niedziela, 12 lipca 2026

HENRYKA ŁAZOWERTÓWNA - IMIONA ŚWIATA

 

אויפין האלפען וועג





HENRYKA ŁAZOWERTÓWNA*





IMIONA ŚWIATA





WYDAWNICTWO DROGA — WARSZAWA 1934





DRUKARNIA ARTYSTYCZNA, WARSZAWA,

NOWY ŚWIAT 47,

TEL.: 635.80 i 635.83.





Spis rzeczy:


Imiona świata



I*



Szczęście moje...

Znajomemi ścieżkami

Zatęskniłam...

Wspomnienia

Sen

Dom



II*



Podróż

Południe w willi

Południe w tawernie

O zachodzie słońca

Magnolje

Odjazd

Noc nad jeziorem Bourget

Spotkanie

Dziewczęta z francuskiej prowincji

Pocztówka z Marokko



III*



Powiew

Dunajcowe szczęście

Przechadzka wieczorna

Powrót

Jesteś...



IV*



Dwudziesta czwarta wiosna

O majowym księżycu

Nasza podróż

Wieczorem

∗∗∗

Nocna myśl

Kabała z liści

Rozmowa z drzewem

Obraz w oknie

Kochanowski

Czuwanie... tout ce que j’ai rencontré de rire sur les lèvres, j’ai voulu l’embrasser; 
de sang sur les joues, de larmes dans les yeux, j’ai voulu le boire; 
mordre à la pulpe de tous les fruits que vers moi penchèrent des branches. 
A chaque auberge me saluait une faim; 
devant chaque source m’attendait une soif — une soif, devant chacune, particulière...



André Gide: Nourritures terrestres.





IMIONA ŚWIATA

Kiedy miałam szesnaście lat,

myślałam, że świat jest duży,

ale go można ująć i słowem powtórzyć,

i z człowiekiem zrymować, i w wierszu uwięzić,

jak słowika — i falę — i księżyc.



A potem niby drzewo szumiący się rozrósł

i korzenie w me ciało zapuścił:

każdy ranek mnie wołał jak daleka podróż,

w każdy dzień łza się wplotła — lub uśmiech.



Granatowo i srebrnie śpiewały wieczory

i w jaśminach moje serce biło —

oczy w oczach się topiły, jak gwiazdy w jeziorach,

gdy odgadłam twe imię: MIŁOŚĆ.



Starło się pierwsze imię, jak słowa pisane na piasku,

a przed drugiem, które było: PUSTKA, zamknęłam strwożone oczy.

Noc była koło mnie i we mnie, nade mną czas się przetoczył,aż znów świt nabrzmiał wołaniem, nowego jutra zwiastun.



To wtedy, gdy na Radzymińskiej ulicy witały mnie chude dzieci

z nogami skrzywionemi przez nędzę, z twarzami, które rzeźbił głód,

to wtedy — ciężki od krzywdy, od łez napuchnięty świecie,

poznałam twe imię: BUNT.



Nie umiałam o tem pisać wierszy:

jak na wiatr wystawiłam twarz

na ten świat boleśniejszy i twardszy, i szerszy,

na ten świat już nie mój — nasz!O jakże się rozrosłeś, pchany tysiącem rąk — razem, razem!O jakże mi okrzepłeś, chropowaty od krzyku — chórem, chórem!

Stupudowy, uparty kloc, windowali cię wściekle pod górę;

ociekałeś żywicą krwi, gdy cię gniewem darli jak żelazem.



... Czy to był lęk przed tobą — sękatym, groźnym, ciemnym?

Czy to była tylko powszedniość — troska, dom, obowiązki?

Zatrzymało mnie coś, wciągnęło jak lej na bagnie grząskiem...

Zatarł się tamten świat — potoczyli go sami — beze mnie.



Zatarł się tamten świat — inny nową przypłynął twarzą,

bije we mnie jak fala o brzeg podmyty — —O stubarwny, stukształtny i jeden, który wołasz i który przerażasz,

czy potrafię cię nazwać wreszcie, czy nadążę cię pojąć i schwytać?!



Wirujesz przed oczami bryłą wielościenną,

nocami piersi mi gnieciesz,

a kiedy widzę jedną ścianę — na drugiej jest ciemność,

a kiedy ujmę jedną krawędź — drugą usuwasz przede mną,

świecie!...



Jakże cię w słowach zawrzeć, jakiem cię nazwać imieniem,

jakże cię przetłumaczyć na wzrok i słuch, i dotyk,który jesteś nieruchomy i płynny, który jesteś światłem i cieniem,

mniejszy od serca ludzkiego, większy od ludzkiej tęsknoty!



Ja jestem tylko człowiek: tyle życia — ile tętna w żyłach, tyle mądrości —

[ile mózgu pod kopułą czoła;

ja jestem tylko człowiek: tyle godzin snu, co nie koi,

[tyle — pracy, która nie cieszy...

Pędu tyle — by aż padać, do ciebie śpiesząc.

Siły tyle — żeby powstać, gdy zawołasz.



A jeśli życia starczy tylko, by cię przeczuć?

Jeśli tęsknota nie rozświetli niewiedzy, w której mnie grążysz?

A jeśli mnie do prawdy już nic nie dowlecze?

A jeżeli cię nazwać nie zdążę?!Czy to dopiero wtedy, gdy na oczy rozwarte ostatniem zdziwieniem

noc opadać pocznie skrzydłem olbrzymiem,

czy to wtedy pozwolisz rękom stygnącym, na kołdrze drgającym jak cienie,

skreślić prawdziwetwe imię? ...





I





SZCZĘŚCIE MOJE...



Szczęście moje bezszelestnie uchodzi

i nikt na to poradzić nie może...

Codzień szepcę obłudnie: „Nie szkodzi...“

a myślę: „Boże — —“



Codzień idę przez te same ulice

(— wspomnieniami wymoszczone drogi —)

i z uśmiechem patrzę w twarz księżyca,

zamiast pod nogi.



Aż przed jedną znajomą bramą

szklany uśmiech rozpryskuje się w łzy — —

Ach, zbyt ciężko dźwigać słowo: sama,strzępek słowa cudownego: MY...



ZNAJOMEMI ŚCIEŻKAMI



A gdy wpłynę w dobrotliwą ciemność

znajomemi, prostemi ścieżkami,

księżyc wyjdzie przywitać się ze mną

tak jak kiedyś — jak wtedy — z nami...



Pewnie będzie bardzo zdziwiony,

gdy mnie tutaj samą zobaczy —

będzie pytać niespokojny, strwożony,

co ta cicha samotność znaczy?



I niziutko, bliziutko się stoczy,

i nachyli ku mnie jasną głowę,

a ja tylko popatrzę mu w oczy,

jak wiernemu, domyślnemu druhowi — —



Ach, odgadnie, co się stało z nami,

(— choć mu nawet nie powiem i słowa —)

i zapłacze srebrnemi łzami,

i za góry zasmucony się schowa...



ZATĘSKNIŁAM...



Zatęskniłam do jakiegoś rozstania,

do jakiegoś gorzkiego odejścia — —

W nocy wabią mnie cichem wołaniem

nieznajome, dalekie miejsca...



Zatęskniłam do obcości i chłodu,

do drętwoty okrzepłej i sennej —

do jakiegoś pustego ogrodu,

do milczących, zatrzaśniętych okiennic...



Do zgubionych, poplątanych dróżek,

do pożółkłych, bezlistnych badyli,

do maleńkiej, przygasłej kałuży,

która niebo odbijać się sili —



do jakiegoś drzewa samotnego,

co na wietrze musi giąć się i skrzypieć — —Zatęskniłam do pierwszego śniegu,

który trawy i myśli przysypie...



WSPOMNIENIA



Wróciłam po nie bez lęku,

z ochotą,

wierząc, że pachną jeszcze

jak przed laty — —

I oto

trzymam je w ręku:

mój Boże, jak dziwnie szeleszczą,jak papierowe kwiaty...



SEN



Taki sen: odjeżdżam gdzieś sama i bardzo daleko —

do stacji nieznajomej, której niema na żadnej mapie.

Nad dworcem niebo wisi jak wielkie, czarne wieko,

lokomotywa krzyczy głosem bitego człowieka,

kolejarze mają twarze jak papier...



Mam z sobą tylko jedną walizkę i jeden żal, którego nikt nie próbował zgłębić...

Jestem bardzo spokojna — i to czego nie widać: bardzo smutna.

Miasto w blaskach rozprysło się za mną, nade mną para się kłębi —

stoję w oknie wagonu, jak w pudełku nieruchoma kukła.



I ty jesteś także (— wykrzyknik na prostokącie peronu —)

z kwiatami, z bombonierą, z oczami, co nie marzą, z dłońmi, które nie tęsknią...

Romantyczny płaszcz samotności narzuciłeś na szczupłe ramiona,

w oczach masz twardy spokój, na ustach mądrość zwycięską.



Nie chcę twojej chłodnej mądrości, chociaż możesz mi dać jej tak wiele...

Nie zabiorę jej z sobą w ciemną przestrzeń pociętą szynami.

Wiem i tak: nic przede mną, wszystko za nami.

Wiem i tak — — Ale milczę, przyjacielu.



A Ty powracasz nocą (— punkt wplątany w geometrję ulic —),

cieniami domów rozcięty na srebrnego i czarnego człowieka,

wracasz w pustkę pokoju jak w ramiona kochanki się wtulić,

zwiewne kółeczka dymu na bezsenne spojrzenia nawlekać.



Trotuary — krokami, wspomnieniami lata odmierzasz,

samotniku zawzięty, uwięziony w kuli z szkła i lodu!

Świat odpychasz od siebie podniesionym na uszy kołnierzem,

pod stopami depczesz cień uparty — pognębioną, zgniecioną młodość.



Aż na jakiejś ulicy cień podniesie się z cichem westchnieniem

i zastąpi ci drogę powoli:

przypomnieniem — imieniem — kamieniem

coś uderzy w piersi — — I zaboli.



I zawrócisz swe kroki samotne

i przed dom jakiś cień cię powiedzie:

tam o jedno słowo się potkniesz,o to, któreś mi zapomniał powiedzieć...



Widzę cię: biegniesz na dworzec blady i wstrząśnięty,

(na uśpionych ulicach echo pośpiechowi twemu urąga —)

ale dworzec nazawsze zamknięty

i nie idą już żadne pociągi — —



Na pustym placu, na wietrze stoisz jak suchy badyl.

Niema przy tobie nikogo i niema pomocy znikąd.

Widzę cię: jesteś bardzo blady — —

Widzę — — I budzę się z krzykiem.



DOM



Dom... No i cóż wielkiego — dom?... Tu zawsze było tak samo:

nieruchawo, półmrocznie, ciasno...

A tam był świat — („świat" — znaczyło: szeroko i jasno.)Świat się zaczynał za bramą.



Był zawiły i wielki — ludzi, zdarzeń trudny fotomontaż.

(Każdy krok wiódł w Nieznane — nie dbałam, czy z powrotem trafię...)

A w domu... jak to w domu: blakły twarze, stare fotografje,

smutek szarzał pajęczyną po kątach.



Tu życie się jak wilgoć po spłowiałych tapetach sączyło,

a tam — świat był ogromnym, kolorowym domem!

Miał tysiąc kształtów i sto imion nieznajomych —

i sto pierwsze — znajome — miłość.



Miłość: melodja, barwa, ruch — lot w światło i przestrzeń!

A potem — dziurawy balonik bezwładnie leci ku ziemi...

A potem — samotne włóczęgi ulicami, placami pustemi,

głupie łzy pomieszane z deszczem...



Oto wracam zmęczona z pierwszej dziecinnej podróży

i prócz smutku dla siebie — nie wiozę gościńca nikomu...

Świat się skurczył... (A może wydawał się duży?...)

I widać tylko drogę wiodącą do domu.



Wiem — znam: kałuża przy bramie, na drugiem piętrze siwa głowa na balkonie,

znużone oczy nad gazetą, ręka kładąca pasjanse na brudnym obrusie...To jest dom, który teraz od świata obroni,

dom, z którego chciało się uciec...



Wiem: tu mi trzeba pozostać, gdzie dzień każdy powszedniością prószy,

tu mi trzeba pomilczeć, w dłonie ciężko złożywszy czoło...

Tu mi trzeba poczekać, aż świat innym mnie głosem zawoła,

aż nanowo — po nowe — wyruszę.





II





PODRÓŻ



Kiedyś, gdy ci obrzydnie tapet twych znajomy deseń,

blade ryciny twarzy w starych ramkach — zżółkłych uśmiechach,

w jakiś ranek wiosenny gniewnie się podniesiesz

i zapragniesz jednego: JECHAĆ!



Na granicznej stacyjce, za ostatniem domostwem białem

wierne ścieżki utkną zmęczone i już żadna wzdłuż szyn nie pogoni — —

Spojrzysz tylko raz jeden za siebie i wszystko co w mgle zostało

dalekości firanką przesłonisz...



Pamięć rzeczy tamtych, jak groszaki uronione przez beztroskie ręce,

w tajemniczo gwarzącym, w nieznajomym pogubisz tłumie — —

Będziesz słuchać i myśleć: jak to dobrze być cudzoziemcem,

co dopiero uczy się rozumieć...



Aż zapachnie, zakwitnie, zasmakuje ci obca mowa:

będziesz ją w chciwych wargach rozgniatać jak winogrona...

Jak w paciorki zamorskie w kolorowe ubierzesz się słowa,

w kryształowe, szklane imiona — —



Po miasteczkach słonecznych, pod murami w dzikiem winie pochodzisz

i z uliczną piosenką łobuzerską przyjaźnią się zbratasz...

W jakiejś małej tawernie, która wyda ci się sercem świata,

słowo: „aimer" od słowa: „kochać" zabrzmi słodziej — —Aż kiedyś ktoś na żarty polskiem cię nazwie imieniem —

(obce usta do trudnego dźwięku nieporadnie, śmiesznie ułoży...)

I wtedy nagle: zdziwienie.

I wtedy się czegoś zatrwożysz.



Coś zawoła na ciebie zdaleka, twarz znajoma w nocy się przyśni,

jakieś książki się oczom przypomną, jak druhowie wzgardzeni, a wierni ...

I pomyślisz sobie: „Już październik...“I w Łazienkach liście lecą — — “ pomyślisz.



I rozpoczniesz na zszarzałe, nieskończone nici wieczorów

perełkami nawlekać tęsknotę —

aż uleczy cię błysk semaforów

i gwizd ostry — melodja POWROTU.



POŁUDNIE W WILLI



Gorącemi wargami Południe śniade piersi drzewom całuje

i przez sito zmierzwionych liści złotem ziarnem sypie się powoli...

Woń gęstemi, słodkiemi kroplami z nieprzytomnych ścieka magnolij

i żywicznem kadzidłem dyszą dwie zielone kaplice — tuje.



Żwir na ścieżkach trzeszczy od upału, trawa kona w soczystym krzyku.

(Biały dom się różami zapalił, w winoroślach splątanych utonął — — )

Tylko niebo oczom błogosławi dalekością, niebieskością zaśnioną...Mały obłok, jak wianek srebrzysty, na Alp spoczął granitowym pomniku.



Przeciekają minuty przez rzęsy, wargi lepkim się bronią godzinom —

ponad ciałem bezwładnem i ciężkiem sennie krążą dwa żółte motyle...Aż się w jakiejś chwili niepojętej małe drzwi ze skrzypnięciem uchylą,

ktoś na tacy przyniesie zbawienie — kwaskowate, lodowate wino.





POŁUDNIE W TAWERNIE



W perspektywie ulicy widać góry liljowo-sine.

Dzień — jak umiał najpiękniej — rozzłocił się i zmodrzał.

Na placu Grenette, przy fontannie, bronzowe delfiny

srebrną pianą parskają przez nozdrza.



Trotuary trzeszczą od gorąca.

Zda się — dymią jak spalone ciało.

Ja też nie mam już siły, nie mogę znieść tego słońca...

(A wiesz? — Wciąż mi go mało!)



W „Taverne des Dauphins“ są duże dębowe stoły

i chłodną skórą obite, szerokie kanapy.

Jest wino — i oranżada — i kelner wesoły — —No, czego się chcesz napić?



A możeby w warcaby zagrać od niechcenia?

(Tak to się tutaj ładnie — „jeu de dames“ — nazywa...)Patrz, słońce nas znalazło! — Przy moich kamieniach

złotą flagą zwycięstwa powiewa!



...Pytasz, dlaczego oczy mam takie błyszczące

i czemu się uśmiecham — co to wszystko znaczy?

Widzisz — ta obca mowa... to wino... to słońce...Nie potrafię lepiej wytłumaczyć!



O ZACHODZIE SŁOŃCA



Dopaliło się zmęczone południe,

zmierzch rozchyla palce liljowe — —

Wyfrunęły na ścieżkę, pod studnię

zbuntowane piłki tenisowe.



Teraz pora śniade ręce i nogi

na skrzypiącej pobujać huśtawce...

Potem — buchnąć w trawę koło drogi

między jaskry, stokroć i dmuchawce.



Szczęście — owoc z przydrożnego drzewa —

jest pachnące, słodkie — i niczyje...

Ktoś przechodzi drogą i śpiewa:O ma Rose Marie — —“



Słucham — myślę: jaki sens ogromny

mają tutaj najprostsze słowa...

Słucham — czuję: z chwil soczystych i wonnych

dzień urasta — kiść winogronowa.

.

Słońce nisko do rąk się stoczyło

złotokrągłą, ciężką pomarańczą — —

Jakieś wargi nad wargami się chylą...Czy to Ciebie całuję, o Francjo?!



MAGNOLJE



Przynosili gwoździki i bratki,

róże żółte, czerwone i białe, — —

Lecz najtrudniej było znieść magnolje,

te magnolje, co tak mocno pachniały...



Kto im kazał tak późno zakwitnąć?

W noc sierpniową kto je z drzew wyczarował?

Kto napełnił je tą dziwną wonią,

wymowniejszą niż oczy i słowa?



Kiedy wieczór przez otwarte okno

wnosił księżyc w granatowych łapach,

kto je uczył w wysrebrzonem lustrze

razem z kształtem podwajać swój zapach?Wynoszono je na noc z pokoju,

lecz przez drzwi, szparą okien zamkniętych,

przez zielone pancerze okiennic

tamten zapach powracał zaklęty!



Nabrzmiewała noc słodką tęsknotą,

tajemniczym, niezmożonym musem — —

W sny wrastały białe, nagie magnolje

i pachnącą sączyły pokusę...



ODJAZD



Za oknami — magnolje i pinje.

Pod oknami — winorośl i róże.

Z okien widać słońce olbrzymie

jak za Alpy rudą głowę nurza.



Niebo sine glicynje całuje,

głaszcze palce zielone kasztanom...

Koło ścieżki — zadumane tuje.

Koło drogi — dobrotliwe platany.



Biała willa, „Odpoczynkiem“ zwana,

jasnym myślom i uśmiechom sprzyja...Tu zaczęła się któregoś rana

ta z drzewami zielona przyjaźń.



Tu przez serce przesiała się radość,

jak promienie słońca przez pryzmat...

Tu w gorących ramionach śniadych

utuliła mnie słodka obczyzna — —



Ale przyjdzie taka chwila jedna,

że stąd będę siwym rankiem odjeżdżać...

Wyjdą drzewa znajome mnie żegnać

i zobaczą... że mi wcale nie żal!



Wyjdzie niebo, zza gór się wychyli

modrem okiem raz jeszcze popatrzeć — —

Będę prosić: „Nie gniewajcie się, mili...

Nieczułemu gościowi przebaczcie!“Może powiem, gdy już będę daleko,

może wyznam magnoljom i różom,

czemu mi tu było o jeden uśmiech zadużo,

o jedną łzę — zalekko...



NOC NAD JEZIOREM BOURGET



Zabłąkanym w obcem mieście podróżnym, jakby w jakiejś cudownej przygodzie

dzień się pisał listem miłosnym — teraz pieczęć go zamyka wieczoru:

zielonawa, stygnąca woń mokro szepce o pobliskiej wodzie,

małe uliczki wiodą prosto ku jezioru.



Ciepłe skrzydła ma cisza wieczorna... W skrzydłach ciszy jesteśmy sami:

kochankowie z staroświeckiej powieści — poetyczni, trochę smutni i młodzi...

Widzisz? — gwiazdy nad wodą rozmawiają z podwodnemi gwiazdami.

Słyszysz? — fala przy brzegu miękko pluszcze o dno starej łodzi.



Ten wieczór układa się w wiersze — w romantyczny, księżycowy poemat:

fala rytmu użycza słowom i z oczami rymują się oczy...

Ta chwila jest jak ważka błękitna — chwyć ją, uwięź rękami obiema!

Ta chwila jest jak ważka płochliwa — ponad nami niezłowiona trzepocze...



Pod palcami — czy to trzciny oślizgłe, czy to twoje zziębnięte dłonie?

Poprzez palce — czy to woda jeziora, czy to młodość nieuchwytnie przecieka?

Czemu leżysz tak płasko na fali, czarnym cieniem bezszelestnie toniesz?!Od mojego do twojego cienia droga trudna, droga daleka — —



Wiatr na wodzie cienie poszarpał... Chmura gwiazdy na niebie zgasiła...

Wiatr słowa roztarł w powietrzu... Ciemność chłonie nasze spojrzenia...To nic... To tylko deszcz — — Czego drżysz, czego lękasz się, miła?To nic... To tylko Czas — — To się „dziś“ we „wczoraj“ zamienia...



Chwila była jak ważka błękitna... Chwila była — chwili niema — dlaczego?!

(Zasłuchani w przemijanie milczymy, szorstką ciszą spowici jak kirem...)

Na fali — czy to głos? — ...i tak, wiecznie ku nowym popychani brzegom...

szepce cień Lamartine’a cieniowi Elwiry.



SPOTKANIE



Zagubiona w podróży jak w bajce,

w młodość własną zapatrzona jak w lustro,

nie wiedziałam, że cię właśnie tam znajdę,

nieznajoma, dziwaczna Francuzko...



Gdy dzień każdy wiódł w radość jak ścieżka,

każde „jutro“ nabrzmiewało pokusą,

jakże mogłam przeczuć, że tam mieszkasz,

w małem mieście Lamartina i Russa?



Że w tem mieście — pogodnem, czyściutkiem —

gdzie ze wszystkich stron pachnie rezeda,

chodzisz sobie taka sama jedna,

z parasolem — ze swym kaszlem — ze smutkiem?



O rozmowo naiwnie liryczna!

(W kawiarence: ja — przy winie, ty — przy mleku...)

Oświadczyłaś, że ranek jest śliczny

i spytałaś, czy jestem zdaleka.



Powiedziałaś, że w tem mieście jest jezioro,bardzo piękne — piękniejsze niż Leman“,

stary kościół — i zabytków sporo —

i już więcej nic ładnego niema...



I że życie czasem bywa jak sen —

przykry sen, który nawet nic nie znaczy...

Że zupełnie, zupełnie jest inaczej,

quand on est jeune — —



Jest się młodym, ma się ideały,

podróżuje się — tu i tam...

(Zrozumiałam wtedy: świat jest mały,

smutek — wielki. I wszędzie ten sam.)



Jakie to było dziwne: ty przy jednym, ja przy drugim stoliku,

wczesnym rankiem w pustej kawiarni pijące mleko i wino — —

Słowami najprostszemi, których szukać nie trzeba w słowniku,

rozmawiałaś z obcą dziewczyną.



Twoje miasto jest dziś bardzo daleko — ale świat jest przecież taki mały...

Może przez to widzę aż stąd

twoich oczu spłowiałą niebieskość, błękit twego jeziora wspaniały,

le bleu qui monte...



DZIEWCZĘTA Z FRANCUSKIEJ PROWINCJI





Ciemne oczy, słodkie imiona:

Marie-Louise... Suzanne... Germaine...

Dni w warkocze tygodni splecione,

dni spokojne, jak oddech przez sen.



Białe domy winorośl oplotła,

o przechodniu cicha droga śni — —

Można wyjść za furtkę kogoś spotkać,

ale przecież nie nadchodzi nikt.



Czas się mierzy dojrzewaniem winogron,

zakwitaniem ogrodowych hortensyj...

Po dnia ciepłym, słodkawym bezsensie

schodzi wieczór zmęczony i dobry.



W kręgu lampy nachyla się głowa

nad wierszami Marceliny Valmore —

cierpkiem winem odurzają słowa,

wielkie słowa: l’Amour, la Mort...



Jest gdzieś miłość — taka jak w wierszach,

jest gdzieś życie rozpostarte w tęczę — —

A tu — porucznik Jean ma medal na miejscu serca

i kochankę... (Dwieście franków miesięcznie.)



Jest gdzieś szczęście — złoty ptak w magnoljach

i jest smutek — ptak o sinych piórach...

A tu — prowincjonalna melancholja:

maman i konfitury.



Tutaj gwiazdy i magnolje kłamią,

księżyc także jakby nie ten sam...

Nuda zwisła falbankami u ramion

Marie-Louise... Germaine... Suzanne...Może jednak nie wszystko przepadło?

Francji dzieci trzeba — oto cel.

Po hulankach paryskich pan Marcel

pragnie wstąpić w małżeńskie stadło.



Wszystko będzie ogromnie rozsądne:

(„Dosyć marzeń — maman powie — pora żyć!“)

będzie księżyc — wielki nowy rondel —

nad rodzinnem szczęściem błogo lśnić.



...Czas się mierzy dojrzewaniem winogron...

Słaby refren lat dziewczęcych ścichł — —

W jakiś wieczór zmęczony i dobry

jakieś wiersze powędrują na strych.



POCZTÓWKA Z MAROKKO





Pisze ktoś z białego Marokko,

że dalekość serca nie zmienia...

Że jak zawsze: mocno — głęboko — —

Że gwiazdy... Że wspomnienia...O znajome francuskie słowa,

które gęsta już przesnuła mgła — —

(Że tylko — ręce całować ...

Jak dawniej... Jak „autrefois...“)



Na pocztówce z białego Marokko

dwa wielbłądy i beduin na piasku.

Przez palm liście — wachlarze szerokie —

cieknie niebo kroplami blasku.



Dzień spotniały od słońca pieszczoty

można w miłość jak w burnus owijać...

Nocą księżyc — wielki bukłak złoty —

pewnie żadnych warg spragnionych nie mija...



Tam to leżysz, rozgrzany i śniady,

sypki piasek przesiewasz przez ręce...

Tam to chodzisz, wiernym gwiazdom spowiadasz

swe wieczorne srebrne smutki chłopięce.



Ale widzisz... u mnie niebo jest szare,

chore słońce nad domami się słania...

I tak mądrze mówią w ciszy zegary

o wieczystej prawdzie przemijania — —



Widzisz... u mnie — kwiat w oknie umiera.

Dni się w palcach chłodną pustką popielą...

Milczą noce pod gwiazdami z papieru,

sen się wspomnień jak trucizny przeląkł...



No i widzisz... tak się stało dziwnie,

że twe imię, marynarzu mały,

polskie wiatry podstępnie i mściwie

siwym piaskiem niepamięci zawiały...





III





POWIEW





Już przewiało nade mną, przewiało

niespokojnym, ciepłym powiewem — —

Ktoś mnie blaskiem opryskał całą,

ktoś obsypał rozkwitłem niebem!



Idę dziwna, rozedrgana, szumiąca,

pokumana z drzewami i trawą —

ktoś mnie chwycił na wędkę ze słońca

i w powietrzu pachnącem pławi...



Już rozlała się wkoło mnie przestrzeń,

srebrnym nurtem przez serce przepływa — —

A we włosach rozwianych na wietrze

ktoś mi wiosną moją młodość wygrywa!



DUNAJCOWE SZCZĘŚCIE





Dunajcowa woda — chyża, chyża...

Dunajcowe kamienie — śliskie.

Nad Dunajcem wieczór się zniża —

nad Dunajcem szczęście łatwe, bliskie.



W łatwe szczęście trudno uwierzyć —

czy nasycisz niem serce głodne?

Dunajcowe kamienie — chłodne.

Dunajcowa woda bieży, bieży...



Księżyc płynie — coraz mniejszy — coraz wyżej —

aż o świcie za góry się schroni...W dunajcowej wodzie (chyżej, chyżej...)

dunajcowe szczęście utonie.



PRZECHADZKA WIECZORNA





Nieśmiałemi pytasz słowami

o mój smutek, o moje nieznajome Wczoraj...

Zamilcz... Czujesz? — dach srebrny rozpina nad nami

słodka cisza letniego wieczora.



Nie schodź wgłąb mnie, jak nurek, pereł lśniących chciwy...

Chcę być dla ciebie tylko taflą wody, w której wieczór się odbija.

Nie patrz na dno, gdzie szumię dzika i niczyja — —Ja cię wszak też nie pytam, jakiś jest — prawdziwy.



Jesteś mi tylko cieniem o ramieniu gorącem i mocnem —

(imię twe znam zaledwie — i to już zbyt dużo...)

jesteś drzewem, pod którem przez chwilę odpocznę,

nim noc zwiędnie — zbyt pełna róża.



Poco mówić o sobie? — Nie o to wszak chodzi!Gdzie zresztą znaleźć słowa, coby nie kłamały?! —

Czyż niedosyć ci wiedzieć, że jesteśmy młodzi

i że wargi nam lipcem wezbrały?...Patrz... gwiazda spadła — nieba pocałunek niemy...

Słyszysz?... wiatr się w zaroślach jak ranny ptak trzepie...

Splótłszy się ramionami, milczący pójdziemy — —

Wierz mi: tak jest najlepiej.



POWRÓT





Znów wróciłam do miasta, które już umiem na pamięć —

nad brudnym trotuarem deszcz drobniutki płacze...

Znajoma, czarna pustka dyszy w każdej bramie...A jednak coś jest inaczej.



Jest inaczej — jest bardzo dziwnie —

jest tak, jak było przed laty — —

...Z kosza na rogu jesienne, bezwonne kwiaty

patrzą się na mnie życzliwie.



Ulice są mokre i zmęczone —

ale na każdej czyha możliwość tajemna i słodka:

idę, patrzę uważnie w tę i w tamtą stronę,a może spotkam?...



Potem wracam do domu wiosennie, młodzieńczo smutna:

(cóż z tego, że już wrzesień i że dawno nie mam lat szesnastu?)

siadam przy oknie — marzę — skubię płatki astrów...

Dzień zwolna tonie w nocy, jak dziurawa łódka.



A nocą w snów cudownych złotą przystań wpływam

i oczy mam olśnione, gdy budzę się zrana — —Mój Boże, czyżby... czyżbym znowu była

zakochana?!...



JESTEŚ...





Jesteś prosty i dumny, jak trzcina nad niskiem sitowiem...

Jesteś szorstki i wonny, jak macierzanka na łące rozścielona...

Imię twe — krągłe jabłko — chrzęści w zębach młodością i zdrowiem...Jesteś chłopcem z opowieści Londona.



Z powietrzem, wodą, słońcem skuty najtkliwszem przymierzem,

ciałem pięknem i mocnem niebo z ziemią spinasz jak mostem...

Patrzę na ciebie i drżę: — A może w szczęście uwierzę?...

A może życie doprawdy jest, jak ty, bujne i proste?...



Nie znasz czaru zawiłego słów, splątanych w warkocze wierszy...

Nie wiesz, jaki smak mają myśli, które sen z powiek mi kradną...

Świat twój od mego świata o jeden uśmiech jest szerszy,

lecz głębszy o łzę jest ten, w który lecę jak kamień — na dno.



Jesteś brzegiem zielonym, do którego płynę po nocach

i który w dzień porzucam jak fala ciemna i chyża — —Nie wierz pozorom! — To nie te same gwiazdy nad nami migocą,

to inny zmierzch nade mną srebrzyście się zniża...



Nie odpocznę w ramionach twoich, jak w gałęziach wiernego drzewa —

dzikim ptakiem wędrownym ponad tobą przelecę, przepłynę...

Nie patrz... droga przede mną posępna, siwym piachem dal oczy zawiewa — —Jesteś tym, do którego tęsknię — jesteś tym, którego ominę.





IV





DWUDZIESTA CZWARTA WIOSNA





Wiosenna wieżo Babel! Gmatwanino majowych języków!

Nie mogę cię pojąć tego roku!Ogłuszona, ogłupiona wrzaskami słowików

biegnę z wiatrem po grzbietach rozczochranych trawników

i nie umiem dotrzymać mu kroku...



Wodo, głaskana słońcem — jaką, jaką szeleścisz mową?

O czem pachną narcyze i fijołki — coraz słodziej, coraz inaczej?...

Czy to znaczy, że coś — że wszystko — czy to tylko znaczy: majowo...

Czy to może wcale nic nie znaczy?!



Wiosno, wiosno zielona, prawdo nieodgadniona,

kto mi twój sens wytłumaczy?Zasłuchana w niepojęte słowa

idę, biegnę — kaleka, niemowa —

a gdy pojmę — stanę, zapłaczę...



O słowo, którego nie pomnę, którego nie powtórzę!...

O ramiona, suchemi gałęziami zwisłe — —



Precz pójdę — drzewo, które zielenią nie trysło,

złamany głos w twym chórze...



O MAJOWYM KSIĘŻYCU





Księżyc — fałszywy dukat

blaskiem do okien puka:

na ścianach, na suficie

wysrebrza się majowo,

przez tafle szyb zastygłe

magiczną woła mową — —



Nie przychodź do mnie nocą,

nie wołaj — dokąd? poco?

Nie wierzę twojej wiośnie,

nie wierzę bzom, jaśminom —

przed laty jakiś uśmiech

w majowych bzach mi zginął...

Przed laty jakieś słowa

wiosenny wiatr mi ukradł...To przez to muszę milczeć,

to przez to jestem smutna.



Księżyc blaskami chlusta

na zaciśnięte usta —

splecione, chłodne palce

łaskocze płynnem srebrem,

zmierzwioną ciemność czesze

dzwoniącem, lśniącem zgrzebłem.



Ciemność się miękko czesze,

palce się twardo splotły...

Sen legł na oczach kwiatem

zgniecionym i wilgotnym.



Nie warto wznosić powiek —

cóż mi nowego powiesz?...

Nie warto warg rozchylać,

nie warto rąk rozplatać,

nie pomną stopy ścieżek

księżycowego świata — —Blaszane cacko nocy,

nie masz nade mną mocy!



NASZA PODRÓŻ





Odjeżdżamy we wspólną podróż,

odjeżdżamy razem — zmęczeni —

od dni naszych, w niepokój szczodrych,

od snów ciężkich jak wory kamieni.



Czworgiem oczu wpatrzeni w ciemność,

trwamy — głowa przy głowie — w oknie;

pociąg noc nam wystukuje bezsenną,

jedną noc — i podwójną samotność.



Przyjeżdżamy do jednego domu:

(wszystkie ściany nas pchają ku sobie...)

wychodzimy — dwa cienie żałobne —

błądzić razem po ścieżkach znajomych.



Pod zastygłą, puszystą wełną,

pod tym samym milczącym śniegiem

szukamy — każde z oddzielna —

startych śladów dnia wczorajszego.



Kręgiem gór zamknięci dokoła,

jednem niebem nakryci jak dachem,

nie umiemy na siebie zawołać,

nie umiemy razem zapłakać...



Wieczór kroki na śniegu nam plącze,

chłód nam palce zziębnięte przeplata...Ciągle razem i ciągle w rozłące

odchodzimy i wracamy do świata.



...Do snów ciężkich jak wory kamieni,

do tęsknoty, z której nic nie uleczy,

powracamy razem — zmęczeni,

powracamy razem — dalecy.



WIECZOREM





Dzisiaj znów masz wzrok twardy i profil kanciaty.

(Bez żadnego właściwie powodu.)

I usta trochę surowe i słowa pełne chłodu — —



Bywało już tak przed laty...



Wtedy byliśmy bardzo młodzi

i wrażliwi na nastrojów „niuanse“,

ale dzisiaj widzę ( — może z żalem? — )

że to wszystko mnie mało obchodzi...Siedzę z głową wtuloną w ramiona

i cierpliwie układam pasjanse,

okutana w jakieś swetry i szale.



Może jestem poprostu zmęczona?

Może jestem poprostu starsza,

że tak pasjans za życie mi starcza,

a za ludzi — walety i damy?...



Że wystarcza mi karciane serce?!



...Szkoda zresztą, że się już nie kochamy:

takby dobrze było trochę pocierpieć — —



∗∗∗





Napęczniały kamieniami godzin

dźwigam dzień — zgrzebny worek na grzbiecie.

Trwa mozolna wędrówka... Aż mi noc wychodzi naprzeciw.



Ma wilgotne, wątłe ramiona,

jak objęcia chorego kochanka...

Ale zasnę w nich słodko — zmęczona —

niepomna ranka...



NOCNA MYŚL





To dlatego, że ciemność jest falą

wkoło łóżka — samotnej łodzi,

że się trzeba od brzegów oddalać,

w niewiadome, w nieznajome odchodzić —

że noc szklanym kloszem nakrywa zastygłe domy,

a ciało jest jak trup, który marzy:

wyciągnięte i nieruchome,

z trądem księżyca na twarzy — —

To dlatego, że tak strasznie samemu umierać,

że tak strasznie samemu zasypiać,

kiedy w oczy mrok popiołem się sypie,

a cisza szumi i wzbiera —

a sen-balon unosi mnie pełną bojaźni

od mojego miejsca na mapie, od miejsca na pościeli,

od dnia na kalendarzu, od godziny wyznaczonej zegarem — —

To dlatego

muszę myśleć o drugiem ciele,

które mnie — fruwającą — ujarzmi

i wbije w rzeczywistość gorącym ciężarem.



KABAŁA Z LIŚCI





Jesień na ścieżkach kładzie mi z liści kabałę —

(wiatr je przenosi z szelestem po pustym ogrodzie...)

Lipowe mówią: podróż niedaleka.

Klonowe: list, na który czekasz.

Kasztanowe: z przyjacielem spotkanie.A wierzbowe, jak martwe rybki, płasko, cicho leżą na wodzie —

i wiem już: wszystko napróżno, nic się i tak nie stanie.



ROZMOWA Z DRZEWEM





O młodości. O liściach. Że więdną. Że mija.

O ludzkich łzach. O deszczu. O odlocie ptaków...

Takie szczere rozmowy, może to i przyjaźń —

lecz cóż nam z tego przyjdzie, mój drogi biedaku?...



OBRAZ W OKNIE





Nad oczami nawisłe czoło. Ręce ciasno splecione na głowie.

Kwiat uschnięty w doniczce. — Oto obraz wprawiony w okno.

Można go nazwać: Samotność,

albo krócej: Człowiek.



KOCHANOWSKI





Pewnie ci dobrze było, w chróścianym chłodniku

nad kielichem zasiadłszy, miód smakować sytny —

i lato pić, perlące się w śpiewie słowików,

i niebo, w oczach córki odbite błękitnych...



I błogo było z dziecka i ptasząt szczebiotu

i ze złotego trunku, i z oddechu lata

wysączać jasną mądrość, kryształową „cnotę“,

co godzi z doczesnością i z wiecznością brata...



I łatwo było wierzyć, że życia zagadkę

już zgłębiłeś, i łatwo — w radosnem skupieniu —

swoją prawdą się z ludźmi dzielić jak opłatkiem:

śpiewać o „dobrej sławie“, o „czystem sumieniu“...



Lecz gdyś się tak pieśniami od świata odgrodził,

gdyś z cegieł swej mądrości wzniósł niezłomne mury,

w drzwi twoje Los zapukał — natrętny przechodzień,

nad domem Śmierć wionęła jak ptak czarnopióry...



I nagle... Jakby ktoś ci odmienił zdradziecko

twe prawdy „niepożyte“ — twe prawdy... znikome!

I nagle, kiedy zgasło niebo w oczach dziecka,

runęła mądrość twoja jak karciany domek!...I cóż twym oczom teraz okrom łez zostało?

I cóż zostało ustom prócz gorzkich złorzeczeń?

I jakże wrócić w życie od tej trumny małej,

gdy wiesz, że „fraszka cnota“, że „błąd wiek człowieczy“?



Więc — gdy ci resztę wiary ból z serca wyżenie,

kiedy cię żal doszczętu połamie, rozkruszy,

zapłaczesz, smutny mistrzu, w najcudniejszym trenie

nad mogiłą Orszuli — nad mogiłą duszy...



CZUWANIE





Dziesiąta. — W tekturowem pudle domu się zamykam

budować trudną noc, która dzień od dnia oddzieli.

W domu bieda szeleści kartkami komornika,

choroba dławi wonią lekarstw i zmiętej pościeli.



Z cegiełek godzin noc wyrasta krucha i nieufna,

by rozsypać się znagła w bieganinę zbudzonych kroków — —

Tymczasem — cicho. Oddechami nabrzmiewa, pęcznieje pokój.

Zegar tyka. I skrzypi o papier stalówka.



Czuwamy razem: zegar, ja — i ty, której nazwać nie śmiem.

Zegar liczy godziny: jedenasta — dwunasta — pierwsza...

A ty z mroku wypływasz kwiatami czereśni

i szmerem wiatru cicho dyktujesz mi wiersze.



Od splamionego stołu, od lepkiej ciszy, od ciemności wrogiej

wynosisz mnie na rękach, które są z mgły i księżyca...

Miasto śpi. — Cień latarni złamał się na rogu.

I dom śpi. — I nikt nie zna naszej tajemnicy.Cóż mi dzień? I noc cóż mi, gdy tak można tajemnie odpłynąć

i zostawić za sobą świat swój — pokój półmroczny i duszny...

Albo wrócić — i zszedłszy w największe głębiny

znaleźć cię znów, jak perłę skrytą w szarej muszli.





Autorka.





*Łazowertówna Henryka Wanda (19.06.1909 Warszawa – sierpień 1942 Treblinka II). Była córką Maksymiliana i Blumy Łazowertów, jej matka była nauczycielką. Ukończyła gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej, a następnie studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim oraz – jako wolna słuchaczka – studiowała romanistykę. Pisała wiersze, artykuły krytyczne i – rzadziej – drobne utwory prozatorskie w języku polskim, a także zajmowała się tłumaczeniem z języka francuskiego. W czasie studiów otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie poetyckim za wiersz Stara panna. Opublikowała dwa tomiki poezji: Zamknięty pokój (1930) i Imiona świata (1934). Od 1935 r. należała do warszawskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich. Jej pasją było kolekcjonowanie książek. Była stypendystką Wydziału Sztuki Ministerstwa WRiOP (Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego) na naukę na uniwersytecie w Grenoble (1931). Współpracowała m.in. z pismami „Droga” i „Pion”. Nasilanie się antysemityzmu w latach 30. skłoniło ją zarówno do sporadycznie publikowania w prasie polsko-żydowskiej, jak i do przejściowego zbliżenia do środowiska komunizującej młodzieży. Przed 1939 r. mieszkała z matką przy ul. Siennej w Warszawie, po utworzeniu getta ich mieszkanie znalazło się na terenie tzw. małego getta. W getcie działała w CENTOS-ie oraz wspomagała akcję propagandową Żydowskiej Samopomocy Społecznej. Współpracowała także z Archiwum Ringelbluma (ARG). Opracowywała monografie rodzin przesiedleńczych. Za jedną z nich otrzymała nagrodę na konkursie, rozpisanym przez Oneg Szabat. Poza tym dużo pisała, jednak tylko część jej utworów trafiła do ARG. Występowała na imprezach kulturalnych w getcie, a sporą popularność zdobył jej wiersz Mały szmugler. W lecie 1942, chcąc ocalić matkę, poszła na Umschlagplatz. Została wywieziona do Treblinki, gdzie zginęła.



Łazowertówna chorowała na płuca, lecz bez większej gotówki, bez jakichś dziesięciu tysięcy złotych, nie było co marzyć o stronie aryjskiej. Łazowertówna miała wielu przyjaciół Polaków, (…) mimo to nie znalazł się nikt, kto by ją uratował. W czasie pierwszej akcji likwidacyjnej zginęła w Treblince razem ze swą matką. (…) Na Umschlagplatzu starano się uchronić ją przed pójściem do wagonu, ale nie chciano czy nie potrafiono zwolnić jej matki. Henryka Łazowertówna dobrze wiedziała, iż wysiedlenie oznacza śmierć, mimo to poszła za matką.

Archiwum Ringelbluma, t. 29 a, Pisma Emanuela Ringelbluma z bunkra, s. 206.





Opracowanie:

Pracownia Rewitalizacji Ebooków

&

אויפין האלפען וועג

Luty 2021 r. - Marzec 2026 r.





pracowniarewitalizacjiebookow@gmail.com





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz