ZAMKNIĘTY POKÓJ
HENRYKA ŁAZOWERTÓWNA
WARSZAWA 1930
NASZA BIBLJOTEKA
Zakł. Graf. „Zjednoczeni Drukarze“ Elektoralna 15
I
NEKROLOGI
Wy, co w domu, w ogrodzie, lub w dusznej cukierni
przerzucacie niedbale codzienne gazety,
wy, których bawią tylko w dodatku niedzielnym
fotografje z wyścigów, lub piękne kobiety,
wy — znawcy polityki, giełdy, i kina, radja —
pewni swojej mądrości jak bramini Wschodu,
wy, dla których się życie tak prosto układa,
— wy pewnie nie czytacie nigdy nekrologów?!
Cóż was mogą obchodzić nieznane imiona,
które jutro ze spisu ludności wykreślą? —
— że ktoś tam gdzieś był chory, że ktoś tam gdzieś skonał —
któżby się tem przejmował, któżby o tem myślał?...
Przecież stokroć ważniejsze naprzykład, czy w kwietniu
przyjedzie do Warszawy pewien sławny aktor?
— Cóż dla was czyjeś życie osiemnastoletnie
i zwyczajne wyrazy: „zrozpaczona matka“ ?
Nie do was ja przychodzę serca drzwi uchylić
i nie przed wami będę o tej krzywdzie krzyczeć —
— Jest ktoś, co się na jednej szpalcie wiecznie myli,
jest ktoś, co wciąż udaje, że nie wie o niczem!..
Tam pójdę się buntować, tam pójdę się wstawiać
za tych, co nazbyt młodzi, by „zasypiać w Bogu“ —
tam — do Ciebie — jak bukiet gorzką rosą łzawy
zaniosę w świętym gniewie czarne nekrologi!
Nie uklęknę na schodach, nie będę się korzyć —
jak bezczelny gazeciarz do Twych drzwi zadzwonię
i straszną paczkę hardo na progu położę —
Ty — jak po kwiat zdeptany — nachylisz się po nią.
A kiedy będziesz w progu swej redakcji dumnej
powoli czytać własną, straszliwą gazetę,
z czarnych ram nekrologów, jak z otwartej trumny,
wyjrzą ku Tobie słowa — złowrogie sztylety.
Może Ci coś wyjaśnią, może coś przypomną
twarde, proste wyrazy, operlone łzami?...
Może zrozumiesz wreszcie tę krzywdę ogromną,
którą codzień beztrosko serca nasze ranisz?!
— O, wielki Redaktorze niepojętych gazet,
daj nam nie wiedzieć o tych, co muszą umierać!
Za jakie straszne winy okrutnieś nas skazał
na czarne wzmianki śmierci — Twego reportera?!
MODELKA
Ostry blask zapalonej lampy przeszywał okrutnym mrozem,
gdy na podjum z czerwonem suknem wchodziła bezwstydnie biała.
Obojętne spojrzenia jak mrówki wbiegały na nagie ciało —
mówiono: „Ustawić model“... — dyktowano bezmyślną pozę.
A potem ożywały oczy — oblepiały zwarcie, przebiegle:
chłodna pogarda kobiet smukłe lędźwie smagała biczem,
bezczelne spojrzenia mężczyzn wpełzały na piersi dziewicze —
Stokrotnie powtórzona nagość wyrastała pod rysunkiem węgla.
Czerwone sukno pod stopą paliło jak ognisko męczarni —
rzucone za parawan ubrania wołały z wymówką i żalem...
— Ale uciec nie było można… Czuwały sztachety stalug
i czekały zarobione pieniądze na ponurem biurku w kancelarji.
Pod jarzącem, rażącem światłem twarda nagość jak muszla lśniła,
nieruchomy wzrok niemym koralem w białą ścianę uparcie wrastał —
Nie widzieli mściwej nienawiści, co w jej oczach jątrzyła się blaskiem,
nie słyszeli krzyczącego wstydu, który tętnił pod skórą — w żyłach!
Podczas przerwy, gdy schodziła z podjum, na nic było w palto się zawinąć —
obnażały ją wszystkie spojrzenia, każdy szczegół napamięć umiały...
Zdziwionemi, gniewnemi oczami oglądała na arkuszach białych
najtajniejsze piękno swego „aktu“, pokradzione węglem i sangwiną.
Tak, musiała tu stawać co wieczór — chociaż serce wzbierało buntem —
i bezbronne ciało zanurzać w gęstwę spojrzeń nieznośnych i lepkich...
(Gdybyż gradem nienawistnych złotówek te obmierzłe oczy zaślepić,
szeleszczącym stosem banknotów pozakrywać bezwstydne rysunki! —)
Ale kiedy ukradkiem patrzyła na tych ludzi twarze przyzwoite,
obdzierała z nich maskę obłudy — tryumfalną poiła się prawdą:
w chłodnych oczach pogardliwych panien trzepotała bezsilna zazdrość —
obojętne spojrzenia mężczyzn migotały tajonym zachwytem!
Więc w ramionach wzniesionych do góry kołysała niewidzialną wygraną —
w krągłej piersi — tam, gdzie bije serce — pulsowała cierpka, mściwa radość —
Niby ochłap parszywym psiakom swą wspaniałą rzucała im nagość
i po przerwie świeciła na podjum jak złowrogie, milczące wyzwanie.
STARA PANNA
Nie jest podobna do tych, które zwykliśmy przedrzeźniać i wyśmiewać;
nie nosi wykrzywionych pantofli, ani płaskich, staromodnych kapeluszy...
Wieczorem, gdy mrok siny w serca ludzkie melancholję wlewa,
nie szuka w pożółkłych listach śladów dawno uwiędłych wzruszeń.
Stare listy poprostu pali — bo i poco minione wspominać?
Przecież życie — chociaż coraz inne — jest tak samo zawsze nieciekawe...
Dni, jak czarne szeregi literek na wzorowej Underwooda maszynie,
równomiernie los jej wystukuje ręką, pełną obojętnej wprawy.
W teatrze, kiedy słowa miłości ze sceny padają jak bukiety,
gdy bohater całuje kochankę, a pół sali od oklasków się trzęsie,
ona nawet zazdrościć nie umie, nic w jej sercu nie woła: „Niestety!" —
żaden żal pod powieką nie piecze, żadna łza nie zawiśnie na rzęsie.
Jedną tylko — inną zna miłość — bezimienną jak zgubione smutki,
jedną gorycz krwawiącą i cierpką, jak agrestu owoc niedojrzały:
co niedziela, w słoneczne południe musi pić ją w miejskim ogródku —
pośród matek schylonych nad wózkami, pośród dzieci różowych i białych...
Dziwnie bolą tych głosów dzwoneczki, więc z ogrodu pośpiesznie uchodzi —
(słońce w twarz ją złotą rózgą uderza, czarnym cieniem krzyżuje na ścieżkach...)
Potem w dom u długo bez potrzeby szuka czegoś w pustej komodzie,
tam, gdzie leży zapomniana pamiątka — stara lalka — z lat dziecinnych „córeczka"...
Aż o zmierzchu zawoła na górę czteroletnią Mańkę od stróża —
Pcha łakocie w rozdziawioną buzię, słucha śmiechu i od łez się dusi...
Brudne rączki na swej szyi zaplata i klęknąwszy u koślawych nóżek
szepcze prośbę nieśmiałą: — No powiedz… powiedz na mnie chociaż raz: „Mamusiu"!
KOPCIUSZKI
Więc mówicie, że nie ma już bajek? Szklane Góry w gruz się rozsypały
i umarły wszystkie Śpiące Królewny i odeszły chochliki i wróżki? —
A czy znacie te panienki tak blade, jakby nigdy słońca nie widziały,
— w dusznych biurach, w czytelniach i sklepach uwięzione sieroce Kopciuszki?
Panna Jadzia stuka na maszynie, aż jej palce popuchły w stawach,
panna Felka musi książki wybierać eleganckim, kapryśnym paniom...
— Właśnie w piątek w południe była w parku taka śliczna „kwiatowa zabawa“ —
— Panna Genia sprzedaje biszkopty i tak samo nie mogła pójść na nią...
Ale poszły zato siostry przyrodnie (— nie spamiętasz ich imion, tak wiele...)
te różowe, strojne, co w teatrze i na balach beztrosko się śmieją,
te, co w kinie nie siedzą na galerji, raz w tygodniu, w duszną niedzielę —
te, co jeżdżą dalej niż do Wawra — pierwszą klasą, prawdziwą koleją!
W pokoikach na poddaszu na Wolskiej kocim krokiem monotonja chodzi —
dni są szare, jak te ziarnka maku, które przebrać kazała macocha...
Smutek w palcach jak popiół się sypie, wiatr za oknem cichutko zawodzi —
wszystko, wszystko tak samo jak w bajce — i tak samo nikt Kopciuszków nie kocha...
Lecz mówicie, że bajek już niema? Dobra wróżka nazawsze odeszła?
I nie zrobi już żadnego cudu? — Jaka szkoda okropna, mój Boże!
— A Kopciuszki jeszcze ciągle wierzą w te trzewiki na złotych podeszwach,
które przyjdzie zakochany królewicz na ich stopy zmęczone włożyć...
WIOSNA PENSJONAREK
Halinie Przewóskiej
Gdy pod fartuszkiem piersi znienacka wyrosną,
a w nich coś pukać zacznie jak dziwny zegarek —
gdy przestało się darzyć naiwną miłością
nauczycielki: pannę Felicję i Klarę —
gdy maj szesnasty w życiu zapachnie jaśminem,
a dzieciństwo dogasa jak świecy ogarek,
wtedy — jak cud największy — znagła się zaczyna
jedyna i pamiętna wiosna pensjonarek.
Na ciężkiem drzewie serca już rosną owoce
słów najsłodszych, upojnych jak czerwone wino —
Miłość jeszcze nie przyszła — choć w gorące noce
zagląda w sny błękitne twarzą Valentina.
Jeszcze trzeba się pytać nieba, gwiazd i wiatru,
gdzie jej czekać, którędy na spotkanie wybiec?
A może nią jest właśnie ten aktor z teatru,
co ma głos, brzmiący słodziej niż melodja skrzypiec?
A może ten marynarz wysmukły i śniady,
którego codzień można koło Wilczej spotkać?
— Albo pan w meloniku, jak hrabia z ballady
o oczach Cherubina i ustach Pierrota?
W małych sercach fantazja dziwne plecie bajki,
w bohaterów z powieści przechodniów zamienia —
Wieczorem na przechadzkę idą pensjonarki
w tajemniczy tłum wędką zarzucać spojrzenia.
Już miasto zaczarował blask latarni mglisty —
świetlna reklama kina ciemności rozdarła:
pójdą na fotografje popatrzeć artystów
i zachwyt ciepłą falą podpłynie do gardła...
Potem na Mazowiecką pośpieszą ciekawe,
zajrzą w okna cukierni — zdziwią się jak dzieci —
bo oto przy stolikach piją czarną kawę
jak najzwyklejsi ludzie — prawdziwi poeci!
Potem pójdą w Aleje pod drzewami marzyć,
w zbożnem skupieniu słuchać ptasich rozhoworów...
I tutaj je dogoni zgubiony towarzysz,
— bezdomny smutek pustych, dziewczęcych wieczorów...
W parnem powietrzu mglistem srebrem się rozsnuje,
ciepłym, majowym deszczem cichutko zapłacze —
Zdziwią się same sobie — i nagle poczują,
że późno i że trzeba już do domu wracać.
Szybkim krokiem przebiegną przez podwórze mokre,
jakby jakąś tęsknotą gnane bezimienną...
— Potem na górze długo przy otwartem oknie
oczami łez pełnemi będą patrzeć w ciemność.
II
JACK LONDON
Dni nasze są męczące jak zła, senna zmora,
miasto kamienną stopą zdławiło nam piersi —
Otwórz tę dziwną książkę — może jeszcze pora
poznać najgłębszą prawdę o życiu i śmierci?
Rozbitkowie na fali niepotrzebnych uczuć,
głupie ćmy, w słońce fałszywych zakochane blasku —
może się jeszcze czegoś zdołamy nauczyć
na morzach południowych, — śród śniegów Alaski?
Może jeszcze zejdziemy z tej szklanej drabiny,
po której stopniach, żmudnie wiodących do góry,
Martin Eden się kiedyś niepotrzebnie wspinał
po papierowe kłamstwo „wszechwładnej kultury"?...
Dziś, kiedy nam już zwierzył swój tragiczny zawód,
pomni na jego smutne, ostrzegawcze dzieje,
odejdźmy stąd — by życiu nowe tworzyć prawa,
na nowych szlakach pisać barwne odysseje.
Pójdźmy z dna rzek północnych złoty piach wykruszyć,
lśniące perły wydzierać mórz zazdrosnym głębiom —
Od zwierząt — mądrych mistrzów — chodźmy się nauczyć
prawa żelaznej pięści, pazurów i zębów.
Ciała jak w miękką pościel owińmy w obłoki,
w słońce i w śnieg, w złą ziemię i w ocean siny —
zachłyśnijmy się życiem jak wiatrem szerokim,
a śmiercią się upijmy jak najtęższem winem!
W szalonej karuzeli niespodzianych zdarzeń
odzyskamy straconą, zmarnowaną młodość —
O, przyjdź, potężna pani naszych błędnych marzeń —
weź nas w ramiona swoje, cudowna Przygodo!
DMUCHAWCE
„Ktokolwiek wyciągnie rękę, albo
nachyliwszy się tchnie, zetrze głowę, uczynioną z marzeń.
Ktokolwiek zerwie łodygę, temu kwiat oczy wygryzie.”
Stefan Żeromski: „Dzieje Grzechu”.
Z różańca dni, splątanych w sto znaków zapytań,
z golgoty dni, zdławionych jak pierś bez oddechu,
jedna chwila w pamięci mej ciągle zakwita,
niby wieszcze proroctwo dziejów mego grzechu.
Pamiętam tamten wieczór w samotnym ogrodzie,
srebrny od jasnych myśli, od marzeń liljowy —
potem dziwny skurcz serca, gdyś zdala nadchodził
i zarys twarzy w cieniu — i naszą rozmowę...
A potem noc pamiętam — ciepłą noc kwietniową,
rozśpiewaną zapachem, gwiazdami kapiącą...
I sen, sen-przepowiednię: w świetle księżycowem
srebrne kwiaty — dmuchawce na zaklętej łące.
Już wtedy — w śnie odgadłam: nie wolno bezkarnie
srebrzysty puch otrząsać jasnym ostromleczom —
— A przecież pozwoliłam, mój rycerzu czarny,
byś delikatne kwiaty ściął rozkoszy mieczem...
Dmuchawce — niepojęte jak dziewiczość duszy,
dmuchawce — krótkotrwałe jak dziewiczość ciała,
oddech twych warg gorących na wietrze rozprószył
— i patrz... naga szypułka w dłoniach ci została...
Takich kwiatów nie nosi wszak nikt w butonierce:
rzuca się je na ziemię — i idzie się dalej...
— I cóż, że gdzieś tam czyjeś opuszczone serce
w krwawymi pożarze męki doszczętu się spali?!
Lecz czekaj... na odchodnem zwierzę ci na ucho
mały sekret, tak cichy jak błogosławieństwo:
„Wiesz... ONO także miało włos jak srebrne puchy —
— Kto ,,ono“? — W dół kloaczny rzucone maleństwo!!!
Teraz już możesz odejść, nie powiem ci więcej —
(reszta cię nie dotyczy — nie chciałbyś uwierzyć...)
Nie patrz z trwogą na moje załamane ręce:
jestem Ewa — „istnienie” — mogę wszystko przeżyć.
Tak, mogę wszystko przeżyć i wszystko przebaczyć,
mogę nieść straszny ciężar, nie prosząc ratunku —
i wiesz... usta odwykły od skurczu rozpaczy,
choć nie odwykły jeszcze od twych pocałunków...
Dawniej możebym poszła pod białym ołtarzem
błagać o litość „Tego, co króluje w niebie"...
— Lecz tyś mi Go odebrał, wyśmiał — tyś Go kazał
jak rzecz bezużyteczną odrzucić od siebie!
Wiarę moją stargałeś jak dmuchawiec święty —
już nikogo nie wołam z okropnej czeluści...
Nie mówcie mi o Bogu — Jeden był — pamiętam —
zwał się MIŁOŚĆ ŁUKASZA — i ten mnie opuścił!...
Teraz tylko samotność śród rzeczy i ludzi,
zwierzęca wegetacja w nędzy i ohydzie —
Teraz tylko nadzieja, która serce łudzi,
że może jeszcze wrócisz — może jeszcze przyjdziesz...
Co wieczór pod latarnią, zziębnięta i głodna,
czekam na ciebie, wierząc uparcie i głupio,
że może cię odnajdę w którymś z tych przechodniów,
co przychodzą ode mnie noc rozkoszy kupić.
Nie poznasz mojej twarzy, choć pod ciemną chustką
może ci złoto włosów wyda się znajome...
(Któż przygodną kochankę całowałby w usta?
Któż zaglądałby w oczy od żalu zamglone? —)
Twarz rękami zakrytą będą łzy zalewać,
gdy w nocy będziesz ze mną — jak kiedyś — jak zawsze —
I nagłe krzyknę: „Łukasz! To przecież ja — Ewa!“
I odkwitnę w twych dłoniach srebrzystym dmuchawcem...
WOKULSKI
Już pękł kamień zasławski z przeraźliwym hukiem,
w bezkształtny gruz się sypią ryte w głazie słowa...
I tylko — nieuchwytny zapach twoich sukien —
I tylko — lica złudne, którem tak miłował —
Wiem przecież, że umarły Aldony, Grażyny —
żyje tylko Maryla, co wzgardziła wieszczem!
— Czemu mi wciąż turkoczą w głowie tamte szyny
i dzwoni twój śmiech srebrny — i przenika dreszczem?
W moim sklepie wszak było dosyć pięknych lalek,
chociaż nie miały herbów, ni książęcej mitry...
— Poco na lśniące schody wdzierać się wytrwale?
— By kupić ciebie, damo z salonowych witryn?!
Paryż taki daleki i obca Warszawa...
(Zgubiłaś mój amulet z metalem nieznanym —)
Pogasły wszystkie cele — i nie nęci sława...
— Wszak „ideały" mają twarze z porcelany!
Może „non omnis moriar“ — a może umarłem ?
Może się jeszcze palę w ludzkich dusz iskierce?
— Nie wiem. — Chciałbym być niczem.
— W strzępy się podarło pod kołami wagonu zdruzgotane serce.
III
ZWIASTOWANIE LATA
Wieczór klęczy na błękitnym balkonie
jak najsłodsza, ciemnowłosa Madonna...
Gwiazdy czerpią światło w jasne dłonie —
aureolę kładą mu na włosy wonne.
Po ścieżynce ze srebrnych promieni
wiatr nadbiega jak anioł skrzydlaty...
— Cicho szepce w radosnem skupieniu
Zwiastowanie Narodzin Lata.
DZIEŃ I NOC
Dzień był jak ptak oswojony — po skrzydłach dawał się głaskać
i odlatywał cicho dopiero po słońca zachodzie;
nazajutrz wracał znowu, z ćwierkaniem pod okna przychodził,
jak dziobem w uśpione szyby pukając różowym blaskiem.
Lecz noc z sitowia zmierzchu wyfruwała z groźnym łopotem —
W granatowym uścisku skrzydeł dusiła spłoszone niebo,
w głodne oczy pryskała gwiazdami jak kłującą, złocistą plewą
— i pachnącym krzykiem maciejek budziła uśpioną tęsknotę...
WIECZÓR
Na skwerku za żelaznym parkanem,
gdzie ponure drzewa stoją jak więźnie,
nieprzytomny z żalu, spłakany,
wiatr powiesił się na suchej gałęzi...
Gwiazdy milczą stalowe i ciężkie,
stupudową nabrzmiałe tęsknotą —
lada chwila nastąpi klęska:
runą w czarne odmęty błota!
Jeszcze księżyc bezmyślnie się pali,
jeszcze pełznie osłabły i chory,
ociekając srebrzystym żalem
na chmur burych skłębione kędziory —
lecz już niebo smutkiem ogromnym wezbrane i ciemne
serca ulic napełniło popłochem —
Ach, zaraz ramiona rozpostrze, padnie na ziemię
i wybuchnie przeciągłym szlochem!
JESIEŃ W OGRODZIE
Jeszcze róże zakochane w słońcu
pachną latem — mocno i gorąco...
Jeszcze płoną jaskrawo przy furtce
zbuntowane, ogniste nasturcje!
Lecz już w gąszczu gasnącej zieleni
georginje szepcą malwom o jesieni.
I rozsypał klomb małych nagietek
złoto płatków pod drewniane sztachety...
A wieczorem po skrzypiących ścieżkach
chodzi smutek, co w ogrodzie zamieszkał.
„Babie lato” na palce nawija —
srebrne włosy — wiotkie i niczyje.
Potem idzie zbierać w trawie blade astry
pogubione, jesienne gwiazdki...
LISTOPAD
Przyszła na mnie dziwna melancholja —
nienazwane, złe, jesienne smutki...
Codzień z wiatrem włóczę się po polach,
z każdym astrem konam w ogródku...
W nocy słucham za oknem poszumów:
gwiazdy łkają, księżyc cicho wzdycha
Ludzie mówią: „Jesteś bez rozumu! —
Przecież nic zupełnie nie słychać!“
A ja wiem — To tak płacze listopad,
kiedy chory i oślepły z tęsknoty
na ostatnim liściu, co opadł,
zwolna płynie przez czarne błoto...
RATUNEK
Napróżno dzień-jubiler najśliczniejsze klejnoty rozkładał:
zbladł opalowy ranek, zgasło południe z topazów
i rubinowy zachód ciemną krwią spłynął odrazu...
— Nie było rady.
Ametystowy zmierzch też nie pomógł i stopniał za górami...
Brakło gwiazd, aby smutny szafir wieczoru oprawić w złoto zaklęte...
— Aż przyszła noc jak szklarz skrzepłe serce ciąć czarnym djamentem —
O ulgo... trysnęło łzami!
SKRZYPCE
W pokoju, gęstym mrokiem wypełnionym do dna,
my i cisza napięta jak groźna cięciwa —
Wtem jasna strzała smyczka ciemności przeszywa:
dźwięk — ton — srebrne ,,dzieńdobry“ — przychodzi melodja.
Za oknem gwiazd żebrze noc pluszowo czarna —
Czujecie? — Ciepły powiew twarze nam owionął...
Słyszycie? — Ktoś się zbliża — nieznany — tęskniony —
przejrzyste palce włosy z czoła nam odgarną...
— Nie? — Czemu u drzwi jasnych ten dźwięk nagle utknął?
— Nie… Dlaczego inaczej? — Ta melodja boli!
Po wielkich, szarych schodach ktoś się pnie powoli,
a nogi ma skrwawione — Jak smutno — jak smutno!...
Po wielkich, szarych schodach trzeba iść samemu,
a nogi są ze stali — a stopni bez końca!
Na duszę jakaś żałość upadła gniotąca —
i nie ma już ratunku — i tak strasznie ciemno...
— Krzyczeć! O głos wasz błagać! — Gdzieżeście? — Pomocy!
Czy nas ktoś czarną płachtą omotał, rozgrodził?
Próżno serce naoślep przez ciemności brodzi —
wciąż sama jestem, sama śród tej strasznej nocy!
W pokoju, gęstym mrokiem wypełnionym do dna,
w czarnej topieli dźwięków ja — i wy — dalecy...
Nad nami ciężko zwisła skrzypcowa melodja,
a między nami murem legł smutek Wszechrzeczy.
IV
MŁODOŚĆ
Jakże sobie z tobą dać radę,
o młodości dwudziestoletnia?
Krzyczysz we mnie gorzkim listopadem,
płoniesz we mnie uśmiechniętym kwietniem...
W duszę, w ciało sączysz krople zatrute,
tajemniczą osnuwasz mnie zdradą —
— Zbyt przygniata twój błękitny smutek!
— Zbyt odurza twa pienista radość!
Szumisz gniewem w styczniowe noce,
a miłością w czas lipcowej spieki...
— Jakże ujść mi przed twą dziwną mocą?
Jak od oczu urocznych uciekać?
Nadaremnie od ciebie odchodzę,
nadaremnie się z tobą zmagam —
wiem: wyrośniesz znów na mej drodze,
niby grecki młodzieniec półnaga.
Znów się ugnę — dumna, niczyja —
znów się oddam twej zwycięskiej urodzie,
gwiazdo, która olśniewasz mnie codzień,
— nożu, który codzień mnie przebijasz!...
JA
Dni, jak kartki równo zapisane,
wydarzenia — kolorowe kleksy...
Nauczyłam się już siebie napamięć —
— najtrudniejszej z zadanych lekcyj.
Przepowiadam ją sobie co wieczór —
aż się dziwię, że tak świetnie umiem!
W nic nie wątpię, niczemu nie przeczę
nazbyt dobrze wszystko rozumiem...
Już rozcięłam sercem życia książkę,
już znalazłam się na którejś stronicy —
Zwiędłych marzeń owocnym miąższem
karmię teraz smutku gąsienice...
Przerzuciłam nad przepaścią mosty —
w ciemnych grotach zapaliłam światło
Teraz wszystko stało się zbyt proste,
wszystko takie beznadziejnie łatwe!
Nie chcę świata i siebie tak czytać —
sprzykrzył mi się wasz stary alfabet!
Pójdę szukać nieznanych liter,
rytych w szorstkiej korze baobabu...
Życie splączę, powikłam jak ljany —
(już się nie da tak bezmyślnie uprościć!)
U murzyńskich, kudłatych kapłanów
będę uczyć się czarnej mądrości.
Na pieśń dziką, na okrzyk wojenny
Twardem słowem siebie przetłomaczę —
W innem życiu, w mowie odmiennej
może będę coś nowego znaczyć?!
ODLOTY
Rodzicom
Jeszcze sto razy odejdę, jeszcze sto razy odlecę —
niewiernych skrzydeł łopotem jeszcze was gorzko zasmucę,
serca tęsknotą okrutną przeszyję jak czarnym mieczem —
Jeszcze sto razy odejdę — jeszcze sto razy powrócę...
Jeszcze na drogach nieznanych błyszczące pogubię pióra,
jeszcze mnie w noc opętaną postokroć okłamią gwiazdy —
Aż kiedyś — w mglisty poranek — listopadowa wichura
skrwawionym ptakiem mnie przygna na próg wystygłego gniazda.
Z połamanemi skrzydłami do stóp bezsilnie wam padnę —
staremi, drżącemu dłońmi obmyjcie mi krew ostrożnie...
— Ach, nie pytajcie się tylko o serce szalone i zdradne,
które rozsiałam napróżno przy wszystkich słupach przydrożnych...
CZEKAM
Czekam na ciebie — Pod rzęsami sto spojrzeń trzymam w jedwabnej niewoli…
Czekam — W złotej klatce milczenia sto słów — sto niecierpliwych kolibrów trzepocze...
Ręce z tęsknoty ziębną. Wołaniem wezbrały oczy.
— Ty wiesz: czekanie boli.
Każda minuta kroplą płynnego ołowiu na serce mi ścieka —
A może już dzisiaj nie przyjdziesz? Może dopiero za tysiąc lat — jutro?!!
— Przecież wiesz: kocham... Przecież czujesz: smutno...
— Przecież czekam!!!
NA PROGU SNÓW
Noc, przetykana srebrem, znienacka wbiegła w pokój
i aksamitnem skrzydłem otula me wezgłowie...
Zgaszę zmęczoną lampę — na chore oczy okien
szare rolety spadną jak para ciężkich powiek.
Miesięczny promień przeszył złowrogie serce mroku
i struny srebrnych skrzypiec rozpiął na niemych ścianach...
Za chwilę wejdzie z smyczkiem wysmukły skrzypek-spokój
i zagra rytm perlisty błękitnych kołysanek.
A wtedy — wiem, co będzie... Jak co noc, na suficie
twój obraz mi zakwitnie, by sycić mą tęsknotę —
Uśmiechnę się radośnie, pozdrowię serca biciem,
— i w wiecznie głodne oczy zagarnę rzęs trzepotem.
Już mi cię nie odbiorą, już tu swój skarb uchronię
(powieki strzec go będą, jak twardy mur warowni...)
A gdy znużenie oczy zamknie mi ciepłą dłonią,
to wejdziesz w próg snów moich — najmilszy ich domownik.
LIST ZE WSI
Do szarego, smutnego miasta jakże mi stąd mówić o sobie?
Ty pewnie myślisz z żalem, jak tu dobrze, cicho, słonecznie jest u mnie —
i chociaż ci napiszę, nigdy nie zrozumiesz,
że w jasnych sukniach można czasem chodzić jak w żałobie...
Ty pewnie myślisz, że wysokie, górskie jodły
zawsze sączą się w serce wonnym, żywicznym spokojem —
i że to wszystko jedno, czy pod niemi chodzić
samemu, czy we dwoje...
I pewien jesteś, że chyba zawsze warto szukać
czterolistnego szczęścia w gąszczu miodnej koniczyny —
i że zawsze tak samo cieszy chabrów bukiet,
chociaż ich niema komu do piersi przypinać...
Jakże ci to powiedzieć, że kuszące czerwienią jaskrawą,
we mchu jak krew zastygłe, wielkie, soczyste poziomki,
kiedy ich niema komu wargami do warg podawać
— smakują jak gorycz rozłąki...
I jakże cię przekonać, że można wzrokiem omijać
niebo, błękitem rozkwitłe w słońcu południowem,
bo jest — jak na pocztówkach — zimne, papierowe,
kiedy się w czyichś szarych oczach nie odbija...
A o nocy pachnącej, granatowo-złotej
jakże ci wyznać prawdę, że gdy oknem wchodzi do mnie,
najprzód z czary księżyca poi zdradnem winem wspomnień,
a potem gwiazd ćwiekami przybija do krzyża tęsknoty —
A WIECZOREM
A wieczorem, gdy ten, którego kocham, nie przyjdzie pocałunkiem zbawić mnie ze smutku,
wstanę —
i serce chore
na ulicę wyniosę cichutko.
Ubarwię wargi —
i brwi jak dwa przecinki bez sensu nad oczu niepojętem zdaniem nakreślę
(Potem w świetle latarni
przecież nikt się i tak nie domyśli.)
Przy wystawie
obcym panom jak motyl w siatkę spojrzeń naumyślnie wpadnę,
żeby chociaż
w głupim śnie na jawie
raz uwierzyć, że jestem ładna...
Pójdę prosto —
na twarzy jaskrawym afiszem przylepię udaną wesołość,
a czapką
fałszywej beztroski
nakryję pobladłe czoło.
Nikt nie zgadnie,
że pod płaszczem z pstrokatego kłamstwa chowam serce — chorego ptaka...
(Przecież
jeszcze dzieckiem uczono: „Nieładnie
na ulicy — przy ludziach — płakać.”)
Aż nagle
zza węgła któregoś domu księżyc skoczy i srebrnym przeszyje mnie błyskiem —
a wtedy
wszystko jak łachman opadnie
i wtedy już będzie po wszystkiem.
DWORZEC
A gdy księżyc do okien zapuka,
pójdę sobie — jak co wieczór — na dworzec:
może powie, przyzna się może,
czemu nas tak niegodnie oszukał?
Z niepokojem przeszukam na nowo
każdy wagon na uśpionej stacji...
— Może znajdę zwiędły bukiet z wakacyj,
zapomniane, najczerwieńsze słowa?
I do szyn pójdę błagać ratunku
niech powiedzą: jak trafić, którędy
biec na schodki tam tej srebrnej werendy
po zgubione wiśnie pocałunków?...
Ale szyny nie pomogą, tylko skłamią
nowe jutra, kolorowe od jazdy —
Wrócę — patrząc poprzez łzy na gwiazdy
— złote ćwieki w zatrzaśniętej bramie.
ROZBRAT Z POEZJĄ
Świat jest wkoło mnie jak fala — to bliski, to znów daleki...
Przypływa wciąż i odpływa, nie ma stałego miejsca.
To przez ciebie, szybo zaklęta, tysiącem barw mi przecieka,
w tobie brzmi setką melodyj, o harfo czarodziejska!
Pachnący jest każdy uśmiech i każdy smutek jest śpiewny,
kiedy go w słowa oprawiam, jak perłę w złoty naszyjnik...
Słowa stapiają się z sobą — płynne, stukształtne, przelewne —
i wabią blaskiem i wonią, i kuszą wciąż melodyjniej.
To ty upajasz tak zdradnie, odurzasz myśli jak opium — uroczny twój szum mami w uszach i smak twój czuję na ustach...
Świat poprzez palce mi przeciekł, w perliste wiersze się skroplił,
lecz z piany dźwięcznych metafor prawdy nie mogłam wyłuskać.
Już dosyć kochać do rymu, już dość poetycznie cierpieć!
— Wiem: szumne, niesforne wiersze u stóp mi jak psy się ułożą,
gdy twarde, idące życie rozetnie minie sobą jak sierpem,
gdy krzyknę mu gromkie „witaj!“ chropawą kamienną prozą!
ZAMKNIĘTY POKÓJ
Jestem zamkniętym pokojem —
Jestem muchą zastygłą w bursztynie —
Wszystko, co w mych wierszach mną jest,
razem ze mną zgaśnie i minie.
Dość pisaliśmy o sobie — poeci,
jednobrzmiący jak zepsute klawisze...
— Tyle innych jest ludzi na świecie,
o których zamało się pisze!
Wymijamy ich, nie widząc — a przecież
wcale czapek-niewidek nie noszą...
Czasem tylko ich imiona w gazecie
znajdujemy śród wypadków i ogłoszeń.
Tak inaczej od nas się smucą,
tak inaczej, dziwnie weselą —
Kiedyż do nich pójdziemy się uczyć,
ich nieznanem życiem podzielić?
Jestem zamkniętym pokojem —
lecz wiem: o zachodniej zorzy
ktoś przyjdzie serce moje
zwycięskim kluczem otworzyć.
Jestem muchą zastygłą w bursztynie,
uwięzioną w szklistej skorupie —
lecz wiem: nim dzień przeminie,
ktoś mnie z niewoli wykupi.
Już nie będę w bezsilnym trudzie
rąk o ściany przejrzyste krwawić —
Przyjdą dobrzy, nieznajomi ludzie
ode mnie samej mnie zbawić.
Opracowanie: Łazowertówna. Rekonstrukcja.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz