niedziela, 26 lipca 2026

GUSTAWA JARECKA - LUDZIE I SZTANDARY. I. (Work in Progress)

  

GUSTAWA JARECKA

LUDZIE I SZTANDARY

POWIEŚĆ


I


OJCOWIE



WARSZAWA 1938



WYDAWNICTWO J. PRZEWORSKIEGO



DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA



Miasto dyszało wiosenną niedzielą, zachłystywało się ludźmi, którzy bez miary wylegli dziś na ulicę. Jak okiem sięgnąć mrowili się na Nowym Świecie i, nietrudno dostrzec, sypali się ku Alejom Ujazdow­skim bezładnie. Pojedynczo. Parami. W małych gro­madkach. Jakby coś więcej jeszcze niż sama wiosna ciągnęło ich w tę stronę.


Zaś Aleje w seledynową zieleń małych, jedwa­biście stulonych listkowy przybrane, rozstępowały się szpalerem drzew i bez końca chłonęły ludzkie fa­le.


Wiosna wydobyła zapomniane blaski z murów.Szyby okien i latarni gazowych lśniły tęczą. Rados­ny pośpiech gnał ludzi. Wśród pośpiechu tu i ow­dzie opóźniali ruch przypadkowi przechodnie, włó­częgi od niechcenia, najczęściej w pelerynach, cza­sem w miłych oku niebieskich, studenckich szyne­lach.


Jednemu z dwuch chłopców, którzy szli z prądem spacerujących, ktoś wsunął w dłoń zwinięty papier.


Kiedy się starszy, krótkowzroczny odwrócił gwał­townie, nie było już nikogo. W najbliższej bramie odczytali pośpiesznie, wyrywając pojedyncze słowa z bibulastych, żółtawych kartek niewielkiego formatu, zadrukowanych po jednej stronie:


,,Warszawski Komitet Robotniczy P. P. S. zawiadamia ogół Tow., że w niedzielę 28-go kwietnia o godzinie 5-ej popołudniu odbędzie się w Alejach Ujazdowskich wielkie zgromadzenie ludowe dla obchodu święta robotniczego pierwszego maja. Wzywamy...“ — I niżej data: 26 kwietnia 1901 roku.


Były tam dwie przywierające do siebie odbitki. Starszy swoją dłonią przykrył rękę brata.

— Rzuć to — syknął —

Młodszy, pucołowaty na twarzy, chłopięcą okrągłością policzków, bez słowa wyszedł z bramy.

Już na ulicy starszy szepnął gniewnie:



— Przysięgałeś papie?

Musieli iść razem z tymi, którzy spacerowym krokiem ciągnęli w Aleje. Pod murami domów babiny w chustkach sprzedawały zamiejską wiosnę w słabo pachnących bukiecikach fiołków i żółtawych pierwiosnków.

— Pójdę tylko popatrzeć w Aleje — mruczał mały.

— Robotniczy pochód, nie jesteś robotnikiem, idioto.

Chłopięca twarz naindyczyła się burakowym rumieńcem:

— Ale rewolucjonistą.

Z całej siły w przegubie ściśnięta ręka osłabła.

— Puść smarkaczu.

Zgniecione papiery przeszły do ręki starszego.

Mały przez chwilę w chmurnym milczeniu gryzł grubą, dolną wargę. Krótkowzroczny brat, mrużąc oczy, przekonywał go niecierpliwie:

— Oleś, wracamy.

Wtedy nagłym skokiem młodszy wyrwał się wyprzedzając innych, poszturchiwany ze śmiechem lub zniecierpliwieniem, oddzielił się od brata żywopło­tem ludzkich szeregów.

W Alejach, po lewej stronie chodnika, zwężającą się wciąż smugą ścieliło się słońce do nóg idącym. Jasnowłosa dziewczyna w słomkowej budce, zwią­zanej na wstążki pod brodą, zgubiła pięciokopiejkówkę i szukała jej z wysiłkiem, potrącana przez przechodniów. Złoty medalionik-serce kołysał się przy tym na szyi jak wahadło. Student z kędzierza­wą czupryną znalazł monetę i podał ją. Dziewczyna zaczerwieniła się gorąco i podziękowawszy poszła dalej.

Jedwabisty wietrzyk płynął alejami. Wdychała go i cieszyła się nim. Kuzynka Maniusia w przero­bionej sukience i kołnierzyku z kokardą przyjeżdżała z małego miasteczka do cioci Kamy, do wielkiej, wielkiej Warszawy. Tutaj stawała się Marietką, ścia­ny świata rozpychały się.

— Już ja ci znajdę męża, ślicznotko — mówiła ciocia.

Marietka rumieniła się. Chciała mieć męża, mia­sto i cały świat.

Szerokie, przestrzenne Aleje tchnęły powiewem Lasku Bulońskiego z powieści Balzaca. Elegantki nadchodziły w kostiumach najnowszej mody. Wąskie w biodrach spódnice rozszerzały się ku dołowi i układały nisko w rzęsiste falbany i ruszę, podszewki szeleściły sztywno.

Nawykła do skromności domowej, Maniusia upajała się lekkimi, lśniącymi grenadinami, pragnęła ich dotknąć, włożyć je, jechać w cicho niosącym po­wozie, iść pieszo po jasnych kamieniach ulicy, prze­żyć cały ten dzień w stu wcieleniach.

Niepokój wywiódł ją pełną oczekiwań na daleki, bezcelowy spacer. Wielka, wiosenna Warszawa biła do głowy odurzającą radością. W powozach jaśniały kapelusze kobiet, wymyślne cacka z kwiatów, tiulu i gazy, z kolorowych, wiotkich słomek i grube mę­skie plecione.

Nagle zdumiała się. Zdziwionym wzrokiem ogar­nęła Ogród Botaniczny i Łazienki. Leżały opusto­szałe za zamkniętymi bramami. Naprzeciwko zaś, dostrzegła to wyraźnie, szli ludzie w tych stronach niewidywani, bezbarwni w tabaczkowych i granatowych surdutach, w sukiennych czapkach, sami mężczyźni i zrzadka tylko między nimi zwykła babska spódnica zamiatała złocisty i rudy kurz ulicy.



Z przypadkiem znalezionych książek, czyichś po­wiedzeń, nawet kuzynka Maniusia z prowincji zro­zumiała, że coś szło razem z ludzkimi szeregami. Nadchodziły przyszłe zdarzenia. Jeszcze przed wyj­ściem z domu ciocia Kama mówiła troskliwie:

— Tylko nie zabłądź Marietko i gdybyś nie wie­działa jak iść, pytaj się zaraz rewirowego. —

Spojrzała przed siebie. W jej stronę szedł młody, wysoki człowiek z roztargnionym spojrzeniem ciemnych oczu. Nieśmiertelnym obyczajem szukała Marietka po drodze takich oczu, ale te minęły ją nie­uważnie. Więc po raz setny tego dnia, zawiedziona i znów nabierająca wiary, pomyślała:

— Taki mógłby być — , odrywając nienasycone spojrzenie. Oczy przechodniów napotykały je, od­dawały pośpiesznie czuły uśmiech, przesuwały się dalej i już spływały bez śladu, zamieniając się w je­szcze jeden promień jasności dnia. Maniusia lekko­myślnie szła naprzód.

Naprzeciwko, między szorstkimi rękawami surdu­tów walczyła, przepychała się naprzód tęga kobieta w fałdzistej spódnicy obszytej „szczoteczką". Nie nosiła kapelusza na gładkich, siwych włosach. Cienki warkocz w tyle głowy zwijał się w kok przeszyty grzebieniami. Roztrącała ludzi gwałtownie i nieu­ważnie. Oczami szukała w tłumie. Szeregi zwierały się, nie puszczały jej naprzód. Biodrami, ramionam i jak żywym taranem uderzała w nie, aż znalazła coś spojrzeniem. Jeszcze raz szarpnęła się naprzód, pal­cami wczepiła się w czyjeś ramię.

Mizerny mężczyzna w kawowym surducie, sku­biąc jasne, strzępiaste wąsy, przyjrzał jej się z za­kłopotaniem.

— Pan Łobziński —

Tęgim, silnym ramieniem usunęła ostatnią prze­szkodę.

—- No, góra z górą. Ile to lat?

Ktoś zaśmiał się. Ona zaś, w odpowiedzi na spoj­rzenie spod brwi nawisłych żałośnie i niedbale, prze­chyliła się ku niemu całym gorącym ciężarem.

— A pan Łobziński też w Aleje dzisiaj?

— W Aleje.

Na nic więcej nie czekając, szeptała poufnie:

— Owszem, słyszałam i ja.

Umilkła, gesty jej osłabły. Zamyślała coś. Zato mizerak ożywił się, pogładził wąsy, nawet źrenice zamigotały bladą, spłowiałą niebieskością w stronę kobiety.

— Były na mieście karteluszki i gazetka była. Jak pani Żelazkowa słyszała to i wie. A może i pani Żelazkowa sama teraz czyta? — zaśmiał się wstydliwie drobnym, nienawykłym śmieszkiem.

Rumiana twarz kobiety z ostrymi bruzdami koło ust, stężała odrazu, obiawiła się w nowej twardości:

— Mnie nie takie rzeczy w głowie. Po Jacusia jadę szukać go. Przecie pan Jacusia widuje. Od roku się ożenił, żona na dniach, a on poszedł. Już od rana chodzili takie do niego. Aż świerzb w palcach czu­łam, bo od razu poznałam, co za jedni. A on popo­łudniu papiery w kuchni pali. Jacuś, mówię, idziesz gdzie? A on: w Aleje. Niedziela, myślę, niech tam idzie. Poszedł. A wpół godziny Kałużanka z naszego domu, na podwórku mnie powiada, coś się, powiada, dzisiaj w Alejach szykuje. —

Prosto szeroką, rumianą twarzą zajrzała w oczy Łobzińskiemu: ,

— Panie Łobziński, poratuj mnie pan. On u mnie jedyny. Niech mnie go pan odszukać pomoże. Prze­cie ja wiem, że wy się znacie wszyscy. —

Chude łopatki wzruszyły się niechętnie. Twarz, ciasno skórą bez tłuszczu obciągnięta, ułożona w cien­kie plisy, kreskami zmarszczek porysowana, skurczy­ła się.

— Szukaj se pani, bo to on dziecko, że go kto za sobą wodzi. —

Szept Żelazkowej stał się twardy, ciął powietrze przy uchu ostro i świszcząco:

— Jak był mały ognipiór miał i dyfterię. Z trzech jeden się ostał. Nie poto, żeby ginął o byle

co. Nieboszczyk mój jeszcze powiadał mi, że u pana cztery dzieci są, nie to co jedno.

Brzmiało to groźnym ostrzeżeniem, ale zaraz głos złamał się, opadł, wezbrał wilgocią i prośbą:

— Jak do przyjaciela mówię panie Łobzinski, co wam po takim jednym? —

Rzadkie, pokruszone zęby, zielonkawe i żółte od­słoniły się pod bladymi wargami i żółtym wąsem:

— Pani spraw partyjnych nie może rozumić, pani Żelazkowa. —

Szare źrenice Żelazkowej zdumiały się niezmier­nie, ale w jednej chwili gniew pożarł zdumienie:

— Stary, a w głowie pstro — przeleciało przez myśl, aż ją skolei zalała fala rozpaczy.

Uparcie się chudego ramienia trzymając, wmie­szana w nieznajomy szereg, szeptała mu w ucho gniewnie:

— To takie prawo u was, żeby matkom jedyna­ków zabierać? Na turmy i katorgi. Jedynaków nawet ukaz od wojska zwalnia. —

Łobzinski wciągnął głowę w ramiona, poruszył się niespokojnie, bo ten i ów już patrzał na niego. Źrenice, ukazując przekrwione białka, uciekły w górę, po namysł i odpowiedź. Chuda szyja natarła twardą obręcz wysokiego kołnierzyka. Zgarbił się i westchnął:

— Trudno wytłomaczyć pani Żelazkowej.

Ale ona odwróciła się wrogo i nie odzywali się więcej do siebie.

Przezroczysta smuga słońca na bruku, zwężała się, uciekała ku kamiennej granicy domów i po ich piętrach pięła się wyżej, aż rozjarzyły się w złocis­tym świetle blade ciała murów i szklistość szyb. Od Belwederu, od Sielc płynęło Alejami zamiejskie, czyste powietrze, z tamtej strony nawracały powozy, spacerem jeżdżące aż do Mokotowa, który z letniska już wyrastał w dzielnicę.

Po jezdni zatupotały żywo konie. Cienki tętent rozdzwonił się donośnie po bruku, rozbrzmiał echem. Ożywiły się kroki ludzkie, ciche bocznice napełniły się zaraz umykającymi chyłkiem przechodniami. Kozacy na koniach ostrym kłusem przemierzali ulicę. Niezrozumiałe twarze obcego ludu dziko i twar­do patrzyły z pod czap. Powozy i dorożki odsunięte w bok szybko biegły w stronę Nowego Świata, ucie­kały całkiem widocznie, uprzedzając nakaz.

Już trzecia secina kozaków parła naprzód na zgrzanych koniach. Drewnianymi barierami po­śpiesznie odcinano bocznice. Koło Alei Róż rozciąg­nął się wężem patrol policji.

Ludzie z Alei po jednej stronie szeroką strugą par­li ku Nowemu Światowi, po drugiej uparcie przeciw prądow i szli naprzód bezbarwną, zwolna rosnącą w szeregi gromadą.

Wystraszona Marietka, nawracając pośpiesznie, dostrzegła w grupce młodego człowieka, który mówił coś żywo. Jego oczy błyszczały, były przezroczyste jak niebo tego dnia. Tamci obaj, młodzi nosili oku­lary i spokojnie wypatrywali przez nie na ulicę.

Widziała zdaleka jak płonęły w nim niewiadome słowa. Na ślepo, z odległości dwudziestu kroków, Maniusia zatęskniła do nieznajomego świata czyichś wysiłków i pragnień. Wciągnięta w przedziwną grę, zamiast wracać czem prędzej, krążyła obok, zostawała.

Już nie było w Alei ani dorożek, ani powozów, ani barwnych kapelusików. Środkiem jezdni biegł tylko zwykłym truchtem zaprząg tramwaju. Ci w surdutach i czapkach odliczyli nagle, uporządkowali sze­regi i miarowym krokiem zaczęli iść w stronę Bel­wederu. Tu i owdzie wykwitały czapki rewirowych (wtedy zjawiało się przypomnienie: zapytaj się Marietko). Koło mleczarni Zawiszy sterczały wyraźnie piki nad ukrytym oddziałem kozackim. Jasne blaty pustych stolików lśniły w słońcu gładką powierz­chnią. Już nikt nie pił zsiadłego mleka.

Szpaler drzew w koronach zieleni przeświecającej słońcem kołysał się, poruszany wiatrem. Ludzie szli naprzeciw groźnemu milczeniu. Po prawej stronie jezdni sami robotnicy, po przeciwnej przypadkowi przechodnie mieszali się ze studentami, lub na studentów wyglądającymi.

— Jezus... — szeptała drżącymi wargami Żelaz­kowa, przedzierając się przez tłum, który zwolna, lecz nieustannie szedł naprzód. — Niema Jacusia. —

Wiosenny wietrzyk wydymał trójbarwną chorą­giew. Chwilami silniejszy powiew unosił płótno, aż furkocąc w powietrzu obracało się młyńcem biało niebiesko czerwonym. Szyldwach przechadzał się z karabinem na ramieniu.

Maniusia kręciła się w kółko w promieniu kilku kroków. Wysoki młodzieniec stał z jednym tylko towarzyszem. Rozstawając się z nim, zobaczył wreszcie migotliwe, ciekawe oczy i jasny warkocz okręcony wkoło głowy. Uśmiechnął się najpierw ką­tami ust, po tym coraz wyraźniej, napełniając Maniusię malutkim szczęściem. Później ruszył szybko naprzód długimi nogami. Zobaczyła tylko, jakie miał duże buty. Ale kiedy patrzyła za nim, spostrzegła, że oczy wszystkich, wystraszone, zdumione i ciekawe biegną w tę samą stronę.

Wyszarpnięty z niewidzialności przedmiot zami­gotał w górze. W złocistym błękicie powietrza wydał się najpierw czarny, po tym dopiero zalśnił wyraź­nie, ciemno czerwony jak skrzepła krew.

Przywitano go okrzykami: Niech żyje Polska… Niech żyje pierwszy maj. Walczymy o ośmiogodzin­ny dzień pracy — wystukiwały głosy.

— Walczymy o szkołę polską. Niech żyje święto klasy robotniczej. —

Z mleczarni Zawiszy, z browaru Junga, ze wszystkich zakamarków wysypali się nagle kozacy z pika­mi w pogotowiu. Wydłużyli bieg w klin. Klin wdarł się ostro w ludzkie szeregi, naparł tuż końskimi pier­siami o ciemne ubrania mężczyzn. Szeregi rozdarły się z krzykiem, z jękami ludzi wydzierających się z pod kopyt.

Krótkie nahajki ciemnymi mignięciami wznosiły się w górę i opadały. Pod ludzkim naporem chwiały się drzewa. Jednostajność marszu rozerwała się. Tłum rozsypał się w obie strony ulicy, biegł naprzełaj przez jezdnię, a wśród niego żandarmi wprawnym okiem wyłuskiwali ludzi jak ziarna.

Maniusia z całych sił gorącymi palcami obięła twarde pręty jakichś sztachet. Przylgnęła do nich, że­by jej nie porwał za sobą ruchliwy prąd, aż zwilżyło się w uścisku chłodne żelazo, potem zaciśniętych rąk. Obok niej siłą pchnięcia rzucony, mizerny, starszyczłowiek w kawowym surducie, wołał cienkimi war­gami: — Niech żyje pierwszy maj…

Ledwie się konie cofnęły z chodników i nieumundurowani piesi zaczęli wywlekać ujętych, zobaczy­ły przerażone oczy Maniusi, że naprzeciwko, gdzie delikatna, wiosenna zieleń krzaków wychylała się po­nad ogrodzenia parków, najpierw zwolna, bezładnie, później coraz prędzej zaczęły odrastać, ustawiać się, iść poprzednią drogą w nierówne szeregi złączeni ludzie. Rozsypani po ulicy wracali biegiem na nieozna­czone, własne miejsca. Ulica pęczniała nimi, nabrzmiewała, wybuchała okrzykami jak grzmoty: —- Niech żyje Polska ludowa. — Żądamy polskich szkół.

Ludzie, napozór bezładnie zebrani, byli podobni do siebie. Maniusia wiedziała kim są. To byli ci, co przychodzili coś naprawiać w domu, gaz, jakieś rury, ci, co wczesnym wieczorem zmęczeni szli ulica­mi i mówiono wtedy: — Już wracają z fabryk.

W lakonicznych podręcznikach historii nazywali się: lud. Cała ich dzisiejsza odmienność polegała na tym, że tu szli razem dziesiątkami, setkami.

Maniusia nieśmiało oderwała się od sztachety, żeby już wrócić. Ponowny, daleki grzmot okrzyku wstrząsnął ulicą:

— Precz z wyzyskiem . —

Fala mniejszych grzmotów odpowiedziała hucząco, aż zbita gromada zadrgała, coś uderzyło w nią. Zdaleka, od strony Mokotowa zbliżało się parskanie koni. Ktoś krzyknął z przerażeniem:

— Kozacy. —

Strach uskrzydlił Maniusię, cisnął ją naoślep, ale już droga nie była wolna. Wpadła między rozdarte nanowo szeregi, gdzie ciemna odzież mieszała się z połyskami metalu, rzemieni i bronzowo złocistymi kadłubami koni.

Grzmoty okrzyków falowały nieustannie, gło­śniej, ciszej, jękliwie. Cała ulica stała się wołaniem, już żyły w niej tylko głosy i ludzie niezdolni się za­trzymać pod naporem, pędzący, oszaleli, przewraca­ni na bruk jak ciężkie tłomoki, tratowani i zrywają­cy się znów. Porwali za sobą Maniusię siłą prądu, po­magali jej biec, nie dotykając jej. Pędziła za nimi. Ktoś wyciągnął rękę, kiedy się potknęła. Opierała się o plecy i ramiona cudze, jakby to były jej własne.

Wtedy zobaczyła znów na chwilę młodego czło­wieka z przelotnego uśmiechu. Miał podbite oko, włosy spadły mu na czoło. On i dwuch innych szli międzymi szarymi mundurami żandarmów. W jednej chwili cała nowa wiedza o łączności jednego z gromadą, o przemocy, gorzko przeniknęła serce Maniusi.

Na jasnych kamieniach bruku, pod stopami mignęły promieniste bryzgi krwi.

… Czyjaś zrozpaczona ręka złowiła kawowy surdut Łobzińskiego. Uparty głos zajęczał:

— Panie Łobziński, jak pan w Boga wierzy, przyślij pan Jacka. Nie mogę go znaleźć — i już płaczliwie: — Nie gubcie dzieci. —

Na mizernej twarzy paliły się cynobrowe ognie:

— Przecie to dla dzieci — odkrzyknął ochrypły, biegiem upity głos.

— Dla dzieci — zawyła ze śmiechem, z wściekło­ścią i rozpaczą Żelazkowa.

— Przyślę go jak zobaczę. Uciekaj pani. —

Bieg ludzki osłabł. Bocznice w chłonęły uciekających, osłoniły ich milczące domy. Aleje zostały dale­ko ze swoją barwnością wiosennej zieleni drzew, czerwoności na bruku. Ludzie mieli swoje powszed­nie twarze, obojętne, lub uśmiechnięte. Dorożki dud­niły raźno. Na Placu Aleksandra oparła się Maniusia. Odnalazła miasto żyjące w spokojnej niewiedzy, odczarowane nagle z wszelkiej niezwykłości.

Wielkie szyby wystaw jaśniały. Już niewiadomo było, która część dnia jest bardziej rzeczywista.

Dochodziła szósta i w stronę Alej jechały stępa granatowo wysłane powozy na gumach. Panowie w jasnych garniturach, ściskając ozdobne gałki lasek, pochylali się ku paniom.

W słońcu, na przystanku tramwajowym czekali ludzie rozsypaną bez łączności gromadkę. Z pod kre­mowych i białych parasolek słonecznych wyglądały kobiety w mocno wciętych kostiumach, cienkie w pa­sie jak osy.

Opodal czekał już człowiek z parą koni na zmianę do tramwaju. Zdaleka ukazała się żółto biała czter­nastka, poprzedzona cienką, rozwleczoną w powie­trzu chmurą kurzu. Zawadiacki dzwonek i dźwięk mosiężnych nauszników końskich ożywił czekają­cych. Z otwartych okien wyglądali pasażerowie. Tramwaj przystanął. Zmieniano zaprzęg. Kobiety zręcznie ujmując spódnice w dwa palce, wspinały się na stopień. Z galanterią puszczano je przodem.

Maniusia z bijącym jeszcze sercem siadła na wyściełanym, siedmiokopiejkowym miejscu. Warkocze pod słomianą budkę przywarły do zgrzanych skroni.

— Jaki dziwny przypadek — myślała nazajutrz, szukając w rannych gazetach Warszawy wzmianki o wczorajszych zdarzeniach. Nie było żadnej. Zosta­ły przemilczane, a więc chyba nie było ich. Czas przepłynął po owym dniu jak wiatr nad śladem na piasku, a przecież dłużej niż zwykła pamięć rzeczy minionych przetrwało w Maniusi wspomnienie wio­sennej niedzieli, w odmienionych Alejach .

Musieli gdzieś na obcych ulicach żyć ci ludzie, musiały goić się podbite oczy i rany, których krew tryskała na kamienie bruku, ale w tygodniach, mie­siącach i latach, które nadeszły, nie szukała ich wię­cej.

… Na Nowym Świecie przyjrzała się Żelazkowa swojej spódnicy. Była uszargana w kurzu i miała oberwaną „szczoteczkę”. Włosy zlepiły się od potu. Pot stygł i ziębił rozgrzaną głowę.

Ulicą kobiety prowadziły na spacer świątecznie odzianych, małych synków. Odwracała się od nich. Powoli, ociężałymi krokami poszła pieszo w stronę domu.

II

Na Chłodnej, opodal wolskiej rogatki, na niebrukowanych chodnikach wypełzała między kamieniami wiosenna, blado zielona trawa. Owego niedzielnego popołudnia paliło się słońce rozlewnym, złocistym światłem nad niskimi domami, ciężkimi prostokątami fabryk, na kolorowych ruskich i polskich literach rzadkich szyldów i w świeżej, niewyblakłej tęczy barw nad mydlarnią Klementyny Żelazko.

Wolską szosą ku miastu płynęła wiosna w uzbieranych wiązeczkach pierwiosnków, w ułamanych prętach wierzbiny i pachnących powiewach z pól. Wieś Wola szła od rana ku miastu. Mężczyźni w sztywnych, wysokich kołnierzykach, lśniąc odświętnością surdutów i potem, kobiety w barwnych perkalach.

Młoda Żelazkowa Klimcia ze złotego ciepła dwo­ru uciekła przedwieczorem w mroczny chłód sklepu. Jacka wciąż nie było w domu.

Opuszczony nisko, odęty brzuch Klimci oddzielał ją od lady. Przy nachylaniu pociągał za sobą. Pracowitymi rękami sypała w funtowe torebki sodę i krochmal, ustawiała blaszane pudełka rozświetlające szarość mydlarni kolorowymi wizerunkami zamor­skich twarzy, złotymi i błękitnymi zakrętasami liter. Klimcia bez czytania wiedziała, gdzie kakao, a gdzie herbata. Nie umiała czytać. Jacek umiał.

Przy sodzie, mydle i krochmalu myślała o nim. Od kiedy go zobaczyła zamieszkał tak uparcie w jej myśli, w źrenicach, szczupły, niewysoki, z blond wąsem i falistą czupryną, niedostępny jak granica mię­dzy niebem a ziemią. Można za nią było biegać, dal zostawała ta sama.

Długie, jasne warkocze układała Klimcia w „baranki“ koło uszu, policzki miała różowe i pełne. Naj­ładniejsza dziewczyna na Lesznie, uparła się latać za Jackiem.

Spotykała go przypadkiem na spacerach, przed fabryką, uśmiechała się czerwonymi wargami, goni­ła oczyma, aż dojrzał ją.

Dźwigając w sobie żywy ciężar, pełen niespodzia­nych drgnien, karmiła się teraz Klimcia gorzką, jałową strawą pragnień ziszczonych.

Jeszcze on był wciąż taki sam, obcymi sprawami żyjący, a już jej dwudziesta wiosna napęczniała we­zbranymi piersiami, ociężałym brzuchem. Już mia­ła Jacka na własność, jakaż to była własność?

Był dobry, czuły, przychodził, żeby nasycić się prędko i znów uciekał w obcość.

Dziwne miał dni, których ranki nie zmierzały do obiadów, a wieczory zapominały o wieczerzy. Od­chodził nawet w niedzielę, kiedy inne kobiety szły promieniejąc na spacer u mężowskiego boku.

Mogła Klimcia siąść na ławce przed domem, po­zwolić opłynąć się słońcu i niebieskiej fali wiosenne­go powietrza, albo iść na spotkanie wiośnie szosą wzdłuż rozpulchnionych, czerniejących pól. Nie chciała. Po swojemu mściła się na oszukańczym, złym życiu. Sama to sama.

Szalki wagi brzęczały rozmownie. Torebki stawa­ły na ladzie szeregiem umundurowanym w szorstki, szary papier. Wtedy chwycił Klimcię pierwszy ból. Pośpiesznie, dla uspokojenia obliczyła sobie, że jest jeszcze dwa tygodnie czasu i wzięła do ręki blaszaną łopatkę od kaszy.

Ale skurczyła się, poczerwieniała po korzenie włosów i dowlokła się do podwórza, żeby zawołać Józkę i posłać po Grzybową, która kobietom w tych stronach pomagała rodzić.

Pokój za sklepem był duży i ciemny. Słońce i jas­ność leżały po drugiej stronie podwórza. Klimcia za­cięła mocno usta, zawzięta w urazie na swoją samot­ność i leżała bez ruchu, żeby przeszło.

Wnet wróciła Józka i weszła do sklepu, bo podwieczór zaczynały wpadać kobiety po naftę, po za­pałki. Przez uchylone drzwi Józka pytała:

— Ciotko, gdzie świce? —

— Barskie mydło to jakie to? —

Wtedy Klimcia krzyknęła tak strasznie, że Józce spadł dwufuntowy odważnik na podłogę. Cienkie warkoczyki z wplecioną wstążeczką zatrzepotały wystraszone. Skoczyła ku drzwiom pokoju. Klimcia le­żała na łóżku bez pierzyny z czerwoną, nabrzmiałą twarzą i rękami ogarniała ogromny brzuch.

Przez niezamknięte drzwi od sieni weszła cicho rozłożysta i wielka Grzybowa, uśmiechnięta godnie. Odsunęła Józkę i kupującą, która zaglądała ze sklepu, wesoło skinęła Klimci i zaraz dorzuciła drzazeg na ogień. Potem w nogach żelaznego łóżka zawiązała ręcznik i wetknęła Klimci oba końce w garść. Lek­kim krokiem mimo tuszy krzątała się po izbie, aż przysunęła stołek i siadłszy niedaleko chorej, rzek­ ła solennie: — Zaczęło się.

Dopiero po chwili dodała: — Prędko jakoś pani Żelazkowa. Dźwignęliście co, albo nagłe zmartwie­nie? —

Małymi, niebieskimi oczkami dobywała ludzkie myśli z dna. Klimcia zaprzeczyła głową. A przecież było zmartwienie, było, że na nic nie bacząc poszedł sobie. Ledwo go w myśli przywołała, a już na głos wrzasnęła, ręcznik w palcach zaczął drzeć się z cien­kim szelestem.

Obfite spódnice Grzybowej zamiotły izbę, z pod koka w tyle głowy wyglądała fałszywa podkładka. Uniosła garnek z nad blachy i czerwona łuna ognia zaświeciła w izbie. Poróżowiały bielone ściany, twarz Grzybowej rozjaśniła się w rumianym świetle, czer­wone blaski migotały na podłodze, chwiały się, drża­ły, nie mogąc wytrwać w bezruchu. Klimcia z ma­łymi przerwami krzyczała przeciągle, rozdzierająco.

Już w małych mieszkankach przy spóźnionych wieczerzach świąteczna niedziela spływała w pow szedni poniedziałek, kiedy stara Żelazkowa wróciła na Chłodną.

W bramie siedział sam jeden na ławce zezowaty stróż i niekiedy szerokim łukiem spluwał daleko przed siebie.

— Jest mój syn w domu, panie Janie? — zapy­tała, sama siebie zwodząc kłamliwą nadzieją.

Zaprzeczył i leniwie podniósł mgliste oczy:

— Ale synowa rodzi, aż tu słychać.

Jak stała zmordowana, spocona, ożywiła się nagłym pośpiechem. Niecierpliwie dopadła znajomej chropowatości klamki i z ciepłego, błękitniejącego już wieczoru, bez przejścia zanurzyła się w czerwony mrok izby pachnącej naftaliną i mydłem.

Grzybowa powitała ją uśmiechem. Klimcia, nie patrząc, zawyła znów. Z nowego bólu, innego. Że to wciąż jeszcze nie był on. Zacięła usta, aż suchą szramą zamknęły twarz w niemą maskę. Ból w brzuchu zelżał właśnie, ale kobiety z jej twarzy osądziły, że wstrzymuje krzyk i zaczęły szeptać ze sobą.

Zamykając oczy, odpychała je Klimcia od siebie, oślepiona ponurą jaskrawością, w której widziała teraz prawdy o sobie i swoich bliskich.

Że nigdy nie chciała jej ta teściowa, że to ona sa­ma latała za Jackiem, uwieszała się opornego, że­brała dla siebie, choćby o jego troski, aż oto wezbra­ła wszelką boleścią, która się z niego wzięła. Za­zdrosna była, że sam wychodził. Śmiał się, że nie do kobiet. Nie wierzyła. Nieprawda, wszędzie były ko­biety.

Rozumiała tylko słowa proste, te z domu, ze skle­pu, na codzień przydatne. A przecież strach o nie­go nauczył ją palić ukradkiem cienkie książeczki i gazetki polskie drukowane na lichym papierze. Na nieznajome pisma kładła od wierzchu książeczkę do nabożeństwa, albo to, o czem słyszała, że „dozwoleno cenzuroju“.

Dopiero, kiedy ból nanowo ostremi nożami wraził się w brzuch i krzyż, otworzyły się wyschłe usta Klimci. Z rozbieganym i źrenicami, wyprężona na łóżku, wyła niskim, jednostajnym głosem zwierząt, nikogo nie przyzywając, żeby sobie samej, nie ko­muś to dziecko urodzić.

Czerpiąc zaciekłą siłę z własnej samotności, opierała się mocno bólom, szczerzyła im zęby, a w ję­kach odzywało się głuche warczenie nienawiści.

— Dobrze jej pójdzie, bo się natęża — rzekła Grzybowa bacznym uchem chwytając melodię jęków Klimci. Potym zręczną ręką poprawiła prześcierad­ło.

— Tera przyjdą parte bóle.

Drzwi do sieni skrzypnęły z przesadną ostrożno­ścią. Jedna za drugą wsunęły się dwie kobiety w nie­dzielnych fałdzistych spódnicach, w kokach podpar­tych dużymi grzebieniami. Uśmiechały się, że to już tak prędko i jak idzie pani Żelazkowa?

Stara, zręczna i gościnna poprosiła je zaraz do sto­łu, one zaś, obie Pawelskie, bratowe zasiadły, skrzy­żowawszy ramiona, jedna pod wydatnym biustem, druga, przyciskając same dłonie do płaskiej, szero­kiej piersi.

Mętna, bronzowa herbata zaświeciła w grubych, zielonkawych szklankach, blaszane łyżeczki dzwoni­ły cienko, kobiety gawędziły niegłośno, doświadczo­nym okiem spoglądają ku Klimci, która chwilami ucichała, żeby po tym znów szarpać szorstkie płótno pościeli.

One zaś, nachylone ku sobie, uśmiechały się nawet, szepcząc o tajemnicach miłości i porodów, kie­dy Klimcia zwykłą koleją rzeczy, zostawała sama, odgrodzona nieprzenikniętym murem boleści.

Raptem wstała gwałtownie od stołu stara Żelazkowa. Poznała kroki. Właśnie Jóżka nalewała z bul­gotem nafty do blaszanej lampy, kiedy na progu sta­nął Jacek, niewysoki, jasnowłosy, bez czapki i pal­cami przegarnął gładkie włosy.

— Klimcia — wymówił nieco ochryple ze zmie­szaniem, ogarniając spojrzeniem izbę pełną kobiet.

Matka skoczyła ku niemu, a jęk Klimci przeła­mał nagle zaciętość, stał się cienki, płaczliwy, do­magał się czułości.

— Czego mama — zaczął szorstko, ale urwawszy, spytał zaraz: — To cię już tak boli? —

Zaśmiały się trzy kobiety z takiego niewiedzącego. Obiaśniły, że to przecież już zaraz.

— Nie obejrzy się pan Żelazko, a ojcem ostanie się — rzekła Grzybowa.

On jednak krzątał się po izbie niespokojnie, prze­rzucił porządnie ułożone na komodzie książki, po­tem bezczynnie przystanął w nogach łóżka Klimci, zaplatając palce.

— No, siadaj — rzekła uspokojona matka, ale on już na obcych nie zważając, rzekł nagle:

— Lepiejby mi nie nocować tu dziś, bo już u ko­legów chodzili szukać. —

Drgnął, podniósł głowę, w słuch zamieniony. Wiadomo było nieraz, że przyjść mogą, ale nie myślał o nich jak o własnej śmierci. Jeszcze znał tylko świat i carskie więzienie z cudzych słów. Zdusił własny strach.

— Bądź ty Klimcia spokojna. —

Fałdziste spódnice Pawelskich zamiotły podłogę, żegnając się pośpiesznie, szły niespokojnie ku drzwiom.

— Pójdę, a rano dacie znać. —

— Jezu… — matka drapieżnymi rękami rozrzucała zasłane łóżko. Kraciaste poduszki spadały mięk­ko na podłogę. Wycie Klimci niosło się tak głośno, że ściany drżały. Naftowa lampa przez pękaty cy­linder, zwężający się ku górze napełniała pokój żół­tym światłem i cienkim kopciem. Jedna tylko Grzy­bowa, rozłożysta i spokojna wydobyte skądciś płótno darła z cienkim świstem.

Pod poduszkami schowana, zawinięta szmatka wyjrzała na światło. Drżące ręce starej wsuwały ją synowi.

— Trzymaj, na, pieniądze. O mój Jezu, opamię­tania nie miałeś. Co ci tam matka? Gdzieś lazł? Po­co? Zakatować cię mogą — dyszała szybko, z odde­chem rwącym się w piersi. Dotykała jego ubrania, rąk, rzuciła się porządkować łóżko.

— Nie trza tyle krzyku — rzekł Jacek ponuro, ukazując Klimcię.

Ona zaś, nieludzkim głosem krzyknąwszy, zagłu­szyła wszystko inne. Grzybowa silnymi, czerwonymi rękami wywróciła nad szaflikiem żelazny sagan, aż się rozsnuła po izbie gęsta, biała para z gorącej wody. Wycie Klimci stało się piskliwe i cichsze. Ob­nażone wałki ramion Grzybowej zanurzyły się w łóżku. Podniosła je do góry.

— Chłopak — rzekła, uderzając w coś miękkiego dłonią napłask.

Jacek odrzucił głowę w tył, zbielał na twarzy. Na podwórzu rozmawiały donośne głosy.

— Jacuś — zapłakała położnica skomlącym krzykiem, ale on już zmieszany, ogłuszony stał przy szafliku, gdzie trzepotało w wodzie coś czerwonego i piszczało. Wnet Grzybowa uniosła to w ręku i jęła owijać w płócienne pasy.

Wtedy w drzwi od sieni palnięto czymś twardym. Starej ręce opadły.

W jednej chwili napełniła się izba ludźmi, mundurami, we drzwiach został wystraszony stróż z czapką w ręku. Już nie pachniało mydłem i naf­taliną, tylko dym machorki łączył się z mdłą duszno­ścią pary.

— Żelazko Jacenty — wymówił śpiewnie niski, rumiany na twarzy. Dwuch innych szarpnęło go.

Szukali po kieszeniach, rozpięli marynarkę. Podda­wał się. Pytali po rosyjsku, odpowiadał. Kobiety nie rozumiały go.

— Co on zrobił? Niewinowaty jest — wołała stara.

Chudy, starszy żandarm z wąsami koloru mokrej słomy chodził po izbie zamaszystym krokiem i roz­walał naoścież szuflady.

— Dziecko mu się teraz urodziło — wyjaśniła przymilnie Grzybowa i języka władzy świadoma, dodała: — Izwinitie, gospodin naczalnik. —

Klimcia uniosła się na krwawym, potarganym po­słaniu i z sznurami mokrych włosów na czole jęcza­ła: — Jacuś.

Dwuch weszło do sklepu. W izbie został wąsaty. Sprzęty pchnięte ku środkowi izby odsłoniły czyste, niewyblakłe malowanie ścian.

Pod okiem wąsatego sięgnął Jacek po rękę Klimci, aż ją przytrzymał zwisłą na chwilę, potem znów szaloną, odpychającą. Zemlił w szepcie.

— Do Łobzińskiego idź… — i zaraz głośno — Napiszę, Klimcia, dam znać, słyszysz?

Łzy ściekały jej bokiem po twarzy, a już jego żandarm odrzucał krótkiem szarpnięciem. Usta Ja­cka jeszcze miękkie i młode pod jasnym wąsem, za­cisnęły się. Zapinał marynarkę. Jasnorzęse powieki mrugały.

Już go otoczyli we trzech. Fala krwi napłynęła mu do twarzy, jakby się do przemówienia szykował, rzekł: — Chłopak ma mieć Henryk jak ojciec. —

Matka krzyknęła, uczepiła mu się ubrania.

— Mama zostawi — rzekł łagodnie i obejrzał się za szmacianą kukłą na ręku Grzybowej.

— Marsz — pchnęli go naprzód.

Jacek wyprostował się, zesztywniał. Szturchnięcia obsuwały się jak po drewnie. Na matkę, że się żan­darma czepiała, krzyknął. Za wolno im szedł. Dostał w bok kolbą. W pchnięciach była tajona wściekłość. W błyskach oczu krzyżowały się dwie nienawiści. Nienawiść przepaliła w Jacku strach i rzewność. Ogarnął spojrzeniem izbę i już, nim go zdążyli pchnąć znów, sam ruszył naprzód. Od drzwi odwrócił się. Na chłopaka, nie na ojca wyglądał.

— No bądźcie zdrowi, a dowiadujcie się zara gdzie jestem. —

Kobieta na łóżku, bledsza niż ściana za jej pleca­mi, uniosła się na łóżku, zgięła, jakby chciała speł­znąć na podłogę.

W sieni raz jeszcze pochwyciła syna Żelazkowa.

— To dziecko — szeptała. — Durny, bo młody. — Lepkim lamentem snuła się koło trzech żandarmów, w powietrzu gładząc rękawy mundurów, któ­rych nie śmiała dotknąć.

— Dwudziesty czwarty rok ma, sam dziecko. — Ślina pryskała ze szczerb między zębami.

Do izby wionęło z sieni zapachem kartofli i letnim ciepłem wieczoru. Na drugim łóżku Grzybowa umieszczała starannie szmacianą lalkę.

— Pani Grzybowa — zapłakała Józka — Jezu, bo Klimcia umrze.

Rumiana, gruba, a lekka poskoczyła Grzybowa ku łóżku.

— Zemglała ino, co dziwnego — rzekła spokoj­nie, wysuwając chorej poduszkę z pod głowy. Ciemną krew świeżą wilgocią przejęła jak bibułę szorst­kie prześcieradło ze swojskiego płótna.

Jeszcze przez sień, przez podwórze czepiała się sta­ra żandarmów. Krzykiem aż na ulicę buchała:

— Niewinowaty.

Pchnęli ją łagodnie, po ludzku, nie kolbą nawet, a łokciami.

— Procz. —

— Ostań mama — przez zęby powtarzał Jacek.

Została. On zaś szedł równy, prosty (takiegom go wychowała, ciekły jej łzy). Prostował się na hardość jak żołnierz, dziecko nieszczęsne, zamiast prosić u władzy możeby przecież puścili.

Uczepiona oczami jego twarzy, pleców, nóg sta­ła. Tędy szły stopy po płaskich kamieniach, przydeptały ogryzek, rozmazały mokrą plamę — i już nie było żadnego śladu, jakby nie szedł tędy nigdy żaden Żelazko za nieznajome rewolucje do turmy wleczony. Kiedy się tak urwało życie, wróciła wreszcie z bramy do izby. Na nic nie patrząc, przysia­dła na pierwszym stołku. Klimcia leżała z zamkniętymi oczami i dyszała głośno, zmożona.

Grzybowa szykowała się do wyjścia, ale niezręcz­nie jej było jakoś opuszczać milczący dom nieszczę­ścia.

— Zdarzają się, moja pani Żelazkowa rozmaite rzeczy, da Bóg, wróci syn zdrowo, a wnusiem zająć się trza. —

Błędne, rozczerwienione oczy starej wraziły się w nią.

— Ten mi z czterech ostał. —

Patrzała w bok, jakby nad komodą laufrem nakrytą, wysuniętą krzywo, były właśnie tamte urodzone i niewyrosłe, noce i dni chowania, po których narodzone nie ze swej woli, odchodziły, kiedy im się spodobało.

Aż się Grzybowa wzdrygnęła, bo naprawdę, rzadkie to było nieszczęście, jedno na całą Wolę, na Le­szno i Chłodną.

— Rano jutro zajrzę — powiedziała i otworzyła drzwi na czarną, chłodną noc.

Żelazkowa podeszła ciężko do zawiniątka na łóżku. Zmarszczona, zaśliniona twarzyczka wyglądała spod płótna i drgała w cichym oddechu.

Rzuciła okiem na Klimcię. Nie spała i uparcie łka­ła w poduszki.

— Ta najprędzej zapomni — pomyślała ponuro.

Potem pracowitymi rękami związanymi na sine pętle żył, zaczęła zbierać zbrukane szmaty z pod łóż­ka i zanurzyła je w miednicę. Przezroczysta, niebies­kawa woda stała się ciemna i krwawa. Szmaty chlupotały zwyczajnie jak przy praniu i zaraz w izbie stało się powszedniej; nawet istot ludzkich było w niej tyleż co dawniej, snuło się starej, bo już przecie, zamiast tego jednego, co ubył, leżało na łóżku, rosło w człowieka, szmaciane zawiniątko.

Hej, nie brakło ludzi. Dla mnie tylko, dla matki, jest on jeden, nie patrząc uparcie w stronę Klimci, myślała stara. Potem zanurzyła szmaty w czystą wo­dą do płókania.

____________________________________________________________

Nie było na Chłodnej płynącej wody, kamie­nie bruku leżały martwe, głębokie udeptane w ziemię. Dlatego wiecznie powtarzane słowa „jak ka­mień w wodę” miały dla Heńka śpiewną nieprawdziwość jak te z maminej piosenki „Na Podolu biały kamień, Podolanka siedzi na niem…”

Każde opowiadanie babki kończyło się niemi. Wszystko w opowiadaniu działo się za czasów za­pomnianych i wciąż dalszych. Przy obliczaniu zaw­sze przybywało lat. Za ich daleką granicą została mydlarnia, jakiś piękny tombakowy zegarek ojca i sam ojciec. Nad łóżkami między obrazami świętymi, koło Matki Boskiej z różańcem wisiała fotografia mężczyzny z wielką, jasną czupryną i małym, grubym wąsem. To był ojciec.

— Masz — mówiła babka — pocałuj go — i He­niek kładł posłusznie wargi na gładki, twardy karton.

Już wiedział po kolei o dziesięciu rublach srebrem w szmatce i jak się właśnie on rodził, a ojciec tylko mówił: napiszę. Potem nie napisał i zmarł w zimnym kraju od choroby. Jedno tylko wychodziło zamazane i ciemne, poco ojciec szedł i dlaczego po niego przy­szli.

Historie babcine były wciąż te same i do płaczu, a Heniek nie lubił smutnych, wolał straszne, choćby o upiorach.

Mówiła babka: — Jak kamień w wodę. Pisalim proszenia, nawet przez adwokata jednego. Dwa ruble wziął. Do samej cesarzowej pisałam. Wtedy przyszło pismo z pieczątką, że na tyfus umarł. —

Zaś Heniek: — A gdzie cesarz mieszka? —

— W Moskwie, daleko, na tronie siedzi ze złota. Co chce to może.

— A cesarzowa też na tronie? —

Obrażała się babka i nie chciała dalej: — o ojcu słuchaj. —

Tylko, kiedy Heniek był całkiem mały, napierał się dalej, później reszta już była wiadoma, aż do „jak kamień w wodę”. Powtarzała się też historia o panu Łobzińskim co znał ojca i był Heńka chrzestnym, tylko, że teraz w Aninie mieszkał. Ale już bajki wy­pierała ważność prawdziwa, podwórze i kto na par­kan wlizie, kto mocniejszy i jak się wozu z tyłu cze­piać, żeby się przejechać ulicą.

Życie pamiętane zaczęło się na Lesznie, nie na Chłodnej. Koło stołka pachniało spalonym papierem od karbówek mamy. Były tam dobre landrynki o kolorach przezroczystych i lśniących po pierwszym oblizaniu, kiedy schodziły zwilżone, miękkie resztki papieru.

Landrynki były ciepłe, bo wychodziły z kieszeni. Przynosił je człowiek gruby, z czarnymi, świecącymi włosami i twardym wąsem, kolejarz, pan Błaszczyk i podawał na szerokiej dłoni, mocno przyklejone do siebie i do papierka.

Od tych landrynek babka zapalała się czerwony­mi plamami na twarzy porysowanej kreskami jak kora. Później z pana Błaszczyka zrobił się Feliks i przybył do mieszkania na własność. Łóżko mamy zasłonili cienką ścianą z kretonem w kwiatki. Okaza­ło się, że kolejarz nosił pod mundurem długie kale­sony, wiązane na tasiemki i w nich chodził po izbie do mycia.

Kiedy rozłączyli się z babką, przestano ustawiać ściankę i znikła całkiem z mieszkania. Może była pożyczona?

Łzy babki porobiły plamy na fotografii. Heńkowi umyto dokładnie szyję i włosy. Tego dnia rozłączył się z mamą nazawsze, choć mieszkali razem. Heniek został Żelazko, mama stała się Błaszczykowa.

Do mieszkania przybył zegar ścienny. Prostokąt­ny, cyferblat otaczały wspaniale rozkwitłe malowa­ne róże, żelazne gwichty czas popychał wdół. Przy­było pudełko z srebrną, piękną brzytwą i malutka miseczka. Zamiast karbówek pachniało tytoniem i czasem wiśniówką. Przybycie Błaszczyka Feliksa wy­parło wszystko inne, zapisało kredą jego nazwisko na drzwiach, poniżej liter trzech króli.

U babki, w małej izbie żyły jeszcze stare historie. Znalazł się prawdziwy list od pana Łobzińskiego i pod odpowiedzią napisaną przez kogoś za babkę, koło wielkich liter jej własnoręcznego podpisu, po­łożyła dziecinna ręka gruby, krzywy krzyż.

Babka chorowała. Znikła rozlewność opowiadań. A kiedy się urodził mały, śmieszny chłopiec, Tolek, jak nożem robaczywe jabłko, przekrajała Heńkowi proste, mało bolesne dotąd dni życia.

— Syna zabili, synowa obca. Na stracenie idzie świat, ziemia krew ludzką pije, na Grzybowie wy­lało się tyle, że mówią, po nocy czerwone upiory stra­szą.

Ażeby na wieki skuć swoją krzywdę z małym wnukiem, wbijała mu w pamięć posępnie:

— Po mojej śmierci ty sam ostaniesz jak palec.

Dzięki babce zdarzało się Heńkowi po mocnym biciu przywoływać bezgłośnie ducha z fotografii, który miał blond wąsy i falistą czuprynę.

Czas szedł naprzód i mały Tolek zlazł już z wy­sokich ramion mamy, w niskie objęcia Heńka, który go pilnował. Do mieszkania przybyła szafa so­snowa malowana na dąb i kalendarz z przechyloną panią w bieli. Na ulicy Leszno kładziono z hukiem i głuchym tłuczeniem kamieni z donośnym brzę­kiem ciężkiego metalu sine, grube żyły szyn pod elektryczny tramwaj.

Heniek umiał już sporo rosyjskich słów. Sam ojczym nauczał. Babka na tę wiadomość z dziecinnych, wylewnych warg, zapłonęła po raz ostatni czerwo­nymi plamami na policzkach i cisnęła słowa, za które Heniek, powtórzywszy je mamie, dostał lanie pasem. Wezbrawszy goryczą krzywdy, mógł tylko przed opuchłe oczy wzywać ojca z bajek, albo lecieć do bab­ki. Ale i to skończyło się w tych dniach.

Wyraźnie na całe życie pamięć wydarła mrokowi tamtych czasów chodzenie czwórkami po kamieniach jezdni, czarne końskie czapraki i dziwaczne, trójgraniaste kapelusze żałobników i najważniejsze, pier­wsze w życiu widziane chorągwie, czarne, ze skrzyżowanymi pod szkieletem piszczelami.

Na ich widok zapłakał Heniek ze strachu i mama płakała. Wcale nie była tego dnia zła dla nie­go. Jej łzy kapały mu na włosy i jego trzymała tego dnia najwięcej, nie Tolka jak zazwyczaj.

— Pogrzeb sprawiłam jak się należy, choć mój się krzywił — opowiadała wieczorem i te słowa o pogodzeniu mamy z babką, przekreśliły babkę osta­tecznie, przypieczętowały jej wieczną odtąd nieobec­ność.

---------------------------------------------------

Kredy Heniek przywołany z podwórza, przestąpił próg, w izbie przy stole nakrytym obruskiem w kwiaty, siedziała matka cała w ognistych rumieńcach i poprawiała kretonową bluzkę, przeszytą na piersiach wielką agrafką.

Na krześle naprzeciwko usadowił się obcy, niemłody człowiek z twarzą ciasno obciągniętą cienką, żółtą skórą. Na skroniach i policzkach przeświecały pod nią grube koście, usta znaczyły się jak zagojona szrama pod wyblakłym, żółtym wąsem. Pod stołem łaził Tolek i wyciągał ręce do obcego buta.

— Pewno trza go zabierać — domyślił się He­niek, przystanąwszy wyczekująco.

Wtedy mama pociągnęła go za rękaw: — O, jest. Czemu się nie ukłonisz? —

Heniek ostro szurgnął nogami. Źrenice jak skóra twarzy bezbarwne, pod nawisłą brwią przyjrzały mu się bacznie.

— No, jak się nazywasz? — spytał zająkliwy głos.

— Żelazko Henryk — wyraźnie, po szkolne­mu — zadudnił chłopak i stał nogę o nogę ocierając, niecierpliwy, bo na podwórzu ścigali się do mety.

Oczy mamy w czerwonej, zziajanej twarzy rzucały niespokojne wejrzenia dookoła. Na kuchnię, gdzie z bulgotaniem gotował się kapuśniak w czar­nym, żelaznym garnku, na Tolka i nawet na drzwi. Żeby uczepić oczy byle gdzie, patrzał Heniek na fuksję na oknie, która zwieszała ozdobne blado czerwone kielichy; pocierał bose stopy jedną o drugą i czekał.

— Ten pan, widzisz, ojca znał — rzekła mama i zaraz podbiegła do kuchni, bo kapuśniak ki­piał. Wracając, zdjęła po drodze fotografię w bronzowej ramce. Od przodu patrzało tam błyszczące zdjęcie Feliksa Błaszczyka w czarnej muszce na sztywnym półkoszulku, pod niem odwrocone było inne: mama z wiankiem na welonie, mama o poło­wę chudsza, przesłonięta kwiatami, w uśmiechu po­kazująca równe, białe zęby. Heniek także podszedł do stołu i nie ważąc się przechylić zbytnio, oglądał zdaleka.

Ludzie na fotografii byli jak nieznajomi, choć wiedziało się kim są. Heniek nie znał welonu, ani zębów mamy w takim równym rzędzie, ani człowie­ka obok, ojca.

Matka siedziała teraz z mokrymi oczami: — Przez niego wypłakałam młodość, samą mnie z sie­rotą ostawił i siebie zmarnował — mówiła głosem także obcym, przysypanym chrzęszczącym piaskiem chrypki. •

Palce gościa wczepiły się między siebie jak zębate koła. Nagle rozwarły się i ostrożnie ujęły fotogra­fię ze stołu. Przypatrywał się Heńkowi wyraźnie dla porównania. Pan Łobziński, zrozumiał Heniek nagle. Zerwane nici między nim, a człowiekiem z fo­tografii nanizały się w jednej chwili.

— A mąż pani co robi? — pytał Łobziński swoim niepewnym, zająkliwym głosem.

— Przy kolei. Nie pije, porządny człowiek, nie mogę powiedzieć — powiedziała mama już zwyczajnie i znów oczami rzucała naokoło.

Gość chrząknął, chciał coś rzec, chwilę jeszcze potrwało, aż pod stół spojrzawszy, wymyślił pytanie:

— To jedno tylko przybyło? —

Mama odpowiedziała żywo. Chwilę jeszcze roz­mawiali, czy pan Łobziński na stałe wrócił do Warszawy, potem Heńkow\i kazała brać Tolka, bo się napierał hajty. Kiedy jednak Heniek, szurgnąwszy sto­pami, zabierał się do wyjście, gość wstał, chudy, nie­duży i też zaczął się żegnać: — No to wszystkiego dobrego i już pójdę. —

Mama podała rękę i zatrzęsła suchym ramieniem gościa w obszernym rękawie.

— A możeby on mnie do tramwaju odprowadził, co? — spytał, oczami ukazując chłopca.

— A jakże, Heniek, idź do przystanku i zaraz wracaj — nakazała mama pośpiesznie i jakoś suro­wo.

Poszli przez podwórze. Stary okiem rzucił na drzewo, puste platformy i dzieci. Uśmiechnął się: — Dobrze tu macie. —

Heniek szedł posłusznie i stosował się do kroków stóp w kamaszach.

— Ale ty dziewięć lat masz, jużeś duży — rzekł obcy.

Heniek tylko zgodnie stopami o bruk ulicy kla­skał, uśmiechając się wstydliwie, mówić nie było co. Wóz turkocząc po kamieniach głuszył słowa, ale Łobziński przekrzyczał turkot.

— Gdzie przystanek?

— A tu zara, koło Wroniej — usłużnie obiaśniał Heniek.

Wąsy poruszyły się, chuda twarz zajrzała blisko. — Szkoda, że ojca nie możesz pamiętać. A na książ­ce czytasz? — i ledwo Heniek zdołał głową kiwnąć, dodał: — Duży już jesteś. Mógłbyś do mnie przyjść, chociaż daleko, na Targówku. Synów mam, starsi dużo, ale nie szkodzi. Przyjdź. —

Heniek głową poruszył niepewnie.

— A ojczym dobry? — spytał Łobziński znów.

Pytania były nagłe, nienawykłe i trafiały celnym chwytem. Heniek odczuł niepokój jak w szkole przy zadaniu, kiedy rozbudzona myśl odnajdowała rzecz nieznajomą, niby trudną, a prostą.

Dobry to był ojczym? Dotąd Heniek pomyśleć nie zdążył. Pasem bił, ale tylko w złości. Czasem, rzadziej niż dawniej, dawał na karmelki, na pestki. Jaki był?

— Dobry — odrzekł tedy szybko i raz jeszcze objął uważnym spojrzeniem twarz ciasno żółtą skórą powleczoną.

Dłoń z palcami o zgiętych kostkach wydobyła z kieszeni trzy duże, starte piątki miedziane. Nawet w dłoni wyczuwały się gładko, tak się zatarł orzeł i napisy.

— Na tramwaj schowaj, a tu masz adres. —

Widać zawczasu przyszykowana była kartka.

— Przyjedziesz, co? —

Heńkowi twarz zalała się ogniem, ścisnął kopiejki wilgotną od potu garścią. Chciał o coś spytać, żeby też było ważne, może o ojca, ale wyrzekło się tylko:

— O, tu przystanek.

Tramwaj szedł nie często. Raz na pół godziny.

— Przyjedziesz? —

— A kiedy przyjechać? — odważył się Heniek.

— W niedzielę najlepiej, wszyscy mają czas. —- Stary zdjął sukienną czapkę z daszkiem i znów pokazało się czoło zmarszczkami wszerz poliniowa­ne, nizkie i nad nim gładkie, siwiejące włosy. Rolwagi i furmanki ogłuszająco stukały po kamieniach. Ludzi było niewiele na ulicy o tej porze w fabrycz­nej dzielnicy.

Głos ciężko słowa ciągnący powiedział:

— Trzeba, żebyś wiedział o ojcu, panie i tak, o wszystkiem. Duży jesteś. —

Żeby choć jeszcze nie jechał tramwaj, przelecia­ło Heńkowi, ale już wprawnym uchem chwytał drże­nie szyn i odległe dzwonienie.

— Tramwaj — rzekł żałośnie, podnosząc oczy.

Szeroka ręka uderzyła go zlekka w ramię. Spoj­rzenie napotkało prosto wyblakłe, uważne źrenice.

— Bo to — rzekł stary — z trudem wyciągając słowa: — Nie samym chlebem, panie, człek żyje, rozumiesz? Przyjedziesz, co? — usta jak zagojona szrama blade i cienkie rozciągnęły się w uśmiechu pod wąsem.

Z tramwaju kiwał ręką. Dopiero, kiedy znikł, Heniek kłusem puścił się w stronę domu. Niedaleko do­mu dopiero przystanął. Od biegania waliło serce. Na Lesznie, na wystawie u Preissa wywracał oczy zna­jomy chińczyk z herbaty. Każdy kamień na tym od­cinku ulicy znajomy był Heńkowi, ale za Lesznem była Żelazna, dalej Chłodna i obca Elektoralna wiodły ku miastu. Ulicami, szynami, własnymi nogami szło się tędy, daleko w świat do obcych spraw. Tam były i takie, gdzie się nie samym chlebem żyło.

Zachciało mu się pędu. Przestrzeń ulicy skróciła się, podwórze i brama zlały się w jedno, naoścież roz­walone drzw i izby zakołysały się w zawiasach. Mo­kra ręka mamy wycięła w pysk jak batem:

— Co jest? Jak lecisz?

Heniek z dużego zmalał odrazu, gorące oczy napłynęły łzami, stał pod ścianą i widział przez wilgot­ną mgłę, deski podłogi zadeptane koło drzwi.

— Tolka weź na dwór. —

Tolek wyciągnął okrągłe rączki i ślinił się: — Weź, we. —

Heniek posłusznie ruszył do niego, omijając mamę wzrokiem.

— Mówił ten jeszcze co?

— Ni.

Jeszcze raz mama zastawiła drogę, wyrosła jak ściana. Jej kretonowa, fałdzista spódnica woniała kapustą, nad spódnicą były wielkie zwały piersi i bluzkę przepinała twardo stalowa agrafka. Wyżej już Heniek nie patrzył.

— Żadnego chodzenia tam nie będzie — rzekła mama, biorąc w dwa palce podbródek Heńka. — Słyszysz? Jak pójdziesz, własną ręką zatłukę. Jedne­go dosyć. No, jazda.

Jeden to był ojciec, niewypowiedziane słowo „drugi“ ogarniało Heńka, poczuł ściskanie dziwnego stra­chu.

Tolek siedział tymczasem mokry na podłodze i beczał. Heniek dźwignął go, otarł suchym gałganem i szedł do sieni. Już fajerkami na kuchni stukając, krzyknęła mama jeszcze raz:

— Zapamiętaj se.

Bose pięty stuknęły o próg, drzwi skrzypnęły. Klimcia łowiła uchem, zdawało jej się że w jęku za­wiasów zginęła odpowiedź, ale nie było jej tam wcale. Zmarszczyła się gniewnie. Nie taka już była jak wtedy, kiedy się ten chłopak urodził, dziecinna, niewiedząca, cała przemieniona w miłość i wieczne cze­kanie na Jacka. Wtedy, w dziewięćsetnym pierwszym, mało kogo spotykało takie nieszczęście, ale już w trzy lata później drżały Twarda, Żelazna i Lesz­no echem strzałów, a na Grzybowskim Placu końskie kopyta nurzały się w ludzkiej krwi i z sąsiednich do­mów nie jednego już wyw lekali za dnia, lub nocą z mieszkań za rewolucję.

Już się stała ludziom znajoma. Jedni wyrywali się ku niej obłędnie, własne życie za nic mając, drugim obiawiała się nocnym do drzwi łomotem, żebraniem po urzędach carskich, listami z dalekich stron.

Dopiero wieczorem w łóżku, kiedy dzieci już spa­ły, po długich namysłach, rzekła Klimcia mężowi o gościu. Więcej z bojaźni, że chłopak sam coś powie, niż z chęci do takiej rozmowy.

Czarne oczy Feliksa nie duże, a bystre ożywiły się gniewnym blaskiem.

— Poco ten chodzi? Czego chce? Jakbym na drugi raz w domu był, słyszysz, za kołnierz wezmę. —

Twardą ręką niemiłosiernie ścisnął jej ramię.

Zaszeptała gorączkowo: — Kiedy słyszę, Felek, czego się drzesz? Prosiłam go? Przecie to Heńka chrzestny, zobaczyć go przyszedł.

Z pod rozgrzanej pierzyny aż rękami i nogami wypłynął Błaszczyk, zazwyczaj spokojny i niegłośny.

— Jak Boga kocham, ciebie nawalę, jak chłopak tam pójdzie. Kto wi, jak tego policja zna. Za takim szpicle krok w krok chodzą. Chcesz, żebym robotę stracił? Dasz dzieciom chleba? Nie wisz, co to chleb dziś jest?

Wiedziała. Zaraz sama zaczęła tłomaczyć, że tyl­ko myślała, jakby tego gościa pozbyć się bez gnie­wu. Podsunęła się w zapale bliżej, aż go rozgrzała gładkością rozprażonej pod pierzyną skóry. Ale już podając się mężowskim rękom, w myśli zgodna z nim że chleb dla dzieci najważniejszy, poczuła przecież żal, nakształt wzgardy, że ten oto nie zna się wcale 

niedziela, 19 lipca 2026

GUSTAWA JARECKA - LUDZIE I SZTANDARY. I. (WIP)

  

GUSTAWA JARECKA

LUDZIE I SZTANDARY

POWIEŚĆ


I


OJCOWIE



WARSZAWA 1938



WYDAWNICTWO J. PRZEWORSKIEGO



DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA



Miasto dyszało wiosenną niedzielą, zachłystywało się ludźmi, którzy bez miary wylegli dziś na ulicę. Jak okiem sięgnąć mrowili się na Nowym Świecie i, nietrudno dostrzec, sypali się ku Alejom Ujazdow­skim bezładnie. Pojedynczo. Parami. W małych gro­madkach. Jakby coś więcej jeszcze niż sama wiosna ciągnęło ich w tę stronę.


Zaś Aleje w seledynową zieleń małych, jedwa­biście stulonych listkowy przybrane, rozstępowały się szpalerem drzew i bez końca chłonęły ludzkie fa­le.


Wiosna wydobyła zapomniane blaski z murów.Szyby okien i latarni gazowych lśniły tęczą. Rados­ny pośpiech gnał ludzi. Wśród pośpiechu tu i ow­dzie opóźniali ruch przypadkowi przechodnie, włó­częgi od niechcenia, najczęściej w pelerynach, cza­sem w miłych oku niebieskich, studenckich szyne­lach.


Jednemu z dwuch chłopców, którzy szli z prądem spacerujących, ktoś wsunął w dłoń zwinięty papier.


Kiedy się starszy, krótkowzroczny odwrócił gwał­townie, nie było już nikogo. W najbliższej bramie odczytali pośpiesznie, wyrywając pojedyncze słowa z bibulastych, żółtawych kartek niewielkiego formatu, zadrukowanych po jednej stronie:


,,Warszawski Komitet Robotniczy P. P. S. zawiadamia ogół Tow., że w niedzielę 28-go kwietnia o godzinie 5-ej popołudniu odbędzie się w Alejach Ujazdowskich wielkie zgromadzenie ludowe dla obchodu święta robotniczego pierwszego maja. Wzywamy...“ — I niżej data: 26 kwietnia 1901 roku.


Były tam dwie przywierające do siebie odbitki. Starszy swoją dłonią przykrył rękę brata.

— Rzuć to — syknął —

Młodszy, pucołowaty na twarzy, chłopięcą okrągłością policzków, bez słowa wyszedł z bramy.

Już na ulicy starszy szepnął gniewnie:



— Przysięgałeś papie?

Musieli iść razem z tymi, którzy spacerowym krokiem ciągnęli w Aleje. Pod murami domów babiny w chustkach sprzedawały zamiejską wiosnę w słabo pachnących bukiecikach fiołków i żółtawych pierwiosnków.

— Pójdę tylko popatrzeć w Aleje — mruczał mały.

— Robotniczy pochód, nie jesteś robotnikiem, idioto.

Chłopięca twarz naindyczyła się burakowym rumieńcem:

— Ale rewolucjonistą.

Z całej siły w przegubie ściśnięta ręka osłabła.

— Puść smarkaczu.

Zgniecione papiery przeszły do ręki starszego.

Mały przez chwilę w chmurnym milczeniu gryzł grubą, dolną wargę. Krótkowzroczny brat, mrużąc oczy, przekonywał go niecierpliwie:

— Oleś, wracamy.

Wtedy nagłym skokiem młodszy wyrwał się wyprzedzając innych, poszturchiwany ze śmiechem lub zniecierpliwieniem, oddzielił się od brata żywopło­tem ludzkich szeregów.

W Alejach, po lewej stronie chodnika, zwężającą się wciąż smugą ścieliło się słońce do nóg idącym. Jasnowłosa dziewczyna w słomkowej budce, zwią­zanej na wstążki pod brodą, zgubiła pięciokopiejkówkę i szukała jej z wysiłkiem, potrącana przez przechodniów. Złoty medalionik-serce kołysał się przy tym na szyi jak wahadło. Student z kędzierza­wą czupryną znalazł monetę i podał ją. Dziewczyna zaczerwieniła się gorąco i podziękowawszy poszła dalej.

Jedwabisty wietrzyk płynął alejami. Wdychała go i cieszyła się nim. Kuzynka Maniusia w przero­bionej sukience i kołnierzyku z kokardą przyjeżdżała z małego miasteczka do cioci Kamy, do wielkiej, wielkiej Warszawy. Tutaj stawała się Marietką, ścia­ny świata rozpychały się.

— Już ja ci znajdę męża, ślicznotko — mówiła ciocia.

Marietka rumieniła się. Chciała mieć męża, mia­sto i cały świat.

Szerokie, przestrzenne Aleje tchnęły powiewem Lasku Bulońskiego z powieści Balzaca. Elegantki nadchodziły w kostiumach najnowszej mody. Wąskie w biodrach spódnice rozszerzały się ku dołowi i układały nisko w rzęsiste falbany i ruszę, podszewki szeleściły sztywno.

Nawykła do skromności domowej, Maniusia upajała się lekkimi, lśniącymi grenadinami, pragnęła ich dotknąć, włożyć je, jechać w cicho niosącym po­wozie, iść pieszo po jasnych kamieniach ulicy, prze­żyć cały ten dzień w stu wcieleniach.

Niepokój wywiódł ją pełną oczekiwań na daleki, bezcelowy spacer. Wielka, wiosenna Warszawa biła do głowy odurzającą radością. W powozach jaśniały kapelusze kobiet, wymyślne cacka z kwiatów, tiulu i gazy, z kolorowych, wiotkich słomek i grube mę­skie plecione.

Nagle zdumiała się. Zdziwionym wzrokiem ogar­nęła Ogród Botaniczny i Łazienki. Leżały opusto­szałe za zamkniętymi bramami. Naprzeciwko zaś, dostrzegła to wyraźnie, szli ludzie w tych stronach niewidywani, bezbarwni w tabaczkowych i granatowych surdutach, w sukiennych czapkach, sami mężczyźni i zrzadka tylko między nimi zwykła babska spódnica zamiatała złocisty i rudy kurz ulicy.



Z przypadkiem znalezionych książek, czyichś po­wiedzeń, nawet kuzynka Maniusia z prowincji zro­zumiała, że coś szło razem z ludzkimi szeregami. Nadchodziły przyszłe zdarzenia. Jeszcze przed wyj­ściem z domu ciocia Kama mówiła troskliwie:

— Tylko nie zabłądź Marietko i gdybyś nie wie­działa jak iść, pytaj się zaraz rewirowego. —

Spojrzała przed siebie. W jej stronę szedł młody, wysoki człowiek z roztargnionym spojrzeniem ciemnych oczu. Nieśmiertelnym obyczajem szukała Marietka po drodze takich oczu, ale te minęły ją nie­uważnie. Więc po raz setny tego dnia, zawiedziona i znów nabierająca wiary, pomyślała:

— Taki mógłby być — , odrywając nienasycone spojrzenie. Oczy przechodniów napotykały je, od­dawały pośpiesznie czuły uśmiech, przesuwały się dalej i już spływały bez śladu, zamieniając się w je­szcze jeden promień jasności dnia. Maniusia lekko­myślnie szła naprzód.

Naprzeciwko, między szorstkimi rękawami surdu­tów walczyła, przepychała się naprzód tęga kobieta w fałdzistej spódnicy obszytej „szczoteczką". Nie nosiła kapelusza na gładkich, siwych włosach. Cienki warkocz w tyle głowy zwijał się w kok przeszyty grzebieniami. Roztrącała ludzi gwałtownie i nieu­ważnie. Oczami szukała w tłumie. Szeregi zwierały się, nie puszczały jej naprzód. Biodrami, ramionam i jak żywym taranem uderzała w nie, aż znalazła coś spojrzeniem. Jeszcze raz szarpnęła się naprzód, pal­cami wczepiła się w czyjeś ramię.

Mizerny mężczyzna w kawowym surducie, sku­biąc jasne, strzępiaste wąsy, przyjrzał jej się z za­kłopotaniem.

— Pan Łobziński —

Tęgim, silnym ramieniem usunęła ostatnią prze­szkodę.

—- No, góra z górą. Ile to lat?

Ktoś zaśmiał się. Ona zaś, w odpowiedzi na spoj­rzenie spod brwi nawisłych żałośnie i niedbale, prze­chyliła się ku niemu całym gorącym ciężarem.

— A pan Łobziński też w Aleje dzisiaj?

— W Aleje.

Na nic więcej nie czekając, szeptała poufnie:

— Owszem, słyszałam i ja.

Umilkła, gesty jej osłabły. Zamyślała coś. Zato mizerak ożywił się, pogładził wąsy, nawet źrenice zamigotały bladą, spłowiałą niebieskością w stronę kobiety.

— Były na mieście karteluszki i gazetka była. Jak pani Żelazkowa słyszała to i wie. A może i pani Żelazkowa sama teraz czyta? — zaśmiał się wstydliwie drobnym, nienawykłym śmieszkiem.

Rumiana twarz kobiety z ostrymi bruzdami koło ust, stężała odrazu, obiawiła się w nowej twardości:

— Mnie nie takie rzeczy w głowie. Po Jacusia jadę szukać go. Przecie pan Jacusia widuje. Od roku się ożenił, żona na dniach, a on poszedł. Już od rana chodzili takie do niego. Aż świerzb w palcach czu­łam, bo od razu poznałam, co za jedni. A on popo­łudniu papiery w kuchni pali. Jacuś, mówię, idziesz gdzie? A on: w Aleje. Niedziela, myślę, niech tam idzie. Poszedł. A wpół godziny Kałużanka z naszego domu, na podwórku mnie powiada, coś się, powiada, dzisiaj w Alejach szykuje. —

Prosto szeroką, rumianą twarzą zajrzała w oczy Łobzińskiemu: ,

— Panie Łobziński, poratuj mnie pan. On u mnie jedyny. Niech mnie go pan odszukać pomoże. Prze­cie ja wiem, że wy się znacie wszyscy. —

Chude łopatki wzruszyły się niechętnie. Twarz, ciasno skórą bez tłuszczu obciągnięta, ułożona w cien­kie plisy, kreskami zmarszczek porysowana, skurczy­ła się.

— Szukaj se pani, bo to on dziecko, że go kto za sobą wodzi. —

Szept Żelazkowej stał się twardy, ciął powietrze przy uchu ostro i świszcząco:

— Jak był mały ognipiór miał i dyfterię. Z trzech jeden się ostał. Nie poto, żeby ginął o byle

co. Nieboszczyk mój jeszcze powiadał mi, że u pana cztery dzieci są, nie to co jedno.

Brzmiało to groźnym ostrzeżeniem, ale zaraz głos złamał się, opadł, wezbrał wilgocią i prośbą:

— Jak do przyjaciela mówię panie Łobzinski, co wam po takim jednym? —

Rzadkie, pokruszone zęby, zielonkawe i żółte od­słoniły się pod bladymi wargami i żółtym wąsem:

— Pani spraw partyjnych nie może rozumić, pani Żelazkowa. —

Szare źrenice Żelazkowej zdumiały się niezmier­nie, ale w jednej chwili gniew pożarł zdumienie:

— Stary, a w głowie pstro — przeleciało przez myśl, aż ją skolei zalała fala rozpaczy.

Uparcie się chudego ramienia trzymając, wmie­szana w nieznajomy szereg, szeptała mu w ucho gniewnie:

— To takie prawo u was, żeby matkom jedyna­ków zabierać? Na turmy i katorgi. Jedynaków nawet ukaz od wojska zwalnia. —

Łobzinski wciągnął głowę w ramiona, poruszył się niespokojnie, bo ten i ów już patrzał na niego. Źrenice, ukazując przekrwione białka, uciekły w górę, po namysł i odpowiedź. Chuda szyja natarła twardą obręcz wysokiego kołnierzyka. Zgarbił się i westchnął:

— Trudno wytłomaczyć pani Żelazkowej.

Ale ona odwróciła się wrogo i nie odzywali się więcej do siebie.

Przezroczysta smuga słońca na bruku, zwężała się, uciekała ku kamiennej granicy domów i po ich piętrach pięła się wyżej, aż rozjarzyły się w złocis­tym świetle blade ciała murów i szklistość szyb. Od Belwederu, od Sielc płynęło Alejami zamiejskie, czyste powietrze, z tamtej strony nawracały powozy, spacerem jeżdżące aż do Mokotowa, który z letniska już wyrastał w dzielnicę.

Po jezdni zatupotały żywo konie. Cienki tętent rozdzwonił się donośnie po bruku, rozbrzmiał echem. Ożywiły się kroki ludzkie, ciche bocznice napełniły się zaraz umykającymi chyłkiem przechodniami. Kozacy na koniach ostrym kłusem przemierzali ulicę. Niezrozumiałe twarze obcego ludu dziko i twar­do patrzyły z pod czap. Powozy i dorożki odsunięte w bok szybko biegły w stronę Nowego Świata, ucie­kały całkiem widocznie, uprzedzając nakaz.

Już trzecia secina kozaków parła naprzód na zgrzanych koniach. Drewnianymi barierami po­śpiesznie odcinano bocznice. Koło Alei Róż rozciąg­nął się wężem patrol policji.

Ludzie z Alei po jednej stronie szeroką strugą par­li ku Nowemu Światowi, po drugiej uparcie przeciw prądow i szli naprzód bezbarwną, zwolna rosnącą w szeregi gromadą.

Wystraszona Marietka, nawracając pośpiesznie, dostrzegła w grupce młodego człowieka, który mówił coś żywo. Jego oczy błyszczały, były przezroczyste jak niebo tego dnia. Tamci obaj, młodzi nosili oku­lary i spokojnie wypatrywali przez nie na ulicę.

Widziała zdaleka jak płonęły w nim niewiadome słowa. Na ślepo, z odległości dwudziestu kroków, Maniusia zatęskniła do nieznajomego świata czyichś wysiłków i pragnień. Wciągnięta w przedziwną grę, zamiast wracać czem prędzej, krążyła obok, zostawała.

Już nie było w Alei ani dorożek, ani powozów, ani barwnych kapelusików. Środkiem jezdni biegł tylko zwykłym truchtem zaprząg tramwaju. Ci w surdutach i czapkach odliczyli nagle, uporządkowali sze­regi i miarowym krokiem zaczęli iść w stronę Bel­wederu. Tu i owdzie wykwitały czapki rewirowych (wtedy zjawiało się przypomnienie: zapytaj się Marietko). Koło mleczarni Zawiszy sterczały wyraźnie piki nad ukrytym oddziałem kozackim. Jasne blaty pustych stolików lśniły w słońcu gładką powierz­chnią. Już nikt nie pił zsiadłego mleka.

Szpaler drzew w koronach zieleni przeświecającej słońcem kołysał się, poruszany wiatrem. Ludzie szli naprzeciw groźnemu milczeniu. Po prawej stronie jezdni sami robotnicy, po przeciwnej przypadkowi przechodnie mieszali się ze studentami, lub na studentów wyglądającymi.

— Jezus... — szeptała drżącymi wargami Żelaz­kowa, przedzierając się przez tłum, który zwolna, lecz nieustannie szedł naprzód. — Niema Jacusia. —

Wiosenny wietrzyk wydymał trójbarwną chorą­giew. Chwilami silniejszy powiew unosił płótno, aż furkocąc w powietrzu obracało się młyńcem biało niebiesko czerwonym. Szyldwach przechadzał się z karabinem na ramieniu.

Maniusia kręciła się w kółko w promieniu kilku kroków. Wysoki młodzieniec stał z jednym tylko towarzyszem. Rozstawając się z nim, zobaczył wreszcie migotliwe, ciekawe oczy i jasny warkocz okręcony wkoło głowy. Uśmiechnął się najpierw ką­tami ust, po tym coraz wyraźniej, napełniając Maniusię malutkim szczęściem. Później ruszył szybko naprzód długimi nogami. Zobaczyła tylko, jakie miał duże buty. Ale kiedy patrzyła za nim, spostrzegła, że oczy wszystkich, wystraszone, zdumione i ciekawe biegną w tę samą stronę.

Wyszarpnięty z niewidzialności przedmiot zami­gotał w górze. W złocistym błękicie powietrza wydał się najpierw czarny, po tym dopiero zalśnił wyraź­nie, ciemno czerwony jak skrzepła krew.

Przywitano go okrzykami: Niech żyje Polska… Niech żyje pierwszy maj. Walczymy o ośmiogodzin­ny dzień pracy — wystukiwały głosy.

— Walczymy o szkołę polską. Niech żyje święto klasy robotniczej. —

Z mleczarni Zawiszy, z browaru Junga, ze wszystkich zakamarków wysypali się nagle kozacy z pika­mi w pogotowiu. Wydłużyli bieg w klin. Klin wdarł się ostro w ludzkie szeregi, naparł tuż końskimi pier­siami o ciemne ubrania mężczyzn. Szeregi rozdarły się z krzykiem, z jękami ludzi wydzierających się z pod kopyt.

Krótkie nahajki ciemnymi mignięciami wznosiły się w górę i opadały. Pod ludzkim naporem chwiały się drzewa. Jednostajność marszu rozerwała się. Tłum rozsypał się w obie strony ulicy, biegł naprzełaj przez jezdnię, a wśród niego żandarmi wprawnym okiem wyłuskiwali ludzi jak ziarna.

Maniusia z całych sił gorącymi palcami obięła twarde pręty jakichś sztachet. Przylgnęła do nich, że­by jej nie porwał za sobą ruchliwy prąd, aż zwilżyło się w uścisku chłodne żelazo, potem zaciśniętych rąk. Obok niej siłą pchnięcia rzucony, mizerny, starszyczłowiek w kawowym surducie, wołał cienkimi war­gami: — Niech żyje pierwszy maj…

Ledwie się konie cofnęły z chodników i nieumundurowani piesi zaczęli wywlekać ujętych, zobaczy­ły przerażone oczy Maniusi, że naprzeciwko, gdzie delikatna, wiosenna zieleń krzaków wychylała się po­nad ogrodzenia parków, najpierw zwolna, bezładnie, później coraz prędzej zaczęły odrastać, ustawiać się, iść poprzednią drogą w nierówne szeregi złączeni ludzie. Rozsypani po ulicy wracali biegiem na nieozna­czone, własne miejsca. Ulica pęczniała nimi, nabrzmiewała, wybuchała okrzykami jak grzmoty: —- Niech żyje Polska ludowa. — Żądamy polskich szkół.

Ludzie, napozór bezładnie zebrani, byli podobni do siebie. Maniusia wiedziała kim są. To byli ci, co przychodzili coś naprawiać w domu, gaz, jakieś rury, ci, co wczesnym wieczorem zmęczeni szli ulica­mi i mówiono wtedy: — Już wracają z fabryk.

W lakonicznych podręcznikach historii nazywali się: lud. Cała ich dzisiejsza odmienność polegała na tym, że tu szli razem dziesiątkami, setkami.

Maniusia nieśmiało oderwała się od sztachety, żeby już wrócić. Ponowny, daleki grzmot okrzyku wstrząsnął ulicą:

— Precz z wyzyskiem . —

Fala mniejszych grzmotów odpowiedziała hucząco, aż zbita gromada zadrgała, coś uderzyło w nią. Zdaleka, od strony Mokotowa zbliżało się parskanie koni. Ktoś krzyknął z przerażeniem:

— Kozacy. —

Strach uskrzydlił Maniusię, cisnął ją naoślep, ale już droga nie była wolna. Wpadła między rozdarte nanowo szeregi, gdzie ciemna odzież mieszała się z połyskami metalu, rzemieni i bronzowo złocistymi kadłubami koni.

Grzmoty okrzyków falowały nieustannie, gło­śniej, ciszej, jękliwie. Cała ulica stała się wołaniem, już żyły w niej tylko głosy i ludzie niezdolni się za­trzymać pod naporem, pędzący, oszaleli, przewraca­ni na bruk jak ciężkie tłomoki, tratowani i zrywają­cy się znów. Porwali za sobą Maniusię siłą prądu, po­magali jej biec, nie dotykając jej. Pędziła za nimi. Ktoś wyciągnął rękę, kiedy się potknęła. Opierała się o plecy i ramiona cudze, jakby to były jej własne.

Wtedy zobaczyła znów na chwilę młodego czło­wieka z przelotnego uśmiechu. Miał podbite oko, włosy spadły mu na czoło. On i dwuch innych szli międzymi szarymi mundurami żandarmów. W jednej chwili cała nowa wiedza o łączności jednego z gromadą, o przemocy, gorzko przeniknęła serce Maniusi.

Na jasnych kamieniach bruku, pod stopami mignęły promieniste bryzgi krwi.

… Czyjaś zrozpaczona ręka złowiła kawowy surdut Łobzińskiego. Uparty głos zajęczał:

— Panie Łobziński, jak pan w Boga wierzy, przyślij pan Jacka. Nie mogę go znaleźć — i już płaczliwie: — Nie gubcie dzieci. —

Na mizernej twarzy paliły się cynobrowe ognie:

— Przecie to dla dzieci — odkrzyknął ochrypły, biegiem upity głos.

— Dla dzieci — zawyła ze śmiechem, z wściekło­ścią i rozpaczą Żelazkowa.

— Przyślę go jak zobaczę. Uciekaj pani. —

Bieg ludzki osłabł. Bocznice w chłonęły uciekających, osłoniły ich milczące domy. Aleje zostały dale­ko ze swoją barwnością wiosennej zieleni drzew, czerwoności na bruku. Ludzie mieli swoje powszed­nie twarze, obojętne, lub uśmiechnięte. Dorożki dud­niły raźno. Na Placu Aleksandra oparła się Maniusia. Odnalazła miasto żyjące w spokojnej niewiedzy, odczarowane nagle z wszelkiej niezwykłości.

Wielkie szyby wystaw jaśniały. Już niewiadomo było, która część dnia jest bardziej rzeczywista.

Dochodziła szósta i w stronę Alej jechały stępa granatowo wysłane powozy na gumach. Panowie w jasnych garniturach, ściskając ozdobne gałki lasek, pochylali się ku paniom.

W słońcu, na przystanku tramwajowym czekali ludzie rozsypaną bez łączności gromadkę. Z pod kre­mowych i białych parasolek słonecznych wyglądały kobiety w mocno wciętych kostiumach, cienkie w pa­sie jak osy.

Opodal czekał już człowiek z parą koni na zmianę do tramwaju. Zdaleka ukazała się żółto biała czter­nastka, poprzedzona cienką, rozwleczoną w powie­trzu chmurą kurzu. Zawadiacki dzwonek i dźwięk mosiężnych nauszników końskich ożywił czekają­cych. Z otwartych okien wyglądali pasażerowie. Tramwaj przystanął. Zmieniano zaprzęg. Kobiety zręcznie ujmując spódnice w dwa palce, wspinały się na stopień. Z galanterią puszczano je przodem.

Maniusia z bijącym jeszcze sercem siadła na wyściełanym, siedmiokopiejkowym miejscu. Warkocze pod słomianą budkę przywarły do zgrzanych skroni.

— Jaki dziwny przypadek — myślała nazajutrz, szukając w rannych gazetach Warszawy wzmianki o wczorajszych zdarzeniach. Nie było żadnej. Zosta­ły przemilczane, a więc chyba nie było ich. Czas przepłynął po owym dniu jak wiatr nad śladem na piasku, a przecież dłużej niż zwykła pamięć rzeczy minionych przetrwało w Maniusi wspomnienie wio­sennej niedzieli, w odmienionych Alejach .

Musieli gdzieś na obcych ulicach żyć ci ludzie, musiały goić się podbite oczy i rany, których krew tryskała na kamienie bruku, ale w tygodniach, mie­siącach i latach, które nadeszły, nie szukała ich wię­cej.

… Na Nowym Świecie przyjrzała się Żelazkowa swojej spódnicy. Była uszargana w kurzu i miała oberwaną „szczoteczkę”. Włosy zlepiły się od potu. Pot stygł i ziębił rozgrzaną głowę.

Ulicą kobiety prowadziły na spacer świątecznie odzianych, małych synków. Odwracała się od nich. Powoli, ociężałymi krokami poszła pieszo w stronę domu.

II

Na Chłodnej, opodal wolskiej rogatki, na niebrukowanych chodnikach wypełzała między kamieniami wiosenna, blado zielona trawa. Owego niedzielnego popołudnia paliło się słońce rozlewnym, złocistym światłem nad niskimi domami, ciężkimi prostokątami fabryk, na kolorowych ruskich i polskich literach rzadkich szyldów i w świeżej, niewyblakłej tęczy barw nad mydlarnią Klementyny Żelazko.

Wolską szosą ku miastu płynęła wiosna w uzbieranych wiązeczkach pierwiosnków, w ułamanych prętach wierzbiny i pachnących powiewach z pól. Wieś Wola szła od rana ku miastu. Mężczyźni w sztywnych, wysokich kołnierzykach, lśniąc odświętnością surdutów i potem, kobiety w barwnych perkalach.

Młoda Żelazkowa Klimcia ze złotego ciepła dwo­ru uciekła przedwieczorem w mroczny chłód sklepu. Jacka wciąż nie było w domu.

Opuszczony nisko, odęty brzuch Klimci oddzielał ją od lady. Przy nachylaniu pociągał za sobą. Pracowitymi rękami sypała w funtowe torebki sodę i krochmal, ustawiała blaszane pudełka rozświetlające szarość mydlarni kolorowymi wizerunkami zamor­skich twarzy, złotymi i błękitnymi zakrętasami liter. Klimcia bez czytania wiedziała, gdzie kakao, a gdzie herbata. Nie umiała czytać. Jacek umiał.

Przy sodzie, mydle i krochmalu myślała o nim. Od kiedy go zobaczyła zamieszkał tak uparcie w jej myśli, w źrenicach, szczupły, niewysoki, z blond wąsem i falistą czupryną, niedostępny jak granica mię­dzy niebem a ziemią. Można za nią było biegać, dal zostawała ta sama.

Długie, jasne warkocze układała Klimcia w „baranki“ koło uszu, policzki miała różowe i pełne. Naj­ładniejsza dziewczyna na Lesznie, uparła się latać za Jackiem.

Spotykała go przypadkiem na spacerach, przed fabryką, uśmiechała się czerwonymi wargami, goni­ła oczyma, aż dojrzał ją.

Dźwigając w sobie żywy ciężar, pełen niespodzia­nych drgnien, karmiła się teraz Klimcia gorzką, jałową strawą pragnień ziszczonych.

Jeszcze on był wciąż taki sam, obcymi sprawami żyjący, a już jej dwudziesta wiosna napęczniała we­zbranymi piersiami, ociężałym brzuchem. Już mia­ła Jacka na własność, jakaż to była własność?

Był dobry, czuły, przychodził, żeby nasycić się prędko i znów uciekał w obcość.

Dziwne miał dni, których ranki nie zmierzały do obiadów, a wieczory zapominały o wieczerzy. Od­chodził nawet w niedzielę, kiedy inne kobiety szły promieniejąc na spacer u mężowskiego boku.

Mogła Klimcia siąść na ławce przed domem, po­zwolić opłynąć się słońcu i niebieskiej fali wiosenne­go powietrza, albo iść na spotkanie wiośnie szosą wzdłuż rozpulchnionych, czerniejących pól. Nie chciała. Po swojemu mściła się na oszukańczym, złym życiu. Sama to sama.

Szalki wagi brzęczały rozmownie. Torebki stawa­ły na ladzie szeregiem umundurowanym w szorstki, szary papier. Wtedy chwycił Klimcię pierwszy ból. Pośpiesznie, dla uspokojenia obliczyła sobie, że jest jeszcze dwa tygodnie czasu i wzięła do ręki blaszaną łopatkę od kaszy.

Ale skurczyła się, poczerwieniała po korzenie włosów i dowlokła się do podwórza, żeby zawołać Józkę i posłać po Grzybową, która kobietom w tych stronach pomagała rodzić.

Pokój za sklepem był duży i ciemny. Słońce i jas­ność leżały po drugiej stronie podwórza. Klimcia za­cięła mocno usta, zawzięta w urazie na swoją samot­ność i leżała bez ruchu, żeby przeszło.

Wnet wróciła Józka i weszła do sklepu, bo podwieczór zaczynały wpadać kobiety po naftę, po za­pałki. Przez uchylone drzwi Józka pytała:

— Ciotko, gdzie świce? —

— Barskie mydło to jakie to? —

Wtedy Klimcia krzyknęła tak strasznie, że Józce spadł dwufuntowy odważnik na podłogę. Cienkie warkoczyki z wplecioną wstążeczką zatrzepotały wystraszone. Skoczyła ku drzwiom pokoju. Klimcia le­żała na łóżku bez pierzyny z czerwoną, nabrzmiałą twarzą i rękami ogarniała ogromny brzuch.

Przez niezamknięte drzwi od sieni weszła cicho rozłożysta i wielka Grzybowa, uśmiechnięta godnie. Odsunęła Józkę i kupującą, która zaglądała ze sklepu, wesoło skinęła Klimci i zaraz dorzuciła drzazeg na ogień. Potem w nogach żelaznego łóżka zawiązała ręcznik i wetknęła Klimci oba końce w garść. Lek­kim krokiem mimo tuszy krzątała się po izbie, aż przysunęła stołek i siadłszy niedaleko chorej, rzek­ ła solennie: — Zaczęło się.

Dopiero po chwili dodała: — Prędko jakoś pani Żelazkowa. Dźwignęliście co, albo nagłe zmartwie­nie? —

Małymi, niebieskimi oczkami dobywała ludzkie myśli z dna. Klimcia zaprzeczyła głową. A przecież było zmartwienie, było, że na nic nie bacząc poszedł sobie. Ledwo go w myśli przywołała, a już na głos wrzasnęła, ręcznik w palcach zaczął drzeć się z cien­kim szelestem.

Obfite spódnice Grzybowej zamiotły izbę, z pod koka w tyle głowy wyglądała fałszywa podkładka. Uniosła garnek z nad blachy i czerwona łuna ognia zaświeciła w izbie. Poróżowiały bielone ściany, twarz Grzybowej rozjaśniła się w rumianym świetle, czer­wone blaski migotały na podłodze, chwiały się, drża­ły, nie mogąc wytrwać w bezruchu. Klimcia z ma­łymi przerwami krzyczała przeciągle, rozdzierająco.

Już w małych mieszkankach przy spóźnionych wieczerzach świąteczna niedziela spływała w pow szedni poniedziałek, kiedy stara Żelazkowa wróciła na Chłodną.

W bramie siedział sam jeden na ławce zezowaty stróż i niekiedy szerokim łukiem spluwał daleko przed siebie.

— Jest mój syn w domu, panie Janie? — zapy­tała, sama siebie zwodząc kłamliwą nadzieją.

Zaprzeczył i leniwie podniósł mgliste oczy:

— Ale synowa rodzi, aż tu słychać.

Jak stała zmordowana, spocona, ożywiła się nagłym pośpiechem. Niecierpliwie dopadła znajomej chropowatości klamki i z ciepłego, błękitniejącego już wieczoru, bez przejścia zanurzyła się w czerwony mrok izby pachnącej naftaliną i mydłem.

Grzybowa powitała ją uśmiechem. Klimcia, nie patrząc, zawyła znów. Z nowego bólu, innego. Że to wciąż jeszcze nie był on. Zacięła usta, aż suchą szramą zamknęły twarz w niemą maskę. Ból w brzuchu zelżał właśnie, ale kobiety z jej twarzy osądziły, że wstrzymuje krzyk i zaczęły szeptać ze sobą.

Zamykając oczy, odpychała je Klimcia od siebie, oślepiona ponurą jaskrawością, w której widziała teraz prawdy o sobie i swoich bliskich.

Że nigdy nie chciała jej ta teściowa, że to ona sa­ma latała za Jackiem, uwieszała się opornego, że­brała dla siebie, choćby o jego troski, aż oto wezbra­ła wszelką boleścią, która się z niego wzięła. Za­zdrosna była, że sam wychodził. Śmiał się, że nie do kobiet. Nie wierzyła. Nieprawda, wszędzie były ko­biety.

Rozumiała tylko słowa proste, te z domu, ze skle­pu, na codzień przydatne. A przecież strach o nie­go nauczył ją palić ukradkiem cienkie książeczki i gazetki polskie drukowane na lichym papierze. Na nieznajome pisma kładła od wierzchu książeczkę do nabożeństwa, albo to, o czem słyszała, że „dozwoleno cenzuroju“.

Dopiero, kiedy ból nanowo ostremi nożami wraził się w brzuch i krzyż, otworzyły się wyschłe usta Klimci. Z rozbieganym i źrenicami, wyprężona na łóżku, wyła niskim, jednostajnym głosem zwierząt, nikogo nie przyzywając, żeby sobie samej, nie ko­muś to dziecko urodzić.

niedziela, 12 lipca 2026

HENRYKA ŁAZOWERTÓWNA - IMIONA ŚWIATA

 

אויפין האלפען וועג





HENRYKA ŁAZOWERTÓWNA*





IMIONA ŚWIATA





WYDAWNICTWO DROGA — WARSZAWA 1934





DRUKARNIA ARTYSTYCZNA, WARSZAWA,

NOWY ŚWIAT 47,

TEL.: 635.80 i 635.83.





Spis rzeczy:


Imiona świata



I*



Szczęście moje...

Znajomemi ścieżkami

Zatęskniłam...

Wspomnienia

Sen

Dom



II*



Podróż

Południe w willi

Południe w tawernie

O zachodzie słońca

Magnolje

Odjazd

Noc nad jeziorem Bourget

Spotkanie

Dziewczęta z francuskiej prowincji

Pocztówka z Marokko



III*



Powiew

Dunajcowe szczęście

Przechadzka wieczorna

Powrót

Jesteś...



IV*



Dwudziesta czwarta wiosna

O majowym księżycu

Nasza podróż

Wieczorem

∗∗∗

Nocna myśl

Kabała z liści

Rozmowa z drzewem

Obraz w oknie

Kochanowski

Czuwanie... tout ce que j’ai rencontré de rire sur les lèvres, j’ai voulu l’embrasser; 
de sang sur les joues, de larmes dans les yeux, j’ai voulu le boire; 
mordre à la pulpe de tous les fruits que vers moi penchèrent des branches. 
A chaque auberge me saluait une faim; 
devant chaque source m’attendait une soif — une soif, devant chacune, particulière...



André Gide: Nourritures terrestres.





IMIONA ŚWIATA

Kiedy miałam szesnaście lat,

myślałam, że świat jest duży,

ale go można ująć i słowem powtórzyć,

i z człowiekiem zrymować, i w wierszu uwięzić,

jak słowika — i falę — i księżyc.



A potem niby drzewo szumiący się rozrósł

i korzenie w me ciało zapuścił:

każdy ranek mnie wołał jak daleka podróż,

w każdy dzień łza się wplotła — lub uśmiech.



Granatowo i srebrnie śpiewały wieczory

i w jaśminach moje serce biło —

oczy w oczach się topiły, jak gwiazdy w jeziorach,

gdy odgadłam twe imię: MIŁOŚĆ.



Starło się pierwsze imię, jak słowa pisane na piasku,

a przed drugiem, które było: PUSTKA, zamknęłam strwożone oczy.

Noc była koło mnie i we mnie, nade mną czas się przetoczył,aż znów świt nabrzmiał wołaniem, nowego jutra zwiastun.



To wtedy, gdy na Radzymińskiej ulicy witały mnie chude dzieci

z nogami skrzywionemi przez nędzę, z twarzami, które rzeźbił głód,

to wtedy — ciężki od krzywdy, od łez napuchnięty świecie,

poznałam twe imię: BUNT.



Nie umiałam o tem pisać wierszy:

jak na wiatr wystawiłam twarz

na ten świat boleśniejszy i twardszy, i szerszy,

na ten świat już nie mój — nasz!O jakże się rozrosłeś, pchany tysiącem rąk — razem, razem!O jakże mi okrzepłeś, chropowaty od krzyku — chórem, chórem!

Stupudowy, uparty kloc, windowali cię wściekle pod górę;

ociekałeś żywicą krwi, gdy cię gniewem darli jak żelazem.



... Czy to był lęk przed tobą — sękatym, groźnym, ciemnym?

Czy to była tylko powszedniość — troska, dom, obowiązki?

Zatrzymało mnie coś, wciągnęło jak lej na bagnie grząskiem...

Zatarł się tamten świat — potoczyli go sami — beze mnie.



Zatarł się tamten świat — inny nową przypłynął twarzą,

bije we mnie jak fala o brzeg podmyty — —O stubarwny, stukształtny i jeden, który wołasz i który przerażasz,

czy potrafię cię nazwać wreszcie, czy nadążę cię pojąć i schwytać?!



Wirujesz przed oczami bryłą wielościenną,

nocami piersi mi gnieciesz,

a kiedy widzę jedną ścianę — na drugiej jest ciemność,

a kiedy ujmę jedną krawędź — drugą usuwasz przede mną,

świecie!...



Jakże cię w słowach zawrzeć, jakiem cię nazwać imieniem,

jakże cię przetłumaczyć na wzrok i słuch, i dotyk,który jesteś nieruchomy i płynny, który jesteś światłem i cieniem,

mniejszy od serca ludzkiego, większy od ludzkiej tęsknoty!



Ja jestem tylko człowiek: tyle życia — ile tętna w żyłach, tyle mądrości —

[ile mózgu pod kopułą czoła;

ja jestem tylko człowiek: tyle godzin snu, co nie koi,

[tyle — pracy, która nie cieszy...

Pędu tyle — by aż padać, do ciebie śpiesząc.

Siły tyle — żeby powstać, gdy zawołasz.



A jeśli życia starczy tylko, by cię przeczuć?

Jeśli tęsknota nie rozświetli niewiedzy, w której mnie grążysz?

A jeśli mnie do prawdy już nic nie dowlecze?

A jeżeli cię nazwać nie zdążę?!Czy to dopiero wtedy, gdy na oczy rozwarte ostatniem zdziwieniem

noc opadać pocznie skrzydłem olbrzymiem,

czy to wtedy pozwolisz rękom stygnącym, na kołdrze drgającym jak cienie,

skreślić prawdziwetwe imię? ...





I





SZCZĘŚCIE MOJE...



Szczęście moje bezszelestnie uchodzi

i nikt na to poradzić nie może...

Codzień szepcę obłudnie: „Nie szkodzi...“

a myślę: „Boże — —“



Codzień idę przez te same ulice

(— wspomnieniami wymoszczone drogi —)

i z uśmiechem patrzę w twarz księżyca,

zamiast pod nogi.



Aż przed jedną znajomą bramą

szklany uśmiech rozpryskuje się w łzy — —

Ach, zbyt ciężko dźwigać słowo: sama,strzępek słowa cudownego: MY...



ZNAJOMEMI ŚCIEŻKAMI



A gdy wpłynę w dobrotliwą ciemność

znajomemi, prostemi ścieżkami,

księżyc wyjdzie przywitać się ze mną

tak jak kiedyś — jak wtedy — z nami...



Pewnie będzie bardzo zdziwiony,

gdy mnie tutaj samą zobaczy —

będzie pytać niespokojny, strwożony,

co ta cicha samotność znaczy?



I niziutko, bliziutko się stoczy,

i nachyli ku mnie jasną głowę,

a ja tylko popatrzę mu w oczy,

jak wiernemu, domyślnemu druhowi — —



Ach, odgadnie, co się stało z nami,

(— choć mu nawet nie powiem i słowa —)

i zapłacze srebrnemi łzami,

i za góry zasmucony się schowa...



ZATĘSKNIŁAM...



Zatęskniłam do jakiegoś rozstania,

do jakiegoś gorzkiego odejścia — —

W nocy wabią mnie cichem wołaniem

nieznajome, dalekie miejsca...



Zatęskniłam do obcości i chłodu,

do drętwoty okrzepłej i sennej —

do jakiegoś pustego ogrodu,

do milczących, zatrzaśniętych okiennic...



Do zgubionych, poplątanych dróżek,

do pożółkłych, bezlistnych badyli,

do maleńkiej, przygasłej kałuży,

która niebo odbijać się sili —



do jakiegoś drzewa samotnego,

co na wietrze musi giąć się i skrzypieć — —Zatęskniłam do pierwszego śniegu,

który trawy i myśli przysypie...



WSPOMNIENIA



Wróciłam po nie bez lęku,

z ochotą,

wierząc, że pachną jeszcze

jak przed laty — —

I oto

trzymam je w ręku:

mój Boże, jak dziwnie szeleszczą,jak papierowe kwiaty...



SEN



Taki sen: odjeżdżam gdzieś sama i bardzo daleko —

do stacji nieznajomej, której niema na żadnej mapie.

Nad dworcem niebo wisi jak wielkie, czarne wieko,

lokomotywa krzyczy głosem bitego człowieka,

kolejarze mają twarze jak papier...



Mam z sobą tylko jedną walizkę i jeden żal, którego nikt nie próbował zgłębić...

Jestem bardzo spokojna — i to czego nie widać: bardzo smutna.

Miasto w blaskach rozprysło się za mną, nade mną para się kłębi —

stoję w oknie wagonu, jak w pudełku nieruchoma kukła.



I ty jesteś także (— wykrzyknik na prostokącie peronu —)

z kwiatami, z bombonierą, z oczami, co nie marzą, z dłońmi, które nie tęsknią...

Romantyczny płaszcz samotności narzuciłeś na szczupłe ramiona,

w oczach masz twardy spokój, na ustach mądrość zwycięską.



Nie chcę twojej chłodnej mądrości, chociaż możesz mi dać jej tak wiele...

Nie zabiorę jej z sobą w ciemną przestrzeń pociętą szynami.

Wiem i tak: nic przede mną, wszystko za nami.

Wiem i tak — — Ale milczę, przyjacielu.



A Ty powracasz nocą (— punkt wplątany w geometrję ulic —),

cieniami domów rozcięty na srebrnego i czarnego człowieka,

wracasz w pustkę pokoju jak w ramiona kochanki się wtulić,

zwiewne kółeczka dymu na bezsenne spojrzenia nawlekać.



Trotuary — krokami, wspomnieniami lata odmierzasz,

samotniku zawzięty, uwięziony w kuli z szkła i lodu!

Świat odpychasz od siebie podniesionym na uszy kołnierzem,

pod stopami depczesz cień uparty — pognębioną, zgniecioną młodość.



Aż na jakiejś ulicy cień podniesie się z cichem westchnieniem

i zastąpi ci drogę powoli:

przypomnieniem — imieniem — kamieniem

coś uderzy w piersi — — I zaboli.



I zawrócisz swe kroki samotne

i przed dom jakiś cień cię powiedzie:

tam o jedno słowo się potkniesz,o to, któreś mi zapomniał powiedzieć...



Widzę cię: biegniesz na dworzec blady i wstrząśnięty,

(na uśpionych ulicach echo pośpiechowi twemu urąga —)

ale dworzec nazawsze zamknięty

i nie idą już żadne pociągi — —



Na pustym placu, na wietrze stoisz jak suchy badyl.

Niema przy tobie nikogo i niema pomocy znikąd.

Widzę cię: jesteś bardzo blady — —

Widzę — — I budzę się z krzykiem.



DOM



Dom... No i cóż wielkiego — dom?... Tu zawsze było tak samo:

nieruchawo, półmrocznie, ciasno...

A tam był świat — („świat" — znaczyło: szeroko i jasno.)Świat się zaczynał za bramą.



Był zawiły i wielki — ludzi, zdarzeń trudny fotomontaż.

(Każdy krok wiódł w Nieznane — nie dbałam, czy z powrotem trafię...)

A w domu... jak to w domu: blakły twarze, stare fotografje,

smutek szarzał pajęczyną po kątach.



Tu życie się jak wilgoć po spłowiałych tapetach sączyło,

a tam — świat był ogromnym, kolorowym domem!

Miał tysiąc kształtów i sto imion nieznajomych —

i sto pierwsze — znajome — miłość.



Miłość: melodja, barwa, ruch — lot w światło i przestrzeń!

A potem — dziurawy balonik bezwładnie leci ku ziemi...

A potem — samotne włóczęgi ulicami, placami pustemi,

głupie łzy pomieszane z deszczem...



Oto wracam zmęczona z pierwszej dziecinnej podróży

i prócz smutku dla siebie — nie wiozę gościńca nikomu...

Świat się skurczył... (A może wydawał się duży?...)

I widać tylko drogę wiodącą do domu.



Wiem — znam: kałuża przy bramie, na drugiem piętrze siwa głowa na balkonie,

znużone oczy nad gazetą, ręka kładąca pasjanse na brudnym obrusie...To jest dom, który teraz od świata obroni,

dom, z którego chciało się uciec...



Wiem: tu mi trzeba pozostać, gdzie dzień każdy powszedniością prószy,

tu mi trzeba pomilczeć, w dłonie ciężko złożywszy czoło...

Tu mi trzeba poczekać, aż świat innym mnie głosem zawoła,

aż nanowo — po nowe — wyruszę.





II





PODRÓŻ



Kiedyś, gdy ci obrzydnie tapet twych znajomy deseń,

blade ryciny twarzy w starych ramkach — zżółkłych uśmiechach,

w jakiś ranek wiosenny gniewnie się podniesiesz

i zapragniesz jednego: JECHAĆ!



Na granicznej stacyjce, za ostatniem domostwem białem

wierne ścieżki utkną zmęczone i już żadna wzdłuż szyn nie pogoni — —

Spojrzysz tylko raz jeden za siebie i wszystko co w mgle zostało

dalekości firanką przesłonisz...



Pamięć rzeczy tamtych, jak groszaki uronione przez beztroskie ręce,

w tajemniczo gwarzącym, w nieznajomym pogubisz tłumie — —

Będziesz słuchać i myśleć: jak to dobrze być cudzoziemcem,

co dopiero uczy się rozumieć...



Aż zapachnie, zakwitnie, zasmakuje ci obca mowa:

będziesz ją w chciwych wargach rozgniatać jak winogrona...

Jak w paciorki zamorskie w kolorowe ubierzesz się słowa,

w kryształowe, szklane imiona — —



Po miasteczkach słonecznych, pod murami w dzikiem winie pochodzisz

i z uliczną piosenką łobuzerską przyjaźnią się zbratasz...

W jakiejś małej tawernie, która wyda ci się sercem świata,

słowo: „aimer" od słowa: „kochać" zabrzmi słodziej — —Aż kiedyś ktoś na żarty polskiem cię nazwie imieniem —

(obce usta do trudnego dźwięku nieporadnie, śmiesznie ułoży...)

I wtedy nagle: zdziwienie.

I wtedy się czegoś zatrwożysz.



Coś zawoła na ciebie zdaleka, twarz znajoma w nocy się przyśni,

jakieś książki się oczom przypomną, jak druhowie wzgardzeni, a wierni ...

I pomyślisz sobie: „Już październik...“I w Łazienkach liście lecą — — “ pomyślisz.



I rozpoczniesz na zszarzałe, nieskończone nici wieczorów

perełkami nawlekać tęsknotę —

aż uleczy cię błysk semaforów

i gwizd ostry — melodja POWROTU.



POŁUDNIE W WILLI



Gorącemi wargami Południe śniade piersi drzewom całuje

i przez sito zmierzwionych liści złotem ziarnem sypie się powoli...

Woń gęstemi, słodkiemi kroplami z nieprzytomnych ścieka magnolij

i żywicznem kadzidłem dyszą dwie zielone kaplice — tuje.



Żwir na ścieżkach trzeszczy od upału, trawa kona w soczystym krzyku.

(Biały dom się różami zapalił, w winoroślach splątanych utonął — — )

Tylko niebo oczom błogosławi dalekością, niebieskością zaśnioną...Mały obłok, jak wianek srebrzysty, na Alp spoczął granitowym pomniku.



Przeciekają minuty przez rzęsy, wargi lepkim się bronią godzinom —

ponad ciałem bezwładnem i ciężkiem sennie krążą dwa żółte motyle...Aż się w jakiejś chwili niepojętej małe drzwi ze skrzypnięciem uchylą,

ktoś na tacy przyniesie zbawienie — kwaskowate, lodowate wino.





POŁUDNIE W TAWERNIE



W perspektywie ulicy widać góry liljowo-sine.

Dzień — jak umiał najpiękniej — rozzłocił się i zmodrzał.

Na placu Grenette, przy fontannie, bronzowe delfiny

srebrną pianą parskają przez nozdrza.



Trotuary trzeszczą od gorąca.

Zda się — dymią jak spalone ciało.

Ja też nie mam już siły, nie mogę znieść tego słońca...

(A wiesz? — Wciąż mi go mało!)



W „Taverne des Dauphins“ są duże dębowe stoły

i chłodną skórą obite, szerokie kanapy.

Jest wino — i oranżada — i kelner wesoły — —No, czego się chcesz napić?



A możeby w warcaby zagrać od niechcenia?

(Tak to się tutaj ładnie — „jeu de dames“ — nazywa...)Patrz, słońce nas znalazło! — Przy moich kamieniach

złotą flagą zwycięstwa powiewa!



...Pytasz, dlaczego oczy mam takie błyszczące

i czemu się uśmiecham — co to wszystko znaczy?

Widzisz — ta obca mowa... to wino... to słońce...Nie potrafię lepiej wytłumaczyć!



O ZACHODZIE SŁOŃCA



Dopaliło się zmęczone południe,

zmierzch rozchyla palce liljowe — —

Wyfrunęły na ścieżkę, pod studnię

zbuntowane piłki tenisowe.



Teraz pora śniade ręce i nogi

na skrzypiącej pobujać huśtawce...

Potem — buchnąć w trawę koło drogi

między jaskry, stokroć i dmuchawce.



Szczęście — owoc z przydrożnego drzewa —

jest pachnące, słodkie — i niczyje...

Ktoś przechodzi drogą i śpiewa:O ma Rose Marie — —“



Słucham — myślę: jaki sens ogromny

mają tutaj najprostsze słowa...

Słucham — czuję: z chwil soczystych i wonnych

dzień urasta — kiść winogronowa.

.

Słońce nisko do rąk się stoczyło

złotokrągłą, ciężką pomarańczą — —

Jakieś wargi nad wargami się chylą...Czy to Ciebie całuję, o Francjo?!



MAGNOLJE



Przynosili gwoździki i bratki,

róże żółte, czerwone i białe, — —

Lecz najtrudniej było znieść magnolje,

te magnolje, co tak mocno pachniały...



Kto im kazał tak późno zakwitnąć?

W noc sierpniową kto je z drzew wyczarował?

Kto napełnił je tą dziwną wonią,

wymowniejszą niż oczy i słowa?



Kiedy wieczór przez otwarte okno

wnosił księżyc w granatowych łapach,

kto je uczył w wysrebrzonem lustrze

razem z kształtem podwajać swój zapach?Wynoszono je na noc z pokoju,

lecz przez drzwi, szparą okien zamkniętych,

przez zielone pancerze okiennic

tamten zapach powracał zaklęty!



Nabrzmiewała noc słodką tęsknotą,

tajemniczym, niezmożonym musem — —

W sny wrastały białe, nagie magnolje

i pachnącą sączyły pokusę...



ODJAZD



Za oknami — magnolje i pinje.

Pod oknami — winorośl i róże.

Z okien widać słońce olbrzymie

jak za Alpy rudą głowę nurza.



Niebo sine glicynje całuje,

głaszcze palce zielone kasztanom...

Koło ścieżki — zadumane tuje.

Koło drogi — dobrotliwe platany.



Biała willa, „Odpoczynkiem“ zwana,

jasnym myślom i uśmiechom sprzyja...Tu zaczęła się któregoś rana

ta z drzewami zielona przyjaźń.



Tu przez serce przesiała się radość,

jak promienie słońca przez pryzmat...

Tu w gorących ramionach śniadych

utuliła mnie słodka obczyzna — —



Ale przyjdzie taka chwila jedna,

że stąd będę siwym rankiem odjeżdżać...

Wyjdą drzewa znajome mnie żegnać

i zobaczą... że mi wcale nie żal!



Wyjdzie niebo, zza gór się wychyli

modrem okiem raz jeszcze popatrzeć — —

Będę prosić: „Nie gniewajcie się, mili...

Nieczułemu gościowi przebaczcie!“Może powiem, gdy już będę daleko,

może wyznam magnoljom i różom,

czemu mi tu było o jeden uśmiech zadużo,

o jedną łzę — zalekko...



NOC NAD JEZIOREM BOURGET



Zabłąkanym w obcem mieście podróżnym, jakby w jakiejś cudownej przygodzie

dzień się pisał listem miłosnym — teraz pieczęć go zamyka wieczoru:

zielonawa, stygnąca woń mokro szepce o pobliskiej wodzie,

małe uliczki wiodą prosto ku jezioru.



Ciepłe skrzydła ma cisza wieczorna... W skrzydłach ciszy jesteśmy sami:

kochankowie z staroświeckiej powieści — poetyczni, trochę smutni i młodzi...

Widzisz? — gwiazdy nad wodą rozmawiają z podwodnemi gwiazdami.

Słyszysz? — fala przy brzegu miękko pluszcze o dno starej łodzi.



Ten wieczór układa się w wiersze — w romantyczny, księżycowy poemat:

fala rytmu użycza słowom i z oczami rymują się oczy...

Ta chwila jest jak ważka błękitna — chwyć ją, uwięź rękami obiema!

Ta chwila jest jak ważka płochliwa — ponad nami niezłowiona trzepocze...



Pod palcami — czy to trzciny oślizgłe, czy to twoje zziębnięte dłonie?

Poprzez palce — czy to woda jeziora, czy to młodość nieuchwytnie przecieka?

Czemu leżysz tak płasko na fali, czarnym cieniem bezszelestnie toniesz?!Od mojego do twojego cienia droga trudna, droga daleka — —



Wiatr na wodzie cienie poszarpał... Chmura gwiazdy na niebie zgasiła...

Wiatr słowa roztarł w powietrzu... Ciemność chłonie nasze spojrzenia...To nic... To tylko deszcz — — Czego drżysz, czego lękasz się, miła?To nic... To tylko Czas — — To się „dziś“ we „wczoraj“ zamienia...



Chwila była jak ważka błękitna... Chwila była — chwili niema — dlaczego?!

(Zasłuchani w przemijanie milczymy, szorstką ciszą spowici jak kirem...)

Na fali — czy to głos? — ...i tak, wiecznie ku nowym popychani brzegom...

szepce cień Lamartine’a cieniowi Elwiry.



SPOTKANIE



Zagubiona w podróży jak w bajce,

w młodość własną zapatrzona jak w lustro,

nie wiedziałam, że cię właśnie tam znajdę,

nieznajoma, dziwaczna Francuzko...



Gdy dzień każdy wiódł w radość jak ścieżka,

każde „jutro“ nabrzmiewało pokusą,

jakże mogłam przeczuć, że tam mieszkasz,

w małem mieście Lamartina i Russa?



Że w tem mieście — pogodnem, czyściutkiem —

gdzie ze wszystkich stron pachnie rezeda,

chodzisz sobie taka sama jedna,

z parasolem — ze swym kaszlem — ze smutkiem?



O rozmowo naiwnie liryczna!

(W kawiarence: ja — przy winie, ty — przy mleku...)

Oświadczyłaś, że ranek jest śliczny

i spytałaś, czy jestem zdaleka.



Powiedziałaś, że w tem mieście jest jezioro,bardzo piękne — piękniejsze niż Leman“,

stary kościół — i zabytków sporo —

i już więcej nic ładnego niema...



I że życie czasem bywa jak sen —

przykry sen, który nawet nic nie znaczy...

Że zupełnie, zupełnie jest inaczej,

quand on est jeune — —



Jest się młodym, ma się ideały,

podróżuje się — tu i tam...

(Zrozumiałam wtedy: świat jest mały,

smutek — wielki. I wszędzie ten sam.)



Jakie to było dziwne: ty przy jednym, ja przy drugim stoliku,

wczesnym rankiem w pustej kawiarni pijące mleko i wino — —

Słowami najprostszemi, których szukać nie trzeba w słowniku,

rozmawiałaś z obcą dziewczyną.



Twoje miasto jest dziś bardzo daleko — ale świat jest przecież taki mały...

Może przez to widzę aż stąd

twoich oczu spłowiałą niebieskość, błękit twego jeziora wspaniały,

le bleu qui monte...



DZIEWCZĘTA Z FRANCUSKIEJ PROWINCJI





Ciemne oczy, słodkie imiona:

Marie-Louise... Suzanne... Germaine...

Dni w warkocze tygodni splecione,

dni spokojne, jak oddech przez sen.



Białe domy winorośl oplotła,

o przechodniu cicha droga śni — —

Można wyjść za furtkę kogoś spotkać,

ale przecież nie nadchodzi nikt.



Czas się mierzy dojrzewaniem winogron,

zakwitaniem ogrodowych hortensyj...

Po dnia ciepłym, słodkawym bezsensie

schodzi wieczór zmęczony i dobry.



W kręgu lampy nachyla się głowa

nad wierszami Marceliny Valmore —

cierpkiem winem odurzają słowa,

wielkie słowa: l’Amour, la Mort...



Jest gdzieś miłość — taka jak w wierszach,

jest gdzieś życie rozpostarte w tęczę — —

A tu — porucznik Jean ma medal na miejscu serca

i kochankę... (Dwieście franków miesięcznie.)



Jest gdzieś szczęście — złoty ptak w magnoljach

i jest smutek — ptak o sinych piórach...

A tu — prowincjonalna melancholja:

maman i konfitury.



Tutaj gwiazdy i magnolje kłamią,

księżyc także jakby nie ten sam...

Nuda zwisła falbankami u ramion

Marie-Louise... Germaine... Suzanne...Może jednak nie wszystko przepadło?

Francji dzieci trzeba — oto cel.

Po hulankach paryskich pan Marcel

pragnie wstąpić w małżeńskie stadło.



Wszystko będzie ogromnie rozsądne:

(„Dosyć marzeń — maman powie — pora żyć!“)

będzie księżyc — wielki nowy rondel —

nad rodzinnem szczęściem błogo lśnić.



...Czas się mierzy dojrzewaniem winogron...

Słaby refren lat dziewczęcych ścichł — —

W jakiś wieczór zmęczony i dobry

jakieś wiersze powędrują na strych.



POCZTÓWKA Z MAROKKO





Pisze ktoś z białego Marokko,

że dalekość serca nie zmienia...

Że jak zawsze: mocno — głęboko — —

Że gwiazdy... Że wspomnienia...O znajome francuskie słowa,

które gęsta już przesnuła mgła — —

(Że tylko — ręce całować ...

Jak dawniej... Jak „autrefois...“)



Na pocztówce z białego Marokko

dwa wielbłądy i beduin na piasku.

Przez palm liście — wachlarze szerokie —

cieknie niebo kroplami blasku.



Dzień spotniały od słońca pieszczoty

można w miłość jak w burnus owijać...

Nocą księżyc — wielki bukłak złoty —

pewnie żadnych warg spragnionych nie mija...



Tam to leżysz, rozgrzany i śniady,

sypki piasek przesiewasz przez ręce...

Tam to chodzisz, wiernym gwiazdom spowiadasz

swe wieczorne srebrne smutki chłopięce.



Ale widzisz... u mnie niebo jest szare,

chore słońce nad domami się słania...

I tak mądrze mówią w ciszy zegary

o wieczystej prawdzie przemijania — —



Widzisz... u mnie — kwiat w oknie umiera.

Dni się w palcach chłodną pustką popielą...

Milczą noce pod gwiazdami z papieru,

sen się wspomnień jak trucizny przeląkł...



No i widzisz... tak się stało dziwnie,

że twe imię, marynarzu mały,

polskie wiatry podstępnie i mściwie

siwym piaskiem niepamięci zawiały...





III





POWIEW





Już przewiało nade mną, przewiało

niespokojnym, ciepłym powiewem — —

Ktoś mnie blaskiem opryskał całą,

ktoś obsypał rozkwitłem niebem!



Idę dziwna, rozedrgana, szumiąca,

pokumana z drzewami i trawą —

ktoś mnie chwycił na wędkę ze słońca

i w powietrzu pachnącem pławi...



Już rozlała się wkoło mnie przestrzeń,

srebrnym nurtem przez serce przepływa — —

A we włosach rozwianych na wietrze

ktoś mi wiosną moją młodość wygrywa!



DUNAJCOWE SZCZĘŚCIE





Dunajcowa woda — chyża, chyża...

Dunajcowe kamienie — śliskie.

Nad Dunajcem wieczór się zniża —

nad Dunajcem szczęście łatwe, bliskie.



W łatwe szczęście trudno uwierzyć —

czy nasycisz niem serce głodne?

Dunajcowe kamienie — chłodne.

Dunajcowa woda bieży, bieży...



Księżyc płynie — coraz mniejszy — coraz wyżej —

aż o świcie za góry się schroni...W dunajcowej wodzie (chyżej, chyżej...)

dunajcowe szczęście utonie.



PRZECHADZKA WIECZORNA





Nieśmiałemi pytasz słowami

o mój smutek, o moje nieznajome Wczoraj...

Zamilcz... Czujesz? — dach srebrny rozpina nad nami

słodka cisza letniego wieczora.



Nie schodź wgłąb mnie, jak nurek, pereł lśniących chciwy...

Chcę być dla ciebie tylko taflą wody, w której wieczór się odbija.

Nie patrz na dno, gdzie szumię dzika i niczyja — —Ja cię wszak też nie pytam, jakiś jest — prawdziwy.



Jesteś mi tylko cieniem o ramieniu gorącem i mocnem —

(imię twe znam zaledwie — i to już zbyt dużo...)

jesteś drzewem, pod którem przez chwilę odpocznę,

nim noc zwiędnie — zbyt pełna róża.



Poco mówić o sobie? — Nie o to wszak chodzi!Gdzie zresztą znaleźć słowa, coby nie kłamały?! —

Czyż niedosyć ci wiedzieć, że jesteśmy młodzi

i że wargi nam lipcem wezbrały?...Patrz... gwiazda spadła — nieba pocałunek niemy...

Słyszysz?... wiatr się w zaroślach jak ranny ptak trzepie...

Splótłszy się ramionami, milczący pójdziemy — —

Wierz mi: tak jest najlepiej.



POWRÓT





Znów wróciłam do miasta, które już umiem na pamięć —

nad brudnym trotuarem deszcz drobniutki płacze...

Znajoma, czarna pustka dyszy w każdej bramie...A jednak coś jest inaczej.



Jest inaczej — jest bardzo dziwnie —

jest tak, jak było przed laty — —

...Z kosza na rogu jesienne, bezwonne kwiaty

patrzą się na mnie życzliwie.



Ulice są mokre i zmęczone —

ale na każdej czyha możliwość tajemna i słodka:

idę, patrzę uważnie w tę i w tamtą stronę,a może spotkam?...



Potem wracam do domu wiosennie, młodzieńczo smutna:

(cóż z tego, że już wrzesień i że dawno nie mam lat szesnastu?)

siadam przy oknie — marzę — skubię płatki astrów...

Dzień zwolna tonie w nocy, jak dziurawa łódka.



A nocą w snów cudownych złotą przystań wpływam

i oczy mam olśnione, gdy budzę się zrana — —Mój Boże, czyżby... czyżbym znowu była

zakochana?!...



JESTEŚ...





Jesteś prosty i dumny, jak trzcina nad niskiem sitowiem...

Jesteś szorstki i wonny, jak macierzanka na łące rozścielona...

Imię twe — krągłe jabłko — chrzęści w zębach młodością i zdrowiem...Jesteś chłopcem z opowieści Londona.



Z powietrzem, wodą, słońcem skuty najtkliwszem przymierzem,

ciałem pięknem i mocnem niebo z ziemią spinasz jak mostem...

Patrzę na ciebie i drżę: — A może w szczęście uwierzę?...

A może życie doprawdy jest, jak ty, bujne i proste?...



Nie znasz czaru zawiłego słów, splątanych w warkocze wierszy...

Nie wiesz, jaki smak mają myśli, które sen z powiek mi kradną...

Świat twój od mego świata o jeden uśmiech jest szerszy,

lecz głębszy o łzę jest ten, w który lecę jak kamień — na dno.



Jesteś brzegiem zielonym, do którego płynę po nocach

i który w dzień porzucam jak fala ciemna i chyża — —Nie wierz pozorom! — To nie te same gwiazdy nad nami migocą,

to inny zmierzch nade mną srebrzyście się zniża...



Nie odpocznę w ramionach twoich, jak w gałęziach wiernego drzewa —

dzikim ptakiem wędrownym ponad tobą przelecę, przepłynę...

Nie patrz... droga przede mną posępna, siwym piachem dal oczy zawiewa — —Jesteś tym, do którego tęsknię — jesteś tym, którego ominę.





IV





DWUDZIESTA CZWARTA WIOSNA





Wiosenna wieżo Babel! Gmatwanino majowych języków!

Nie mogę cię pojąć tego roku!Ogłuszona, ogłupiona wrzaskami słowików

biegnę z wiatrem po grzbietach rozczochranych trawników

i nie umiem dotrzymać mu kroku...



Wodo, głaskana słońcem — jaką, jaką szeleścisz mową?

O czem pachną narcyze i fijołki — coraz słodziej, coraz inaczej?...

Czy to znaczy, że coś — że wszystko — czy to tylko znaczy: majowo...

Czy to może wcale nic nie znaczy?!



Wiosno, wiosno zielona, prawdo nieodgadniona,

kto mi twój sens wytłumaczy?Zasłuchana w niepojęte słowa

idę, biegnę — kaleka, niemowa —

a gdy pojmę — stanę, zapłaczę...



O słowo, którego nie pomnę, którego nie powtórzę!...

O ramiona, suchemi gałęziami zwisłe — —



Precz pójdę — drzewo, które zielenią nie trysło,

złamany głos w twym chórze...



O MAJOWYM KSIĘŻYCU





Księżyc — fałszywy dukat

blaskiem do okien puka:

na ścianach, na suficie

wysrebrza się majowo,

przez tafle szyb zastygłe

magiczną woła mową — —



Nie przychodź do mnie nocą,

nie wołaj — dokąd? poco?

Nie wierzę twojej wiośnie,

nie wierzę bzom, jaśminom —

przed laty jakiś uśmiech

w majowych bzach mi zginął...

Przed laty jakieś słowa

wiosenny wiatr mi ukradł...To przez to muszę milczeć,

to przez to jestem smutna.



Księżyc blaskami chlusta

na zaciśnięte usta —

splecione, chłodne palce

łaskocze płynnem srebrem,

zmierzwioną ciemność czesze

dzwoniącem, lśniącem zgrzebłem.



Ciemność się miękko czesze,

palce się twardo splotły...

Sen legł na oczach kwiatem

zgniecionym i wilgotnym.



Nie warto wznosić powiek —

cóż mi nowego powiesz?...

Nie warto warg rozchylać,

nie warto rąk rozplatać,

nie pomną stopy ścieżek

księżycowego świata — —Blaszane cacko nocy,

nie masz nade mną mocy!



NASZA PODRÓŻ





Odjeżdżamy we wspólną podróż,

odjeżdżamy razem — zmęczeni —

od dni naszych, w niepokój szczodrych,

od snów ciężkich jak wory kamieni.



Czworgiem oczu wpatrzeni w ciemność,

trwamy — głowa przy głowie — w oknie;

pociąg noc nam wystukuje bezsenną,

jedną noc — i podwójną samotność.



Przyjeżdżamy do jednego domu:

(wszystkie ściany nas pchają ku sobie...)

wychodzimy — dwa cienie żałobne —

błądzić razem po ścieżkach znajomych.



Pod zastygłą, puszystą wełną,

pod tym samym milczącym śniegiem

szukamy — każde z oddzielna —

startych śladów dnia wczorajszego.



Kręgiem gór zamknięci dokoła,

jednem niebem nakryci jak dachem,

nie umiemy na siebie zawołać,

nie umiemy razem zapłakać...



Wieczór kroki na śniegu nam plącze,

chłód nam palce zziębnięte przeplata...Ciągle razem i ciągle w rozłące

odchodzimy i wracamy do świata.



...Do snów ciężkich jak wory kamieni,

do tęsknoty, z której nic nie uleczy,

powracamy razem — zmęczeni,

powracamy razem — dalecy.



WIECZOREM





Dzisiaj znów masz wzrok twardy i profil kanciaty.

(Bez żadnego właściwie powodu.)

I usta trochę surowe i słowa pełne chłodu — —



Bywało już tak przed laty...



Wtedy byliśmy bardzo młodzi

i wrażliwi na nastrojów „niuanse“,

ale dzisiaj widzę ( — może z żalem? — )

że to wszystko mnie mało obchodzi...Siedzę z głową wtuloną w ramiona

i cierpliwie układam pasjanse,

okutana w jakieś swetry i szale.



Może jestem poprostu zmęczona?

Może jestem poprostu starsza,

że tak pasjans za życie mi starcza,

a za ludzi — walety i damy?...



Że wystarcza mi karciane serce?!



...Szkoda zresztą, że się już nie kochamy:

takby dobrze było trochę pocierpieć — —



∗∗∗





Napęczniały kamieniami godzin

dźwigam dzień — zgrzebny worek na grzbiecie.

Trwa mozolna wędrówka... Aż mi noc wychodzi naprzeciw.



Ma wilgotne, wątłe ramiona,

jak objęcia chorego kochanka...

Ale zasnę w nich słodko — zmęczona —

niepomna ranka...



NOCNA MYŚL





To dlatego, że ciemność jest falą

wkoło łóżka — samotnej łodzi,

że się trzeba od brzegów oddalać,

w niewiadome, w nieznajome odchodzić —

że noc szklanym kloszem nakrywa zastygłe domy,

a ciało jest jak trup, który marzy:

wyciągnięte i nieruchome,

z trądem księżyca na twarzy — —

To dlatego, że tak strasznie samemu umierać,

że tak strasznie samemu zasypiać,

kiedy w oczy mrok popiołem się sypie,

a cisza szumi i wzbiera —

a sen-balon unosi mnie pełną bojaźni

od mojego miejsca na mapie, od miejsca na pościeli,

od dnia na kalendarzu, od godziny wyznaczonej zegarem — —

To dlatego

muszę myśleć o drugiem ciele,

które mnie — fruwającą — ujarzmi

i wbije w rzeczywistość gorącym ciężarem.



KABAŁA Z LIŚCI





Jesień na ścieżkach kładzie mi z liści kabałę —

(wiatr je przenosi z szelestem po pustym ogrodzie...)

Lipowe mówią: podróż niedaleka.

Klonowe: list, na który czekasz.

Kasztanowe: z przyjacielem spotkanie.A wierzbowe, jak martwe rybki, płasko, cicho leżą na wodzie —

i wiem już: wszystko napróżno, nic się i tak nie stanie.



ROZMOWA Z DRZEWEM





O młodości. O liściach. Że więdną. Że mija.

O ludzkich łzach. O deszczu. O odlocie ptaków...

Takie szczere rozmowy, może to i przyjaźń —

lecz cóż nam z tego przyjdzie, mój drogi biedaku?...



OBRAZ W OKNIE





Nad oczami nawisłe czoło. Ręce ciasno splecione na głowie.

Kwiat uschnięty w doniczce. — Oto obraz wprawiony w okno.

Można go nazwać: Samotność,

albo krócej: Człowiek.



KOCHANOWSKI





Pewnie ci dobrze było, w chróścianym chłodniku

nad kielichem zasiadłszy, miód smakować sytny —

i lato pić, perlące się w śpiewie słowików,

i niebo, w oczach córki odbite błękitnych...



I błogo było z dziecka i ptasząt szczebiotu

i ze złotego trunku, i z oddechu lata

wysączać jasną mądrość, kryształową „cnotę“,

co godzi z doczesnością i z wiecznością brata...



I łatwo było wierzyć, że życia zagadkę

już zgłębiłeś, i łatwo — w radosnem skupieniu —

swoją prawdą się z ludźmi dzielić jak opłatkiem:

śpiewać o „dobrej sławie“, o „czystem sumieniu“...



Lecz gdyś się tak pieśniami od świata odgrodził,

gdyś z cegieł swej mądrości wzniósł niezłomne mury,

w drzwi twoje Los zapukał — natrętny przechodzień,

nad domem Śmierć wionęła jak ptak czarnopióry...



I nagle... Jakby ktoś ci odmienił zdradziecko

twe prawdy „niepożyte“ — twe prawdy... znikome!

I nagle, kiedy zgasło niebo w oczach dziecka,

runęła mądrość twoja jak karciany domek!...I cóż twym oczom teraz okrom łez zostało?

I cóż zostało ustom prócz gorzkich złorzeczeń?

I jakże wrócić w życie od tej trumny małej,

gdy wiesz, że „fraszka cnota“, że „błąd wiek człowieczy“?



Więc — gdy ci resztę wiary ból z serca wyżenie,

kiedy cię żal doszczętu połamie, rozkruszy,

zapłaczesz, smutny mistrzu, w najcudniejszym trenie

nad mogiłą Orszuli — nad mogiłą duszy...



CZUWANIE





Dziesiąta. — W tekturowem pudle domu się zamykam

budować trudną noc, która dzień od dnia oddzieli.

W domu bieda szeleści kartkami komornika,

choroba dławi wonią lekarstw i zmiętej pościeli.



Z cegiełek godzin noc wyrasta krucha i nieufna,

by rozsypać się znagła w bieganinę zbudzonych kroków — —

Tymczasem — cicho. Oddechami nabrzmiewa, pęcznieje pokój.

Zegar tyka. I skrzypi o papier stalówka.



Czuwamy razem: zegar, ja — i ty, której nazwać nie śmiem.

Zegar liczy godziny: jedenasta — dwunasta — pierwsza...

A ty z mroku wypływasz kwiatami czereśni

i szmerem wiatru cicho dyktujesz mi wiersze.



Od splamionego stołu, od lepkiej ciszy, od ciemności wrogiej

wynosisz mnie na rękach, które są z mgły i księżyca...

Miasto śpi. — Cień latarni złamał się na rogu.

I dom śpi. — I nikt nie zna naszej tajemnicy.Cóż mi dzień? I noc cóż mi, gdy tak można tajemnie odpłynąć

i zostawić za sobą świat swój — pokój półmroczny i duszny...

Albo wrócić — i zszedłszy w największe głębiny

znaleźć cię znów, jak perłę skrytą w szarej muszli.





Autorka.





*Łazowertówna Henryka Wanda (19.06.1909 Warszawa – sierpień 1942 Treblinka II). Była córką Maksymiliana i Blumy Łazowertów, jej matka była nauczycielką. Ukończyła gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej, a następnie studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim oraz – jako wolna słuchaczka – studiowała romanistykę. Pisała wiersze, artykuły krytyczne i – rzadziej – drobne utwory prozatorskie w języku polskim, a także zajmowała się tłumaczeniem z języka francuskiego. W czasie studiów otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie poetyckim za wiersz Stara panna. Opublikowała dwa tomiki poezji: Zamknięty pokój (1930) i Imiona świata (1934). Od 1935 r. należała do warszawskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich. Jej pasją było kolekcjonowanie książek. Była stypendystką Wydziału Sztuki Ministerstwa WRiOP (Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego) na naukę na uniwersytecie w Grenoble (1931). Współpracowała m.in. z pismami „Droga” i „Pion”. Nasilanie się antysemityzmu w latach 30. skłoniło ją zarówno do sporadycznie publikowania w prasie polsko-żydowskiej, jak i do przejściowego zbliżenia do środowiska komunizującej młodzieży. Przed 1939 r. mieszkała z matką przy ul. Siennej w Warszawie, po utworzeniu getta ich mieszkanie znalazło się na terenie tzw. małego getta. W getcie działała w CENTOS-ie oraz wspomagała akcję propagandową Żydowskiej Samopomocy Społecznej. Współpracowała także z Archiwum Ringelbluma (ARG). Opracowywała monografie rodzin przesiedleńczych. Za jedną z nich otrzymała nagrodę na konkursie, rozpisanym przez Oneg Szabat. Poza tym dużo pisała, jednak tylko część jej utworów trafiła do ARG. Występowała na imprezach kulturalnych w getcie, a sporą popularność zdobył jej wiersz Mały szmugler. W lecie 1942, chcąc ocalić matkę, poszła na Umschlagplatz. Została wywieziona do Treblinki, gdzie zginęła.



Łazowertówna chorowała na płuca, lecz bez większej gotówki, bez jakichś dziesięciu tysięcy złotych, nie było co marzyć o stronie aryjskiej. Łazowertówna miała wielu przyjaciół Polaków, (…) mimo to nie znalazł się nikt, kto by ją uratował. W czasie pierwszej akcji likwidacyjnej zginęła w Treblince razem ze swą matką. (…) Na Umschlagplatzu starano się uchronić ją przed pójściem do wagonu, ale nie chciano czy nie potrafiono zwolnić jej matki. Henryka Łazowertówna dobrze wiedziała, iż wysiedlenie oznacza śmierć, mimo to poszła za matką.

Archiwum Ringelbluma, t. 29 a, Pisma Emanuela Ringelbluma z bunkra, s. 206.





Opracowanie:

Pracownia Rewitalizacji Ebooków

&

אויפין האלפען וועג

Luty 2021 r. - Marzec 2026 r.





pracowniarewitalizacjiebookow@gmail.com