senatorskiej Heniek odwrócił się jeszcze raz. Teatr bielał zdaleka pięknie i tajemniczo.

Jak tam naprawdę może być we środku, pomyślał Heniek i zamajaczyło mu niebiesko, bordo i złoto jak na najstrojniejszej karuzeli. Moniek pochwycił oczami jego spojrzenie.

— Ładnie,co? — spytał, ale Heniek tylko niewyraźnie pokiwał głową.

Dalej na Senatorskiej była piwiarnia. Za szybą le­żały śledzie i kotlety na półmisku.

— Wejdźmy na jednego — rzekł Ogórek — tak mie sparło w dołku — i pociągnął Heńka — ty też, mały.

— Ale jednego i na stojący — zastrzegał się Moniek. •

Naprawdę na stojący wypili, zagryźli ogórkiem i chlebem. Heniek też dostał i jadł ten chleb żarłocz­nie, zdawało mu się, że nigdy jeszcze nie miał w ustach takiego smacznego. Ogórek już sam pił drugą angielkę.

— Siup, cyk — wołał i płyn wesoło bulgotał mu w gardle.

Moniek dostał na twarzy okrągłych, palących wy­pieków. Heńkowi dali piwa z mięciutką, słodką pianą. Radość rozsadzała go teraz. Jeszcze nig­dy nic nie było takie dobre, nigdy nie stał w knaj­pie pod bufetem jak dorosły, od środka, pod kolorowymi etykietami flaszek, nigdy mu nie było tak wesoło jak dziś.

Wyszli nareszcie. Ogórek rozpytał się Heńka, gdzie mieszka. Mieli pójść wszyscy razem do Żelaznej. Heniek ośmielił się i sam opowiadał teraz, jak to ojczym Błaszczyk rosyjskie święta umie na pa­mięć i wylicza, które urodziny impretarycy, a które rocznica domu Romanowych.

Oni zaś śmieli się, drwili i słuchali go jak równe­go.

Ulice otwierały się przed nimi szerokie, pełne spa­cerujących. Heniek nadążał łatwo krokom dorosłych, nogi niosły go lekko. Zachciało mu się nawet od jut­ra robić w sklepie Biegańskiego. Wszystko nabrało łatwości.

Nad bramami wciąż jeszcze chybotały płachty chorągwi i za kolorowymi szybkami latarek paliły się tajemniczo knoty i świeczki nikłym, ale nieustan­nym płomieniem.

Ogórek powiedział porywczo z górną wargą ściąg­niętą wreszcie w dół.

— A ten Paweł dobrze Leonowi powiedział. Najpierw te pójdą precz, — pokazał na lampki — wtedy to się wolność zacznie.

A Moniek na to: — Pewno. Żeby się zaczęło, że­by rozświecić ludzi, że mają walczyć, znaczy się, że ma być Polska, jak to mówią z demokracją. — Znów chrypiał swoim „r”, mówił teraz gorzej po polsku, może dlatego, że te trudne słowa wyszukiwał.

Uszli ze dwa rogi, aż ich Ogórek ścisnął za ramiona.

— Wicie, jabym raz, dwa, natłukł im trochę tego. Wszędzie powiadają, teraz tak robią, żeby poka­zać, że jesteśmy, że niedługo ich już tutaj. Co? Tam dalej to ludzi mało. — W try miga zwiejemy.

— We dwuch — skrzywił się Moniek — dużą kupą to tak można.

Ogórek aż się zaczerwienił. — Masz pietra. To nie trzeba — rzekł wściekle.

Twarz Mońka, żółtawa z rozsianymi na brodzie pryszczami, zalała się gęstym cynobrem. Zatrząsł się i rzucił:

— Mogę już.

Ogórek, jakby skrzydeł dostał, uniósł ich prawie z obu stron pod pachy.

Jeszcze się nigdy tak radośnie nie szło Heńkowi po ulicach. Domy wyglądały odświętnie i już okna zaczynały jasnymi prostokątami świecić w niebies­ki wieczór.

Przy Elektoralnej, za Białą budowali dom. Suro­we, czerwone cegły rosły w górę zrębami ścian. Kupy piasku i gruzów rozkładały się naokoło. Tam nieznacznie jeden po drugim napchali sobie kieszenie. Uszli jeszcze kilkadziesiąt kroków. Zaczynały sięcichsze ulice.

— Tu chyba najlepiej — rzekł Moniek.

Jedną rękę miał pustą, w drugiej garści trzymał kamień. Heniek zrobił tak samo.

— Idź ty naprzód — szepnął Ogórek — a mały ze nami i uważajcie, gwizdnąć, jakby kto szedł. A my jak ciśniemy, zaraz każdy sobie oddzielnie w bok skręcać do Ogrodowej, tam pusto i ciemno jak w garku.

Płachty chorągwi wydęły się szeroko na wietrzu, który płynął teraz ulicą jedwabisty i ciepły. Już ko­lorowe pasy wyglądały jednakowo ciemno. Latarki przeświecały z wysoka czerwono i żółto.

Moniek poszedł naprzód. Ogórek obrócił się do Heńka i jego bure, małe oczki świeciły się jak u kota wesoło i sprytnie. Górna warga odwinęła się zupeł­nie, aż do dziąseł.

— Idź ty z tyłu — szepnął Heńkowi i czekaj jak gwizdnę, a najlepiej, jakby się zlecieli zaraz, nie wiej, tylko sam patrz co się dzieje, jakby nigdy nic i mo­żesz do domu dymać.

Tak się Heńkowi wydał jak dowódca, kiedy roz­błysnął swoim planem poczętym z wesołego zu­chwalstwa, z niecodziennej zadzierzystości, śmiały i dobry, niespotykany.

Dużymi krokami poszedł naprzód, zostawiając Heńka. Chłopak nie czuł wcale strachu, było w nim tyl­ko czekanie, niecierpliwe, niespokojne, ale nie bojaźliwe.

Łowił uchem szmery ulicy. Słyszał dalekie kroki, turkot jakichś kół, gdzieś w górze zamykano okno z suchym, dźwięcznym brzękiem. Zwolnił kroku nie­daleko latarki, nad bramą. Ze dwadzieścia parę kro­ków przed nim czerniały, bystrym okiem chwytane, zaokrąglone barki Ogórka.

Cienki, niegłośny gwizd przeszył powietrze. Za nim trzask, jeden, drugi, trzeci. Szklane bryzgi po­sypały się cieniutko z przeciągłym brzękiem. Po bruku zaczęły iść kroki bardzo prędko, po tym biegiem, jedne kroki, wiele, cały galop ludzkich stop.

Heniek szedł według rozkazu naprzód, przełykał ślinę z trudnością, serce biło aż bolało. W uszach szarpnął czyjś krzyk, pocierano zapałki, biegnące kroki przemykały obok. To z bram chyba wysypali się ludzie, których przed chwilą nie było wcale. Heniek skoczył za innymi. Przed nimi daleko, dobrze widoczni biegli pędem dwaj schyleni mężczyźni.

Do pościgu przyłączyły się nowe, wydarte z mroku postacie.

— Co jest? Co zrobili? — pytał ktoś Heńka.

Pod stopami w biegu kruszyło się cienkie szkło, wiatr łopotał furkocząco płótnem chorągwi.

— Nie wiem — odpowiedział Heniek nieprzytomnie i zwolnił kroku.

— Bandyci — krzyczała baba w chustce, pcha­jąc się naprzód.

— To rewolucjoniści — rzekł jakiś mężczyzna w palcie.

Długie szynele żandarmów zamiotły kamienie bruku. Biegli pędem. Heniek poczuł ściskanie w su­chym gardle. Dogonią, przeleciało mu przez myśl. Ostre gwizdy przeszyły powietrze.

— Stać — krzyczano już zewsząd — stać!

Po tym huknęło całkiem blisko, niezbyt głośno, ludzie odrzuceni, jak przegarnięci ręką, rzucili się w tył. Ledwo Heniek oparł się w jakimś pustym miej­scu, nawrócił i poszedł poprzednią drogą wzdłuż murów domu. Ludzie też, już wstrzymani w odwrocie, zaczynali pojedynczo wysuwać się, wracać, z cie­kawości, co się stało.

— Jednego złapali — powiedział ktoś, a później drugi pan w binoklach:

— Dwuch, dwuch.

Jeszcze wciąż gwizdano. W odległości kilkunastu kroków od dużej, ulicznej latarni, przy samej Żelaz­nej wstrzymywano gapiów i tylko pojedyńczo wolno było przechodzić. Oglądano każdego zbliska. Heniek zmiękłymi nogami szedł naprzód, przepuścili go. Chciał minąć prędko pas obstawiony policją, ale nie mógł skryć oczu. Spojrzał. Pod latarnią jeden trzymał Mońka bez czapki, potarganego z rękami wy­kręconymi do tyłu. Twarz mu jakby spuchła, tak przynajmniej mignęła Heńkowi. Dyszał krótko i ciężko. A niżej, całkiem nisko na szarych i rudych kamieniach, kiedy tam spłynęło struchlałe spojrzenie Heńka, leżał ten drugi, rozwalony szeroko. Ogórek z rękami rozrzuconymi, z twarzą odwróconą w bok i drgał, podskakiwał dziwacznie, leżąc, kurczył, roz­kurczał ręce i nogi w zakurzonych butach.

Trafili, szeptano za Heńkiem. Ale gdzie? Gdzie? W zaciśniętych pięściach ściskał Heniek samą, ciepłą wodę potu. W gardle było sucho. Nagle zoba­czył gdzie trafili.

Jeden z żandarmów uniósł tę głowę ze znajomymi jasnymi włosami na jeża, wtedy od spodu na kamie­niach, zobaczył wielką, ciemną plamę, rozlewającą się w oczach coraz szerzej i dalej. Oczy mijały ją i Heniek posuwał się dalej. Już równoległe nie leżał na jezdni Ogórek, tylko żółte, czyste blaski latarni barwiły rozwleczonym światłem kamienie. Ktoś jęczał głośno, że nie może patrzyć.

Już na Lesznie, za Żelazną pod parkanem z sza­rych, chropowatych desek Heniek przystanął, oparł głowę o chłodną szorstkość drzewa. Wysoko do gardła podeszło strachem boleścią, ściskaniem. Chlusnęło straszliwie. Ulga i wielka słabość rozebrały go. Nogi zemdlały. Potykał się na znajomych wybojach.

Tutaj przy Karolkowej już rzadziej wisiały nad bramami chorągwie i lampki. Za czerwonymi i nie­bieskimi szybkami jarzyły się cienkie świeczki spi­czastym płomieniem dla Jej Cesarskiej Mości, Najjaśniejszej Pani, Aleksandry Teodorówny, która nie znała tych ulic, ani tego miasta.

W domu dzieciaki już spały. Dorośli przywitali go w pierwszej chwili ponurym milczeniem. Błasz­czyk błysnął oczami i mruknął:

— Gdzieś był?

— Jak ty wyglądasz? — krzyknęła mama i He­niek cofnął się, bo kolejarz wstał ciężko i szedł ku niemu. Był w koszuli i szelkach. Pchnął go na krok od siebie i przypatrzył się uważnie ubraniu wdół, aż pociągnął chłopaka do światła.

— Coś ty, Felek — krzyknęła mama ochryple.

Ale Błaszczyk zaśmiał się jadowicie, krótko — sa­ma się przypatrz, to zobaczysz, gdzie gagatek cho­dził.

— Ostaw go, widzisz, że chory. Najadłeś się czego, co? — krzyczała mama głośno, gniewnie, ale zasła­niała go przy tym mocnym, zwalistym ciałem.

Heniek cichutko powlókł się do łóżka. Spał teraz sam jeden w małym, dziecinnym, a Tolek z Mańkiem w dawnym, żelaznym. Nogi musiał podwijać, bo były za długie. Skurczył się, zziębnięty w duszno­ści izby pod ciężką pierzyną i myślał o tych dwuch, jak ich widział pod latarnią. Jednego, co leżał, drugiego jak stał.

Którejś chwili zerwał się z ciężkiego snu, wystra­szony, spocony, z sercem bijącym głucho, z koszulą przylepioną wilgotno do ciała. Wielka, biała postać stała nad nim.

— Mama — wyjąkał.

— Czegój tak stękasz? Boli cię co? — pytała mat­ka szeptem.

Wiało od niej dusznym gorącem pościeli i ostrym potem.

— Już mi lepiej — odrzekł Heniek i kiedy odesz­ła ze skrzypieniem desek podłogi, on leżał znów ci­cho i otwierał szeroko oczy na gęstą, szarą ciemność letniej nocy, żeby nie widzieć żółtego blasku latarni.

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Krwawe, wielkie ćwierci mięsa zwisały z haków, kapiąc jasną juchą. Na kaflach posadzki zastygała w połyskujące głęboką czerwienią kałuże. Na klocu le­żał topór z sinym ostrzem, od którego Heńkowi zaraz na pierwszy raz zemdlała ręka.

Z samego rana bywało jeszcze w sklepie Biegań­skiego cicho. Sprzątało się wtedy podłogę, wyciera­ło blat lady, obity cynkową blachą i Heniek miał w maszynce mielić resztki mięsa na „mielone”.

Rano zaczynało się zawsze dobrze, od samego wyj­ścia z domu. Heniek odepchnął gdzieś, odsunął stra­szące wspomnienie. Otoczył je jakby płotem spraw odmiennych i nie zaglądał przez płot.

Kiedy rano leciał w stronę Murowa, robiło mu się coraz lżej, w miarę jak opuszczał rodzinne Leszno, daleko w setnych numerach, nudne, proste, jedno­stajne z murami niewielkich domów i długimi parka­nami z szorstkich desek, z jedyną linią tramwaju, który jeździł raz na dwadzieścia minut. Dopiero da­lej zaczynały turkotać wozy, dorożki, tramwaje nadjeżdżały częściej z dźwięcznym dzwonieniem i pstro­kate wystawy sklepów śmiały się obcym, dziwacz­nym napisem: Maggi.

Dopiero w sklepie Biegańskiego, razem z pokorą ukłonu i słowa „dzieńdobry“, mdły, słodkawy za­pach mięsa przytłumiał Heńkową swobodę.

Ale i tu w pierwszych dniach cieszyła nieznajoma powszedniość, prosta, niebolesna, inna od spraw, które gryzły, bolały, raniły i były trudne. Tu ważne były mięsiste łopatki, wątroby i pierwsza krzyżowa. Heniek trochę się brzydził, zrazu przez ścierkę do­tykał zimnych kafli i cieszył się, kiedy były czyste. Robił raz, dwa. O Targówku nie myślał wcale.

Około południa, zwłaszcza w targowe dni robiło się to, co Biegański nazywał „graczka“. Napychało się wtedy pełno kobiet z kobiałkami i koszykami. Obracały rękami płaty mięsa, wbijały palce w wątrobę, czy miękka, krzyczały, żeby dawać mięso bez ko­ści, albo wołały o kość ze szpikiem. Wszystkie chciały polędwicę od łba i Biegański stał między niemi, mały, ale szeroki w barach, nos mu się czerwienił z wy­siłku, ręką ścierał pot i mówił:

— Żeby taki bydlak miał ze trzy łby to tak, ale jak nima, to co poradzę?

Taki był dla klientek wyrozumiały, ale na Heńka w tych chwilach żółtymi oczami łyskał, po co tylko posyłał, szturchał twardą pięścią w potrzeb­nym kierunku, a sam krajał i rąbał z szybkością, aż migało.

Mniej się przecież gniewał o gapiostwo, czy nie­uwagę, jak o czytanie gazet do zawijania. Za gazety było bicie w twarz.

Wściekał się też, że nikt inny nie robił tak prędko, siebie wciąż za przykład stawiając i klnąc:

— Darmozjady przeklęte, cholery, pieska wasza mać.

Obejmowały te wyzwiska i jego własną córkę, Władzię, która przychodziła pomagać często, prawie codzień. Władzia miała blisko piętnaście lat, a była duża i rozrośnięta na osiemnaście. Była żywa, weso­ła, zawsze potargana i tylko z perkatego nosa podob­na do ojca. Pakowała mięso grubymi rękami, a Heniek podawał i kładł na bok odpadki.

Dopiero w targowy piątek zepsuł się spokój dni. Już przy zaczynającym się ruchu, furgon przywiózł Biegańskiemu mięso. Stary stał przy klocu i rąbał, później ważył, nie mógł odejść nawet na chwilę, bo wnet podnosiły się niecierpliwe piski kobiet. Heniek podtrzymywał wielki kikut, kiedy zarzucali ćwierć na hak i ciepła, niewystygła krew chlapnęła mu miękko w twarz. Gwałtownie puścił, odsunął się, tak go tknęło. Odrazu uprzytomnił sobie mdły odór ka­wałków i fioletową siność wątroby. Ale gdy podniósł oczy, napotkał żółte, bystre

spojrzenie Biegańskiego. Była w nim wyraźna nienawiść do tych, co choć jedną chwilą zdradzali sklep i jego sprawy.

Naoślep prawie chwycił Heniek ścierkę i zaczął kafle ścierać do spokojnej, gładkiej białości.

Znów dni pędziły przed siebie i obracały się pręd­kim młyńcem tygodni. Rano wstawanie, niedługo po Błaszczyku, kawa i wymarsz do sklepu przez pod­wórze, już dyszące robotą, zamiataniem, trzepaniem i odgłosami młotka od ramiarza. Po tym zaś, dzień w sklepie, sprzątanie, kości, mięso, mielenie, kraja­nie, odnoszenie i zmęczony, leniwy wieczór spraco­wanych dorosłych.

Chciało mu się przyłapać Józka, albo Wicka, ale Józek szedł zrana później do roboty i zato robił dłu­żej na wieczór, a Wicek wciąż tylko migał przez okno, wyrosły, odmieniony z ziemistą twarzą i oczkami mrugającymi niekiedy wesoło, częściej niecierpliwie i gniewnie w stronę ojca, na znak, że stary jest i pilnuje.

Dopiero z czasem pokazały się w dniu pracy szczeliny i Heniek nauczył się wpełzać w nie. Bywało, że zostawał w sklepie sam z Władką, a stary szedł na obiad do domu, bo mieszkali niedaleko. Działo się to o tej porze, kiedy już ludzie jedli po mieszka­niach owe polędwice od łba i kotlety z sinych, zmie­lonych odpadków.

Władzia siadała wtedy na stołku i śpiewała. Głos miała śmieszny, wysoki ze skokami wdół. Śpiewała piosenki, miłosne, albo smutne.

„Ten gaj zielony śmieje się do mnie,

U pana na czole chmury.” —

Jej jasne włosy uczesane na przedział, w środku były tłuste i sterczały kosmykami, zaś twarz z mię­sistym noskiem wyglądała wedle Heńka, przy tym śpiewie, paradnie.

Inaczej było, kiedy śpiewała drugą piosenkę, głosem grubszym, idącym z głębi. Robiło się wtedy po­sępnie, obco i gorąco. Władka zaś przechylała głowę, oblizywała wargi, aż stawały się w oczach czerwieńsze, wilgotniejsze i grubsze i śpiewała:

„Wieczór był, w ciemnej altanie

Swej kochanki ściskał dłoń,

Rycerz, co w ciężkim spokaniu

Wkrótce poniesie swą skroń”.

Odrazu widziało się wtedy, że Władka pod bia­łym fartuchem miała duże, kobiece piersi.

Heniek, na Lesznie chowany, już dawno wiedział wszystko co trzeba, to i owo widział i w domu i na podwórzu, o zmroku w bielonej, smołą od dołu smarowanej budce, gdzie mieściły się trzy instytucje użyteczności publicznej, służące wszystkim lokato­rom oficyn. Młodzież nierzadko przywłaszczała je sobie w innych celach, choć wybuchały plugawe skandale, choć ten i ów bywał chwytany ku swej hańbie i radosnym podnieceniu podwórka, które bluzgało oburzeniem i straszliwym wstrętem.

Teraz jednak nic się Heńkowi nie chciało, prócz jednego, dotknąć tych Władczynych piersi i ścisnąć je. Aż palce stawały się gorące i w ustach schło. Podchodził do Władki, mówił byle co i podnosił ręce, ale zaraz znów spuszczał je, zawstydzony.

Zaczął w nim nagle żyć Heniek nie jeden, dwuch, trzech innych rozmaitych, co o sobie nawzajem wie­dzieć nie chcieli. Jeden niespokojny, głęboką tajemnicę ludzkich spraw z policją i partią znający, pa­miętny dziwnej, strasznej śmierci robotnika Ogórka, syn drukowanego w tajemniczej gazecie Jacentego Żelazki, inny, co sobie przed sklepami wystawał, od­nosząc paczki i podziwiał scyzoryki wykładane poły­skującą tęczowo masą perłową, ołówki z jednego końca niebieskie, z drugiego czerwone, ten co kradł matce kopiejki z pod kubka w szafie, kiedy mu bra­kowało na cyrk, na sztuki, na bomby czekoladowe i jeszcze ten, co klepał różowe płaty sznyclówki i zwi­jał niebieskie sznury flaków, ten, coby wszystko od­dał, żeby ścisnąć grube, gołe piersi Władki i któryby skonał lepiej, niżby to komu powiedział.

Ale sprawa z Władką skończyła się prędko i nie­oczekiwanie. Siedzieli któregoś dnia sami w sklepie i Heniek krajał właśnie papier do pakowania, a Władka robiła porządek na ladzie. Do sklepu nie wchodził nikt, duszne ciepło lipcowego dnia wywa­biało z świeżego mięsa ciężki, mdlący smród.

Wtedy czerwone ręce Władki odwróciły wołowy ozór, a Heniek zapytał nagle, sam nie wiedząc, jak wyskoczyła z niego skryta myśl:

— Nie brzydzisz się?

— Czego? — zapytała zdziwiona i jej wesołe, chętne Heńkowi oczy wybałuszyły się wypukło, świecąc jak paciorki.

Heniek palcem ukazał grubą, czerwoną zrazówkę, która przyschła w cieple do blatu i już zaczynała za­chodzić liliowymi smugami, bo upał ją psuł. Władka klapnęła ją ręką, jakoś czule i niepewna jeszcze, czy dobrze zrozumiała, odrzekła ze zdumieniem.

— Tego, przecie to mięso?

— Ale śmierdzi — odważył się jeszcze Heniek i już gorzko żałował, bo zobaczył w małych, szarych oczkach Władzi tatkowe żółte błyski gniewu za głupotę, za obrazę o swoje mięso, za wieczne nierozumienie.

Teraz jego z kolei zalał gorzki gniew, wściekłość na te zady wołowe, cielęce, na sine pętle flaków. Tu miał siedzieć i nic nie uczyć się lepszego, Żelazków syn, w szkole taki dobry, miał gorzej jak inne chło­paki, co szli na termin i mogli dojść do czegoś. Musiał obrywać w kark od Biegańskiego, on, co lepiej czytał od niego, co wiedział o gazetkach, o odezwach. Popatrzał na swój papier do pakowania. Był lśniący, gładki i gruby. Na obrazku jechał po wełnistych falach okręt z żaglami. Władzia odwrócona, układała śliskie połcie słoniny.

Heniek z przygryzioną wargą myślał o tym obrazku i niebezpieczna, niewiadoma dalekość, ze śmiercią pod żółtą latarnią stała się znowu milsza, więcej upragniona, jak wesoła codzienność pod okiem Biegańskich.

Wieczorem na podwórzu przyjrzał się Zosi Wiewiórów z zaplecionymi gładko warkoczami. Zosia uczyła się na hafciarkę, bo jej ojcu, woźnemu w banku wiodło się nieźle. Pod jej ciemną sukienką ledwo się odznaczały małe, delikatne wypukłości.

Heniek rzuciwszy okiem, z miejsca poczuł wstręt do wspomnień o Władce. W jednej chwili stały się niewidoczne, zatarły się obrazy, co go dręczyły tak uparcie i gorąco. Odwrócił się z niechęcią, z niewdzięcznością od Władczynych piersi i obrócił nie­spokojne chęci w inną stronę w lekkomyślnym za­pomnieniu.

Na drugi dzień jednak nie minęło echo wczoraj­szej głupoty. Za byle co dostał od Biegańskiego przez kark śliską wołową nogą, szturchańce sypały się jak nigdy, a żarcie było tak kiepskie, że Heniek, co po­żerał zawsze wszystko, zostawił pół miski obiadu.

W pewnej chwili stojąc za ladą, Biegański kazał mu przenieść ćwierć na inny hak.

— Nie uradzę — powiedział Heniek niepewnie.

Wtedy ów, stojąc naprzeciw mocno, jak wrośnię­ty w ziemię, w wysokich, twardych butach, do kolan prawie, z malinowym nosem w płaskiej twarzy, chwycił jedną ręką topór i podniósł.

Heniek oszalałymi rękami szarpnął, zerwał ćwierć i podnosząc omdlałe ramiona wysoko, zarzucał ją na drugi hak.

Topór miękko plasnął w szponder na klocu i oczy z żółtymi błyskami zaśmiały się, rozbłysnęły, wargi rozchyliły się szeroko:

— Uradziłeś?

Tego wieczoru zachciało się Heńkowi gwałtownie pogadać z którym z chłopaków. Najlepiej z Józkiem, bo Wicek teraz nie wychodził prawie, a Józek był cwany, mądry, choć tak jakby nic nauki nie miał.

On to opowiadał Heńkowi o iluzjonie, gdzie na obrazach chodzą ludzie i jeżdżą pociągi.

Heniek stał na podwórzu, opłynięty szarością wie­czoru. Dzieciaki już się pokładły, ale na podwórzu był ruch i rozmowy, powyciągano stołki, i ławki jak w Alejach stały wzdłuż, a ludzie po robocie siadali ciężko i wdychali głęboko ciepłą duszność wieczoru, zmieszaną z słabą wonią jakiejś niedalekiej zieleni i gnijącym odorem śmietnika, od którego zawsze tak buchało latem.

Okna na podwórze rozepchnięto w izbach szero­ko, u Zielińskich, Błaszczyków i w maglu. Tylko u ramiarza stary coś kleił za zamkniętą szybą i Wic­kowi, gdy na widok Heńka chciał otworzyć okno, za­kazał głową. W maglu na stole zawijano wałki w wilgotne płachty bielizny i Józiek krzyczał gło­śno i gniewnie, bo już było późno: — Dalij, dalij.

Heniek czekał cierpliwie na Józka, albo może na Zochę Wiewiórczankę, żeby zeszła ze schodów, z pię­terka, w białym kołnierzyku przy sukience, pokazu­jąc się na podwórzu po to tylko, żeby wysypać mat­ce śmieci z drewnianej skrzyneczki. Ale Zocha nie schodziła. Około dziewiątej wyszedł Józek.

— Chcesz iść trochę? — zagadnął go Heniek, ale Józiek dawniej bardzo o łaski Heńka dbający, teraz ostatnio wyrosły, duży i poczerniały na twarzy, machnął ręką.

— Jeść idę, a potym spać, aż mie mgli od tego stojania — i poszedł przez podwórze do sieni, gdzie mieszkali.

Już obyczajem spracowanych dorosłych, czas wol­ny od roboty, chował na sen — i nic więcej.

Koszula wilgotnymi, ciemnymi plackami lepiła mu się na plecach do łopatek. Heniek słyszał przez otwarte okno, jak mama darła się na Mańka:

— Będziesz ty spał, bo zabiję.

Powoli, niechętnie wrócił do domu, bo mu się głód przypominał gwałtownie.

Mama była spocona w cienkiej, kretonowej sukni i czegoś bardzo zła. Błaszczyka na szczęście nie było. Tolek ze zmrużonymi od senności oczami, wycierał ścierką ostatni talerz.

— Chcesz co jeść? — spytała, bo przecież dosta­wał u Biegańskiego wikt i czasem tylko coś lepszego mu zostawiała. Heniek kiwnął głową.

W piecyku stały dla niego jakieś kluski w małym garczku, ale kiedy je zaczął jeść były zimne, śliskie i Heńkowi znów sprzykrzyło się życie.

W jednej chwili ogarnęła go tęsknota. Jakby przez całe trzy tygodnie nie zapominał codzień o Targówku, przeliczył tylko dni do niedzieli, całe długie trzy, już dzisiejszego nie licząc.

Ech, ta izba na Targówku, duża, sino bielona, z niebieską jasnością wtopioną w szyby jedna była na świecie niezwyczajna, jedna z jakąś nadzieją nie­daleką, z chceniem rzeczy wiadomych, ze słowami, które coś znaczyły. A co myśleli tam o Ogórku, co robili? Chciał tylko, już, aby prędzej. Aby do tej dalekiej niedzieli.

Nic nie wiedząc, raz za razem, zjadł Heniek cały chleb, który położyła matka. Przyglądała mu się, sto­jąc opodal. Na jej czole była zmarszczka jak głęboki, czarny rowek.

— Nie daje ci żryć ten? — zapytała.

A gdy Heniek mruknął coś nieuważnie, rzekła gniewnie. — Wiedziałam, że to ścierwo.

Siedziała z opuszczonymi rękami na stołku, zwró­cona ku drzwiom, jej spłowiałe włosy wisiały w strą­kach, a piersi… Heniek odwrócił oczy, ech, mamine były nie do patrzenia.

Mały Tolek pracowity, szorstki chłopak z duży­mi rękami, rzekł ziewając:

— Mama, pójdę spać — i w mig się rozebrał przy żelaznym łóżku, gdzie już spał Maniek całkiem odkryty.

Heniek miał tę noc niespokojną, szaloną, pełną snów z wesołym, zabitym Ogórkiem, gniewną i wstrętną przez śliską nogę wołową na karku, a nakoniec gorącą, przyjemną, mordującą do dziwnej sła­bości, przez okrągłe, wielkie, parzące kobiece piersi. Nad nimi były twarze Władki, Zosi Wiewiórczanki i inne, nieznajome, tylko piersi zostawały tak samo

gorące i okrągłe.

Zrana wstał zmęczony i ociężale powlókł się do Biegańskiego.

Skończyły się trzy tygodnie, kiedy się chciało, że­by Biegański był zadowolony, żeby samemu tylko mieć kopiejki na wodę sodową z sokiem, na sacharmarożnika i w śmiałych marzeniach na iluzjon. Trzecia niedziela nadeszła niespokojna, pełna czeka­nia, z ciągłym liczeniem godzin.

Od rana wyszli na podwórze chłopaki, Joziek, Wicek i inni, poubierani odświętnie, z kołnierzykami koszuli wyłożonymi na marynarki. Stali bezczynnie, nie wiedzieli gdzie iść, naradzali się, ciskali bezbarwne projekty, kupić papierosy, zagrać w karty gdzieś na trawce, kupić śmietankowe lody w waflach u te­go na rogu.

Heniek w południe zostawił bez żalu rozprażone w słońcu podwórze, pozbawione dziś pierzyn i bieliz­ny na sznurach.

Jego bracia przyrodni, nie oglądając się na niego, bawili się z innymi małymi pod orzechem. W domu zaś, zaraz gdy wstali, ojczym był usposobiony kłót­liwie i cisnął za Heńkiem szczotką do glansowania butów. Leciał tedy Lesznem jak ptak, jakby z pę­dem tramwaju po gładkich szynach naprawdę, gdzieś wyfruwał.

-----------------------------------------------------------------------------

Stary Łobziński naprawdę nie wiedział dobrze, za co wzięli Leona, za co chłopak siedział już dzie­sięć dni. Któregoś dnia poszedł do mieszkania jakie­goś znajomka ze swojej fabryki, gdzie już dwadzie­ścia cztery godziny czatowali szpicle na przychodzą­cych.

Wziąwszy Leona, przyszlii na Targówek, prze­trząsnęli izbę, próbowali desek podłogi, stukali w ściany, znaleźli dwa stare, z przed lat numery ga­zet zakazanych, wypytali skąd to, ale stary tylko ramionami ruszał, że tyle czasu. — Ktoś przyniósł i leżą — i tak Leon siedział.

Siostra starego, co już od lat przywykła w tym domu do ich spraw i niewinnego chodzenia do ludzi i palonych gazetek i nadziei, uschła, ruchliwa, łagodna, rozuchwaliła się, wywarła gębę, bo Leon był najmłodszy i lubiła go najwięcej.

— Doigraliście się — gryzła wciąż — jeszcze go na Sybir wyślą.

Stary mocniej tylko wciągnął w ramiona i cho­dził wciąż ludzi pytać się, co robić.

On sam od dwuch tygodni miał już robotę, nocne pilnowanie składu węgla. Było z tego coś zarobku, a że i dawniej nie spał dużo, zdawało mu się, że pój­dzie łatwo. Ale przecież po tych swoich nowych, czarnych, księżycowych dniach i jasnych, hałaśli­wych nocach, kiedy po izbie wciąż ktoś chodził, po­żółkł jeszcze bardziej i zapadł na twarzy, tak, że ko­ści pod cieniutką skórą poruszały się, obnażone z wszelkich włókien mięśni, ukazywały, rzec można, nagą czaszkę z oczodołami tylko wypełnionymi szarym, mętnym światłem źrenic.

Siostra krzyczała — Do ziemi pójdziesz przez po­lityki głupie.

Znający się na rzeczy ludzie radzili, żeby nie przez adwokata, a samemu się starać, że niby nie żadna sprawa, tylko zwyczajna pomyłka. U Leona nic nie znaleźli, te gazetki to nic, znajomość z wzię­tym Grocholskim łatwo wytłomaczyć, skoro w tej samej fabryce robią. Muszą Leona puścić.

Gorzej było w domu. Siostra przejść nie dawała spokojnie, a Wicek chodził zły. Właśnie w tych cza­sach chciał dawać na zapowiedzi z Anielcią Stani­szewską, gospodarską córką, której rodzice niebardzo nawet na jego zaloty patrzyli. Pieniędzy było trzeba na prezenty, na poczęstunki, a tu masz.

Stał teraz za stołem i z ostrym brzękiem położył dwa ruble. Był skrzywiony, zacięty i kręcił guziki munduru. Dziś miał nocną służbę i całe rano był w domu.

— Tata dziś do sędziego idzie? — spytał, pa­trząc z boku.

Stary powoli mył ręce w obtłuczonej miednicy. Nim coś odrzekł, siostra za jego plecami pokazała żywo Wickowi, że tak. On zaś spytał wolno:

— Bo co?

Wtedy Wicek odrazu, porywczo ukazał tajony żal:

— Że oprócz wszystkiego Leon ma w głowie przewrócone i wszędzie się pcha. Dosyć powiedzieć, że ten Grocholski do którego szedł, to esdek, że on Wicek nawet się boi, że jemu to zaszkodzić może, jakby się dowiedzieli.

Rumiana, przystojna twarz, z blond wąsem sta­rannie wyszczotkowanym, rozgorzała mu. Nie wy­pominał, ale ile to tygodni sam dawał na wszystko? A co ten szczeniak kosztuje, za to ubranie można mieć i buty i Bóg wie co. Przed tym był strajk, to się mówi trudno, obowiązek pomagać. Ale przecie dla siebie też coś trza mieć, nie? Teraz to. Dzisiaj, kiedy wszystko cicho siedzi i nie rusza się, ten głupi lezie.

Wicek gryzł koniec wąsa, stukał twardymi obca­sami w podłogę i stał przy ojcu wysoki, dobrej tuszy, stary zaś przy nim, jakby szedł w ziemię, zielonkawy na twarzy, z siwiejącymi zwolna, nierówno włosa­mi, których zblakłe pasma koloru mokrej słomy już się mieszały gęsto z białą nicią.

— Pewno — mruczał — dużo pieniędzy poszło.

Był obrażony i gniewny. Wziął jednak prędko ruble ze stołu, i mało co odpowiadał Wickowi,

który nawykły do ojcowskiego milczenia, prędko przestał się ciskać.

Stary, przecierając buty, do siebie głową ki­wał i mruczał. Przecież go żarło, że Wicek wypomi­nał, że się wyrodził, że pod koniec życia wszystko gdzieś skręcało, bo nietylko Wicek, ale i ten Leon był nie taki, żeby go rozumieć, że niewarto wcale dzieci chować, że nic się nigdy podług ludzkiego rachunku nie wyliczy, ale podług jakiegoś innego. Jakiego?



W poczekalni u sędziego na prostych, heblowa­nych ławkach i krzesłach siedzieli ludzie i czekali na przyjęcie. Przychodzili dowiedzieć się o sprawę, prosić o widzenie, prosić o urlop zdrowotny, o wypuszczenie za kaucją, prosić pokornie o tych swoich bli­skich winowajców, których część zbrodni z furią spa­dała na nich w słowach i naganach sędziego Miastnikowa.

Sędzia III okręgu śledczego, Miastnikow, był to potężnego wzrostu mężczyzna, zawsze zrazu lakoniczny i spokojny w rozmowie, po tym coraz gwał­towniejszy. Porywczość jego rosła w miarę jak ze­gar obracał wskazówkami ku godzinie trzeciej, kie­dy się kończyły przyjęcia.

Od jedenastej, bez przerwy ciężkie drzwi skrzy­piały co kilkanaście minut do jego pokoju. Onieśmie­lały wchodzącego samym skrzypieniem, bo sędzia odrazu wtedy marszczył się i szerokie, czarne brwi wyciągały się w jedną, prostą linię.

W poczekalni była większość kobiet. Rodziny wy­syłały je, ponieważ umiały lepiej prosić, budziły łatwiej współczucie, nie wstydziły się płakać i wreszcie one wybaczały zawsze najprędzej swoim przestęp­czym synom, braciom i mężom, nawet jeżeli nie mo­gły ich odgadnąć.

Łobziński siadł na brzegu ławki i oczami przeli­czył z przerażeniem, że już było dziewięć czekają­cych i chyba jego czas wypadnie późno, gdzieś ko­ło pierwszej. Już i to mu powiedzieli, że im później, tym gorzej.

Stół po środku pokoju był pusty, na nagich, zaku­rzonych szybach bzykały muchy, na ścianie wisiała jedyna, niewyraźna reprodukcja najmiłościwszej twarzy cara.

Tylko tam mogło się przez chwilę zatrzymać oko i biegło dalej zaraz, żeby pod czujnym wejrzeniem woźnego nie okazać za mało respektu, albo za wiele ciekawości. Tylko granatowa, wielka mucha siadła sobie na dostojnym obliczu i rozradowała tym na jakąś chwilę wyziębione, bolesne serce ojca Leona.

Nie chciało mu się dziś żyć i rozumiał, że to już tak rozplątują się nici, które go z ludzkimi sprawa­mi łączyły, że sześćdziesiąt lat, późna robotnicza sta­rość już go naprawdę do ziemi ciągnie.

W gruncie rzeczy brało się to ze zwyczajnego strachu przed sędzią. Do dziś rana myślał, że Wicek pójdzie, Wicek mówiący po rusku, tramwajarz i człowiek solidny, nie żaden stary Michał Łobziński, o którym też można się było dowiedzieć, że podej­rzany, że parę lat temu, nawet trafiony był ka­mieniem, kiedy przypadkiem szedł ulicą w czas de­monstracji. Znali takie przypadki.

Dziś jednak po rannej rozmowie, nawet nie po­wiedział nic Wickowi, zabrał się, poszedł. Donośne bzykanie wielkich, granatowych much na pustych szybach niesłonecznego pokoju, głośniejsze było niż szepty w nim, przytłumione, ledwo dosłyszalne, ale nieustanne.

Gadały tam kobiety, które u progu, przychodząc, wielekroć pytały głośno, czy to tu i czy pan sędzia zaraz je przyjmie, bo one są z daleka, albo czasu nie mają.

Groźnie ofuknięte przez woźnego z rozczapierzo­nymi wąsami, żeby swojej kolei czekały, siadały natychmiast uciszone i splatały spracowane ręce na ło­nach. Czesały się z przedziałem po środku, gładko i były albo całkiem młode, albo zupełnie stare i zni­szczone.

Siedziały też odziane dostatnio, zalęknione, wnet do płaczu gotowe żydówki, których synowie czy cór­ki z ciepłych, domowych gniazd wyfrunęli niespo­kojnie, opalać sobie skrzydła w ogniu haseł o wolność niepodległej Polski i przebudowanie społecznego porządku świata.

Te matki trzymały w pogotowiu zwinięte bankno­ty dla woźnego, dla sędziego, dla wszystkich, któ­rzy mogli coś zrobić, albo przyrzekali, że mogą.

Czerwony na twarzy mężczyzna, zażywny, z cien­kimi rozgałęzieniami liliowych żyłek na policzkach, przysuwał się do Łobzińskiego na ławce. Nosił sta­rego kroju surdut z szerokimi połami, ręce miał krót­kie, grube i szerokie jak łopatki. Czoło łysiało mu ku górze i olbrzymie sięgało potylicy, lśniące u gó­ry, pomarszczone niżej.

— Pan o co do sędziego? — spytał szeptem, odrazu szukając wspólnych nici.

Łobziński dziś mniej jeszcze niż zawsze do mó­wienia skory, mruknął tylko:

— O syna.

Ale jegomość rozsiadł się wygodniej i chlusnął wstrzymywanym przez samotność potokiem słów:

— Pewno, tu każdy ze zmartwieniem. Ale takie jak moje to już najgłupsze. U mnie w mieszkaniu pokoik jeden odnajmuję, bo ja dla firmy robię, za domem, męskim krawcem jestem. Czternaście lat dla jednej firmy szyję, duża firma, Czajkowski na Brac­kiej — obrzucił spojrzeniem niemrawego słuchacza, co nic o Czajkowskim nie wiedział i przerwał sobie na chwilę — a pan o widzenie?

— Żeby dali, to owszem — rzekł Łobziński — ale głównie to tak, dowiedzieć się.

Sąsiad skrzywił się, jakby ze wstrętem.

— Nie dużo się pan dowisz. A długo siedzi?

— Dziesięć dni.

Naprzeciwko kobiety szeptały między sobą prze­nikliwie, po dwie, po trzy, nachylone ku sobie. Mło­da żydówka z mizerną twarzą, w której głęboko leża­ły bronzowe, świecące oczy, wiedziała wszystko. Przed ukończeniem śledztwa nie dają żadnego wi­dzenia. A w paczce można, owszem, posłać jedzenie, najlepiej tłuszcze, cukier i tytoń.

Mówiła z pewnością siebie i niejaką dumą, że wie wszystko. Tylko, kiedy powiedziała siostra i pół ro­ku, zaczęła wycierać nos w chustkę i na dolnych rzę­sach wyskakiwały raz za razem okrągłe, szklane krople. Jej duże, blade usta drgały.

Jedne kobiety wzruszyły się, inne odwracały nie­chętnie. Obca boleść była tu albo bliska i podobna do własnej, albo wroga, niepotrzebna, czy może fał­szywa.

Łobzińskiemu zaś wciąż uparcie szeptał sąsiad o paczce, którą obcy sublokator, student dał na prze­chowanie synowi.

Policzki spurpurowiały mu jeszcze goręcej, łykał głośno ślinę, unosił się:

— Rozmawiali ze sobą, nie powiem. Tamten stu­dent, ale mój, choć nieuczony też ma głowę. Osiem­naście lat i jak zarabia. W fabryce margaryny robi. Do domu nie potrzebuje dawać. Może sobie wydać na ubranie, na papierosy, na dziewczynki. Wziął na przechowanie niewiedzący.

Zaczął się zaklinać, że napewno niewiedzący, pot ukazał się na wielkim czole.

— Taki sukinsyn, psia jego mać, chłopaka zgu­bił. Żebym ja kiedy co widział, sam bym na łeb wy­rzucił. A taki niby spokojny, nie pije, nie pali. Taki spokojny, najgorszy, we środku u niego się pali.

Stukał laską w podłogę i zionął złością. — Sambym do cyrkułu zaciągnął, żebym wiedział.

Łobziński, nic nie mówiąc, przyglądał się tylko twarzy, która wielka, rozdęta, trzęsła się na grubej linie szyi. Tamten też popatrzał, poszukał zgody w czerwono obwiedzionych oczach starego i znalazł tylko gorzki namysł. Podniósł tedy rękę, opuścił tę szeroką łopatkę ciężko na kolana i rzekł szeptem, spo­kojniej, żałośnie:

— A może i namówił, żeby ten mój co z nim śpekulował. Kto ich tam wi, młodziaków.

Drzwi od sędziowskiego pokoju otworzyły się raptownie.

— Sledu juszczyj — zawołał woźny i kobieta podniosła się z ławki.

Sąsiad Łobzińskiego strącił żal i nabrał poprzed­niej złości.

— Ja sam, panie, pierwszy jestem, cobym ich bezbożników, bandytów, wytłukł. Bo oni, co jeden to bezbożnik. Znałem takiego, też socjalistę, co rodzo­ną matkę okradł. Kuferek rozbił, jak Boga kocham, rozbił. Ja tobym ich gorącym żelazem znaczył.

Łobziński uchylił się, odwrócił samym tylko ramieniem i nie mówił słowa. Chciało mu się splunąć:

Naprzeciwko kobieta z gołą głową jadła chleb wprost z papieru. Pow\iedziała nagle głośno, po pol­sku.

— Nie ma gdzie usiąść. Ludzi jest tyle, to jeszcze trza ławkę dostawić.

Woźny przyjrzał jej się z pogardą, jakby chciał coś rzec, ale wolał złościć ją milczeniem. Mało ko­mu rozdawał słowa. Prostym kobietom, wyglądają­cym na żony robotników, źle ubranym żydówkom ciskał mruknięcia, albo gesty, dla innych znajdował słowa.

Kobiety na ławce zesunęły się w milczeniu i tamta przycupnęła na brzegu. Jej wysokie buty, zapi­nane na guziki były bardzo zniszczone.

Łobziński patrzył w deski podłogi przysypane cienko kurzem. Przygniotło go nagle ze złych, naj­gorsze przeczucie, że się nigdy świat nie odmieni i ślepa, tępa zażartość będzie się zawsze biła z upar­tym pragnieniem ludzkim, żeby było inaczej, lepiej. Dopiero o pierwszej dwadzieścia przyszła jego kolej. Przestąpił próg z czapką w ręku, zamykając ostroż­nie za sobą drzwi, które skrzypnęły po swojemu, hałaśliwie, denerwująco.

Pokój był jasny, podłoga w nim błyszczała ceglasto, na biurku leżało zielone sukno, a za biurkiem siedział sędzia Miastnikow i nie podnosząc oczu, pi­sał coś na arkuszu. Nikt tu nie mógł wejść tak waż­ny, żeby mu warto było przerwać na samo wejście. Potężna głowa z czarną czupryną, zaczesaną na je­ża, była schylona.

Stary trwał na progu tak długo, aż się podniosły oczy, błyszczące pod szeroką, nastrzępioną brwią.

Obojętne na wiele, wystygłe serce Michała Łobzińskiego zaczęło uderzać gwałtownie, ostro tknięte widzeniem ludzkiej władzy, innej, niż ta prosta, któ­rą znał dotąd, w zwyczajnych nahajkach, w podpi­sach wyciśniętych na powiestkach.

Tam była wroga i prosta, można jej było nawet urągać, tu trwała wielka, niewiadoma w swoich moż­liwościach. Duża, biała ręka mogła napisać na papierze litery. W literach mogła być Leonowa wolność, albo więzienie. Pisanie było skończone.

— W jakiej sprawie? — spytał głos głęboki, prawie łagodny.

— Łobziński Leon. Dziesięć dni jak wzięty.

Stojąc jeszcze wciąż przy progu, powiedział wszystko. Miastnikow dłoń zwinął w trąbkę koło ucha, żeby lepiej łowić rosyjskie i polskie słowa, zmieszane razem w niewyraźnym kołowrocie opo­wiadania.

Poszukał w papierach, znalazł.

— Jest. Łobziński Leon. U towariszcza był. Gro­cholski Stanisław. Oho. A wasz syn dawno uże politikoj zanimajetsia?

Stary, jąkając się, zaczął, że wcale, że z tym Gro­cholskim razem w Parowozie pracują, więc jak to koledzy…

Ale sędzia przerwał nagle. — A wiecie wy co tam znaleźli u Grocholskiego? Nie, nie wiecie? Papiery, bunt przeciw tronowi, kramoła, obraza najjaśniejszego majestatu. Wiecie już, a?

Głos był mocniejszy, pełen skrytych wstrząsów i nim stary coś odrzekł, wyskoczyły pytania.

— Sam jak ma na imię? Gdzie robił dawniej? Jakich kolegów miał syn? Wszystko, co powie zgu­bi, albo uratuje. Jak nie będzie wiadomo nic, chłopak posiedzi tak długo, jak trzeba, żeby się dowie­dzieć.

— Kiedy ja nie wiem — Łobziński wzruszał ramionami, skurczony, mówił już tylko po polsku, bo mu uciekały słowa ruskie, nawet znajome.

Po przeciwnej stronie biura wstał sędzia Miastnikow, szeroki, barczysty i potężny. W oczach miał ogień.

— Wy po rusku nie ponimajetie?

Łobziński rozłożył tylko ręce i drżąco, starczo powtórzył, że chłopak niewinny, że do kolegi po­szedł.

— A syn wasz nie socjalist li? — spytał sędzia spokojniej, przeciągle, czatująco.

W gardle, w piersi starego siedział czarny strach o chłopca, wyłaził na twarz grymasami boleści, zgry­zoty, fałszywego zaparcia. Tylko głową zaprzeczył.

Głos Miastnikowa, jakby napęczniał, urósł, toczył się zwolna jak grzmot.

— Nie strajkował? Na zebrania nie chodził? Ga­zet nie czytał? Ech, wy, czerti proklatyje, kłamcy, judasze, wsio niewinnyje. Czego to prawdy nie po­wiedzą. Rewolucje? Pokazali w piątym roku. Nam na wsio eto naplewat, tiomnyje duraki. A jak syn niewinny, nic mu nie będzie, nauczy się lepiej ko­legów wybierać. My tu wiemy wszystko. Można so­bie dać rady z takimi.

Głos rozhuśtał się jak dzwon, napełnił pokój, bił w szyby, odpowiadał Łobzińskiemu na to, czego jeszcze nie mówił, co doprawdy chciał powiedzieć, wyłuskiwał, przeczuwał i krzyczał.

— Nic nie robił? To dobrze. Teraz napewno już nie będzie robił. Niewinny — wrzasnął wściekle, ale stary już powoli cofał się ku progowi w milczeniu, z głową pochyloną, jak przed uderzeniem. Niech i Leon posiedzi, jak tylu innych, przeleciało mu w za­wziętej decyzji. Obejdzie się bez proszenia. Nie wie­dział, czym rozgniewał sędziego. Liczył każde z rzadkich słów.

Miastnikow umilkł na chwilę. W oczach miał nietylko gniew, jeszcze obrzydzenie, czerpał oddech ciężko. Wtedy Łobziński naoślep pochwycił klamkę i zamknął za sobą drzwi.

— Sledujuszczyj — zawołał woźny donośnie.

Łobziński wyszedł powoli i stopień po stopniu, złaził ciężko z czarnych, zadeptanych schodów. W uszach dzwoniło mu jeszcze straszliwym krzykiem. Myślał oszołomiony, zmęczony o paczce dla Leona. Tytoń i tłuszcze za te pieniądze Wicka.

Po tym znów zobaczył dokładnie całą teraźniej­szość, niewiadome więzienie, a w nim zamknięty Leon.

Michał Łobziński miał przez całe życie w swoją sprawę wiarę jak w rzecz dobrą, tam umieścił ludzką nadzieję, zawsze w każdym trwającą, że się odmieni, poprawi. Ale obca mu była zaciętość Leona, posępne gniewanie się na świat. Dopiero idąc po tych czar­nych, zaplutych schodach w dół, zaczął kląć, ciskać słowa plugawe i nogą trącał z całej siły pudełka od papierosów i niedopałki na drodze.

Spóźniona wyrastała po latach mocna nienawiść do tego, co było, mocniejsza niż dobra nadzieja, moc­niejsza, niż czysta wiara, że będzie jak należy.

Widział, że niedobrze z Leonem, chłopak straci pracę, że niespieszący się sędzia, kto wie jak długo go przytrzyma i w swojej żałości, w gniewie, że to naprawdę przypadek, sycił się tylko tym, że się sę­dzia tak pieklił. Może dlatego, że nie umiał dobrze po rusku, może dla czegoś innego, a przecież ci, Łobzińscy Michał, Leon, potrafili go złościć, choć z nich kpił.

Zamieszkała ta myśl w paru słowach: ale się wściekał — i była jak jasny punkt na tej drodze dla starych, ociężałych nóg do domu, z którego ubywały dzieci.

Przecież w ostatnich latach skończyły się, minęły wielkie zebrania, wystąpienia, ludzi zbrakło, sprawa jakby tylko mieszkała w ludzkiej pamięci, nie w czy­nach, a przecie dziś, gdy otworzył drzwi poczekalni, czekało jeszcze tylu podobnych do niego.

A czy ich się zostało tysiąc, czy dwuch, to było wszystko jedno — i z jednego ziarna mógł wyrosnąć posiew.

Złość dzisiejsza, jakby go pogodziła z Leonem, przypomniała lata minione, najdawniejsze, odsłoni­ła wszystko i ze starczą chęcią wspominania, oglądał stare dzieje jak schowane gazetki, które tak lubił.

Nigdy on tam nie był „na górze“, tak, żeby okiem ogarniać wszystko, co się robiło. Ledwo nauczony czytać, już w średnim wieku dostał się między takich, co opowiadali o pracy osiem godzin na dzień, o prawach, o tym, żeby swoją polską mową mówić po urzędach i nie wykręcać w szkołach dzieciakom języków ruską nauką. Był wtedy w dużej fabryce plateru, zarabiało się nawet nie najgorzej, ludzie byli oświeceni i nazywali to, czego chcieli: o Polskę i o socjalizm.

Cichy i nie mówiący wiele przy robocie, a jeszcze mniej w swoim nieszczęsnym w owych czasach domu, zapalił się do tych nadziei.

Jeszcze były lata, kiedy mało kto je znał i słyszał. Przyszły czasy inne. Z gromadki, w oczach wyrosły tłumy i wypłynęły na ulicę falami, zalały miasto, zdobywało to i owo z rzeczy obiecanych, nowy czas pracy, gdzieniegdzie, lepsze warunki, obiecane obywatelskie prawa dla innych.

Ludzka wiara podniosła się, przełamywała obojęt­ność. Uspokoiła się nawet wtedy, na krótko zresztą jego kłótliwa żona, czarna Stacha, jak ją nazywali w rodzinie, Stacha, co się z chłopami włóczyła i jego miała zawsze za nic.

Łobziński był dumny z uporu, z tej zawziętości, co mu w ciągu lat kazała być w gromadzie na każde zawołanie. Stawał z nią na ulicach Warszawy, szedł z nią wiosną w jasne Aleje.

Kiedy po krótkich miesiącach siły, przyszły lata klęski, przestali przychodzić pod fabrykę znajom i ludzie, zabrakło gazetek, opowiadano tylko o więzie­niach i etapach, już to nie mogło ugodzić w obraz świata, jaki miał Michał Łobziński.

Upór tylko stał się cichszy, ogień zamienił się w wierność. Była spokojna, ociężała, ale nieodmien­na. Ze starych numerów gazet chowanych w wy­myślne skrytki czytał chętnie wspom nienia o nieży­jących towarzyszach, tych, co umarli, albo zginęli. Myślał o nich tymi pięknymi, pośmiertnymi zdania­mi. Czytał o nich jak z książki do nabożeństwa i uczucie niegdyś żywione do książeczek odświętnych, ze złoconymi brzegami na starość przeniosło się na te gazetki, latami odbarwione nieco z płonącego porywu.

Ze sprawy też wywodziło się dobre porozumienie z chłopakami, Wickiem i Leonem. Wicek był zaw­sze szczęśliwiec, co robił, udawało się, rozumiał wszystko, owszem, ale nie rwał się do niczego. Leon inaczej. Chwytał gorącym płomieniem. Dla jednych zaraz po życiu, oddychaniu, jedzeniu szła ważność owych nadziei, dla Leona jeszcze inaczej, szła przed nimi.

Tego już było staremu za wiele, ale dziś przecież odpuścił Leonowi jego zgryźliwość i gorącość, sam był nagle bliski źródła, z którego biła, kiedy się znów zapalił nie doznaną dawno nienawiścią, w gabinecie sędziego Miastnikowa, buntem do tego, co było pomiataniem ludźmi, ich mową, życiem i zwyczajnością.

Raz jeden w minionych latach, chciało mu się mordować człowieka, swoją żonę, czarną Stachę z głową w kudłach i sterczącymi wysoko piersiami. Wtedy, kiedy się naśmiewała, co to za niemrawiec ten jej Michał. Małpowała, jak chodzi sztywny w nogach, zgarbiony i szyję wyciąga (takie miał prze­klęte przyzwyczajenie), jak podskakuje, mruczy do siebie, jak je, nawet jak się do niej niezdarnie za­biera.

Tak zrobiła czarna Stacha, zamiast której on izbę sprzątał i po nocach dzieci do karmienia jej przyno­sił. Nieraz to robiła, a przecież tylko wtedy oblało go ogniem, złapał pogrzebacz i cisnął za nią. Narobiła wrzasku i uciekła.

Został wtedy z dziećmi sam, Wicek miał siedem lat, Leon dwa. Ze skrzynką drewnianą po rekructwie brata, wprowadziła się jego siostra i została chłopa­kom matką.

Tamta zginęła mamie w szpitalu na kobiecą cho­robę, co się brała z jej podłości. Tak umierając, po­twierdziła wiarę Michała Łobzińskiego w sprawiedli­wość. Śmierć ta uciszyła go całkiem, pogodziła ze światem, aż trzeba było lat, żeby dziś obudzić, w pa­mięci te płomienie, które w człowieku zapalały się od krzywdy.

Poprzez omroczone lata spokojnych, zwyczajnie ciężkich dni, obudziła się jak żywa, pamięć suchego żaru pogrzebacza, ciśniętego szaloną ręką. Cel wi­dział się bliski jak twarz czarnej Stachy, skrzywiona ze strachu. Ale to była inna, pełna siły i mocnej, potężnej złości, twarz sędziego Miastnikowa, co sądził sprawę Leonową i sprawy innych ludzi, którzy się dopominali swoich praw. Ich nazwiska zjawiały się niekiedy później w czarnych ramkach na cienkim, sztywnym papierze zakazanego „Robotnika”.



Nazajutrz była niedziela. Stary, wróciwszy rano z nocnego pilnowania, położył się na łóżku, ale nie­ długo, bo siostra nie chciała, żeby przy niedzieli w mieszkaniu było nabarłożone.

Naprawdę też przed południem zajrzał ten i ów z sąsiadów dowiedzieć się co nowego.

Przysiadali na drewnianych krzesłach, w butach wyczyszczonych do połysku i granatowych, świątecz­nych surdutach.

Porozmawiali, wysłuchali, kiwając głową, dorzu­cali rady, opowiadania o podobnych zdarzeniach i wypytywali Wicka o tramwaje i płace, bo go wszy­scy szanowali.

Pewne było, że Leon porządny chłopak, ale szcze­niak i w głowie ma dym, a Wicek, człowiek na sta­nowisku i z dobrą głową.

Kręcił się teraz między nimi, promieniał wyświeżony, ze skórą czerwoną po ogoleniu. Popołudniu zato, skoro tylko zjedli wczesny, niedzielny obiad, znik­li wszyscy jak zdmuchnął. Wicek pewno poleciał do swojej Anielci, a siostra niedzielne popołudnia obracała na jakieś babskie odwiedziny u krewniaków.

Cisza napełniła izbę i szmery zawsze utajone w powszednich dźwiękach, stały się dosłyszalne.

Mały, niklowy budzik tykał cienko, po sionce biegały dziecinne kroki. Którejś chwili zastukano moc­no w szybę i pokazała się dziewczęca głowa. Obca dziewczyna, mała, z karbowanymi loczkami na czo­le, chciała wiedzieć, co z Leonem.

Mruknął, że go nie ma. Popatrzyła po izbie, wspi­nając się na palce i westchnęła:

— Jeszcze nie wrócił?

Po tym odwróciła się, ledwie głową kiwnąwszy i zastukała prędko obcasami po kamieniach.

Łobziński popatrzał niechętnie, czego tu lazła. Przypomniała mu cały żal o Leona. Siadł przy oknie i patrzył naprzeciwko, na piętrowy, świeżo wzniesio­ny dom, obok którego stała jeszcze zwyczajna, sino bielona chałupa i w ogródku rosły słoneczniki, zwie­szając ociężale płaskie, ziarniste głowy.

Sam już nie wiedział nareszcie, czy to widział naprawdę, czy tylko pamiętał, po przez żałość i drzemkę.

Wtedy lekkość czujnego snu rozwiało całkiem stuknięcie drzwiami. Mały Żelazko wsunął jasną, krótko ostrzyżoną głowę i wszedł, skrzypiąc butami.

Łobziński nie wstając, przywitał go, chętniej je­szcze niż zawsze. Więcej niż kiedybądz miał serca do spraw, których korzenie tkwiły w czasach mi­nionych. Było w nich też urodzenie tego małego.

Odrazu, jakby się starły trzy tygodnie niebytności na Targówku. Tutaj czas miał ciągłość,

pamięć o swoich ludziach była wytrwała. Heniek tu przynależał i czy go nie było tydzień, czy miesiąc, mógł przyjść zawsze.

Opowiadanie musiało zacząć się od początku, od miejsca, kiedy skończyła tamta ich wspólna niedziela.

Stary Łobziński chciał wiedzieć wszystko po kolei, jakby już z samego porządku rzeczy coś wynikało.

Szedł więc Heniek od początku do tramwaju, jechał, przystawał na Teatralnym Placu, zachodził do piwiarni i szedł ulicą z Ogórkiem, trawionym chę­cią zrobienia czegoś ważnego.

W pewnej chwili, Heniek, choć nie zwykł ludz­kich twarzy oglądać uważnie, spojrzawszy na Łobzińskiego, zobaczył wory pod oczami i opiętość zie­mistej skóry.

Stary ciekawym oczom chłopaka odpowiedział py­taniem:

— A wisz, że Leona wzięli?

Heniek nie wiedział, przestraszył się:

— Kiedy?

—- Jutro dwa tygodnie i tak dobrze jak za nic.

Więc i za nic bywało, zdumiał się Heniek, słucha­jąc powolnego opowiadania, jak Leon do kolegi po­szedł i przepadł.

Nareszcie stary zapytał: — Jakto się wtedy do tych lampek zabrali?

— Powiedział, że wszędzie tak teraz robią i chciało mu się pokazać — objaśnił Heniek.

Rad był nanowo rozwłóczyć wielkie, straszne zda­rzenie, wywołać z jasności dnia obraz Ogórka w strumieniu żółtego światła na pościółce własnej krwi. Był tam i jego, Heńkowy udział.

— Zbrzydły mu te ich święta — mruczał sta­ry. — Młody, narwany, wiadomo. Ale to niedobrze było. Leon jak się gniewał. Łbem by w mur walił i tak mu było żal. A znów tamci się tłomaczyli, że uciekał, to myśleli, że bandyta. Policyjny mord, po­wiadają nasi.

Heniek chciał wiedzieć, gdzie takiego pochowali, ale tego i stary nie wiedział. Wyzywał, że jednym wianuszki noszą na groby, a drugim nic.

Później znów swego Leona wspominając, zhardział, że choć mało ich wszystkich i ludzie dziś nie śmieją rzec głośnego słowa, przecie boi się ich władza, jak zawczasu do więzienia chce pakować. Dziwna rzecz, ale tu właśnie zdjęta została z tamtego wieczoru straszliwa groza. Znikła w jasnej izbie z kształtem wiśniowej szafy, rozpartej na największej z pustych ściany.

To, że Leon siedział i nawet, że Ogórek nie żył, to było zło, ale jakieś zwyczajne, bez lamentu, bez gniewnego skowytu, jakim swoi na Lesznie spoty­kali nieszczęście. Wiadomo z czego się brało.

Heniek wspomniał, jak do nich zawędrowała wia­domość o Ogórkowej śmierci. Że to musi być bandyta taki, co najpierw użyje, a po tym się doigra. Wła­śnie takiego przy Żelaznej zastrzelili, dowiedziała się mama od Janowej.

Ale posiedziawszy z godzinkę przy starym, He­niek zaczął się nudzić. Stary nie ruszał się z miejsca, a on sobie patrzył przez okno. Łobziński przyjrzał mu się raz i drugi. Z samotności brała się pewna myśl. Zbierała się różnymi dróżkami. Wicek odcho­dził z domu. On sam teraz coś niecoś zarabiał. Jego to przez różnych ludzi, prosił kiedyś chłopak Jacek o swojego syna. Leon teżby się nie sprzeciwiał.

Dróżki schodziły się do celu.

— Jakby Leon wyszedł — powiedział z namysłem — Wicek na Wszystkich Świętych będzie się żenił, tobyś ty mógł tu u mnie mieszkać.

Heniek do samej szyi oblał się warem, poruszył się gwałtownie na stołku i nogami zaszurał po cienkiej warstwie piasku na podłodze.

— Żeby tylko matka puściła.

— Tobyś przyszedł, co? — ucieszył się stary z Heńkowej chęci.

— Ojej — powiedział chłopak wesoło, pełen nie­cierpliwej ciekawości na to inne, wciąż jeszcze nieznajome życie. Stary pokiwał głową, nie ruszając się. Tyle tylko, że nie patrzył już w okno — Już ja tam do matki zajrzę, tera w dzień mam czas.

Jakby mu było wszystko jedno, choć sam to wy­myślił. Heńkowi zaś chciało się, choćby już.

Ale żółta ręka z wystającymi twardo sprzączkami kostek leżała ciężko i cierpliwie na kolanach, przyuczona czekać, przyuczona nie wierzyć zbytnio nagłym nadziejom i radościom, tylko patrzeć, co po­każe czas, wszystkiemu dający sprawiedliwie świa­dectwo.

Heniek pożegnał się i rad wyruszył do domu. W tramwaju pomyślał sobie, że chyba przez Leona stary taki był zatroskany.

Spieszył się teraz, biegł żywo, pełen skrytej du­my, że się na coś z nim zanosi.

Na Lesznie, już niedaleko domu, otwierało się między zabudowaniami nieogrodzone, piasczyste, lichą trawą porosłe pustkowie, pełne dołków w jasnym piachu, śmieci, papierów, potłuczonych butelek po wódce, blaszanych misek bez dna, świecących okruchów szkła i pogniecionych, dziurawych wiader, które dudniły dźwięcznie, gdy się je stuknęło nogą, śliskich bryzgów fajansu z talerzy i wszystkiego nie­potrzebnego, co tu ciskały pobliskie ulice, Leszno, Górczewska, czy Wronia.

Heniek tam się zapędził, jakby jeszcze nie miał dosyć długiej drogi chodzenia od tramwaju, kopnął nogą niebieską obręcz miski, aż zadzwoniła, tocząc się naprzód. Brodził sobie wśród niskiej, wydeptanej trawy i rozmyślał, czy tylko obiecanki nie obrócą się na nic, czy może synowie nie zgodzą się, żeby go stary brał, choć on już i dziś mógł gdzieś robić i wiktu przynajmniej nie potrzebować. Dlaczego tak nie powiedział zaraz? Może się Łobziński przez to roz­myśli?

Cieszył się, to znów niepokoił, czy już naprawdę uda się rzucić mięso, Biegańskiego i nawet dom.

Nazawsze na Targówek. Hojna trzynastoletnia myśl posypała zaraz zdarzenia, ludzi, naukę, robotę. Za­ciemnione życie pojaśniało od niej, łatwo otwierają­ca się furtka na nadzieję, rozepchnęła się szeroko.

Na placyku siedzieli gdzieniegdzie dorośli i sporo dzieci. W jednym dołku z nogami w biało żółtym piachu, zobaczył nagle Heniek obu przyrodnich bra­ci. Starszy Tolek pracowitymi rękami strugał ułama­nym ostrzem szerokie drewno. Mały Maniek wyry­wał chciwie z dołka ziemię, trawę i głęboko rosnące, splątane, mocne sznury korzeni. Heniek nie przepa­dał za nimi, a oni też niewiele sobie z niego robili.

Maniek tylko rwał się do tego, co Heniek miał, do jakichś pudełek, nożyków. Tolek był podobny do Błaszczyka z małych, ciemnych oczu i niskiego czo­ła.

Heniek, stanąwszy nad nimi, szturchnął Tolka w kark od góry, sposobem Biegańskiego:

— Czego do domu nie idziecie knoty, późno jest.

— Przecie niedziela — odpowiedział Tolek z przekonaniem, a Maniek zaraz wyciągnął ręce po wystrugany patyk.

Zaczęli się zbierać, żeby iść i Tolek otrzepywał Mańka z piasku, ale Heniek nie czekając na nich, popędził prosto ulicą i wpadł do swojej drewnianej bramy, brukowanej krzywymi, płasko wydeptanymi kamieniami.

Nie wiedział dokładnie, kiedy Łobziński przyjdzie, ale odtąd mógł to być każdy dzień.

Wracając wieczorem od Biegańskiego, niespokoj­nie kręcił się koło matki, czekał, czy może coś po­wie. Powinno się to było stać niedługo po niedzieli, ale wypadło czekać dużo więcej.

Z końcem tygodnia spadły na ulicę białe, tłusto zadrukowane papiery. W Leszno, w Wolę, nawet w śródmieście jakby pioruny biły. Wojna. Wyrzucili wszystko inne, nie mówili o niczym. Dorośli odmie­nili się gwałtownie, byli przestraszeni, albo zuchwa­li, a kobiety płaczliwe. Dzieciakom otworzyła się niepilnowana wolność.

Pierwsze dni dyszały samym przestrachem i nierozumieniem. Sypały się wojny. Niemcy wypowie­działy Rosji, a później Francji. Austria Rosji i znów Francja Austrii. Już po tygodniu, kiedy Heniek wra­cał do domu dalszą drogą, żeby popatrzeć, co się dzie­je, wylecieli na Plac Bankowy gazeciarze i nawoły­wali wesoło:

— Dodatek nadzwyczaa… Cztery wojny za dwa grosze…

---------------------------------------------------------------------------

Zdarzenia wpadały w życie znienacka, ale kształ­towały je zwolna, po czasie dopiero ukazując swą wagę, nie zawsze z góry wiadomą. W styczniu Wac­ławowi Krzeptowskiemu podwyższono pensję.

Posada zbliżała się do stanowiska. Panią Marię usiłowano pozyskać dla pracy filantropijnej, Wacła­wa zainteresować pewnym poglądem.

W lutym Wacław zaczął zajmować się językami słowiańskimi. Do domu przybyły książki, słowniki. Miało się zacząć od czeskiego, a po tym oczywiście inne języki, serbski, bułgarski.

Kiedy nie wychodzili z domu i nie przyjmowali, Wacław uczył się zmęczonymi od pracy dziennej oczami. Zwolna nabierał zapału. Panslawizm, dro­ga spokojnego porozumienia, jedyna droga, tłomaczył żonie.

Śleczna po czesku dziewczyna. Jakie piękno słowo, prawda? Ale Marietka była obojętna dla słowa „sleczna“ , pełna niewiary w zjednoczenie braci Sło­wian i niecierpliwa. Na ile czasu to wszystko jest obliczone? My nie dożyjemy. Wieczory były złe, otwierały się na własne życie i nie wypełniały go. Odwiedziny matki Wacława należały do częstego programu, ale dzisiejsze były inne niż zwykle.

Wacław, wyszedłszy matce naprzeciw zaraz zapy­tał, co się stało. Wtedy nieuważna Marietka spo­strzegła, że pytanie było uzasadnione. Starsza pani zdjęła tylko żakiet i nie pytając o dzieci, odrazu szła do pokoju. Przy stole powoli zaczęła zdejmować ręka­wiczki z pomarszczonych, kościstych rąk.

— Są nowiny.

Podniosła przy tym wielką torbę na metalowym kółku i trzymała ją w ręku z gestem wskazującym, że tam właśnie zamknęła wieści.

W przedpokoju zadzwoniono znów i Wacław sam pobiegł otwierać.

— To Antoni, umówiliśmy się tu — powiedzia­ła matka Wacława i widać było, że wzięła już spra­wę w swoje ręce.

W przedpokoju na Erywańskiej wisiało teraz owalne lustro w grubej, złoconej ramie. Przybyło, obmyślane długo, przyjęte radośnie i teraz jeszcze po miesiącach, po latach nazywano je „nowym lustrem“.

Stryj Antoni przeglądał się w nim z lubością. Po­wolność jego ruchów była niezmącona. Więc jednak nic groźnego. Na pytania Marietki i Wacława, od­powiedział pytaniem:

— Czytaliście dzisiejszy kurier?

Pytanie było bez sensu, bo gazeta należała do pro­gramu dnia. Ciekawość Marietki opadła nagle, je­szcze nim pani Krzeptowska wyprostowała na stole arkusz gazety i odszukała notatkę podkreśloną lilio­wym ołówkiem. Wacław przez nałożone szkła (nosił je dopiero od dwuch tygodni) przeczytał; opuszcza­jąc mniej ważne zdania:

— Ostrów, gubernia łomżyńska. Aresztowany został Chęciński Ludwik, nauczyciel, za podżega­nie i przeciwdziałanie ustawom szkolnym i prawnym rozporządzeniem władz gwoli spolszczeniu szkół ludowych. Ujawniono opuszczanie szkół w czasie wi­zytacji, dążenie do wyrugowania podręczników i języka rosyjskiego, piętnowanie wyłamujących się nauczycieli…

Wacław zdjął szkła: — Ludwik? — spytał stłumionym głosem.

Matka położyła rękę na gazecie. — Oczywiście. Ostrów w Łomżyńskiem. Syn Danusi.

Zżółkły od tytoniu palec stryja Antoniego rysował w powietrzu hieroglify:

— Oni zawsze działali Chęcińscy. A stary jaki był, oho.

Wacław obliczał w myśli, ile lat mógł mieć mały jasnowłosy chłopaczek, który kiedyż to było dokład­nie, przyjechał z wizytą do Warszawy, uczepiony ciotki Danusi z chorobliwie podkutymi oczami.

— Ma teraz dwadzieścia pięć lat — odpowiedzia­ła matka temu rachunkowi.

Czarny dżet lśnił na jej sukni. — Danusia zwróci się do nas lada dzień. Bo przecież będzie sprawa.

Cisza zaległa na chwilę. Każdy biegł skrycie za swoimi myślami. Białe wąsy stryja Antoniego poru­szały się z gorzkim wyrazem ust. Po tym od razu w jednej chwili, wszyscy zdecydowali się przełamać oporne milczenie, wybuchli odrazu słowami, west­chnieniami, wykrzyknikami, że to było straszne, straszne.

— Co m u grozi? — spytała Marietka.

Nikt nie wiedział tego. Pani Krzeptowska sprze­czała się ze szwagrem, z jakich pobudek działał Lud­wik Chęciński.

— To jest pewne, że nie jest znieprawiony żad­nym antynarodowym kierunkiem — powiedziała starsza pani ostro, w obronie syna swojej siostry.

Ale stryj Antoni wyrażał spojrzeniem, gestami mnóstwo wątpliwości. Co było słuszne a co nie? W gruncie rzeczy dowodzili sobie nawzajem, że po­mimo wszystko, należy pomóc. Pani Krzeptowska z nieomylną pewnością powtarzała, że Danusia zwróci się napewno do nich.

Sprawa Ludwika w ciągu tej godziny przemienia­ła się, była coraz inna. Ze spornego pytania, jak należy postąpić, przy którym białe brwi stryja Antoniego zwijały się i grubym rulonem unosiły się w górę, stawała się coraz pewniejsza, pomoc już była przesądzona, więcej, była już działalnością rodzi­ny Krzeptowskich dla pewnej sprawy.

— Jeżeli zaczniemy działać w porę, możeby się udało umorzyć tę całą sprawę, to oczywiście byłoby najlepiej — powiedział Wacław przecierając oczy, które bez szkieł patrzyły teraz martwo i bez blasku.

Z otwartego okna wiał wiatr i przewracał kartki książek, budzących nadzieje na zjednoczenie braci Słowian.

— To z pewnością dzielny chłopiec — powie­działa pani Krzeptowska — ale w naszych nieszczę­śliwych czasach tak i ma los.

— Ostatecznie to nie jest zbyt groźna sprawa — wtrąciła się Marietka.

Oczy teściowej przez mgnienie oka spoczęły na Marietce chłodno. Przez tę chwilę synowa oceniła bezlitośnie, jak matka Wacława starzała się ostatnio. Białe, cienkie nitki włosów, jak wysnute z płótna le­żały gładkimi pasemkami, rzednąc miejscami tak, że przeświecała blada skóra.

Wypowiedziała łagodnie swoim głosem o męskim brzmieniu zdumione pytanie, czyżby Marietka nie rozumiała tragizmu sprawy Ludwika?

O, zrozumiała doskonale, była zawsze pełna entuzjazmu dla każdego wysiłku, brała im za złe coś innego, nie, nie sposób to wypowiedzieć, że oni kreślili ścisłe granice między bohaterstwami. Jedne były dopuszczalne, inne szalone, awanturnicze i złe.

Wacław sprostował prędko i wymownie, Marietka tylko chciała powiedzieć przez to, że sprawa Ludwika chyba da się umorzyć, w co wszyscy powinni wie­rzyć.

Wtedy z torby na metalowym kółku, pani Krzepitowska wydobyła powoli drugą nowinę.

List. Jeszcze jedna sprawa rodzinna. Przyjeżdżała siostrzenica po zmarłym bracie ojca Wacława. Z jej imieniem wią­zały się historie niespokojnego życia, podróży i losu mało znanej śpiewaczki. Jeszcze raz oczy teściowej odszukały Marietkę i pani Krzeptowska uśmiechnę­ła się.

— No, a tę Elę, moje dzieci, to już wy chyba go­ścić będziecie, bo Ksawerowie doprawdy nie mogą, dopiero mieli w domu szkarlatynę.

Marietka odpowiedziała pytaniem: — Na jak długo przyjeżdża?

Wszystko więc zostało ułożone według planów starszej pani Krzeptowskiej, plany wyszły naprzeciw dniu jutrzejszemu, spotykały gotowe, ułożone, ma­łą wychudłą postać ciotki Danusi, która przyjechała w sprawie swojego Ludwisia i wytworną, światową kuzynkę Elę.

Tylko po wyjściu teściowej obsypała Marietka wy­rzutami Wacława, który zgodził się tak lekkomyśl­nie. Wyliczała kłopoty, odstąpienia pokojów, od­świętnych obiadów, powleczeń. Ale Wacław pocało­wał ją współczująco i powiedział nagle z ubolewa­niem:

— Nie byłaś dawniej taka nerwowa Marietko.

— Wszyscy się zmieniamy — odparła sucho i własne słowa przeszyły ją zimnym ostrzem. Był taki czas, kiedy żyła w niej łagodna wyrozumiałość dla drobiazgów. Teraz brała się skądś wieczna nie­cierpliwość, wewnętrzny sprzeciw i gorycz wieczne­go zawodu? Tylko dlatego, że się już nie miało dwudziestu pięciu lat? Albo dlatego, że już nie było nic innego, prócz tych drobiazgów? Już zapóźno na wszystko? Albo może jeszcze pora?

Przyjazd kuzynki Eli stał się kiedyś legendą rodziny, trwał dłużej niż wiele ważniejszych wydarzeń i nigdy w gruncie rzeczy młodzi nie wiedzieli dla­czego, choć w opowiadaniach oni sami odgrywali nie­małą rolę.

Kuzynka Ela z kraciastych kufrów z angielskimi zamkami, z żółtych kartonowych pudeł do kapeluszy wydobyła egzotykę dalekiego świata. Jej czar ogar­nął wszystkich potrosze, ale najwięcej Jurka i Karusię.

Jurek już zatracał okrągłość policzków małego dziecka, ramiona wisiały długie, chłopięce, granatowe oczy z głodnym blaskiem biegały po kolorowych kartkach z nazwami dalekich miast. Porzucił od razu zadacznik i chrestomatię (Ojciec gniewał się nawet o to). Trwałby jeszcze bardziej w pobliżu kuzynki, gdyby nie jej ciepłe ręce i wieczna gotowość do całowania.

— Marietko, wasz chłopak jest piękny.

Wtedy uciekał zmieszany. Oglądał też z pogardą puder i słoiczki, odchodził przy sukniach i wracał do albumów.

Karusia zakochała się odrazu bez miary i roz­sądku. Zjedzenie kaszki można było kupić za uśmiech Eli, krople do nosa za spacer z kuzynką.

Dorośli byli oporniejsi. Elę mieli w pamięci z wła­snego ślubu, kiedy chudy podlotek, niewiele młodszy od narzeczonej, nosiła podpięty warkocz i śpiewała w chórze.

Dziś, po dwunastu latach miała jasną cerę, pięk­nie uczesane włosy i była młodą, pełną ruchliwości panienką. Dwadzieścia dziewięć lat, wypomniała jej w myśli Marietka. Ona jednak odniosła się do nich obojga jak młoda dziewczyna i pytała o wszystko tak, jak gdyby przy ostatnim widzeniu sięgała im do ko­lan. Przynajmniej Wacławowi.

— Czy jesteś jeszcze taki pobożny? — pytała się i śmiał się białymi zębami, nie wyjaśniając niko­mu, co w tym wspomnieniu było śmiesznego.

Starsza pani Krzeptowska wyraziła przypuszcze­nie, że Ela przyjechała w sprawie marjażu, ale mog­ła to tylko być częściowa prawda. Okazało się raczej, że przyjechała jednocześnie z kimś, kto ją obchodził, ale kto dla domu krewnych pozostał tylko „moim znajomym”.

Wacław zaraz pierwszego dnia wyznał żonie, że li­czy dni pobytu szalonej kuzynki, a kiedy Marietka (sama odczuwała mocno kłopot z pobytu gościa) po­wiedziała coś o innym, ciekawym życiu, Wacław okazał jawną pogardę i ona, zachwiana odrazu w podziwie dla radośnie lekkomyślnego życia Eli, dozna­ła uczucia wstydu i winy.

W następnych, dniach jednak stała się Ela dla do­mu czymś bliższym, odkryła jakby istotę swego czaru.

Wysłuchała opowiadania Wacława o nadziejach związanych z panslawizmem i jego pracą, zaczęła mu radzić, żeby pojechał na zjazd, żeby napisał do cza­sopism interesujących się tą kwestią.

W jednej chwili wytrząsnęła mnóstwo projektów udziału Wacława, ukazała tysiące nici mogących go powiązać z ważnością spraw świata i Wacław, choć uśmiechał się pobłażliwie do tego zapału, marszczył brwi z namysłem, że to jednak wielka rzecz.

Jurka, kuzynka pytała pilnie, czym zostanie w przyszłości i chłopiec był zaraz zmuszony przejrzeć własne plany: konduktor (najdawniejszy), inżynier, podróżnik.

Jednała sobie wszystkich w gruncie rzeczy tylko dlatego, że siała w nich ziarno niepokoju i pragnie­nia, którego była pełna.

Marietce udzielała się w odmienny sposób. Hojnie i nieopatrznie obdarzała ją historiami swoich prze­żyć, pobytów zagranicą, niedopowiedzianych zda­rzeń, w beztroskim, wolnym życiu. W krótkich chwilach przebywania w domu, Ela towarzyszyła Mar­ietce i pozwalała jej słuchać.

Z tego wzięło się zapewne niepohamowane pragnienie Marietki, żeby powiedzieć coś o sobie. Kiedy się tylko zjawiło, wydało się, że istnieje oddawna, że niczego nie pragnęła tak mocno, jak zobaczyć sie­bie samą, wynurzającą się z okrutnej prawdy wymó­wionych głośno słów.

Ponieważ opowiadania Eli też miały gorzki posmak prawdy, radości, która się zmienia i wędrówki, która się powtarza.

Znalazł się taki dzień, wśród innych pełnych bukietów, bilecików, na które odpowiedzi wyczekiwał posłaniec w czerwonej czapce. Ten otworzył się od rana cichszy, pusty.

Ela nie wychodziła, otwierała niespokojnie drzwi na odgłos dzwonka i wreszcie wieczorem usiadła na balkonie od ulicy, przycichła, zgnębiona naprzeciw Marietki, zaplatając na kolanach ręce nowym ges­tem dorosłych, zmęczonych kobiet.

Powiedziała nagle, że czas myśleć o wyjeździe i wśród protestów Marietki, kołysała się