Alfred Tom (1979-1944)
AUTOBIOGRAFJA
Urodziłem się 25-go grudnia 1862 roku w miasteczku Bokszach w
Królestwie Polskim. Dziadek mój, ojciec — wszyscy w naszej
rodzinie byli rybakami. Miasteczko moje rodzinne leży w miłej okolicy między lasem a jeziorem. Byłem jeszcze dzieckiem, gdy rodzice moi musieli przenieść się do Warszawy. Posłano mię do „chederu”, w którym uczyłem się talmudu oraz trochę polskiego i niemieckiego. W I8-ym roku życia ożeniłem się i wyjechałem do Holandyi, gdzie w ciągu 6-ciu miesięcy zajmowałem się szlifowaniem djamentów. Stąd przeniosłem się do Anglji. Tutaj pracowałem przez 3 lata w Sweat Shops*) w Londynie. Następnie wyruszyłem do Ameryki, gdzie pozostałem do dnia dzisiejszego. W dusznych, mrocznych Sweat-Shops New-Yorskich nauczyłem się śpiewać o ucisku, cierpieniu i nędzy. W dzień pracowałem, w nocy pisałem wiersze. Warsztat zniszczył mi zdrowie — musiałem porzucić pracę przy maszynie.
Zabrałem się do dziennikarstwa i byłem przez parę lat współpracownikiem znaczniejszych pism amerykańsko-żydowskich. Zaczęło mi się lepiej powodzić od czasu, gdy się ukazał zbiór mych poezji, p. t. „Pieśni z Ghetta"**)...
Oto są najogólniejsze zarysy mego życia.
DO CZYTELNIKÓW
Zjawiłem się, jak w marcu ptak skrzydlaty,
By wieścić wam maj nowy, nowe słońce
I życia skrę w zmartwiałe wetknąć kwiaty,
Obudzić z snu obszary ziemi śpiące.
Lecz ziemski grunt zamarzły był, zdrętwiały;
Bezkresne błoń — wychudła i jałowa: —
I pieśni me samotnie tutaj brzmiały,
W niczyją pierś ich nie przenikły słowa.
O, świecie zły! dać chciałem bujny plon ci: —
tyś ze mnie drwił, sypałeś sól na rany:
„Czego on chce, czemu on spokój mąci?
To warjat jest przez djabła opętany!
„Jak może kwiat na glebie wzrość wyschniętej?
Jak może pieśń wydzwonić gwara dzika?
Jak może głaz zaświecić, jak djamenty?
To mrzonkarz jest, rozsądek mu zanika!”
Ale mój śpiew rozbrzmiewał coraz śmielej,
A śmiech przez łzy drgał głośniej i potężniej, —
Potwarcy już wysłuchać mnie musieli,
Przestali drwić szydercy niedołężni .
Obfity plon wydały — „martwe łany”,
Odgłosem z nieb zabrzmiała — „dzika gwara”,
Przydrożny „głaz” — roztoczył blask świetlany,
Wcielona w byt została — płonna „mara”
Bo nie zły duch oskrzydlił moje pienia —
Przez lutnię mą mówiła prawda krwawa:
Wszechmocny Bóg użyczył mi natchnienia,
A z piersi mej wybuchnął śpiew, jak lawa.
Oniemiał wnet potwarca i szyderca —
Nad pieśnie mą niejeden łkał boleśnie:
Bom ludzki ból wysnuwał z głębi serca,
Kochałem świat, dla niego—m tworzył pieśnie.
Pragnieniom mym już uczyniłem zadość:
Dziś miljon serc uderza razem ze mną.
Siałem śród łkań — dziś za to zbieram radość,
Bom znalazł znicz, co noc oświetla ciemną!
(S. H.)
ZIEMIA ŚWIĘTA
O, nie mogę, wielkie ludy świata!
O gościnę kornie błagać was.
Mnie z ojczyzną święty węzeł splata —
Ją w niej widzę tyle czarów, kras.
Pełne łez są moje błędne oczy,
Kiedy dawny swój wspominam blask,
Gdy był moim — luby kraj uroczy
A zaś obcy — prześladowców wrzask.
Gdy nie znałem wiecznej tej pogoni,
Nie wiedziałem, co to „ghetta” cieśń, —
Gdy daleko po Jordanu toni
Echem dźwięczał śmiech mój i ma pieśń .
Gdym owieczki pasał, w dal wpatrzony,
A wokoło kwitł mój łan, mój sad,
W których bujne wydawały plony —
Moje drzewo, kłos mój i mój kwiat.
Jeszcze oczy me się ogniem żarzą,
Gdy zadźwięczy z dawnych czasów ton,—
Bo w nim słyszę, jak umarli gwarzą
I ślą nakaz mi z rodzimych stron.
Zda się słyszę głos bliskich mi ludzi:
„Dość się tułać, przyjdź już do nas, przyjdź!”
Serce drży mi, tęsknica się budzi:
„Ach, jak chciałbym po dawnemu żyć!”
Zda się świecą znów świątyni mury,
Kwitnie Karmel i Saronu gaj!
Balsam płynie, jaśnieją lazury —
Odżył ludu mego dawny maj.
Póki snuję ową marę błogą
Godziż się do tych wyciągać dłoń,
Którzy ludu mego znieść nie mogą
I piętnują hańbą jego skroń?
Nie, nie żebrzę dachu, ludy świata,
I nie błagam was o ziemi szmat:
Mnie z ojczyzną stary węzeł splata,
Ona milsza mi, niż cały świat!
(S. H.)
MAMZER.
Nauczyciel spogląda na mnie jakoś krzywo,
A koledzy się nie chcą w szkole ze mną bawić, —
Dorośli mnie witają nazwę obelżywą,
Najlepszy człowiek chciałby zgubić mnie i zdławić.
Gdy w piątek szames*) winem chłopaków obdarza ,
Od puharu odgania mnie precz, jak natręta;
Nie wolno mi się nawet zbliżać do ołtarza;
Naokoło mnie bliska przestrzeń jest przeklęta.
Gdy chazan*) świętej Tory*) obnosi rodały,
Całować je każdziutki spieszy w Bożym domu;
Niech ja wargi wyciągnę —- z gniewem ogół cały
Na mnie patrzy, — uciekam ze strachu i sromu.
Ach, dumam wciąż i dumam, jaki grzech mnie plami,
Co znaczy mamzer — czy to zły duch we mnie siedzi;
A mama, gdy jej pytam, zalewa się łzami, —-
Pocałunki mi daje, zamiast odpowiedzi.
Mamzer — nieślubne dziecko, bękart,
Szames — służący bóżniczny
Chazan — kantor, śpiewak bóżniczny.
Tora — nauka, pięcioksiąg Mojżesza.
Inne dzieci o dobrych ojców są kochane,
A za sierotę każdy ujmuje się trocha;
Jam jeden, jako liście przez wicher strącane, —
Słabiuchna tylko mama prawdziwie mnie kocha.
Dlaczego—ż to ja jestem bez żadnej obrony?
Gdzie ojciec mój, raz przecież dowiedzieć się muszę!
Czy umarł, czy w dalekie powędrował strony?
Chcę ujrzeć go, lub modlić się za jego duszę.
Świat milczy… Te milczenie najbardziej mnie gnębi.
Czy to ludzie się brzydzę nawet mówić ze mną!
Całą rozpacz, ból cały kryję w serca głębi;
Ciągle cierpię, lecz za co? Dalibóg — daremno!
(S.H.)
PŁONNY TRUD
Raz w pieśni jam nie szczędził chłost,
Strofując wszystkie klasy,
Ciskałem strzały w serca wprost
I skórę darłem w pasy.
Więc motłoch nędzny i beau monde
Poznały mój karabin:
Bóżnicy przedni, tylny rząd —
Tak łaźniarz, jak i rabin.
Gdy już skończyłem cały kram,
Zechciałem wiedzieć ściślej,
Co mówią tu, co mówią tam —
Co ogół o tym myśli.
Więc do rabina zwracam się:
— Jak rabi wziął me żale?
„Czytałem już kazanie twe —
Zbeształeś ich wspaniale!”
Bóżniczny „dozór”*) rzekł mi tak:
„Oj,pan się wybrał na łów!
Gdy rozdział „szedł” egipskich plag,
Tyś zwał ich do rodałów. *)
I chazan*) niezmarszczoną brew
Miał, wcale się nie gniewał:
„Czytałem już twój gorzki śpiew —
Tak, cienkoś im zaśpiewał.
I szochet *)pieśń mą czytał już —
Radością się napawa:
„Tyś w gardle im zatopił nóż —
Zarżnąłeś według prawa.
I mohel *), korpulentny żyd ,
Nie traci tęgiej miny:
„Uciąłeś głowę im, aż wstyd,
Sprawiłeś sute chrzciny!”
A lichwiarz rzekł mi „Tyś ich zmógł
Piórem mistrzowsko—ciętem!
Spłaciłeś im rzetelnie dług —
Zwróciłeś go z procentem.”
Łaziennik też raduje się:
— Tyś całkiem ich obnażył!
Chłostałeś miotłą co się zwie,
A przytem—ś ich wyparzył.”
Słowem, w czyj tylko wejdę dom,
Przyjmują mnie najmilej:
„Dobrze tym łotrom, dobrze kpom —
Na cięgi zasłużyli!”
Ach! próżno—m smagał podłość, gwałt
Na marnej życie glebie:
Każdy swych bliźnich poznał kształt,
Lecz nikt nie poznał siebie!
(S.H.)
*) „Dozór" bóżniczny — potoczna nazwa członka
zarządu (dozoru) bóżnicy.
Rodały — pergaminowe zwoje Pięcioksięgu, z których się odczytuje w bóżnicy w soboty i w święta pewne rozdziały, przyczem do każdego z nich wzywa się jednego z modlących się. — Wzywanie kogoś przy czytaniu rozdziału o plagach egipskich — uważane jest za obrazę.
**)Chazan — kantor, śpiewak bóżniczny.
Szochet — rzezak,
Mohel — wykonawca obrządku obrzezaniu.
DO NARODU
Narodzie mój! O, jakie masz jeszcze życzenia?
Czy zachowałem kiedy coś przed tobą skrycie?
Z głębi piersi wysnute oddałem ci pienia.
Mą siłę, duszę moją, — całe moje życie!
Łzy czyste, co w dni smutku ciekły z ócz obficie,
Ból, co serce przepalał skroś, jak żar płomienia:
Te wszystko, uniesiony, w godzinie natchnienia,
Uplotłem, jak girlandę róż w pełnym rozkwicie, —
Aby nią głowę twoją uwieńczyć zbolałą,
Posępną, jak zmurszała nadziei mogiła:
Bo Muzę mą myśl jedna święta uskrzydliła:
Dla ciebie żyć, poświęcić ci mą lutnię całą.
Cóż mógłbym ci dać więcej, moja braci miła,
Gdy ci się dość miłości, a ofiar — zamało?!
(S.H.)
POETA
Przychodzę k'wam z krainy muz wspaniałej:
Ów cudny kraj odmienne świty piększą —
Tam zużył Bóg swój gienjusz, rozum cały,
Potęgi swej zastawił część największą.
Tam błogo mi, tam ma siedziba główna —
Swobodnie pierś oddycha, dusza marzy:
Tam żaden król mi ziemski nie dorówna,
I dumnie tam z największych drwię mocarzy!
Tam moją skroń korona zdobi złota,
I ciało me anielska tuli szata:
Tak cudne są, że ludzka ich istota
Nie kupi tu za żadne skarby świata!
Gdy tylko chcę — nadziemskie pieśni śpiewa
Słoneczny krąg, srebrzysty sierp księżyca:
A nieba strop tonami się zalewa,
I ucho me upaja i zachwyca.
Gdy pragnę śnić, wyłania się, jak z toni, —
Ramiona z drzew zwracając do mnie swoje —
Cienisty las, barw pełen, dźwięków, woni:
Wstępuję weń i marzę tam i roję.
W krainę śnień świetlanych się unoszę
I snuję tam fantazji nić subtelną;
Polotu jej słodycze i rozkosze
Człowieczą pierś stopiłyby śmiertelną.
Gdy dusza na uciechy jest już syta,
I ból i jęk pociąga ją i mami, —
Na ziemski glob mnie dłoń prowadzi skryta,
I z wami się zalewam tutaj łzami.
Gdyż wszędzie tu — na nędznym ziemskim globie,
Króluje ból i zgrzyty i rozpacze,
A ludzki śmiech — to śmiech zmarłego w grobie: —
Więc pośród was jedynie łkam i płaczę!
(S. H.)
KANAREK
Kanarka dzwonią trele,
Gdy wolny fruwa w borze;
Kto odczuć twe wesele,
Twą radość pojąć może?
Kanarka dzwonią trele,
Gdy więźniem jest w salonie:
Kto odczuł twoje bóle
I tęsknot zgłębił tonie?
(A. T.)
DLA NIEJ ŚPIEWAM...
Dla kogoż innego bym śpiewał, jak dla niej,
Dla mojej kochanki, dla wzniosłej mej pani?
Cóż świata obchodzi mnie złoto i chwała?
Ja śpiewam dla tej,co me serce porwała!
Bo ona jedyna ma piersi mej żary —
Radości me czyste, bolesne ofiary:
Gdy noc już zapada, gdy świta poranek,
Ślę pienia — Poezyi, najmilszej z niebianek.
Przy boku mym siedzi, wzruszona i tkliwa,
A pieśń ma — z jej piersi jęk cichy wyrywa;
Od jęku każdego oddźwięki brzmię w głuszy,
A dźwięk każdy nową pieśń rodzi w mej duszy.
Tak, wszystkie me pieśni jedynie są dla niej —
Dla mojej kochanki, dla wzniosłej mej pani.
Cóż świata obchodzi mnie złoto i chwała?
Ja śpiewam dla tej, co me serce porwała!
(A. T.)
NIEMA ŁZA
Jest w sercu mym zaciszny kąt,
Gdzie
uczuć moich rosną gaje:
Tym więcej w sercu pozostaje,
Im więcej ich oddaję stąd.
To ból mi sprawia, męczy mnie
To serca moje w strzępy rwie,
Lecz gdy to nazbyt długo trwa.
Coś wtedy szybko mnie uzdrawia
I z mąk okrutnych mnie wybawia:
To łza jest cicha — niema łza!
Choć łza to drobna — więcej nic,
A jednak chmurę zgarnia z lic,
A jednak w niej — jest serca byt,
Głąb bólu i radości szczyt!
(A. T.)
