GUSTAWA JARECKA
LUDZIE I SZTANDARY
POWIEŚĆ
I
OJCOWIE
WARSZAWA 1938
WYDAWNICTWO J. PRZEWORSKIEGO
DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA
Miasto dyszało wiosenną niedzielą, zachłystywało się ludźmi, którzy bez miary wylegli dziś na ulicę. Jak okiem sięgnąć mrowili się na Nowym Świecie i, nietrudno dostrzec, sypali się ku Alejom Ujazdowskim bezładnie. Pojedynczo. Parami. W małych gromadkach. Jakby coś więcej jeszcze niż sama wiosna ciągnęło ich w tę stronę.
Zaś Aleje w seledynową zieleń małych, jedwabiście stulonych listkowy przybrane, rozstępowały się szpalerem drzew i bez końca chłonęły ludzkie fale.
Wiosna wydobyła zapomniane blaski z murów.Szyby okien i latarni gazowych lśniły tęczą. Radosny pośpiech gnał ludzi. Wśród pośpiechu tu i owdzie opóźniali ruch przypadkowi przechodnie, włóczęgi od niechcenia, najczęściej w pelerynach, czasem w miłych oku niebieskich, studenckich szynelach.
Jednemu z dwuch chłopców, którzy szli z prądem spacerujących, ktoś wsunął w dłoń zwinięty papier.
Kiedy się starszy, krótkowzroczny odwrócił gwałtownie, nie było już nikogo. W najbliższej bramie odczytali pośpiesznie, wyrywając pojedyncze słowa z bibulastych, żółtawych kartek niewielkiego formatu, zadrukowanych po jednej stronie:
,,Warszawski Komitet Robotniczy P. P. S. zawiadamia ogół Tow., że w niedzielę 28-go kwietnia o godzinie 5-ej popołudniu odbędzie się w Alejach Ujazdowskich wielkie zgromadzenie ludowe dla obchodu święta robotniczego pierwszego maja. Wzywamy...“ — I niżej data: 26 kwietnia 1901 roku.
Były tam dwie przywierające do siebie odbitki. Starszy swoją dłonią przykrył rękę brata.
— Rzuć to — syknął —
Młodszy, pucołowaty na twarzy, chłopięcą okrągłością policzków, bez słowa wyszedł z bramy.
Już na ulicy starszy szepnął gniewnie:
— Przysięgałeś papie?
Musieli iść razem z tymi, którzy spacerowym krokiem ciągnęli w Aleje. Pod murami domów babiny w chustkach sprzedawały zamiejską wiosnę w słabo pachnących bukiecikach fiołków i żółtawych pierwiosnków.
— Pójdę tylko popatrzeć w Aleje — mruczał mały.
— Robotniczy pochód, nie jesteś robotnikiem, idioto.
Chłopięca twarz naindyczyła się burakowym rumieńcem:
— Ale rewolucjonistą.
Z całej siły w przegubie ściśnięta ręka osłabła.
— Puść smarkaczu.
Zgniecione papiery przeszły do ręki starszego.
Mały przez chwilę w chmurnym milczeniu gryzł grubą, dolną wargę. Krótkowzroczny brat, mrużąc oczy, przekonywał go niecierpliwie:
— Oleś, wracamy.
Wtedy nagłym skokiem młodszy wyrwał się wyprzedzając innych, poszturchiwany ze śmiechem lub zniecierpliwieniem, oddzielił się od brata żywopłotem ludzkich szeregów.
W Alejach, po lewej stronie chodnika, zwężającą się wciąż smugą ścieliło się słońce do nóg idącym. Jasnowłosa dziewczyna w słomkowej budce, związanej na wstążki pod brodą, zgubiła pięciokopiejkówkę i szukała jej z wysiłkiem, potrącana przez przechodniów. Złoty medalionik-serce kołysał się przy tym na szyi jak wahadło. Student z kędzierzawą czupryną znalazł monetę i podał ją. Dziewczyna zaczerwieniła się gorąco i podziękowawszy poszła dalej.
Jedwabisty wietrzyk płynął alejami. Wdychała go i cieszyła się nim. Kuzynka Maniusia w przerobionej sukience i kołnierzyku z kokardą przyjeżdżała z małego miasteczka do cioci Kamy, do wielkiej, wielkiej Warszawy. Tutaj stawała się Marietką, ściany świata rozpychały się.
— Już ja ci znajdę męża, ślicznotko — mówiła ciocia.
Marietka rumieniła się. Chciała mieć męża, miasto i cały świat.
Szerokie, przestrzenne Aleje tchnęły powiewem Lasku Bulońskiego z powieści Balzaca. Elegantki nadchodziły w kostiumach najnowszej mody. Wąskie w biodrach spódnice rozszerzały się ku dołowi i układały nisko w rzęsiste falbany i ruszę, podszewki szeleściły sztywno.
Nawykła do skromności domowej, Maniusia upajała się lekkimi, lśniącymi grenadinami, pragnęła ich dotknąć, włożyć je, jechać w cicho niosącym powozie, iść pieszo po jasnych kamieniach ulicy, przeżyć cały ten dzień w stu wcieleniach.
Niepokój wywiódł ją pełną oczekiwań na daleki, bezcelowy spacer. Wielka, wiosenna Warszawa biła do głowy odurzającą radością. W powozach jaśniały kapelusze kobiet, wymyślne cacka z kwiatów, tiulu i gazy, z kolorowych, wiotkich słomek i grube męskie plecione.
Nagle zdumiała się. Zdziwionym wzrokiem ogarnęła Ogród Botaniczny i Łazienki. Leżały opustoszałe za zamkniętymi bramami. Naprzeciwko zaś, dostrzegła to wyraźnie, szli ludzie w tych stronach niewidywani, bezbarwni w tabaczkowych i granatowych surdutach, w sukiennych czapkach, sami mężczyźni i zrzadka tylko między nimi zwykła babska spódnica zamiatała złocisty i rudy kurz ulicy.
Z przypadkiem znalezionych książek, czyichś powiedzeń, nawet kuzynka Maniusia z prowincji zrozumiała, że coś szło razem z ludzkimi szeregami. Nadchodziły przyszłe zdarzenia. Jeszcze przed wyjściem z domu ciocia Kama mówiła troskliwie:
— Tylko nie zabłądź Marietko i gdybyś nie wiedziała jak iść, pytaj się zaraz rewirowego. —
Spojrzała przed siebie. W jej stronę szedł młody, wysoki człowiek z roztargnionym spojrzeniem ciemnych oczu. Nieśmiertelnym obyczajem szukała Marietka po drodze takich oczu, ale te minęły ją nieuważnie. Więc po raz setny tego dnia, zawiedziona i znów nabierająca wiary, pomyślała:
— Taki mógłby być — , odrywając nienasycone spojrzenie. Oczy przechodniów napotykały je, oddawały pośpiesznie czuły uśmiech, przesuwały się dalej i już spływały bez śladu, zamieniając się w jeszcze jeden promień jasności dnia. Maniusia lekkomyślnie szła naprzód.
Naprzeciwko, między szorstkimi rękawami surdutów walczyła, przepychała się naprzód tęga kobieta w fałdzistej spódnicy obszytej „szczoteczką". Nie nosiła kapelusza na gładkich, siwych włosach. Cienki warkocz w tyle głowy zwijał się w kok przeszyty grzebieniami. Roztrącała ludzi gwałtownie i nieuważnie. Oczami szukała w tłumie. Szeregi zwierały się, nie puszczały jej naprzód. Biodrami, ramionam i jak żywym taranem uderzała w nie, aż znalazła coś spojrzeniem. Jeszcze raz szarpnęła się naprzód, palcami wczepiła się w czyjeś ramię.
Mizerny mężczyzna w kawowym surducie, skubiąc jasne, strzępiaste wąsy, przyjrzał jej się z zakłopotaniem.
— Pan Łobziński —
Tęgim, silnym ramieniem usunęła ostatnią przeszkodę.
—- No, góra z górą. Ile to lat?
Ktoś zaśmiał się. Ona zaś, w odpowiedzi na spojrzenie spod brwi nawisłych żałośnie i niedbale, przechyliła się ku niemu całym gorącym ciężarem.
— A pan Łobziński też w Aleje dzisiaj?
— W Aleje.
Na nic więcej nie czekając, szeptała poufnie:
— Owszem, słyszałam i ja.
Umilkła, gesty jej osłabły. Zamyślała coś. Zato mizerak ożywił się, pogładził wąsy, nawet źrenice zamigotały bladą, spłowiałą niebieskością w stronę kobiety.
— Były na mieście karteluszki i gazetka była. Jak pani Żelazkowa słyszała to i wie. A może i pani Żelazkowa sama teraz czyta? — zaśmiał się wstydliwie drobnym, nienawykłym śmieszkiem.
Rumiana twarz kobiety z ostrymi bruzdami koło ust, stężała odrazu, obiawiła się w nowej twardości:
— Mnie nie takie rzeczy w głowie. Po Jacusia jadę szukać go. Przecie pan Jacusia widuje. Od roku się ożenił, żona na dniach, a on poszedł. Już od rana chodzili takie do niego. Aż świerzb w palcach czułam, bo od razu poznałam, co za jedni. A on popołudniu papiery w kuchni pali. Jacuś, mówię, idziesz gdzie? A on: w Aleje. Niedziela, myślę, niech tam idzie. Poszedł. A wpół godziny Kałużanka z naszego domu, na podwórku mnie powiada, coś się, powiada, dzisiaj w Alejach szykuje. —
Prosto szeroką, rumianą twarzą zajrzała w oczy Łobzińskiemu: ,
— Panie Łobziński, poratuj mnie pan. On u mnie jedyny. Niech mnie go pan odszukać pomoże. Przecie ja wiem, że wy się znacie wszyscy. —
Chude łopatki wzruszyły się niechętnie. Twarz, ciasno skórą bez tłuszczu obciągnięta, ułożona w cienkie plisy, kreskami zmarszczek porysowana, skurczyła się.
— Szukaj se pani, bo to on dziecko, że go kto za sobą wodzi. —
Szept Żelazkowej stał się twardy, ciął powietrze przy uchu ostro i świszcząco:
— Jak był mały ognipiór miał i dyfterię. Z trzech jeden się ostał. Nie poto, żeby ginął o byle
co. Nieboszczyk mój jeszcze powiadał mi, że u pana cztery dzieci są, nie to co jedno.
Brzmiało to groźnym ostrzeżeniem, ale zaraz głos złamał się, opadł, wezbrał wilgocią i prośbą:
— Jak do przyjaciela mówię panie Łobzinski, co wam po takim jednym? —
Rzadkie, pokruszone zęby, zielonkawe i żółte odsłoniły się pod bladymi wargami i żółtym wąsem:
— Pani spraw partyjnych nie może rozumić, pani Żelazkowa. —
Szare źrenice Żelazkowej zdumiały się niezmiernie, ale w jednej chwili gniew pożarł zdumienie:
— Stary, a w głowie pstro — przeleciało przez myśl, aż ją skolei zalała fala rozpaczy.
Uparcie się chudego ramienia trzymając, wmieszana w nieznajomy szereg, szeptała mu w ucho gniewnie:
— To takie prawo u was, żeby matkom jedynaków zabierać? Na turmy i katorgi. Jedynaków nawet ukaz od wojska zwalnia. —
Łobzinski wciągnął głowę w ramiona, poruszył się niespokojnie, bo ten i ów już patrzał na niego. Źrenice, ukazując przekrwione białka, uciekły w górę, po namysł i odpowiedź. Chuda szyja natarła twardą obręcz wysokiego kołnierzyka. Zgarbił się i westchnął:
— Trudno wytłomaczyć pani Żelazkowej.
Ale ona odwróciła się wrogo i nie odzywali się więcej do siebie.
Przezroczysta smuga słońca na bruku, zwężała się, uciekała ku kamiennej granicy domów i po ich piętrach pięła się wyżej, aż rozjarzyły się w złocistym świetle blade ciała murów i szklistość szyb. Od Belwederu, od Sielc płynęło Alejami zamiejskie, czyste powietrze, z tamtej strony nawracały powozy, spacerem jeżdżące aż do Mokotowa, który z letniska już wyrastał w dzielnicę.
Po jezdni zatupotały żywo konie. Cienki tętent rozdzwonił się donośnie po bruku, rozbrzmiał echem. Ożywiły się kroki ludzkie, ciche bocznice napełniły się zaraz umykającymi chyłkiem przechodniami. Kozacy na koniach ostrym kłusem przemierzali ulicę. Niezrozumiałe twarze obcego ludu dziko i twardo patrzyły z pod czap. Powozy i dorożki odsunięte w bok szybko biegły w stronę Nowego Świata, uciekały całkiem widocznie, uprzedzając nakaz.
Już trzecia secina kozaków parła naprzód na zgrzanych koniach. Drewnianymi barierami pośpiesznie odcinano bocznice. Koło Alei Róż rozciągnął się wężem patrol policji.
Ludzie z Alei po jednej stronie szeroką strugą parli ku Nowemu Światowi, po drugiej uparcie przeciw prądow i szli naprzód bezbarwną, zwolna rosnącą w szeregi gromadą.
Wystraszona Marietka, nawracając pośpiesznie, dostrzegła w grupce młodego człowieka, który mówił coś żywo. Jego oczy błyszczały, były przezroczyste jak niebo tego dnia. Tamci obaj, młodzi nosili okulary i spokojnie wypatrywali przez nie na ulicę.
Widziała zdaleka jak płonęły w nim niewiadome słowa. Na ślepo, z odległości dwudziestu kroków, Maniusia zatęskniła do nieznajomego świata czyichś wysiłków i pragnień. Wciągnięta w przedziwną grę, zamiast wracać czem prędzej, krążyła obok, zostawała.
Już nie było w Alei ani dorożek, ani powozów, ani barwnych kapelusików. Środkiem jezdni biegł tylko zwykłym truchtem zaprząg tramwaju. Ci w surdutach i czapkach odliczyli nagle, uporządkowali szeregi i miarowym krokiem zaczęli iść w stronę Belwederu. Tu i owdzie wykwitały czapki rewirowych (wtedy zjawiało się przypomnienie: zapytaj się Marietko). Koło mleczarni Zawiszy sterczały wyraźnie piki nad ukrytym oddziałem kozackim. Jasne blaty pustych stolików lśniły w słońcu gładką powierzchnią. Już nikt nie pił zsiadłego mleka.
Szpaler drzew w koronach zieleni przeświecającej słońcem kołysał się, poruszany wiatrem. Ludzie szli naprzeciw groźnemu milczeniu. Po prawej stronie jezdni sami robotnicy, po przeciwnej przypadkowi przechodnie mieszali się ze studentami, lub na studentów wyglądającymi.
— Jezus... — szeptała drżącymi wargami Żelazkowa, przedzierając się przez tłum, który zwolna, lecz nieustannie szedł naprzód. — Niema Jacusia. —
Wiosenny wietrzyk wydymał trójbarwną chorągiew. Chwilami silniejszy powiew unosił płótno, aż furkocąc w powietrzu obracało się młyńcem biało niebiesko czerwonym. Szyldwach przechadzał się z karabinem na ramieniu.
Maniusia kręciła się w kółko w promieniu kilku kroków. Wysoki młodzieniec stał z jednym tylko towarzyszem. Rozstawając się z nim, zobaczył wreszcie migotliwe, ciekawe oczy i jasny warkocz okręcony wkoło głowy. Uśmiechnął się najpierw kątami ust, po tym coraz wyraźniej, napełniając Maniusię malutkim szczęściem. Później ruszył szybko naprzód długimi nogami. Zobaczyła tylko, jakie miał duże buty. Ale kiedy patrzyła za nim, spostrzegła, że oczy wszystkich, wystraszone, zdumione i ciekawe biegną w tę samą stronę.
Wyszarpnięty z niewidzialności przedmiot zamigotał w górze. W złocistym błękicie powietrza wydał się najpierw czarny, po tym dopiero zalśnił wyraźnie, ciemno czerwony jak skrzepła krew.
Przywitano go okrzykami: Niech żyje Polska… Niech żyje pierwszy maj. Walczymy o ośmiogodzinny dzień pracy — wystukiwały głosy.
— Walczymy o szkołę polską. Niech żyje święto klasy robotniczej. —
Z mleczarni Zawiszy, z browaru Junga, ze wszystkich zakamarków wysypali się nagle kozacy z pikami w pogotowiu. Wydłużyli bieg w klin. Klin wdarł się ostro w ludzkie szeregi, naparł tuż końskimi piersiami o ciemne ubrania mężczyzn. Szeregi rozdarły się z krzykiem, z jękami ludzi wydzierających się z pod kopyt.
Krótkie nahajki ciemnymi mignięciami wznosiły się w górę i opadały. Pod ludzkim naporem chwiały się drzewa. Jednostajność marszu rozerwała się. Tłum rozsypał się w obie strony ulicy, biegł naprzełaj przez jezdnię, a wśród niego żandarmi wprawnym okiem wyłuskiwali ludzi jak ziarna.
Maniusia z całych sił gorącymi palcami obięła twarde pręty jakichś sztachet. Przylgnęła do nich, żeby jej nie porwał za sobą ruchliwy prąd, aż zwilżyło się w uścisku chłodne żelazo, potem zaciśniętych rąk. Obok niej siłą pchnięcia rzucony, mizerny, starszyczłowiek w kawowym surducie, wołał cienkimi wargami: — Niech żyje pierwszy maj…
Ledwie się konie cofnęły z chodników i nieumundurowani piesi zaczęli wywlekać ujętych, zobaczyły przerażone oczy Maniusi, że naprzeciwko, gdzie delikatna, wiosenna zieleń krzaków wychylała się ponad ogrodzenia parków, najpierw zwolna, bezładnie, później coraz prędzej zaczęły odrastać, ustawiać się, iść poprzednią drogą w nierówne szeregi złączeni ludzie. Rozsypani po ulicy wracali biegiem na nieoznaczone, własne miejsca. Ulica pęczniała nimi, nabrzmiewała, wybuchała okrzykami jak grzmoty: —- Niech żyje Polska ludowa. — Żądamy polskich szkół.
Ludzie, napozór bezładnie zebrani, byli podobni do siebie. Maniusia wiedziała kim są. To byli ci, co przychodzili coś naprawiać w domu, gaz, jakieś rury, ci, co wczesnym wieczorem zmęczeni szli ulicami i mówiono wtedy: — Już wracają z fabryk.
W lakonicznych podręcznikach historii nazywali się: lud. Cała ich dzisiejsza odmienność polegała na tym, że tu szli razem dziesiątkami, setkami.
Maniusia nieśmiało oderwała się od sztachety, żeby już wrócić. Ponowny, daleki grzmot okrzyku wstrząsnął ulicą:
— Precz z wyzyskiem . —
Fala mniejszych grzmotów odpowiedziała hucząco, aż zbita gromada zadrgała, coś uderzyło w nią. Zdaleka, od strony Mokotowa zbliżało się parskanie koni. Ktoś krzyknął z przerażeniem:
— Kozacy. —
Strach uskrzydlił Maniusię, cisnął ją naoślep, ale już droga nie była wolna. Wpadła między rozdarte nanowo szeregi, gdzie ciemna odzież mieszała się z połyskami metalu, rzemieni i bronzowo złocistymi kadłubami koni.
Grzmoty okrzyków falowały nieustannie, głośniej, ciszej, jękliwie. Cała ulica stała się wołaniem, już żyły w niej tylko głosy i ludzie niezdolni się zatrzymać pod naporem, pędzący, oszaleli, przewracani na bruk jak ciężkie tłomoki, tratowani i zrywający się znów. Porwali za sobą Maniusię siłą prądu, pomagali jej biec, nie dotykając jej. Pędziła za nimi. Ktoś wyciągnął rękę, kiedy się potknęła. Opierała się o plecy i ramiona cudze, jakby to były jej własne.
Wtedy zobaczyła znów na chwilę młodego człowieka z przelotnego uśmiechu. Miał podbite oko, włosy spadły mu na czoło. On i dwuch innych szli międzymi szarymi mundurami żandarmów. W jednej chwili cała nowa wiedza o łączności jednego z gromadą, o przemocy, gorzko przeniknęła serce Maniusi.
Na jasnych kamieniach bruku, pod stopami mignęły promieniste bryzgi krwi.
… Czyjaś zrozpaczona ręka złowiła kawowy surdut Łobzińskiego. Uparty głos zajęczał:
— Panie Łobziński, jak pan w Boga wierzy, przyślij pan Jacka. Nie mogę go znaleźć — i już płaczliwie: — Nie gubcie dzieci. —
Na mizernej twarzy paliły się cynobrowe ognie:
— Przecie to dla dzieci — odkrzyknął ochrypły, biegiem upity głos.
— Dla dzieci — zawyła ze śmiechem, z wściekłością i rozpaczą Żelazkowa.
— Przyślę go jak zobaczę. Uciekaj pani. —
Bieg ludzki osłabł. Bocznice w chłonęły uciekających, osłoniły ich milczące domy. Aleje zostały daleko ze swoją barwnością wiosennej zieleni drzew, czerwoności na bruku. Ludzie mieli swoje powszednie twarze, obojętne, lub uśmiechnięte. Dorożki dudniły raźno. Na Placu Aleksandra oparła się Maniusia. Odnalazła miasto żyjące w spokojnej niewiedzy, odczarowane nagle z wszelkiej niezwykłości.
Wielkie szyby wystaw jaśniały. Już niewiadomo było, która część dnia jest bardziej rzeczywista.
Dochodziła szósta i w stronę Alej jechały stępa granatowo wysłane powozy na gumach. Panowie w jasnych garniturach, ściskając ozdobne gałki lasek, pochylali się ku paniom.
W słońcu, na przystanku tramwajowym czekali ludzie rozsypaną bez łączności gromadkę. Z pod kremowych i białych parasolek słonecznych wyglądały kobiety w mocno wciętych kostiumach, cienkie w pasie jak osy.
Opodal czekał już człowiek z parą koni na zmianę do tramwaju. Zdaleka ukazała się żółto biała czternastka, poprzedzona cienką, rozwleczoną w powietrzu chmurą kurzu. Zawadiacki dzwonek i dźwięk mosiężnych nauszników końskich ożywił czekających. Z otwartych okien wyglądali pasażerowie. Tramwaj przystanął. Zmieniano zaprzęg. Kobiety zręcznie ujmując spódnice w dwa palce, wspinały się na stopień. Z galanterią puszczano je przodem.
Maniusia z bijącym jeszcze sercem siadła na wyściełanym, siedmiokopiejkowym miejscu. Warkocze pod słomianą budkę przywarły do zgrzanych skroni.
— Jaki dziwny przypadek — myślała nazajutrz, szukając w rannych gazetach Warszawy wzmianki o wczorajszych zdarzeniach. Nie było żadnej. Zostały przemilczane, a więc chyba nie było ich. Czas przepłynął po owym dniu jak wiatr nad śladem na piasku, a przecież dłużej niż zwykła pamięć rzeczy minionych przetrwało w Maniusi wspomnienie wiosennej niedzieli, w odmienionych Alejach .
Musieli gdzieś na obcych ulicach żyć ci ludzie, musiały goić się podbite oczy i rany, których krew tryskała na kamienie bruku, ale w tygodniach, miesiącach i latach, które nadeszły, nie szukała ich więcej.
… Na Nowym Świecie przyjrzała się Żelazkowa swojej spódnicy. Była uszargana w kurzu i miała oberwaną „szczoteczkę”. Włosy zlepiły się od potu. Pot stygł i ziębił rozgrzaną głowę.
Ulicą kobiety prowadziły na spacer świątecznie odzianych, małych synków. Odwracała się od nich. Powoli, ociężałymi krokami poszła pieszo w stronę domu.
II
Na Chłodnej, opodal wolskiej rogatki, na niebrukowanych chodnikach wypełzała między kamieniami wiosenna, blado zielona trawa. Owego niedzielnego popołudnia paliło się słońce rozlewnym, złocistym światłem nad niskimi domami, ciężkimi prostokątami fabryk, na kolorowych ruskich i polskich literach rzadkich szyldów i w świeżej, niewyblakłej tęczy barw nad mydlarnią Klementyny Żelazko.
Wolską szosą ku miastu płynęła wiosna w uzbieranych wiązeczkach pierwiosnków, w ułamanych prętach wierzbiny i pachnących powiewach z pól. Wieś Wola szła od rana ku miastu. Mężczyźni w sztywnych, wysokich kołnierzykach, lśniąc odświętnością surdutów i potem, kobiety w barwnych perkalach.
Młoda Żelazkowa Klimcia ze złotego ciepła dworu uciekła przedwieczorem w mroczny chłód sklepu. Jacka wciąż nie było w domu.
Opuszczony nisko, odęty brzuch Klimci oddzielał ją od lady. Przy nachylaniu pociągał za sobą. Pracowitymi rękami sypała w funtowe torebki sodę i krochmal, ustawiała blaszane pudełka rozświetlające szarość mydlarni kolorowymi wizerunkami zamorskich twarzy, złotymi i błękitnymi zakrętasami liter. Klimcia bez czytania wiedziała, gdzie kakao, a gdzie herbata. Nie umiała czytać. Jacek umiał.
Przy sodzie, mydle i krochmalu myślała o nim. Od kiedy go zobaczyła zamieszkał tak uparcie w jej myśli, w źrenicach, szczupły, niewysoki, z blond wąsem i falistą czupryną, niedostępny jak granica między niebem a ziemią. Można za nią było biegać, dal zostawała ta sama.
Długie, jasne warkocze układała Klimcia w „baranki“ koło uszu, policzki miała różowe i pełne. Najładniejsza dziewczyna na Lesznie, uparła się latać za Jackiem.
Spotykała go przypadkiem na spacerach, przed fabryką, uśmiechała się czerwonymi wargami, goniła oczyma, aż dojrzał ją.
Dźwigając w sobie żywy ciężar, pełen niespodzianych drgnien, karmiła się teraz Klimcia gorzką, jałową strawą pragnień ziszczonych.
Jeszcze on był wciąż taki sam, obcymi sprawami żyjący, a już jej dwudziesta wiosna napęczniała wezbranymi piersiami, ociężałym brzuchem. Już miała Jacka na własność, jakaż to była własność?
Był dobry, czuły, przychodził, żeby nasycić się prędko i znów uciekał w obcość.
Dziwne miał dni, których ranki nie zmierzały do obiadów, a wieczory zapominały o wieczerzy. Odchodził nawet w niedzielę, kiedy inne kobiety szły promieniejąc na spacer u mężowskiego boku.
Mogła Klimcia siąść na ławce przed domem, pozwolić opłynąć się słońcu i niebieskiej fali wiosennego powietrza, albo iść na spotkanie wiośnie szosą wzdłuż rozpulchnionych, czerniejących pól. Nie chciała. Po swojemu mściła się na oszukańczym, złym życiu. Sama to sama.
Szalki wagi brzęczały rozmownie. Torebki stawały na ladzie szeregiem umundurowanym w szorstki, szary papier. Wtedy chwycił Klimcię pierwszy ból. Pośpiesznie, dla uspokojenia obliczyła sobie, że jest jeszcze dwa tygodnie czasu i wzięła do ręki blaszaną łopatkę od kaszy.
Ale skurczyła się, poczerwieniała po korzenie włosów i dowlokła się do podwórza, żeby zawołać Józkę i posłać po Grzybową, która kobietom w tych stronach pomagała rodzić.
Pokój za sklepem był duży i ciemny. Słońce i jasność leżały po drugiej stronie podwórza. Klimcia zacięła mocno usta, zawzięta w urazie na swoją samotność i leżała bez ruchu, żeby przeszło.
Wnet wróciła Józka i weszła do sklepu, bo podwieczór zaczynały wpadać kobiety po naftę, po zapałki. Przez uchylone drzwi Józka pytała:
— Ciotko, gdzie świce? —
— Barskie mydło to jakie to? —
Wtedy Klimcia krzyknęła tak strasznie, że Józce spadł dwufuntowy odważnik na podłogę. Cienkie warkoczyki z wplecioną wstążeczką zatrzepotały wystraszone. Skoczyła ku drzwiom pokoju. Klimcia leżała na łóżku bez pierzyny z czerwoną, nabrzmiałą twarzą i rękami ogarniała ogromny brzuch.
Przez niezamknięte drzwi od sieni weszła cicho rozłożysta i wielka Grzybowa, uśmiechnięta godnie. Odsunęła Józkę i kupującą, która zaglądała ze sklepu, wesoło skinęła Klimci i zaraz dorzuciła drzazeg na ogień. Potem w nogach żelaznego łóżka zawiązała ręcznik i wetknęła Klimci oba końce w garść. Lekkim krokiem mimo tuszy krzątała się po izbie, aż przysunęła stołek i siadłszy niedaleko chorej, rzek ła solennie: — Zaczęło się.
Dopiero po chwili dodała: — Prędko jakoś pani Żelazkowa. Dźwignęliście co, albo nagłe zmartwienie? —
Małymi, niebieskimi oczkami dobywała ludzkie myśli z dna. Klimcia zaprzeczyła głową. A przecież było zmartwienie, było, że na nic nie bacząc poszedł sobie. Ledwo go w myśli przywołała, a już na głos wrzasnęła, ręcznik w palcach zaczął drzeć się z cienkim szelestem.
Obfite spódnice Grzybowej zamiotły izbę, z pod koka w tyle głowy wyglądała fałszywa podkładka. Uniosła garnek z nad blachy i czerwona łuna ognia zaświeciła w izbie. Poróżowiały bielone ściany, twarz Grzybowej rozjaśniła się w rumianym świetle, czerwone blaski migotały na podłodze, chwiały się, drżały, nie mogąc wytrwać w bezruchu. Klimcia z małymi przerwami krzyczała przeciągle, rozdzierająco.
Już w małych mieszkankach przy spóźnionych wieczerzach świąteczna niedziela spływała w pow szedni poniedziałek, kiedy stara Żelazkowa wróciła na Chłodną.
W bramie siedział sam jeden na ławce zezowaty stróż i niekiedy szerokim łukiem spluwał daleko przed siebie.
— Jest mój syn w domu, panie Janie? — zapytała, sama siebie zwodząc kłamliwą nadzieją.
Zaprzeczył i leniwie podniósł mgliste oczy:
— Ale synowa rodzi, aż tu słychać.
Jak stała zmordowana, spocona, ożywiła się nagłym pośpiechem. Niecierpliwie dopadła znajomej chropowatości klamki i z ciepłego, błękitniejącego już wieczoru, bez przejścia zanurzyła się w czerwony mrok izby pachnącej naftaliną i mydłem.
Grzybowa powitała ją uśmiechem. Klimcia, nie patrząc, zawyła znów. Z nowego bólu, innego. Że to wciąż jeszcze nie był on. Zacięła usta, aż suchą szramą zamknęły twarz w niemą maskę. Ból w brzuchu zelżał właśnie, ale kobiety z jej twarzy osądziły, że wstrzymuje krzyk i zaczęły szeptać ze sobą.
Zamykając oczy, odpychała je Klimcia od siebie, oślepiona ponurą jaskrawością, w której widziała teraz prawdy o sobie i swoich bliskich.
Że nigdy nie chciała jej ta teściowa, że to ona sama latała za Jackiem, uwieszała się opornego, żebrała dla siebie, choćby o jego troski, aż oto wezbrała wszelką boleścią, która się z niego wzięła. Zazdrosna była, że sam wychodził. Śmiał się, że nie do kobiet. Nie wierzyła. Nieprawda, wszędzie były kobiety.
Rozumiała tylko słowa proste, te z domu, ze sklepu, na codzień przydatne. A przecież strach o niego nauczył ją palić ukradkiem cienkie książeczki i gazetki polskie drukowane na lichym papierze. Na nieznajome pisma kładła od wierzchu książeczkę do nabożeństwa, albo to, o czem słyszała, że „dozwoleno cenzuroju“.
Dopiero, kiedy ból nanowo ostremi nożami wraził się w brzuch i krzyż, otworzyły się wyschłe usta Klimci. Z rozbieganym i źrenicami, wyprężona na łóżku, wyła niskim, jednostajnym głosem zwierząt, nikogo nie przyzywając, żeby sobie samej, nie komuś to dziecko urodzić.
Czerpiąc zaciekłą siłę z własnej samotności, opierała się mocno bólom, szczerzyła im zęby, a w jękach odzywało się głuche warczenie nienawiści.
— Dobrze jej pójdzie, bo się natęża — rzekła Grzybowa bacznym uchem chwytając melodię jęków Klimci. Potym zręczną ręką poprawiła prześcieradło.
— Tera przyjdą parte bóle.
Drzwi do sieni skrzypnęły z przesadną ostrożnością. Jedna za drugą wsunęły się dwie kobiety w niedzielnych fałdzistych spódnicach, w kokach podpartych dużymi grzebieniami. Uśmiechały się, że to już tak prędko i jak idzie pani Żelazkowa?
Stara, zręczna i gościnna poprosiła je zaraz do stołu, one zaś, obie Pawelskie, bratowe zasiadły, skrzyżowawszy ramiona, jedna pod wydatnym biustem, druga, przyciskając same dłonie do płaskiej, szerokiej piersi.
Mętna, bronzowa herbata zaświeciła w grubych, zielonkawych szklankach, blaszane łyżeczki dzwoniły cienko, kobiety gawędziły niegłośno, doświadczonym okiem spoglądają ku Klimci, która chwilami ucichała, żeby po tym znów szarpać szorstkie płótno pościeli.
One zaś, nachylone ku sobie, uśmiechały się nawet, szepcząc o tajemnicach miłości i porodów, kiedy Klimcia zwykłą koleją rzeczy, zostawała sama, odgrodzona nieprzenikniętym murem boleści.
Raptem wstała gwałtownie od stołu stara Żelazkowa. Poznała kroki. Właśnie Jóżka nalewała z bulgotem nafty do blaszanej lampy, kiedy na progu stanął Jacek, niewysoki, jasnowłosy, bez czapki i palcami przegarnął gładkie włosy.
— Klimcia — wymówił nieco ochryple ze zmieszaniem, ogarniając spojrzeniem izbę pełną kobiet.
Matka skoczyła ku niemu, a jęk Klimci przełamał nagle zaciętość, stał się cienki, płaczliwy, domagał się czułości.
— Czego mama — zaczął szorstko, ale urwawszy, spytał zaraz: — To cię już tak boli? —
Zaśmiały się trzy kobiety z takiego niewiedzącego. Obiaśniły, że to przecież już zaraz.
— Nie obejrzy się pan Żelazko, a ojcem ostanie się — rzekła Grzybowa.
On jednak krzątał się po izbie niespokojnie, przerzucił porządnie ułożone na komodzie książki, potem bezczynnie przystanął w nogach łóżka Klimci, zaplatając palce.
— No, siadaj — rzekła uspokojona matka, ale on już na obcych nie zważając, rzekł nagle:
— Lepiejby mi nie nocować tu dziś, bo już u kolegów chodzili szukać. —
Drgnął, podniósł głowę, w słuch zamieniony. Wiadomo było nieraz, że przyjść mogą, ale nie myślał o nich jak o własnej śmierci. Jeszcze znał tylko świat i carskie więzienie z cudzych słów. Zdusił własny strach.
— Bądź ty Klimcia spokojna. —
Fałdziste spódnice Pawelskich zamiotły podłogę, żegnając się pośpiesznie, szły niespokojnie ku drzwiom.
— Pójdę, a rano dacie znać. —
— Jezu… — matka drapieżnymi rękami rozrzucała zasłane łóżko. Kraciaste poduszki spadały miękko na podłogę. Wycie Klimci niosło się tak głośno, że ściany drżały. Naftowa lampa przez pękaty cylinder, zwężający się ku górze napełniała pokój żółtym światłem i cienkim kopciem. Jedna tylko Grzybowa, rozłożysta i spokojna wydobyte skądciś płótno darła z cienkim świstem.
Pod poduszkami schowana, zawinięta szmatka wyjrzała na światło. Drżące ręce starej wsuwały ją synowi.
— Trzymaj, na, pieniądze. O mój Jezu, opamiętania nie miałeś. Co ci tam matka? Gdzieś lazł? Poco? Zakatować cię mogą — dyszała szybko, z oddechem rwącym się w piersi. Dotykała jego ubrania, rąk, rzuciła się porządkować łóżko.
— Nie trza tyle krzyku — rzekł Jacek ponuro, ukazując Klimcię.
Ona zaś, nieludzkim głosem krzyknąwszy, zagłuszyła wszystko inne. Grzybowa silnymi, czerwonymi rękami wywróciła nad szaflikiem żelazny sagan, aż się rozsnuła po izbie gęsta, biała para z gorącej wody. Wycie Klimci stało się piskliwe i cichsze. Obnażone wałki ramion Grzybowej zanurzyły się w łóżku. Podniosła je do góry.
— Chłopak — rzekła, uderzając w coś miękkiego dłonią napłask.
Jacek odrzucił głowę w tył, zbielał na twarzy. Na podwórzu rozmawiały donośne głosy.
— Jacuś — zapłakała położnica skomlącym krzykiem, ale on już zmieszany, ogłuszony stał przy szafliku, gdzie trzepotało w wodzie coś czerwonego i piszczało. Wnet Grzybowa uniosła to w ręku i jęła owijać w płócienne pasy.
Wtedy w drzwi od sieni palnięto czymś twardym. Starej ręce opadły.
W jednej chwili napełniła się izba ludźmi, mundurami, we drzwiach został wystraszony stróż z czapką w ręku. Już nie pachniało mydłem i naftaliną, tylko dym machorki łączył się z mdłą dusznością pary.
— Żelazko Jacenty — wymówił śpiewnie niski, rumiany na twarzy. Dwuch innych szarpnęło go.
Szukali po kieszeniach, rozpięli marynarkę. Poddawał się. Pytali po rosyjsku, odpowiadał. Kobiety nie rozumiały go.
— Co on zrobił? Niewinowaty jest — wołała stara.
Chudy, starszy żandarm z wąsami koloru mokrej słomy chodził po izbie zamaszystym krokiem i rozwalał naoścież szuflady.
— Dziecko mu się teraz urodziło — wyjaśniła przymilnie Grzybowa i języka władzy świadoma, dodała: — Izwinitie, gospodin naczalnik. —
Klimcia uniosła się na krwawym, potarganym posłaniu i z sznurami mokrych włosów na czole jęczała: — Jacuś.
Dwuch weszło do sklepu. W izbie został wąsaty. Sprzęty pchnięte ku środkowi izby odsłoniły czyste, niewyblakłe malowanie ścian.
Pod okiem wąsatego sięgnął Jacek po rękę Klimci, aż ją przytrzymał zwisłą na chwilę, potem znów szaloną, odpychającą. Zemlił w szepcie.
— Do Łobzińskiego idź… — i zaraz głośno — Napiszę, Klimcia, dam znać, słyszysz?
Łzy ściekały jej bokiem po twarzy, a już jego żandarm odrzucał krótkiem szarpnięciem. Usta Jacka jeszcze miękkie i młode pod jasnym wąsem, zacisnęły się. Zapinał marynarkę. Jasnorzęse powieki mrugały.
Już go otoczyli we trzech. Fala krwi napłynęła mu do twarzy, jakby się do przemówienia szykował, rzekł: — Chłopak ma mieć Henryk jak ojciec. —
Matka krzyknęła, uczepiła mu się ubrania.
— Mama zostawi — rzekł łagodnie i obejrzał się za szmacianą kukłą na ręku Grzybowej.
— Marsz — pchnęli go naprzód.
Jacek wyprostował się, zesztywniał. Szturchnięcia obsuwały się jak po drewnie. Na matkę, że się żandarma czepiała, krzyknął. Za wolno im szedł. Dostał w bok kolbą. W pchnięciach była tajona wściekłość. W błyskach oczu krzyżowały się dwie nienawiści. Nienawiść przepaliła w Jacku strach i rzewność. Ogarnął spojrzeniem izbę i już, nim go zdążyli pchnąć znów, sam ruszył naprzód. Od drzwi odwrócił się. Na chłopaka, nie na ojca wyglądał.
— No bądźcie zdrowi, a dowiadujcie się zara gdzie jestem. —
Kobieta na łóżku, bledsza niż ściana za jej plecami, uniosła się na łóżku, zgięła, jakby chciała spełznąć na podłogę.
W sieni raz jeszcze pochwyciła syna Żelazkowa.
— To dziecko — szeptała. — Durny, bo młody. — Lepkim lamentem snuła się koło trzech żandarmów, w powietrzu gładząc rękawy mundurów, których nie śmiała dotknąć.
— Dwudziesty czwarty rok ma, sam dziecko. — Ślina pryskała ze szczerb między zębami.
Do izby wionęło z sieni zapachem kartofli i letnim ciepłem wieczoru. Na drugim łóżku Grzybowa umieszczała starannie szmacianą lalkę.
— Pani Grzybowa — zapłakała Józka — Jezu, bo Klimcia umrze.
Rumiana, gruba, a lekka poskoczyła Grzybowa ku łóżku.
— Zemglała ino, co dziwnego — rzekła spokojnie, wysuwając chorej poduszkę z pod głowy. Ciemną krew świeżą wilgocią przejęła jak bibułę szorstkie prześcieradło ze swojskiego płótna.
Jeszcze przez sień, przez podwórze czepiała się stara żandarmów. Krzykiem aż na ulicę buchała:
— Niewinowaty.
Pchnęli ją łagodnie, po ludzku, nie kolbą nawet, a łokciami.
— Procz. —
— Ostań mama — przez zęby powtarzał Jacek.
Została. On zaś szedł równy, prosty (takiegom go wychowała, ciekły jej łzy). Prostował się na hardość jak żołnierz, dziecko nieszczęsne, zamiast prosić u władzy możeby przecież puścili.
Uczepiona oczami jego twarzy, pleców, nóg stała. Tędy szły stopy po płaskich kamieniach, przydeptały ogryzek, rozmazały mokrą plamę — i już nie było żadnego śladu, jakby nie szedł tędy nigdy żaden Żelazko za nieznajome rewolucje do turmy wleczony. Kiedy się tak urwało życie, wróciła wreszcie z bramy do izby. Na nic nie patrząc, przysiadła na pierwszym stołku. Klimcia leżała z zamkniętymi oczami i dyszała głośno, zmożona.
Grzybowa szykowała się do wyjścia, ale niezręcznie jej było jakoś opuszczać milczący dom nieszczęścia.
— Zdarzają się, moja pani Żelazkowa rozmaite rzeczy, da Bóg, wróci syn zdrowo, a wnusiem zająć się trza. —
Błędne, rozczerwienione oczy starej wraziły się w nią.
— Ten mi z czterech ostał. —
Patrzała w bok, jakby nad komodą laufrem nakrytą, wysuniętą krzywo, były właśnie tamte urodzone i niewyrosłe, noce i dni chowania, po których narodzone nie ze swej woli, odchodziły, kiedy im się spodobało.
Aż się Grzybowa wzdrygnęła, bo naprawdę, rzadkie to było nieszczęście, jedno na całą Wolę, na Leszno i Chłodną.
— Rano jutro zajrzę — powiedziała i otworzyła drzwi na czarną, chłodną noc.
Żelazkowa podeszła ciężko do zawiniątka na łóżku. Zmarszczona, zaśliniona twarzyczka wyglądała spod płótna i drgała w cichym oddechu.
Rzuciła okiem na Klimcię. Nie spała i uparcie łkała w poduszki.
— Ta najprędzej zapomni — pomyślała ponuro.
Potem pracowitymi rękami związanymi na sine pętle żył, zaczęła zbierać zbrukane szmaty z pod łóżka i zanurzyła je w miednicę. Przezroczysta, niebieskawa woda stała się ciemna i krwawa. Szmaty chlupotały zwyczajnie jak przy praniu i zaraz w izbie stało się powszedniej; nawet istot ludzkich było w niej tyleż co dawniej, snuło się starej, bo już przecie, zamiast tego jednego, co ubył, leżało na łóżku, rosło w człowieka, szmaciane zawiniątko.
Hej, nie brakło ludzi. Dla mnie tylko, dla matki, jest on jeden, nie patrząc uparcie w stronę Klimci, myślała stara. Potem zanurzyła szmaty w czystą wodą do płókania.
____________________________________________________________
Nie było na Chłodnej płynącej wody, kamienie bruku leżały martwe, głębokie udeptane w ziemię. Dlatego wiecznie powtarzane słowa „jak kamień w wodę” miały dla Heńka śpiewną nieprawdziwość jak te z maminej piosenki „Na Podolu biały kamień, Podolanka siedzi na niem…”
Każde opowiadanie babki kończyło się niemi. Wszystko w opowiadaniu działo się za czasów zapomnianych i wciąż dalszych. Przy obliczaniu zawsze przybywało lat. Za ich daleką granicą została mydlarnia, jakiś piękny tombakowy zegarek ojca i sam ojciec. Nad łóżkami między obrazami świętymi, koło Matki Boskiej z różańcem wisiała fotografia mężczyzny z wielką, jasną czupryną i małym, grubym wąsem. To był ojciec.
— Masz — mówiła babka — pocałuj go — i Heniek kładł posłusznie wargi na gładki, twardy karton.
Już wiedział po kolei o dziesięciu rublach srebrem w szmatce i jak się właśnie on rodził, a ojciec tylko mówił: napiszę. Potem nie napisał i zmarł w zimnym kraju od choroby. Jedno tylko wychodziło zamazane i ciemne, poco ojciec szedł i dlaczego po niego przyszli.
Historie babcine były wciąż te same i do płaczu, a Heniek nie lubił smutnych, wolał straszne, choćby o upiorach.
Mówiła babka: — Jak kamień w wodę. Pisalim proszenia, nawet przez adwokata jednego. Dwa ruble wziął. Do samej cesarzowej pisałam. Wtedy przyszło pismo z pieczątką, że na tyfus umarł. —
Zaś Heniek: — A gdzie cesarz mieszka? —
— W Moskwie, daleko, na tronie siedzi ze złota. Co chce to może.
— A cesarzowa też na tronie? —
Obrażała się babka i nie chciała dalej: — o ojcu słuchaj. —
Tylko, kiedy Heniek był całkiem mały, napierał się dalej, później reszta już była wiadoma, aż do „jak kamień w wodę”. Powtarzała się też historia o panu Łobzińskim co znał ojca i był Heńka chrzestnym, tylko, że teraz w Aninie mieszkał. Ale już bajki wypierała ważność prawdziwa, podwórze i kto na parkan wlizie, kto mocniejszy i jak się wozu z tyłu czepiać, żeby się przejechać ulicą.
Życie pamiętane zaczęło się na Lesznie, nie na Chłodnej. Koło stołka pachniało spalonym papierem od karbówek mamy. Były tam dobre landrynki o kolorach przezroczystych i lśniących po pierwszym oblizaniu, kiedy schodziły zwilżone, miękkie resztki papieru.
Landrynki były ciepłe, bo wychodziły z kieszeni. Przynosił je człowiek gruby, z czarnymi, świecącymi włosami i twardym wąsem, kolejarz, pan Błaszczyk i podawał na szerokiej dłoni, mocno przyklejone do siebie i do papierka.
Od tych landrynek babka zapalała się czerwonymi plamami na twarzy porysowanej kreskami jak kora. Później z pana Błaszczyka zrobił się Feliks i przybył do mieszkania na własność. Łóżko mamy zasłonili cienką ścianą z kretonem w kwiatki. Okazało się, że kolejarz nosił pod mundurem długie kalesony, wiązane na tasiemki i w nich chodził po izbie do mycia.
Kiedy rozłączyli się z babką, przestano ustawiać ściankę i znikła całkiem z mieszkania. Może była pożyczona?
Łzy babki porobiły plamy na fotografii. Heńkowi umyto dokładnie szyję i włosy. Tego dnia rozłączył się z mamą nazawsze, choć mieszkali razem. Heniek został Żelazko, mama stała się Błaszczykowa.
Do mieszkania przybył zegar ścienny. Prostokątny, cyferblat otaczały wspaniale rozkwitłe malowane róże, żelazne gwichty czas popychał wdół. Przybyło pudełko z srebrną, piękną brzytwą i malutka miseczka. Zamiast karbówek pachniało tytoniem i czasem wiśniówką. Przybycie Błaszczyka Feliksa wyparło wszystko inne, zapisało kredą jego nazwisko na drzwiach, poniżej liter trzech króli.
U babki, w małej izbie żyły jeszcze stare historie. Znalazł się prawdziwy list od pana Łobzińskiego i pod odpowiedzią napisaną przez kogoś za babkę, koło wielkich liter jej własnoręcznego podpisu, położyła dziecinna ręka gruby, krzywy krzyż.
Babka chorowała. Znikła rozlewność opowiadań. A kiedy się urodził mały, śmieszny chłopiec, Tolek, jak nożem robaczywe jabłko, przekrajała Heńkowi proste, mało bolesne dotąd dni życia.
— Syna zabili, synowa obca. Na stracenie idzie świat, ziemia krew ludzką pije, na Grzybowie wylało się tyle, że mówią, po nocy czerwone upiory straszą.
Ażeby na wieki skuć swoją krzywdę z małym wnukiem, wbijała mu w pamięć posępnie:
— Po mojej śmierci ty sam ostaniesz jak palec.
Dzięki babce zdarzało się Heńkowi po mocnym biciu przywoływać bezgłośnie ducha z fotografii, który miał blond wąsy i falistą czuprynę.
Czas szedł naprzód i mały Tolek zlazł już z wysokich ramion mamy, w niskie objęcia Heńka, który go pilnował. Do mieszkania przybyła szafa sosnowa malowana na dąb i kalendarz z przechyloną panią w bieli. Na ulicy Leszno kładziono z hukiem i głuchym tłuczeniem kamieni z donośnym brzękiem ciężkiego metalu sine, grube żyły szyn pod elektryczny tramwaj.
Heniek umiał już sporo rosyjskich słów. Sam ojczym nauczał. Babka na tę wiadomość z dziecinnych, wylewnych warg, zapłonęła po raz ostatni czerwonymi plamami na policzkach i cisnęła słowa, za które Heniek, powtórzywszy je mamie, dostał lanie pasem. Wezbrawszy goryczą krzywdy, mógł tylko przed opuchłe oczy wzywać ojca z bajek, albo lecieć do babki. Ale i to skończyło się w tych dniach.
Wyraźnie na całe życie pamięć wydarła mrokowi tamtych czasów chodzenie czwórkami po kamieniach jezdni, czarne końskie czapraki i dziwaczne, trójgraniaste kapelusze żałobników i najważniejsze, pierwsze w życiu widziane chorągwie, czarne, ze skrzyżowanymi pod szkieletem piszczelami.
Na ich widok zapłakał Heniek ze strachu i mama płakała. Wcale nie była tego dnia zła dla niego. Jej łzy kapały mu na włosy i jego trzymała tego dnia najwięcej, nie Tolka jak zazwyczaj.
— Pogrzeb sprawiłam jak się należy, choć mój się krzywił — opowiadała wieczorem i te słowa o pogodzeniu mamy z babką, przekreśliły babkę ostatecznie, przypieczętowały jej wieczną odtąd nieobecność.
---------------------------------------------------
Kredy Heniek przywołany z podwórza, przestąpił próg, w izbie przy stole nakrytym obruskiem w kwiaty, siedziała matka cała w ognistych rumieńcach i poprawiała kretonową bluzkę, przeszytą na piersiach wielką agrafką.
Na krześle naprzeciwko usadowił się obcy, niemłody człowiek z twarzą ciasno obciągniętą cienką, żółtą skórą. Na skroniach i policzkach przeświecały pod nią grube koście, usta znaczyły się jak zagojona szrama pod wyblakłym, żółtym wąsem. Pod stołem łaził Tolek i wyciągał ręce do obcego buta.
— Pewno trza go zabierać — domyślił się Heniek, przystanąwszy wyczekująco.
Wtedy mama pociągnęła go za rękaw: — O, jest. Czemu się nie ukłonisz? —
Heniek ostro szurgnął nogami. Źrenice jak skóra twarzy bezbarwne, pod nawisłą brwią przyjrzały mu się bacznie.
— No, jak się nazywasz? — spytał zająkliwy głos.
— Żelazko Henryk — wyraźnie, po szkolnemu — zadudnił chłopak i stał nogę o nogę ocierając, niecierpliwy, bo na podwórzu ścigali się do mety.
Oczy mamy w czerwonej, zziajanej twarzy rzucały niespokojne wejrzenia dookoła. Na kuchnię, gdzie z bulgotaniem gotował się kapuśniak w czarnym, żelaznym garnku, na Tolka i nawet na drzwi. Żeby uczepić oczy byle gdzie, patrzał Heniek na fuksję na oknie, która zwieszała ozdobne blado czerwone kielichy; pocierał bose stopy jedną o drugą i czekał.
— Ten pan, widzisz, ojca znał — rzekła mama i zaraz podbiegła do kuchni, bo kapuśniak kipiał. Wracając, zdjęła po drodze fotografię w bronzowej ramce. Od przodu patrzało tam błyszczące zdjęcie Feliksa Błaszczyka w czarnej muszce na sztywnym półkoszulku, pod niem odwrocone było inne: mama z wiankiem na welonie, mama o połowę chudsza, przesłonięta kwiatami, w uśmiechu pokazująca równe, białe zęby. Heniek także podszedł do stołu i nie ważąc się przechylić zbytnio, oglądał zdaleka.
Ludzie na fotografii byli jak nieznajomi, choć wiedziało się kim są. Heniek nie znał welonu, ani zębów mamy w takim równym rzędzie, ani człowieka obok, ojca.
Matka siedziała teraz z mokrymi oczami: — Przez niego wypłakałam młodość, samą mnie z sierotą ostawił i siebie zmarnował — mówiła głosem także obcym, przysypanym chrzęszczącym piaskiem chrypki. •
Palce gościa wczepiły się między siebie jak zębate koła. Nagle rozwarły się i ostrożnie ujęły fotografię ze stołu. Przypatrywał się Heńkowi wyraźnie dla porównania. Pan Łobziński, zrozumiał Heniek nagle. Zerwane nici między nim, a człowiekiem z fotografii nanizały się w jednej chwili.
— A mąż pani co robi? — pytał Łobziński swoim niepewnym, zająkliwym głosem.
— Przy kolei. Nie pije, porządny człowiek, nie mogę powiedzieć — powiedziała mama już zwyczajnie i znów oczami rzucała naokoło.
Gość chrząknął, chciał coś rzec, chwilę jeszcze potrwało, aż pod stół spojrzawszy, wymyślił pytanie:
— To jedno tylko przybyło? —
Mama odpowiedziała żywo. Chwilę jeszcze rozmawiali, czy pan Łobziński na stałe wrócił do Warszawy, potem Heńkow\i kazała brać Tolka, bo się napierał hajty. Kiedy jednak Heniek, szurgnąwszy stopami, zabierał się do wyjście, gość wstał, chudy, nieduży i też zaczął się żegnać: — No to wszystkiego dobrego i już pójdę. —
Mama podała rękę i zatrzęsła suchym ramieniem gościa w obszernym rękawie.
— A możeby on mnie do tramwaju odprowadził, co? — spytał, oczami ukazując chłopca.
— A jakże, Heniek, idź do przystanku i zaraz wracaj — nakazała mama pośpiesznie i jakoś surowo.
Poszli przez podwórze. Stary okiem rzucił na drzewo, puste platformy i dzieci. Uśmiechnął się: — Dobrze tu macie. —
Heniek szedł posłusznie i stosował się do kroków stóp w kamaszach.
— Ale ty dziewięć lat masz, jużeś duży — rzekł obcy.
Heniek tylko zgodnie stopami o bruk ulicy klaskał, uśmiechając się wstydliwie, mówić nie było co. Wóz turkocząc po kamieniach głuszył słowa, ale Łobziński przekrzyczał turkot.
— Gdzie przystanek?
— A tu zara, koło Wroniej — usłużnie obiaśniał Heniek.
Wąsy poruszyły się, chuda twarz zajrzała blisko. — Szkoda, że ojca nie możesz pamiętać. A na książce czytasz? — i ledwo Heniek zdołał głową kiwnąć, dodał: — Duży już jesteś. Mógłbyś do mnie przyjść, chociaż daleko, na Targówku. Synów mam, starsi dużo, ale nie szkodzi. Przyjdź. —
Heniek głową poruszył niepewnie.
— A ojczym dobry? — spytał Łobziński znów.
Pytania były nagłe, nienawykłe i trafiały celnym chwytem. Heniek odczuł niepokój jak w szkole przy zadaniu, kiedy rozbudzona myśl odnajdowała rzecz nieznajomą, niby trudną, a prostą.
Dobry to był ojczym? Dotąd Heniek pomyśleć nie zdążył. Pasem bił, ale tylko w złości. Czasem, rzadziej niż dawniej, dawał na karmelki, na pestki. Jaki był?
— Dobry — odrzekł tedy szybko i raz jeszcze objął uważnym spojrzeniem twarz ciasno żółtą skórą powleczoną.
Dłoń z palcami o zgiętych kostkach wydobyła z kieszeni trzy duże, starte piątki miedziane. Nawet w dłoni wyczuwały się gładko, tak się zatarł orzeł i napisy.
— Na tramwaj schowaj, a tu masz adres. —
Widać zawczasu przyszykowana była kartka.
— Przyjedziesz, co? —
Heńkowi twarz zalała się ogniem, ścisnął kopiejki wilgotną od potu garścią. Chciał o coś spytać, żeby też było ważne, może o ojca, ale wyrzekło się tylko:
— O, tu przystanek.
Tramwaj szedł nie często. Raz na pół godziny.
— Przyjedziesz? —
— A kiedy przyjechać? — odważył się Heniek.
— W niedzielę najlepiej, wszyscy mają czas. —- Stary zdjął sukienną czapkę z daszkiem i znów pokazało się czoło zmarszczkami wszerz poliniowane, nizkie i nad nim gładkie, siwiejące włosy. Rolwagi i furmanki ogłuszająco stukały po kamieniach. Ludzi było niewiele na ulicy o tej porze w fabrycznej dzielnicy.
Głos ciężko słowa ciągnący powiedział:
— Trzeba, żebyś wiedział o ojcu, panie i tak, o wszystkiem. Duży jesteś. —
Żeby choć jeszcze nie jechał tramwaj, przeleciało Heńkowi, ale już wprawnym uchem chwytał drżenie szyn i odległe dzwonienie.
— Tramwaj — rzekł żałośnie, podnosząc oczy.
Szeroka ręka uderzyła go zlekka w ramię. Spojrzenie napotkało prosto wyblakłe, uważne źrenice.
— Bo to — rzekł stary — z trudem wyciągając słowa: — Nie samym chlebem, panie, człek żyje, rozumiesz? Przyjedziesz, co? — usta jak zagojona szrama blade i cienkie rozciągnęły się w uśmiechu pod wąsem.
Z tramwaju kiwał ręką. Dopiero, kiedy znikł, Heniek kłusem puścił się w stronę domu. Niedaleko domu dopiero przystanął. Od biegania waliło serce. Na Lesznie, na wystawie u Preissa wywracał oczy znajomy chińczyk z herbaty. Każdy kamień na tym odcinku ulicy znajomy był Heńkowi, ale za Lesznem była Żelazna, dalej Chłodna i obca Elektoralna wiodły ku miastu. Ulicami, szynami, własnymi nogami szło się tędy, daleko w świat do obcych spraw. Tam były i takie, gdzie się nie samym chlebem żyło.
Zachciało mu się pędu. Przestrzeń ulicy skróciła się, podwórze i brama zlały się w jedno, naoścież rozwalone drzw i izby zakołysały się w zawiasach. Mokra ręka mamy wycięła w pysk jak batem:
— Co jest? Jak lecisz?
Heniek z dużego zmalał odrazu, gorące oczy napłynęły łzami, stał pod ścianą i widział przez wilgotną mgłę, deski podłogi zadeptane koło drzwi.
— Tolka weź na dwór. —
Tolek wyciągnął okrągłe rączki i ślinił się: — Weź, we. —
Heniek posłusznie ruszył do niego, omijając mamę wzrokiem.
— Mówił ten jeszcze co?
— Ni.
Jeszcze raz mama zastawiła drogę, wyrosła jak ściana. Jej kretonowa, fałdzista spódnica woniała kapustą, nad spódnicą były wielkie zwały piersi i bluzkę przepinała twardo stalowa agrafka. Wyżej już Heniek nie patrzył.
— Żadnego chodzenia tam nie będzie — rzekła mama, biorąc w dwa palce podbródek Heńka. — Słyszysz? Jak pójdziesz, własną ręką zatłukę. Jednego dosyć. No, jazda.
Jeden to był ojciec, niewypowiedziane słowo „drugi“ ogarniało Heńka, poczuł ściskanie dziwnego strachu.
Tolek siedział tymczasem mokry na podłodze i beczał. Heniek dźwignął go, otarł suchym gałganem i szedł do sieni. Już fajerkami na kuchni stukając, krzyknęła mama jeszcze raz:
— Zapamiętaj se.
Bose pięty stuknęły o próg, drzwi skrzypnęły. Klimcia łowiła uchem, zdawało jej się że w jęku zawiasów zginęła odpowiedź, ale nie było jej tam wcale. Zmarszczyła się gniewnie. Nie taka już była jak wtedy, kiedy się ten chłopak urodził, dziecinna, niewiedząca, cała przemieniona w miłość i wieczne czekanie na Jacka. Wtedy, w dziewięćsetnym pierwszym, mało kogo spotykało takie nieszczęście, ale już w trzy lata później drżały Twarda, Żelazna i Leszno echem strzałów, a na Grzybowskim Placu końskie kopyta nurzały się w ludzkiej krwi i z sąsiednich domów nie jednego już wyw lekali za dnia, lub nocą z mieszkań za rewolucję.
Już się stała ludziom znajoma. Jedni wyrywali się ku niej obłędnie, własne życie za nic mając, drugim obiawiała się nocnym do drzwi łomotem, żebraniem po urzędach carskich, listami z dalekich stron.
Dopiero wieczorem w łóżku, kiedy dzieci już spały, po długich namysłach, rzekła Klimcia mężowi o gościu. Więcej z bojaźni, że chłopak sam coś powie, niż z chęci do takiej rozmowy.
Czarne oczy Feliksa nie duże, a bystre ożywiły się gniewnym blaskiem.
— Poco ten chodzi? Czego chce? Jakbym na drugi raz w domu był, słyszysz, za kołnierz wezmę. —
Twardą ręką niemiłosiernie ścisnął jej ramię.
Zaszeptała gorączkowo: — Kiedy słyszę, Felek, czego się drzesz? Prosiłam go? Przecie to Heńka chrzestny, zobaczyć go przyszedł.
Z pod rozgrzanej pierzyny aż rękami i nogami wypłynął Błaszczyk, zazwyczaj spokojny i niegłośny.
— Jak Boga kocham, ciebie nawalę, jak chłopak tam pójdzie. Kto wi, jak tego policja zna. Za takim szpicle krok w krok chodzą. Chcesz, żebym robotę stracił? Dasz dzieciom chleba? Nie wisz, co to chleb dziś jest?
Wiedziała. Zaraz sama zaczęła tłomaczyć, że tylko myślała, jakby tego gościa pozbyć się bez gniewu. Podsunęła się w zapale bliżej, aż go rozgrzała gładkością rozprażonej pod pierzyną skóry. Ale już podając się mężowskim rękom, w myśli zgodna z nim że chleb dla dzieci najważniejszy, poczuła przecież żal, nakształt wzgardy, że ten oto nie zna się wcale
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz