niedziela, 19 lipca 2026

GUSTAWA JARECKA - LUDZIE I SZTANDARY - I. OJCOWIE. (WIP)

  

GUSTAWA JARECKA

LUDZIE I SZTANDARY

POWIEŚĆ


I


OJCOWIE



WARSZAWA 1938



WYDAWNICTWO J. PRZEWORSKIEGO



DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA



Miasto dyszało wiosenną niedzielą, zachłystywało się ludźmi, którzy bez miary wylegli dziś na ulicę. Jak okiem sięgnąć mrowili się na Nowym Świecie i, nietrudno dostrzec, sypali się ku Alejom Ujazdow­skim bezładnie. Pojedynczo. Parami. W małych gro­madkach. Jakby coś więcej jeszcze niż sama wiosna ciągnęło ich w tę stronę.


Zaś Aleje w seledynową zieleń małych, jedwa­biście stulonych listkowy przybrane, rozstępowały się szpalerem drzew i bez końca chłonęły ludzkie fa­le.


Wiosna wydobyła zapomniane blaski z murów.Szyby okien i latarni gazowych lśniły tęczą. Rados­ny pośpiech gnał ludzi. Wśród pośpiechu tu i ow­dzie opóźniali ruch przypadkowi przechodnie, włó­częgi od niechcenia, najczęściej w pelerynach, cza­sem w miłych oku niebieskich, studenckich szyne­lach.


Jednemu z dwuch chłopców, którzy szli z prądem spacerujących, ktoś wsunął w dłoń zwinięty papier.


Kiedy się starszy, krótkowzroczny odwrócił gwał­townie, nie było już nikogo. W najbliższej bramie odczytali pośpiesznie, wyrywając pojedyncze słowa z bibulastych, żółtawych kartek niewielkiego formatu, zadrukowanych po jednej stronie:


,,Warszawski Komitet Robotniczy P. P. S. zawiadamia ogół Tow., że w niedzielę 28-go kwietnia o godzinie 5-ej popołudniu odbędzie się w Alejach Ujazdowskich wielkie zgromadzenie ludowe dla obchodu święta robotniczego pierwszego maja. Wzywamy...“ — I niżej data: 26 kwietnia 1901 roku.


Były tam dwie przywierające do siebie odbitki. Starszy swoją dłonią przykrył rękę brata.

— Rzuć to — syknął —

Młodszy, pucołowaty na twarzy, chłopięcą okrągłością policzków, bez słowa wyszedł z bramy.

Już na ulicy starszy szepnął gniewnie:



— Przysięgałeś papie?

Musieli iść razem z tymi, którzy spacerowym krokiem ciągnęli w Aleje. Pod murami domów babiny w chustkach sprzedawały zamiejską wiosnę w słabo pachnących bukiecikach fiołków i żółtawych pierwiosnków.

— Pójdę tylko popatrzeć w Aleje — mruczał mały.

— Robotniczy pochód, nie jesteś robotnikiem, idioto.

Chłopięca twarz naindyczyła się burakowym rumieńcem:

— Ale rewolucjonistą.

Z całej siły w przegubie ściśnięta ręka osłabła.

— Puść smarkaczu.

Zgniecione papiery przeszły do ręki starszego.

Mały przez chwilę w chmurnym milczeniu gryzł grubą, dolną wargę. Krótkowzroczny brat, mrużąc oczy, przekonywał go niecierpliwie:

— Oleś, wracamy.

Wtedy nagłym skokiem młodszy wyrwał się wyprzedzając innych, poszturchiwany ze śmiechem lub zniecierpliwieniem, oddzielił się od brata żywopło­tem ludzkich szeregów.

W Alejach, po lewej stronie chodnika, zwężającą się wciąż smugą ścieliło się słońce do nóg idącym. Jasnowłosa dziewczyna w słomkowej budce, zwią­zanej na wstążki pod brodą, zgubiła pięciokopiejkówkę i szukała jej z wysiłkiem, potrącana przez przechodniów. Złoty medalionik-serce kołysał się przy tym na szyi jak wahadło. Student z kędzierza­wą czupryną znalazł monetę i podał ją. Dziewczyna zaczerwieniła się gorąco i podziękowawszy poszła dalej.

Jedwabisty wietrzyk płynął alejami. Wdychała go i cieszyła się nim. Kuzynka Maniusia w przero­bionej sukience i kołnierzyku z kokardą przyjeżdżała z małego miasteczka do cioci Kamy, do wielkiej, wielkiej Warszawy. Tutaj stawała się Marietką, ścia­ny świata rozpychały się.

— Już ja ci znajdę męża, ślicznotko — mówiła ciocia.

Marietka rumieniła się. Chciała mieć męża, mia­sto i cały świat.

Szerokie, przestrzenne Aleje tchnęły powiewem Lasku Bulońskiego z powieści Balzaca. Elegantki nadchodziły w kostiumach najnowszej mody. Wąskie w biodrach spódnice rozszerzały się ku dołowi i układały nisko w rzęsiste falbany i ruszę, podszewki szeleściły sztywno.

Nawykła do skromności domowej, Maniusia upajała się lekkimi, lśniącymi grenadinami, pragnęła ich dotknąć, włożyć je, jechać w cicho niosącym po­wozie, iść pieszo po jasnych kamieniach ulicy, prze­żyć cały ten dzień w stu wcieleniach.

Niepokój wywiódł ją pełną oczekiwań na daleki, bezcelowy spacer. Wielka, wiosenna Warszawa biła do głowy odurzającą radością. W powozach jaśniały kapelusze kobiet, wymyślne cacka z kwiatów, tiulu i gazy, z kolorowych, wiotkich słomek i grube mę­skie plecione.

Nagle zdumiała się. Zdziwionym wzrokiem ogar­nęła Ogród Botaniczny i Łazienki. Leżały opusto­szałe za zamkniętymi bramami. Naprzeciwko zaś, dostrzegła to wyraźnie, szli ludzie w tych stronach niewidywani, bezbarwni w tabaczkowych i granatowych surdutach, w sukiennych czapkach, sami mężczyźni i zrzadka tylko między nimi zwykła babska spódnica zamiatała złocisty i rudy kurz ulicy.



Z przypadkiem znalezionych książek, czyichś po­wiedzeń, nawet kuzynka Maniusia z prowincji zro­zumiała, że coś szło razem z ludzkimi szeregami. Nadchodziły przyszłe zdarzenia. Jeszcze przed wyj­ściem z domu ciocia Kama mówiła troskliwie:

— Tylko nie zabłądź Marietko i gdybyś nie wie­działa jak iść, pytaj się zaraz rewirowego. —

Spojrzała przed siebie. W jej stronę szedł młody, wysoki człowiek z roztargnionym spojrzeniem ciemnych oczu. Nieśmiertelnym obyczajem szukała Marietka po drodze takich oczu, ale te minęły ją nie­uważnie. Więc po raz setny tego dnia, zawiedziona i znów nabierająca wiary, pomyślała:

— Taki mógłby być — , odrywając nienasycone spojrzenie. Oczy przechodniów napotykały je, od­dawały pośpiesznie czuły uśmiech, przesuwały się dalej i już spływały bez śladu, zamieniając się w je­szcze jeden promień jasności dnia. Maniusia lekko­myślnie szła naprzód.

Naprzeciwko, między szorstkimi rękawami surdu­tów walczyła, przepychała się naprzód tęga kobieta w fałdzistej spódnicy obszytej „szczoteczką". Nie nosiła kapelusza na gładkich, siwych włosach. Cienki warkocz w tyle głowy zwijał się w kok przeszyty grzebieniami. Roztrącała ludzi gwałtownie i nieu­ważnie. Oczami szukała w tłumie. Szeregi zwierały się, nie puszczały jej naprzód. Biodrami, ramionam i jak żywym taranem uderzała w nie, aż znalazła coś spojrzeniem. Jeszcze raz szarpnęła się naprzód, pal­cami wczepiła się w czyjeś ramię.

Mizerny mężczyzna w kawowym surducie, sku­biąc jasne, strzępiaste wąsy, przyjrzał jej się z za­kłopotaniem.

— Pan Łobziński —

Tęgim, silnym ramieniem usunęła ostatnią prze­szkodę.

—- No, góra z górą. Ile to lat?

Ktoś zaśmiał się. Ona zaś, w odpowiedzi na spoj­rzenie spod brwi nawisłych żałośnie i niedbale, prze­chyliła się ku niemu całym gorącym ciężarem.

— A pan Łobziński też w Aleje dzisiaj?

— W Aleje.

Na nic więcej nie czekając, szeptała poufnie:

— Owszem, słyszałam i ja.

Umilkła, gesty jej osłabły. Zamyślała coś. Zato mizerak ożywił się, pogładził wąsy, nawet źrenice zamigotały bladą, spłowiałą niebieskością w stronę kobiety.

— Były na mieście karteluszki i gazetka była. Jak pani Żelazkowa słyszała to i wie. A może i pani Żelazkowa sama teraz czyta? — zaśmiał się wstydliwie drobnym, nienawykłym śmieszkiem.

Rumiana twarz kobiety z ostrymi bruzdami koło ust, stężała odrazu, obiawiła się w nowej twardości:

— Mnie nie takie rzeczy w głowie. Po Jacusia jadę szukać go. Przecie pan Jacusia widuje. Od roku się ożenił, żona na dniach, a on poszedł. Już od rana chodzili takie do niego. Aż świerzb w palcach czu­łam, bo od razu poznałam, co za jedni. A on popo­łudniu papiery w kuchni pali. Jacuś, mówię, idziesz gdzie? A on: w Aleje. Niedziela, myślę, niech tam idzie. Poszedł. A wpół godziny Kałużanka z naszego domu, na podwórku mnie powiada, coś się, powiada, dzisiaj w Alejach szykuje. —

Prosto szeroką, rumianą twarzą zajrzała w oczy Łobzińskiemu: ,

— Panie Łobziński, poratuj mnie pan. On u mnie jedyny. Niech mnie go pan odszukać pomoże. Prze­cie ja wiem, że wy się znacie wszyscy. —

Chude łopatki wzruszyły się niechętnie. Twarz, ciasno skórą bez tłuszczu obciągnięta, ułożona w cien­kie plisy, kreskami zmarszczek porysowana, skurczy­ła się.

— Szukaj se pani, bo to on dziecko, że go kto za sobą wodzi. —

Szept Żelazkowej stał się twardy, ciął powietrze przy uchu ostro i świszcząco:

— Jak był mały ognipiór miał i dyfterię. Z trzech jeden się ostał. Nie poto, żeby ginął o byle

co. Nieboszczyk mój jeszcze powiadał mi, że u pana cztery dzieci są, nie to co jedno.

Brzmiało to groźnym ostrzeżeniem, ale zaraz głos złamał się, opadł, wezbrał wilgocią i prośbą:

— Jak do przyjaciela mówię panie Łobzinski, co wam po takim jednym? —

Rzadkie, pokruszone zęby, zielonkawe i żółte od­słoniły się pod bladymi wargami i żółtym wąsem:

— Pani spraw partyjnych nie może rozumić, pani Żelazkowa. —

Szare źrenice Żelazkowej zdumiały się niezmier­nie, ale w jednej chwili gniew pożarł zdumienie:

— Stary, a w głowie pstro — przeleciało przez myśl, aż ją skolei zalała fala rozpaczy.

Uparcie się chudego ramienia trzymając, wmie­szana w nieznajomy szereg, szeptała mu w ucho gniewnie:

— To takie prawo u was, żeby matkom jedyna­ków zabierać? Na turmy i katorgi. Jedynaków nawet ukaz od wojska zwalnia. —

Łobzinski wciągnął głowę w ramiona, poruszył się niespokojnie, bo ten i ów już patrzał na niego. Źrenice, ukazując przekrwione białka, uciekły w górę, po namysł i odpowiedź. Chuda szyja natarła twardą obręcz wysokiego kołnierzyka. Zgarbił się i westchnął:

— Trudno wytłomaczyć pani Żelazkowej.

Ale ona odwróciła się wrogo i nie odzywali się więcej do siebie.

Przezroczysta smuga słońca na bruku, zwężała się, uciekała ku kamiennej granicy domów i po ich piętrach pięła się wyżej, aż rozjarzyły się w złocis­tym świetle blade ciała murów i szklistość szyb. Od Belwederu, od Sielc płynęło Alejami zamiejskie, czyste powietrze, z tamtej strony nawracały powozy, spacerem jeżdżące aż do Mokotowa, który z letniska już wyrastał w dzielnicę.

Po jezdni zatupotały żywo konie. Cienki tętent rozdzwonił się donośnie po bruku, rozbrzmiał echem. Ożywiły się kroki ludzkie, ciche bocznice napełniły się zaraz umykającymi chyłkiem przechodniami. Kozacy na koniach ostrym kłusem przemierzali ulicę. Niezrozumiałe twarze obcego ludu dziko i twar­do patrzyły z pod czap. Powozy i dorożki odsunięte w bok szybko biegły w stronę Nowego Świata, ucie­kały całkiem widocznie, uprzedzając nakaz.

Już trzecia secina kozaków parła naprzód na zgrzanych koniach. Drewnianymi barierami po­śpiesznie odcinano bocznice. Koło Alei Róż rozciąg­nął się wężem patrol policji.

Ludzie z Alei po jednej stronie szeroką strugą par­li ku Nowemu Światowi, po drugiej uparcie przeciw prądow i szli naprzód bezbarwną, zwolna rosnącą w szeregi gromadą.

Wystraszona Marietka, nawracając pośpiesznie, dostrzegła w grupce młodego człowieka, który mówił coś żywo. Jego oczy błyszczały, były przezroczyste jak niebo tego dnia. Tamci obaj, młodzi nosili oku­lary i spokojnie wypatrywali przez nie na ulicę.

Widziała zdaleka jak płonęły w nim niewiadome słowa. Na ślepo, z odległości dwudziestu kroków, Maniusia zatęskniła do nieznajomego świata czyichś wysiłków i pragnień. Wciągnięta w przedziwną grę, zamiast wracać czem prędzej, krążyła obok, zostawała.

Już nie było w Alei ani dorożek, ani powozów, ani barwnych kapelusików. Środkiem jezdni biegł tylko zwykłym truchtem zaprząg tramwaju. Ci w surdutach i czapkach odliczyli nagle, uporządkowali sze­regi i miarowym krokiem zaczęli iść w stronę Bel­wederu. Tu i owdzie wykwitały czapki rewirowych (wtedy zjawiało się przypomnienie: zapytaj się Marietko). Koło mleczarni Zawiszy sterczały wyraźnie piki nad ukrytym oddziałem kozackim. Jasne blaty pustych stolików lśniły w słońcu gładką powierz­chnią. Już nikt nie pił zsiadłego mleka.

Szpaler drzew w koronach zieleni przeświecającej słońcem kołysał się, poruszany wiatrem. Ludzie szli naprzeciw groźnemu milczeniu. Po prawej stronie jezdni sami robotnicy, po przeciwnej przypadkowi przechodnie mieszali się ze studentami, lub na studentów wyglądającymi.

— Jezus... — szeptała drżącymi wargami Żelaz­kowa, przedzierając się przez tłum, który zwolna, lecz nieustannie szedł naprzód. — Niema Jacusia. —

Wiosenny wietrzyk wydymał trójbarwną chorą­giew. Chwilami silniejszy powiew unosił płótno, aż furkocąc w powietrzu obracało się młyńcem biało niebiesko czerwonym. Szyldwach przechadzał się z karabinem na ramieniu.

Maniusia kręciła się w kółko w promieniu kilku kroków. Wysoki młodzieniec stał z jednym tylko towarzyszem. Rozstawając się z nim, zobaczył wreszcie migotliwe, ciekawe oczy i jasny warkocz okręcony wkoło głowy. Uśmiechnął się najpierw ką­tami ust, po tym coraz wyraźniej, napełniając Maniusię malutkim szczęściem. Później ruszył szybko naprzód długimi nogami. Zobaczyła tylko, jakie miał duże buty. Ale kiedy patrzyła za nim, spostrzegła, że oczy wszystkich, wystraszone, zdumione i ciekawe biegną w tę samą stronę.

Wyszarpnięty z niewidzialności przedmiot zami­gotał w górze. W złocistym błękicie powietrza wydał się najpierw czarny, po tym dopiero zalśnił wyraź­nie, ciemno czerwony jak skrzepła krew.

Przywitano go okrzykami: Niech żyje Polska… Niech żyje pierwszy maj. Walczymy o ośmiogodzin­ny dzień pracy — wystukiwały głosy.

— Walczymy o szkołę polską. Niech żyje święto klasy robotniczej. —

Z mleczarni Zawiszy, z browaru Junga, ze wszystkich zakamarków wysypali się nagle kozacy z pika­mi w pogotowiu. Wydłużyli bieg w klin. Klin wdarł się ostro w ludzkie szeregi, naparł tuż końskimi pier­siami o ciemne ubrania mężczyzn. Szeregi rozdarły się z krzykiem, z jękami ludzi wydzierających się z pod kopyt.

Krótkie nahajki ciemnymi mignięciami wznosiły się w górę i opadały. Pod ludzkim naporem chwiały się drzewa. Jednostajność marszu rozerwała się. Tłum rozsypał się w obie strony ulicy, biegł naprzełaj przez jezdnię, a wśród niego żandarmi wprawnym okiem wyłuskiwali ludzi jak ziarna.

Maniusia z całych sił gorącymi palcami obięła twarde pręty jakichś sztachet. Przylgnęła do nich, że­by jej nie porwał za sobą ruchliwy prąd, aż zwilżyło się w uścisku chłodne żelazo, potem zaciśniętych rąk. Obok niej siłą pchnięcia rzucony, mizerny, starszyczłowiek w kawowym surducie, wołał cienkimi war­gami: — Niech żyje pierwszy maj…

Ledwie się konie cofnęły z chodników i nieumundurowani piesi zaczęli wywlekać ujętych, zobaczy­ły przerażone oczy Maniusi, że naprzeciwko, gdzie delikatna, wiosenna zieleń krzaków wychylała się po­nad ogrodzenia parków, najpierw zwolna, bezładnie, później coraz prędzej zaczęły odrastać, ustawiać się, iść poprzednią drogą w nierówne szeregi złączeni ludzie. Rozsypani po ulicy wracali biegiem na nieozna­czone, własne miejsca. Ulica pęczniała nimi, nabrzmiewała, wybuchała okrzykami jak grzmoty: —- Niech żyje Polska ludowa. — Żądamy polskich szkół.

Ludzie, napozór bezładnie zebrani, byli podobni do siebie. Maniusia wiedziała kim są. To byli ci, co przychodzili coś naprawiać w domu, gaz, jakieś rury, ci, co wczesnym wieczorem zmęczeni szli ulica­mi i mówiono wtedy: — Już wracają z fabryk.

W lakonicznych podręcznikach historii nazywali się: lud. Cała ich dzisiejsza odmienność polegała na tym, że tu szli razem dziesiątkami, setkami.

Maniusia nieśmiało oderwała się od sztachety, żeby już wrócić. Ponowny, daleki grzmot okrzyku wstrząsnął ulicą:

— Precz z wyzyskiem . —

Fala mniejszych grzmotów odpowiedziała hucząco, aż zbita gromada zadrgała, coś uderzyło w nią. Zdaleka, od strony Mokotowa zbliżało się parskanie koni. Ktoś krzyknął z przerażeniem:

— Kozacy. —

Strach uskrzydlił Maniusię, cisnął ją naoślep, ale już droga nie była wolna. Wpadła między rozdarte nanowo szeregi, gdzie ciemna odzież mieszała się z połyskami metalu, rzemieni i bronzowo złocistymi kadłubami koni.

Grzmoty okrzyków falowały nieustannie, gło­śniej, ciszej, jękliwie. Cała ulica stała się wołaniem, już żyły w niej tylko głosy i ludzie niezdolni się za­trzymać pod naporem, pędzący, oszaleli, przewraca­ni na bruk jak ciężkie tłomoki, tratowani i zrywają­cy się znów. Porwali za sobą Maniusię siłą prądu, po­magali jej biec, nie dotykając jej. Pędziła za nimi. Ktoś wyciągnął rękę, kiedy się potknęła. Opierała się o plecy i ramiona cudze, jakby to były jej własne.

Wtedy zobaczyła znów na chwilę młodego czło­wieka z przelotnego uśmiechu. Miał podbite oko, włosy spadły mu na czoło. On i dwuch innych szli międzymi szarymi mundurami żandarmów. W jednej chwili cała nowa wiedza o łączności jednego z gromadą, o przemocy, gorzko przeniknęła serce Maniusi.

Na jasnych kamieniach bruku, pod stopami mignęły promieniste bryzgi krwi.

… Czyjaś zrozpaczona ręka złowiła kawowy surdut Łobzińskiego. Uparty głos zajęczał:

— Panie Łobziński, jak pan w Boga wierzy, przyślij pan Jacka. Nie mogę go znaleźć — i już płaczliwie: — Nie gubcie dzieci. —

Na mizernej twarzy paliły się cynobrowe ognie:

— Przecie to dla dzieci — odkrzyknął ochrypły, biegiem upity głos.

— Dla dzieci — zawyła ze śmiechem, z wściekło­ścią i rozpaczą Żelazkowa.

— Przyślę go jak zobaczę. Uciekaj pani. —

Bieg ludzki osłabł. Bocznice w chłonęły uciekających, osłoniły ich milczące domy. Aleje zostały dale­ko ze swoją barwnością wiosennej zieleni drzew, czerwoności na bruku. Ludzie mieli swoje powszed­nie twarze, obojętne, lub uśmiechnięte. Dorożki dud­niły raźno. Na Placu Aleksandra oparła się Maniusia. Odnalazła miasto żyjące w spokojnej niewiedzy, odczarowane nagle z wszelkiej niezwykłości.

Wielkie szyby wystaw jaśniały. Już niewiadomo było, która część dnia jest bardziej rzeczywista.

Dochodziła szósta i w stronę Alej jechały stępa granatowo wysłane powozy na gumach. Panowie w jasnych garniturach, ściskając ozdobne gałki lasek, pochylali się ku paniom.

W słońcu, na przystanku tramwajowym czekali ludzie rozsypaną bez łączności gromadkę. Z pod kre­mowych i białych parasolek słonecznych wyglądały kobiety w mocno wciętych kostiumach, cienkie w pa­sie jak osy.

Opodal czekał już człowiek z parą koni na zmianę do tramwaju. Zdaleka ukazała się żółto biała czter­nastka, poprzedzona cienką, rozwleczoną w powie­trzu chmurą kurzu. Zawadiacki dzwonek i dźwięk mosiężnych nauszników końskich ożywił czekają­cych. Z otwartych okien wyglądali pasażerowie. Tramwaj przystanął. Zmieniano zaprzęg. Kobiety zręcznie ujmując spódnice w dwa palce, wspinały się na stopień. Z galanterią puszczano je przodem.

Maniusia z bijącym jeszcze sercem siadła na wyściełanym, siedmiokopiejkowym miejscu. Warkocze pod słomianą budkę przywarły do zgrzanych skroni.

— Jaki dziwny przypadek — myślała nazajutrz, szukając w rannych gazetach Warszawy wzmianki o wczorajszych zdarzeniach. Nie było żadnej. Zosta­ły przemilczane, a więc chyba nie było ich. Czas przepłynął po owym dniu jak wiatr nad śladem na piasku, a przecież dłużej niż zwykła pamięć rzeczy minionych przetrwało w Maniusi wspomnienie wio­sennej niedzieli, w odmienionych Alejach .

Musieli gdzieś na obcych ulicach żyć ci ludzie, musiały goić się podbite oczy i rany, których krew tryskała na kamienie bruku, ale w tygodniach, mie­siącach i latach, które nadeszły, nie szukała ich wię­cej.

… Na Nowym Świecie przyjrzała się Żelazkowa swojej spódnicy. Była uszargana w kurzu i miała oberwaną „szczoteczkę”. Włosy zlepiły się od potu. Pot stygł i ziębił rozgrzaną głowę.

Ulicą kobiety prowadziły na spacer świątecznie odzianych, małych synków. Odwracała się od nich. Powoli, ociężałymi krokami poszła pieszo w stronę domu.

II

Na Chłodnej, opodal wolskiej rogatki, na niebrukowanych chodnikach wypełzała między kamieniami wiosenna, blado zielona trawa. Owego niedzielnego popołudnia paliło się słońce rozlewnym, złocistym światłem nad niskimi domami, ciężkimi prostokątami fabryk, na kolorowych ruskich i polskich literach rzadkich szyldów i w świeżej, niewyblakłej tęczy barw nad mydlarnią Klementyny Żelazko.

Wolską szosą ku miastu płynęła wiosna w uzbieranych wiązeczkach pierwiosnków, w ułamanych prętach wierzbiny i pachnących powiewach z pól. Wieś Wola szła od rana ku miastu. Mężczyźni w sztywnych, wysokich kołnierzykach, lśniąc odświętnością surdutów i potem, kobiety w barwnych perkalach.

Młoda Żelazkowa Klimcia ze złotego ciepła dwo­ru uciekła przedwieczorem w mroczny chłód sklepu. Jacka wciąż nie było w domu.

Opuszczony nisko, odęty brzuch Klimci oddzielał ją od lady. Przy nachylaniu pociągał za sobą. Pracowitymi rękami sypała w funtowe torebki sodę i krochmal, ustawiała blaszane pudełka rozświetlające szarość mydlarni kolorowymi wizerunkami zamor­skich twarzy, złotymi i błękitnymi zakrętasami liter. Klimcia bez czytania wiedziała, gdzie kakao, a gdzie herbata. Nie umiała czytać. Jacek umiał.

Przy sodzie, mydle i krochmalu myślała o nim. Od kiedy go zobaczyła zamieszkał tak uparcie w jej myśli, w źrenicach, szczupły, niewysoki, z blond wąsem i falistą czupryną, niedostępny jak granica mię­dzy niebem a ziemią. Można za nią było biegać, dal zostawała ta sama.

Długie, jasne warkocze układała Klimcia w „baranki“ koło uszu, policzki miała różowe i pełne. Naj­ładniejsza dziewczyna na Lesznie, uparła się latać za Jackiem.

Spotykała go przypadkiem na spacerach, przed fabryką, uśmiechała się czerwonymi wargami, goni­ła oczyma, aż dojrzał ją.

Dźwigając w sobie żywy ciężar, pełen niespodzia­nych drgnien, karmiła się teraz Klimcia gorzką, jałową strawą pragnień ziszczonych.

Jeszcze on był wciąż taki sam, obcymi sprawami żyjący, a już jej dwudziesta wiosna napęczniała we­zbranymi piersiami, ociężałym brzuchem. Już mia­ła Jacka na własność, jakaż to była własność?

Był dobry, czuły, przychodził, żeby nasycić się prędko i znów uciekał w obcość.

Dziwne miał dni, których ranki nie zmierzały do obiadów, a wieczory zapominały o wieczerzy. Od­chodził nawet w niedzielę, kiedy inne kobiety szły promieniejąc na spacer u mężowskiego boku.

Mogła Klimcia siąść na ławce przed domem, po­zwolić opłynąć się słońcu i niebieskiej fali wiosenne­go powietrza, albo iść na spotkanie wiośnie szosą wzdłuż rozpulchnionych, czerniejących pól. Nie chciała. Po swojemu mściła się na oszukańczym, złym życiu. Sama to sama.

Szalki wagi brzęczały rozmownie. Torebki stawa­ły na ladzie szeregiem umundurowanym w szorstki, szary papier. Wtedy chwycił Klimcię pierwszy ból. Pośpiesznie, dla uspokojenia obliczyła sobie, że jest jeszcze dwa tygodnie czasu i wzięła do ręki blaszaną łopatkę od kaszy.

Ale skurczyła się, poczerwieniała po korzenie włosów i dowlokła się do podwórza, żeby zawołać Józkę i posłać po Grzybową, która kobietom w tych stronach pomagała rodzić.

Pokój za sklepem był duży i ciemny. Słońce i jas­ność leżały po drugiej stronie podwórza. Klimcia za­cięła mocno usta, zawzięta w urazie na swoją samot­ność i leżała bez ruchu, żeby przeszło.

Wnet wróciła Józka i weszła do sklepu, bo podwieczór zaczynały wpadać kobiety po naftę, po za­pałki. Przez uchylone drzwi Józka pytała:

— Ciotko, gdzie świce? —

— Barskie mydło to jakie to? —

Wtedy Klimcia krzyknęła tak strasznie, że Józce spadł dwufuntowy odważnik na podłogę. Cienkie warkoczyki z wplecioną wstążeczką zatrzepotały wystraszone. Skoczyła ku drzwiom pokoju. Klimcia le­żała na łóżku bez pierzyny z czerwoną, nabrzmiałą twarzą i rękami ogarniała ogromny brzuch.

Przez niezamknięte drzwi od sieni weszła cicho rozłożysta i wielka Grzybowa, uśmiechnięta godnie. Odsunęła Józkę i kupującą, która zaglądała ze sklepu, wesoło skinęła Klimci i zaraz dorzuciła drzazeg na ogień. Potem w nogach żelaznego łóżka zawiązała ręcznik i wetknęła Klimci oba końce w garść. Lek­kim krokiem mimo tuszy krzątała się po izbie, aż przysunęła stołek i siadłszy niedaleko chorej, rzek­ ła solennie: — Zaczęło się.

Dopiero po chwili dodała: — Prędko jakoś pani Żelazkowa. Dźwignęliście co, albo nagłe zmartwie­nie? —

Małymi, niebieskimi oczkami dobywała ludzkie myśli z dna. Klimcia zaprzeczyła głową. A przecież było zmartwienie, było, że na nic nie bacząc poszedł sobie. Ledwo go w myśli przywołała, a już na głos wrzasnęła, ręcznik w palcach zaczął drzeć się z cien­kim szelestem.

Obfite spódnice Grzybowej zamiotły izbę, z pod koka w tyle głowy wyglądała fałszywa podkładka. Uniosła garnek z nad blachy i czerwona łuna ognia zaświeciła w izbie. Poróżowiały bielone ściany, twarz Grzybowej rozjaśniła się w rumianym świetle, czer­wone blaski migotały na podłodze, chwiały się, drża­ły, nie mogąc wytrwać w bezruchu. Klimcia z ma­łymi przerwami krzyczała przeciągle, rozdzierająco.

Już w małych mieszkankach przy spóźnionych wieczerzach świąteczna niedziela spływała w pow szedni poniedziałek, kiedy stara Żelazkowa wróciła na Chłodną.

W bramie siedział sam jeden na ławce zezowaty stróż i niekiedy szerokim łukiem spluwał daleko przed siebie.

— Jest mój syn w domu, panie Janie? — zapy­tała, sama siebie zwodząc kłamliwą nadzieją.

Zaprzeczył i leniwie podniósł mgliste oczy:

— Ale synowa rodzi, aż tu słychać.

Jak stała zmordowana, spocona, ożywiła się nagłym pośpiechem. Niecierpliwie dopadła znajomej chropowatości klamki i z ciepłego, błękitniejącego już wieczoru, bez przejścia zanurzyła się w czerwony mrok izby pachnącej naftaliną i mydłem.

Grzybowa powitała ją uśmiechem. Klimcia, nie patrząc, zawyła znów. Z nowego bólu, innego. Że to wciąż jeszcze nie był on. Zacięła usta, aż suchą szramą zamknęły twarz w niemą maskę. Ból w brzuchu zelżał właśnie, ale kobiety z jej twarzy osądziły, że wstrzymuje krzyk i zaczęły szeptać ze sobą.

Zamykając oczy, odpychała je Klimcia od siebie, oślepiona ponurą jaskrawością, w której widziała teraz prawdy o sobie i swoich bliskich.

Że nigdy nie chciała jej ta teściowa, że to ona sa­ma latała za Jackiem, uwieszała się opornego, że­brała dla siebie, choćby o jego troski, aż oto wezbra­ła wszelką boleścią, która się z niego wzięła. Za­zdrosna była, że sam wychodził. Śmiał się, że nie do kobiet. Nie wierzyła. Nieprawda, wszędzie były ko­biety.

Rozumiała tylko słowa proste, te z domu, ze skle­pu, na codzień przydatne. A przecież strach o nie­go nauczył ją palić ukradkiem cienkie książeczki i gazetki polskie drukowane na lichym papierze. Na nieznajome pisma kładła od wierzchu książeczkę do nabożeństwa, albo to, o czem słyszała, że „dozwoleno cenzuroju“.

Dopiero, kiedy ból nanowo ostremi nożami wraził się w brzuch i krzyż, otworzyły się wyschłe usta Klimci. Z rozbieganym i źrenicami, wyprężona na łóżku, wyła niskim, jednostajnym głosem zwierząt, nikogo nie przyzywając, żeby sobie samej, nie ko­muś to dziecko urodzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz