niedziela, 2 sierpnia 2026

GUSTAWA JARECKA - LUDZIE I SZTANDARY. I. OJCOWIE (Work in Progress)

   

GUSTAWA JARECKA

LUDZIE I SZTANDARY

POWIEŚĆ


I


OJCOWIE



WARSZAWA 1938



WYDAWNICTWO J. PRZEWORSKIEGO



DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA



Miasto dyszało wiosenną niedzielą, zachłystywało się ludźmi, którzy bez miary wylegli dziś na ulicę. Jak okiem sięgnąć mrowili się na Nowym Świecie i, nietrudno dostrzec, sypali się ku Alejom Ujazdow­skim bezładnie. Pojedynczo. Parami. W małych gro­madkach. Jakby coś więcej jeszcze niż sama wiosna ciągnęło ich w tę stronę.


Zaś Aleje w seledynową zieleń małych, jedwa­biście stulonych listkowy przybrane, rozstępowały się szpalerem drzew i bez końca chłonęły ludzkie fa­le.


Wiosna wydobyła zapomniane blaski z murów.Szyby okien i latarni gazowych lśniły tęczą. Rados­ny pośpiech gnał ludzi. Wśród pośpiechu tu i ow­dzie opóźniali ruch przypadkowi przechodnie, włó­częgi od niechcenia, najczęściej w pelerynach, cza­sem w miłych oku niebieskich, studenckich szyne­lach.


Jednemu z dwuch chłopców, którzy szli z prądem spacerujących, ktoś wsunął w dłoń zwinięty papier.


Kiedy się starszy, krótkowzroczny odwrócił gwał­townie, nie było już nikogo. W najbliższej bramie odczytali pośpiesznie, wyrywając pojedyncze słowa z bibulastych, żółtawych kartek niewielkiego formatu, zadrukowanych po jednej stronie:


,,Warszawski Komitet Robotniczy P. P. S. zawiadamia ogół Tow., że w niedzielę 28-go kwietnia o godzinie 5-ej popołudniu odbędzie się w Alejach Ujazdowskich wielkie zgromadzenie ludowe dla obchodu święta robotniczego pierwszego maja. Wzywamy...“ — I niżej data: 26 kwietnia 1901 roku.


Były tam dwie przywierające do siebie odbitki. Starszy swoją dłonią przykrył rękę brata.

— Rzuć to — syknął —

Młodszy, pucołowaty na twarzy, chłopięcą okrągłością policzków, bez słowa wyszedł z bramy.

Już na ulicy starszy szepnął gniewnie:



— Przysięgałeś papie?

Musieli iść razem z tymi, którzy spacerowym krokiem ciągnęli w Aleje. Pod murami domów babiny w chustkach sprzedawały zamiejską wiosnę w słabo pachnących bukiecikach fiołków i żółtawych pierwiosnków.

— Pójdę tylko popatrzeć w Aleje — mruczał mały.

— Robotniczy pochód, nie jesteś robotnikiem, idioto.

Chłopięca twarz naindyczyła się burakowym rumieńcem:

— Ale rewolucjonistą.

Z całej siły w przegubie ściśnięta ręka osłabła.

— Puść smarkaczu.

Zgniecione papiery przeszły do ręki starszego.

Mały przez chwilę w chmurnym milczeniu gryzł grubą, dolną wargę. Krótkowzroczny brat, mrużąc oczy, przekonywał go niecierpliwie:

— Oleś, wracamy.

Wtedy nagłym skokiem młodszy wyrwał się wyprzedzając innych, poszturchiwany ze śmiechem lub zniecierpliwieniem, oddzielił się od brata żywopło­tem ludzkich szeregów.

W Alejach, po lewej stronie chodnika, zwężającą się wciąż smugą ścieliło się słońce do nóg idącym. Jasnowłosa dziewczyna w słomkowej budce, zwią­zanej na wstążki pod brodą, zgubiła pięciokopiejkówkę i szukała jej z wysiłkiem, potrącana przez przechodniów. Złoty medalionik-serce kołysał się przy tym na szyi jak wahadło. Student z kędzierza­wą czupryną znalazł monetę i podał ją. Dziewczyna zaczerwieniła się gorąco i podziękowawszy poszła dalej.

Jedwabisty wietrzyk płynął alejami. Wdychała go i cieszyła się nim. Kuzynka Maniusia w przero­bionej sukience i kołnierzyku z kokardą przyjeżdżała z małego miasteczka do cioci Kamy, do wielkiej, wielkiej Warszawy. Tutaj stawała się Marietką, ścia­ny świata rozpychały się.

— Już ja ci znajdę męża, ślicznotko — mówiła ciocia.

Marietka rumieniła się. Chciała mieć męża, mia­sto i cały świat.

Szerokie, przestrzenne Aleje tchnęły powiewem Lasku Bulońskiego z powieści Balzaca. Elegantki nadchodziły w kostiumach najnowszej mody. Wąskie w biodrach spódnice rozszerzały się ku dołowi i układały nisko w rzęsiste falbany i ruszę, podszewki szeleściły sztywno.

Nawykła do skromności domowej, Maniusia upajała się lekkimi, lśniącymi grenadinami, pragnęła ich dotknąć, włożyć je, jechać w cicho niosącym po­wozie, iść pieszo po jasnych kamieniach ulicy, prze­żyć cały ten dzień w stu wcieleniach.

Niepokój wywiódł ją pełną oczekiwań na daleki, bezcelowy spacer. Wielka, wiosenna Warszawa biła do głowy odurzającą radością. W powozach jaśniały kapelusze kobiet, wymyślne cacka z kwiatów, tiulu i gazy, z kolorowych, wiotkich słomek i grube mę­skie plecione.

Nagle zdumiała się. Zdziwionym wzrokiem ogar­nęła Ogród Botaniczny i Łazienki. Leżały opusto­szałe za zamkniętymi bramami. Naprzeciwko zaś, dostrzegła to wyraźnie, szli ludzie w tych stronach niewidywani, bezbarwni w tabaczkowych i granatowych surdutach, w sukiennych czapkach, sami mężczyźni i zrzadka tylko między nimi zwykła babska spódnica zamiatała złocisty i rudy kurz ulicy.



Z przypadkiem znalezionych książek, czyichś po­wiedzeń, nawet kuzynka Maniusia z prowincji zro­zumiała, że coś szło razem z ludzkimi szeregami. Nadchodziły przyszłe zdarzenia. Jeszcze przed wyj­ściem z domu ciocia Kama mówiła troskliwie:

— Tylko nie zabłądź Marietko i gdybyś nie wie­działa jak iść, pytaj się zaraz rewirowego. —

Spojrzała przed siebie. W jej stronę szedł młody, wysoki człowiek z roztargnionym spojrzeniem ciemnych oczu. Nieśmiertelnym obyczajem szukała Marietka po drodze takich oczu, ale te minęły ją nie­uważnie. Więc po raz setny tego dnia, zawiedziona i znów nabierająca wiary, pomyślała:

— Taki mógłby być — , odrywając nienasycone spojrzenie. Oczy przechodniów napotykały je, od­dawały pośpiesznie czuły uśmiech, przesuwały się dalej i już spływały bez śladu, zamieniając się w je­szcze jeden promień jasności dnia. Maniusia lekko­myślnie szła naprzód.

Naprzeciwko, między szorstkimi rękawami surdu­tów walczyła, przepychała się naprzód tęga kobieta w fałdzistej spódnicy obszytej „szczoteczką". Nie nosiła kapelusza na gładkich, siwych włosach. Cienki warkocz w tyle głowy zwijał się w kok przeszyty grzebieniami. Roztrącała ludzi gwałtownie i nieu­ważnie. Oczami szukała w tłumie. Szeregi zwierały się, nie puszczały jej naprzód. Biodrami, ramionam i jak żywym taranem uderzała w nie, aż znalazła coś spojrzeniem. Jeszcze raz szarpnęła się naprzód, pal­cami wczepiła się w czyjeś ramię.

Mizerny mężczyzna w kawowym surducie, sku­biąc jasne, strzępiaste wąsy, przyjrzał jej się z za­kłopotaniem.

— Pan Łobziński —

Tęgim, silnym ramieniem usunęła ostatnią prze­szkodę.

—- No, góra z górą. Ile to lat?

Ktoś zaśmiał się. Ona zaś, w odpowiedzi na spoj­rzenie spod brwi nawisłych żałośnie i niedbale, prze­chyliła się ku niemu całym gorącym ciężarem.

— A pan Łobziński też w Aleje dzisiaj?

— W Aleje.

Na nic więcej nie czekając, szeptała poufnie:

— Owszem, słyszałam i ja.

Umilkła, gesty jej osłabły. Zamyślała coś. Zato mizerak ożywił się, pogładził wąsy, nawet źrenice zamigotały bladą, spłowiałą niebieskością w stronę kobiety.

— Były na mieście karteluszki i gazetka była. Jak pani Żelazkowa słyszała to i wie. A może i pani Żelazkowa sama teraz czyta? — zaśmiał się wstydliwie drobnym, nienawykłym śmieszkiem.

Rumiana twarz kobiety z ostrymi bruzdami koło ust, stężała odrazu, obiawiła się w nowej twardości:

— Mnie nie takie rzeczy w głowie. Po Jacusia jadę szukać go. Przecie pan Jacusia widuje. Od roku się ożenił, żona na dniach, a on poszedł. Już od rana chodzili takie do niego. Aż świerzb w palcach czu­łam, bo od razu poznałam, co za jedni. A on popo­łudniu papiery w kuchni pali. Jacuś, mówię, idziesz gdzie? A on: w Aleje. Niedziela, myślę, niech tam idzie. Poszedł. A wpół godziny Kałużanka z naszego domu, na podwórku mnie powiada, coś się, powiada, dzisiaj w Alejach szykuje. —

Prosto szeroką, rumianą twarzą zajrzała w oczy Łobzińskiemu: ,

— Panie Łobziński, poratuj mnie pan. On u mnie jedyny. Niech mnie go pan odszukać pomoże. Prze­cie ja wiem, że wy się znacie wszyscy. —

Chude łopatki wzruszyły się niechętnie. Twarz, ciasno skórą bez tłuszczu obciągnięta, ułożona w cien­kie plisy, kreskami zmarszczek porysowana, skurczy­ła się.

— Szukaj se pani, bo to on dziecko, że go kto za sobą wodzi. —

Szept Żelazkowej stał się twardy, ciął powietrze przy uchu ostro i świszcząco:

— Jak był mały ognipiór miał i dyfterię. Z trzech jeden się ostał. Nie poto, żeby ginął o byle

co. Nieboszczyk mój jeszcze powiadał mi, że u pana cztery dzieci są, nie to co jedno.

Brzmiało to groźnym ostrzeżeniem, ale zaraz głos złamał się, opadł, wezbrał wilgocią i prośbą:

— Jak do przyjaciela mówię panie Łobzinski, co wam po takim jednym? —

Rzadkie, pokruszone zęby, zielonkawe i żółte od­słoniły się pod bladymi wargami i żółtym wąsem:

— Pani spraw partyjnych nie może rozumić, pani Żelazkowa. —

Szare źrenice Żelazkowej zdumiały się niezmier­nie, ale w jednej chwili gniew pożarł zdumienie:

— Stary, a w głowie pstro — przeleciało przez myśl, aż ją skolei zalała fala rozpaczy.

Uparcie się chudego ramienia trzymając, wmie­szana w nieznajomy szereg, szeptała mu w ucho gniewnie:

— To takie prawo u was, żeby matkom jedyna­ków zabierać? Na turmy i katorgi. Jedynaków nawet ukaz od wojska zwalnia. —

Łobzinski wciągnął głowę w ramiona, poruszył się niespokojnie, bo ten i ów już patrzał na niego. Źrenice, ukazując przekrwione białka, uciekły w górę, po namysł i odpowiedź. Chuda szyja natarła twardą obręcz wysokiego kołnierzyka. Zgarbił się i westchnął:

— Trudno wytłomaczyć pani Żelazkowej.

Ale ona odwróciła się wrogo i nie odzywali się więcej do siebie.

Przezroczysta smuga słońca na bruku, zwężała się, uciekała ku kamiennej granicy domów i po ich piętrach pięła się wyżej, aż rozjarzyły się w złocis­tym świetle blade ciała murów i szklistość szyb. Od Belwederu, od Sielc płynęło Alejami zamiejskie, czyste powietrze, z tamtej strony nawracały powozy, spacerem jeżdżące aż do Mokotowa, który z letniska już wyrastał w dzielnicę.

Po jezdni zatupotały żywo konie. Cienki tętent rozdzwonił się donośnie po bruku, rozbrzmiał echem. Ożywiły się kroki ludzkie, ciche bocznice napełniły się zaraz umykającymi chyłkiem przechodniami. Kozacy na koniach ostrym kłusem przemierzali ulicę. Niezrozumiałe twarze obcego ludu dziko i twar­do patrzyły z pod czap. Powozy i dorożki odsunięte w bok szybko biegły w stronę Nowego Świata, ucie­kały całkiem widocznie, uprzedzając nakaz.

Już trzecia secina kozaków parła naprzód na zgrzanych koniach. Drewnianymi barierami po­śpiesznie odcinano bocznice. Koło Alei Róż rozciąg­nął się wężem patrol policji.

Ludzie z Alei po jednej stronie szeroką strugą par­li ku Nowemu Światowi, po drugiej uparcie przeciw prądow i szli naprzód bezbarwną, zwolna rosnącą w szeregi gromadą.

Wystraszona Marietka, nawracając pośpiesznie, dostrzegła w grupce młodego człowieka, który mówił coś żywo. Jego oczy błyszczały, były przezroczyste jak niebo tego dnia. Tamci obaj, młodzi nosili oku­lary i spokojnie wypatrywali przez nie na ulicę.

Widziała zdaleka jak płonęły w nim niewiadome słowa. Na ślepo, z odległości dwudziestu kroków, Maniusia zatęskniła do nieznajomego świata czyichś wysiłków i pragnień. Wciągnięta w przedziwną grę, zamiast wracać czem prędzej, krążyła obok, zostawała.

Już nie było w Alei ani dorożek, ani powozów, ani barwnych kapelusików. Środkiem jezdni biegł tylko zwykłym truchtem zaprząg tramwaju. Ci w surdutach i czapkach odliczyli nagle, uporządkowali sze­regi i miarowym krokiem zaczęli iść w stronę Bel­wederu. Tu i owdzie wykwitały czapki rewirowych (wtedy zjawiało się przypomnienie: zapytaj się Marietko). Koło mleczarni Zawiszy sterczały wyraźnie piki nad ukrytym oddziałem kozackim. Jasne blaty pustych stolików lśniły w słońcu gładką powierz­chnią. Już nikt nie pił zsiadłego mleka.

Szpaler drzew w koronach zieleni przeświecającej słońcem kołysał się, poruszany wiatrem. Ludzie szli naprzeciw groźnemu milczeniu. Po prawej stronie jezdni sami robotnicy, po przeciwnej przypadkowi przechodnie mieszali się ze studentami, lub na studentów wyglądającymi.

— Jezus... — szeptała drżącymi wargami Żelaz­kowa, przedzierając się przez tłum, który zwolna, lecz nieustannie szedł naprzód. — Niema Jacusia. —

Wiosenny wietrzyk wydymał trójbarwną chorą­giew. Chwilami silniejszy powiew unosił płótno, aż furkocąc w powietrzu obracało się młyńcem biało niebiesko czerwonym. Szyldwach przechadzał się z karabinem na ramieniu.

Maniusia kręciła się w kółko w promieniu kilku kroków. Wysoki młodzieniec stał z jednym tylko towarzyszem. Rozstawając się z nim, zobaczył wreszcie migotliwe, ciekawe oczy i jasny warkocz okręcony wkoło głowy. Uśmiechnął się najpierw ką­tami ust, po tym coraz wyraźniej, napełniając Maniusię malutkim szczęściem. Później ruszył szybko naprzód długimi nogami. Zobaczyła tylko, jakie miał duże buty. Ale kiedy patrzyła za nim, spostrzegła, że oczy wszystkich, wystraszone, zdumione i ciekawe biegną w tę samą stronę.

Wyszarpnięty z niewidzialności przedmiot zami­gotał w górze. W złocistym błękicie powietrza wydał się najpierw czarny, po tym dopiero zalśnił wyraź­nie, ciemno czerwony jak skrzepła krew.

Przywitano go okrzykami: Niech żyje Polska… Niech żyje pierwszy maj. Walczymy o ośmiogodzin­ny dzień pracy — wystukiwały głosy.

— Walczymy o szkołę polską. Niech żyje święto klasy robotniczej. —

Z mleczarni Zawiszy, z browaru Junga, ze wszystkich zakamarków wysypali się nagle kozacy z pika­mi w pogotowiu. Wydłużyli bieg w klin. Klin wdarł się ostro w ludzkie szeregi, naparł tuż końskimi pier­siami o ciemne ubrania mężczyzn. Szeregi rozdarły się z krzykiem, z jękami ludzi wydzierających się z pod kopyt.

Krótkie nahajki ciemnymi mignięciami wznosiły się w górę i opadały. Pod ludzkim naporem chwiały się drzewa. Jednostajność marszu rozerwała się. Tłum rozsypał się w obie strony ulicy, biegł naprzełaj przez jezdnię, a wśród niego żandarmi wprawnym okiem wyłuskiwali ludzi jak ziarna.

Maniusia z całych sił gorącymi palcami obięła twarde pręty jakichś sztachet. Przylgnęła do nich, że­by jej nie porwał za sobą ruchliwy prąd, aż zwilżyło się w uścisku chłodne żelazo, potem zaciśniętych rąk. Obok niej siłą pchnięcia rzucony, mizerny, starszyczłowiek w kawowym surducie, wołał cienkimi war­gami: — Niech żyje pierwszy maj…

Ledwie się konie cofnęły z chodników i nieumundurowani piesi zaczęli wywlekać ujętych, zobaczy­ły przerażone oczy Maniusi, że naprzeciwko, gdzie delikatna, wiosenna zieleń krzaków wychylała się po­nad ogrodzenia parków, najpierw zwolna, bezładnie, później coraz prędzej zaczęły odrastać, ustawiać się, iść poprzednią drogą w nierówne szeregi złączeni ludzie. Rozsypani po ulicy wracali biegiem na nieozna­czone, własne miejsca. Ulica pęczniała nimi, nabrzmiewała, wybuchała okrzykami jak grzmoty: —- Niech żyje Polska ludowa. — Żądamy polskich szkół.

Ludzie, napozór bezładnie zebrani, byli podobni do siebie. Maniusia wiedziała kim są. To byli ci, co przychodzili coś naprawiać w domu, gaz, jakieś rury, ci, co wczesnym wieczorem zmęczeni szli ulica­mi i mówiono wtedy: — Już wracają z fabryk.

W lakonicznych podręcznikach historii nazywali się: lud. Cała ich dzisiejsza odmienność polegała na tym, że tu szli razem dziesiątkami, setkami.

Maniusia nieśmiało oderwała się od sztachety, żeby już wrócić. Ponowny, daleki grzmot okrzyku wstrząsnął ulicą:

— Precz z wyzyskiem . —

Fala mniejszych grzmotów odpowiedziała hucząco, aż zbita gromada zadrgała, coś uderzyło w nią. Zdaleka, od strony Mokotowa zbliżało się parskanie koni. Ktoś krzyknął z przerażeniem:

— Kozacy. —

Strach uskrzydlił Maniusię, cisnął ją naoślep, ale już droga nie była wolna. Wpadła między rozdarte nanowo szeregi, gdzie ciemna odzież mieszała się z połyskami metalu, rzemieni i bronzowo złocistymi kadłubami koni.

Grzmoty okrzyków falowały nieustannie, gło­śniej, ciszej, jękliwie. Cała ulica stała się wołaniem, już żyły w niej tylko głosy i ludzie niezdolni się za­trzymać pod naporem, pędzący, oszaleli, przewraca­ni na bruk jak ciężkie tłomoki, tratowani i zrywają­cy się znów. Porwali za sobą Maniusię siłą prądu, po­magali jej biec, nie dotykając jej. Pędziła za nimi. Ktoś wyciągnął rękę, kiedy się potknęła. Opierała się o plecy i ramiona cudze, jakby to były jej własne.

Wtedy zobaczyła znów na chwilę młodego czło­wieka z przelotnego uśmiechu. Miał podbite oko, włosy spadły mu na czoło. On i dwuch innych szli międzymi szarymi mundurami żandarmów. W jednej chwili cała nowa wiedza o łączności jednego z gromadą, o przemocy, gorzko przeniknęła serce Maniusi.

Na jasnych kamieniach bruku, pod stopami mignęły promieniste bryzgi krwi.

… Czyjaś zrozpaczona ręka złowiła kawowy surdut Łobzińskiego. Uparty głos zajęczał:

— Panie Łobziński, jak pan w Boga wierzy, przyślij pan Jacka. Nie mogę go znaleźć — i już płaczliwie: — Nie gubcie dzieci. —

Na mizernej twarzy paliły się cynobrowe ognie:

— Przecie to dla dzieci — odkrzyknął ochrypły, biegiem upity głos.

— Dla dzieci — zawyła ze śmiechem, z wściekło­ścią i rozpaczą Żelazkowa.

— Przyślę go jak zobaczę. Uciekaj pani. —

Bieg ludzki osłabł. Bocznice w chłonęły uciekających, osłoniły ich milczące domy. Aleje zostały dale­ko ze swoją barwnością wiosennej zieleni drzew, czerwoności na bruku. Ludzie mieli swoje powszed­nie twarze, obojętne, lub uśmiechnięte. Dorożki dud­niły raźno. Na Placu Aleksandra oparła się Maniusia. Odnalazła miasto żyjące w spokojnej niewiedzy, odczarowane nagle z wszelkiej niezwykłości.

Wielkie szyby wystaw jaśniały. Już niewiadomo było, która część dnia jest bardziej rzeczywista.

Dochodziła szósta i w stronę Alej jechały stępa granatowo wysłane powozy na gumach. Panowie w jasnych garniturach, ściskając ozdobne gałki lasek, pochylali się ku paniom.

W słońcu, na przystanku tramwajowym czekali ludzie rozsypaną bez łączności gromadkę. Z pod kre­mowych i białych parasolek słonecznych wyglądały kobiety w mocno wciętych kostiumach, cienkie w pa­sie jak osy.

Opodal czekał już człowiek z parą koni na zmianę do tramwaju. Zdaleka ukazała się żółto biała czter­nastka, poprzedzona cienką, rozwleczoną w powie­trzu chmurą kurzu. Zawadiacki dzwonek i dźwięk mosiężnych nauszników końskich ożywił czekają­cych. Z otwartych okien wyglądali pasażerowie. Tramwaj przystanął. Zmieniano zaprzęg. Kobiety zręcznie ujmując spódnice w dwa palce, wspinały się na stopień. Z galanterią puszczano je przodem.

Maniusia z bijącym jeszcze sercem siadła na wyściełanym, siedmiokopiejkowym miejscu. Warkocze pod słomianą budkę przywarły do zgrzanych skroni.

— Jaki dziwny przypadek — myślała nazajutrz, szukając w rannych gazetach Warszawy wzmianki o wczorajszych zdarzeniach. Nie było żadnej. Zosta­ły przemilczane, a więc chyba nie było ich. Czas przepłynął po owym dniu jak wiatr nad śladem na piasku, a przecież dłużej niż zwykła pamięć rzeczy minionych przetrwało w Maniusi wspomnienie wio­sennej niedzieli, w odmienionych Alejach .

Musieli gdzieś na obcych ulicach żyć ci ludzie, musiały goić się podbite oczy i rany, których krew tryskała na kamienie bruku, ale w tygodniach, mie­siącach i latach, które nadeszły, nie szukała ich wię­cej.

… Na Nowym Świecie przyjrzała się Żelazkowa swojej spódnicy. Była uszargana w kurzu i miała oberwaną „szczoteczkę”. Włosy zlepiły się od potu. Pot stygł i ziębił rozgrzaną głowę.

Ulicą kobiety prowadziły na spacer świątecznie odzianych, małych synków. Odwracała się od nich. Powoli, ociężałymi krokami poszła pieszo w stronę domu.

II

Na Chłodnej, opodal wolskiej rogatki, na niebrukowanych chodnikach wypełzała między kamieniami wiosenna, blado zielona trawa. Owego niedzielnego popołudnia paliło się słońce rozlewnym, złocistym światłem nad niskimi domami, ciężkimi prostokątami fabryk, na kolorowych ruskich i polskich literach rzadkich szyldów i w świeżej, niewyblakłej tęczy barw nad mydlarnią Klementyny Żelazko.

Wolską szosą ku miastu płynęła wiosna w uzbieranych wiązeczkach pierwiosnków, w ułamanych prętach wierzbiny i pachnących powiewach z pól. Wieś Wola szła od rana ku miastu. Mężczyźni w sztywnych, wysokich kołnierzykach, lśniąc odświętnością surdutów i potem, kobiety w barwnych perkalach.

Młoda Żelazkowa Klimcia ze złotego ciepła dwo­ru uciekła przedwieczorem w mroczny chłód sklepu. Jacka wciąż nie było w domu.

Opuszczony nisko, odęty brzuch Klimci oddzielał ją od lady. Przy nachylaniu pociągał za sobą. Pracowitymi rękami sypała w funtowe torebki sodę i krochmal, ustawiała blaszane pudełka rozświetlające szarość mydlarni kolorowymi wizerunkami zamor­skich twarzy, złotymi i błękitnymi zakrętasami liter. Klimcia bez czytania wiedziała, gdzie kakao, a gdzie herbata. Nie umiała czytać. Jacek umiał.

Przy sodzie, mydle i krochmalu myślała o nim. Od kiedy go zobaczyła zamieszkał tak uparcie w jej myśli, w źrenicach, szczupły, niewysoki, z blond wąsem i falistą czupryną, niedostępny jak granica mię­dzy niebem a ziemią. Można za nią było biegać, dal zostawała ta sama.

Długie, jasne warkocze układała Klimcia w „baranki“ koło uszu, policzki miała różowe i pełne. Naj­ładniejsza dziewczyna na Lesznie, uparła się latać za Jackiem.

Spotykała go przypadkiem na spacerach, przed fabryką, uśmiechała się czerwonymi wargami, goni­ła oczyma, aż dojrzał ją.

Dźwigając w sobie żywy ciężar, pełen niespodzia­nych drgnien, karmiła się teraz Klimcia gorzką, jałową strawą pragnień ziszczonych.

Jeszcze on był wciąż taki sam, obcymi sprawami żyjący, a już jej dwudziesta wiosna napęczniała we­zbranymi piersiami, ociężałym brzuchem. Już mia­ła Jacka na własność, jakaż to była własność?

Był dobry, czuły, przychodził, żeby nasycić się prędko i znów uciekał w obcość.

Dziwne miał dni, których ranki nie zmierzały do obiadów, a wieczory zapominały o wieczerzy. Od­chodził nawet w niedzielę, kiedy inne kobiety szły promieniejąc na spacer u mężowskiego boku.

Mogła Klimcia siąść na ławce przed domem, po­zwolić opłynąć się słońcu i niebieskiej fali wiosenne­go powietrza, albo iść na spotkanie wiośnie szosą wzdłuż rozpulchnionych, czerniejących pól. Nie chciała. Po swojemu mściła się na oszukańczym, złym życiu. Sama to sama.

Szalki wagi brzęczały rozmownie. Torebki stawa­ły na ladzie szeregiem umundurowanym w szorstki, szary papier. Wtedy chwycił Klimcię pierwszy ból. Pośpiesznie, dla uspokojenia obliczyła sobie, że jest jeszcze dwa tygodnie czasu i wzięła do ręki blaszaną łopatkę od kaszy.

Ale skurczyła się, poczerwieniała po korzenie włosów i dowlokła się do podwórza, żeby zawołać Józkę i posłać po Grzybową, która kobietom w tych stronach pomagała rodzić.

Pokój za sklepem był duży i ciemny. Słońce i jas­ność leżały po drugiej stronie podwórza. Klimcia za­cięła mocno usta, zawzięta w urazie na swoją samot­ność i leżała bez ruchu, żeby przeszło.

Wnet wróciła Józka i weszła do sklepu, bo podwieczór zaczynały wpadać kobiety po naftę, po za­pałki. Przez uchylone drzwi Józka pytała:

— Ciotko, gdzie świce? —

— Barskie mydło to jakie to? —

Wtedy Klimcia krzyknęła tak strasznie, że Józce spadł dwufuntowy odważnik na podłogę. Cienkie warkoczyki z wplecioną wstążeczką zatrzepotały wystraszone. Skoczyła ku drzwiom pokoju. Klimcia le­żała na łóżku bez pierzyny z czerwoną, nabrzmiałą twarzą i rękami ogarniała ogromny brzuch.

Przez niezamknięte drzwi od sieni weszła cicho rozłożysta i wielka Grzybowa, uśmiechnięta godnie. Odsunęła Józkę i kupującą, która zaglądała ze sklepu, wesoło skinęła Klimci i zaraz dorzuciła drzazeg na ogień. Potem w nogach żelaznego łóżka zawiązała ręcznik i wetknęła Klimci oba końce w garść. Lek­kim krokiem mimo tuszy krzątała się po izbie, aż przysunęła stołek i siadłszy niedaleko chorej, rzek­ ła solennie: — Zaczęło się.

Dopiero po chwili dodała: — Prędko jakoś pani Żelazkowa. Dźwignęliście co, albo nagłe zmartwie­nie? —

Małymi, niebieskimi oczkami dobywała ludzkie myśli z dna. Klimcia zaprzeczyła głową. A przecież było zmartwienie, było, że na nic nie bacząc poszedł sobie. Ledwo go w myśli przywołała, a już na głos wrzasnęła, ręcznik w palcach zaczął drzeć się z cien­kim szelestem.

Obfite spódnice Grzybowej zamiotły izbę, z pod koka w tyle głowy wyglądała fałszywa podkładka. Uniosła garnek z nad blachy i czerwona łuna ognia zaświeciła w izbie. Poróżowiały bielone ściany, twarz Grzybowej rozjaśniła się w rumianym świetle, czer­wone blaski migotały na podłodze, chwiały się, drża­ły, nie mogąc wytrwać w bezruchu. Klimcia z ma­łymi przerwami krzyczała przeciągle, rozdzierająco.

Już w małych mieszkankach przy spóźnionych wieczerzach świąteczna niedziela spływała w pow szedni poniedziałek, kiedy stara Żelazkowa wróciła na Chłodną.

W bramie siedział sam jeden na ławce zezowaty stróż i niekiedy szerokim łukiem spluwał daleko przed siebie.

— Jest mój syn w domu, panie Janie? — zapy­tała, sama siebie zwodząc kłamliwą nadzieją.

Zaprzeczył i leniwie podniósł mgliste oczy:

— Ale synowa rodzi, aż tu słychać.

Jak stała zmordowana, spocona, ożywiła się nagłym pośpiechem. Niecierpliwie dopadła znajomej chropowatości klamki i z ciepłego, błękitniejącego już wieczoru, bez przejścia zanurzyła się w czerwony mrok izby pachnącej naftaliną i mydłem.

Grzybowa powitała ją uśmiechem. Klimcia, nie patrząc, zawyła znów. Z nowego bólu, innego. Że to wciąż jeszcze nie był on. Zacięła usta, aż suchą szramą zamknęły twarz w niemą maskę. Ból w brzuchu zelżał właśnie, ale kobiety z jej twarzy osądziły, że wstrzymuje krzyk i zaczęły szeptać ze sobą.

Zamykając oczy, odpychała je Klimcia od siebie, oślepiona ponurą jaskrawością, w której widziała teraz prawdy o sobie i swoich bliskich.

Że nigdy nie chciała jej ta teściowa, że to ona sa­ma latała za Jackiem, uwieszała się opornego, że­brała dla siebie, choćby o jego troski, aż oto wezbra­ła wszelką boleścią, która się z niego wzięła. Za­zdrosna była, że sam wychodził. Śmiał się, że nie do kobiet. Nie wierzyła. Nieprawda, wszędzie były ko­biety.

Rozumiała tylko słowa proste, te z domu, ze skle­pu, na codzień przydatne. A przecież strach o nie­go nauczył ją palić ukradkiem cienkie książeczki i gazetki polskie drukowane na lichym papierze. Na nieznajome pisma kładła od wierzchu książeczkę do nabożeństwa, albo to, o czem słyszała, że „dozwoleno cenzuroju“.

Dopiero, kiedy ból nanowo ostremi nożami wraził się w brzuch i krzyż, otworzyły się wyschłe usta Klimci. Z rozbieganym i źrenicami, wyprężona na łóżku, wyła niskim, jednostajnym głosem zwierząt, nikogo nie przyzywając, żeby sobie samej, nie ko­muś to dziecko urodzić.

Czerpiąc zaciekłą siłę z własnej samotności, opierała się mocno bólom, szczerzyła im zęby, a w ję­kach odzywało się głuche warczenie nienawiści.

— Dobrze jej pójdzie, bo się natęża — rzekła Grzybowa bacznym uchem chwytając melodię jęków Klimci. Potym zręczną ręką poprawiła prześcierad­ło.

— Tera przyjdą parte bóle.

Drzwi do sieni skrzypnęły z przesadną ostrożno­ścią. Jedna za drugą wsunęły się dwie kobiety w nie­dzielnych fałdzistych spódnicach, w kokach podpar­tych dużymi grzebieniami. Uśmiechały się, że to już tak prędko i jak idzie pani Żelazkowa?

Stara, zręczna i gościnna poprosiła je zaraz do sto­łu, one zaś, obie Pawelskie, bratowe zasiadły, skrzy­żowawszy ramiona, jedna pod wydatnym biustem, druga, przyciskając same dłonie do płaskiej, szero­kiej piersi.

Mętna, bronzowa herbata zaświeciła w grubych, zielonkawych szklankach, blaszane łyżeczki dzwoni­ły cienko, kobiety gawędziły niegłośno, doświadczo­nym okiem spoglądają ku Klimci, która chwilami ucichała, żeby po tym znów szarpać szorstkie płótno pościeli.

One zaś, nachylone ku sobie, uśmiechały się nawet, szepcząc o tajemnicach miłości i porodów, kie­dy Klimcia zwykłą koleją rzeczy, zostawała sama, odgrodzona nieprzenikniętym murem boleści.

Raptem wstała gwałtownie od stołu stara Żelazkowa. Poznała kroki. Właśnie Jóżka nalewała z bul­gotem nafty do blaszanej lampy, kiedy na progu sta­nął Jacek, niewysoki, jasnowłosy, bez czapki i pal­cami przegarnął gładkie włosy.

— Klimcia — wymówił nieco ochryple ze zmie­szaniem, ogarniając spojrzeniem izbę pełną kobiet.

Matka skoczyła ku niemu, a jęk Klimci przeła­mał nagle zaciętość, stał się cienki, płaczliwy, do­magał się czułości.

— Czego mama — zaczął szorstko, ale urwawszy, spytał zaraz: — To cię już tak boli? —

Zaśmiały się trzy kobiety z takiego niewiedzącego. Obiaśniły, że to przecież już zaraz.

— Nie obejrzy się pan Żelazko, a ojcem ostanie się — rzekła Grzybowa.

On jednak krzątał się po izbie niespokojnie, prze­rzucił porządnie ułożone na komodzie książki, po­tem bezczynnie przystanął w nogach łóżka Klimci, zaplatając palce.

— No, siadaj — rzekła uspokojona matka, ale on już na obcych nie zważając, rzekł nagle:

— Lepiejby mi nie nocować tu dziś, bo już u ko­legów chodzili szukać. —

Drgnął, podniósł głowę, w słuch zamieniony. Wiadomo było nieraz, że przyjść mogą, ale nie myślał o nich jak o własnej śmierci. Jeszcze znał tylko świat i carskie więzienie z cudzych słów. Zdusił własny strach.

— Bądź ty Klimcia spokojna. —

Fałdziste spódnice Pawelskich zamiotły podłogę, żegnając się pośpiesznie, szły niespokojnie ku drzwiom.

— Pójdę, a rano dacie znać. —

— Jezu… — matka drapieżnymi rękami rozrzucała zasłane łóżko. Kraciaste poduszki spadały mięk­ko na podłogę. Wycie Klimci niosło się tak głośno, że ściany drżały. Naftowa lampa przez pękaty cy­linder, zwężający się ku górze napełniała pokój żół­tym światłem i cienkim kopciem. Jedna tylko Grzy­bowa, rozłożysta i spokojna wydobyte skądciś płótno darła z cienkim świstem.

Pod poduszkami schowana, zawinięta szmatka wyjrzała na światło. Drżące ręce starej wsuwały ją synowi.

— Trzymaj, na, pieniądze. O mój Jezu, opamię­tania nie miałeś. Co ci tam matka? Gdzieś lazł? Po­co? Zakatować cię mogą — dyszała szybko, z odde­chem rwącym się w piersi. Dotykała jego ubrania, rąk, rzuciła się porządkować łóżko.

— Nie trza tyle krzyku — rzekł Jacek ponuro, ukazując Klimcię.

Ona zaś, nieludzkim głosem krzyknąwszy, zagłu­szyła wszystko inne. Grzybowa silnymi, czerwonymi rękami wywróciła nad szaflikiem żelazny sagan, aż się rozsnuła po izbie gęsta, biała para z gorącej wody. Wycie Klimci stało się piskliwe i cichsze. Ob­nażone wałki ramion Grzybowej zanurzyły się w łóżku. Podniosła je do góry.

— Chłopak — rzekła, uderzając w coś miękkiego dłonią napłask.

Jacek odrzucił głowę w tył, zbielał na twarzy. Na podwórzu rozmawiały donośne głosy.

— Jacuś — zapłakała położnica skomlącym krzykiem, ale on już zmieszany, ogłuszony stał przy szafliku, gdzie trzepotało w wodzie coś czerwonego i piszczało. Wnet Grzybowa uniosła to w ręku i jęła owijać w płócienne pasy.

Wtedy w drzwi od sieni palnięto czymś twardym. Starej ręce opadły.

W jednej chwili napełniła się izba ludźmi, mundurami, we drzwiach został wystraszony stróż z czapką w ręku. Już nie pachniało mydłem i naf­taliną, tylko dym machorki łączył się z mdłą duszno­ścią pary.

— Żelazko Jacenty — wymówił śpiewnie niski, rumiany na twarzy. Dwuch innych szarpnęło go.

Szukali po kieszeniach, rozpięli marynarkę. Podda­wał się. Pytali po rosyjsku, odpowiadał. Kobiety nie rozumiały go.

— Co on zrobił? Niewinowaty jest — wołała stara.

Chudy, starszy żandarm z wąsami koloru mokrej słomy chodził po izbie zamaszystym krokiem i roz­walał naoścież szuflady.

— Dziecko mu się teraz urodziło — wyjaśniła przymilnie Grzybowa i języka władzy świadoma, dodała: — Izwinitie, gospodin naczalnik. —

Klimcia uniosła się na krwawym, potarganym po­słaniu i z sznurami mokrych włosów na czole jęcza­ła: — Jacuś.

Dwuch weszło do sklepu. W izbie został wąsaty. Sprzęty pchnięte ku środkowi izby odsłoniły czyste, niewyblakłe malowanie ścian.

Pod okiem wąsatego sięgnął Jacek po rękę Klimci, aż ją przytrzymał zwisłą na chwilę, potem znów szaloną, odpychającą. Zemlił w szepcie.

— Do Łobzińskiego idź… — i zaraz głośno — Napiszę, Klimcia, dam znać, słyszysz?

Łzy ściekały jej bokiem po twarzy, a już jego żandarm odrzucał krótkiem szarpnięciem. Usta Ja­cka jeszcze miękkie i młode pod jasnym wąsem, za­cisnęły się. Zapinał marynarkę. Jasnorzęse powieki mrugały.

Już go otoczyli we trzech. Fala krwi napłynęła mu do twarzy, jakby się do przemówienia szykował, rzekł: — Chłopak ma mieć Henryk jak ojciec. —

Matka krzyknęła, uczepiła mu się ubrania.

— Mama zostawi — rzekł łagodnie i obejrzał się za szmacianą kukłą na ręku Grzybowej.

— Marsz — pchnęli go naprzód.

Jacek wyprostował się, zesztywniał. Szturchnięcia obsuwały się jak po drewnie. Na matkę, że się żan­darma czepiała, krzyknął. Za wolno im szedł. Dostał w bok kolbą. W pchnięciach była tajona wściekłość. W błyskach oczu krzyżowały się dwie nienawiści. Nienawiść przepaliła w Jacku strach i rzewność. Ogarnął spojrzeniem izbę i już, nim go zdążyli pchnąć znów, sam ruszył naprzód. Od drzwi odwrócił się. Na chłopaka, nie na ojca wyglądał.

— No bądźcie zdrowi, a dowiadujcie się zara gdzie jestem. —

Kobieta na łóżku, bledsza niż ściana za jej pleca­mi, uniosła się na łóżku, zgięła, jakby chciała speł­znąć na podłogę.

W sieni raz jeszcze pochwyciła syna Żelazkowa.

— To dziecko — szeptała. — Durny, bo młody. — Lepkim lamentem snuła się koło trzech żandarmów, w powietrzu gładząc rękawy mundurów, któ­rych nie śmiała dotknąć.

— Dwudziesty czwarty rok ma, sam dziecko. — Ślina pryskała ze szczerb między zębami.

Do izby wionęło z sieni zapachem kartofli i letnim ciepłem wieczoru. Na drugim łóżku Grzybowa umieszczała starannie szmacianą lalkę.

— Pani Grzybowa — zapłakała Józka — Jezu, bo Klimcia umrze.

Rumiana, gruba, a lekka poskoczyła Grzybowa ku łóżku.

— Zemglała ino, co dziwnego — rzekła spokoj­nie, wysuwając chorej poduszkę z pod głowy. Ciemną krew świeżą wilgocią przejęła jak bibułę szorst­kie prześcieradło ze swojskiego płótna.

Jeszcze przez sień, przez podwórze czepiała się sta­ra żandarmów. Krzykiem aż na ulicę buchała:

— Niewinowaty.

Pchnęli ją łagodnie, po ludzku, nie kolbą nawet, a łokciami.

— Procz. —

— Ostań mama — przez zęby powtarzał Jacek.

Została. On zaś szedł równy, prosty (takiegom go wychowała, ciekły jej łzy). Prostował się na hardość jak żołnierz, dziecko nieszczęsne, zamiast prosić u władzy możeby przecież puścili.

Uczepiona oczami jego twarzy, pleców, nóg sta­ła. Tędy szły stopy po płaskich kamieniach, przydeptały ogryzek, rozmazały mokrą plamę — i już nie było żadnego śladu, jakby nie szedł tędy nigdy żaden Żelazko za nieznajome rewolucje do turmy wleczony. Kiedy się tak urwało życie, wróciła wreszcie z bramy do izby. Na nic nie patrząc, przysia­dła na pierwszym stołku. Klimcia leżała z zamkniętymi oczami i dyszała głośno, zmożona.

Grzybowa szykowała się do wyjścia, ale niezręcz­nie jej było jakoś opuszczać milczący dom nieszczę­ścia.

— Zdarzają się, moja pani Żelazkowa rozmaite rzeczy, da Bóg, wróci syn zdrowo, a wnusiem zająć się trza. —

Błędne, rozczerwienione oczy starej wraziły się w nią.

— Ten mi z czterech ostał. —

Patrzała w bok, jakby nad komodą laufrem nakrytą, wysuniętą krzywo, były właśnie tamte urodzone i niewyrosłe, noce i dni chowania, po których narodzone nie ze swej woli, odchodziły, kiedy im się spodobało.

Aż się Grzybowa wzdrygnęła, bo naprawdę, rzadkie to było nieszczęście, jedno na całą Wolę, na Le­szno i Chłodną.

— Rano jutro zajrzę — powiedziała i otworzyła drzwi na czarną, chłodną noc.

Żelazkowa podeszła ciężko do zawiniątka na łóżku. Zmarszczona, zaśliniona twarzyczka wyglądała spod płótna i drgała w cichym oddechu.

Rzuciła okiem na Klimcię. Nie spała i uparcie łka­ła w poduszki.

— Ta najprędzej zapomni — pomyślała ponuro.

Potem pracowitymi rękami związanymi na sine pętle żył, zaczęła zbierać zbrukane szmaty z pod łóż­ka i zanurzyła je w miednicę. Przezroczysta, niebies­kawa woda stała się ciemna i krwawa. Szmaty chlupotały zwyczajnie jak przy praniu i zaraz w izbie stało się powszedniej; nawet istot ludzkich było w niej tyleż co dawniej, snuło się starej, bo już przecie, zamiast tego jednego, co ubył, leżało na łóżku, rosło w człowieka, szmaciane zawiniątko.

Hej, nie brakło ludzi. Dla mnie tylko, dla matki, jest on jeden, nie patrząc uparcie w stronę Klimci, myślała stara. Potem zanurzyła szmaty w czystą wo­dą do płókania.

____________________________________________________________

Nie było na Chłodnej płynącej wody, kamie­nie bruku leżały martwe, głębokie udeptane w ziemię. Dlatego wiecznie powtarzane słowa „jak ka­mień w wodę” miały dla Heńka śpiewną nieprawdziwość jak te z maminej piosenki „Na Podolu biały kamień, Podolanka siedzi na niem…”

Każde opowiadanie babki kończyło się niemi. Wszystko w opowiadaniu działo się za czasów za­pomnianych i wciąż dalszych. Przy obliczaniu zaw­sze przybywało lat. Za ich daleką granicą została mydlarnia, jakiś piękny tombakowy zegarek ojca i sam ojciec. Nad łóżkami między obrazami świętymi, koło Matki Boskiej z różańcem wisiała fotografia mężczyzny z wielką, jasną czupryną i małym, grubym wąsem. To był ojciec.

— Masz — mówiła babka — pocałuj go — i He­niek kładł posłusznie wargi na gładki, twardy karton.

Już wiedział po kolei o dziesięciu rublach srebrem w szmatce i jak się właśnie on rodził, a ojciec tylko mówił: napiszę. Potem nie napisał i zmarł w zimnym kraju od choroby. Jedno tylko wychodziło zamazane i ciemne, poco ojciec szedł i dlaczego po niego przy­szli.

Historie babcine były wciąż te same i do płaczu, a Heniek nie lubił smutnych, wolał straszne, choćby o upiorach.

Mówiła babka: — Jak kamień w wodę. Pisalim proszenia, nawet przez adwokata jednego. Dwa ruble wziął. Do samej cesarzowej pisałam. Wtedy przyszło pismo z pieczątką, że na tyfus umarł. —

Zaś Heniek: — A gdzie cesarz mieszka? —

— W Moskwie, daleko, na tronie siedzi ze złota. Co chce to może.

— A cesarzowa też na tronie? —

Obrażała się babka i nie chciała dalej: — o ojcu słuchaj. —

Tylko, kiedy Heniek był całkiem mały, napierał się dalej, później reszta już była wiadoma, aż do „jak kamień w wodę”. Powtarzała się też historia o panu Łobzińskim co znał ojca i był Heńka chrzestnym, tylko, że teraz w Aninie mieszkał. Ale już bajki wy­pierała ważność prawdziwa, podwórze i kto na par­kan wlizie, kto mocniejszy i jak się wozu z tyłu cze­piać, żeby się przejechać ulicą.

Życie pamiętane zaczęło się na Lesznie, nie na Chłodnej. Koło stołka pachniało spalonym papierem od karbówek mamy. Były tam dobre landrynki o kolorach przezroczystych i lśniących po pierwszym oblizaniu, kiedy schodziły zwilżone, miękkie resztki papieru.

Landrynki były ciepłe, bo wychodziły z kieszeni. Przynosił je człowiek gruby, z czarnymi, świecącymi włosami i twardym wąsem, kolejarz, pan Błaszczyk i podawał na szerokiej dłoni, mocno przyklejone do siebie i do papierka.

Od tych landrynek babka zapalała się czerwony­mi plamami na twarzy porysowanej kreskami jak kora. Później z pana Błaszczyka zrobił się Feliks i przybył do mieszkania na własność. Łóżko mamy zasłonili cienką ścianą z kretonem w kwiatki. Okaza­ło się, że kolejarz nosił pod mundurem długie kale­sony, wiązane na tasiemki i w nich chodził po izbie do mycia.

Kiedy rozłączyli się z babką, przestano ustawiać ściankę i znikła całkiem z mieszkania. Może była pożyczona?

Łzy babki porobiły plamy na fotografii. Heńkowi umyto dokładnie szyję i włosy. Tego dnia rozłączył się z mamą nazawsze, choć mieszkali razem. Heniek został Żelazko, mama stała się Błaszczykowa.

Do mieszkania przybył zegar ścienny. Prostokąt­ny, cyferblat otaczały wspaniale rozkwitłe malowa­ne róże, żelazne gwichty czas popychał wdół. Przy­było pudełko z srebrną, piękną brzytwą i malutka miseczka. Zamiast karbówek pachniało tytoniem i czasem wiśniówką. Przybycie Błaszczyka Feliksa wy­parło wszystko inne, zapisało kredą jego nazwisko na drzwiach, poniżej liter trzech króli.

U babki, w małej izbie żyły jeszcze stare historie. Znalazł się prawdziwy list od pana Łobzińskiego i pod odpowiedzią napisaną przez kogoś za babkę, koło wielkich liter jej własnoręcznego podpisu, po­łożyła dziecinna ręka gruby, krzywy krzyż.

Babka chorowała. Znikła rozlewność opowiadań. A kiedy się urodził mały, śmieszny chłopiec, Tolek, jak nożem robaczywe jabłko, przekrajała Heńkowi proste, mało bolesne dotąd dni życia.

— Syna zabili, synowa obca. Na stracenie idzie świat, ziemia krew ludzką pije, na Grzybowie wy­lało się tyle, że mówią, po nocy czerwone upiory stra­szą.

Ażeby na wieki skuć swoją krzywdę z małym wnukiem, wbijała mu w pamięć posępnie:

— Po mojej śmierci ty sam ostaniesz jak palec.

Dzięki babce zdarzało się Heńkowi po mocnym biciu przywoływać bezgłośnie ducha z fotografii, który miał blond wąsy i falistą czuprynę.

Czas szedł naprzód i mały Tolek zlazł już z wy­sokich ramion mamy, w niskie objęcia Heńka, który go pilnował. Do mieszkania przybyła szafa so­snowa malowana na dąb i kalendarz z przechyloną panią w bieli. Na ulicy Leszno kładziono z hukiem i głuchym tłuczeniem kamieni z donośnym brzę­kiem ciężkiego metalu sine, grube żyły szyn pod elektryczny tramwaj.

Heniek umiał już sporo rosyjskich słów. Sam ojczym nauczał. Babka na tę wiadomość z dziecinnych, wylewnych warg, zapłonęła po raz ostatni czerwo­nymi plamami na policzkach i cisnęła słowa, za które Heniek, powtórzywszy je mamie, dostał lanie pasem. Wezbrawszy goryczą krzywdy, mógł tylko przed opuchłe oczy wzywać ojca z bajek, albo lecieć do bab­ki. Ale i to skończyło się w tych dniach.

Wyraźnie na całe życie pamięć wydarła mrokowi tamtych czasów chodzenie czwórkami po kamieniach jezdni, czarne końskie czapraki i dziwaczne, trójgraniaste kapelusze żałobników i najważniejsze, pier­wsze w życiu widziane chorągwie, czarne, ze skrzyżowanymi pod szkieletem piszczelami.

Na ich widok zapłakał Heniek ze strachu i mama płakała. Wcale nie była tego dnia zła dla nie­go. Jej łzy kapały mu na włosy i jego trzymała tego dnia najwięcej, nie Tolka jak zazwyczaj.

— Pogrzeb sprawiłam jak się należy, choć mój się krzywił — opowiadała wieczorem i te słowa o pogodzeniu mamy z babką, przekreśliły babkę osta­tecznie, przypieczętowały jej wieczną odtąd nieobec­ność.

---------------------------------------------------

Kredy Heniek przywołany z podwórza, przestąpił próg, w izbie przy stole nakrytym obruskiem w kwiaty, siedziała matka cała w ognistych rumieńcach i poprawiała kretonową bluzkę, przeszytą na piersiach wielką agrafką.

Na krześle naprzeciwko usadowił się obcy, niemłody człowiek z twarzą ciasno obciągniętą cienką, żółtą skórą. Na skroniach i policzkach przeświecały pod nią grube koście, usta znaczyły się jak zagojona szrama pod wyblakłym, żółtym wąsem. Pod stołem łaził Tolek i wyciągał ręce do obcego buta.

— Pewno trza go zabierać — domyślił się He­niek, przystanąwszy wyczekująco.

Wtedy mama pociągnęła go za rękaw: — O, jest. Czemu się nie ukłonisz? —

Heniek ostro szurgnął nogami. Źrenice jak skóra twarzy bezbarwne, pod nawisłą brwią przyjrzały mu się bacznie.

— No, jak się nazywasz? — spytał zająkliwy głos.

— Żelazko Henryk — wyraźnie, po szkolne­mu — zadudnił chłopak i stał nogę o nogę ocierając, niecierpliwy, bo na podwórzu ścigali się do mety.

Oczy mamy w czerwonej, zziajanej twarzy rzucały niespokojne wejrzenia dookoła. Na kuchnię, gdzie z bulgotaniem gotował się kapuśniak w czar­nym, żelaznym garnku, na Tolka i nawet na drzwi. Żeby uczepić oczy byle gdzie, patrzał Heniek na fuksję na oknie, która zwieszała ozdobne blado czerwone kielichy; pocierał bose stopy jedną o drugą i czekał.

— Ten pan, widzisz, ojca znał — rzekła mama i zaraz podbiegła do kuchni, bo kapuśniak ki­piał. Wracając, zdjęła po drodze fotografię w bronzowej ramce. Od przodu patrzało tam błyszczące zdjęcie Feliksa Błaszczyka w czarnej muszce na sztywnym półkoszulku, pod niem odwrocone było inne: mama z wiankiem na welonie, mama o poło­wę chudsza, przesłonięta kwiatami, w uśmiechu po­kazująca równe, białe zęby. Heniek także podszedł do stołu i nie ważąc się przechylić zbytnio, oglądał zdaleka.

Ludzie na fotografii byli jak nieznajomi, choć wiedziało się kim są. Heniek nie znał welonu, ani zębów mamy w takim równym rzędzie, ani człowie­ka obok, ojca.

Matka siedziała teraz z mokrymi oczami: — Przez niego wypłakałam młodość, samą mnie z sie­rotą ostawił i siebie zmarnował — mówiła głosem także obcym, przysypanym chrzęszczącym piaskiem chrypki. •

Palce gościa wczepiły się między siebie jak zębate koła. Nagle rozwarły się i ostrożnie ujęły fotogra­fię ze stołu. Przypatrywał się Heńkowi wyraźnie dla porównania. Pan Łobziński, zrozumiał Heniek nagle. Zerwane nici między nim, a człowiekiem z fo­tografii nanizały się w jednej chwili.

— A mąż pani co robi? — pytał Łobziński swoim niepewnym, zająkliwym głosem.

— Przy kolei. Nie pije, porządny człowiek, nie mogę powiedzieć — powiedziała mama już zwyczajnie i znów oczami rzucała naokoło.

Gość chrząknął, chciał coś rzec, chwilę jeszcze potrwało, aż pod stół spojrzawszy, wymyślił pytanie:

— To jedno tylko przybyło? —

Mama odpowiedziała żywo. Chwilę jeszcze roz­mawiali, czy pan Łobziński na stałe wrócił do Warszawy, potem Heńkow\i kazała brać Tolka, bo się napierał hajty. Kiedy jednak Heniek, szurgnąwszy sto­pami, zabierał się do wyjście, gość wstał, chudy, nie­duży i też zaczął się żegnać: — No to wszystkiego dobrego i już pójdę. —

Mama podała rękę i zatrzęsła suchym ramieniem gościa w obszernym rękawie.

— A możeby on mnie do tramwaju odprowadził, co? — spytał, oczami ukazując chłopca.

— A jakże, Heniek, idź do przystanku i zaraz wracaj — nakazała mama pośpiesznie i jakoś suro­wo.

Poszli przez podwórze. Stary okiem rzucił na drzewo, puste platformy i dzieci. Uśmiechnął się: — Dobrze tu macie. —

Heniek szedł posłusznie i stosował się do kroków stóp w kamaszach.

— Ale ty dziewięć lat masz, jużeś duży — rzekł obcy.

Heniek tylko zgodnie stopami o bruk ulicy kla­skał, uśmiechając się wstydliwie, mówić nie było co. Wóz turkocząc po kamieniach głuszył słowa, ale Łobziński przekrzyczał turkot.

— Gdzie przystanek?

— A tu zara, koło Wroniej — usłużnie obiaśniał Heniek.

Wąsy poruszyły się, chuda twarz zajrzała blisko. — Szkoda, że ojca nie możesz pamiętać. A na książ­ce czytasz? — i ledwo Heniek zdołał głową kiwnąć, dodał: — Duży już jesteś. Mógłbyś do mnie przyjść, chociaż daleko, na Targówku. Synów mam, starsi dużo, ale nie szkodzi. Przyjdź. —

Heniek głową poruszył niepewnie.

— A ojczym dobry? — spytał Łobziński znów.

Pytania były nagłe, nienawykłe i trafiały celnym chwytem. Heniek odczuł niepokój jak w szkole przy zadaniu, kiedy rozbudzona myśl odnajdowała rzecz nieznajomą, niby trudną, a prostą.

Dobry to był ojczym? Dotąd Heniek pomyśleć nie zdążył. Pasem bił, ale tylko w złości. Czasem, rzadziej niż dawniej, dawał na karmelki, na pestki. Jaki był?

— Dobry — odrzekł tedy szybko i raz jeszcze objął uważnym spojrzeniem twarz ciasno żółtą skórą powleczoną.

Dłoń z palcami o zgiętych kostkach wydobyła z kieszeni trzy duże, starte piątki miedziane. Nawet w dłoni wyczuwały się gładko, tak się zatarł orzeł i napisy.

— Na tramwaj schowaj, a tu masz adres. —

Widać zawczasu przyszykowana była kartka.

— Przyjedziesz, co? —

Heńkowi twarz zalała się ogniem, ścisnął kopiejki wilgotną od potu garścią. Chciał o coś spytać, żeby też było ważne, może o ojca, ale wyrzekło się tylko:

— O, tu przystanek.

Tramwaj szedł nie często. Raz na pół godziny.

— Przyjedziesz? —

— A kiedy przyjechać? — odważył się Heniek.

— W niedzielę najlepiej, wszyscy mają czas. —- Stary zdjął sukienną czapkę z daszkiem i znów pokazało się czoło zmarszczkami wszerz poliniowa­ne, nizkie i nad nim gładkie, siwiejące włosy. Rolwagi i furmanki ogłuszająco stukały po kamieniach. Ludzi było niewiele na ulicy o tej porze w fabrycz­nej dzielnicy.

Głos ciężko słowa ciągnący powiedział:

— Trzeba, żebyś wiedział o ojcu, panie i tak, o wszystkiem. Duży jesteś. —

Żeby choć jeszcze nie jechał tramwaj, przelecia­ło Heńkowi, ale już wprawnym uchem chwytał drże­nie szyn i odległe dzwonienie.

— Tramwaj — rzekł żałośnie, podnosząc oczy.

Szeroka ręka uderzyła go zlekka w ramię. Spoj­rzenie napotkało prosto wyblakłe, uważne źrenice.

— Bo to — rzekł stary — z trudem wyciągając słowa: — Nie samym chlebem, panie, człek żyje, rozumiesz? Przyjedziesz, co? — usta jak zagojona szrama blade i cienkie rozciągnęły się w uśmiechu pod wąsem.

Z tramwaju kiwał ręką. Dopiero, kiedy znikł, Heniek kłusem puścił się w stronę domu. Niedaleko do­mu dopiero przystanął. Od biegania waliło serce. Na Lesznie, na wystawie u Preissa wywracał oczy zna­jomy chińczyk z herbaty. Każdy kamień na tym od­cinku ulicy znajomy był Heńkowi, ale za Lesznem była Żelazna, dalej Chłodna i obca Elektoralna wiodły ku miastu. Ulicami, szynami, własnymi nogami szło się tędy, daleko w świat do obcych spraw. Tam były i takie, gdzie się nie samym chlebem żyło.

Zachciało mu się pędu. Przestrzeń ulicy skróciła się, podwórze i brama zlały się w jedno, naoścież roz­walone drzw i izby zakołysały się w zawiasach. Mo­kra ręka mamy wycięła w pysk jak batem:

— Co jest? Jak lecisz?

Heniek z dużego zmalał odrazu, gorące oczy napłynęły łzami, stał pod ścianą i widział przez wilgot­ną mgłę, deski podłogi zadeptane koło drzwi.

— Tolka weź na dwór. —

Tolek wyciągnął okrągłe rączki i ślinił się: — Weź, we. —

Heniek posłusznie ruszył do niego, omijając mamę wzrokiem.

— Mówił ten jeszcze co?

— Ni.

Jeszcze raz mama zastawiła drogę, wyrosła jak ściana. Jej kretonowa, fałdzista spódnica woniała kapustą, nad spódnicą były wielkie zwały piersi i bluzkę przepinała twardo stalowa agrafka. Wyżej już Heniek nie patrzył.

— Żadnego chodzenia tam nie będzie — rzekła mama, biorąc w dwa palce podbródek Heńka. — Słyszysz? Jak pójdziesz, własną ręką zatłukę. Jedne­go dosyć. No, jazda.

Jeden to był ojciec, niewypowiedziane słowo „drugi“ ogarniało Heńka, poczuł ściskanie dziwnego stra­chu.

Tolek siedział tymczasem mokry na podłodze i beczał. Heniek dźwignął go, otarł suchym gałganem i szedł do sieni. Już fajerkami na kuchni stukając, krzyknęła mama jeszcze raz:

— Zapamiętaj se.

Bose pięty stuknęły o próg, drzwi skrzypnęły. Klimcia łowiła uchem, zdawało jej się że w jęku za­wiasów zginęła odpowiedź, ale nie było jej tam wcale. Zmarszczyła się gniewnie. Nie taka już była jak wtedy, kiedy się ten chłopak urodził, dziecinna, niewiedząca, cała przemieniona w miłość i wieczne cze­kanie na Jacka. Wtedy, w dziewięćsetnym pierwszym, mało kogo spotykało takie nieszczęście, ale już w trzy lata później drżały Twarda, Żelazna i Lesz­no echem strzałów, a na Grzybowskim Placu końskie kopyta nurzały się w ludzkiej krwi i z sąsiednich do­mów nie jednego już wyw lekali za dnia, lub nocą z mieszkań za rewolucję.

Już się stała ludziom znajoma. Jedni wyrywali się ku niej obłędnie, własne życie za nic mając, drugim obiawiała się nocnym do drzwi łomotem, żebraniem po urzędach carskich, listami z dalekich stron.

Dopiero wieczorem w łóżku, kiedy dzieci już spa­ły, po długich namysłach, rzekła Klimcia mężowi o gościu. Więcej z bojaźni, że chłopak sam coś powie, niż z chęci do takiej rozmowy.

Czarne oczy Feliksa nie duże, a bystre ożywiły się gniewnym blaskiem.

— Poco ten chodzi? Czego chce? Jakbym na drugi raz w domu był, słyszysz, za kołnierz wezmę. —

Twardą ręką niemiłosiernie ścisnął jej ramię.

Zaszeptała gorączkowo: — Kiedy słyszę, Felek, czego się drzesz? Prosiłam go? Przecie to Heńka chrzestny, zobaczyć go przyszedł.

Z pod rozgrzanej pierzyny aż rękami i nogami wypłynął Błaszczyk, zazwyczaj spokojny i niegłośny.

— Jak Boga kocham, ciebie nawalę, jak chłopak tam pójdzie. Kto wi, jak tego policja zna. Za takim szpicle krok w krok chodzą. Chcesz, żebym robotę stracił? Dasz dzieciom chleba? Nie wisz, co to chleb dziś jest?

Wiedziała. Zaraz sama zaczęła tłomaczyć, że tyl­ko myślała, jakby tego gościa pozbyć się bez gnie­wu. Podsunęła się w zapale bliżej, aż go rozgrzała gładkością rozprażonej pod pierzyną skóry. Ale już podając się mężowskim rękom, w myśli zgodna z nim że chleb dla dzieci najważniejszy, poczuła przecież żal, nakształt wzgardy, że ten oto nie zna się wcale na innych sprawach gorzkich, życie trujących, ale nie wiedzieć czemu, wyższych.

Dopiero rankiem splunęła na te myśli: grzech — i odegnała je, bo już trzecie dziecko zaczynało jej żyć pod sercem i wszystkim trojgu miał być najpotrzeb­niejszy spokojny chleb ludzi cichych.

Mim o to udało się Heńkowi iść na Targówek. Nawet niebardzo się pytał. W niedzielę chrzestni Tol­ka, Kowalscy siedzieli z rodzicam i przy stole. He­niek ubrany odświętnie kręcił się po izbie, aż zapytał.

— Mama, polecę z chłopakami?

Matka zaś, Tolka koło siebie posadziwszy, nieo­czekiwanie zgodziła się zaraz:

— A leć, ino się nie powalaj.

Mieszkanie Łobzińskich na Targówku podobne było do innych znajomych izb, a przecie nie takie same.

Podłoga piaskiem posypana, wodę nawet nosili z podwórza, stała we wiadrze opodal kuchni, ale pod ścianą była nieznajoma trzcinowa rzecz, etażerka, mówili, z książkami. Nie było tam żadnej matki, tyl­ko siostra starego, ciotka. Nad jej łóżkiem wisiał mały, ciemny obrazek święty, innych wielkich kolo­rowych jak w domu nie było wcale, ściany rozpościerały się zielonkawą, czystą pustką.

Młodzi Łobzińscy byli całkiem dorośli, nawet młodszy musiał już mieć z siedemnaście lat. Przywi­tali się z Heńkiem poważnie i rękę mu trzęśli.

— Żelazko mały — rzekł im stary, a oni kiwali głowami, resztę już wiedzieli.

Starszy nosił już sztywny kołnierz. Młodszy Leon miał piegi na nosie, bystre oczy i wielkie, czerwone ręce. Starszy uczył się na tramwajarza. Rozmawiali ze sobą i Heniek cały w ogniach siedział na stołku. Głupio mu jakoś było.

Ciotka nosiła okulary i miała malutką, uschniętą twarz. Ona jedna pytała wciąż. Ile ma lat? A rodzeń­stwa ile? Potem znów ile lat ma Tolek i na jakiej kolei pracuje Błaszczyk Feliks?

Chłopak Leon opowiadał o kimś, kogo pobili moc­no. W Heńkową pamięć wbijały się słowa. „Jak go trzasnął, to z krwią dwa zęby wylecieli, oko mu się całkiem schowało, tak spuchł, a znaki na palcach sine jak żelazo”.

— Takby z człowieka rację wypruć chcieli — stary na to — ale nie wyprują.

A na pytające spojrzenie Heńka rzekł: — Żandarmy.

Długo, długo latami myślał kto to tak pobity zo­stał, ale wtedy nie śmiał jeszcze pytać.

Łobziński siedział przy stole na wyplatanym krześle, mówił mało co, tylko do kubka z białą kawą, którą postawiła Heńkowi ciotka, podsuwał szklaną cukiernicę z kostkami cukru potłuczonymi na małe kawałki.

Młodzi mówili między sobą nieznajomym i słowami: Klasa robotnicza i polityka rządu, socjaliści i niepodległość.

Heniek tylko słuchał, uszy mu się czerwieniły, nic nie rozumiał, a chciał wiedzieć. Za oknami szczeka­ły psy. Targówek był jak wieś. Heniek chciał wstać, żeby wrócić na czas, ale stary dźwignął się i z eta­żerki na stół przyniósł parę gazet. Leon i starszy Wi­cek, tak i dorosły wnet jak sam Błaszczyk, zaczęli za­raz przebierać w szeleszczącym papierze.

Dziwny to był papier. Żółtawy, cienki i sztywny. W małych, ramami pokratkowanych okienkach iz­by siniał dzień i litery rozpływały się trochę. Ciotka obróciła klucz w zamku. Brunatny palec starego po­kazał Heńkowi miejsce: — Czytaj.

Mimo dziewięciu lat skończonych, niepiękne było to Heńkowe czytanie. Oburącz tedy przytrzymał obcy papier, oczami wpił się w rzędy znaków i z wysiłkiem , głośno, żeby wstydu nie było, zaczął odstukiwać słowa:

…„Jakiemi środkami carat zwalcza nasz ruch robotniczy. Raz. Ogłoszenie całego nieomal państwa rosyjskiego w stanie wzmocnionej obrony. Dwa. Chłosta demonstrantów. Trzy. Salwy karabinowe do robotników. W Dąbrowie zabito dwuch, w Batumie trzydziestu. Cztery. Kaźnie. Pięć Katorga. Zesłano: Kaczora Stefana, Rolińskiego Michała, Żelazko Jacentego…”

Brunatny palec posuwał się jeszcze dalej i Heniek stukał posłusznie:

„Siedem. Zamęczenie na śmierć i powieszenie Pakuły, Roguta i wielu innych“.

Dopiero skończywszy, wrócił Heniek pośpiesznie oczyma do liter, które układały się w znajome słowa. Tam się odnalazł ślad niezatarty po tym, co zginął jak kamień ciśnięty w wodę. A przecież widać żył naprawdę i kłamstwem było, żeby nic, a nic nie zostało po nim.

— Wisz co to kaźń? — zapytał sprytnie Leon, bo mu się przez cały czas zdawało, że chłopak nie wie co czyta. — Bicie, katowanie. —

— Dla ciebie chowam — rzekł Łobziński i położył całą dłoń z wystającymi kostkami palców na po­żółkłej gazecie.

Heniek przypatrywał się literom, które układały się w nazwisko jego ojca, a potem drugim imionom i nazwiskom też zesłanych na katorgę i umęczonych na śmierć. Już się kąty izby koło cebrzyka, przy kuchni i etażerce zaczęły wypełniać gęstym cieniem zmierzchu i Heniek musiał lecieć do tramwaju.

— Przyjdziesz znów?

— Jakbym tylko mógł — westchnął i kiedy go odprowadzili, ucieszył się dopiero z całej siły, że był tutaj i pożałował, że trzeba wracać.

Dopiero zdaleka, w domu, z dzieciakami, przy codziennym barszczu z kartoflami, życie na Targówku nabrało prawdziwej ważności. Między Heńkiem, a domem niespodzianie zaczęła wyrastać odmienność. On sam płonął chęcią pokazania jej. Zaczęło się od podwórza.

Któregoś dnia Józek Kirszonek, malarza syn, zo­baczywszy na podwórzu Błaszczyka, rzekł Heńkowi.

— Twój tata do dom idzie…

Wtedy Heniek odrazu: — Wcale nie mój tata, bo mama drugi raz zamąż poszła.

— Toś ty nie Błaszczyk? — zdziwił się Józek, bo na podwórzu tylko imieniem się wołali i nikt do­tąd nic nie wiedział.

Heniek od niechcenia ułamał patyk i rzekł: — Mój ojciec to na Sybirze umarł.

Józek aż usta otworzył. Pokręcił się chwilę i zaraz zwiał. Dopiero po chwili wrócił z innymi. Stanęli półkolem, a Józek ze skrofulicznymi oczami, bosy, w środku. Oczy im się śmiały. Heniek podwórzo­wych zwyczajów świadomy, zrozumiał zaraz, że kpić będą.

Mocny Stach z pralni rzekł pierwszy: — Toś ty katorżnika syn?

Heńkowi zabiło serce, aż w boku kłuło, nic nie mówiąc, skoczył ku Stachowi.

A Stach z rękami w kieszeni i z uśmieszkiem: — No, co powiesz, pewnoś się tyż na Sybirze urodził, bo mówić nie umiesz?

Chude, twarde pięści Heńka wycelowały w samą uśmiechniętą twarz i lekko, bylejak zostały odep­chnięte, aż o ziemię huknął i zarył się w twardo ubity piach. Oczy i nos wezbrały wilgocią. Jakaż tam racja tego, co bić nie umie?

Ale Heńkowi ledwo na chwilę pokazało się dwoja­kie oblicze wszelkiej rzeczy, świadomość, że to, co było dla jednych chwałą, inni mieli w pogardzie.

Podwórze jak odmienione zaraz wyciągnęło pierwsze ręce do niego. Starczyło, że najstarszy i najmoc­niejszy Stefan, co już do pomocy na fabrykę chodził, powiedział z uznaniem:

— To twój ojciec był polityczny?

I wdał się z nim w rozmowę.

W mgnieniu oka podwórze uznało niezwykłość zdarzenia i nawet rychło przywykło myśleć, że He­niek, co wcale nie był synem kolejarza Błaszczyka, nie jest bylejaki. Nawet matka nieśw iadomie pomo­gła do piastowania tej odmienności. Żeby nie wiem jak potrzebować, nie podkładała jego kajetów pod go­rące garnki i nie wydzierała kartek. Ledwo mały Maniek siedzieć potrafił, Tolkowi był dany do pil­nowania.

Jeżeli za Heńkiem ciągnęła się nić dawności, Klimcię życie minione opuściło zupełnie. Po raz drugi ziściła jej się rzecz upragniona, działo się u niej w do­mu zwyczajnie jak u innych. Ludzie, co przychodzili, to byli sąsiedzi, nie żadni towarzysze. Należał im się poczęstunek, nie ukradkowy nocleg. Z odkładanych groszy przybywały, jak należało, sprzęty i naczynia. Na nowym podwórzu miała godność kolejarzowej żony. Czasem tylko, choć rzadko, pamięć przerzucała most do Klimci z przed dziesięciu lat ale nie było już przejść po nim kolejarzowej.

Oto stróżka oparła się na miotle i przyjmowała życzliwie zamówienie, żeby dla pani Błaszczykowej był klucz od góry. Na podwórzu wiatr obracał w leju cienkiego kurzu ostatnie uschłe liście orzechowe. Chłopaki bawili się w żandarmów. Chuda stróżka o zapadłej piersi z zaufaniem opowiadała co się dzieje na świecie. Oblizała szybko suche wargi:

— Rano mojego wołali do cyrkułu. Przyszedł a tam już byli z całej ulicy inne stróże.

Klimcia słuchała z ciekawością, splótłszy na brzuchu spracowane ręce.

— Że to, powiada im naczelnik, wy także jeste­ście członkami obrony rządu cesarskiego. Wiecie, że tacy, owacy, co w Boga nie wierzą chcą cały porządek do góry nogami przewrócić. Więc jakbyście zoba­czyli, że się na ulicy gromadzą, przyglądać się ma­cie, kto co mówi. Jakby się gdzie po mieszkaniach schodzili, dawać znać i bramy zamykać. Dwadzie­ścia pięć rubli za każdego. Tak powiedział.

Żylaste ręce wczepiły się w miotłę, na szyi rysowało się grube wiązanie żył. Od szorowania scho­dów, od prania stróżka była zawsze w połowie trochę ku przodowi zgięta. Wymówiła dwadzieścia pięć, jakby cukierek smoktała. Kolejarzową Błaszczyk od zamierzchłej strony minionych lat, nawoływała gdzieś Klimcia Żelazkowa, co chciała bronić męża od żandarmów rękami, ciałem, krwią.

— My naturalnie swoje uważamy, ale żeby na ulicy za kim patrzyć to już nie. Tylko czy się znów co nie szykuje?

— Jakże? — przestraszyła się kolejarzowa.

— Bo w piątym roku, jak dziś pamiętam, latem, gdzieś w lipcu, też do cyrkułu wołali.

A Błaszczykowa na to popędliwie: — Jużbym ja tam za lokatorem nie chodziła. Mogą mi nakazać w czyjeś mieszkanie patrzeć?

— Moja pani, już ja poznam, gdzie się goście schodzą, a gdzie tacy.

Przygaszone, kiedyś chyba piwne oczy Janowej łyskają chytrze. W Klimci kipi dawną zawziętością. Tacy, zrobili jej to co złego?

W samym szarym tumanie, koło śmietnika kręcił się teraz Tolek i zbierał liście. Poskoczyła ku niemu gniewnie, pociągnęła za sobą. Choć już na zawsze przestała być żoną Jacka, nie było przecie sposobu żyć, jakby się odrazu było tylko Feliksową Błaszczyk. Dotknąć, a otwierają się stare rany.

Z nastaniem jesieni skończyło się Heńkowe latanie na Targówek. Już mało kiedy udawało mu się skraść niedzielę. Prędko jak wiosenna trawa pleniło się wtedy ziarno niechęci do domu na Lesznie. Bła­szczyk teraz, jakgdyby zarabiał mniej. Borgowali trochę w sklepie, nie gotowali mięsa. Palto, choć po­trzebne, miało nie być. Łatwo wpadali w złość doro­śli, ale najgorsze oddawna były soboty. Heniek nie­nawidził je.

Po izbie rozlewała się wtedy szeroko woda do szorowania. Spienione mydliną strumyki wyganiały do sieni. W sieni też szorowano schody i trzeba było iść na podwórze w pluchę i zimno, razem z dzieciakami. Pachniało ługiem. Co chwilę leciało się po coś do sklepiku. Za ścianami sąsiednich izb tu i owdzie buchały krzyki zwyczajnych, sobotnich awantur. O tygodniówkę, o babskie czatowanie na wypłatę przed fabryką. Czasem ktoś z twarzą krwią za­laną leciał do sieni i krzyczał:

— Policja.

Na rogu Wroniej był szynk. Tam, w sobotę naj­częściej z dzwoniącym jękiem leciały szyby na bruk. Ludzie zbijali się w czarny kłąb. A kiedy Heniek przepchnął się, żeby popatrzeć, zawsze tam było lekie błoto krwi na twarzach, na rękach i zdarte kołnierze albo rękawy opadały łachmanami. Krzykliwa trąbka karetki zaprzężonej we dwa konie zwoływała ludzi z Leszna.

Zaś wieczorem do Błaszczyka przychodzili znajo­mi kolejarze. Wtedy zawsze budził się mały Maniek i krzyczał. Mężczyźni też wrzeszczeli głośno. Heniek nienawidził soboty.



Zachciewało mu się wtedy do Łobzińskich, gdzie wszystko było odmienione, nawet klęli inaczej: Psia­krew, szpicle, dranie — tu zaś mówili: Pies ci mordę lizał — i — skurwysyn.

Chłopcy nie czytali tu gazet jak Łobziński Leon. Grali w karty na schodach, a więksi, ledwo podrośli obejmowali po sieniach dziewczyny i z rękami za­nurzonymi w ich bluzkach rozpierali się dumnie i odrzucali kopniakiem każdego, kto przeszedł z „gnidów“. Gnidy to byli tacy jak Heniek, nie całkiem mali, a przecież jeszcze dzieci. W sobotę też mama pierwszy raz dostała bicie.

Kto przyniósł pierwszy wiadomość o prasowaczce Andzi? Może nikt, tylko same zdarzenia wyrzekły, co trzeba. Błaszczyk przepadał wieczorami i na dom dawał, aby zbyć. Aż się wydało, że chodzi do Andzi. Matka tego dnia jakby urosła, zacięła zęby, ręce wczepiła pod boki i dyszała:

— Może nieprawda?

W izbie jasne deski parowały po szorowaniu, jutrzejsza niedziela pachniała świeżym, rumianym bochnem chleba. Błaszczyk, nie śpiesząc się, wstał i ciężką ręką raz po razie uderzył mamę w twarz i pchnął w piersi. Stołek huknął o podłogę, Maniek zaczął beczeć, oczy Błaszczyka wyłupiły się w ponurym ogniu.

— Na dom daję? Bachora ci chowam? Brakuje ci co?

Potem w kącie spokojnie buty na połysk czyścił szmatą, nie zważając na wrzaski Klimci i krzyki Mańka. Chodził do prasowaczki, prawda, ale przecie rozumiał, że to nie ślubna żona. Żadnym, mówił, chamem nie jestem, do domu nie sprowadzam, usza­nowanie masz.

Praw da to była — i Klimcia zamilkła. Tylko He­niek na podłodze długo nie mógł się odczepić od wystraszonego Tolka. Nie upominali się o łóżko i sie­dzieli w kuczki, aż mały zasnął. Musiał być późny wieczór, bo podwórze ucichło. Błaszczyk drzwiami trzasnął i poszedł. Mama wycierała oczy i nos w far­tuch. Heniek nie patrzył w jej stronę tylko za firankę, na szybę okna nalaną gęstą, lśniącą ciemnością. Stamtąd przyszła mu myśl: Ucieknę stąd precz.

Razem z Tolkiem zasnęli tego dnia na podłodze i dopiero rankiem, jakby nigdy nic, obudzili się na żelaznym łóżku.

Miała więc Klimcia życie powszednie, którego jej się chciało. Tak się złożyło, że syn Jacka też odwró­cił się teraz od niej. Ledwo przemówił słowem w do­mu. Feliksowi wymigał się zuchwale, jej w oczy nie spojrzał. Rozumiała. Głupi dzieciak, miał ją w po­gardzie zato, że bicie ścierpiała. Już przepadał każ­dej niedzieli na pół dnia. Nie pytała nawet gdzie. Niechby myślał, że nie widzi. Jeszcze Feliks mógł wykryć co i zdarłby mu skórę, bo już nie lubili się całkiem wyraźnie.

Wnet jednak gorąca nienawiść i złość ucichły, przyczaiły się w pracowitej codzienności. Klimcia jak zawsze spała w tym samym łóżku z Feliksem, ci­snąc się do ściany. Zawsze na świecie tak bywało, nie inaczej. Nic się nie mogło zmienić w życiu z od­wiecznych prawd.

Heniek zaś w kalendarzu niecierpliwie obrywał kartki z czarnymi liczbami, byle prędzej do czerwo­nej niedzieli. Na Targówku u Łobzińskich mówili ludzie, książeczki i gazety na głos odczytywane, że się życie musi odmienić całkiem.

--------------------------------------------------------------------------------------------

Los Marietki dokonał się zadziwiająco szybko, ob­sypawszy ją wszelkim szczęściem. Już niedługo go­niła go po obcych ulicach miasta. Mając osiemnaście lat wyszła za Wacława Krzeptowskiego, urzędnika poważnej instytucji prywatnej w odpowiednim wieku po trzydziestce, z odpowiedniej rodziny i z takąż pensją.

Uczyniła to z niemałą radością i gorącym pragnie­niem rozpoczęcia życia na serio. Krzeptowski był to przystojny, rycerski, wielkomiejski młody człowiek. Miał łagodne, szare oczy i pokochał odrazu Marietkę z łatwością wewnętrznego przyzwolenia na miłość tak niewinną, w poważnych zamiarach. O przyzwo­lenie jego rodziny było nieco trudniej.

Życie na serio potoczyło się w trzech pokojach z kuchnią i łazienką na Erywańskiej. Tu nastąpiły rzeczy ważne. Urodził się chłopiec Jurek i Krzeptowskiemu podwyższono pensję.

Dokonawszy tego, los zastygł w bezruchu, przystanął w miejscu, jakgdyby wyczerpał wszystko, co mógł uczynić dla swej ulubienicy.

W ciągu najbliższych lat cieszyła się Marietka mi­łością rzeczy powszednich, wierzyła w radosną wagę nowej lampy i udanego prania. Dzień jej żywił się drobiazgami, jego najgłębszym sensem był Jurek. Jego uśmiechy, pierwsze słowa, tajemnicze objawie­nie pierwszych spostrzeżeń.

A przecież nie stało się prawdą to, co głosiła mą­drość rodzinna, że Jurek na zawsze zakończył odręb­ne istnienie dawnej Marietki. Nowa pamiętała o niej i nieświadomie prawie obiecywała sobie wrócić któ­regoś dnia do tej poszukującej, która posiadała zdarzenia dni na wyłączną własność. Ale brakło czasu. Zabierały go powszednie, ważne wydarzenia. Nowe mieszkanie. Pierwsze ząbki Jurka. Uparcie wśród tych spraw zachowywała się dziecinna, ludz­ka wiara, że któregoś dnia odnajdzie się ukryty sens istnienia. Obok niej żyło w Marietce, nigdy niewy­gasłe podejrzenie. Nie ufała już światu. Raz jeden przestraszona w słoneczny, wiosenny dzień, nie odzyskała nigdy wiary w niewinny spokój świata. Wniosła nerwowość do pogodnej rodziny Krzeptowskich. Przyszła zima, która ujawniła to w sposób gwałtowny. Warszawa drżała wydarzeniami, o któ­rych już mówiły gazety.

Do śródmieścia dochodziły osłabione echa. Tyle tylko, że zamykano sklepy, ledwo się ściemniło. Któregoś wieczoru zgasły rozbite latarnie. Daleko, daleko od Erywańskiej, na Grzybowskiej, na Wroniej stały barykady. Krzeptowski łagodny i spokojny pocieszał w zburzoną Marietkę jak dziecko:

— Kochanie, w śródmieściu jest zupełnie spo­kojnie. To organizują męty na peryferiach.

W mieście była już „wzmocniona obrona“ . O siód­mej zamykano bramy. M arietka chciała wierzyć, że jest spokojnie. Ale przecież, potwierdzając przeczucia, żyła niewiadoma sprawa, ujrzana niegdyś, czyż można było zapomnieć o niej?

Pogodę wieczoru w kręgu lampy, pod abażurem, którego brzeg drgał ruchliwymi frendzelkam i szkli­stych paciorków, mąciły nagłe salwy. Marietka zry­wała się z biciem serca.



— Ona raz przeżyła rozruchy uliczne i odtąd jest nerwowa — tłomaczył ją łagodnie Wacław.

Marietka była nietylko jego żoną, pozostała nie­bieskooką dziewczyną w koronie jasnych warkoczy.

Rodzina Krzeptowskich w tych dniach budowała spokój. Ich gazeta, „Goniec” twierdziła bagatelizu­jąc:

„Strajk najwyraźniej się nie udał. Przedewszystkiem nie zdołano go przeprowadzić na najważniej­szym punkcie — kolei Wiedeńskiej. Pracownicy okazali stanowczy opór. Nie pomogły wybiegi, ani gwałty i zamachy, ani psucie linii i telegrafu. Zdrowy sens zwyciężył.”

W skupionej ciszy odczytywał Krzeptowski wie­czorem w gronie licznej rodziny ogłoszenie władz:

„Przy roztropnem i spokojnem zachowaniu tutej­szej ludności, wobec niepokojów zaszłych w niektó­rych miejscowościach cesarstwa, prawidłowy bieg nie został zakłócony w tutejszem mieście. Widząc w tem zapewnienie zachowania i nadal spokoju, pan oberpolicmajster wzywa ludność…”

Pani Krzeptowska, matka Wacława w czarnej, ko­ronkowej bluzce na chudej piersi, wzdychała: — Miejmyż nadzieję, że się uspokoi.

Nazajutrz, wczesnym rankiem po kamieniach bruku dudniła platforma. Na lutowym mrozie po szarej, zmarzniętej grudzie raźno turkotały koła.

— Hop, hop, jedzie chłop — przyśpiewywała Marietka synkowi w takt turkotu. Platforma była nała­dowana i przykryta od mrozu zgrzebną płachtą. Wiatr wesoło zmiatał suchy puszek śniegu z chodni­ków i odrzucał figlarnie róg twardego płótna. Pod płachtą leżały ułożone porządnie buty na wyprosto­wanych sztywno ludzkich nogach. Zwyczajne, zniszczone buty. Krew już chyba później zmyśliła sa­ma Marietka, kiedy puściła z rąk Jurka i zaplątana w tiul firanki, rozpychając sztywne liście oleandrów, krzyczała przeraźliwie, rozdzierającym krzykiem szaleństwa. Krzyk wstrząsnął mieszkaniem, gdyby nie zamknięte i zaopatrzone na zimę okna, wybiegłby chyba na ulicę, zwołując miasto, w którym nie został zakłócony prawidłowy bieg wypadków.

W ciągu dnia sprawdziło się. Daleko, daleko od Erywańskiej, na Woli padło dziesięciu bezimiennych ludzi.

— Tak dają się podburzać i giną napróżno robot­nicy i garstka lekkomyślnych studentów — mówił Krzeptowski. Pionowe zmarszczki przecinały mu czoło.

— Wcale nie służą sprawie wyzwolenia. My żądamy autonomii Polski, ale inaczej będziemy dążyć do niej.

Zaciskał przytem ręce w pięści i bębnił zlekka po stole. Nie wypowiadał głośno swoich myśli o właści­wej polityce. W życiu codziennym nie było można dostrzec, że je piastował. Ale uparcie wierzył w spo­kój i nieważność zajść. Okazywał zimną krew i nie opuszczał pracy, nawet po nocnych salwach, mimo próśb Marietki.



— Bądź spokojna. Nic się nie stanie — powta­rzał, zasiadając do śniadania i później, ubierając się, codzień o tej samej godzinie. Był najbardziej wzoro­wym urzędnikiem i przekonanie o tem, dawało mu pokrzepiające poczucie swej wartości. Marietka pa­trzyła za nim przez okno na obcą ulicę, na której czyhały niespodziane wystrzały.

Przynosił też do domu uspakajające wieści, ale Marietka nie wierzyła już w równowagę świata…

Niepokój ten, zaczajony głęboko dotyczył nie tylko spraw dalekich, ale innych, związanych z jakąś wła­sną, nienazwaną sprawą. Już się wydawało, że go niema wcale, kiedy radość opadła zeń jak łachman, obnażyła się niezaspokojona tęsknota, chciwość życia i okrucieństwo w dążeniu do spełnienia. Stało się to również w niewinnej jasności wiosennego dnia.

Marietka haftowała atłaskiem rozkwitłe róże. Słońce rozjaśniło bezduszną zieleń pluszu na meblach salonu. Lustro, wysokie tremo w złotej ramie, na rachitycznych nóżkach pokazało jej nagle siedzą­cą naprzeciw kobietę, której włosy skręcone w węzeł opuszczały się nad karkiem, postać nabrała nieco tuszy i strach pomyśleć, od przyjazdu do Warszawy, od jakichś wędrówek po ulicach minęło sześć, nie sie­dem długich lat. Serce Marietki zaczęło uderzać gło­śno, nierówno. W kuchni stukano naczyniami. Sy­tość chwyciła ją za gardło, legła na piersi ciężarem niezużytych sił. Własny świat odczarowany z uroku leżał przed nią.

Bujne kwiaty, niebieskie i złote kwitły nieprawdziwie na granatowej tapecie. Kaflowy piec z zielo­nej majoliki podążał aż ku gipsowym girlandom sztukaterii. Z półek uśmiechały się białe pasterki i dzieci z koszami kwiatów. Martwookie tanecznice z rozwianymi fałdami porcelanowych spódnic, wła­snoręcznie odkurzane przez Marietkę zaludniały świat salonu z jego nieżywą zielenią i kwiatami na ścianie i na dywanach.

Kryształowy pająk, duma Marietki miał setki tęczowych, dźwięcznych wisiorków. Każdy z oddzielna musiał być wytarty, żeby blask załamywał się w przezroczystości i każdy codzień kradł jej chwilę ży­cia.

Zapragnęła je nagle wyrwać zazdrośnie dla sie­bie.

Odnajdowała później zawsze w pamięci ten dzień, choć był zaplątany między setki podobnych rozkła­dem i wydarzeniami. Korzenie tej chwili ukryte, niewidzialne sięgały najbardziej odległych lat, rosły już w tym, co było celem upartych dążeń Maniusi z prowincji, Maniusi biegnącej naprzeciw zdarzeniom, pragnieniu poznania.

W dniu, kiedy nieodmienione latami słońce ukazało przeinaczoną biegiem czasu Marietkę, spojrzała z niewdzięcznością na życie między Wacławem i Jurkiem, na urodę trzech pokojów z kuchnią. Jeszcze raz odkryła swoją tęsknotę do rzeczy nieposiadanych, do nieznajomych ludzi.

Pierwsza tęsknota zrealizowała się łatwo. Powstał z niej projekt wyjazdu, ale gdzieś daleko, może do c. K. Zakładu Zdrojowego w Krynicy. Wody zaczy­nały być modne. Opór Wacława był łagodny i po­błażliwy. Czyż nie napierała się tego jak dziecko? Dopiero w wagonie, między nianią i Jurkiem, do­znała Marietka pewnego odprężenia. Zaspokojone pragnienie pozwoliło obudzić się wyrzutom sumienia. Nie dotyczyły one podróży, ale gwałtownego pragnienia owego wyjazdu.

Wyrzuty jednak żyły spokojnie, niejako równolegle do zbudzonych pragnień. Kiedyś, później musiała Marietka przyznać, że dążyła do odmienności własnym, lekkomyślnym pragnieniem, że czyhała na nią uparcie, aż się znalazła.

Jaskrawe pola letnie, złote, zielone, pachnące pulchnością ziemi migały za oknami. Jurek szczebiotał i wyciągał do nich ręce. Miał trzy lata i był bardzo piękny. Nie przypominał matki, raczej ojca, od niej wziął tylko ciekawość dla otaczających przedmiotów. Uśmiechał się granatowymi oczyma i napełniał wszystkich czułością, radosnym spełnieniem skończonego piękna. Panowie pozwalali mu dotykać dewi­zek od zegarka, podróżujące panie uśmiechały się za woalkami.

Już w drodze poznał coś, czego nie było na Erywańskiej.

— Las, widzisz? — mówiła niania w chusteczce na głowie.

Las, cieszył się Jurek. Zaczynał życie, a jednocześ­nie, z nim, po raz drugi zaczęła je Marietka, jego matka…

Po przesiadkach w Krakowie i w Nowym Sączu, po nieskończenie długiej drodze, kiedy już nawet góry za oknami straciły czar, wyszedł im naprzeciw wą­wóz, cały w ciemnej, podgórskiej zieleni. Lasy na wzgórzach pachniały żywicą, powietrze miało chłod­ną czystość wyżyny. Główną Promenadą niebruko­waną i piaszczystą jechał fiaker między drewniany­mi willami z werandami i wdzięczną niepotrzebnością wieżyczek. Marietka udała się wprost, jak jej po­lecono do „Świetlanej” doktorowej Kochańskiej.

Jurek spał już na rękach niani. Spracowane wielkorękie dziewczyny, przystrojone w figlarne, białe fartuszki ochoczo pochwyciły walizy, ulokowały wielmożną panią, Jurka i nianię, śmiertelnie znużo­nych długą podróżą, upojonych zapachem bliskiego lasu i terpentyną, którą nacierano schody.

Marietka nie usypiała długo. Chciwym uchem ło­wiła szmery za ścianami, jakieś śmiechy radosne i gorące na dole, brząkanie na klawiszach i zwolna rósł niepokój, rosło ciszą karmione pragnienie unie­sienia.

Rano obudziło się trzeźwe, pełne radosnej cieka­wości do nowego miejsca. Wieś Krynica już się od­dzielała od zdrojowiska nędzą chałup i chruścianych płotków. Środkiem Promenady wyrastał dworzec gościnno zdrojowy, chluba Krynicy i pasowanie na prawdziwe ,,wody” przez sale balowe i koncertowe.

Miała już tedy Krynica lustrzane posadzki tanecz­ne, ale kiedy wieczorem lasy na wzgórzach stawały się ciemną, stromą ścianą i w restauracjach hotelo­wych do wiedeńskich sznycli grały węgierskie melo­die, C. K. Zakład zdrojowy tchnął mdłym zapachem zgnilizny. W beczkach wywożono nieczystości. Zgar­bieni ludzie nieśli na koromysłach z dalekich źródeł wodę do picia.

Nowi ludzie obiawili się Marietce najpierw w do­stojnej, budzącej nieco lęku pani Kochańskiej.

Zaraz z pierwszej rozmowy wynikało, że pani do­ktorowa żyje z pracy własnych rąk. Nieboszczyk zo­stawił tylko tytuł. Dziedzictwo to było jednak dość ważne, skoro od pomywaczki w kuchni, do obcych gości, wszyscy nazywali ją panią doktorową.

— Proszę drogiej pani — uścisnęła rękę Marietki i powiedziała boleśnie:

— A więc z polecenia pani Amelii Krzeptowskiej. Przyjmuję tylko poleconych mi przez znajo­mych gości. —

W myślach Marietki, głęboko poniżej granicy po­lecenia ukazała się wroga obcość nieznajomych. Przyglądała się pani doktorowej, która niezłomnie trwała we własnym, obwarowanym miejscu. — Za życia mojego męża nigdy nie myśleliśmy o swoim zabezpieczeniu. Dlatego teraz… —

Współczujące spojrzenie Marietki krążyło nieśmiało koło żółtej, suchej twarzy, bo niedokończone zda­nia otwierały się na bezmiar bólu. Pani Kochańska podniosła starannie uczesaną siwą głowę z niobami na uszach:

— Ale pomimo to nie mogłabym przyjąć byle kogo. Raczej znieść wszystko inne — uśmiechnęła się, czyniąc gest odsuwający własne sprawy dla Mar­ietki:

— A więc dwa pokoje na cztery tygodnie. Czy pokoje mają sąsiadować? Pewnie małżonek też przyjedzie na wypoczynek? —

— Tak, to jest, jeszcze nie wiem napewno. Ale pokoje obok, koniecznie. —

— Nie będzie pani samotna — rzekła doktoro­wa uprzejmie — znajdzie tu pani swoich rodaków. —

— O, ja znam tak mało osób, napewno nie będą mi znajomi. Czy to warszawianie? —

Pani Kochańska strzepnęła chusteczkę obrzeżoną długą, żółtawą koronką i wysypała przed Marietką ludzkie losy i oblicza.

— Mam z Warszawy pannę Lipowską. Słyszała pewnie pani to nazwisko. Ojciec jest bogatym prze­mysłowcem. Fabryka dachówek. To dziś dla nas takie ważne placówki. A panna niemłoda, nieładna, ale majętna i bardzo, bardzo odpowiednia osoba. Piękna francuszczyna, wychowana w klasztorze i ujmująca. Potem młody pan Pilewicz, z Pilewiczów w kieleckim. Nie, pani nie słyszała? Ale to jest historia niepowszednia. —

Złożyła ręce, Marietka siedziała uważnie. Chcia­łaby odejść, nie śmiała. Słowa były wymawiane tak, jakby odsłaniały ukrytą wiedzę o ludziach. Zwolna wciągało ją to opowiadanie.

— Ten pan przyjechał bardzo wyczerpany, jest już przeszło miesiąc. Człowiek bardzo wykształcony, działacz, pani mnie rozumie. Jest czarujący. Boha­ter, jakich wielu żądają od nas te straszne czasy. Na­sze panny tracą dla niego głowy, panny i nawet, mę­żatki. —

Prawie niedostrzegalnie drgnął kącik ust. W uśmiechu, czy w naganie? Aż nagle oczy pani Kochań­skiej pod jasną, skąpą brwią przybrały wyraz niedo­stępności:

— Może niektórzy biorą mi za złe, że przyjęłam u siebie tego młodego Pilewicza. Podobno ma być socjalistą. Jestem patriotką, proszę pani, ale w dzi­siejszych czasach wiele należy rozumieć i wyba­czyć. Nazwisko i rodzina ręczą za niego. Ja uznaję zapał wśród młodzieży. Nie gorszy mnie to, zmieni się z wiekiem. Jest także niezmiernie nerwowy i